OSAMOTNIENIE - WOJCIECH USZOK - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

OSAMOTNIENIE ebook i audiobook

Wojciech Uszok

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

 Wojciech Uszok - OSAMOTNIENIE

„Okrucieństwo dla okrutnych, tak aby wszyscy wiedzieli, jak trzeba się zachować, nawet wówczas,
gdy już przestaniemy wierzyć w anioły.”

„Osamotnienie” to piekielnie mocny thriller zakorzeniony w autentycznych wydarzeniach z 1945 i 1954 roku.

Dwa plany czasowe, dwie rzeczywistości, dwóch bohaterów i jedna kobieta.

Miłość, śmierć, okrucieństwo i czułość wplecione w osnowę klasycznego motywu kata i ofiary, splecione w opowieść o granicach człowieczeństwa i o tym, co zostaje, gdy wszystko inne już przepadło.

Tu zagłada nie jest końcem, lecz początkiem. To historia, która nie prosi o współczucie. Ona je wymusza.

Bez patosu, bez upiększeń — za to z brutalną prawdą, precyzją i językiem, który raz trafia prosto w serce, a raz rozcina je na pół.

Wojciech Uszok tworzy świat, gdzie nadzieja jest bezzasadna, ale mimo to nie potrafimy jej porzucić

W świecie, gdzie krew, ciało i duch stapiają się w jedno, osamotnienie okazuje się ostatnim schronieniem, jedynym wybawieniem.

Ciemność nie zawsze przychodzi z zewnątrz. Czasem dojrzewa w człowieku – powoli, po cichu, aż w końcu przejmuje władzę nad wszystkim.

Autor: Wojciech Uszok
Czyta: Kamil Dawid Gałuszka
Redakcja: Izabela Smug
Korekta: Marta Szaor-Stasiak
Projekt okładki: Katarzyna Mitręga
Wydawca: SoundStories.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 360

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 25 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Kamil Dawid Gałuszka

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



2025, Jelcz-Laskowice, Wydanie I

Tytuł: Osamotnienie

Copyright © 2025 Wojciech Uszok

Wszystkie prawa zastrzeżone

Copyright © 2025 Soundstories.pl

Autor: Wojciech Uszok

Redakcja: Izabela Smug

Korekta: Marta Szaor-Stasiak

Projekt okładki: Katarzyna Mitręga

Skład: Magdalena Batko – Tak się składa

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Żadna część książki nie może być reprodukowana bez zgody wydawcy, zwyjątkiem zacytowania krótkich fragmentów przez recenzenta.

Dystrybucja: Soundstories.pl

ul. Witosa 22, 55-220 Jelcz-Laskowice

tel. +48 533 681 248

[email protected]

www.soundstories.pl

Wydanie I

Jelcz-Laskowice, październik 2025

ISBN 978-83-978037-0-1

Wojciech Uszok

Osamotnienie

Wydawnictwo Soundstories.pl

2025, Jelcz-Laskowice, Wydanie I

dla Franka

Tell me where all past years are

Or who cleft the devil’s foot

John Donne „The Song”

Rozdział pierwszy

Breslau, 24 grudnia 1944 roku

Miasto jeszcze spało. Odległe odgłosy odjeżdżających na zachód pociągów cichły wmroźnym powietrzu, które przed świtem zastygło pomiędzy budynkami na placach iulicach Breslau.

Wróg ubram – pomyślał Artem, poprawiając kołnierz służbowego płaszcza, po czym tak mocno zaciągnął się papierosem, że blask żaru na moment rozświetlił jego śniadą twarz, wygiętą wgrymasie ironicznego lekceważenia.

– Przychodźcie, przychodźcie – szepnął do siebie iobejrzał się wstronę ciężarówki jadącej ostrożnie po oblodzonym bruku Kletschkau Strasse.

Samochód minął go, akierowca nawet nie spojrzał wkierunku samotnego pieszego. Po chwili mercedes zniknął wmroku ijeszcze tylko warkot diesla przez moment towarzyszył Artemowi, aż ion ustał. Ponownie dało się słyszeć tylko pomruki lokomotyw na odległym okilka kilometrów Dworcu Głównym. Zderzające się wagony, gwizd pary iwytężone dźwięki ruszania zacierały się ze względu na odległość. Wchłodzie poranka zlewały się wcichy pomruk, który wydał się Artemowi sumą wszystkich niespokojnych sennych westchnień, snów nadziei wciąż śnionych wmieście szykującym się do obrony.

Artem wyszedł zza pierzei brzydkich kamienic wybudowanych pod koniec dziewiętnastego wieku idostrzegł wmroku ponury gmach Kriminalles Gefangnis für Oberladgebricht Breslau1. Mimo iż wiedział, czego się spodziewać, zwolnił nieznacznie ijakby przygarbił się pod wrażeniem wysokich, ceglanych murów zwieńczonych drutem kolczastym. Za nimi, wodległości kilkunastu metrów, ćmiły się pojedyncze, zakratowane półkoliste okna więzienia. Zerknął na zegarek. Fluorescencyjne wskazówki zachodziły na siebie wokolicy czwórki. Nerwowo poprawił pasek swojej omegi izbliżywszy się do budynku, ruszył wzdłuż ściany. Kiedy znalazł się naprzeciwko furt, dwoma łapczywymi haustami dopalił papierosa, po czym zastukał pięścią wmetalowe drzwi iwlepiwszy wzrok wwąski prostokąt wizjera, nasłuchiwał odgłosów ze środka. Po chwili klapka judasza uchyliła się iwstalowej szparze zabłysła para oczu.

– Się masz, Cygan – odezwał się strażnik, uchylając ciężkie wrota. – Przy święcie robisz? – zapytał, nie oczekując odpowiedzi, zaspany iwyraźnie niezadowolony.

– Taak – syknął Artem, prześlizgując się do środka.

Sam jesteś Cygan, pomyślał, patrząc na zapuchniętą twarz gefraitera.

– Robota to robota – powiedział iodwrócił się, najwyraźniej chcąc jak najszybciej przestać patrzeć na szwaba wnie całkiem schludnym mundurze, zprzerzedzonymi włosami iwyrazem wyższości wkaprawych źrenicach.

– Znasz drogę – powiedział Niemiec, także bez specjalnej sympatii.

Artem ruszył wstronę kiepsko oświetlonego korytarza.

– Powinien być już usiebie. – Usłyszał za plecami głos strażnika.

– Uhm, Oberleutnant – mruknął Artem isprężystym krokiem ruszył przed siebie.

Po chwili dotarł do krat, zagradzających korytarz na całej szerokości iwysokości. Stanął pośrodku, obejrzał się za siebie imachnął wstronę Gefraitera. Starszy szeregowy powoli skinął głową izniknął. Dopiero po kilku długich sekundach rozległ się odgłos elektromagnetycznego zamka.

Artem pchnął furtkę iruszył wstronę schodów, na piętrze stanął przed drzwiami, spod których wąską strużką sączyło się ciepłe światło. Zdjął czapkę, poprawił ręką gęstą czuprynę czarnych włosów izapukał.

– Wejść. – Zabrzmiało niemal natychmiast.

Artem nacisnął klamkę. Oberleutnant Martin Lopke, Unter­ge­ord­ne­ter des Kommandanten des Kriminalgefängnisses beim Oberlandesgericht Breslau2, siedział za biurkiem wygodnie rozparty wfotelu iużywając małej maszynki, zajmował się skręcaniem papierosa. Dwukrotnie przekręcił nadgarstkiem, uśmiechnął się, teatralnym gestem wydobył biały słupek skręta idopiero wówczas spojrzał na przybyłego, rozpromieniając się do reszty.

– Nie za wcześnie, kapralu? – zapytał ipodał Artemowi papieros ujęty znajwyższą delikatnością za końcówkę.

– Jak zwykle – odparł Artem.

– Tak, jak zwykle – przytaknął Lopke izajął się przygotowywaniem kolejnego skręta.

Wgabinecie zapanowało milczenie. Porucznik zpietyzmem wykładał tytoń na bibułkę imanipulował dłońmi, pochylając dość niewielką głowę osadzoną na chudej, długiej szyi. Niemal dotykał nosem chromowanej maszynki.

– Mówiłem panu, skąd mam to cudo? – zapytał po chwili, jakby dopiero co przypomniał sobie, że ma gościa.

– Nie, panie komendancie.

– Wicekomendancie – poprawił go Lopke. – Taak. Dostałem to. Tak można by powiedzieć. Dostałem to od pewnego profesora. Był historykiem, bardzo kulturalnym człowiekiem. – Lopke wciąż był pochylony nad biurkiem.

Artem milczał iskupił swoją uwagę na niewielkim świerku stojącym na krańcu dywanu. Drzewko było ozdobione cukierkami wkolorowej folii zawieszonymi na długich, złotych nitkach. Światło, odbijając się od słodyczy, sprawiło, że Artemowi wydało się, iż choinka kołysze się delikatnie irytmicznie. Wyobraził sobie wicekomendanta, jak śpiewa słynne „OTannenbaum”, aruchy choinki ułożyły się wdoskonałej harmonii zgestami podporucznika. Tym samym ruchem, którym przed chwilą podał papierosa, wyciągał teraz do Artema dłoń zjednym zkolorowych cukierków.

– Tak, bardzooo kultuuuralnym – dodał Lopke, przeciągając zgłoski, po czym niespodziewanie wyprostował się, trzymając pomiędzy kciukiem ipalcem wskazującym prawej dłoni niezwykle starannie skręcony papieros.

– Teraz sobie zapalimy, mamy jeszcze czas. Wkońcu dzisiaj wigilia, nie trzeba się spieszyć. Prawda? – zapytał zczarującym uśmiechem. – Proszę siadać. Co się pan tak kołysze znogi na nogę? Proszę, proszę. – Lopke wskazał na rachityczny fotelik Thonet.

Wicekomendant otworzył szufladę iwyciągnął zniej benzynową zapalniczkę. Chciał coś oniej powiedzieć, lecz zrezygnował. Zamiast tego, zamaszystym, ale eleganckim ruchem podał Artemowi ogień. Zanim zapalił swojego papierosa, przyjrzał się, jak jego gość zaciąga się znamaszczeniem.

– Prawda, że wspaniały? – zapytał.

– Tak, wspaniały.

Po chwili ciszy, którą wypełniały tylko cichutkie odgłosy żarzących się skrętów iwestchnienia wydychanego dymu, komendant odezwał się niespiesznie, najwyraźniej dobrze ważąc słowa.

– Wie pan, obserwuję pana ijestem pod wrażeniem.

Artem poprawił się wfoteliku izaniepokojony jego kruchością zastygł wpozycji nie do końca wygodnej, lecz bezpiecznej, zniemal złączonymi kolanami iobiema stopami całą powierzchnią opartymi na podłodze. Wpatrywał się wptasią twarz swojego rozmówcy iczekał na dalszy ciąg.

– Wie pan, dlaczego? – zapytał Lopke.

– Niestety nie, panie ko… wicekomendancie.

– Jest pan człowiekiem skorym do zadumy. Zamyśla się pan, błądzi gdzieś myślami, tak… jest pan człowiekiem refleksyjnym.

Artem wciąż milczał, nie wiedząc, do czego zmierza porucznik.

– Aprzecież jest pan, że się tak wyrażę, ze złem… no wkażdym razie ze śmiercią za pan brat. Ztego, co mi wiadomo, nie tylko na podstawie wzorowego wykonywania obowiązków wnaszym więzieniu, ale izinformacji, które mam opanu zwcześniejszego okresu pana wojennej drogi, wynika jedno: życie ludzkie nie jest dla pana czymś, nad czym byłby pan skory się pochylić. Ilu ludzi pan zabił?

– Nie wiem. Nie liczyłem – odpowiedział Artem dość szorstko.

– Niech się pan nie obraża. Ja przecież wiem, mamy wojnę, każdy walczy oswoje, ale proszę mi pozwolić przyznać, że pana obecny fach jest mimo wszystko dość wyjątkowy. Nie każdego stać na podjęcie się tych obowiązków, apan nie dość, że wykonuje je wzorowo, to nie zatracił pan swojego… Hmm, myślę, że nie określę tego zbyt mocno, mówiąc: człowieczeństwa. Nie jest pan zwierzęciem mordującym wbezmyślnym akcie okrucieństwa. Pan lubi się zadumać. Tak, to jest niezwykłe.

– Nie dostrzegam wtym niczego niezwykłego – odpowiedział Artem, kończąc papierosa, po czym wysunął rękę przed siebie irozejrzał się po biurku, wyraźnie szukając popiel­niczki.

Lopke spojrzał na żarzącą się resztkę skręta wystającą spomiędzy kciuka ipalca wskazującego prawej dłoni swojego gościa, lecz nie wskazał, gdzie można by się go pozbyć.

– Pan nie dostrzega, być może przez tę swoją refleksyjność. Ale gdybyśmy tak wszystkie, proszę wybaczyć, pana ofiary ułożyli na stosie, to jednak byłoby coś. Coś bardzo konkretnego, to byłaby pokaźna sterta trupów, drogi panie Artemie. Góra ciał, ale przecież nie tylko, bo tej masie towarzyszy, to jasne, wielokroć większa masa cierpienia. Rozpaczy tych, co przeżyli, strat tak bolesnych iodczuwalnych, tak skumulowanych, że byłbym gotów zaryzykować, iż nie mniej konkretnych niż te trupy. Nie mniej substancjonalnych. Rozumie mnie pan?

Artem czuł, jak papieros zaczyna go parzyć. Zmiażdżył resztkę palącego się skręta wpalcach, apotem zamknął go wdłoni, nie spuszczając wzroku ztwarzy podporucznika.

– Trup to trup, acierpienie to cierpienie – odpowiedział Artem.

– Otóż nie do końca się zpanem zgadzam – odparł niemal natychmiast Lopke. – Nie do końca. Itrupy, icierpienie są wistocie tym samym, tym samym konkretnym złem. Czymś, co śmierdzi, rozkłada się izajmuje przestrzeń. Ci, którzy cierpią, bo przeżyli, nie widzą różnicy, proszę mi wierzyć, to pewne. Dla nich cierpienie itrupy to jedno ito samo. Zło, wprzeciwieństwie do dobra, ma tę niezwykłą zdolność do ziszczania się, sublimacji, ajeśli kto woli – materializacji.

Lopke zamyślił się na chwilę.

– Iwłaśnie dlatego to tak niezwykłe, że ktoś taki jak pan pozwala sobie na zadumę irefleksję. Niezwykłym jest, że całe zło, które pan uczynił, nie zmieniło pana wbryłę czarnego kryształu, że nadal wydaje się pan człowiekiem.

– Może nie jestem tak zły, jak się panu wicekomendantowi wydaje – odparł Artem iotworzył dłoń, aresztki niedopałka, kołysząc się, opadły na dywan.

– Ha – żachnął się Oberleutnant Martin Lopke, po czym uśmiechnął się serdecznie, obnażając drobne ispiczaste zęby. – Tak, to byłaby jakaś odpowiedź – dodał po chwili.

– Możemy zaczynać? – zapytał Artem dość bezbarwnym tonem.

– Oczywiście. Już czas. – Lopke spojrzał na teczkę leżącą na biurku, lecz zanim po nią sięgnął, pozwolił sobie na chwilę zamyślenia. Następnie wydobył zszuflady małą, srebrną popielniczkę izagasił wpołowie wypalonego papierosa.

– Proszę, wszystko zgodnie zprzepisami.

Podał Artemowi papier opatrzony kilkoma pieczęciami ipodpisami. Ukrainiec zerknął na dokument iwyłowił imię oraz nazwisko wystukane na maszynie pomiędzy wersami standardowego druku. Wyrok śmierci.

– Adam Czuma – dodał porucznik. – Ksiądz Adam Czuma, jeśli to miałoby czynić jakąś różnicę. – Ponownie uśmiechnął się, lecz już bez tej szczerej serdeczności. – Zadzwonię do strażników ipoinformuję ich, że już pan jest. Wie pan, co robić – stwierdził raczej, niż zapytał Lopke, po czym pochylił się nad pozostałymi papierami wteczce.

Artem wstał ichciał się pożegnać. Czekał chwilę, aż porucznik podniesie głowę znad dokumentów, gdy jednak nie doczekał się tego gestu, rzekł oficjalne „heil”, odwrócił się na pięcie iwyszedł zgabinetu.

Martin Lopke podniósł wzrok dopiero po tym, jak usłyszał dźwięk zamykanych drzwi. Wstał dość energicznie, obszedł biurko isięgnął po słuchawkę telefonu. Wykręcając trzycyfrowy numer wewnętrzny, wpatrywał się zobrzydzeniem wresztki zgniecionego niedopałka leżące obok nogi giętego fotelika. Tymczasem Artem przystanął na chwilę inasłuchiwał. Gdy zza drzwi usłyszał „już jest”, ruszył powoli wstronę wyjścia na wewnętrzny dziedziniec więzienia przy Kletschkau Strasse.

Po wyjściu na zewnątrz zauważył, że niebo, choć wciąż ciemne, zaczynało już szarzeć, adruty kolczaste ponad obrysem muru odzyskiwały swój graficzny kontur – jeszcze przed chwilą skryty wmroku. Było zimno.

Już jestem – powtórzył wmyślach po niemiecku Artem. Wizyta ukomendanta wywołała uniego niepokój. Lopke nigdy dotąd nie zachowywał się wten sposób. Zwykle był wzorem urzędniczej skrupulatności. Czyżby się bał? Czego? Ruskich? Tacy jak on zawsze prześlizgują się pomiędzy trybami historii bez specjalnego uszczerbku izawsze są potrzebni – pomyślał Artem iprzez krótką chwilę, krótszą niż ta, która pozwala słowom wybrzmieć wuporządkowanym szyku, zamyślił się nad sobą iswoją przyszłością. Zaraz potem zwiększą wyrozumiałością wrócił do rozważań nad niestandardowym zachowaniem Martina Lopkego. Może to przez te święta? – zastanawiał się, ale niechciana pewność fałszywej diagnozy tylko wzmogła niepokój.

Artem Kłyczko tupnął kilka razy wkopnym śniegu zalegającym na dziedzińcu więziennym. Wnogi wcale nie zrobiło mu się cieplej, ale jakby na odgłos buta uderzającego głucho wbruk osłonięty zmarzniętym puchem wjednej zbram uchyliła się furta.

– Dawaj, Cygan. – Usłyszał głos.

– Idę – wysyczał iruszył zadowolony, że może zostawić za sobą niechciane myśli.

– Święta, święta! – zanucił niemal strażnik, poklepując Artema po plecach, kiedy ten prześlizgiwał się do środka.

– Czego rechoczesz?

Strażnik zamiast odpowiedzi roześmiał się icicho zanucił słowa kolędy. Artem wzdrygnął się.

– Coś ty taki? – zapytał wesołek.

– Gdzie to jest?

– Blisko, na piętrze, cela sto sześćdziesiąt osiem.

– Prowadź – nakazał Artem iszarpnął Niemca.

– Już, już.

Strażnik ruszył, pokracznie kołysząc biodrami.

– Tutaj?

– Tak.

– Masz bumagę. – Artem podetknął Niemcowi pod nos wyrok śmierci.

– Wszystko wiem.

Szarpnięciem odwiódł sprężynową zasuwę iotworzył okute dębowe drzwi.

– Czuma – ryknął strażnik do ciemnej celi idopiero po chwili przekręcił znajdujący się na zewnętrznej ścianie włącznik. Jeszcze zanim rozbłysło światło, Artem wycofał się okrok wpółmrok korytarza. Wwątłym blasku słabej żarówki dostrzegł, że poza skazanym wceli nie ma nikogo. Wszedł do środka.

– Wstawaj – powiedział strażnik, podchodząc do mężczyzny siedzącego na skraju pryczy. – Wstawaj – powtórzył imocno szturchnął go wramię.

Skazany podniósł się, przestąpił znogi na nogę ijakby zupełnie nie zauważając Niemca, całą swą uwagę skupił na Artemie. Mimo przykrótkich spodni iposzarzałej koszuli wyglądał dostojnie. Starał się być wyprostowany, awjego zapadniętych oczach było widać spokój człowieka pogodzonego zlosem.

Artem mimowolnie ukłonił się izaraz potem sam siebie skarcił wmyślach za ten głupi odruch. Wytrzymał spojrzenie księdza, po czym gestem wskazał na drzwi.

Gdy ksiądz ruszył zmiejsca, zachwiał się iniemal upadł. Tracąc wiele ze swego dostojeństwa, złapał równowagę, postąpił dwa krótkie kroki, po czym ponownie przystanął. Wyprostował się iuśmiechnął pod nosem, ale jego oczy pozostały nieporuszone, nie zmieniły wyrazu.

– Dalej. Ruszaj się – ponaglił go strażnik.

Podszedł do skazańca od tyłu, złapał więźnia za nadgarstek iwykręcił rękę za plecy. Ksiądz pochylił się ipod przymusem ruszył przed siebie, prowadzony przez Niemca.

Artem wyszedł zceli ostatni. Zatrzaskując drzwi, zerknął jeszcze na szary, zakratowany prostokąt okna odcinający się na tle pomalowanej brązową farbą ściany.

Szli wzdłuż cel, za drzwiami słychać było szmery, szepty, niezamierzone stuknięcia, wszystko tak ciche, jakby ostrożność dawała szansę na przeżycie. Artem przyglądał się prowadzonemu księdzu, który nie był już tak dumny jak przed chwilą. Uścisk strażnika sprawiał, że sylwetka skazańca przypominała pozbawioną wolnej woli kukłę, bardziej niesioną niż wiedzioną przed siebie. Dobro nie ma tej zdolności do ucieleśnienia, przypomniał sobie słowa Martina Lopkego. Nie ma, zgodził się Artem.

– Stój. – Strażnik zprzesadą szarpnął ramię skazańca.

Niemiec odwrócił się ipoczekał na towarzysza, po czym skręcili wwęższy korytarz izeszli na półpiętro. Po chwili dotarli do drzwi zzamkiem po środku, wktórym tkwił masywny klucz.

– Właź – syknął strażnik, jeszcze zanim znaleźli się wprzejściowym pomieszczeniu bez okien, bez jakiegokolwiek wyposażenia, lecz na tyle obszernym, że od razu stawało się jasne, iż posiada jakąś konkretną funkcję.

Tymczasem Artem bez słowa przemierzył pokój iwyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi znajdujące się naprzeciw wejścia. Wnętrze oświetlone sodowymi lampami podwieszonymi pod ceglano-stalowym stropem zalane było ciepłym światłem.

Atrem zatrzymał się ispojrzał na urządzenie stojące po lewej stronie. Przebiegł wzrokiem po masywnym korpusie przykrytym dobrze spasowanymi dębowymi deskami, ponad którymi sterczały dwie obręcze skórzanych pasów. Odpiął sprzączki iwprawnym gestem sprawdził ich stan. Odwiódł sztywne popręgi, zmniejszył obwód obydwu pętli iponownie rozszerzył. Zadowolony zwrócił się wstronę kolumny przylegającej do korpusu. Pochylił się nad drewnianym jarzmem umieszczonym pomiędzy stalowymi szynami ipodniósł nieznacznie górną część. Ustąpiła złatwością, awewnętrzny otwór się rozszerzył. Sprawdził skrupulatnie obydwa rygle, akiedy spojrzał wgórę, jego wzrok się zmienił. Dotychczasowa, niemal gospodarska troska, która wypełniała oczy Artema pogodnym skupieniem, nagle zniknęła, awjej miejsce pojawiło się narastające podniecenie. Zadzierając głowę, łapczywie wciągnął powietrze. Mieszanina zapachu smaru, nieogrzewanych murów izakrzepłej krwi powoli wypełniła jego nozdrza, spływając do płuc, gdzie zmieszała się zresztkami nikotynizowanego oddechu iwydobyła się spomiędzy półrozwartych ust Artema cichym, przeciągłym westchnieniem.

Doobrra szwabska robota – pomyślał, wciąż wpatrując się wzawieszoną na szczycie kolumny ukośnie ściętą, pionową sztabę noża.

Za drzwiami słychać było prostackie komendy wesołkowatego strażnika. Powtarzające się: schnell, schnell3 wyrwało Artema zzadumy. Jego ruchy stały się precyzyjne, jakby mechaniczne.

Podszedł do skromnej szafy stojącej przy wejściu, szybko zdjął kurtkę, anastępnie zwinnym ruchem narzucił na plecy bordowy płaszcz zobszernym kołnierzem zakrywającym ramiona. Powoli zapiął rząd guzików ibez przekonania sięgnął po beret leżący na górnej półce.

Odwrócił się bez pośpiechu ipodszedł do kolumny, anastępnie nacisnął zielony włącznik na niewielkiej rozdzielni. Urządzenie drgnęło, awewnątrz korpusu dał się słyszeć pomruk elektrycznych układów wzbudzonych gwałtownym dopływem energii. Po chwili dźwięk ten przemienił się wpulsujące, stłumione buczenie. Artem ponownie nacisnął jeden zwłączników, coś naprężyło się isztaba umieszczona na szczycie pomiędzy dwiema szynami delikatnie uniosła się okilka centymetrów, po czym zatrzymała się ze szczękiem zapadek. Maszyna ponownie zaczęła mruczeć miarowo.

Artem wycofał się okilka kroków.

– Wejść – krzyknął zdecydowanie.

Usłyszał ponaglające „wchodź”, po czym strażnik popchnął więźnia.

Ksiądz zrobił dwa chwiejne kroki wymuszone siłą uderzenia. Był bez koszuli, wsamych spodniach, aręce skrępowane na plecach sprawiały, że chuda klatka piersiowa zapadała się głęboko pomiędzy sterczącymi kośćmi barków. Mimo to szyja była wyprężona, agłowa uniesiona.

Strażnik wysunął się zza pleców więźnia iwyciągnął przed siebie zwitek dokumentów.

Artem rozprostował papier, na którym zapisano wyrok, spojrzał na księdza irozpoczął czytanie:

– Senat Karny Wyższego Sądu Krajowego wBreslau, dnia 23 grudnia…

– Ojcze nasz, któryś jest wniebie – odezwał się skazany – święć się imię twoje…

Ksiądz kontynuował na tyle głośno, że uniemożliwiał odczytanie dokumentu.

– Bądź wola twoja, jako wniebie tak ina ziemi…

– Zamknij się! – wrzasnął strażnik iszarpnął księdza.

Artem podniósł wzrok znad wyroku ispojrzał wtwarz więźnia. Była pozbawiona uczuć, usta wypowiadające słowa modlitwy poruszały się automatycznie, żaden grymas nie odwodził uwagi od znaczenia wyrazów zawartych wprośbie ozbawienie.

Artem odczytał jeszcze nazwisko, zauważył podpis ipieczęć na dole strony, po czym zrezygnował zgłośnej lektury.

Podszedł do księdza, gwałtownie obrócił go wstronę urządzenia iprzystępując okrok, sprawił, że tamten pochylił się ponad ławką na korpusie, tymczasem strażnik podszedł do kolumny irozwarł drewniane jarzmo. Artem czuł, że ciało księdza nie stawia oporu, poluzował uchwyt ipozwolił skazanemu samodzielnie położyć się brzuchem na deskach. Zapiął pasy, astrażnik zablokował głowę księdza pomiędzy deskami zwyciętymi półkolami. Nastała cisza iponownie słychać było tylko pulsujący pomruk prądu wkorpusie.

Artem sięgnął do rozdzielni iustawił bakelitowy przełącznik strzałką na napis „bereit”4.

– Bądź przeklęta – odezwał się zupełnie spokojnym idonośnym głosem ksiądz. – Bądź przeklęta – powtórzył, przeciągając słowa.

Artem zastygł na chwilę, po czym zaskoczony szarpnął się igwałtownie nacisnął włącznik poniżej ćmiącej się na czerwono kontrolki.

Trzask siłowników, szczęk zapadek iświst spadającego noża zlały się wjedno zcichym chrzęstem. Głowa księdza wpadła do kosza ustawionego na podłodze. Strażnik odsunął go, odsłaniając otwór wpodłodze ośrednicy dwudziestu kilku centymetrów. Krew pompowana ztętnic szyjnych wlewała się wdziurę, rytm jej strumieni słabł, aż ustał iprzemienił się wbroczenie.

Niemiec wpatrywał się tępo wodpływ, ana jego twarzy pojawił się uśmiech obłędu, dziwny tik ramienia sprawiał, że wyglądał jak część urządzenia – zewnętrzny moduł rytmicznie podrygujący wmakabrycznym zespoleniu zgilotyną, która spełniwszy zadanie, stygła, oddając gasnącą falę impetu swojej karykaturalnej, cielesnej przystawce.

– Co powiedział ten klecha? – odezwał się po chwili strażnik, podnosząc wzrok.

Artem zapatrzył się wjego oczy. Ich wyraz był nie do określenia, wydawały się szare ipuste.

– Bądź przeklęta. Powiedział: bądź przeklęta.

– Aniby kto?

– Nie wiem.

– Wtym pomieszczeniu nie ma żadnej „onej”, którą by można przekląć, poza naszą mrukliwą Guillotine Diele – zauważył Niemiec iponownie szarpnął mimowolnie ramieniem, po czym roześmiał się, lecz bez wesołości.

– Może coś pomieszał – powiedział Artem bez przekonania. – Miał prawo bredzić – dodał, próbując zagadać niepokój. – Posprzątaj tu – nakazał strażnikowi.

Nie, to nie było przypadkowe – pomyślał, zdejmując katowskie ubranie. Ten ksiądz nie bredził.

– Brednie! – powiedział jednak pod nosem izacisnął pięści, aby opanować drżenie rąk.

Podszedł do niewielkiej żeliwnej umywalki iodkręcił kurek. Strumień wody rozbryzgiwał się wokół rdzawej plamy na dnie emaliowanego zlewu. Artem pochylił się izanurzył głowę. Odgarnął włosy do tyłu izłożywszy dłonie, nabrał wody, po czym obmył twarz. Zerknął na polerowaną blachę przykręconą ponad umywalką, pełniącą funkcję lusterka.

– Brednie – powtórzył, wpatrując się zniedowierzaniem wodbicie szarych oczu.

1

Niem. Więzienie karne dla wyższych urzędników państwowych we Wrocławiu.

2 Niem. Podwładny komendanta więzienia karnego przy Wyższym Sądzie Krajowym we Wrocławiu (Breslau).

3 Niem. szybko, szybko.

4

Niem. gotowy.

Rozdział drugi

Okolice Jelcza koło Oławy, marzec 1954 ROKU

Inżynier Wojciech Korta siedział zpodkurczonymi nogami na ławce obok furmana iwpatrywał się wspadzisty zad starej kasztanki. Chłop ciął co chwilę batem iprzeciągłym „Wiiioo” poganiał konia, który parskał lub raczej wzdychał mozolnie, odwracał uszy izłośliwie wyciągał szyję, wyszarpując lejce ze zgrubiałych dłoni wozaka.

– Leniwa swołocz – bąknął furman bez złości. – Amerykańska, zUnry – dodał po chwili.

Korta uśmiechnął się uprzejmie iskinął głową. Jechali wmilczeniu. Po kilku minutach woźnica zagadnął ponownie.

– Koń, panie, taki jest, że jak nie chce, to nie zrobi, choćby nie wiem co – stwierdził chłop zaczepnie iłypnął na inżyniera. – Tak to znimi jest, uparte są, ale nie głupie – dodał zkresowym zaśpiewem furman. – Mój tato mieli kiedyś takiego konia, co nikogo się nie słuchał, tylko jego. Nie dał do siebie podejść nikomu, błyskał zębami iświtał. Wie pan?

Inżynier ponownie skinął głową.

– Ajak się tacie umarło, to ten koń zaraz tydzień później też padł. Takie oni są uparte izłośliwe, ale nie są głupie – powiedział chłop, po czym zamyślił się iwpatrzył gdzieś przed siebie. – Apo co pan tu przyjechał? – zapytał po chwili.

Inżynier zerknął na furmana iponownie uśmiechnął się pod nosem.

– Ja bym sam zsiebie nigdy tu nie przyjechał. Ale chłop to inaczej, musi iść tam, gdzie ziemia. Tam wzięli, tu dali, to ijesteśmy. Ale tak sam zsiebie? – zapytał furman, wyraźnie zniecierpliwiony milczeniem towarzysza.

– Źle się tu żyje? – zapytał inżynier po chwili.

– Źle nie, ale nie usiebie, to iniedobrze – odpowiedział chłop natychmiast.

– Ja też sam zsiebie tu nie jestem – powiedział inżynier Korta, chcąc ulżyć ciekawości furmana.

– Kazali?

– Kazali – odparł Korta.

– Ico będziecie robić?

– To, co kazali. – Korta się uśmiechnął. – Autobus – dodał po chwili.

– To potrzebne komu?

– Myślę, że tak.

– Jak potrzebne, to inie szkodzi, że kazali. – Chłop wzruszył ramionami imachnął batem. – Dziwne tylko, że tu panu dali zakwaterowanie na wsi, toż to rudera popalona, barachło.

– To dali ijestem.

Furman spojrzał na Kortę zpodejrzliwością, po czym pytał dalej.

– Agdzie pan wcześniej bywał?

– Wcześniej to wstolicy, wwięzieniu – odparł Korta wesoło.

Oczy chłopa błysnęły iskrą ciekawości, ale twarz niemal natychmiast spięła się jakby wodruchu obronnym iprzybrała wyraz przesadzonej obojętności.

Korta żachnął się serdecznie irozbawiony na całego sięgnął za pazuchę płaszcza iwydobył paczkę cameli.

– Zapalimy? – zapytał zironiczną kurtuazją.

Chłop kiwnął głową, przyjął ogień izamilkł, po czym zaczął zukosa uważnie przyglądać się inżynierowi. Buty stare, przedwojenne, ale dobrze napastowane, spodnie, choć wytarte, ze starannie zaprasowanym kantem, włosy zaczesane do tyłu inatarte pomadą. Chłop nie mógł ocenić, czy jego towarzysz jest kimś ważnym, czy nie. Na wszelki wypadek, choć nie było to łatwe, furman postanowił na razie się nie odzywać.

Jechali wąską drogą pomiędzy polami. Korta zmrużył powieki ipoczuł na twarzy ciepło wiosennych promieni. Kołysanie furki imiarowe odgłosy kopyt sprawiły, że po chwili popadł wpółsen. Kiedy wreszcie otworzył oczy, dostrzegł przed sobą zamazane kontury zabudowań wiejskich – ceglane domy pokryte pomarańczową dachówką iczarne drewniane płoty.

– Daleko jeszcze? – zapytał furmana.

– Nie. – Usłyszał wodpowiedzi.

Minęli kilka gospodarstw rozrzuconych wróżnej odległości od drogi izmierzali wstronę lasu, którego ciemna krawędź wblasku dnia wyraźnie odcinała się na tle błękitnego nieba izieleniących się tuż za wsią łąk.

– Tu – odezwał się furman, zaciągając konia, po czym wskazał na zabudowania ukryte wkępie krzaków czarnego bzu, jakieś sto metrów na prawo.

Wojciech Korta podniósł się zławki ienergicznie zeskoczył zwozu. Bez słowa wziął walizkę, po czym obszedł zaprzęg od przodu istanął obok furmana. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni, wyciągnął portfel ipodał chłopu banknot. Jeden dolar. Furman łapczywie złapał zielony papierek. Mruknął coś wramach podzięki, po czym złapał lejce ichciał ruszyć, ale Korta powstrzymał go gestem dłoni.

– Niech pan jeszcze poczeka. – Sięgnął ponownie pod płaszcz iwydobył napoczętą paczkę cameli. – Dziękuję – powiedział, podając chłopu papierosy.

Na ten gest furman całkowicie na powrót się rozpromienił, wepchnął paczkę do kieszeni, po czym bez krępacji, wpatrując się znapięciem wtwarz Korty, wesołym tonem zapytał inżyniera:

– Za co pan siedział?

– Za Polskę – odpowiedział Korta.

Furman uśmiechnął się niepewnie, po czym powoli skinął głową ze zrozumieniem.

– No to niech się panu wiedzie na nowym – powiedział, po czym zaciął konia izawrócił furmankę.

Inżynier Korta przez chwilę patrzył za odjeżdżającym, akiedy wóz się oddalił, ruszył wstronę swojej kwatery. Pchnął furtkę, lecz ta, szorując po ziemi, otworzyła się tylko do połowy. Aby przejść, inżynier musiał unieść walizkę ponad głowę. Podwórko było zarośnięte, świeża trawa zielonym dywanem ścieliła się na całej powierzchni, krzewy rozrosły się swobodnie, zakrywając część ceglanej elewacji domu.

Oto kwatera inżyniera– pomyślał, przyglądając się budynkowi, awłaściwie temu, co po nim pozostało po dawnym pożarze. Dom, jak wszystkie inne wokolicy, był nieotynkowany, dwa spośród trzech okien od frontu były porozbijane, trzecie świeżo przeszklone skrzyło się wpromieniach słońca. Dach zawalony był do połowy długości budynku, atam, gdzie konstrukcja oparła się płomieniom iprzetrwała próbę czasu, pomiędzy szczerbami wdachówkach szarzały żebra krokwi. Pomalowane zieloną farbą drzwi wejściowe znajdowały się zlewej strony.

Korta rozejrzał się dookoła. Naprzeciwko domu wcieniu ogromnego dębu wzniesiono budynek gospodarczy, którego prawie całą powierzchnię fasady zajmowały drewniane wrota zwyglądającym żelaznym ryglem idużą kłódką. Za budynkiem, idąc wstronę lasu, ktoś kiedyś posadził kilka jabłonek, ich sękate pnie ledwo wystawały ponad kępy zeschłych chaszczy. Korony drzewek zieleniły się właśnie pierwszymi listkami. Wtem zwnętrza domu dobiegł śpiew:

– Do grobu trwać wbezżennym stanie, zamiar dziwny niesłychanie… Do grobu trwać wbezżennym stanie…

Powtarzana zupodobaniem wciąż ta sama fraza brzmiała wyraźnie jak niesłabnące echo. Śpiewała dziewczyna. Młoda dziewczyna.

Inżynier Korta zostawił walizkę ipodszedł do wejścia, delikatnie nacisnął klamkę iotworzył drzwi. Pośrodku wielkiej izby, która była chyba jedynym nadającym się do użytku pomieszczeniem wtym, co pozostało zbudynku, odwrócona tyłem kobieta na kolanach zzacięciem szorowała podłogę.

– Zamiar dziwny niesłychanie… – nuciła niezbyt pięknym głosem.

Korta wszedł do środka izamknął za sobą drzwi, które skrzypnęły cicho. Dziewczyna przerwała śpiew izatrzymała się wpół gestu zwyciągniętymi przed siebie rękami przyciskającymi ścierkę do podłogi.

– Dzień dobry – odezwał się Korta szarmancko.

– OJezu! – krzyknęła izerwała się na nogi. – OJezu – powtórzyła, zatoczyła się izawadziła oocynkowane wiadro, które dwa razy zakołysało się wokół dolnej krawędzi, anastępnie przewróciło się, rozlewając wielką kałużę spienionej wody pomiędzy inżynierem adziewczyną.

Piękna – pomyślał Wojciech Korta, nie zważając na okoliczności.

Rysy twarzy przestraszonej dziewczyny wyostrzyły się, ciemne oczy błyszczały, arozświetlone włosy tworzyły rudą aureolę.

– Najmocniej panią przepraszam – odezwał się ostrożnie Korta. – Nie chciałem pani przestraszyć.

– Mógł pan jakoś dać znać, że pan wchodzi – odparowała dziewczyna. – Wystarczyło zapukać.

– To przez ten pani śpiew… – powiedział, zachowując kamienną powagę.

Dziewczyna zaczęła zuwagą przyglądać się inżynierowi. Był elegancki, ajednak wydawał się wswym wyglądzie nonszalancki, odzywał się kulturalnie, lecz jego powaga nie była szczera.

– Zapukać nigdy nie szkodzi – oświadczyła.

– Ma pani absolutną rację. Zachowałem się jak dziki. Korta uśmiechnął się, po czym podszedł bliżej. Dziewczyna ostrożnie wyciągnęła rękę. Inżynier zrobił krok do przodu iwdepnął wkałużę mydlanej wody. Pochylił się ipocałował dłoń dziewczyny.

– Apani? – zapytał po chwili milczenia, wciąż podtrzymując dłoń dziewczyny.

– Ach. Ja? – żachnęła się po chwili. – Anna, Anna Beck.

– Awięc nie Hanna? Miło mi panią poznać.– Mnie także. Miał pan być po południu – powiedziała, wysuwając swoją dłoń zdelikatnego uścisku inżyniera.

– Droga była dobra iszybciej zleciało – odpowiedział Korta, po czym bocianim krokiem wyszedł zkałuży. – Może pani jakoś ztym pomogę, skoro już…

Dziewczyna uśmiechnęła się ironicznie, co dodało jej urody.

– Najlepiej pan zrobi, nie przeszkadzając – stwierdziła.

– Mam wyjść?

– Tak – odpowiedziała zdecydowanie iłagodnie zarazem. – Proszę poczekać na zewnątrz.

– Oczywiście – zameldował Korta, po czym odwrócił się iwyszedł, stawiając podeszwy na krawędzi tak, aby zostawiać na podłodze jak najmniej mokrych śladów. Wdrzwiach odwrócił się, lekko przygarbił iuniósł dłoń wprzepraszającym geście.

Usiadł na ławeczce przy ścianie obok wejścia, odetchnął głęboko iodchyliwszy głowę, wpatrzył się wniebo. Szaro-granatowe chmury sunęły po błękitnym tle, co chwila przysłaniając słońce, którego promienie rozświetlały krawędzie kłębiastych olbrzymów isprawiały, że pomimo wczesnej godziny świat wydawał się tajemniczy, tak jak to zwykle bywa wieczorem.

Inżynier sięgnął do kieszeni iprzez chwilę szukał papierosów. Gdy przypomniał sobie, że oddał camele woźnicy, wstał ipodszedł do walizki pozostawionej pośrodku podwórka. Uchylił wieko imacając na oślep, wysupłał spośród ubrań świeżą paczkę. Wracając na ławeczkę, ukradkiem zerknął wokno, jednak dostrzegł tylko własne odbicie. Przygładził włosy iusiadł.

Pomimo całonocnej podróży wciasnej szoferce stara dwadzieścia iprzejażdżce furmanką po wyboistej drożynie czuł się bardzo dobrze. Palił, trzymając papierosa wkąciku ust.

Nie tylko piękna – pomyślał inżynier Korta, wpatrując się wrozświetlone chmury. Po chwili zaczął gwizdać melodię arii Hanny ze Strasznego Dworu, nie wychodziło najlepiej, więc wyjął camela irozpoczął od nowa. Melodia wiła się jak wstążka poruszana rytmicznym gestem. Wreszcie wpewnej chwili inżynier przerwał izaczął śpiewać:

– Do grobu trwać wbezżennym stanie, zamiar dziwny niesłychanie. Mówi pani Cześnikowa, że znich każdy wolność chowa. Aaaby nie ulegać łzom, gdyy głos święty mimooo płaaaczu żony, każe swój pożegnać dom…

Iznów zaczął wygwizdywać melodię, wciąż ciszej iciszej, aż umilkł zupełnie isolidnie zaciągnął się papierosem. Poczuł na plecach chłód ściany inasłuchiwał odgłosów zdomu. Panowała zupełna cisza, tak głęboka, że wydawało się, że da się dosłyszeć odgłos sunących po niebie chmur. Wreszcie drzwi się otworzyły.

– Gotowe – powiedziała dziewczyna, uśmiechając się. – Może się pan wprowadzać.

– Bardzo pani dziękuję. Jak mogę się odwdzięczyć? – zapytał Korta, podnosząc się zławki.

– Nijak. Inni za pana się odwdzięczą – odpowiedziała.

– Lubię sam płacić swoje rachunki – obruszył się.

– Wporządku. – Machnęła ręką, jakby rozganiając zbędne słowa. – Szalenie pan muzykalny – dodała zprzekąsem.

Korta przyglądał się dziewczynie. Mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat, była chyba niewysoka idrobna, ale dzięki swemu zdecydowaniu, którym promieniała, nie dawało się tego ocenić zcałą stanowczością. Wyglądała pięknie inieuchwytnie zarazem.

– Rzadko bywam wesoły – oznajmił Korta.

– Aszkoda, bo do twarzy ztym panu.

– Może pani usiądzie na chwilę? – zaproponował.

– Ale proszę zgasić papierosa.

Milczeli przez moment.

– Dlaczego akurat tutaj dostał pan zakwaterowanie? – zapytała wreszcie.

– Nie wiem.

– To okropne miejsce – stwierdziła po chwili.

– Dlaczego? Wydaje się miłe.

– Nie jest miłe. Słyszy pan?

– Co takiego?

– Tutaj nawet ptaki nie śpiewają. Słyszy pan?

Korta nasłuchiwał przez chwilę. Dopiero teraz cisza, panująca przez cały czas, wydała się oczywista idziwnie złowroga. Rzeczywiście nie dało się słyszeć jakiegokolwiek ptasiego śpiewu ani żadnego innego odgłosu natury. Delikatnie falujące zeschłe trawy ocierały się bezgłośnie, jakby pozostawiając miejsce na domysły, jak silne mogą być podmuchy kołyszącego je wiatru.

– Taki moment dnia – odparł Korta niepewnie.

– To nie jest moment dnia, anocą wszystko wydaje się jeszcze gorsze. Nie wierzy mi pan?

– Nie wiem, wco miałbym nie wierzyć – skwitował Korta.

– Sam pan zobaczy – powiedziała iwstała. – Pójdę już – dodała, ruszając wstronę furtki.

– Zobaczymy się jeszcze? – krzyknął za odchodzącą inżynier Korta.

– Tak – odpowiedziała, odwracając głowę wjego kierunku.

– Do widzenia. Miło mi było panią poznać.

Dziewczyna zdecydowanym krokiem oddalała się wstronę wsi. Korta przez chwilę przyglądał się jej sylwetce, coraz mniejszej imniej wyraźnej, do momentu, aż zniknęła za zakrętem drogi. Wówczas wziął walizkę iwszedł do swojej kwatery.

Podłoga pachniała szarym mydłem, awcałym pomieszczeniu panował spartański porządek, co potęgowało wrażenie pustki. Była to jakby higieniczna próżnia, bez śladu czyichś nawyków, czyjegoś sposobu odstawiania butów czy czegokolwiek, co mogłoby być miarą jakiejś obecności. To rodzaj braku, cecha specyficzna miejsc porzuconych, której nie zmyje żadna ilość mydła.

Inżynier usiadł na łóżku, które ugięło się iskrzypnęło sprężynami. Spojrzał na pomieszczenie ipomyślał, że wygląda jak scenografia przedstawienia. Stojąca po środku walizka zapowiadała przybycie bohatera irozpoczęcie spektaklu, jednak widownia wciąż była całkiem pusta. Światło sączące się przez okno, zgodnie zdynamiką wydarzeń na niebie, rozbłyskało iprzygasało na zmianę, wzmagając dziwne poczucie osamotnienia.

Korta wstał ipostanowił rozpakować swoje rzeczy. Ustawił walizkę na stole. Oprócz kilku par koszul, zapasowej pary spodni, swetra typu szetland ibielizny, wśrodku znajdowała się napoczęta butelka wódki monopolowej, trzy pudełka cameli, kilka książek izeszytów. Ubrania rozłożył na półkach wszafie, resztę dobytku postawił na stole, po czym usiadł izironią zauważył, że zestaw rekwizytów na blacie zapowiada tani monodram. Ze sterty książek wyciągnął „Podstawy konstrukcji silników” Tadeusza Tańskiego. Przerzucił kilka stron izaczął czytać zdania, które znał na pamięć. Po chwili wyciągnął ołówek iotworzywszy jeden zzeszytów, naszkicował pros­ty rysunek – rodzaj klatki. Pomiędzy szczeblami wpisał cyfry, anastępnie zboku wsłupku podliczył coś, czego wynik stał się powodem notatki sporządzonej poniżej niezwykle starannym charakterem pisma. Wrócił do lektury, lecz co chwila tracił koncentrację. Panowała cisza. Zaczął nasłuchiwać jakiegokolwiek odgłosu, nic, nawet muchy.

Wstał ipodszedł do okna, spojrzał na budynek gospodarczy po przeciwnej stronie podwórka. Wtem zkrzaków wyszła biało-szara kotka, rozejrzała się ipodbiegła wstronę domu, mijając okno.

Korta zastukał wszybę. Zwierzątko zatrzymało się zdezorientowane, po czym ruszyło żwawiej. Inżynier wyszedł przed dom.

– Chodź no tutaj – zawołał za uciekającą wzdłuż muru kocicą. Ta na wysokości ostatniego zbrzegu otworu zresztkami połamanej ramy okiennej przystanęła, anastępnie rączym susem wskoczyła do środka.

Korta podszedł izajrzał do wnętrza zniszczonej części domu. Pomiędzy przegniłymi legarami dawnej podłogi walały się szmaty, porozbijane sprzęty domowe, but iprzegniła słoma. Ściany pomieszczenia obłaziły ztynku, na którym gdzieniegdzie widać było jeszcze ślady farby zbielejącym wzorem wymalowanym wałkiem. Pomimo tego, że nad połową pomieszczenia nie było stropu, wśrodku panował półmrok, tak jakby światło wsiąkało wzrujnowane powierzchnie igrzęzło wplątaninie butwiejących kształtów na ziemi.

Korta wypatrywał kotki pośród śmietniska, agdy usłyszał ciche miauczenie, ucieszył się iuważając na garderobę, wgramolił się przez okno. Pochylił się nad czymś, co leżało tuż obok miejsca, wktórym postawił nogę. Końskie kopyto? – pomyślał, wzdrygnął się ipostanowił nie przekonywać się do końca. Miauczenie kotki było ciche, lecz miarowe.

– Chodź no tu. Gdzie jesteś? – szeptał inżynier.

Miauczenie powtórzyło się ztym samym natężeniem.

– Co tam masz? – zapytał Korta, podchodząc bliżej.

Pochylił się iwyciągnął dłoń wstronę zwierzęcia. Kocica stała wmiejscu, nieznacznie podnosząc na przemian obie przednie łapy. Przyglądała się podchodzącemu, po czym wbijała wzrok wleżący przed nią tłumok ze zrolowanej, wełnianej szmaty.

– Co tam masz? – zapytał Korta ponownie. Próbował pogłaskać kotkę, lecz ta się wywinęła. – Co tam masz? – powtórzył iodgarnął krawędź szmaty.

Pośrodku gniazda leżały trzy kotki, wyglądały jak zabawki porzucone przez znudzone dziecko. Zastygłe wswoich pozach zkarykaturalnie wykręconymi główkami iogonkami. Były martwe. Korta pochylił się niżej ipalcem przesunął odstawioną ku górze łapkę środkowego zwierzątka leżącego na plecach. Sztywny korpusik obrócił się nieznacznie, po czym wrócił na swoje miejsce, gdy inżynier odstawił rękę.

– Chodź do mnie – powiedział ichciał złapać kocicę, lecz ta zwinnym ruchem prześliznęła się pomiędzy jego dłońmi ina powrót uparcie wdeptywała wziemię swoją tragedię.

Korta podszedł do okna, przez chwilę zachwiał się na parapecie izeskoczył nieporadnie na trawę. Przetarł dłonie iwyprostował się. Spojrzał na niebo. Zaczynało padać.

Rozdział trzeci

Breslau, 24 grudnia 1944 roku, przed południem

Dzień był mroźny, lecz słoneczny, aświeży śnieg skrzył się dookoła radośnie, tak jak powinien się skrzyć wdniu Wigilii Narodzenia Pańskiego. Ajednak gdy tylko stalowa furta więzienna zatrzasnęła się za Artemem, ten poczuł się źle. Pomimo świetlistej czystości poranka coś sprawiało, że przykre doznanie nieokreślonego braku dopadło go tak gwałtownie, że przystanął na chwilę ioparł się omur więzienia. Schylił głowę iskulił się wsobie. Czuł, jak jego serce uderza wpiersi znienaturalną gwałtownością, jakby obijając się ożebra, po czym na moment przystaje – niczym zmęczony bokser znajdujący chwilę ukojenia, zawieszony na linach ringu.

Nerwy? Artem się zdziwił. Oco chodzi? – zapytał wmyślach, próbując zrozumieć, co się dzieje.

Nie znalazłszy odpowiedzi, wydał zsiebie przeciągły pomruk – niezbyt ludzki, lecz dość dosadny, aby spowodować chwilową mobilizację woli. Dzięki niej wyprostował się na tyle, na ile to było możliwe, odepchnął się od ceglanej ściany iruszył przed siebie. Sił wystarczyło na kilkaset kroków, nie doszedł nawet do Trebnitzer Strasse iponownie przystanął. Dyszał ipocił się.

Boli? Czy coś mnie boli? Tak, ale co? Nic? Nic czy wszystko? Diagnoza rozmywała się podczas próby skupienia uwagi na której­kolwiek konkretnej części ciała. To nie ból. Nie ból… Spojrzał na przeciwną stronę drogi irzucił się wjej kierunku, potykając się po pierwszym kroku podczas zejścia zkrawężnika. Ratując się przed upadkiem, pochylił się ipodbiegł, odzyskując równowagę dopiero po drugiej stronie śliskiej drogi.

– Uszz ty – przeklął, machając ręką jak śmigłem tuż przed zatrzymaniem silnika aeroplanu.

Oparł się dłońmi powyżej kolan iwykręciwszy głowę, spojrzał za siebie. Więzienie było kilkaset metrów za nim, widziane teraz do góry nogami wydawało się znacznie mniej posępne. Odziwo, to właśnie jakby jego widok sprawił, że po chwili trwania wzastygłej pozycji Artem poczuł się lepiej. Nieznacznie, ale dostrzegalnie. Oddech uspokoił się, aserce nie łomotało już tak gwałtownie.

Rozejrzał się wokół: tylko pojedynczy, spieszący się gdzieś przechodnie. Samochodów na ulicach było niewiele. Wra­żenie pustki iblask wigilijnego dnia zlewały się wpoczucie dość niepewnej świąteczności.

– Dobrze, dobrze, dobrze – powtarzał Artem pod nosem.

Do Kreuzburger Strasse miał dwadzieścia minut drogi – dobrym marszem. Wmyślach podzielił trasę na kilka odcinków iod razu wydała mu się nie aż tak długa. Pomyślał oswoim pokoju, ołóżku. Odpoczynek wydał się Artemowi dobrym rozwiązaniem. Choć był pewien, że to nie zmęczenie jest powodem dziwnego stanu. Nadzieja spokoju pośród czterech ścian, myśl ośnie, długim zdrowym śnie dodała mu otuchy.

Ruszył ostrożnie, skupiony na sobie, jakby czekając na niespodziewany cios zniewiadomego kierunku. Po kilkunastu sekundach przyspieszył zachęcony konstatacją, że nie jest najgorzej. Lecz gdy tylko skręcił za róg wstronę wiaduktu – znowu go dopadło. Teraz jakby mniej gwałtownie – być może przez przeczucie, które wyprzedziło stan niepokoju, jednak ten uderzył zintensywnością, która hamowała każdy kolejny krok, każdy ruch przed siebie.

Co robić? – myślał Artem, aświadomość ogarniającej go paniki tylko nasiliła stan beznadziei. Całym zapasem sił skupił się na sobie, szukał czegokolwiek, jakiegokolwiek słowa. Nie znajdując niczego, co mogło być możliwym do zaakceptowania wytłumaczeniem, pomyślał ocelu. Dotrzeć do domu, do tej nory zoknem na studnię, dotrzeć ponad wszystko. Dotrzeć isię uratować.

Brnął przez płytki śnieg, jakby to były zaspy na wołyńskim polu. Do domu, do domu – powtarzał raz po raz wmyślach. Szedł kilka minut, wkońcu zatrzymał się imimo sprzeciwu woli ukląkł pośrodku chodnika.

Jęknął przeciągle irozejrzał się dookoła, jakby wypatrując świadków swojego niewytłumaczalnego zachowania. Nikogo nie było. Mieszkańcy Breslau zajęci świątecznymi przygotowaniami, przykrywając uśmiechami strach przed nadciągającym frontem, przy swoich garach zkiszoną kapustą, pozostawili go samemu sobie.

To nic, to nic – pomyślał iwytężył wzrok, spoglądając wgłąb ulicy ujętej szpalerem szarych kamienic. Wjego oczach pojawił się cień zwierzęcej siły, resztka furii zaszczutego psa, który jeszcze się nie poddał, choć nie było widać nadziei. Dysząc, podniósł się iruszył do ściany. Macając chropowaty tynk, docierał do kolejnych krawędzi boniowania wysokiego gzymsu. Narożnik, rama okienna, szyba, szyba, rama, klamka. Zatrzymał się ispojrzał na swoje odbicie, aza nim wgłębi nieoświetlonego wnętrza na mężczyznę poruszającego się pomiędzy stołami. Zadarł głowę. Szyld był mało zdobny, anazwa baru trudna do odczytania, ale to bar. Bar, bar. Szarpnął klamkę. Zamknięte. Szarpnął ponownie, napierając całym ciężarem ciała.

– Otwieraj – wycedził słabym głosem. – Otwieraj – ryknął resztką sił, uderzając pięścią wszybę drzwi.

Mężczyzna we wnętrzu zatrzymał się ispojrzał gniewnie wstronę przybysza. Po kolejnym uderzeniu pięści wszybę podszedł igwałtownym ruchem przekręcił klucz wzamku, po czym szarpnięciem otworzył drzwi baru.

– Otwieraj – powtórzył mimo wszystko Artem.

– Nie widzisz, że zamknięte, skurwysynie jeden?

– Otwieraj bar – powiedział Artem najpewniejszym głosem, na jaki było go wtym momencie stać, po czym runął wstronę mężczyzny ibyłby się przewrócił, gdyby wyciągnięta ręka barmana nie podtrzymała go za kołnierz.

– Święta są, pijaczyno, nieczynne – oświadczył mężczyzna ichciał wypchnąć niechcianego gościa, lecz ten wywinął się istanął wyprostowany na progu.

Przez ułamek sekundy nie był pewny, czy utrzyma się na nogach, ale niespodziewanie zastygł ijakby nieprzerwanie tkwiąc wstężeniu, zamachnął się lewym sierpem, trafiając wbłyszczący policzek mężczyzny, który po tym ciosie padł na ziemię zteatralnie rozrzuconymi rękami.

Artem obrócił się na pięcie iresztką sił dotarł za bar, wyciągnął rękę wstronę pierwszej zbrzegu butelki, odkręcił nakrętkę iprzystawił szyjkę do ust. Kilkoma zachłannymi łykami opróżnił zawartość. Upuścił pustą flaszkę na ziemię ioparłszy się oblat baru, czekał na efekt.

Słodki smak likieru cytrynowego rósł wjego ustach ito już było coś. Czuł coś, co można było nazwać. Po chwili ciepło wbrzuchu rozlało się po ciele idotarło do serca, apotem dalej. Było dużo lepiej. Pozostał lęk, ale trochę rozmyty. Odwrócił się wstronę baru izraczkującym dopiero rozmysłem wybrał spośród wielu butelkę czystej żytniej. Wyszarpał korek zębami iponownie wpił się, odchylając głowę do tyłu.

Wracam – pomyślał, odstawiając wypitą do połowy wódkę. Spojrzał wstronę wejścia. Barman gramolił się po nokaucie. Artem podszedł ipomógł mu się podnieść. Mężczyzna początkowo zląkł się iuchylił, zakrywając łokciem twarz, jednak widząc wyciągniętą przyjaźnie dłoń, podciągnął się istanął naprzeciwko Artema. Był przestraszony, upokorzony izdezorientowany, ajednak wpatrywał się woczy przybysza ztrudną do opanowania zachłanną ciekawością.

Zwierzęca wola wmglistym werniksie alkoholu łamała się wnich zniezrozumieniem ijakby zagubieniem, zupełnie niestosownym do sytuacji.

– Niech pan usiądzie – powiedział Artem dość spokojnie.

Mężczyzna usłuchał iostrożnie podstawił sobie jedno zkrzeseł. Artem wziął zza lady dwie szklanki iupitą żytniówkę, po czym usiadł obok, napełnił szklanki ipodał barmanowi. Ten odmówił, jednak bez przekonania, ipo drobnym szturchnięciu Artema ujął wdrżącą dłoń wypełnionego karczmiaka na krótkiej nóżce iwychylił do dna, naśladując swojego gościa.

– Wódka jest dla słabych – odezwał się po chwili Artem, najwyraźniej szukając pojednania. – Nie pamiętam, kiedy ostatnio piłem – dodał po chwili.

Barman skinął imruknął coś, co miało być wyrazem pełnej akceptacji, jednak nie wypadło to przekonująco.

Artem uśmiechnął się, rozumiejąc groteskowość swojej deklaracji, ichciał coś wyjaśnić, ale zatrzymał się wpół pierwszego słowa ipo chwili zaczął od nowa.

– Nie wiem, co się stało.

Barman ponownie skinął zzawodową wyrozumiałością.

Artem wułamku sekundy rozognił się idrgnął, ale po chwili zdołał się opanować iwycedził:

– Naprawdę nie piję, nigdy nie piłem, zdarzyło się coś, czego nie mogę…

Przestraszone oczy barmana zastygły woczekiwaniu najgorszego.

– Nie mogę tego wyjaśnić. Nie mogę wyjaśnić – powtórzył Artem chyba do siebie, akiedy znaczenie słów dotarło idojrzało wjego głowie, skrzywił się zpogardą. – Boisz się? – zapytał.

Barman nie był pewien, co najlepiej odpowiedzieć.

– Boisz się śmierci? – zapytał Artem.

Barman milczał.