...palce Boga, stopy Miriam... Sekret nawiedzenia Elżbiety - Debora Sianożęcka, o. Adam Czuszel OSPPE - ebook
Opis

Niewiele jest osób, które tak gorliwie i autentycznie jak o. Adam i Debora, w Duchu Świętym głoszą Jezusa Chrystusa, zaczynając – jak On, od Maryi.

To książka dla wszystkich, którzy żyjąc w Kościele, chcą, razem z Maryją zbliżać się do Światła, aby wobec trudnych pytań o wiarę nie milczeć jak Zachariasz. Dla tych, którzy chcą żyć w obecności Bożego Słowa, by wyrwać się z pustyni duchowej bezpłodności.

***

Maryja, niesiona Duchem Świętym, wychodzi do świata, także takiego jak dziś, pełnego zniszczenia, zepsucia, zatarcia granic, pomieszania tego, co święte, i tego, co jest grzechem, przychodzi tam, gdzie może nie ma już nadziei na to, że coś może się zmienić…

Ta, która nosi w sobie Boga, jest dla człowieka znakiem, aby w żadną z ludzkich dróg nie wyruszał samotnie, ale by był wypełniony Obecnością, jaka jest w nim możliwa poprzez dar życia sakramentalnego.

Oto Miriam przynosi nam Światło, przemierzając razem z nami nasze ciemności. Ona idzie, niosąc troskliwe spojrzenie Boga do winnicy życia Elżbiety, ale także do życia ludzi w każdym pokoleniu i języku.

(fragment książki)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 264

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Adam Czuszel OSPPE Debora Sianożęcka

...palce BOGA stopy Miriam...

Strona redakcyjna

Rysunek na okładce: Augustyn Pelanowski OSPPE

Skład i łamanie, projekt okładki: Anna Smak-Drewniak

Korekta:Barbara Gąsiorowska-Panek

© paganini 2018

© Adam Czuszel OSPPE

© Debora Sianożęcka

ISBN 978-83-89049-84-1 druk

ISBN 978-83-89049-85-8 pdf

ISBN 978-83-89049-86-5 epub

ISBN 978-83-89049-87-2 mobi

paganini

Wydawnictwo paganini

ul. Bosaków 11, 31-476 Kraków

www.wydawnictwopaganini.pl

[email protected]

Księgarnia internetowa

www.paganini.com.pl

[email protected]

Dział handlowy

[email protected]

12 423 42 77, 577 134 277

Debora Sianożęcka DROGA DO AIN KARIM

Anastasa • Źródło • Uprzedzająca miłość • Bez rozgłosu • Jeszcze o odwadze

„W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w pokoleniu Judy” (Łk 1, 39)

Już w samym tytule naszego rozważania odnajdujemy to nawiązanie do tradycji sięgającej VI wieku, zgodnie z którą Miriam, udając się do Elżbiety, miała do przebycia 153 kilometry (niektórzy mówią o 150 kilometrach) przez górską krainę. Podobno tę odległość można było przebyć w ciągu czterech-pięciu dni[1].

Na jednym z górskich forum internetowych pewien mężczyzna napisał: „Pomijając aspekt religijny, zastanawiam się, jak długo musiała iść – kobieta w dziewiątym miesiącu ciąży i dystans około 100 kilometrów przez góry. Dla mnie to nie lada wyczyn. Nie wiem, czy ktoś zgodzi się ze mną czy nie?”. W odpowiedzi napisano z uśmiechem: „Jakbyś zobaczył anioła, to też byś dał radę, nawet w 12. miesiącu ciąży!”. Autor wpisu pomylił się, bo Maryja w rzeczywistości była wówczas w pierwszych tygodniach ciąży, natomiast Elżbieta w szóstym miesiącu. Kiedy więc Matka Boga wracała od Elżbiety, była w trzecim miesiącu ciąży (zob. Łk 1, 56). Mimo wszystko taka wyprawa do Ain Karim, a później powrót do Nazaretu, stanowiła wyczyn dowodzący niezwykłej siły i zdrowia Miriam!

ANASTASA

Zapis, a właściwie tłumaczenie tekstu, jakie każdy z nas może odnaleźć w Ewangelii Łukasza, brzmi: „W tym czasie Maryja wybrała się i poszła pośpiechem w góry do pewnego miasta w pokoleniu Judy (...)” (Łk 1, 39). Jednak tekst grecki ten właśnie werset zapisuje inaczej i odczytujemy go: „Wstawszy/podniósłszy się/wzniósłszy się, Maryja...” – użyte jest tu słowo anastasa[2]. To samo słowo, anastasa, pojawia się także w tym miejscu Biblii, w którym mowa jest o zmartwychwstaniu.

John Saward, snując rozważania o Matce Syna Bożego, w której dostrzega arkę nawiedzającą Elżbietę, zauważa, że anastasa to mocne i sugestywne słowo, jedno z ulubionych słów świętego Łukasza, podkreśla dramatyczność podróży Maryi – to wznoszenie się, wspinanie, gdyż okolica była górzysta. Podobnie są opisane pozostałe trzy podróże Jezusa i Maryi na południe (Łk 2, 4.22.42). Saward podkreśla, iż „przesłanie zawarte w Łk 1, 39 jest takie, że za pierwszym razem, gdy Zbawiciel udał się na południe – co było zapowiedzią późniejszej podróży – był nienarodzonym dzieckiem. Maryja niesie Jezusa drogą, którą potem on będzie szedł świadomie” [3]. W nikim innym, jak tylko właśnie w Maryi – oddając się Jej – przygotowujemy się najlepiej do drogi życia, do wędrówki w naśladowaniu Chrystusa.

Cała Ewangelia Łukasza ukazuje nam życie Jezusa jako drogę do Jerozolimy, drogę, którą Syn Boży rozpoczyna wraz ze swoja Matką. Staje się to wskazówka i dla ciebie, i dla mnie, że nie bez znaczenia jest to, z kim podążamy na drodze naszego życia. Od tego, kto ci towarzyszy, będzie bowiem zależał ostateczny cel twojej podróży.

Nawróceni Żydzi – dwaj uczeni rabini, Isaac Edward Salkinson i Christian David Ginsburg, tłumacząc Nowy Testament na język hebrajski, to „wybranie się” Miriam w góry zapisują jako: WATAKAM. Jest to pierwsze słowo użyte w całym tym tekście opisującym drogę nawiedzenia domu Zachariasza i Elżbiety. Można odnieść wrażenie, jakby to słowo w tym konkretnym wersecie było ważniejsze niż sama Maryja. A czy jest coś ważniejszego niż Maryja?

WATAKAM pochodzi od słowa KUM i oznacza: „podnieść się”, „wstawać”, „spełnić się”, „przynależeć do kogoś”. Spełnia się więc cała Miriam w tym, że należy do Boga, który jest całym Jej życiem, i bardziej to Ona należy do małego Dziecka, które nosi pod swoim sercem, niż to Dziecko należy do Niej. Czy to nie ciekawe? Większość matek z naciskiem mówi: „To moje dziecko”, a nie – „Ja należę do tego dziecka”. Poza tym to słowo budzi także skojarzenie emocjonalne z pewną natychmiastowością działania, bo przecież „wybrać się” to można do sklepu albo na spacer, a tu chodzi o coś więcej! Ten zapis ma moc, bowiem wskazuje na siłę Maryi, na Jej natychmiastowość w działaniu, na powstanie bez najmniejszego zawahania!

W Nowym Testamencie zapisanym w języku hebrajskim słowo KUM występuje w ośmiu miejscach, między innymi: we fragmencie, w którym jest mowa o pewnej Marii, siostrze Łazarza i Marty, która szybka wstała, gdy tylko usłyszała o zbliżającym się Jezusie, aby prosić Go, by wydobył z grobu, jak z łona ziemi, jej zmarłego brata („skoro zaś tamta to usłyszała, wstała szybko i udała się do Niego” – J 11, 29); w opowieści, jak córka Jaira powstaje ze snu śmierci zaraz po tym, gdy Jezus ujął ją za rękę („Skoro jednak usunięto tłum, wszedł i ujął ją za rękę, a dziewczynkawstała. Wieść o tym rozeszła się po całej tamtejszej okolicy”- Mt 9, 25-26; „Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia”- Mk 5, 42; „Duch jej powrócił, i zarazwstała ...”- Łk 8, 55); oraz tam, gdzie mowa jest o prorokini Annie („Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy”- Łk 2, 38).

Tak więc to hebrajskie słowo, jakim określa się „powstanie” czy też „poderwanie się” Miriam do góry i udanie się w podróż, pojawia się w Biblii w miejscach, w których mowa jest o tym, że ktoś jest ujęty przez Jezusa za rękę i powstaje do życia – tak jak córka Jaira, albo na określenie takiego ruchu, który natychmiastowo podnosi człowieka do działania – jak Marię, siostrę Łazarza, lub prorokinię Annę.

Jeśli natomiast chodzi o słowo anastasa, występuje ono w Nowym Testamencie dwa razy: gdy mowa jest właśnie o Miram, która powstawszy, biegnie do Elżbiety, i również w Ewangelii Łukasza, gdy mowa jest o teściowej Piotra, która leżała w gorączce, a do której udał się wraz z uczniami Jezus i uzdrowił ją, po czym kobieta „wstała i usługiwała im” (Łk 4, 39).

W Septuagincie, czyli w greckim tłumaczeniu Starego Testamentu, słowo anastasa występuje także tylko w dwóch miejscach – w dwudziestym czwartym i trzydziestym ósmym rozdziale Księgi Rodzaju:

„Po czym Rebeka i jej niewolnice wsiadły na wielbłądy i ruszyły w drogę za owym człowiekiem. Sługa Abrahama zabrał więc Rebekę i odjechał” (Rdz 24, 61) – Rebeka, wiedząc, że ma się udać na spotkanie z Izaakiem, o którym dotąd może tylko marzyła, wsiada na wielbłąda szybko, natychmiast, bez wahania!

„A potemwstała i odszedłszy zdjęła z siebie zasłonę, i przywdziała swe szaty wdowie” (Rdz 38, 19) – Tamar po spotkaniu z Judą wstaje i rozpoczyna kolejny etap swojego życia.

Wspominam o tych miejscach w Biblii, w których pojawia się greckie słowo anastasa i hebrajskie WATAKAM, ponieważ mówią nam one o tym, jak wyruszyła w podróż Miriam – natychmiast, bez wahania, pewnie i motywowana tą samą siłą życia, którą Jezus ujmował ludzi za ręce i ci powstawali wyprowadzani z „martwych” sytuacji. Przed rozpoczęciem podróży do Elżbiety Miriam już miała Jezusa w sobie – cała ta siła życia zamieszkiwała pod Jej sercem.

By zdobyć się na taką natychmiastowość posłuszeństwa Bogu, trzeba mieć nie tylko w sobie wiarę bez zastrzeżeń do Boga, ale też decyzję przemyślaną przez wiele lat, pragnienie, które nie jest jedynie mglistym marzeniem, ale błyskiem gromu. Natychmiastowość cechuje ludzi o najsilniejszej wierze. A głęboka wiara bierze się także z powodu przemyślenia płytkości doczesnej egzystencji. To ważny moment, którego nie można pominąć – to zdecydowane powstanie Maryi, aby iść do miejsca, o którym powiedział Jej Gabriel (choć trzeba zauważyć, że archanioł wprost nie nakazał iść Miriam do Elżbiety). Większość ludzi jest udręczonych brakiem decyzyjności, żyje bez przemyślenia celu i sensu życia, nie wie, po co żyje, i nie wie, jaką treść można wyczytać z każdej, najmniejszej nawet, chwili życia. Każda godzina twojego losu to czysta karta, która może być zapisana tym, co pozbawione prawdziwego życia: wrzaskami, uniesieniami i emocjami – albo słowami, które są obietnicami wieczności, ukrytymi w Biblii. Nasze życiorysy nie są przeznaczone do tego, by być książką kucharską czy banalnym poradnikiem, lecz mają być księgą osiągnięcia celu, który jest nieprzemijający.

Każdy z nas wie, czym jest CV – spisanym krótkim życiorysem, zawierającym informacje o wykształceniu, zatrudnieniu, preferencjach i talentach. Dzięki CV możesz dostać dobrą pracę albo jej nie dostać. Wszystko zależy od tego, jakie treści są w CV. Skrót CV pochodzi z łaciny i znaczy curriculum vitae – czyli wędrówka życia. Jeśli twoja wędrówka życia będzie miała rys naśladowania Jezusa, to pewne jest, że „zatrudnią” cię w niebie, w pałacach Królestwa Bożego. Jednak aby mieć w sobie naśladowanie Jezusa, trzeba pod sercem Maryi przebyć tę wędrówkę do Ain Karim i oddać się Jej z takim zaufaniem, z jakim oddał się Jej sam Syn Boga!

Kim Ona jest, że Bóg nie miał wątpliwości, że to właśnie w Niej może stać się człowiekiem, embrionem, płodem, niemowlęciem, dzieckiem, chłopcem, a wreszcie Mesjaszem dla nas? Bóg nie wahał się Jej oddać, dlatego ty także natychmiast podejmij decyzję o oddaniu się Jej Niepokalanemu Sercu. Ta pierwsza podróż w naśladowaniu Jezusa zacząć się może już dziś, ale nigdy się nie skończy, ponieważ jej celem jest nieskończoność życia i szczęścia w Niebie!

Jeszcze na chwilę wrócę do archanioła Gabriela, ponieważ on wcale nie nakazał iść Miriam do Ain Karim – powiedział tylko, że Elżbieta jest już w szóstym miesiącu ciąży, choć była już w wieku, w którym natura kobieca nie pozwala na stan błogosławiony. Dlaczego więc Miriam poszła do Ain Karim?

Możemy to porównać do rozmowy telefonicznej pewnego miliardera, który ma synową. Ów teść mówi, że zapisał jej cały majątek. Synowa wierzy, ściska telefon z emocji, wierzy, ale trudno jest jej wierzyć... ze szczęścia. Mężczyzna mówi więc, że jeszcze nie zakleił koperty, w której umieścił testament znajdujący się w kancelarii u notariuszki, mieszkającej 153 metry obok apartamentu miliardera. Daje kobiecie do zrozumienia, że może to sprawdzić, ale nie nakazuje jej tego – jedynie stwarza sytuację, w której ona może się przekonać, że to, co jej powiedział, cała ta jego obietnica, nie jest kłamstwem. Ona więc biegnie co sił i sprawdza testament u notariuszki o imieniu Elżbieta i czuje w sercu radość – stała się oto dziedziczką całego imperium teścia. Tak było z Maryją – funkcję telefonu spełnił Gabriel, notariuszem była Elżbieta, a Ojciec w Niebie to figura teścia. Tak właśnie zaczęła się epopeja Nowego Testamentu! My także możemy mieć taką historię, wystarczy natychmiastowość decyzji, by pójść w ślady Maryi i przyjąć Jezusa do serca, stać się narzeczoną, a nawet poślubić Ducha Świętego i stać się dziedzicami Królestwa, ponieważ życie – jak wszyscy możemy się przekonać – kończy się na CV nagrobnym zwanym epitafium. Niewiele tam treści oprócz informacji, kiedy się ktoś urodził, kiedy umarł i jak miał na imię i nazwisko. Jak dla mnie to za mały spadek po moim wieloletnim zmaganiu. Chcę Nieba jak Maryja!

ŹRÓDŁO

Michael Hesemann w swej książce Miriam z Nazaretu. Historia, archeologia, legendy pisze: „nazwa miejscowości Ain Karim nie została dosłownie wymieniona przez świętego Łukasza. Wspominał jedynie miasto w górach w pokoleniu Judy (Łk 1, 39). Pierwsza wzmianka o tej miejscowości pochodzi z jerozolimskiego kalendarza świąt żydowskich z roku 638, w którym wymieniono «wieś Enquarim» i «kościół sprawiedliwej Elżbiety». W każdym razie Teodozjusz, pisząc swój przewodnik około roku 530, wiedział, że miejscowość, w której «mieszkała święta Elżbieta, matka Jana Chrzciciela», znajduje się pięć mil (to znaczy siedem i pół kilometra) od Jerozolimy, co doskonale pasuje do Ain Karim. (...) Nie powinno to nikogo dziwić, bowiem Ain Karim leży w pobliżu źródła, a tam, gdzie jest woda, zawsze osiedlają się ludzie. Jest też prawdopodobne, że osadę tę można utożsamić z Kerem wymienionym w Księdze Jozuego (15, 59), jako jedno z miast «w górach» na terenie zasiedlonym przez pokolenie Judy. Jako Bet-ha-Kerem (Jr 6, 1) albo jako Beth Hakkerem – dom winnicy, było znane w epoce żelaza, kiedy znajdowała się tutaj stolica regionu Wyżyny Judejskiej, leżącego na zachód od Jerozolimy. To mogłoby w pewnym sensie tłumaczyć, dlaczego święty Łukasz nie wymienia nazwy miasta, lecz mówi w opisowy sposób o «górach» (po grecku oreine)” [4].

Nazwa miejscowości Ain Karim oznacza tyle, co „źródło winnicy” lub „oko winnicy”, ponieważ słowo AIN oznacza w języku hebrajskim zarówno „źródło”, jak i „oko”. Miriam idzie do źródła winnicy. Dlaczego? Dlaczego idzie do źródła, choć sama nosi w swym łonie Tego, który jest Źródłem wszelkich łask? Czy to nie raczej Elżbieta powinna przyjść do Tej, która ma w sobie Źródło i sama także jest źródłem? Można pomyśleć o tym w pewien plastyczny, obrazowy sposób – czy to woda idzie do dzbana, czy też dzban zanurza się w wodzie, jeśli ma zostać napełniony? „Źródłem” dziecka, jego początkiem jest łono matki, w którym się ono rozwija, ale jeśli chodzi o Maryję, to Źródłem dla Niej był Ten, który zamieszkał pod Jej sercem. Taka „zamiana” miejsc jest możliwa tylko dla Boga.

Wspomniany Hesemann pisze: „tutaj zatem, ze studni w Ain Karim, Miriam – Matka Boża – czerpała przez trzy miesiące wodę dla swojej krewnej, która była już wtedy w zaawansowanej ciąży”. Możemy jednak zobaczyć to wydarzenie czasu nawiedzenia dużo głębiej – oto Miriam nie tylko czerpała wodę w ten fizyczny sposób ze studni, ale... już sama Jej obecność stała się dla rodziny Jana Chrzciciela źródłem wody żywej. Fizyczne źródła mogą się wyczerpać, a studnie mogą wyschnąć, jednak Ta, która jest pełna łaski, nie wyczerpuje się nigdy.

Bóg poprzez Miriam idzie wszędzie tam, gdzie jest wyschnięte źródło ludzkiego życia. On jako pierwszy podąża w te miejsca, w których trzeba ożywić wszystko to, co w twoim życiu wydaje się obumarłe, wyschnięte, bezowocne. Wspomniałam o tym, że Ain Karim oznacza „źródło winnicy”, ale także „oko winnicy”. Miriam jest Kobietą niosącą w sobie Tego, który jest naszym światłem i wzrokiem, który jest właściwym spojrzeniem na twoje i moje życie. Nie przez przypadek przecież starzec Symeon, widząc po raz pierwszy Dziecię Jezus, powiedział: „Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela” (Łk 2, 30-32). Jego słowa nie były i nie są żadną metaforą, ale najczystszą prawdą. Oto Miriam przynosi nam Światło, przemierzając razem z nami nasze ciemności. Ona idzie, niosąc troskliwe spojrzenie Boga do winnicy życia Elżbiety, ale także do życia ludzi w każdym pokoleniu i języku.

Może jest tak, że myślisz dziś o sobie: moje życie jest jak spustoszona winnica w której nic nie rośnie, nie ma owocu, nic nie ma, zbyt długo już czekam, jestem samotny, nikogo tak naprawdę ze mną i przy mnie nie ma, moim najlepszym „przyjacielem” jest ekran laptopa albo aplikacja w telefonie, nie mogę poradzić sobie ze sobą samym, ciągle wpadam w te same pułapki, w te same grzechy, kłócę się w domu, kłócę się w pracy, rośnie we mnie niechęć do mojej wspólnoty, nie mogę znieść mojego męża, denerwuje mnie moja żona, niszczę wszystko dookoła, choć wcale tego nie chcę... Jeśli tak właśnie myślisz, to chcę ci powiedzieć z wiarą – zaproś Miriam! Proszę cię, zaproś Maryję do winnicy twojego życia... bo Ona jest Tą, która ma moc, by pomóc ci i zająć się twoim życiem, choćby było ono jak zdewastowana winnica. Ona jest Tą, która strzeże winnicy, tak aby spełniły się na tobie słowa z Księgi Izajasza:

„W ów dzień powiedzą: Winnica urocza! Śpiewajcie o niej! Ja, Pan, jestem jej stróżem; podlewam ją co chwila, by jej co złego nie spotkało, strzegę jej w dzień i w nocy. Nie czuję gniewu. Niech Mi kto sprawi w niej ciernie i głogi! Wypowiem mu wojnę, spalę je wszystkie razem! Albo raczej niech się uchwyci mojej opieki, i zawrze pokój ze Mną, pokój ze Mną niech zawrze!” (Iz 27, 2-5).

UPRZEDZAJĄCA MIŁOŚĆ

Bóg poprzez Tę niezwykłą Kobietę kolejny raz objawia się jako Ktoś troskliwy i zabiegający o człowieka, o ciebie i o mnie, zanim w ogóle poczujemy w swoim sercu pragnienie, by zabiegać o Niego. Pomyśl: czy to nie jest niezwykłe, cudne – zanim o Nim w ogóle pomyślisz, On już myśli o tobie?! Tak działa tylko prawdziwa Miłość.

Swoją dobroć i miłość objawia właśnie poprzez Miriam. To Ona uprzedza człowieka w drodze do Boga. W mojej litanii wołań do Jej Serca mogłabym dopisać: Uprzedzająca Miłości, módl się za nami... Ona uprzedza tak, jak wtedy gdy biegła do Elżbiety do Ain Karim, uprzedzając i wyprzedzając samą Elżbietę, bo przecież... matka Jana Chrzciciela nie prosiła Miriam: „Przynieś mi szybko Jezusa, skoro już masz Go w sobie!”, ani też nie prosiła o Nią samą, mówiąc: „Przyjdź i wesprzyj mnie”, nie wysłała Jej SMS-a ani wiadomości gołębiem pocztowym – Biblia nic o tym nie mówi. W Księdze Rodzaju gołąb poprzez ręce Noego opuszcza arkę, aby odczytać wiadomość o stanie świata (zob. Rdz 8, 8), tutaj to już nie gołąb, ale sama Arka – Maryja, popychana Duchem Świętym, wychodzi do świata, świata także takiego jak dziś, pełnego zniszczenia, zepsucia, zatarcia granic, pomieszania tego, co święte, i tego, co jest grzechem, przychodzi tam, gdzie już może nie ma nadziei na to, że coś może się zmienić... Ale Ona przychodzi, niesiona Duchem Świętym jak silnym wiatrem, Arka niosąca Jezusa, jedyna i „niepowtarzalna gołębica w miłości” przychodzi do ciebie. Czy Ją przyjmiesz?

Miriam we wszystkim uprzedziła więc Elżbietę, zanim ta poprosiła Ją o pomoc. I dziś także uprzedza każdego człowieka, bo ma w sobie niesamowitą siłę, a źródło tej siły tkwi w tym, że ma oparcie w swym Synu. I ty także możesz w Niej dostrzec to, że masz jako człowiek siły wtedy, gdy całkowicie opierasz się na Jezusie i dajesz się jak Miriam, wypełnić Jego łaską.

HOREJNOS

Przygotowując się do pracy nad tym rozważaniem, zastanawiałam się, co mogła czuć kobieta, która w czasach biblijnych decydowała się na samotną podróż, co o niej myślano, gdy widziano, jak idzie sama drogą, jak wspina się po górach, schodzi w doliny. Jakie budziła uczucia i skojarzenia u tych, którzy widzieli, jak idzie sama?

Aby dowiedzieć się choć trochę więcej o tym, jakie okolice musiała przebyć Maryja, wcale nie trzeba doszukiwać się istotnych szczegółów w atlasach biblijnych – choć uczciwie przyznam, że w pierwszym odruchu miałam ochotę na to, by wziąć atlas miejsc biblijnych i śledzić oczami całą przestrzeń krainy, którą przemierzała Miriam.

Jednak nieporównywalnie lepiej jest wniknąć w słowa Pisma i szukać tajemnic w nich ukrytych! Ewangelia Łukasza mówi, że Miriam „poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w pokoleniu Judy” (Łk 1, 39). Tę górską krainę Biblia określa greckim wyrażeniem: horejnos. Mieszkaniec takiej krainy to horej-nomos i słowo to określa kogoś „żywiącego i pasącego się w górach”, „włóczącego się”, a nawet „szalejącego” w górach, czyli kogoś totalnie zagubionego, a może i niebezpiecznego. To słowo – horejnos - sugeruje, że w tej górskiej krainie, którą przemierzała Miriam, nie było bezpiecznie. Trzeba dodać, że pasterze byli uważani za dzikich zbójów, złodziei, śmierdzieli i tych, którzy nie liczą się z żadnymi zasadami i z żadnym prawem. O tym, kto przebywał w górskich krainach i co się tam działo, już dużo wcześniej informuje nas sama Biblia, choćby w Księdze Samuela, gdzie napisano: „Dawid i jego ludzie weszli na górę na miejsce niedostępne” (1 Sm 24, 23); „Zgromadzili się też wokół niego wszelkiego rodzaju uciśnieni i ci, którzy ścigani byli przez wierzycieli, i ci, którym było ciężko na duszy” (1 Sm 22, 2).

Prawdziwy obraz mieszkańca górskiej krainy na pewno nie ma nic wspólnego z przedstawieniami uśmiechniętych i łagodnych pastuszków z bożonarodzeniowej szopki ani z uśmiechniętym bacą sprzedającym oscypki turystom w Dolinie Chochołowskiej. My dziś jesteśmy obrazem właśnie takich pasterzy – utrapionych przez „wierzycieli” rozpaczy, smutku, kłótni, nieradzących sobie z własnym życiem, może „śmierdzących” grzechem... ale dobrą wiadomością jest to, że Bóg poprzez Miriam chce do nas nieustannie przychodzić. Klucz tkwi w oddaniu i zawierzeniu Matce Syna Bożego, ale o tym będzie jeszcze mowa w dalszej części tego rozważania.

Kobieta w czasach biblijnych nie podróżowała sama. Jeśli zdobyłaby się na samotną podróż, narażałaby się nie tylko na poważne niebezpieczeństwo, ale zapewne i na posądzenie o „niemoralne prowadzenie się”.

Posłużę się obrazem z filmu Młody Mesjasz[5], w którym jest scena, kiedy to Święta Rodzina zmierza do Nazaretu wraz z rodziną Kleofasa i razem przemierzają górską okolicę. Nagle ich oczom ukazuje się niebezpieczna scena – kobieta, zbiegła niewolnica, podróżując samotnie, zostaje napadnięta przez mężczyznę. Stała się łatwym celem dla człowieka, który chciał targnąć się na jej ciało, a w konsekwencji i życie, gdyż była zupełnie osamotniona w swej podroży. Na szczęście wszystko kończy się dla tej kobiety dobrze, bo ma jej kto udzielić pomocy i ją przygarnąć. Lepszych bowiem towarzyszy i opiekunów niż Święta Rodzina nie można przecież sobie wyobrazić.

Zastanawiałam się więc, co mogła czuć, w czasach tuż przed narodzeniem Jezusa, kobieta, która podróżowała w taki sposób. Co mogła wreszcie czuć kobieta taka jak Miriam? Czy Ona mogła się bać? Odpowiedzi udzielę poprzez pytanie: czy można się czegokolwiek bać, jeśli człowiek ma w sobie Żywego Boga? Miriam podpowiada i tobie, i mnie – czy możemy się bać, jeśli przyjmujemy Ciało Jej Syna w Eucharystii, dzięki kapłanom, którzy mając moc przemienić nam zwykły kawałek chleba i trochę wina w Ciało i Krew, wskrzeszające życie w najbardziej nawet umarłych i w najbardziej nawet wyschniętych źródłach ludzkiego życia? Czy gdy przyjmiesz Jezusa, możesz się jeszcze czegokolwiek bać...?

Gdy mogłam przyjąć Jezusa właśnie pod dwiema postaciami i gdy spożyłam Jego Ciało i trzymałam w dłoni kielich pełen Jego Świętej Krwi – najczystszej „wody” ze Źródła... w pewnym momencie, ku zaskoczeniu samej siebie, bardzo mocno ścisnęłam ten kielich tak, jakbym z całych sił ściskała Jezusa za rękę, błagając Go z płaczem: tylko proszę, nie zostawiaj mnie samej, nie chcę wyjść do świata bez Ciebie, nie poradzę sobie bez Ciebie, proszę Cię, chcę być z Tobą... Czy można bać się, będąc z Nim? Jest taki strach, który związany jest z tym, by nie stracić Boga – Biblia nazywa ten strach bojaźnią Bożą. O tę łaskę, o łaskę bojaźni Bożej, trzeba nam prosić Jezusa poprzez wstawiennictwo Maryi.

BEZ ROZGŁOSU

Miriam idzie w góry bez rozgłosu, nie robi wielkiego halo: „Hej, ludzie, idę pomagać!”. Podnosi się (anastasa) i idzie bez rozgłosu, tak jak bez rozgłosu później zmartwychwstanie Jej Syn w tym sensie, że Jezus zapowiadał swoją śmierć i powstanie z martwych, uprzedzał apostołów, ale... nikogo nie zmuszał do wiary „na siłę”, na nikim niczego nie wymuszał. Wiara jest cicha, nie szuka rozgłosu, nie ma w niej nawet cienia przemocy. Jest łaską, prezentem, informacją o spadku, dlatego bierze się z wysłuchania treści Testamentu. Owszem, mamy obowiązek głosić Testament Boga, ale każdy sam musi podjąć decyzję, czy chce być spadkobiercą czy nie. Ewangelizacja nie ma nic wspólnego z propagandą polityczną czy nagabywaniem do kupienia Thermomixa!

Podróż Miriam i Jej zdecydowaną postawę zapowiedziała Biblia już wcześniej poprzez inną kobietę Abigail. Historia Abigail, tak jak cała jej osoba, jest swoistą kalką, na którą nakłada się wypełnienie dopiero w Maryi. Jednak w tym miejscu chciałabym tylko wspomnieć o ważnym szczególe. Otóż gdy Abigail udawała się w podróż do Dawida – bardzo ważną podróż, bo chciała prosić Dawida, by ten ocalił jej męża „nicponia”, człowieka – jak sama powiedziała – „pełnego głupoty”, wybrała nie najbardziej uczęszczaną drogę, ale... drogę niewidoczną, wiodącą ukrytą stroną góry (zob. 1 Sm 25, 20).W biblijnym języku ukrycie wyraża się poprzez słowo SETER, ale wystarczy zmienić jedną literkę i zapisać słowo SEFER które odczytuje się jako „księgę” lub „pismo”. Co to oznacza dla ciebie i dla mnie? Na pewno to, że trzeba być dobrze ukrytym – zachowywać wiele rzeczy, spraw, ludzi, wydarzeń w milczeniu, w ukryciu, a w nieustannej przejrzystości trwać tylko przed Bogiem. Wybór niewidocznej, ukrytej drogi w dzisiejszym świecie jest na swój sposób ewenementem, bo przecież ludziom nieustannie proponuje się, by byli widoczni, widziani i podziwiani. Dostrzeżenie przez innych i wybranie drogi najbardziej przez wszystkich uczęszczanej jest pozornie bezpieczne, sprawdzone, a dla wielu najbardziej kuszące, gdyż staje się szansą na potwierdzenie istnienia – jeśli jestem widziana w czyichś oczach, to znaczy, że istnieję, że żyję i moje życie ma sens. Te dwie kobiety: zarówno Abigail, jak i później Miriam, proponują drogę ukrycia w Bogu i poruszanie się ścieżkami niedostępnymi ludzkim oczom, a jedynie źrenicom Boga. Droga ukrycia Miriam jest oczywiście o wiele głębsza – Ta, która nosi w sobie Boga, jest dla człowieka znakiem, aby w żadną z ludzkich dróg nie wyruszał samotnie, ale by był wypełniony Obecnością, jaka jest w nim możliwa poprzez dar życia sakramentalnego.

Gdy byłam małym dzieckiem, bardzo lubiłam książkę Karolcia, która jest już dość oldschoolową pozycją i nie wszyscy ją pamiętają. Mam egzemplarz tej książki z czasów dzieciństwa mojej mamy. Ta książka opowiada o dziewczynce, tytułowej Karolci, która znajduje niebieski koralik. Miał on niezwykłą moc, bo mógł na przykład sprawić, że tytułowa bohaterka stawała się niewidzialna. Koralik był... niebieski. Jako dziecko bardzo chciałam mieć coś takiego i... któregoś dnia przypomniało mi się, że moja babcia ma różaniec, z kryształków... niebieskich! Różaniec był nieco uszkodzony – rozerwany, więc postanowiłam oderwać od niego jeden z tych koralików. Dlaczego o tym wspominam? Dlatego że ta historia – oprócz tego, że w zabawny sposób nawiązuje do mojej dziecięcej chciwości, pokazuje mi także, iż w Miriam mogę być niewidzialna.

Jeśli masz Boga w sobie, czyli żyjesz w stanie łaski uświęcającej, jak w stanie błogosławionym, wtedy Bóg może przychodzić i rodzić się w tobie. Jeśli ukrywasz się w Piśmie (SETER w SEFER), to twój największy nieprzyjaciel mówi zrozpaczony: nie mogę cię zobaczyć, nie wiem, gdzie jesteś, jesteś dla mnie niedostępny – mówi tak, bo on nie widzi w świetle. To światło ksiąg biblijnych stanowi tajemnicę ukrycia, bowiem tak jak wspomniałam, słowa: SEFER („pismo”) i SETER („ukrycie”), brzmią bardzo podobnie jak słowo SARAF („płonąć”). Tak więc płoniesz światłem prawdziwym, które rozświetla twoje ciemności, gdy masz dostęp do Pisma, a w konsekwencji pozostajesz ukryty dla wszystkich zazdrosnych, obsesyjnych oczu tych, którzy chcieliby uczynić ci krzywdę.

Tę ukrytą i niezastąpioną broń, jaką stanowi dla każdego katolika słowo Boże ukryte w księdze Biblii, dostrzega Kiko Arguello, który w swych Adnotacjach... bardzo pięknie i prawdziwie napisał: „Pismo Święte, Biblia, święte słowo Boga jest bronią daną nam do czuwania, tak jak straż nie pełni swych obowiązków bez narzędzi do obrony swojego stanowiska. Kiedy zbliżają się cienie, wydobądź broń, wyjmij miecz, srebrną Biblię z jej skórzanej okładki, i czytaj, czytaj... a cienie wycofują się, tysiące demonów się oddala. W imię Pana, pokonam je! Straż!... Bądź czujny!” [6].

Podróż przez niewidoczną stronę góry, poprzez miejsca niedostępne podpowiada, że jeśli chcesz prosić Boga o to, by kogoś ocalić, choćby poprzez swoją modlitwę właśnie, to... zrób to po cichu! I zastanawiaj się nad wszystkim przy Bogu! Na niektórych ikonach, obrazach czy ilustracjach Miriam jest przedstawiana z palcem przyłożonym do ust w geście sugerującym patrzącemu na Nią człowiekowi CISZĘ. Ale tak naprawdę chodzi tu o „zdumione rozważanie”, albowiem na Bliskim Wschodzie położenie palca na ustach oznacza: „muszę się zastanowić”, „chwila, muszę pomyśleć...”. Zwierzaj się Bogu, rozważaj przy Nim, myśl, zadbaj o czas ukrycia i ciszy w Jego Obecności. Po raz pierwszy w ikonografii pojawia się gest położenia palca na ustach na fresku w Faras, gdzie matka Maryi, Anna, namalowana jest właśnie z palcem na zamkniętych ustach. Jakby samo zamknięcie ust nie wystarczyło, tylko trzeba było jeszcze przytrzymać je palcem. Jakże wielka to musi być tajemnica, by nie tylko zamknąć usta, ale jeszcze je przytrzymać palcem! Tajemnica nad tajemnicami urodzić dziewicę, która stanie się matką, nigdy nie przestając być dziewicą! A może Anna została tak namalowana, by wskazać, że narodzenie Niepokalanej można było wyrazić tylko zamknięciem ust, ale narodziny Syna Bożego z tej Dziewicy trzeba usymbolizować placem dociśniętym do tych ust? Kto wie? Jednego możemy być pewni: gdy się przyjmie Jezusa, trzeba bardzo uważać, by za Niego nie mówić, ale Jemu pozwolić mówić nawet przez własne milczenie. Nie uciszajmy Boga w sobie, swoją gadatliwością.

Zawsze się zastanawiałam, dlaczego kapłan nic nie mówi po przyjęciu komunii świętej... ale trwa w ciszy. Niekiedy odruchowo przykłada dłonie do ust w geście modlitwy. Stare monety z XIX wieku, szczególnie te miedziane, bywają tak wytarte, że nie można odczytać na nich nic, nawet nominału. Bywają słowa tak zdewaluowane, że lepiej nic nie mówić, niż ich użyć. Wszystko dlatego że niewłaściwi ludzie, których sumienie pozbawione jest słuchu muzycznego, używają najczęściej słów, które się powinno tylko wyśpiewywać. Gdy słyszę słowo „miłosierdzie” w ustach kogoś, kto je wypowiada z intonacją wulgaryzmu, wolę już położyć palec na ustach, gdy mam komuś innemu powiedzieć o przebaczeniu Boga. Czy da się wymyślić coś nowego, coś nieskalanego, niepokalane słowo, które nie będzie mi się kojarzyło z publicystą ze znanego portalu postkatolickiego, podpisującego słowem „miłosierdzie” fotografię papieża witającego się z gejami?

Trzeba więc poszukać terenów niedostępnych dla gburów, zbójów, wulgarnych typów. Jakichś niedostępnych obszarów słów i myśli. Ominąć wszelkie zasadzki parszywego towarzystwa, które daje złudne poczucie bezpieczeństwa. Zagubiona owieczka, widząc sforę wilków, nie będzie szczekać i wyć, by upodobnić się do nich, ale milcząco ominie watahę.

Pomyśl, proszę: czy gdyby ktoś tobie jako kobiecie powiedział, abyś poszła sama w niedostępne, trudne tereny, to czy byś to zrobiła? Czy udałabyś się sama w górskie okolice, mając świadomość, że są bardzo niebezpieczne, i wiedząc, kto je zamieszkuje? Słysząc wycie i szczekanie, wrzaski i krzyki, można się wycofać z drogi. To samo pytanie zadaję i mężczyznom. Myślę, że poszłabym tylko wtedy, gdyby chodziło o osobę, którą kocham. Nie mam pewności, czy przemierzałabym wielkie odległości, gdybym tej konkretnej osoby nie znała albo gdybym nie miała pewności, że jestem chciana i oczekiwana u celu mej podróży.

Trzeba mieć silne zaufanie, że Bóg tego pragnie – domyślać się Jego pragnień, zanim mnie On o coś poprosi. Miriam na pewno wiedziała, czego pragnie od Niej w każdym konkretnym momencie Bóg. Pewnie to znasz, gdy czasem patrzysz na ukochaną osobę, na kogoś tobie drogiego, i on/ona nic nie musi mówić, a ty już wiesz, o czym myśli, w jakim jest nastroju, jakie ma życzenie... Taka jest Miriam, a najważniejszą Osobą Jej życia jest Jej Syn.

W Pierwszej Księdze Machabejskiej, w drugim rozdziale, odnaleźć można zapis o Matatiaszu, gorliwym kapłanie, który „zaczął w mieście wołać donośnym głosem: «Niech idzie za mną każdy, kto płonie gorliwością o Prawo i obstaje za przymierzem». Potem zaś on sam i jego synowie uciekli w góry, pozostawiając w mieście wszystko, co tylko posiadali” (1 Mch 2, 27-28). Przywołuję te słowa, bo przypominają o tym, że czasem trzeba wszystko zostawić i biec w góry jak Miriam do Elżbiety, dlatego że w sercu człowieka rozlega się wezwanie, które pochodzi od Boga. Pomyśl, proszę, choć chwilę, zajrzyj w swoje serce: do czego teraz wzywa cię Bóg, dokąd masz biec i co uczynić...?

Maryja idzie do miejscowości która nazywa się „źródło winnicy”, ale tak naprawdę to Źródło Winnicy nosi w sobie, pod swoim sercem, i jest na Nim nieustannie wsparta. Święty Liguori pisał o Maryi, że „nie opuściła ani jednej chwili, by się złączyć z Bogiem”, i że jako „winna latorośl nigdy nie przestaje wzrastać (...). Inne drzewa, pomarańcza, morwa, grusza dochodzą do pewnej tylko wysokości, lecz winna latorośl ciągle wzrasta, dopóki się nie zrówna z tym drzewem, na którym się opiera. Tak i Maryja ciągle wzrastała w doskonałości, dlatego pewien pisarz pozdrowił Ją: «Witaj latorośli winna, ciągle wzrastająca». Trwała również zawsze w zjednoczeniu z Bogiem, który był Jej jedyną podporą (...). Według świętego Ambrożego, Duch Święty chciał przez to niejako powiedzieć: Któraż jest ta, co oparłszy się na Słowie Bożym, rośnie jak winna latorośl, wspinająca się po wielkim drzewie” [7].

Miriam opiera się na swoim Synu jak winorośl na silnym drzewie i stąd czerpie siły – i ty także potrzebujesz oparcia...

Trzeba być bardzo skupionym na Słowie, by iść przez życie, przemierzać swoje najbardziej górzyste krainy. Bez Słowa nie masz odwagi, by żyć, nie masz siły żyć... Nawet jako psychoterapeuta zupełnie nie wierzę w to, że można wypełnić się tylko ludzkimi słowami i czuć się bezpiecznie, czuć się wypełnionym. Nie wierzę w to. Ale wierzę, że Miriam przemierzająca góry daje nam jasną wskazówkę – człowiek musi być wypełniony Słowem i Bogiem Żywym poprzez sakrament, musi Go przyjmować, by przeżyć na tym świecie.

W komentarzach żydowskich to, co zwykle nazywamy piekłem, określane jest jako biblijny SZEOL, o którym komentator żydowski Raszi mówi, że to „państwo bez słowa”, „państwo milczenia”. Wyobraź sobie miejsce, w którym nikt nie wypowiada do ciebie ani jednego słowa, i sam(a) także nie możesz żadnego słowa wypowiedzieć, panuje taka bardzo trudna cisza, cisza, która nie jest wypocznieniem, odprężeniem, ale... udręką. Może masz już takie raniące doświadczenie, choćby z okresu dzieciństwa, kiedy ktoś, kto powinien się tobą zaopiekować i służyć ci wsparciem, milczał, zamiast tłumaczyć i nazywać ci świat. Takie doświadczenie może stać się dla dziecka prawdziwym piekłem, bezkresnym szeolem napięcia. Trudno jest później, nawet pomimo mijającego czasu, pojawiających się nowych wydarzeń i ludzi przetrwać chwile milczenia i odnaleźć się w zwykłej ciszy.

Z Miriam jest inaczej – Ona zawsze przychodzi ze Słowem i zawsze jest Nim wypełniona, i pięknie do ciebie mówi nawet wtedy, gdy... milczy. Czy Ta, którą Bóg wypełnił swoim Żywym Słowem – Ciałem swego Syna, mogłaby nawet po Jego narodzeniu być pusta? Czy mogłaby być pozbawiona słowa? Nigdy! Ona wskazuje, że nie ma takiego miejsca w twoim życiu, do którego by po ciebie nie przyszła, i zawsze niesie ze sobą Słowo będące Obecnością. Ja bardzo chcę w to wierzyć, a także potrzebuję w to wierzyć, wpatrując się w Miriam przemierzającą najbardziej niedostępne górskie miejsca... To najbardziej odważna Kobieta, jaką znam i jaką ciągle poznaję, także dzięki kapłanom, takim jak ojciec Adam i ojciec Augustyn, którzy są dla mnie przykładem życia oddanego Maryi.

JESZCZE O ODWADZE

Święty Józef miał odwagę wyjść w ciemności Egiptu i przeprowadzić przez te mroki swoją Ukochaną i małe Dziecko Jezus. Nie bał się wyjść w ciemność i przemierzać nieznaną mu wcześniej drogę, ale gdy zastanawiałam się na tą jego odwagą i męstwem, nad decyzyjnością i siłą, pomyślałam, że Józef mógł wyjść w tę ciemność drogi i ją przemierzyć dlatego, że... miał obok siebie odważną Kobietę. Józef nie brał odwagi sam z siebie – miał wzór w Miriam, o której już wiedział, że przecież podróżowała sama, że jest Kobietą decyzji. Ale nie tylko Miriam podróżowała sama...

Zapewne każdy pamięta, że Jezus już jako dwunastolatek oddalił się od swoich rodziców i pielgrzymujących do Jerozolimy i... pozostawał sam, poza rodziną (Łk 2, 41-50). Nie było w Nim jednak lęku, tak jak wcześniej nie było tego lęku w Jego Matce – Miriam – i w Józefie, który był Mu opiekunem na ziemi, bowiem każde z nich było samodzielne i prawdziwie wolne. Dlaczego? Dlatego że opierali się całkowicie na Bogu Ojcu. Nie ma lęku tam, gdzie przebywasz w przestrzeni swego Ojca, który jest w Niebie. Przyjmując Ciało Boga, mając sumienie i serce oczyszczone poprzez szczere wyznanie w sakramencie pojednania, jesteś w przestrzeni Boga. I nie musisz się bać. Lęk jest związany zawsze z możliwością utraty czegoś lub siebie – boimy się utraty życia, zdrowia, kochanej osoby, pieniędzy, piękna, dobrej opinii... Tymczasem przy Bogu można utracić tylko to, w czym człowiek sam siebie zatraca, w czym się gubi, upadla. Czy można się bać stracić to, co wymusza na nas podłość? Chyba że się już jest zbyt podłym...

Być może ktoś zapyta: Jak to się nie bali o Jezusa, przecież Maryja mówi: „Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: «Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie»” (Łk 2, 48)? Sięgnijmy jednak do tekstu hebrajskiego, w którym nie ma mowy o żadnym bólu serca, ale o zmartwieniu i o trosce – nie bali się, nie mieli lęku, tylko troskę i zmartwienie, bo czy można żyć bez Chrystusa, nawet jeśli się jest świętym? Musimy pamiętać o tym, że Miriam nie była zwykłą kobietą, a Jej słowa miały znaczenie mistyczne, albowiem przeżyła to, co wcześniej zapowiedział Jej Symeon: „Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: «Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu»” (Łk 2, 34-35).

Nie możemy zapomnieć, że mamy do czynienia z kimś więcej niż z mistyczką, a nie z przerażoną kobietą. Czy myślisz, że Maryja nie miała więcej niezwykłych charyzmatów niż Francesco Forgione z Pietrelciny, czyli Ojciec Pio? Miriam nie bała się, że to niezwykłe Dziecko gdzieś się zagubiło. Ona wiedziała, że Jej Syn jest zbyt mądry, by popaść w jakiekolwiek zagubienie – od początku pełna była wiary w to, że narodził się z Niej Syn Boży. Jego mądrości dziwili się rabini -„wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami” (Łk 2, 47).Jezus się nie zagubił, lecz odnalazł, bo sam Jego Ojciec przyciągał Go do świątyni. Ojciec Augustyn Pelanowski, interpretując słowa Miriam zapisane w Ewangelii: „Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie”, powiedział, że „Miriam przeżyła proroczo trzy dni zagubienia Jezusa w grobie”.

Takiego „bólu serca” niebędącego bólem fizycznym, ale znacznie głębszym doświadczało wielu świętych, a wśród nich święta Teresa od Jezusa, która zapisała: „Widziałam anioła, stojącego tuż przy mnie z lewego boku, w postaci cielesnej (...). Nie był wysokiego wzrostu, raczej mały, a bardzo piękny. Z twarzy jego płonącej niebieskim zapałem znać było, że należy do najwyższego rzędu aniołów, całkiem jakby w ogień przemienionych. Musiał być z rzędu tych, których nazywają cherubinami (...). Ujrzałam w ręku tego anioła długą złotą włócznię, a grot jej żelazny u samego końca był jakby z ognia. Tą włócznią kilka razy przebijał mi serce, zagłębiając ją aż do wnętrzności. Za każdym wyciągnięciem włóczni miałam to uczucie, jakby wraz z nią wnętrzności mi wyciągał. Tak mnie pozostawił całą gorejącą wielkim zapałem miłości Bożej. Tak wielki był ból tego przebicia, że wyrywał mi z piersi te jęki, o których wyżej wspomniałam. Ale taką zarazem przewyższającą wszelki wyraz słodycz sprawia mi to niewypowiedziane męczeństwo, że najmniejszego nie czuję w sobie pragnienia, by ono się skończyło, i w niczym innym dusza moja nie znajduje zadowolenia, tylko w samym Bogu. Nie jest to ból cielesny, ale duchowy, chociaż i ciało niejaki, owszem, nawet znaczny, ma w nim udział. Taka mu towarzyszy słodka, między Bogiem a duszą, wymiana oznak miłości, że opisać jej nie zdołam, tylko Boga proszę, aby w dobroci swojej dał zakosztować jej każdemu, kto by mi nie wierzył” [8].

Innym przykładem świętej, która doświadczała mistycznego bólu serca, jest święta Ludwina z Schiedam, która od wczesnych lat żywiła szczególne nabożeństwo do Matki Bożej. „Mając czternaście lat, podczas ślizgania się na łyżwach upadła i złamała żebro. Nigdy już nie odzyskała zdrowia, do rany wdarła się gangrena, stopniowo pozbawiając ją sprawności fizycznej, aż do całkowitego paraliżu, poza lewą ręką. Postępując za radą swojego spowiednika, ks. Jana de Pot, dzień i noc rozważała Mękę Pana Jezusa, dzieląc ją sobie na siedem części, odpowiadających siedmiu kanonicznym godzinom modlitwy. Wkrótce dzięki temu udało się jej całą gorycz i cierpienie przekuć w pełną pociechy słodycz, a sama modliła się o zwiększenie cierpienia i bólu, które mogłaby ofiarować za dusze grzeszników. Na początku roku 1407 otrzymała niezwykły dar wizji i ekstaz. Gdy pewnego razu odwiedził ją przeor klasztoru św. Elżbiety na wyspie Voorne, Święta z wielką dokładnością opisała zdziwionemu zakonnikowi wygląd cel, refektarza, kaplicy i stróżówki. Miała umiejętność rozróżniania konsekrowanego Ciała Chrystusa od zwykłego opłatka, o czym przekonał się pewien ksiądz, sceptycznie nastawiony do jej daru, przynosząc zwykły opłatek zamiast Komunii Św. Jej rany wymagały ciągłych zmian opatrunków, ciało odchodziło od kości, lecz zamiast odoru, jakiego można się spodziewać przy takim schorzeniu, rany i ciało Świętej wydawały bardzo przyjemny zapach, porównywalny z zapachem cynamonu i imbiru. Po wystąpieniu u św. Ludwiny stygmatów, które otrzymała po objawieniu Pana Jezusa, zapach ten ustąpił zapachowi kwiatów: róż, fiołków i lilii. Początkowo widziała Dzieciątko Jezus, które później przemieniło się w mężczyznę z bliznami i ranami na twarzy oraz na ciele, z krwią spływająca spod cierniowej korony. Z ran wystrzeliły świetliste promienie, przeszywając stopy, ręce i serce Świętej. Gdy zdała sobie sprawę, że została obdarzona stygmatami, modliła się, aby mogła te rany pozostawić w ukryciu i cierpieć ból nimi spowodowany aż do końca swoich dni. Biskup Tournai, Michel d’Esne, pisał że cienka warstwa skóry pokryła rany natychmiast, ale blizny nie zniknęły ani też nie ustąpił ból. Mimo że jej rodzina była biedna, św. Ludwina rozdawała potrzebującym wszystkie dary, jakie sama otrzymywała od innych. Po śmierci rodziców rozdała wszystko to, co jej zostało przez nich zapisane. Zachowało się pismo urzędników miejskich z Schiedam, z czasów oblężenia miasta przez wojska Filipa Burgundzkiego, potwierdzające, że św. Ludwina nie spała i nie przyjmowała pokarmów, a przez dziewiętnaście lat jej jedynym pokarmem była Komunia Święta. Na siedem lat przed śmiercią straciła wzrok” [9].

Święci doświadczali najgłębszego bólu serca, ale żaden nie może równać się z tym, którego doznała Matka Boga. W swej Homilii na Oczyszczenie Najświętszej Marii Panny święty Beda Czcigodny tłumaczy słowa Symeona: „A twoją duszę przeniknie miecz”, jako odczucie przez Maryję Męki Pańskiej i śmierci na krzyżu, przebicia włócznią Jego serca „bo nie bez wielkiego bólu mogła patrzeć na przybitego do krzyża i umierającego, choć nie wątpiła w jego zmartwychwstanie” Ten ból serca, którego Miriam doznała w świątyni przy odnalezieniu Jezusa, był mistycznym przeczuciem przebicia serca Jej Syna włócznią na krzyżu. Nie był to zwykły emocjonalny lęk matki zatroskanej o dziecko. To był rodzaj stygmatu, a nie oznaka zwykłej matczynej troski. Święty Piotr Damiani potwierdza takie rozumienie przeżycia Maryi w świątyni i zapisuje w swej Homilii na Narodzenie Maryi takie słowa: „Gdy Syn Jej poczuł Mękę w ciele, Ją przebił miecz współcierpienia w duszy” [10].

***

Maryja przeżywa wszystko wraz z tobą, ale nigdy nie ulega paraliżującemu strachowi. Ukrywa się za tym ta cenna wskazówka dla każdego człowieka – jeśli przyjmujesz Boga do swojego życia, jeśli przyjmujesz Miriam za swoją Matkę, nie musisz się niczego bać! Pewien pasterz, obserwując swoje owce, napisał: „Żyjemy, wypatrując drobnych znaków świadczących o tym, że przetrwaliśmy”. Takim znakiem dającym niezwyciężoną nadzieję na to, że przetrwamy, jest i dla ciebie, i dla mnie Maryja!

Jeśli czujesz się bardzo samotny i myślisz, że nikogo przy tobie nie ma, a twoje życie przypomina górzystą niedostępną krainę, której nikt nie odwiedza i w której nikt nie chce zamieszkać, jeśli czujesz się ścigany przez „wierzycieli” rozpaczy, smutku, złości, zazdrości i niechęci do siebie i innych, jeśli masz poczucie, że twoje życie przypomina zdewastowaną winnice... to proszę cię, nie bój się, tylko przejdź przez ten czas nie sam, lecz z Miriam, bo twoja droga życia ma sens! Ona pomoże ci odkryć oparcie w Bogu, gdyż tak naprawdę tylko Bóg daje siłę, by iść dalej, a jeśli nie masz siły, by nawet fizycznie uczynić choć jeden krok, Miriam wkłada w rękę różaniec jak linę i... ciągnie cię na nim do przodu. Takiej mocy i pomocy nie może człowiek doświadczyć przez żadną terapię, żaden lek, żadne ludzkie słowo i spojrzenie. Miriam zawsze uprzedzająco przypomina człowiekowi – jestem po to, by ci pomóc, a ty zrób wszystko, cokolwiek powie ci Jezus (zob. J 2, 5).

Debora Sianożęcka Dom w AIN KARIM

Dom Boga wszedł do domu • Czy znasz Dom Boga • Błogosławienie Elżbiety • Wspólne przebywanie • Poruszenie w milczącym • Zadbaj o źródło • To, czym się napełniasz • Ta, która jest pełna, udziela pełności • Przebywanie – zwlekanie

Nie wiem, czy masz takie doświadczenie, że musiałeś udać się do kogoś w drogę, w daleką podróż, i nie wiedziałeś, czy ta osoba cię przyjmie. Zapewne towarzyszyło ci jakieś napięcie, oczekiwanie, niepewność serca. Może i dziś jest podobnie, ale to już nie ty czekasz na to, czy ktoś cię przyjmie... – to Miriam czeka przed drzwiami twojego serca i pyta ciebie: czy mogę wejść?

Miriam już raz musiała przechodzić przez tę niepewność, jeśli Biblia wskazuje na słowa anioła wypowiedziane do Józefa: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki” (Mt 1, 20).

Słowa anioła są skierowane także do nas – nie lękajmy się przyjąć do siebie Maryi, nic złego się nie stanie, najwyżej bardzo realnie, a nie tylko jako obrazek na ścianie pojawi się w naszym życiu Jezus.

DOM BOGA WSZEDŁ DO DOMU

Dawno, dawno temu wpadła mi w ręce jedna z pierwszych tak zwanych religijnych książek, jakie przeczytałam – były to rozważania różańcowe. Niewiele z nich pamiętam, ale doskonale pamiętam tytuł jednego z rozważań: Miłość przyszła do domu. Dlaczego to zapamiętałam? Bo bardzo potrzebowałam miłości, ale takiej prawdziwej, jedynej... Ten tytuł rozważania zasugerował mi wtedy, że Miłość może tak po prostu przyjść do człowieka i że Ona chce przyjść do mnie nawet, jeśli wtedy czułam się tak, jakbym w ogóle nie miała domu. Teraz też Jej potrzebuję i wiem, że taką Miłość może mi przynieść tylko Maryja. Ona, tak jak przyszła do domu w Ain Karim, tak dziś przychodzi do ciebie i do mnie.

W Ewangelii Łukasza zapisano o Miriam: „Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę” (Łk 1, 40).

Gdy przyglądałam się temu zapisowi, w pierwszej kolejności moje oczy przyciągnęły słowa mówiące o tym, że Matka Jezusa weszła do... domu Zachariasza! Weszła nie do domu Elżbiety, nie do domu Elżbiety i Zachariasza, ale... do domu Zachariasza. Może ktoś, komentując ten fakt, stwierdzi, że wynika to z całego kontekstu patriarchalnej kultury tamtych czasów, bo przecież to dopiero w Jezusie miała dokonać się pewna przemiana, poprzez którą rola kobiety została jakby uwznioślona, bardziej podkreślona. Myślę jednak, że to nie jest jedyny klucz do rozumienia tego zapisu. To byłoby zbyt proste.

Miriam nie weszła do domu Elżbiety, ale do domu Zachariasza, i to jest wskazówka dla ciebie jako mężczyzny, jak bardzo jesteś odpowiedzialny za dom, który tworzysz tak, aby był to dom, do jakiego może wejść Miriam przynosząca tobie i całej twojej rodzinie Jezusa. Jesteś odpowiedzialny za swój dom nawet, jeśli wiedziesz swoje życie sam – bo możesz być sam, ale to nigdy nie oznacza, że masz być samotny. Pomyśl, proszę: czy twój dom w sensie fizycznym -dom czy mieszkanie w bloku, cela w klasztorze, a w końcu dom twojego serca – czy ten dom jest otwarty dla Boga? Czy do twojego i do mojego domu może przyjść Miłość? Medytując nad tym jednym biblijnym wersetem, myślę, że Zachariasz zadbał o to, by jego dom był otwarty dla Boga. Ten mężczyzna milczał, ale milczał także dlatego, żeby Ona, ta niezwykła Kobieta, mogła przemówić.

Przypomina mi się w tym momencie pewna pięcioletnia dziewczynka, która siedziała przy stole w milczeniu, a gdy ktoś spróbował podjąć z nią jakąś rozmowę, ona, lekko oburzona, powiedziała: „Czy to tak trudno zrozumieć? Gdy się nie odzywam, to znaczy, że się modlę”.

Milczenie może dawać poczucie bezpieczeństwa. Jest taka siła spokoju płynąca nie tylko z wypowiadanych słów, ale także z milczenia. Gdy pomyślę o mężczyznach, przy których czuję się bezpiecznie, to wcale nie jest tak, że oni muszą cały czas mówić ani że ja muszę cały czas wypowiadać słowa i „zagadywać” ciszę, bo... już sama ich obecność stwarza poczucie bezpieczeństwa. Warto przypomnieć, że Jezus też nie zawsze mówił – w tym sensie, że nie zawsze wypowiadał słowa, ale milczał, i także wtedy można było czuć się przy Nim bezpiecznie. To doświadczenie bezpieczeństwa i ochrony mimo Jego milczenia przedstawia opisane w Ewangelii zdarzenie, kiedy to przyprowadzono do Jezusa kobietę oskarżoną o cudzołóstwo. Oskarżyciele dopytywali, wypytywali, stawiali zarzuty, a On... po prostu milczał i pisał po ziemi: „Mówili to, wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus, nachyliwszy się, pisał palcem po ziemi” (J 8, 6). Nie wypowiadał słów, ale chroniąca była już sama obecność, można nawet powiedzieć, że w tej Jego Obecności ta kobieta mogła się wtedy schować, schronić.

Nawiążę jeszcze krótko do Księgi Jozuego. Otóż w dwudziestym czwartym jej rozdziale opisano, jak Jozue przypomina o przymierzu, jakie zawarł Bóg z Izraelem, i o konieczności dokonania wyboru, komu naród wybrany chce służyć. Jozue mówi: „Bójcie się więc Pana i służcie Mu w szczerości i prawdzie! Usuńcie bóstwa, którym służyli wasi przodkowie po drugiej stronie Rzeki i w Egipcie, a służcie Panu! Gdyby jednak wam się nie podobało służyć Panu, rozstrzygnijcie dziś, komu służyć chcecie, czy bóstwom, którym służyli wasi przodkowie po drugiej stronie Rzeki, czy też bóstwom Amorytów, w których kraju zamieszkaliście. Ja sam i mój dom służyć chcemy Panu” (Joz 24, 14-15).

Bóg ciebie jako mężczyznę także dziś przynagla do rozstrzygnięcia