49,90 zł
Krzysztof Piskorski, dwukrotny laureat Nagrody im. Janusza A. Zajdla, autor uwielbianych przez czytelników powieści Cienioryt oraz Czterdzieści i cztery, powraca po latach z nową książką.
Trójka przyjaciół, których łączy ponura tajemnica z przeszłości.
Książka, która zerwała więzi i sfałszowała znaczenia.
Potęgi, które narodziły się, gdy pierwsi ludzie spojrzeli w gwiazdy.
Osnowa to trzymająca w napięciu historia o grupie przyjaciół, którzy spotykają się po latach, by naprawić coś, co zepsuli – choć może to kosztować ich życie. Ale jednocześnie jest to opowieść o tym, jak rzeźbią nas mity i wielkie historie. O kruchym miejscu, gdzie stykają się pamięć, wyobraźnia i upływ czasu.
W tej porywającej historii, która kluczy po granicy różnych gatunków, tylko jedno jest pewne: droga do odkupienia prowadzi przez wiele cudownie dziwnych i mrocznych momentów. Fantastyka najwyższej próby!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 423
Opieka redakcyjna: ANNA MICHALIK
Redakcja: MAGDALENA ŚWIERCZEK-GRYBOŚ
Korekta: JĘDRZEJ SZULGA, JUSTYNA TECHMAŃSKA-SZEWCZUK, JOANNA ZABOROWSKA
Projekt okładki, zadruku i stron tytułowych: KIRA PIETREK
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Krzysztof Piskorski © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-09353-5
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
Pewnej nocy, w dawno minionych czasach, człowiek obudził się i ujrzał samego siebie. Zobaczył, że jest nagi pod kopułą kosmosu, bezdomny we własnym ciele. Wszystko otwierało się przed jego badawczą myślą. Cud za cudem, zgroza za zgrozą rozkwitały w jego umyśle.
PETER WESSEL ZAPFFE
NA MIEJSCE POJECHALI WE TRÓJKĘ samochodem Pagaty – najpierw musieli tylko przełożyć do bagażnika jeden z dwóch dziecięcych fotelików i naręcze pluszaków, które były rozrzucone na tylnej kanapie. Piotr spostrzegł, że wszystkie są darmówkami, rozdawanymi za znaczki w tym samym markecie. Absurdalne kształty zaklęte w plusz, by dzieci mogły odgrywać kapitalistyczny taniec dorosłych: skaner Stefan, nuggets Natalia, kredytówka Kamila. Chwilę potem, gdy otworzył bagażnik, żeby wrzucić tam fotelik, na dnie zobaczył zmięty uniform. „Starszy sprzedawca-kasjer”. Udał, że go nie widzi, zerknął tylko dyskretnie na Pagatę. Jej podkrążone oczy i spracowane ręce, na które zwrócił uwagę podczas pierwszego od lat spotkania, nabrały kontekstu.
Złość zmieszała się w nim z żalem. Przecież była najdojrzalsza z paczki! To ona nie dała im się całkiem rozsypać po Dolinie. Nie tak miało potoczyć się jej życie.
Dino wpakował się na przednie siedzenie. Piotr zajął miejsce z tyłu, a gdy Pagata przekręciła kluczyk, spytał:
– Ile mają lat?
– Sześć i dziewięć – mruknęła, wyjeżdżając zbyt ostro z parkingu.
– Dziewięć? – zdziwił się. – Tyle mieliśmy wtedy!
– Tak. I dlatego bardzo nie podoba mi się, że temat wrócił. Chcę to mieć za sobą, Piotr. Im szybciej, tym lepiej.
Skinął głową. Sam miał wrażenie, że od przybycia znaku szli niewidzialną granicą. Po jednej stronie: znajomy, przewidywalny świat. Po drugiej: mgła rzeczy, które może się wydarzyły, a może nie. Niewyraźne wspomnienia, trudne do połączenia w całość. Przebłyski, rozchodzące się ciarkami po karku.
I właśnie tam, krok po kroku, zmierzali.
Potrafił sobie wyobrazić lęk Pagaty, że przekraczając tę granicę, bezwiednie zaciągną na drugą stronę także swoich bliskich. Albo gorzej: że zza tej granicy wywleką do rzeczywistości coś, czego nie powinni.
Wyjechali na główną drogę.
Pagata pogłośniła radio, by zagłuszyć klekotanie starych amortyzatorów swojego odrapanego Golfa.
– Ta dziewięciolatka... – kontynuował Piotr.
– Paulina.
– Opowiadałaś jej?
– Nie.
– Czytała Dolinę?
– Nie.
Poprawił się w fotelu, jakby odpowiedź go zakłuła.
– Dlaczego?
Pagata wymamrotała coś, czego nie dosłyszał.
– Hmm?
Milczała. Samochód tymczasem dotarł do głównej drogi. Pagata przeskoczyła od razu dwa pasy w lewo, wgryzając się w gęsty ruch – jak dla Piotra zdecydowanie zbyt agresywnie, jednak Dino uśmiechnął się szeroko.
Następne trzydzieści minut zajęło im obserwowanie, jak centrum zmienia się w brudne, rozciągnięte przedmieścia, i słuchanie playlisty Pagaty, typowej dla przeterminowanego dziecka Neostrady. Gdy droga zaprowadziła ich pomiędzy zakłady przemysłowe i wyłysiałe przestrzenie betonowych parkingów, Piotr nie mógł już wytrzymać milczenia.
– W sumie to myślałem, że po książce się odezwiecie – powiedział. – No, że złapiemy kontakt.
Pagata skręciła głośność do zera. W aucie zapadła cisza. Na przednim fotelu Dino uniósł twarz znad telefonu i zmarszczył brwi.
– Co? – spytała. – Po tym wszystkim MY mielibyśmy się odzywać do CIEBIE?
Piotr rozłożył ręce w bezradnym geście.
– Nie wiem. Myślałem, że będziecie... no... trochę wdzięczni.
Z przodu dobiegło prychnięcie. Pagata i Dino zerknęli na siebie porozumiewawczo.
– Ty mu powiesz czy ja? – spytała.
– Dajesz – odparł Dino.
Uniosła podbródek, by Piotr lepiej widział jej twarz we wstecznym lusterku, i zaczęła:
– Chyba naprawdę żyjesz w innym świecie. Wdzięczni? Że nas okradłeś?
– Ej! Jak to: okradłem?
– Dobra, zacznijmy od tego, że te wspomnienia były tylko nasze. Były specjalne. Wiesz? Ja spędziłam dużo czasu, pytając różnych ludzi. Trochę sobie nie radziłam z ogarnięciem wszystkiego. Myślałam, że jeśli porozmawiam z osobami, które przeszły coś podobnego, będzie łatwiej. Ale wiesz co? Trafiałam tylko na oszustów i wariatów. Kurwa, Piotr! Im więcej czasu mijało, tym bardziej do mnie docierało, jak rzadkie było to, co przeżyliśmy. Osiem miliardów ludzi na świecie. Każdy wie wszystko o wszystkim. A TO było jedyne, rozumiesz?
– Do czasu, aż wszystko poprzekręcałeś i rozgadałeś – dorzucił Dino.
– Zrobiłem z własnym życiem, co chciałem – zaprotestował Piotr. – Nic wam nie zabrałem. Ta historia należała do mnie tak samo jak do was.
Pagata depnęła po hamulcach, skręcając na pobocze – na tyle mocno, że Piotr niemal rozbił nos o fotel. Gdy już stanęli, odwróciła w jego stronę twarz: czerwoną, nabrzmiałą, podświetloną piekielnym ognikiem pulsujących świateł awaryjnych.
– Zabrałeś WSZYSTKO. Wszystko! Co, gdyby któreś z nas chciało opowiedzieć rodzinie, partnerowi, terapeucie, komukolwiek? Wiesz, że nawet mąż mi nie uwierzył? Myślał, że jestem pomylona. Że zasugerowałam się tą twoją bajką, zapomniałam, jak było naprawdę. Pytałeś, dlaczego nie mówiłam dzieciom? Zamierzałam! To miała być zwariowana rodzinna tajemnica. Zabrałeś mi ją! Zabrałeś, nawet nie pytając!
– Stoimy na zakazie – bąknął Piotr, struchlały na tylnym siedzeniu.
– Nie mówiąc o pieniądzach – wtrącił Dino.
– Jebać pieniądze, nie o to chodzi – odparła Pagata. Odwróciła się znów do przodu i ruszyła.
– A dla mnie także o to – nie ustępował Dino. – Widziałem cię na topkach księgarni. No i ekranizacja, prawa do serialu. Musiałeś trochę przytulić.
– Przestań. Pieniędzy akurat ci nie brakuje, sam mówiłeś.
– To nie jest ważne. Ale do twojej wiadomości: gdybym miał na start cokolwiek, byłbym teraz dobrych dziesięć lat do przodu. Po Dolinie byłem w niezłym dole. Długo mi zajęło, nim się wygrzebałem. Matka nie rozumiała, kłóciliśmy się. W końcu rzuciłem szkołę, wyprowadziłem się do znajomego. Ten mnie wkrótce wykopał. Lata szlajałem się po dalszej rodzinie. A ty w tym czasie ani razu nie zadzwoniłeś, zajęty zarabianiem na naszej historii.
– Wiesz co? Odpierdol się – odparł Piotr. – Każdy ma prawo używać prawdziwych wydarzeń!
– Ale nie taką wersję sprzedawałeś ludziom, prawda? Nie mówiłeś, że to na faktach. Gdyby tak było, nie mielibyśmy rozmowy. Nadal dzielilibyśmy to samo. Moglibyśmy współuczestniczyć. Ale bałeś się, prawda? Dlatego opakowałeś to wszystko w zgrabny kolorowy papierek, zmieniając akurat tyle, by prawdziwych nas wyciąć, zastąpić jakimiś kukłami. Jaka wyobraźnia! Jakie pomysły! Tylko naprawdę nie było w tym nic twojego. Stąd problem z kontynuacją, co?
Piotr zaczął się wiercić. Zabolało. Dino ciągnął dalej:
– Podobno nikt nie rozumie, dlaczego nie zrobisz po prostu kolejnej bajeczki dla dzieci. Nawet jakby była słaba. To łatwe pieniądze. Ale ja rozumiem. Drugi raz nie masz czego ukraść, prawda?
Piotr spuścił głowę. Gotowało się w nim od argumentów, ale wiedział, że musi być ostrożny.
Mógłby powiedzieć o jedno słowo za dużo.
Za wcześnie się odsłonić.
Dino prychnął i znowu wyciągnął telefon. Pagata podkręciła radio. Przy charczących dźwiękach Myslovitz, przez asfaltowy kanion między frontami okaleczonych fabryk i magazynów, czerwony Golf zbliżał się do Zawiercia, dokąd lata temu wyprowadził się Adam Ochwacki, Juby.
I gdzie, jeśli wierzyć telefonowi od żony, umarł – jako drugi z ich paczki.
JUBY MIESZKAŁ NA GRANICY miasteczka, w połówce ceglanego poniemieckiego bliźniaka, w krainie błotnistych podwórek, zdziczałych sadów oraz zabitych dechami sklepików, pod którymi już tylko z przyzwyczajenia zbierały się grupki starszych mężczyzn.
Oglądając to wszystko, Piotr się nie dziwi, że jego żona chciała prędko wyjechać.
Rozumie to jeszcze lepiej, gdy widzi ją, jak wychodzi otworzyć bramę i wpuścić ich auto na podjazd z uklepanej gliny. Ona tu nie pasuje. Lekki krok, wrażenie nieobecności, jakby jej myśli stale biegły o kilka kroków przed ciałem. Coś w niej kojarzy się Piotrowi z Weltą. W jej obecności ma nawet to samo dziwne wrażenie, że nagle znalazł się poza czasem, daleko od przyszłości i przeszłości.
Ma na imię Olga. Ściska ich lekko na przywitanie. Jej skóra pachnie, jakby była nagrzana słońcem – Piotr nie rozumie, jak to możliwe w środku listopadowej śląskiej szarówki. Solarium nie daje takiego efektu. Piotr czuje też coś trudnego do wytłumaczenia: biały szum w głębi mózgu, który sprawia, że trudniej mu znajdować słowa.
Skąd Juby ją wytrzasnął?
Myśli o tym nadal, gdy Olga prowadzi ich w stronę domu, przez stare drewniane drzwi do holu z wypaczoną boazerią, a potem do pokoju dziennego z meblościanką i czerwoną pikowaną kanapą, obok której na stole czekają już cztery nakrycia.
– Cieszę się, że przyjechaliście – mówi, rozlewając herbatę do tradycyjnych japońskich filiżanek. – Myślę, że Adam by się z tego cieszył. Chciałam was zaprosić na pogrzeb, ale w telefonie nie miał waszych kontaktów. Znalazłam namiary, dopiero jak porządkowałam rzeczy.
– Jak... Jak to się stało? – pyta z widocznym trudem Pagata.
Olga wzrusza ramionami.
– Serce. Tyle razy mu mówiłam. Lekarze też. Po prostu nie rozumiał, że w wieku trzydziestu czterech lat musi o siebie zadbać.
Piotr czuje nieprzyjemny dreszcz, ale nie daje nic po sobie poznać. Byli przecież z tego samego rocznika.
– Waga to jedno – kontynuuje cicho Olga. – Ale on też nie spał. Siedział całymi nocami. Bolało go wszystko: plecy, brzuch, głowa. Ciągle brał tabletki, nawet kilkanaście dziennie. No i pewnego dnia znalazłam go w fotelu. Martwego. „Nagła śmierć sercowa”. Podobno zdarza się ludziom, którzy przez całe życie ciągną na ibuprofenie.
Milknie, wstydliwie uciekając wzrokiem, jakby czuła się temu winna.
Pagata i Dino kiwają głowami. Piotr widzi u nich ledwo skrywaną ulgę.
Jadąc tu, wyobrażali sobie gorsze rzeczy.
– W zasadzie tylko jeden drobiazg był dziwny – dodaje po chwili Olga. – Gdy go znalazłam, siedział naprzeciw otwartego okna.
– Co w tym dziwnego? – pyta Pagata.
– Nigdy nie otwierał okien. Mówił, że to strata ciepła. A to stary dom, trudno ogrzać. Dlatego zakleił wszystkie jakimś uszczelniaczem. Gdy stało się TO, rozrywał go siłą.
Piotr próbuje sobie nie wyobrażać sinego na twarzy, spanikowanego przyjaciela, jak szarpie się z klamką okna w nadziei, że gdy złapie łyk zimnego powietrza, poczuje się lepiej, strach i duszności miną, a jutro będzie się z tego wszystkiego śmiał.
Próbuje sobie nie wyobrażać rozczarowania zmieszanego z paniką, gdy podmuch chłodu nie przyniósł ulgi, tylko jeszcze większy ucisk w piersi.
Próbuje – ale wyobraźnia jest za silna.
– Możemy zobaczyć, gdzie to było? – pyta, pocierając odruchowo dłonią mostek.
Olga uśmiecha się pobłażliwie. Bawi ją chyba, że udają śledczych. Jakby mieli tu jeszcze coś do zrobienia, cokolwiek do dodania. Potakuje jednak.
Po wejściu na piętro mijają oblepione naklejkami drzwi, zza których dobiegają niezrozumiałe słowa z głośniczka telefonu komórkowego.
– Ania – mówi Olga, wskazując głową zamknięty pokój. – Bardzo wszystko przeżyła. Byli naprawdę blisko.
Wchodzą do kolejnego pokoju, gdzie łuszczące się warstwy plakatów piłkarskich kontrastują z zabytkową stolarką oraz pięćdziesięcioletnimi meblami na wysoki połysk.
Biurko Jubego jest już uprzątnięte. Stoją pod nim pieczołowicie opisane i pozaklejane kartony. Ponad blatem biurka, na którym zaschły koliste duchy niezliczonych kubków oraz filiżanek, jest okno.
Kwadrat gęstej, falującej zieleni.
Chwilę stoją niemi, wrośnięci w ziemię, zmagając się z tym samym wspomnieniem.
Kraniec Doliny.
Las poza lasem.
Kaplica o ścianach z liści.
Żarłoczna otchłań.
A więc to widział w ostatniej chwili ich przyjaciel? Czy to dlatego szarpał okno tak mocno, że na podłodze nadal leżą drzazgi?
– Niewiele widać – mówi przepraszającym tonem Olga. – Tam zaraz jest granica działki i teren starego kombinatu. Pisałam do zarządu, żeby zrobili porządek, nim jakaś gałąź spadnie nam na dach, ale to jak grochem o ścianę.
Piotr jeszcze raz omiata wzrokiem podłogę. Coś nie daje mu spokoju.
– Kiedy dzwoniła pani do Agaty... – zaczyna.
– Och, mówcie mi po imieniu – przerywa z uśmiechem kobieta. – Adam tyle o was opowiadał, że jesteśmy prawie znajomymi.
Piotr kontynuuje:
– Może to drobiazg, ale kiedy zadzwoniłaś do Agaty parę dni temu, powiedziałaś jej, że Juby, to jest Adam, „zginął”. Skąd akurat takie słowo, skoro zmarł na serce?
Twarz Olgi uśmiecha się, ale jej oczy nie biorą w tym udziału. Coś dziwnego iskrzy w ich głębi.
– Naprawdę tak powiedziałam? – pyta.
Pagata kiwa głową.
– Możliwe – stwierdza Olga. – Musicie mi wybaczyć. To były trudne dni dla mnie i Ani. Adam odszedł tak gwałtownie, że... – Wzdycha, patrząc w okno. – No nic – dodaje. – Idziemy do warsztatu?
– Warsztatu? – dziwi się Piotr. Juby nie kojarzy mu się z człowiekiem, który ma garaż lub pracownię z równymi rzędami narzędzi.
– Tak – odpowiada Olga. – Właśnie po to was sprowadziłam.
Wychodzi z pokoju. Piotr i Dino ruszają za nią.
Pagata odwraca się już w stronę drzwi, gdy kątem oka spostrzega coś, co zatrzymuje ją w miejscu. Cofa się do biurka. Przekrzywia głowę. Pod pewnym kątem światło, które wpada przez okno, załamuje się na lakierowanym blacie, odkrywając złożoną topografię linii – wgniecenia od długopisu.
Pochyla się, mrużąc oczy. Na środku blatu widzi teraz głębokie koleiny: pamiątkę po jakiejś notatce czy rysunku, który dawno uprzątnięto, choć duch jego treści przetrwał, odciśnięty w drewnie z niezwykłą siłą.
Rowki układają się w kanciastą formę: kilka prostokątów pożera się nawzajem, jak dziwna trójwymiarowa bryła spłaszczona do dwóch wymiarów. Przypomina to Pagacie wzory, które sama czasem bazgrze na papierze w trakcie długiej rozmowy telefonicznej, ale bardziej desperackie, pospieszne...
Opuszkiem palca śledzi wgłębienia. W niektórych miejscach długopis przebił kartkę i zerwał trochę drewna i lakieru.
Krawędzie wyżłobień są ostre, świeże.
Przez chwilę się zastanawia, czy wezwać tu znowu Olgę i spytać o ten wzór, ale przypomina sobie pobłażliwy uśmiech, z jakim kobieta potraktowała ich zabawę w detektywów.
– Co tam?! Idziesz? – krzyczy ze schodów Piotr.
Pagata odwraca się, zerka ostatni raz na ścianę liści za oknem, a potem rusza, by dołączyć do reszty.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
