Orange-flavored Kisses - Wiktoria Stemplewska - ebook
NOWOŚĆ

Orange-flavored Kisses ebook

Wiktoria Stemplewska

0,0

23 osoby interesują się tą książką

Opis

Autorka Give Him a Chance powraca z kolejną historią, tym razem z motywem girl & girl!

Tiana West wraz z bliźniakiem Naveenem zaczynają naukę w Santa Monica High School. Początki w liceum miały zwiastować wiele nowych doświadczeń, ale Tiana nie spodziewała się, że zacznie od tych niezbyt przyjemnych. Dziewczyna gubi się na nieznanych korytarzach i w dodatku dowiaduje, że zapisy na wymarzone zajęcia dodatkowe zamknęły się wraz z ostatnim dniem wakacji.  

Jednym słowem – klapa.

Błądząc w obcym budynku, w końcu pakuje się w niezłe kłopoty. Przyłapuje na amorach dwie dziewczyny, a jedną z nich okazuje się Casey Brewer, bardzo popularna w szkole kapitanka żeńskiej drużyny koszykówki.

Przestraszona, że sekret się wyda, Casey postanawia odnaleźć nową uczennicę i zaproponować jej układ w zamian za milczenie. Otrzyma ona miejsce w szkolnej drużynie koszykarskiej, jeżeli tylko nie piśnie ani słowa o tym, co zobaczyła.

Tiana nie bardzo rozumie, z jakiego powodu liderka, będąca na językach wszystkich uczniów Samohi, chce ukryć to, z kim się spotyka. Nie wie też, z jakiego powodu dziewczyna tak bardzo ją zaintrygowała.

Co jeśli układ da obu dziewczynom więcej, niż oczekiwały?

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 603

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © for the text by Wiktoria Stemplewska

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Anna Łakuta-Rudzka

Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Kamila Grotowska, Magdalena Kłodowska

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

ISBN 978-83-8418-808-8 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

OD AUTORKI

Orange-flavored Kisses to niezależna historia, którą można przeczytać bez znajomości moich poprzednich książek. Fabuła rozwija się jednak w tym samym uniwersum co Give him a chanceoraz In Between. Pomiędzy sercem a rozumem, dlatego jeśli planujesz przeczytać któryś z wymienionych wyżej tytułów i nie chcesz zepsuć sobie radości z czytania, zachęcam do sięgnięcia najpierw po tamte.

Miłej lektury, drogi Czytelniku! <3

PLAYLISTA

girl in red – 4am

girl in red – Bad idea!

Current Joys – Blondie

Dove Cameron – Boyfriend

Clairo – Bubble Gum

The Neighbourhood – Compass

Taylor Swift – Cruel Summer

Taylor Swift – Daylight

Taylor Swift – Enchanted

Cigarettes After Sex – Falling in Love

Cavetown ft. Beabadoobee – Fall in Love With a Girl

Taylor Swift – The Fate of Ophelia

girl in red – Forget Her

girl in red – Girls

Gracie Abrams – I Love You, I’m sorry

girl in red – I Need to Be Alone

girl in red – I Wanna Be Your Girlfriend

Eyedress – Jealous

Patrick Watson – Je te laisserai des mots

Taylor Swift – loml

Ellie Goulding – Love Me Like You Do

Sufjan Stevens – Mystery of Love

Fitz and The Tantrums – Out of My League

Olivia Rodrigo – Pretty Isn’t Pretty

Zac Efron, Zendaya – Rewrite The Stars

Gigi Perez – Sailor Song

Clairo – Sofia

Clairo – Softly

Montell Fish – Talk 2 Me

Maye – Tú

Katy Perry – Unconditionally

girl in red – Watch You Sleep

Ariana Grande – We Can’t Be Friends

Rihanna, Calvin Harris – We Found Love

Lorde – A World Alone

PROLOG

TIANA

Willy Wonka:

serio, Tia, nie wiem, czym się stresujesz

każdy musiał przez to przejść

z doświadczenia powiem Ci, że dziewiąta klasa wcale nie jest taka straszna

Wzdycham. Willow naprawdę łatwo jest tak mówić. To już jej drugi rok w liceum. Poza tym we wszystkim wspiera ją Zack. Ja nie mogę nawet liczyć na wsparcie od swojego głupiego brata bliźniaka. Okej, rodzice mocno trzymają za mnie kciuki, ale to nie to samo, skoro przeżyli swoje nastoletnie lata już dawno temu i z ich opowieści doskonale wiem, że wspominają te czasy naprawdę dobrze. Co jeśli mnie nie spotka to samo? Nie mam nawet żadnych stałych zainteresowań, ulubionych rzeczy, a w dodatku wyglądam dosyć nudno. Matko. Czuję się taka… bezbarwna.

– Tia! Autobus nie będzie na nas czekał! – krzyczy Naveen, a ja najchętniej rzuciłabym w niego jednym ze swoich pluszowych kapci-krokodyli.

Zazdroszczę mu, bo wiem, że szybko się zaadaptuje. Chłopacy znacznie łatwiej zawierają znajomości. Jednego dnia mijają się bez słowa na korytarzu, a drugiego zbijają piątkę i gadają tak, jakby od dawna łączyła ich przyjacielska więź.

– Już schodzę! – odpowiadam wściekła. Wysyłam do Willow ostatnie wiadomości.

Ja:

Muszę lecieć, bo Nav się niecierpliwi.

Trzymaj kciuki.

Napiszę, jeśli nikogo nie poznam i będę siedzieć w samotności.

(Lepiej przygotuj się na serię mojego markotnego narzekania, bo na pewno tak będzie)

Przyjaciółka reaguje na ostatni tekst emotką czaszki. Przewracam oczami, zarzucam ciemnozielony plecak na jedno ramię i zbiegam na dół. Rodzice już stoją przy drzwiach, by sprzedać nam kopniaki na szczęście.

– Chciałabym wiedzieć, kiedy staliście się tacy duzi – mówi wzruszona mama.

Patrzy na naszą dwójkę z malującymi się na twarzy najróżniejszymi emocjami. Mogłaby się nie odezwać, a i tak wiedzielibyśmy, co w danej chwili czuje.

Tata obejmuje ją ramieniem, co sprawia, że uśmiech sam wkrada mi się na usta. To, jaką darzą się miłością, nieustannie wprawia mnie w zachwyt. Są chodzącym przykładem udanego małżeństwa. Mimo upływu lat wciąż wyglądają jak para zakochanych nastolatków. Coś pięknego. Jeśli miałabym doświadczyć kiedykolwiek miłości, to tylko takiej jak państwo West.

– Utulcie staruszków. – Tata brzmi tak, jakby za chwilę miał wybuchnąć płaczem. Nie wiem, czy spowodowanym tym, że widzi w nas jakieś swoje własne licealne odbicie, czy raczej tym, że czas za szybko pędzi. Nieważne, bo po krótkiej chwili wszyscy czworo zamykamy się w czułym, rodzinnym uścisku. – Trzymamy za was kciuki. No i mamy nadzieję, że odpowiednio was do wszystkiego przygotowaliśmy.

Wtulam się w klatkę piersiową mężczyzny jeszcze mocniej. Naveen trzyma dystans, zresztą jak zawsze. Nie lubi bliskości i raczej zbyt szybko się na nią nie otworzy. Próbowałam rozmawiać z nim na ten temat, ale zawsze odpowiadał krzykiem, jakby wstydził się własnych uczuć.

Rodzice sprzedają nam obiecane kopniaki na szczęście i przytulają nas jeszcze z osobna. Mój brat dość szybko ulatnia się na zewnątrz. Chcę podążyć jego śladami i wyjść na chodnik przed domem w oczekiwaniu na szkolny autobus, jednak zatrzymuje mnie mama. Nawet nie wiem, w której chwili podchodzi bliżej, ponownie zamyka mnie w uścisku i szepcze mi do ucha:

– Powodzenia, moja mała Ti. Wierzę w to, że ze wszystkim, co zaplanowało dla ciebie liceum, doskonale sobie poradzisz.

Wychodzę delikatnie podniesiona na duchu. Tępym wzrokiem patrzę na to, jak duży, żółto-czarny pojazd zatrzymuje się blisko krawężnika. Przez jego okna widać najróżniejsze osoby. W przedniej części autobusu siedzi jakaś dziewczyna, opiera głowę o szybę i wygląda tak, jakby była czymś zmęczona. Za nią natomiast miejsce zajął ktoś, kto zaburza jej spokój. Właściwie nieznajoma sprawia wrażenie tak zmarnowanej, że może denerwować ją każdy w pobliżu. Może nawet ja zacznę, gdy już wsiądę.

A co, jeśli będę zmuszona się do kogoś dosiąść? Co, jeśli tym kimś okaże się ta dziewczyna i totalnie zrujnuję jej dzień? O mój…

– Wsiadasz, dzieciaku? – Z głębokich rozmyślań wyrywa mnie męski głos.

Od razu się orientuję, że należy do zniecierpliwionego kierowcy. Wyłapuję plakietkę, którą ma przyczepioną do kamizelki odblaskowej. Ma na imię Stanley.

Przenoszę spojrzenie z powrotem na szyby autobusu. Kilka osób, które zajmują już miejsca w środku, zainteresowały się reakcją kierowcy. Patrzą na mnie jak na kretynkę, więc motywuję się do tego, by w końcu wejść po metalowych schodkach. Zżera mnie stres.

Jeszcze dwa tygodnie temu, podczas wakacji, naprawdę podobał mi się pomysł, że autobus zabierze wszystkich pierwszaków spod domu, by ułatwić wstępną organizację. Teraz, gdy powoli przechodzę między fotelami i czuję na sobie ciekawskie spojrzenia, cieszę się, że to pierwszy i ostatni raz, gdy będę nim jechać.

W przeciwieństwie do brata, który zdążył już zająć miejsce i tylko przewraca na mnie oczami, przeżywam istny koszmar. Moje wnętrze wprost płonie ze zdenerwowania.

Siadam w porę, nim ruszamy. Całe szczęście natrafiłam na wolne siedzenie, więc by się odstresować, zakładam słuchawki i opieram głowę o szybę z zamiarem obserwowania mijanej panoramy miasta. Santa Monica nie jest najpiękniejsza, ale przyglądanie się jej ulicom przez szyby autobusu będzie zdecydowanie lepsze niż przypadkowe nawiązanie kontaktu wzrokowego z nieznajomą osobą.

Dam radę. Na pewno nie wpakuję się w żadne kłopoty. Wszystko przebiegnie gładko i nie zrobię z siebie durnia czy pokraki. Zero szans na to, że poślizgnę się z tacką pełną jedzenia na środku stołówki na skórce od banana. Takie sytuacje zdarzają się tylko w kreskówkach.

Zdążyłam wspomnieć, że moje życie to kreskówka?

Nawet nie rejestruję, kiedy poziom mojego stresu wzrasta. Wystarczy, że czuję, jak autobus zaczyna zwalniać, a potem wyostrzam spojrzenie, dotychczas wbite w jakiś martwy punkt, by zobaczyć budynek nowej szkoły. Moje nogi właśnie straciły jakąkolwiek stabilność. Nie mogę obiecać, że za moment ktoś nie zostanie zmuszony do wyprowadzenia mnie na zewnątrz, bo nie będę w stanie oderwać ich z zajmowanego dotychczas miejsca.

Wstaję z fotela jako jedna z ostatnich. Nie spieszę się ze schowaniem słuchawek do etui ładującego, a następnie do plecaka. Robię wszystko powoli, by zachować jak największą ostrożność. Nie mam pojęcia, czy mnie to nie zgubi, ale wolę działać rozsądnie pod wpływem zdenerwowania, niż nieumiejętnie udawać, że cała ta sytuacja jest czymś, do czego mogłabym podejść na luzie. Nowe miejsce, nowi ludzie i nowa… ja. Chociaż z tym jeszcze zobaczymy.

Moje nogi trzęsą się przy każdym kroku stawianym na metalowych schodkach. Skupiam spojrzenie właśnie na nich, by przypadkiem zaraz nie polecieć twarzą na chodnik. Kiedy już stoję na przystanku autobusowym, przed liceum, mam kolejne zmartwienie. Wszyscy zdążyli zebrać się w kupce, blisko przydzielonego nam przewodnika – jednego z uczniów Santa Monica High School. Nie chcę się przepychać naprzód, więc będę musiała słuchać zdecydowanie uważniej i z nadzieją, że nikt nie zagłuszy mi ważniejszych informacji.

Pierwszą lekcję zaczynamy już za około godzinę, toteż od samego początku nie mogę liczyć na to, że wycieczka organizacyjna po całym obiekcie okaże się naprawdę dokładna. Jestem prawie pewna, że domyślenie się wielu rzeczy przyjdzie mi dość łatwo. Może ewentualnie zgubię się pierwszego dnia i spotkam kogoś z podobnym problemem.

Jasne. Już widzę osobę tak samo nieporadną jak ja. To dość mało prawdopodobne.

Staję bliżej, by choć wyrywkowo usłyszeć nieznanego chłopaka. Buja się na palcach i piętach pośrodku niewielkiego tłumu. Może dzisiaj Naveen wyjątkowo skupi uwagę na tym, co trzeba, i będę mogła zwrócić się do niego po pomoc, jeśli coś mnie ominie.

– Cześć wszystkim, jestem Carter i właśnie zacząłem jedenastą klasę. Zostałem wybrany na waszego przewodnika, ponieważ aktywnie udzielam się w wielu organizowanych przez szkołę programach. Znam absolutnie każde oblicze Samohi – zapewnia, a przynajmniej taką wersję słyszę. Być może powiedział coś innego. – Cała nasza społeczność niezmiernie się cieszy, że do nas dołączycie. Zresztą chodźcie za mną, a na końcu naszej wycieczki sami się o tym przekonacie.

Carter wykonuje ręką gest, który ma zachęcić nas do wejścia na teren liceum. Ja nie czuję się zachęcona, jednak wiem, że muszę przekroczyć jego próg. Naprawdę wolałabym dalej rozpuszczać się na tym asfalcie, w siedemdziesięciu siedmiu stopniach Fahrenheita, lecz wiem, że nie mogę.

Głęboki wdech, Ti, przecież każdy musiał przez to przejść, tak jak mówiła Willow. A teraz stawiaj krok za krokiem ku schodom prowadzącym do nowej teraźniejszości.

Mijamy kilka osobnych budynków tworzących cały kampus Samohi. Po krótkim spacerze, podczas którego przewodnik opowiadał nam historię samotnej, drewnianej ławki z widokiem na stołówkę, w końcu stajemy na głównym dziedzińcu. Na jego środku postawiono wysoki maszt z flagą reprezentującą barwy oraz maskotkę szkoły – żółty obrys wikinga na ciemnoniebieskim tle.

Wpatruję się w balony rozwieszone na szklanych drzwiach obiektu przed nami oraz wielki baner z napisem: „Witamy!”.

– Przed sobą macie budynek administracji. Właśnie tutaj będziecie mogli przyjść, by zadzwonić do rodziców, jak zaboli paluszek czy główka – informuje i puszcza nam wszystkim oczko. Jako jedyna nie wybucham głośnym śmiechem, tylko prycham pod nosem. – Oczywiście żartuję. Nie ma wymówek, by opuścić choćby dzień w Samohi. Możecie mi nie wierzyć, ale nauka tutaj będzie najlepszym czasem w calutkim waszym życiu. To właśnie w tym miejscu rodzą się przyjaźnie i miłości na zawsze. A wspominałem już, że uczył się tu słynny Robert Downey Jr.? Sam Iron Man – podkreśla dumnie.

Mama chyba by oszalała, gdyby to usłyszała. Podobnie jak dziadek Richard.

Kiedy dowiedziałam się od babci o ich bójce w kuchni, gdy mama była jeszcze nastolatką, sama postanowiłam zagłębić się w produkcje Marvela. I śmiało mogę powiedzieć, że rozumiem i podzielam ich miłość do tych filmów, chociaż może nie jest tak samo silna.

Dostrzegam, jak czyjaś ręka się unosi. Carter otwiera szerzej oczy, najpewniej zdziwiony takim ruchem. Podziwiam za odwagę.

– Tak, słucham?

– A czy RDJ skończył szkołę? – Dziewczęcy głos przebija się przez lekko stłumiony gwar jeżdżących po mieście aut.

Chłopak zaciska wargi. Przez kilka sekund otacza nas absolutna cisza.

– Nie, nie skończył. Rzucił szkołę, ale bez superinteligencji nie szedłbym w jego ślady – odpowiada niezwykle szybko. Podoba mi się nawiązanie do postaci Tony’ego Starka z uniwersum Marvela. Znowu wśród całej naszej grupy wybrzmiewa śmiech. – Wracając, dla tych, którzy jeszcze nie odpłynęli z nadzieją, że osiągną taki sam sukces jak RDJ, po prawej jest budynek zwany salą Barnuma. Lepiej wygooglujcie sobie to nazwisko, bo nie przedstawię wam go odpowiednio.

Słyszę chichot kilku dziewczyn, który powoduje, że biorę głęboki wdech. Chyba Carter naprawdę im się spodobał, bo na pierwszy rzut oka widać, że wyjątkowo się do niego wdzięczą.

– Natomiast po lewej mamy stołówkę, czyli moim skromnym zdaniem najlepsze miejsce w całej naszej szkole. No bo niby kto nie lubi sobie poplotkować przy lunchu?

W dalszej części oprowadzania zostają nam przedstawione inne budynki. Niestety ciągłe żarty rzucane przez przewodnika i śmiechy grupy spowodowały, że straciłam koncentrację, więc nie pamiętam, co gdzie się dokładnie znajduje. Pozostała mi tylko nadzieja na to, że intuicja mnie nie zawiedzie. Lub to, że mapka całego obiektu, którą dostaniemy na końcu wycieczki, rozwiąże mój problem.

Dochodzimy do miejsc rekreacji i sportu, a dokładniej boiska do futbolu, wokół którego znajdują się bieżnia oraz korty do tenisa ziemnego i boiska do piłki nożnej, łączone z koszami do koszykówki. Towarzyszy mi dziwne wrażenie, że właśnie coś związanego z tą rywalizacją drużynową wzbudziło takie reakcje wśród otaczających mnie osób.

Nagłe szmery powodują ból uszu, a spojrzenia wbite w coś, czego widok przysłaniają mi głowy osób z grupy, rozbudzają moją ciekawość. Wyłapuję z szeptów jedynie imię i nazwisko. Nie mam bladego pojęcia, kim jest Casey Brewer, ale gorące plotki między wszystkimi, którym zaczęłam uważniej się przysłuchiwać, sprawiają, że włoski na rękach stają mi dęba.

No i oczywiście niepostrzeżenie wymijam absolutnie wszystkich, którzy blokowali mi możliwość ujrzenia, co wywołało taką sensację. Robię to chyba tylko po to, aby dziewczyna, o której wszyscy zaczęli żywo rozmawiać, obdarowała mnie najbardziej nieprzyjemnym, oceniającym i pełnym pogardy spojrzeniem, na jakie mogła się wysilić.

Potraktuję je jako ostrzeżenie.

Nieważne, co by się działo, będę omijać Casey Brewer szerokim łukiem. Czuję, że mocno ułatwi mi to pobyt w liceum.

– Strzałka, Casey! – krzyczy Carter, na którego nieznajoma zdążyła przenieść swoją uwagę. Może jej chamskie wpatrywanie się we mnie wcale nie trwało tak długo, jak sądziłam.

– Hej – odpowiada krótko, jakby nie miała najmniejszej ochoty na konwersację z chłopakiem.

Jej wyraz twarzy jest nieziemsko nieprzyjemny i myślę, że przewodnik odnosi takie samo wrażenie, skoro odwraca się do nas ze speszonym uśmieszkiem.

– To właśnie jedna ze sportowych gwiazd naszej szkoły, kapitanka damskiej drużyny koszykówki Samohi Valkyries, która odnosi naprawdę spore sukcesy.

Kątem oka dostrzegam, że Casey przewraca oczami. Chyba nie lubi być wychwalana na forum. A może Carter delikatnie zlekceważył jej osiągnięcia kapitanki, nazywając je jedynie „sporymi sukcesami”?

Dopiero po krótkiej chwili wpatrywania się w ćwiczącą Brewer dociera do mnie, że grupa ruszyła już do następnego punktu. Przyspieszam kroku i daję sobie mentalnego plaskacza, bo na pewno pominęłam już kilka istotnych szczegółów. Nie wiem, ile czasu wpatrywałam się w dziewczynę, lecz trwało to zdecydowanie za długo. W ogóle nie powinnam była zwracać na nią uwagi. To tylko nastolatka, jak każda inna. Taka jak ja.

Nie, to raczej złe porównanie. Ma na barkach całą drużynę koszykówki, plotkują o niej wszyscy w każdym zakamarku szkoły i otacza ją jakaś aura tajemniczości, podczas gdy ja… po prostu istnieję.

Chyba niczego nie pragnę bardziej niż tego, by liceum nadało mi więcej barw.

Oprowadzanie kończy się w budynku administracyjnym. Przed wejściem Carter dyskretnie się pochwalił, że będzie kandydował na przewodniczącego szkoły w tegorocznych wyborach, i powiedział, że liczy na nasze głosy.

Potem przejął nas dyrektor. Oglądanie prezentacji na temat historii placówki nie było aż tak nudne, jak sądziłam, a przynajmniej dla mnie. Ze środkowego rzędu dało się jednak zaobserwować częste ziewanie zebranych w sali osób. Może i nie wyglądało to jak szczyt kinematografii, ale przyjemnie było zobaczyć, jak z latami zwiększały się standardy tej szkoły.

Poza tym przygotowano dla nas mały poczęstunek, w którym zaserwowano moje ulubione słodkości. Co prawda niczego nie zjadłam, bo nie przełknęłabym żadnego jedzenia w momencie, w którym towarzyszyło mi wrażenie, że mój żołądek zwinął się w ciasny kłębek, ale i tak poczułam się ciepło powitana.

Przechodzimy do sekretariatu, gdzie pani Gladys ma przekazać nam plany lekcji oraz mapki, które pomogą w odnalezieniu odpowiednich sal zajęć. Carter wspomniał, że będą nam one potrzebne przynajmniej przez tydzień, ponieważ cała szkoła jest naprawdę duża i sam, mimo dwóch pełnych lat już tutaj spędzonych, potrafi czasami się zgubić.

Staję w grupie i czekam na wyczytanie swojego nazwiska z uporządkowanej alfabetycznie listy. Postanawiam rozejrzeć się w poszukiwaniu Naveena, a raczej spróbować nawiązać z nim kontakt wzrokowy. Przekazałabym mu w ten sposób, żeby poczekał na mnie przed budynkiem, bo doskonale wie, że mam słabą orientację w terenie. Jak na złość jednak chłopak, z którym brat zdążył złapać wspólny język, zyskał całą jego uwagę.

Wzdycham z rezygnacją. Przenoszę spojrzenie na biurko, przy którym stoi sekretarka. Grupa z każdą chwilą się zmniejsza. Stres pożera mnie całkowicie, kiedy Naveen zostaje wymieniony, a po nim ktoś inny, a nie ja. Finalnie zostaję sama na środku sekretariatu, a pani Gladys lustruje moją sylwetkę ze zmieszanym wyrazem twarzy.

– Jak się nazywasz? – pyta nagle, a tym samym przerywa pełną napięcia ciszę.

Odpowiedź nie opuszcza moich ust automatycznie, tylko z kilkusekundowym opóźnieniem, przez ogromną gulę w gardle.

– West. Tiana West.

Kobieta marszczy brwi. Drapie się po skroni, a jednocześnie wertuje jakieś kartki. Stawiam kilka kroków w kierunku biurka.

– Momencik – mówi, a potem znika za monitorem. Jest naprawdę niska, dlatego trudno byłoby dostrzec jej obecność z większej odległości. Wygląda to tak, jakby ukrywała się za komputerem. – Przepraszam najmocniej, ze zmęczenia musiałam cię pominąć i nie wydrukować twojego planu. Natomiast przez ten błąd źle obliczyłam liczbę potrzebnych mapek, a nie zrobiłam żadnego zapasu. Tak to jest, gdy wykonuje się swoją pracę na ostatnią chwilę, późnym wieczorem. – Na jej usta wpełza delikatny uśmiech, który zapewne miał mnie rozluźnić. Nie wyszło. – Zaraz temu zaradzimy – zapewnia.

Potakuję głową, bo wiem, że trudno mi będzie wypowiedzieć jakiekolwiek słowo. Splatam dłonie blisko brzucha i delikatnie się bujam, chcąc uspokoić nerwy. Zerkam na wskazówki zegara, powieszonego na ścianie blisko drukarki, która przed chwilą wydała z siebie jakiś dźwięk. Za około minutę zaczną się lekcje.

Świetnie. Spóźnię się na zajęcia, a ledwo zdążyłam przekroczyć próg nowej szkoły.

Czy taki pech naprawdę musiał spotkać mnie? Nie było do wyboru nikogo innego?

Ciśnienie wzrasta mi z każdą sekundą, która ucieka od czasu oczekiwania na szkolny dzwonek. Moja głowa pulsuje, a dźwięki stały się o wiele bardziej drażliwe. Naveen z pewnością zdążył już pójść do odpowiedniej sali. Zresztą wszyscy to zrobili. Tylko ja tutaj tkwię niczym ostatni ciołek. Czasami zastanawiam się, czy przy narodzinach nie rzucono na mnie jakiejś klątwy, bo tylko w ten sposób mogłabym zrozumieć, dlaczego to zawsze mnie, spośród tylu ludzi na caluśkim świecie, musi trafić się najgorszy scenariusz.

– Tiano, naprawdę mi przykro, ale zupełnie nic ze mną dzisiaj nie współpracuje – oznajmia rozżalona kobieta gdy rozbrzmiewa sygnał wzywający na zajęcia. – Może chciałabyś…

– W porządku. Jakoś dotrę. Dziękuję i do widzenia. – Właściwie odpowiadają za mnie ostatnie pracujące szare komórki mojego mózgu.

Nie pozwoliłam pani Gladys nawet dokończyć myśli. Wystrzeliłam z sekretariatu oraz całego budynku administracyjnego, pozostawiając ją w absolutnej konsternacji.

Okej. Nie wiem, czym zaczynam poniedziałkowe poranki, więc pozostaje mi napisać do brata. Mamy całkiem podobnie dobrane przedmioty, dlatego warto spróbować.

Ja:

Nav, wyślesz mi zdjęcie swojego planu?

Nie dostaję wiadomości zwrotnej od razu, przez co nerwowe tupanie nogą uaktywnia się machinalnie, by choć trochę mnie uspokoić. Kiedy czuję w dłoniach wibrację, aż spada ze mnie jakiś ciężar.

Nav:

sorry, Tia. Mam lekcję organizacyjną na sali gimnastycznej

odpiszę potem, bo wolałbym polubić się z wuefistą

Zawsze mogę na niego liczyć– myślę.

Przygryzam drżącą wargę i zaciskam dłonie w pięści.

Sala gimnastyczna to moja ostatnia nadzieja.

Kroczę między budynkiem administracyjnym a stołówką. Od razu dostrzegam grecki amfiteatr, co zapala jakąś lampkę z tyłu głowy. Przechodziliśmy tędy dzisiaj. Intuicja podpowiada mi, by pójść w lewo, i tym razem nie zawodzi. Sala gimnastyczna, nazwana Gold Gym, wydaje się z zewnątrz naprawdę ogromna. Na tyle, że wchodzę do niej dość niepewnie.

Powinnam raczej odłożyć dziwnie ciężki plecak w szatni. I tak nie mam w nim jeszcze Chromebooka, którego otrzymamy od szkoły, ani żadnych ważnych rzeczy. Jedynie wodę, małą kosmetyczkę, szczotkę do włosów, chusteczki, tabletki przeciwbólowe, flakonik małych perfum, koszulkę na przebranie, bluzę… No dobra. Może wcale nie wydawało mi się, że jest ciężki, a po prostu po takim czasie dźwigania go zauważyłam, że rzeczywiście swoje waży. Szkoda, że kody do szafek otrzymamy dopiero jutro, bo nie widzi mi się tachać tych wszystkich pierdółek drugi raz.

Rozglądam się po kilkunastu wejściach prowadzących w nieznane, stojąc pośrodku szerokiego korytarza. Gdzieś powinna być damska szatnia. Szukaj jakiejś podpowiedzi, Ti…

Zawieszam wzrok na jedynych delikatnie uchylonych drzwiach. Z zawahaniem podchodzę do nich, a następnie popycham je do środka. Widok, jaki zastaję, powoduje suszę w gardle i szersze otwarcie oczu.

Wcześniej poznana Casey Brewer oraz druga dziewczyna, która również mogła być na zewnętrznym boisku, nie zauważają mnie w tym samym momencie, co ja je. Nie przestąpiłam nawet progu, a w moją twarz zdążyło buchnąć pełne napięcia powietrze. Chociaż czuję, że przeszkadzam, trudno mi oderwać stopy od podłogi.

Kapitanka damskiej drużyny koszykówki obejmuje rękami talię nieznajomej, ubranej w koszulkę o tych samych barwach, w dość intymny sposób. Z daleka czuję występującą między nimi chemię. Ze stresu i poczucia niezręczności odchrząkuję. Dziewczyny odrywają się od siebie ekspresowo. Stawiam kilka kroków w tył, jakby dało mi to możliwość szybszego rozpłynięcia się w powietrzu.

Pragnienie ucieczki rośnie, gdy ponownie zostaję obdarzona tak samo nieprzyjemnym spojrzeniem Casey, co w pobliżu boiska. Chociaż tym razem dostrzegam w nim domieszkę wstydu. Czuję, że nie powinnam tutaj być.

A po wyrazach ich twarzy wiem, że mam rację.

Z perspektywy osoby trzeciej musi to wyglądać komicznie. Zwłaszcza w momencie, w którym zaczynam biec do wyjścia, jakby w grę wchodziło moje życie, a za mną, po ścianach korytarza, odbija się wypuszczony z ust ścigającej mnie Casey krzyk:

– Zaczekaj!

ROZDZIAŁ PIERWSZYDUŻE, BŁĘKITNE OCZY

CASEY

V. Vargas:

Przestań. Nic nie wydarzy się podczas śniadania.

Nowa najpewniej za bardzo przestraszyła się twojego spojrzenia, by pisnąć komukolwiek choćby słówko.

Poza tym dlaczego ktoś miałby jej uwierzyć?

Zaprzeczysz tej sytuacji z palcem w nosie.

A ja potwierdzę twoją wersję wydarzeń.

Przygryzam wargę i zamykam powieki. Mogłam spodziewać się tego, że Vic będzie mieć lajtowe podejście, jeśli ktoś kiedykolwiek nas przyłapie. W końcu to nie jej rodzice narzucają, jak ma żyć, tylko mnie. No i to również nie oni uważają orientacje inne niż heteroseksualna za jakiś wybryk natury.

Ile bym dała, by rodzice akceptowali to, kim tak naprawdę jestem. Oddałabym całą kolekcję drogich torebek, do których zakupu zmusza mnie mama, byle tylko móc przestać ukrywać swoją prawdziwą osobowość za sukienkami, obcasami czy pokazywaniem się na bankietach z synem przyjaciela ojca. Pozujemy do zdjęć, jakbyśmy znali się od maleńkości, a ja nie mogę odtworzyć w głowie wspomnienia, byśmy w ogóle się sobie należycie przedstawili.

Poza tym chciałabym, by wiedzieli, że lubię dziewczyny. Żebym nie musiała wychodzić z szafy, ponieważ traktowaliby wszystkie orientacje tak samo, a nie otwarcie rzucali, że związki jednopłciowe są wymysłem dwudziestego pierwszego wieku i to coś… nienormalnego.

W głębi duszy czuję, że wcale tak nie uważają. Chociaż może to jedynie moja ogromna nadzieja na to, że po poznaniu prawdy wciąż będę dla nich córką. Czy skreślenie mnie przez coś takiego nie kategoryzowałoby ich jako okropnych ludzi?

Splatam ręce na mostku i wbijam spojrzenie w sufit. Za jakieś trzydzieści sekund zadzwoni budzik. Wiem, bo przed chwilą światło zapaliło się w głównym korytarzu naszego domu. Lata działania wedle rutyny spowodowały, że nie tylko swoje nawyki znam na pamięć.

Natomiast za pięć minut, jeśli oczywiście nie zdążę zająć przydzielonego mi miejsca w jadalni, usłyszę swoje imię, rzucone naprawdę wściekłym tonem. Jeśli chodzi o spóźnialstwo, mama jest dokładnie jak trener Walsh. Według tej dwójki to najgorsza cecha, jaką może mieć człowiek.

Siadam na brzegu materaca i się przeciągam. Zatrzymuję budzik, który gra już o kilka sekund za długo. Przecieram wciąż sklejone snem powieki, a w mojej głowie automatycznie układa się plan działania w szkole. Wtorek zaczyna się aktywnie, dzięki czemu szybko rozbudzę organizm.

Jednym z moich celów na dzisiaj na pewno będzie znalezienie nieznajomej dziewczyny i dopilnowanie tego, żeby utrzymała język za zębami, o ile nie zdążyła go już rozwiązać. Muszę to zrobić, bo przez tę sytuację prawie nie zmrużyłam oka. Może jestem naiwna, ale naprawdę liczę, że wciąż jest szansa, by powstrzymać ją przed puszczeniem w eter gorących plotek. Właściwie pozostała mi tylko nadzieja. Inaczej będę skończona.

Oby moje zmęczenie nie miało za dużego wpływu na trening i drużynę. Wzięłam na siebie odpowiedzialność liderki, więc zawsze powinnam przychodzić na salę gimnastyczną pełna sił. Nie wierzę, że muszę to sobie tłumaczyć. Wiedziałam, jak wielki to obowiązek, przyjmując chrzest w szkolnej szatni.

Biorę głęboki wdech i bez dłuższego zwlekania wciągam na siebie przygotowany strój. Perfekcyjnie wyprasowana spódniczka w kratę do kolan i koszula z krótkim rękawem. Standardowy komplet, który mama wiesza każdego wieczoru na drzwiach szafy. Powiewa nudą.

No bo, serio. Wśród tylu równie odpowiednich, a znacznie wygodniejszych ubrań, które widuję w szkole, muszę paradować w stroju rodem z szesnastego wieku, bo rzekomo w ten sposób podkreślam prestiż mojej rodziny w społeczności Santa Monica. Czasami sama nie wierzę, że się na to godzę, a potem przed oczami przelatuje mi wyobrażenie, jak robię aferę nieprzynoszącą żadnego skutku i wiem, że milczeniem szczędzę sobie zszarganych nerwów.

– Casey, spóźniasz się! – Głos mamy roznosi się echem po całym korytarzu.

Opuszczam ręce luźno wzdłuż tułowia i spoglądam w sufit, by się uspokoić. Dopiero po chwili odpowiadam sztucznie miłym tonem:

– Już schodzę, mamo!

Szósta czterdzieści i znowu ten sam odgłos szybko stawianych na schodach kroków, od którego zdążyłam się odzwyczaić w czasie wakacji. Zajmuję przydzielone mi szesnaście lat temu miejsce przy stole. Laptop, na którym mama ma rozpisany calutki mój grafik, stoi w typowym dla siebie miejscu. Tata odrywa się na moment od codziennej prasy, by posłać mi uśmiech.

– Zapoznałaś się z planem na wtorki, tak jak cię o to prosiłam, prawda? – pyta kobieta, stawiając przede mną talerz z jajecznicą i tostami oraz szklankę świeżo wyciskanego soku pomarańczowego.

– Tak, wszystko wiem – potwierdzam. Łapię za sztućce, by pokazać, że wolałabym zacząć jeść, niż tracić czas na głupią dyskusję.

– Dziś na zajęcia zawozi cię tata, ja mam ważne spotkanie – oznajmia, odchodząc z powrotem do kuchni.

Zabiegana jak zawsze.

Śniadanie mija w ciszy, do czego już przywykłam. Po nim postępuję wedle stałej rutyny: myję zęby, wykonuję podstawową pielęgnację twarzy, sprawdzam zawartość plecaka i wychodzę przed dom, gdzie czekam na wyprowadzenie auta przez ojca. Potem zajmuję miejsce z tyłu dla odrobiny prywatności. Zazwyczaj, gdy odwozi mnie mama, nie mogę sobie na to pozwolić, bo nawet gdybym chciała poprzeglądać wpisy w internecie, jej ciągłe kładzenie mi do głowy spraw rzekomo mających znaczący wpływ na moją przyszłość utrudnia mi skupienie.

Przejrzałam stronę sekretnego szkolnego spotted na Instagramie jakieś pięć razy, pełna obaw, że któryś z wpisów będzie dotyczył wczorajszej sytuacji. Każdą inną plotkę na swój temat miałabym gdzieś, bo nazwisko Brewer przewija się tam non stop. Często nie chodzi nawet o mnie. Anonimowo pojawiają się pytania związane z majątkiem rodziców, ich pracą czy małżeństwem. Nie wiem, dlaczego ktoś pomyślał, że zareagowałabym na taką zaczepkę. Chyba nie wyglądam na aż tak tępą.

Tata zatrzymuje się blisko wejścia na kampus szkoły. Wychodzę szybko z auta, by nie utrudniać ojcu włączenia się w spory ruch uliczny. Santa Monica, jak każde miasto, nie ma dla kierowców litości o poranku. Gdybym miała przyjeżdżać do szkoły na własną rękę, podejrzewam, że straciłabym wszystkie włosy.

Gdy zmierzam do sali gimnastycznej, rozglądam się, a następnie wyciągam telefon, by odpalić czat z Vic.

Ja:

gdzie jestes???

widzialas te dziewczyne?

poki jej nie znajde t

Wysyłam niedokończoną wiadomość, czując czyjeś dłonie na swoich ramionach. W moim wnętrzu od razu rozpływa się nieprzyjemne ciepło, a mnie samej robi się duszno. Dopiero po chwili rozpoznaję zapach perfum osoby, która jest odpowiedzialna za mój chwilowy zawał.

– Właśnie wysyłałam ci wiadomości – oznajmiam, a po głosie można rozpoznać, że chwilę temu się wystraszyłam.

Vargas ignoruje to, układa pełne usta w dzióbek i przybliża się do mnie.

– Co ty robisz? – pytam zmieszana.

– Chcę się przywitać – odpowiada, jakby to było oczywiste.

Patrzę na nią z wyraźnym zdenerwowaniem.

– Oszalałaś? Myślisz, że obściskiwanie się na środku głównego dziedzińca po wczorajszej wpadce będzie dobrym pomysłem? – prycham. – Właściwie nawet bez tego to idiotyczne. Znasz zasady – stwierdzam.

Po minie dziewczyny rozumiem, że mój ton był ciut za ostry.

– Jasne, sorry, w końcu to moja wina. Zawołałam tę laskę, by nas przyłapała, i wcale nie byłam w takim samym szoku, jak ty. – Vic unosi ręce w akcie kapitulacji, przewraca oczami, po czym wymija mnie i wchodzi do środka budynku sportowego jako pierwsza.

Biorę głęboki wdech, wiedząc, że nie zasłużyła na tak chamskie powitanie.

Biegnę za nią, ponieważ znacząco przyspieszyła kroku.

– Nie to miałam na myśli – tłumaczę. Idę tuż za nią, choć to niełatwe. Kiedy się wścieka, nabiera prędkości. – Od początku mówiłam ci, że musimy być ostrożne.

Powstrzymuję dziewczynę przed naciśnięciem klamki. Łapię ją za biodra i obracam w swoją stronę. Chcę, by na mnie popatrzyła.

– Vic – zwracam się do niej dobitnie, by przestała uciekać oczami. – Wysłuchaj mnie, proszę.

Przygryza wargę i w końcu zmusza się, by na mnie spojrzeć, a w jej oczach dostrzegam łzy.

– Mam dość ciągłego bycia ostrożną, Casey – odpowiada, przejmując kontrolę nad naszą rozmową. Jej głos wskazuje na zmęczenie. Nie pierwszy raz poruszamy ten temat. – Irytuje mnie to, że muszę się ukrywać za każdym razem, gdy chcę cię pocałować. Że nie mogę przedstawić cię moim rodzicom. Chciałabym zacząć myśleć o nas poważnie, ale jak? Nic się nie zmienia i nie zmieni. Owszem, te początki w tajemnicy przed całym światem były ekscytujące, dodawały napięcia, ale… To nie dla mnie na dłuższą metę. Chcę normalności. Niby tak niewiele, a jednak tak wiele.

Zamurowuje mnie. Nie wiem, co mam przez to rozumieć. Moje serce przyspiesza rytm. Patrzę na Vic, jakby za chwilę mogła rozpłynąć się w powietrzu.

– Wiedziałaś, jak będzie wyglądać nasza relacja. Nie ukrywałam tego. Wszystko powiedziałam ci otwarcie – mówię szybko, by nie wychwyciła drżenia mojego głosu.

– Wiedziałam, ale miałam nadzieję, że po czasie wdrożymy jakieś zmiany. – Wzrusza ramionami.

Jej obojętność boleśnie uderza w najczulsze punkty. Markotnieję, chociaż dzielnie walczę, by wyraz mojej twarzy pozostał taki sam.

– Casey…

– Chcesz to wszystko przekreślić? – pytam.

Nie jestem pewna, czy zamierzała coś jeszcze powiedzieć, czy jej przerwałam. Właściwie ledwo co usłyszałam swoje imię, bo skupiłam się na przytłaczającej wizji zakończenia naszego związku. Może i miałyśmy mnóstwo upadków, ale mimo tego ja naiwnie wierzyłam, że będziemy trwać przy sobie na zawsze.

– Nie powiedziałam tego – oznajmia, marszcząc brwi.

– Więc czego chcesz, Vic?

Nagle drzwi do szatni się otwierają, a nasza rozmowa zawisa w kulminacyjnym momencie. Natychmiast zabieram dłonie z talii Vargas i udaję, że chcę wejść do środka.

– Ahoj, kapitanko! – salutuje mi Branham, nieco zdziwiona, że widzi nas obie. – Cześć, Vic. – Oplata dziewczynę ramieniem. – Szczerze, to myślałyśmy już, że dzisiejszy trening się nie odbędzie.

Spoglądam na Vargas, przekazując jej wzrokiem, by pozbierała się do kupy. Kolejny raz mało brakowało, by ktoś nas nakrył. Chociaż kto wie, czy część drużyny, już obecna w szatni, nie usłyszała choćby krótkiego fragmentu naszej wymiany zdań.

– Odbędzie się – rzucam twardo. Przestępuję próg i stawiam kilka kroków do przodu. Staję pośrodku niewielkiego pomieszczenia, a dziewczyny od razu skupiają na mnie uwagę. – Przebierzcie się i napiszcie na grupie, że za każdą minutę spóźnienia trzeba będzie przebiec na czworaka trzy kółka wokół całej sali.

Nie reaguję na westchnienia spowodowane rzuconym przeze mnie ostrzeżeniem. Kładę torbę na ławce i sama zaczynam przygotowywać się do treningu. Robię to zwinnie, jak na to, że nie mogę oderwać myśli od wypowiedzianych przez Vic słów. Będę musiała znaleźć okazję, aby z nią porozmawiać.

Muszę też odszukać nieznajomą dziewczynę, co może okazać się trudne, bo nawet nie znam jej imienia. Ba! Pamiętam tylko duże, błękitne oczy, które patrzyły na rozgrywającą się przed nimi scenę tak, jakby wiedziały, że nie powinny tego robić.

Poranne wtorkowe treningi nie są nadzorowane przez trenera. Od końcówki zeszłego roku szkolnego spotykamy się na sali gimnastycznej dobrowolnie, za zgodą dyrekcji, by poćwiczyć koordynację w składzie. Będziemy musiały poświęcić temu jeszcze więcej siły oraz zaangażowania, gdy przyjmiemy do drużyny nowe dziewczyny. Każda może się zapisać, jednak ostatecznie po selekcji zostaną tylko cztery osoby – wskoczą one na miejsce zwolnione przez zeszłoroczne maturzystki.

Dzisiaj się dowiemy, z kim mamy do czynienia i czy wybór okaże się naprawdę trudny.

Wchodzimy na salę gimnastyczną, ustawiamy się w kręgu i zaczynamy powtarzać ćwiczenia. Solidnie się rozgrzewamy, zanim rozpoczniemy właściwy trening i swobodne rzuty do kosza. Vic zdaje się trzymać wyraźnie blisko innych dziewczyn, co odbieram jako sygnał, że nie ma teraz ochoty ze mną rozmawiać. Tyle że ja za bardzo chcę znać odpowiedź na pytanie, które wcześniej padło z moich ust, by to uszanować i odpuścić.

– Hej! Wszystkie do mnie! – krzyczę, stając na jednej z dwóch połów boiska. Drużyna zbiera się wokół mnie. – Ustawcie się w dwa rzędy. Będziecie próbować w parach przedrzeć się do kosza, omijając mnie i Vargas.

Vic przewraca oczami, a ja przełykam gulę, która nagle ścisnęła mi gardło. Z tej odległości, jeśli oczywiście zachowamy odpowiedni ton, nikt nie powinien usłyszeć, o czym rozmawiamy.

– Wiem, że robisz to specjalnie – rzuca. Ugina kolana, prostuje plecy i wyciąga ręce ku górze. Przybieram tę samą pozycję chwilę po niej. – Szkoda, że tak trudno ci mnie zrozumieć.

– Co? – prycham rozbawiona tym, co powiedziała. – Raczej to ty nie potrafisz zrozumieć mnie, Vic.

Wracam spojrzeniem do dwóch uformowanych przed nami rzędów. Chciałabym sprawdzić tym ćwiczeniem, czy czyjaś ofensywa się polepszyła i ewentualnie szepnąć o tym trenerowi. Zimą odbywają się zawody międzyszkolne, więc wolałabym, byśmy wszystkie zostały odpowiednio przygotowane i przyniosły szkole chlubę, a nie rozczarowanie.

– No tak, wszystko zawsze musi kręcić się wokół ciebie – oznajmia oschle.

Marszczę brwi i patrzę na nią spod byka. Wykonuję gest głową, by pierwsza para zaczęła biec w naszym kierunku.

– Uważasz tak, bo na samym początku naszej relacji nakreśliłam, jak musi ona wyglądać, by nam wyszło?

Przesuwam się dalej, podejmując próbę odebrania piłki Branham, więc wiem, że dostanę odpowiedź, dopiero kiedy znowu będziemy blisko siebie, w bezpiecznej odległości od pozostałych współzawodniczek.

Louise wymija mnie, przestaje dryblować i rzuca piłkę w kierunku kosza. Felicity łapie ją w powietrzu i wrzuca do obręczy jednym ruchem. Skubane wykonały perfekcyjny alley-oop1.

– Trochę więcej skupienia, szefowo – stwierdza Louise i puszcza mi oczko. Kiedy odwraca się do mnie plecami, wskazuje na wyklejone na koszulce nazwisko.

Odkąd zostałam kapitanką, Louise Branham chce mnie wygryźć z tej pozycji, więc nie jestem zdziwiona, że czeka na moje najmniejsze potknięcie. Może rzeczywiście nie powinnam teraz poświęcać uwagi prywatnej dramie z Vic, lecz skupić się na solidnym treningu.

– Nasza relacja wyglądała tak, jak tego chciałaś, Casey. A teraz spójrz na nas – mówi Vic, wykorzystując chwilę, gdy Louise i Felicity wracają na koniec swoich kolejek. – Wychodzi nam?

Nie odpowiadam. Postanawiam twardo patrzeć na kolejną parę i spróbować odeprzeć jej atak. Zgrzyt między mną a Vargas naprostuję poza boiskiem. Tutaj nie powinnam była nawet zaczynać rozmowy dotyczącej naszego związku.

Opuszczam szatnię jako ostatnia i przekręcam kluczyk w drzwiach. Nie zdążyłam dogonić Vic, chociaż liczyłam, że mi się uda. Wolałabym nie odkładać rozmowy o nas na później. W końcu sprawy, które naprawdę się liczą, nie powinny czekać.

Wychodzę na zewnątrz i oddycham z trudem. Nogi same kierują mnie do budynku administracyjnego, w którym muszę zostawić klucze do szatni. W środku krąży pełno pierwszaków. Zero zdziwienia. Mają do odebrania Chromebooki, kluczyki do szafek i inne istotne duperelki. Pierwszy tydzień zawsze jest dla nowych tygodniem organizacyjnym, podczas gdy starsze klasy zaczynają pracę tak, jakby nie było prawie dwumiesięcznej przerwy.

– Dzień dobry – witam panią Gladys z wymuszonym uśmiechem.

– Dzień dobry, Casey – odpowiada mi swoim wyćwiczonym, miłym głosem.

– Zwracam kluczyki. W następny poniedziałek to ja je odbiorę, nie Louise – oświadczam, kładąc wspomniane klucze na blacie.

Kobieta potakuje głową.

– Na tablicy wisi informacja o kołach zainteresowań. Możesz zerknąć, czy do drużyny zapisał się ktoś, kogo kojarzysz.

– Dziękuję, sprawdzę – mówię, po czym staję za tłumem.

By zmniejszyć irytację, zamykam na chwilę oczy. Kiedy je otwieram, liczba osób wokół nie jest wcale mniejsza. Wręcz przeciwnie. Wszyscy, nawet ci, którzy stali daleko, rzucili się na tablicę korkową, bo Carter właśnie skończył rozwieszać ulotki informacyjne.

Przeciskam się przez tłum, próbując zdążyć na pierwsze zajęcia. W ścisku trudno mi dostrzec listę drużyn, więc przesuwam palcem po kolejnych kartkach, wypatrując naszej nazwy. W pewnej chwili, w pobliżu wiersza z imieniem i nazwiskiem „Naveen West”, najeżdżam na palec kogoś innego, więc podnoszę głowę z ciekawości.

Jakie jest moje zdziwienie, gdy dostrzegam te same duże, błękitne oczy, co wczoraj.

Nie reaguję wystarczająco szybko, by ruszyć za nią w tym samym momencie. Nim zdążę opuścić lobby budynku administracyjnego, dziewczyna znika mi z pola widzenia. Skoro nawet tutaj nie udaje mi się jej zatrzymać, może czas wyjść poza szkolne mury?

Nie zaszkodzi sprawdzić, czy ten cały Naveen ma z nią coś wspólnego. Nie potrafię uwierzyć w aż taki zbieg okoliczności, ale naprawdę muszę z nią pogadać. Samo jej ponowne pojawienie się podniosło mi ciśnienie. Ze stresu, złości i kij wie, czego jeszcze.

Świadomość, że zna skrupulatnie skrywany przeze mnie sekret, sprawiła, że straciłam przy niej wrodzoną władczość.

ROZDZIAŁ DRUGIURODA CASEY BREWER

TIANA

Ja:

Wiesz co, Willow? Chciałabym móc kiedyś powiedzieć, że zrobiłam na przekór losowi.

Ale nie mogę.

Bo to los za każdym razem robi na przekór mnie.

Czułabym się znakomicie, gdyby to, co napisałam, było tylko głupim żartem. I naprawdę szkoda, że nie jest. Nie widzę opcji innej poza taką, że przy narodzinach spadło na mnie cholerne fatum.

Willy Wonka:

myślę, że niepotrzebnie się nakręcasz

niby po co ta laska miałaby Cię szukać?

to normalne, że na nią wpadasz, skoro Wasza szkoła liczy zaledwie…

Ja:

Jakoś około 3000 uczniów.

Willy Wonka:

och.

tak, jak mówiłam

to totalnie NIEnormalne, że na nią wpadasz

NAWET jeśli jest popularna i wszyscy o niej plotkują

Ja:

Jest coś na ten temat zapisane w gwiazdach?

Willy Wonka:

tak.

odpuść i wejdź na tę stołówkę

nie możesz przez resztę liceum jeść śniadania w łazience

po pierwsze: fuj

a po drugie… jeszcze bardziej fuj

wyobraziłam sobie scenę, której ty nie chcesz sobie wyobrażać, póki nie zaaklimatyzujesz się w stołówce.

Mrugam kilkukrotnie i biorę głęboki wdech. Willow ma rację. Już dawno powinnam była przekroczyć próg i usiąść przy stole, zamiast chować się w jednej z kabin. Muszę zająć jakieś miejsce i zdobyć znajomych. Nie mogę z tego rezygnować tylko przez to, że gdziekolwiek bym poszła, zawsze odnajdę spojrzeniem twarz Casey Brewer. Niczego jej nie zrobiłam, więc pozostało mi tylko snuć teorie, dlaczego tak nieprzyjemnie na mnie patrzy.

Zresztą mimo wszystko dość zwinnie jej unikam. Choć mijałyśmy się już wiele razy, odkąd zobaczyłam ją z tamtą dziewczyną, tylko raz spojrzała mi prosto w oczy. We wtorek. Do dziś nie wiem, czy chciała coś powiedzieć, bo uciekłam, zanim zdążyła poruszyć ustami.

Chwytam za szelki plecaka tuż przy barkach, prostuję się i popycham drzwi. Szmer spowodowany ożywionymi rozmowami nastolatków nie wydawał się taki głośny poza obrębem stołówki, a teraz wręcz rozsadza mi bębenki.

Pomimo dekoncentracji i wrażenia, że z rozmów wokół wyłapuję urywki komentarzy na swój temat, ruszam w stronę lady, za którą kobiety w siateczkach na włosach krzątają się przy posiłkach. Robię to z największą pewnością siebie, na jaką w tej chwili jestem w stanie się zdobyć. Mam wrażenie, że moje serce wybija rytm szybszy od maksymalnej prędkości wozu sportowego średniej klasy. I kompletnie nie wiem, czy chodzi o to, że widzę kapitankę damskiej drużyny koszykówki dosłownie wszędzie, przez co czuję się tak, jakby mnie szukała, czy po prostu o to, że po odebraniu jedzenia nie będę wiedziała, co mam ze sobą zrobić.

Zdążyłam wyłapać Naveena siedzącego przy jednym ze stolików i naprawdę wyglądał tak, jakby w przeciwieństwie do mnie przywykł już do zupełnie nowej rzeczywistości. Zaabsorbowany rozmową z nowymi znajomymi nawet nie zauważył, jak pomachałam do niego nieśmiało, z ogromną nadzieją, że przyjmie mnie pod swoje skrzydła. Może to znak, bym nie próbowała chować się za bratem tak, jak do tej pory. Przecież prędzej czy później oboje będziemy mieć swoje życie. A moje ciągłe próby przyklejenia się do niego mogły odrobinę go zmęczyć.

Sięgam po kanapkę z dżemem i masłem orzechowym, jabłko oraz butelkę wody niegazowanej. Wątpię, bym dała radę cokolwiek przełknąć, skoro od stresu skurczył mi się żołądek, jednak mimo to muszę coś przegryźć.

Płacę za wybrane jedzenie, wiedząc, że teraz czeka mnie najmniej przyjemna część pobytu na stołówce – szukanie wolnego miejsca, najlepiej z dala od innych ludzi i naprawdę blisko wyjścia, bym mogła się błyskawicznie ulotnić, jeśli zrobię coś głupiego.

O matko, a co, jeśli rzeczywiście poślizgnę się na skórce od banana?

Mój odważny krok szybko traci sprężystość. Przestraszonym wzrokiem szukam ławki, mając nadzieję, że zaraz przestanę zwracać uwagę osób, obok których przechodzę. Przyspieszam, gdy tylko dostrzegam swój cel. Modlę się w duchu, bym zaraz nie wylądowała tyłkiem na podłodze albo bym naprawdę nie zobaczyła na niej skórki od banana.

Wpatruję się w swoje buty, próbując uniknąć potencjalnych przeszkód na drodze. Nie spodziewam się jednak, że natknę się na coś zupełnie innego. A właściwie – na kogoś.

Zatrzymuję wzrok na nieznajomej, oczy mam szeroko otwarte ze zdziwienia, bo jej wygląd jest naprawdę nietuzinkowy. Ciemna karnacja, krótko ścięte włosy z zielonymi pasmami, kolczyk w lewej brwi, podkreślone czarną kredką oczy i skórzana torba przewieszona przez ramię, co od razu nasuwa mi skojarzenie z zawodem dziennikarza.

– Hej, jestem Zuri – przedstawia się, podczas gdy ja trwam w osłupieniu. – Możesz usiąść z nami, jeśli chcesz – proponuje.

Niemal automatycznie przenoszę spojrzenie na osoby, które jej towarzyszą. Rozpoznaję wśród nich jedynie Cartera, który serdecznie się do mnie uśmiecha.

Przełykam ślinę.

– Dzięki za propozycję, ale chyba jednak chciałabym posiedzieć sama. – Czuję, jak zaczynam się rumienić.

Nie zabrzmiałam wrednie, prawda?

– Daj spokój. Uwielbiamy poznawać nowe osoby, a tak poza tym, to wydajesz się za fajna, by siedzieć sama – oznajmia przekonującym tonem. Wyczuwam w nim też pewną przestrogę. – Siadaj… Jak masz na imię?

– Tiana – mówię przez zaciśnięte gardło.

– Okej, księżniczko. Gdzie masz swoją żabę? – Odbiera moją tackę i puszcza mi oczko.

Staram się ukryć uśmiech. Niewielu ludzi kojarzy pochodzenie mojego imienia z ukochaną bajką moich rodziców. Wpatruję się chwilę w ciepłe spojrzenie Zuri, rozważając, czy warto się dosiąść, po czym zajmuję miejsce obok niej.

– Mnie już znasz. Tam natomiast siedzą Carter, Lauren i Jordan.

Wszyscy wykonują jakiś gest na przywitanie.

– Jesteś świeżakiem, prawda? – Znajomy głos utwierdza mnie w tym, że pytanie rzucił Carter. – To musisz być ty – stwierdza, nim w ogóle zdążę odpowiedzieć. Nie wiem, o co mu chodzi. – W poniedziałek oprowadzałem grupę po całym kampusie i od tamtej pory nie mogłem nigdzie znaleźć tych oczu.

Drętwieję. Czy w tej szkole każdy musi mnie szukać, nie wiedząc nawet, kim jestem?

– Jej mina wskazuje na to, jak słaby był to podryw, bracie – prycha Jordan.

– Och. Nie taki miałem zamiar – rzuca zmieszany Carter. – Po prostu spójrzcie na nią. Jej tęczówki przypominają najczystsze błękitne niebo. A podobno piękne oczy świadczą o pięknej duszy. – Wzrusza ramionami. Nie patrzy na mnie, jakby się speszył.

Może to i lepiej, bo ja także się zawstydziłam.

– Luzik, Tiano. Carter po prostu ćwiczy porównania, bo postanowił spróbować swoich sił w szkolnym kole poetyckim – informuje Zuri. – Tylko dodatkowo ją stresujesz – zwraca się do chłopaka.

– Wybacz. To się nie powtórzy. – Carter nawiązuje ze mną kontakt wzrokowy.

– Ta, jasne – mruczy pod nosem Lauren.

Dlaczego nie wierzy w słowa chłopaka? Przecież to tylko ćwiczenie porównań.

Jordan wybucha śmiechem. Zuri kręci głową i uderza się otwartą dłonią w czoło, a Carter zaciska wargi, by po chwili stanąć na równe nogi. Mam wrażenie, że moje przybycie zepsuło atmosferę.

– Miło było cię poznać, Tiano. Lecę, bo muszę jeszcze… coś zrobić. Do zobaczenia wszystkim.

Chłopak ulatnia się na tyle szybko, że nim zdążę przenieść wzrok z blatu stołu na niego, już nigdzie go nie widzę. Moje rozkojarzenie szybko zwraca uwagę Lauren.

– Spodobałaś mu się – stwierdza, wzruszając ramionami.

Z wrażenia, jakie wywarły na mnie te słowa, aż wybałuszam oczy.

Och. Nie wiem, czy to dobrze, skoro bez wzajemności.

– Lauren, przestań – upomina koleżankę Zuri. – Carter jest naprawdę specyficzny. To mógł, ale nie musiał być podryw. Nie masz co się przejmować – zwraca się tym razem do mnie.

Potakuję i odkręcam butelkę wody.

Na szczęście temat Cartera i jego rzekomego zauroczenia szybko schodzi na dalszy plan. Nie wtrącam się zbytnio w rozmowę między Zuri, Jordanem i Lauren, raczej słucham, chłonąc to, co mówią. Z ich wypowiedzi wynika, że nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego. Pasją Jordana jest pływanie, Zuri jest zafascynowana dziennikarstwem i z tego powodu chce poprowadzić szkolną gazetkę, a Lauren uwielbia modę. Nieobecny Carter jest natomiast prymusem. Uwielbia się uczyć, a każda nowinka ze świata elektroniki szczególnie go fascynuje.

Może to dobrze, że nie wydobyłam z siebie ani jednego słowa. Bo niby co takiego mogłabym im o sobie powiedzieć? Że lubię Marvela, ale nie aż tak, żeby oglądać te filmy w kółko? Że moje kapcie-krokodyle są super, choć ostatnio zakochałam się w takich przypominających króliki, które wypatrzyłam w galerii? Że codziennie słucham innej muzyki, a to, co jeszcze wczoraj brzmiało genialnie, dziś doprowadza mnie do szału? A moje zainteresowania… Nie istnieją. Nie lubię nawet spać, a przecież to największa miłość co najmniej połowy nastolatków!

Jak mogłabym być dla nich interesująca, jeśli wszystko wokół wydaje mi się takie… nijakie? O czym miałabym rozmawiać, skoro nigdy nie zgłębiłam żadnego tematu na tyle, by czuć się w nim pewnie? Zanim zdążę się czymś porządnie zainteresować, moje chęci lądują w kącie, zapomniane jak niepotrzebna rzecz.

– Ziemia do Tiany! – Z rozmyślań wyrywa mnie głos Zuri.

– Przepraszam, odpłynęłam – mówię dość nieśmiało.

Powinnam poświęcać im swoją uwagę, w końcu dostałam szansę poznania innych uczniów w nowej szkole i nie chcę jej zaprzepaścić.

– Spokojnie, nam też się to zdarza – dodaje. – Co nie?

Jordan i Lauren zgodnie mruczą na potwierdzenie.

– Spadam, do potem – oznajmia chłopak dość zblazowanym tonem. – Miło było poznać, nowa.

Posyłam mu wymuszony uśmiech.

– Ta, ja też będę lecieć. Do zoba – mówi Lauren, nawet nie patrząc w naszym kierunku.

Zostaję tylko z Zuri.

– Czy oni…

– Tak zawsze? – dokańcza za mnie.

– Nie, chciałam raczej zapytać, czy w ogóle mnie polubili – prostuję. Wzruszam ramionami, próbując sprawić wrażenie, że jest mi to obojętne. Nawet jeśli ani trochę nie jest.

– Wydaje ci się, że nie? – Zuri marszczy brwi z uroczym uśmiechem.

– Może trochę. Nieważne, muszę już iść.

– Nie powiesz mi nic o sobie? – Krzyżuje ręce oparte na stoliku, jakby liczyła, że zacznę śpiewać jej o swoim życiu od A do Z.

Może i bym to zrobiła, ale piosenka skończyłaby się na którejś z pierwszych liter alfabetu.

Byłam przekonana, że obędzie się bez tego. Na moment zapomniałam, że los zawsze działa mi na przekór.

Milczę odrobinę za długo, ponieważ w całej stołówce wybrzmiewa głośny dźwięk dzwonka. Mimo niego nie umiem oderwać nóg od podłogi, jakby podeszwy butów się do niej przykleiły. W dodatku zacisnęło mi się gardło.

– Czaję, że nie chcesz jeszcze opowiadać o sobie jakichś elaboratów, ale daj mi chociaż kontakt do siebie, co? – Szturcha mnie ramieniem zapewne po to, abym się rozluźniła. Jej gest rzeczywiście mi w tym pomaga.

Wymieniamy się Instagramami, a pożegnanie z Zuri sprawia, że wreszcie bez cienia strachu ruszam w stronę właściwego budynku i sali, zgodnie z planem lekcji.

Wychodzę ze szkoły, spiesząc się na przystanek autobusowy. Przez całą ostatnią godzinę zajęć myślałam o tym, jaką wymówką dzisiaj poczęstuję rodziców. Od wtorku czuję złość związaną ze swoją słabą pamięcią. Miałam zapisać się na jakieś kółko, tak jak Naveen, żeby w końcu przestać słuchać ich nieustannych prób znalezienia mi przyjaciół.

Wiem, że chcą dla mnie dobrze, ale przypominanie mi o tym, że ciągłe przesiadywanie w domu i brak życia towarzyskiego nie są czymś dobrym, szczególnie dla dziewczyny w moim wieku, zaczyna być męczące. Czasami mam ochotę poprosić, by przestali, ale gryzę się w język w momencie, w którym ogarniam, że bez nich nie próbowałabym niczego zmienić. Nie tylko po to, by już nie słuchać, ale też po to, by doświadczyć piękna nastoletniości.

Willow mieszka dwie godziny drogi od Santa Monica, więc codzienne spotkania nie wchodzą w grę. Obie mamy szkołę, a moja przyjaciółka ma w dodatku chłopaka, któremu chce poświęcić jak najwięcej czasu, zanim rozdzielą ich dorosłe decyzje. Wciąż omawiają kwestie studiów, więc nie chciałabym dokładać dziewczynie problemów.

Niby mogłabym napisać do kogoś z letniego obozu, ale wątpię, by Kirsty, Sumaya czy Rocco mieli ochotę i możliwość spotkania się raz na jakiś czas. Zresztą nie mam z nimi takiej więzi jak z Willow. Stworzona tamtego lata grupa w iMessages umarła po tygodniu od powstania.

Z nosem wbitym w ekran telefonu zmierzam do bramy wyjściowej. Nie interesuje mnie dosłownie nic. Już sięgam do kieszeni po małe pudełko ze słuchawkami, gdy nagle wyrywa mnie z tej obojętności ciche odchrząknięcie.

Ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy powoli podrywam wzrok. Widok Casey Brewer z zaplecionymi pod piersiami rękoma powoduje, że wydobywa się ze mnie niekontrolowane westchnienie.

Pierwszy raz mogę przyjrzeć się jej z bliska. Od razu sprawia wrażenie przykładnej uczennicy, dziewczyny pochodzącej z dobrego domu, gdzie przestrzega się wymyślnych zasad. Spódnica do kolan i schowana pod nią koszula z krótkim rękawem. Idealnie uczesane w kitkę, nie tak ciemne, jak wydawało się z daleka, kręcone włosy. Niezwykle czysta cera, policzki potraktowane różem perfekcyjnie dopasowanym do jej bladej karnacji i szare oczy podkreślone czarnym tuszem do rzęs. W dodatku ledwie zauważalna blizna, bardzo blisko prawej brwi, która może być wynikiem zadrapania w dzieciństwie.

Nie rozumiem, dlaczego tak ją analizuję i zwracam uwagę na każdy szczegół. Nie wiem, czemu liczę pieprzyki na jej twarzy, których ma dokładnie trzy, ani z jakiego powodu mam ochotę zaśmiać się z jednego niesfornego kosmyka, który to musiał uciec przed żelem do włosów. Czuję się tak, jakby ktoś wbrew mojej woli poddał mnie hipnozie.

Próbuję opuścić zesztywniałe ręce wzdłuż ciała, ale stawiane przez nią kroki sprawiają, że to niemożliwe. Muszę wyglądać na przerażoną albo…

– Jeśli teraz też zamierzasz uciec, to uprzedzam, że i tak cię znajdę, bo twoje oczy dosłownie wyryły mi się w pamięci.

Casey Brewer onieśmieliła mnie swoją urodą na tyle, że ucieczka pozostała jedynie niewykonalnym pomysłem. Nie mam najmniejszej ochoty podrywać nóg i biec w siną dal.

Zwilżam wargi językiem. Przeszywający wzrok i bijąca od niej pewność siebie są przytłaczające. Nie pomagają mi w obecnej sytuacji.

– Możemy porozmawiać o tym, co ostatnio zobaczyłaś?

ROZDZIAŁ TRZECICOŚ ZA COŚ

CASEY

Ja:

serio zamierzasz mnie teraz ignorować???

odpisz

Chociaż powinnam teraz zająć się wyjaśnianiem spraw z dziewczyną, którą w końcu złapałam, nie potrafię nie zerkać w telefon na czat z Vic. Każde powiadomienie daje mi nadzieję, że to wiadomość od niej.

Biorę głęboki wdech i przenoszę spojrzenie na nieznajomą. Mowa jej ciała wskazuje na to, że jest zdenerwowana.

– Stresuję cię? – wypalam, a ona aż podskakuje. Mój głos musiał wybić ją z natłoku myśli. – Wybacz. Nie mam złych intencji.

– Na ten moment nie wiem, czego chcesz, bo od pięciu minut spacerujemy w milczeniu – rzuca cicho, jakby nie chciała zabrzmieć wrednie. Nie potrafię się na to nie uśmiechnąć. – Naprawdę chciałabym zdążyć na kolejny autobus, więc czy możemy pogadać kiedy indziej?

Zatrzymuję się. Dziewczyna robi to samo, gdy tylko ogarnia, że nie idziemy już równym krokiem. Patrzymy sobie prosto w oczy.

Jej uroda nie wyróżnia się na tle innych dziewczyn w naszej szkole, a mimo to znacznie bardziej przyciąga uwagę. Wręcz bajkowe spojrzenie błękitnych tęczówek, długie, gęste i ciemne rzęsy, a także lśniące, niemalże czarne włosy, spięte w niechlujny kok, sprawiają, że naprawdę wygląda tak, jakby uciekła z jakiegoś filmu animowanego. Na zadartym nosie z niewielkim garbem wybija się kilka piegów, jakby niegdyś ktoś przypadkowo namalował je tam cieniutkim pędzlem. Nieprzesadnie duże usta o ciemnoróżowym kolorze potraktowane jakimś tłustym balsamem błyszczą się pod wpływem świecącego prosto na nasze twarze słońca.

– Okej, rozumiem, też się spieszę. Jednak mimo to musimy obgadać to teraz – oświadczam po chwili, którą poświęciłam na przyglądanie się jej. Czuję, jak po kręgosłupie spływa mi kropla zimnego potu. – Możemy umówić się, że to, co widziałaś ostatnio w szatni, nie miało nigdy miejsca?

Otwiera szerzej oczy. Zupełnie nie rozumiem jej reakcji.

– Po to ta cała szopka? Myślisz, że obchodzi mnie to, że spotykasz się z dzi…

Nim zdąży dokończyć myśl, zasłaniam jej usta dłonią. Szybko ją cofam, bo wątpię, byśmy się dogadały, jeśli będę przekraczać granice. W tej sytuacji, głównie z uwagi na podniesiony ton jej głosu, nie mogłam zareagować inaczej. Muszę dmuchać na zimne, nawet jeśli wokół nas nikt się nie kręci. Zaletą czekania na nią dość długo jest właśnie to, że wszyscy uczniowie zdążyli opuścić teren szkoły.

– Po prostu nikt nie może o tym wiedzieć, jasne? – mówię, bardziej stwierdzając, niż pytając, jednocześnie rozglądam się nerwowo dookoła. Wolę wiedzieć, czy aby na pewno nikt nie usłyszy tematu naszej rozmowy. – Mam dla ciebie propozycję… w zamian za dyskrecję.

– Nie potrzebuję twojej propozycji. Nie zamierzam ci zaszkodzić. – Marszczy brwi. Głos z tyłu głowy podpowiada mi, że nie powinnam jej ufać. To oczywiste, że nie puszczę dziewczyny wolno, póki nie osiągnę tego, po co jej szukałam. – Będę żyć swoim życiem i polecam ci to samo. A teraz muszę iść, bo zaraz mam autobus.

Odwraca się i zaczyna odchodzić. W pierwszej chwili chcę złapać ją za nadgarstek i zatrzymać, ale zaraz uświadamiam sobie, że w ten sposób na pewno spojrzy na mnie jak na wariatkę. W końcu decyduję się na zdanie, które już dawno powinnam była wypowiedzieć:

– Nie zdążyłaś zapisać się na zajęcia pozalekcyjne. Wiem, że jesteś dopiero w pierwszej klasie, ale już teraz warto zacząć myśleć o przyszłości. By dostać się na dobrą uczelnię, potrzebujesz punktów.

Zamurowuje ją. Stoi do mnie plecami, ale gdy się odwraca, jej mina jest dokładnie taka sama, jaką sobie wyobraziłam.

– Skąd to wiesz?

– Czy to ważne, skoro mogę rozwiązać twój problem? – Wzruszam ramionami. Przecież nie musi wiedzieć, że faktycznie napisałam do chłopaka, na którego nazwisku trzymała palec, i okazał się jej bratem. By nie odkryła mojego wścibstwa, postanawiam, że zapytam o to, jak się nazywa. – Potrzebuję jedynie twojego imienia i nazwiska, serio.

Widzę, że się waha. W sumie dlaczego miałaby ufać temu, co mówię, skoro i ja nie ufam jej?

– Co niby na tym zyskasz?

Wolałabym, by od razu się zgodziła. Byłam przekonana, że cała ta rozmowa okaże się raczej wymianą pięciu zdań na krzyż, a dalej nie widać jej końca.

To źle, bo niedługo usłyszę trąbienie i będę musiała niezwłocznie udać się do samochodu.

– Drobna przysługa da mi większą pewność, że utrzymasz język za zębami – odpowiadam bez dłuższego zastanowienia. – To jak?

Cisza. Niezwykle dłużąca się i potęgująca zdenerwowanie cisza. W tak stresujących momentach wolałabym chyba, by ktoś fałszował mi nad uchem piosenki Justina Biebera. Nawet głośne techno byłoby lepsze.

– Tiana West.

Tylko dwa słowa, a z mojego serca spada ciężki głaz. Czuję ulgę. Idealnie w czasie, bo właśnie widzę, jak mama zatrzymuje auto przy bramie.

– Świetnie. Widzimy się w poniedziałek po lekcjach, West!

Biegnę do wyjścia, pozostawiając dziewczynę w absolutnej konsternacji. Jeszcze nie wiem, jak sfałszuję listę z rekrutkami, które faktycznie zdążyły się zapisać. Prawdopodobnie będę musiała wykorzystać swoje dobre stosunki z panią Gladys, a także urok osobisty.

Wchodzę do auta bez chwili zwłoki, wiedząc, że punktualność jest dla mamy priorytetem. Byłam przygotowana na jej cięte spojrzenie.

– Co zajęło ci tyle czasu? – pyta podejrzliwie, gdy ja zapinam pasy i próbuję pozbyć się zadyszki.

– Przepraszam, zostawiłam laptop w szafce i musiałam po niego wrócić – kłamię z nadzieją, że tego nie wyłapie.

Kobieta marszczy brwi, ale postanawia nie drążyć. Włącza się do ruchu, a ja wlepiam spojrzenie w widok za szybą.

Wciąż czuję, że moje serce bije delikatnie szybciej.

Przewiduję, że współpraca z tą dziewczyną będzie trudniejsza, niż założyłam. Obym tym razem nie miała racji.

Przejeżdżam dłonią po czerwonym materiale sukienki, by go wyprostować. Przeglądam się w lustrze, wciągając brzuch i prostując plecy. Podoba mi się, jak wyglądam, ale myśl, że nie założyłabym tego stroju, gdybym nie musiała, sprawia, że wcale nie czuję się w nim dobrze.

Za chwilę siądziemy do niedzielnej kolacji, podczas której znowu będę musiała udawać kogoś, kim nie jestem. Jak tylko opuszczę bezpieczne cztery ściany swojego pokoju, porzucę prawdziwą siebie. W to miejsce pojawi się wersja, którą wszyscy uwielbiają: pewna siebie, błyskotliwa, wzbudzająca zachwyt i zazdrość. Tymczasem ta autentyczna ja zostanie na wygnieceniu w kołdrze, czekając cierpliwie, aż wrócę, zajmę swoje miejsce i wreszcie będę mogła odetchnąć pełną piersią.

Ostatni raz spoglądam w czat z Vic z nadzieją, że pojawi się choćby jedno słowo. Ale brak odpowiedzi nie rozczarowuje mnie. Minionej nocy zrozumiałam, że to, co powiedziała, nie było chwilowym kaprysem, lecz prawdziwą potrzebą – taką, którą sama w sobie noszę.

Chciałabym móc chwalić się swoją miłością, a nie ukrywać ją przed światem.

Chciałabym, by mojej miłości nie postrzegano jako innej, obcej czy obleśnej, bo taka nie jest. Pragnę dzielić się uczuciami bez lęku, bez konieczności ukrywania się. Nie być wytykana palcami, wygwizdywana czy obrzucana obelgami. Chcę normalności.

Szkoda tylko, że to zupełnie tak, jakbym życzyła sobie nowej rzeczywistości.

Usuwam czat, wyciszam telefon i chowam go do szuflady toaletki. Ostatni raz spoglądam w lustro, obserwując, jak moja klatka piersiowa unosi się przy głębokim oddechu. Odgarniam kosmyk przyklejony do makijażu, a następnie schodzę na dół ostrożnie, by nie złamać obcasa.

Rodzice kręcą się już w pobliżu drzwi frontowych. Za chwilę cały dom wypełni głośny dźwięk dzwonka, potem nastąpi gorące, choć wyraźnie sztuczne powitanie, a zaraz po nim padną znajome frazy o mnie i Garecie. To, jak przebiegają spotkania rodzin Brewer oraz Lancaster, mam zapisane w małym paluszku.

Staję pomiędzy mamą a tatą, pozwalając, by kobieta po raz kolejny, po swojemu, poprawiła mi sukienkę oraz włosy. Nie wzdycham z irytacji, chociaż mam na to ogromną ochotę, bo wiem, że źle się to dla mnie skończy. Tak samo jak każde odstępstwo od wyuczonej etykiety. Zero głupich komentarzy, żadnych zaczepnych uwag, absolutny brak własnego zdania, jeśli nie pokrywa się z opinią któregoś z Lancasterów. I cisza. Najlepiej przez całą kolację.

Ja i Gareth jesteśmy zmuszeni do obecności przy stole aż do samego końca umówionego spotkania. Nikogo z dorosłych nie obchodzi to, że nawet ze sobą nie rozmawiamy, bo cała czwórka jest zaślepiona wizją naszego pięknego wesela, najlepiej w jakichś ciepłych krajach przy wschodzie lub zachodzie słońca oraz śpiewie Stephena Sancheza.

Z jednej strony naprawdę rozumiem taki zabieg, bo to najzwyklejsza troska o to, by wciąż dobrze mi się żyło, gdy rodziców zabraknie. Sam fakt, że dzięki temu układowi mam zagwarantowaną dobrze płatną pracę w firmie pana Lancastera od razu po skończeniu liceum, o czymś świadczy.

Z drugiej jednak… nie rozumiem. Bo niby dlaczego miałabym opierać swoje dobro tylko na czymś takim? Gdzie miejsce na uczucie, to prawdziwe, które powinno być przypieczętowane obrączką na palcu? Gdzie szczęście, które ma wynikać z głębokiej więzi, a nie z samego faktu zawarcia małżeństwa? Jak miałabym się cieszyć, przekraczając próg urzędu stanu cywilnego czy kościoła u boku kogoś, kto wciąż jest dla mnie obcy?

Chciałabym tak tego nie przeżywać, ale nie jest to łatwe zadanie, kiedy wiem, że nie mam na tę kwestię najmniejszego wpływu. Nawet gdybym postanowiła powiedzieć rodzicom o swojej orientacji, czuję, że nic by to nie zmieniło. Każdego dnia boję się, że we wszystkim, co dawno zostało dla mnie zaplanowane, zabraknie miejsca na moje szczęście.

Dzwonek do drzwi rozwiewa myśli we wszystkie strony świata.

– Lydia! – krzyczy uradowana widokiem swojej przyjaciółki mama. – Wspaniale cię widzieć!

– Witaj, Ryanie! – Ojciec podaje rękę panu Lancasterowi.

Natomiast ja i Gareth kiwamy sobie nawzajem głowami, nie częstując się choćby bladym uśmiechem. Od razu zalewa mnie uczucie niezręczności. Szczególnie gdy z grzeczności muszę przywitać się także z dorosłymi.

Siadamy do stołu jakieś pięć minut później. Zajęłam miejsce naprzeciwko Garetha, którego mina jak zwykle wskazuje na to, że nie ma ochoty tutaj być. To jedno nas akurat łączy.

Rozmowy co jakiś czas przerywają lub zakłócają kaszlnięcia, kichnięcia czy odgłos odkładania sztućców na talerz. Przez całą godzinę przewija się niezliczona liczba tematów, a większość z nich tylko pogłębia moje znużenie.

– Casey, kochanie, powiedz mi lepiej, jak tam u ciebie. W szkole wszystko w porządku? Na jakie dodatkowe zajęcia uczęszczasz? – zaczyna pani Lancaster.

Wybałuszam oczy, a następnie szybko przełykam sok.

– Och. Wciąż zajmuję pozycję kapitanki w szkolnej drużynie koszykówki. Wydaje mi się, że…

– Casey postanowiła polepszyć swój hiszpański, poza tym zapisała się do koła muzycznego i planuje zacząć grę na skrzypcach – przerywa mi mama.

Zapomniałam, że sukcesy, jakie odnoszę w swoim ukochanym sporcie, są niczym w oczach moich rodziców. Nigdy nawet nie przyszli na mój mecz.

Nie wiem, czy wynika to z tego, że koszykówka nie jest dla nich wystarczająco kobieca, o czym mama wielokrotnie wspominała, czy z tego, że zapisałam się do drużyny bez ich wiedzy.

– To świetnie. – Lydia raczy mamę uśmiechem. – Gareth postanowił zapisać się na lekcje tańca. Zaczął także prowadzić korepetycje z łaciny.

Co jeszcze? Uczy się tresowania krokodyli?

Odpływam w chwili, gdy pada imię chłopaka. Przenoszę wzrok na zegar, wpatrując się w jego wskazówki z naiwną nadzieją, że przyspieszą choć odrobinę. Marzę, by wreszcie nadeszła pora, kiedy Lancasterowie opuszczą nasz dom.