Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
10 osób interesuje się tą książką
Księstwo Warszawskie, początek XIX wieku. Dorosłe córki państwa Przeździeckich, Agnieszka i Gabriela, wyruszają na karnawał do Warszawy z nadzieją na poznanie swoich przyszłych mężów. W rezydencji Tęczyńskich Agnieszka poznaje majora Wyrębskiego, żołnierza walczącego u boku Napoleona. Ku wielkiej radości kobiety na balu zjawia się także Tomasz Wójcik, jej wielka miłość od czasów dziecięcych. Nie wie, że Tomasz zakochuje się w jej starszej siostrze.
Tymczasem Jan Wyrębski poświęca życie na odnalezienie tajemniczej XVII wiecznej mapy prowadzącej do dawno zaginionego skarbu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 285
Data ważności licencji: 6/20/2030
Copyright © Anna K. Bandurska
Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redaktor •Joanna Podolska
Korekta •Aleksandra Krzemińska
Projekt okładki •Iza Szewczyk
Skład i łamanie •Izabela Szewczyk-Martin
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej •Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2026
eISBN 978-83-68923-06-3
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań
[email protected] www.replika.eu
Podole, I Rzeczpospolita, rok Pański 1656
Skarb
Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy pułkownik niewielkiego, chłopskiego oddziału wspiął się konno na gęsto porośnięte komonicą i lucerną wzniesienie. Wytężył wzrok i rozejrzał się po okolicy. Na horyzoncie skrzyła się tafla jakiegoś zbiornika wodnego, najpewniej jeziora. Tuż nad nią majaczyły miniaturowe, zdawać się mogło, mury fortyfikacji. Na północy, jak okiem sięgnąć, wszędzie rozpościerały się lasy, a na południu przechodziły w stepy. Pułkownik wziął głęboki wdech. Do jego nozdrzy dotarł delikatny zapach ziół. Widok liściastych borów przypominał mu rodzinne strony. Tęsknił za wioską pod Sandomierzem, której nie widział od wielu dni.
– Pułkowniku, czy rozbijemy tutaj obóz? Konie jak i ludzie są już zmęczeni długim pochodem. – Doszedł do niego głos z tyłu, wśród niecierpliwego parskania kilku wierzchowców.
Krzepki, niewysoki mężczyzna obrócił się lekko za siebie i marszcząc czoło, spojrzał na jednego ze swoich żołnierzy u podnóża wzniesienia. Za nim stał czterdziestoosobowy oddział czekający na rozkazy dowódcy. Wszyscy, którzy pozostali przy życiu po paru ciężkich potyczkach z Kozakami. Zmęczeni, niepocieszeni, ale z nadzieją, że cali dotrą do celu. Gdzieś pośrodku pochodu stał zaprzężony w dwa konie wóz zakryty w całości skórzaną kapotą. Pułkownik poprawił swoją magierkę, chwycił mocniej za lejce i cmoknąwszy, zjechał powoli w dół wzniesienia.
– Żołnierze, jesteśmy już blisko! – zaczął, okrążając oddział na grzbiecie swojej wiernej klaczy. – Klasztor podgórzyński jest już w zasięgu wzroku, ukryty na szczycie stromych zboczy jarów rzek Seret i Gniezny, może dwie godziny marszu stąd. Jeśli się pospieszymy, z pewnością dotrzemy tam przed zmrokiem. Tutaj, na otwartej przestrzeni, jesteśmy łatwym celem. Nie możemy teraz rozbijać obozu. Odpoczniemy w klasztorze.
Zmęczeni długim pochodem chłopi spojrzeli z tęsknotą na mieniącą się srebrzyście taflę rzeki, która rozpościerała się tuż przed nimi. To kilka kilometrów na wschód, u jej rozwidlenia, był cel ich podróży.
– Słyszeliście, napójcie konie i ruszamy dalej! – rozbrzmiał głos jednego z podchorążych.
Żołnierze bez większej skargi spełnili rozkaz dowódcy, po czym utworzyli szyk. Ta wyprawa miała położyć kres ich biedzie. Każdemu z nich hrabia Tęczyński obiecał na własność trzydzieści morgów ziemi.
– Panie, a jak przeprawimy się przez rzekę? Nie mamy przecie łodzi…
Najmłodszy z żołnierzy, Mączyński, wlepił w pułkownika pytający wzrok.
Dowódca uśmiechnął się na to pytanie.
– Nie martw się, Macieju. Mnisi nas oczekują. Kiedy tylko dotrzemy na brzeg rzeki, zadmę w róg, przybędą po nas łodzią i sekretnym przejściem zaprowadzą na szczyt wzniesienia. Przekażemy im skarb pod opiekę, a oni wypiszą list do hrabiego potwierdzający otrzymanie ładunku. Nasza misja dobiegnie końca, gdy zawieziemy list do jegomości Tęczyńskiego.
– Tylko mało nas tu… Jeśli skarb tak drogi jegomości hrabiemu, że chce go od grabieży szwedzkiej zachować, to czemu więcej chłopa nie wysłał?
– A bo nie miał z kogo większego oddziału sformować. Wszystkie szwadrony posłane do obrony miast przed Szwedami albo walczą z powstaniem Chmielnickiego. Nie licząc tych, co wsie przed Tatarami bronią. Musi nas starczyć tylu, chłopcze. Bóg daj, żebyśmy bezpiecznie dotarli na wzgórze klasztorne i z niego do Sandomierza w jednym kawałku wrócili.
Powiedziawszy to, mężczyzna nakazał chłopakowi dosiąść konia, a sam skierował się kłusem ku łagodniejszej części wzniesienia, którą łatwiej było okrążyć wozem. Cały oddział ruszył za nim.
Pochód uszedł tak niecałą godzinę, gdy bezkresne pola Podola zaczęła spowijać gęsta mgła. Za jej kurtyną, wśród rzędów drzew, migały niewielkie światełka. Konie zarżały nerwowo, a pochód ogarnął niepokój.
– Nasi? – spytał dowódcę starszy z żołnierzy, Bronicki, kroczący tuż za nim, i wskazał na drżące ogniki w oddali, które zdawały się zbliżać,a wtórowało mu lekkie dudnienie ziemi pod ich stopami.
Pułkownik Małecki potrząsnął przecząco głową.
– Wątpię… Ktoś musiał nas śledzić – odparł, zamyślając się na krótką chwilę, po czym chwycił mocniej za lejce, zawrócił konia w kierunku oddziału i lekko zachrypniętym głosem krzyknął: – Wyjmijcie broń i przygotujcie się do natarcia!
Potem pogalopował na drugi koniec pochodu, gdzie ciągnięto wypełniony cennymi przedmiotami wóz.
– My odeprzemy natarcie, a wy czym prędzej ruszajcie na wschód, ku rzece. Potem przejedźcie wzdłuż jej brzegu na północ, aż znajdziecie drewniany pomost. Tam zadmijcie w róg. Przybędą po was mnisi.
Gdy skończył mówić, pogalopował z powrotem na przód. Wóz ze skarbem ruszył w kierunku wąwozu.
Tymczasem chłopi wyjęli szable zza pasów i obrócili się w kierunku zamglonej, mniej zalesionej części lasu, skąd kilka chwil później dało się słyszeć syk pędzących strzał.
– Za drzewa! – krzyknął ktoś.
Było jednak za późno. Powietrze przeszyły jęki kilku żołnierzy trafionych grotami. Jedna ze strzał przebiła brzuch pięknego, karego wierzchowca Mączyńskiego. Koń zarżał straszliwie i dramatycznie wyrzucając przednie kopyta ku górze, zrzucił z siebie młodzieńca, po czym padł martwy.
– Tatarzy! – krzyknął podchorąży, widząc strzały obcego pochodzenia.
Nie zdołał skończyć, gdy z mlecznej mgły wyłoniła się horda tatarskich wojowników. Odziani w skóry, niscy, krępej budowy, ale barczyści, rzucili się na Polaków z dzikim krzykiem na ustach. Kilkunastu z nich dzierżyło w dłoniach pochodnie, które zaraz rzucono na ziemię. Suche patyki i ściółka zajęły się prędko, tworząc przed oddziałem polskim ścianę ognia. Za Tatarami biegła banda uzbrojonych w berdysze i nadziaki Kozaków.
– Skąd tu tyle bandziorów Chmielnickiego razem z Tatarami? – jęknął Bronicki, z trudem odpierając atak paru mongolskich jeźdźców naraz.
– Musieli wziąć nas za większy oddział, może z sił księcia Wiśniowieckiego… – zaczął pułkownik, krzyżując swoją szablę z kolejnym wrogiem, a szczękanie ostrzy zagłuszało jego słowa. – Albo… ktoś zdradził szczegóły naszej misji i… – ciągnął z wysiłkiem, ale zaraz przerwał, gdyż dobiwszy jednego z pieszych Kozaków, który go zaatakował, musiał jechać na pomoc Mączyńskiemu.
Pozbawiony konia młodzieniec dzielnie walczył z trzema Tatarami naraz, jednak raniony w ramię, został związany za szyję arkanem.
– Wara od niego, mongolska hołoto! – warknął pułkownik, tnąc Tatara od tyłu swoją szablą.
Krępe ciało napastnika z jękiem zsunęło się z konia. Tak samo potraktował Małecki resztę tatarskich wojowników. Potem chwycił za uzdę jednego z uciekających wierzchowców i podsunął go Mączyńskiemu.
– Wsiadaj na konia, chłopcze! Pieszo nie dasz im rady.
Młody mężczyzna bez skargi wsiadł na klacz, chwytając się dłonią krwawiącej rany.
– Prędko, zawiąż ramię chustką i walcz, ile możesz! – rozkazał jeszcze pułkownik, podając Mączyńskiemu swoją podręczną chustkę. Nie czekając, aż chłopak spełni jego prośbę, pognał konia i ruszył na pomoc reszcie oddziału.
Sytuacja była dramatyczna. Zmęczenie chłopów i przewaga liczebna wroga powoli przesądzały o przegranej Polaków. Pułkownik walczył rozpaczliwie, widząc, jak jego podwładni padają jeden po drugim pod ciosami żądnych krwi Tatarów i Kozaków. Sam został otoczony przez kilku wrogów naraz. Wiedział, że powodzenie ich misji, misji ocalenia bezcennego skarbu przed grabieżą Szwedów, którzy zalali kraj, dosłownie wisi na włosku. Wątpił, że wrócą z Podola żywi. Mimo wszystko walczył do utraty tchu, dopóki nie poczuł tępego bólu w skroni, a po nim metalicznego posmaku własnej krwi, która sączyła się strużką do kącika jego ust.
– Jezusie, Maryjo! – jęknął tylko i osunął się bezwładnie na ziemię.
Jak przez mgłę widział jeszcze walczącego z Kozakiem, zalanego krwią Mączyńskiego i martwe ciała swoich współtowarzyszy rozsiane po całej okolicy. Wszędzie wokół był ogień, a wśród niego krępe sylwetki dzikich najeźdźców z Krymu. Pułkownik miał już tylko nadzieję, że reszta oddziału wraz z wozem ze skarbem zdoła dotrzeć przed wrogiem do rozwidlenia rzeki. Przez chwilę odniósł wrażenie, że słyszy odległy dźwięk rogu. Potem ujrzał nad sobą sapiącego z wysiłku Kozaka z oczami rozwartymi tak szeroko, jakby ten był na granicy obłędu. Pułkownik próbował przeczołgać się kawałek, aby chwycić za swój miecz, który upadł wraz z nim na ziemię, ale wtedy poczuł na dłoni ciężar podbitego jakimś żelastwem buta, który zgniatał mu palce. Zawył z bólu.
– Jęczysz jak baba, Lachu! – zakpił Kozak, śmiejąc się szyderczo. – Gdybyś nie odesłał wozu i poddał się zawczasu, może byśmy was oszczędzili. A tak zginiesz tu marnie!
Małecki poczuł w tym momencie na szyi zimne ostrze kozackiego berdysza.
– Wolę zginąć niż skończyć na tureckim targu! – syknął pułkownik.
– Głupcze! Powiedz mi, co takiego tam wieziecie, że nadstawiacie za to wasze nędzne, chłopskie karki?
– Nie twoja to sprawa, ty zdradziecka, cuchnąca gnido! – rzucił Małecki, plując w geście pogardy śliną wymieszaną z jego własną krwią.
Kozak zrobił się czerwony ze złości. W odpowiedzi złapał ledwo zipiącego Małeckiego za fraki i uderzył go głową w czaszkę. Ten osunął się ponownie na ziemię, tracąc przytomność.
– Bierzcie tego Lacha! – sapiący z gniewu Kozak zwrócił się do przywódcy Tatarów. – Jak się obudzi, pójdzie z wami, razem z resztą waszych łupów.
Podrzucił w dłoni swój berdysz i dobił nim dogorywającego obok polskiego żołnierza. Potem otarł rękawem brudną od krwi brodę. Rozejrzał się wokół siebie. Wszędzie ścieliły się trupy Polaków. Tych, których oszczędzono, mongolscy jeźdźcy związali arkanami, aby dołączyć ich do innych jeńców zdobytych na „besz-basz” – jednym z wielu grabieżczych napadów na sąsiednie ziemie polskie.
Ogień na suchej, pokrytej wysokimi zaroślami ziemi już dogorywał, gdy przed wodza Kozaków, Matwieja Wasylewicza, zajechała kilkuosobowa grupa jego podwładnych, ciągnąc za sobą potężny wóz. Wasylewicz uśmiechnął się szeroko.
* * *
Tymczasem niecałe dwa kilometry dalej grupka mnichów, usłyszawszy dźwięk hetmańskiego rogu, wypłynęła na paru potężnych tratwach, aby pomóc w przeprawie polskim żołnierzom. Będąc jednak jeszcze w połowie drogi, za jednym ze stromych grzbietów klasztornego wzgórza ujrzeli w opadającej mgle sylwetki Kozaków dobijających polskich jeźdźców. Czym prędzej zawrócili tratwy, spiesząc z wieścią do przeora klasztoru.
– Wielebny ojcze, posłańców od hrabi Tęczyńskiego zaatakowali Kozacy! Skarb chyba wpadł w ich ręce – jeden z zakonników zwrócił się do siedzącego w obszernej, skromnie urządzonej izbie przeora zajętego korespondencją. Jego głos drżał z przerażenia i boleści jednocześnie.
Przeor zmarszczył z zafrasowaniem czoło i przerwał pisanie.
– Nie może być! Matko Przenajświętsza, złoto i klejnoty to pół biedy, choć i to ważne dla dziedzictwa naszego, ale relikwie, krzyż i miecz… Nie mogą wpaść w niepowołane, heretyckie ręce! Toć to świętość! – wykrzyknął.
Zakonnik zrobił w tym momencie znak krzyża, jak gdyby modląc się o pomoc z nieba. Przeor zaś wstał z krzesła i zaczął nerwowo krążyć po pomieszczeniu, pogrążając się w zamyśleniu.
– Zaraz poinformujemy o grabieży księcia Wiśniowieckiego – zdecydował w końcu. – Wiem, że stacjonuje nie tak daleko, w okolicach Grzymałowa bodajże. Walczy z oddziałami Chmielnickiego. Napiszę do niego list, a ty go przekażesz naszemu gońcowi.
Duchowny zasiadł z powrotem za biurkiem i zaczął coś naprędce pisać. Potem wylał na złożony list kroplę wosku i wycisnął na niej pieczęć klasztorną. Wręczył korespondencję swojemu podwładnemu.
* * *
– A niech was! Już myślałem, że będziemy musieli za tym wozem aż pod Halicz jechać! – rzekł rad z siebie kozacki wódz, Wasylewicz.
– Złapaliśmy ich nad rzeką. Jeden z nich zdołał zadąć jeszcze w róg, ale zaraz my mu go z tych łapsk wyrwali. Nikogo nie oszczędziliśmy…
Matwiej upił trochę wody ze skórzanego bukłaka, który trzymał w dłoni. Otarł usta rękawem, po czym podszedł do fury.
– Co jest w środku? Sprawdzaliście?
– Nie śmieliśmy panu odebrać tego przywileju.
– To i lepiej, że ręka cię nie świerzbi.
Wasylewicz wspiął się na dyszel i pewnym siebie ruchem odkrył skórzaną kapotę. Mimo zapadającego powoli zmroku obrazy w złotych ramach, srebra i wysadzane klejnotami przedmioty codziennego użytku zaiskrzyły zimnym blaskiem. Na ten widok Matwiej zaśmiał się.
– Panowie, chyba nie będziemy musieli grabić więcej wsi! Tu jest tyle tego, że ledwo to uniesiemy. Starczy łupów dla każdego! A Tatarzy niech biorą ludzi, bydło i konie.
Tej nocy Kozacy i Tatarzy świętowali udaną grabież w prowizorycznym obozie, parę kilometrów na wschód, w pokrytym gęstym lasem wąwozie. Pewni siebie, nie szczędzili alkoholu zagrabionego z pobliskiej kresowej posiadłości. Gdy nastał ranek, ruszyli na południe, w kierunku Kamieńca Podolskiego.
Tatarzy kroczyli pierwsi, krążąc wokół kolumny więźniów – porwanych chłopów, kobiet i dzieci – których poganiali nahajkami. Wszystkich mieli nadzieję sprzedać za dobrą cenę na targach niewolników w Krymie lub Konstantynopolu. Wśród więźniów było kilku żołnierzy od hrabi Tęczyńskiego, którzy przeżyli bitwę z Kozakami, a w ich gronie – ranny pułkownik Małecki. Wszędzie wokół słychać było lament kobiet i płacz dzieci. Związani mężczyźni, nic nie mogąc wskórać w ich obronie, milczeli, jednak w środku umierali z rozpaczy.
Była godzina dwunasta, gdy jeden z Kozaków odpowiedzialny za rozpoznanie terenu i ostrzeganie przed pochodami wojsk przybył konno przed swojego wodza, Wasylewicza.
– Co jest, Hawryło? – burknął Matwiej, przeczuwając złe wieści.
– W naszym kierunku idzie oddział Lachów, między nimi husarzy.
– Ilu ich jest?
– Będzie z pięćset chłopa.
– Jak daleko stąd?
– Niecałą godzinę na południowy zachód od nas. Idą tym samym niemalże traktem.
– Musimy tedy ruszyć przez bory.
– Z kilkusetną kolumną jeńców? W takim tempie? – Mężczyzna skinął głową na wolno poruszających się brańców. – Wątpię. Idą z psami myśliwskimi, jakby szukali kogoś konkretnego. I chyba wiedzą, w jakim kierunku iść… Ktoś nas zdradził! – wycedził posłaniec.
– Albo te grube, nadęte Lachy schwytały Iwana. Musiały go ogniem przypalać, aby zdradził nasze miejsce pobytu. Niech sczezną! Lepiej dla nich będzie, jeśli nie dostanę żadnego z nich w swoje łapska. Na pal z nimi! Atfu! – syknął Matwiej, cały czerwony ze złości, po czym splunął przed siebie.
Jego koń zarżał nerwowo, żłobiąc przy tym przednimi kopytami czarną ziemię pod sobą.
– Jest ich za dużo. Musimy zostawić zemstę na kiedy indziej.
– Wątpisz w to, że pokonam dwudziestu takich Lachów na raz? – wrzasnął Wasylewicz, łapiąc z wściekłością Hawryło za kołnierz koszuli.
– Mówię tylko, jak jest! – warknął posłaniec, powoli chwytając za swój cep.
I byliby obaj zarżnęli się na śmierć, gdyby nie kilku postronnych Kozaków, którzy huknęli ze złością:
– Juści lać się chcą, za gardła chwytać! A przed nami i za nami Lachy, co pocięte bebechy kozackie z zadowoleniem widzieć by chcieli. Jak nie ruszymy stąd, to łupy przepadną. I na nic nasze gardła zarżnięte się zdadzą.
– Matwiej, ty po Iwanie teraz przywódca, co rozkazujesz?
Wasylewicz spojrzał na wolno toczący się po ziemi, pełny skarbów wóz. Zamyślił się. Potem złapał konia za wodze i zatoczył koło wokół swoich towarzyszy.
– Odłączymy się od Tatarów i skierujemy na wschód. Będziemy musieli poruszać się szybko – rzekł i splunął na ziemię. – Weźmiemy ze sobą tylko to, co możemy unieść. Resztę, ukryjemy. Wrócimy po to następnym razem. Danyło i Ilja, wy szukać dobrego miejsca, gdzie skarb z dala od oczu ludzkich można schować.
Zaraz odsłonięto zawartość wozu i wyciągnięto z niego najlżejsze skarby, głównie monety, które Kozacy zmieścili w swoich trzosach, a także kilka szlacheckich szabli i paradnych hełmów. Pozostałość, nie licząc dwóch wielkich skrzyń, których nie udało się otworzyć, rozłożono na wielkim, wytrzymałym kawałku materiału – skórzanej kapocie, która dotąd chroniła powierzchnię fury. Związano ją za pomocą tatarskich powrozów i na wozie zaciągnięto nad pobliskie jezioro. To tam właśnie znajdowała się niewielka jaskinia, a w niej – wilcza jama. Wilki wywabiono ze środka, a potem zabito strzałami z arkebuza. Ciężkie, pękate skrzynie zaciągnięto do wnętrza jamy razem z kapotą. Wejście przykryto dla niepoznaki gałęziami i ziemią, a na chropowatej powierzchni głazu w pobliżu jamy wyryto literę M. Planowano tu powrócić w niedługim czasie.
– Szybciej, Lachy nam stąpają po piętach! Jak się nie pośpieszycie, to poczujecie tatarski bat na grzbietach! – wrzasnął zniecierpliwiony Matwiej, widząc, że muszą jeszcze ukryć gdzieś wóz. Spojrzał na teren wokół siebie. Był gęsto zalesiony, a piękne, rozległe jezioro mieniło się teraz srebrzystym blaskiem. – Wóz zatopcie – rozkazał. – Lachy nie mogą wiedzieć, że to tutaj ukryliśmy skarb.
– A obrazy? – Hawryło wskazał na niewielki stosik portretów jakichś dystyngowanych jegomości w złoconych ramach, rzuconych w pośpiechu na bok.
– A niech to szlag, zapomniałem o tych bohomazach! No nic, weźmiemy je ze sobą. Przydadzą się do rozpalania ognisk.
Powiedziawszy to, związał ramy tatarskim powrozem i rzucił je na konia Hawryło. Chwilę potem cały zastęp Kozaków zniknął pomiędzy drzewami, aby uciec przed pogonią polskich oddziałów.
Nie wiedzieli oni jednak, że zaledwie kilkanaście minut po ich ucieczce wojska księcia Wiśniowieckiego całkowicie rozgromiły pochód tatarski, uwalniając wszystkich jeńców, a wódz Tatarów po długich torturach wydał miejsce, do którego zbiegli.
Książę nie miał zamiaru pozwolić Wasylewiczowi uciec. Po kilku dniach pogoni za kozackim wichrzycielem i buntownikiem jeden z niewielkich oddziałów księcia pojmał niemal całą bandę na gorącym uczynku, kiedy atakowała jedną ze wsi, która nie chciała im wydać pożywienia nawet za złoto. Kozacy nie wiedzieli, że oddział księcia stacjonował w polu, niedaleko zachodniej części wsi.
Udało się uciec tylko jednemu z nich, posłańcowi. Wykonał on mapę z opisanym miejscem ukrycia skarbu i schował ją w jednym z ukradzionych obrazów, który miał nadzieję w przyszłości spieniężyć u jakiegoś Żyda. Nie zdążył jednak zebrać drużyny, aby wrócić po skarb, bo krótko potem zachorował na tyfus. Obraz ze złoconą ramą przedstawiający młodziutką, ciemnowłosą kobietę i ukrytą w nim mapę, kilka złotych monet oraz polską szablę z herbem Zamoyskich, wysadzaną turkusami, przekazał przed śmiercią małoletniemu synowi.
Tymczasem mnisi klasztoru podgórzyńskiego, gdy tylko dowiedzieli się o ukradzionym przez Kozaków skarbie, którego nie udało się odnaleźć mimo rozbicia całej szajki, uklękli zaraz przy obrazie Matki Boskiej Latyczowskiej i rozpoczęli modlitwy błagalne:
– Pani nasza, ochroń lud swój przed najazdem nieprzyjaciół, a skarby dziedzictwa naszego i święte relikwie ukryj pod płaszczem swoim! Niech żadne oko go nie dojrzy, tylko polski patriota o sercu szlachetnym i takimże pochodzeniu, poświęcony Tobie! Tak nam dopomóż Bóg!
Tego wieczora mnisi jeszcze długo modlili się o ochronę Rzeczypospolitej i jej ludu przed potopem szwedzkim, najazdami tatarskimi i Kozakami. Błagali o pokój i dobrobyt.
Po upadku powstania Chmielnickiego, podług błagań mnichów podgórzyńskich, potomkom kozackiego posłańca nigdy nie udało się odnaleźć miejsca ukrycia reszty kosztowności. Tak oto bezcenny skarb hrabi Tęczyńskiego, który chciano ochronić przed szwedzkim rozgrabieniem, przepadł w wilczej jamie na brzegu bagnistego podolskiego jeziora. Na ponad sto pięćdziesiąt lat.
Polskie Kresy, Podole, rok Pański 1792
Niespodziewana wizyta
– Szybciej, szybciej! – hrabina Suchowiecka pospieszała woźnicę. – Jeszcze mi dziecko na środku pola skona!
Wąsaty woźnica okryty futrem trzasnął na konie z bicza, mimo to sanie niewiele przyspieszyły. Byli na polnej drodze, a gęsty śnieg po kolana otaczał ich z każdej strony, odbijając oślepiającym srebrzystym blaskiem styczniowe promienie słońca. Kilkanaście dzwonków przymocowanych do skórzanego rzemienia uprzęży dzwoniło wdzięcznie wśród leśnej głuszy.
Dziesięcioletni chłopiec jęknął boleśnie spod sukna obszytego baranicą. Towarzysząca hrabinie służka dotknęła jego czoła.
– Jest cały rozpalony. Ma gorączkę – rzekła, coraz bardziej zaniepokojona.
Pani Suchowiecka westchnęła ciężko i przytuliła chłopca mocniej do siebie.
– Wytrzymaj, chłopcze. Już niedaleko – powiedziała cicho.
Tymczasem zza rzędów sosen wyłonił się niewielki pagórek cały pokryty śniegiem, a na nim, jak pałac lodowy, stał imponujący jednopiętrowy dworek. Zaprzęg wspinał się, mijając zamarznięte, rozległe jezioro po lewej i niewielki lasek po prawej. W końcu przejechał przez potężną bramę główną, która otworzyła się przed nim szeroko. Wjechał na długi, szeroki plac, pełen nagich teraz zagonów, na których latem musiały kwitnąć tysiące róż. Ominąwszy aleję wysadzoną drzewami i kilka budynków gospodarczych, powóz zatrzymał się u szczytu wzniesienia, tuż przed pięknym budynkiem, którego portyk wieńczyły cztery zdobione kwiatowymi motywami kolumny.
Do okien części jadalnej w kuchni przykleiło się kilka dziewczęcych twarzy, zaciekawionych nagłym przyjazdem gości o tak specyficznej porze. Obiad bowiem skończył się niedawno, a teraz kucharka, dwie pomywaczki i garderobiana jadły swój posiłek.
– Kto to może być? Czyżby ktoś z kuzynostwa państwa? – zastanawiały się służące, obserwując, jak zimowe sanie zaprzężone w dwa konie wjeżdżają na podjazd.
Najstarsza z kobiet wyjrzała na zewnątrz. Widząc, iż w pobliżu nie ma ani jednego stajennego, zmarszczyła frasobliwie brwi.
– Baśka, biegnij no prędko po Józka! Powiedz mu, że ktoś wjechał na dziedziniec.
– Toć te dzwoneczki u rzemienia tak głośne, jakże ich pan nie usłyszy?
– Baśka, nie gadaj tyle, idź już! Niech na zimnie nie stoją!
Pięć minut później do salonu zimowego państwa Przeździeckich zapukał kamerdyner. Nie czekając na odzew siedzących przy popołudniowej herbacie pana i pani domu, uchylił drzwi.
– Jaśnie państwo, goście zajechali – poinformował ze stoickim spokojem.
– Goście? Teraz? – wymamrotała elegancka, popielatowłosa kobieta, ubrana w ciemną, wełnianą suknię, której gorset wieńczyła pokaźnej wielkości rubinowa broszka. Wstała z kanapy z filiżanką w dłoni, a wielki, czerwony szal, którym okrywała plecy, zsunął się jej delikatnie na przedramiona.
– Spodziewamy się kogoś? – spytał jej mąż znad lektury „Kuriera Polskiego”.
– Nie, nic mi o tym nie wiadomo. Och, muszę prędko poprosić kucharkę o dzbanek świeżej herbaty i przygotowanie czegoś na podwieczorek.
– No nic. Gość w dom, Bóg w dom. – Widząc pobladłą żonę, która krzątała się pospiesznie po domu, aby wydać potrzebne polecenia służbie, mężczyzna odłożył prasę na stolik kawowy. Wyjrzał zza muślinowej firanki okna. Gdy ujrzał z trudem wychodzącą z pojazdu starszą kobietę, zwrócił się do kamerdynera pewnym siebie tonem: – Józku, zbierz prędko stajennych, aby dopomogli przy zaprzęgu. To hrabina Suchowiecka…
Kamerdyner ukłonił się i bez słowa poszedł spełnić prośbę swojego pracodawcy.
– Hrabina Suchowiecka? Nie może być…!
Pani domu nie zdążyła dokończyć zdania, gdy na zewnątrz rozległy się zrozpaczone okrzyki:
– Prędko, chłopak mi tu umrze!
Razem z pokojówką wybiegły do holu. Gdy otworzyły się drzwi, stanął w nich jeden z pracowników folwarku. W ramionach trzymał owiniętego w skóry chłopca, może dziesięcioletniego. Za nim biegły dwie kobiety.
– Matko Boska, cóż to? – wymamrotała pani Barbara, widząc bladą twarz dziecka.
– Tomaszek, mój podopieczny… – odparła hrabina, dysząc ciężko. – Bardzo zachorował w podróży. Trzeba zawołać lekarza, zbić gorączkę… Państwa dwór jedyny w okolicy…
– Tereso – pani Przeździecka zwróciła się do służącej – poślij Macieja czym prędzej do Janowa. Niech przywiezie tu lekarza.
Ta bez słowa zniknęła na zewnątrz.
Pani domu rozkazała ułożyć chorego chłopca w jednym z pokojów gościnnych na piętrze. Nagrzano gorącej wody i przygotowano zimne okłady. Pani Barbara otworzyła domową apteczkę i wyjęła z niej lecznicze specyfiki, które przygotowywano według przekazywanych z pokolenia na pokolenie receptur.
Na zewnątrz zaczęło zmierzchać. Dopiero po dobrych paru godzinach przyjechał lekarz i zbadał chłopca.
– Zapalenie oskrzeli, poważne – stwierdził po chwili. – Chłopiec powinien leżeć w łóżku, w cieple, i dużo odpoczywać. Przepiszę leki. Zalecam też inhalacje. Zaraz wszystko wyjaśnię po kolei.
Służąca hrabiny i pani domu przysłuchiwały się radom lekarza. Sama pani Suchowiecka nie była w stanie skupić się na niczym innym niż przyglądanie się blademu, mokremu od potu obliczu chłopca. Była za niego odpowiedzialna. Tyle już przeżył.
Gdy medyk skończył wizytę i nie mógł już nic więcej dopomóc, wziął swoją torbę i skierował się w kierunku drzwi. Przed wyjściem zwrócił się do hrabiny Suchowieckiej:
– Powiedziano mi, że to pani wychowanek.
– Tak, mój.
Wąsaty, pięćdziesięcioletni mężczyzna pokiwał ze zrozumieniem głową i zanim ponownie zaczął mówić, podrapał się po głowie, jakby to, o czym chciał rozmawiać, stawiało go w niezręcznej sytuacji.
– Pani hrabino, ja… zrobię, co w mojej mocy, ale nie daję mu wielkich szans na przeżycie. Chłopiec jest słaby, sprawia wrażenie wychudzonego.
Spojrzał na kobietę pytającym wzrokiem. Ta westchnęła przeciągle.
– To sierota. Jego matka zmarła niedawno. Ojciec… właściwie nie wiadomo, kim był ojciec. Biedna kobieta, pracowała dla moich znajomych, państwa Brzozowskich. Starała się jak mogła, ale samej, bez chłopa, wiadomo, ciężko. Musiała nie tylko zarobić na chleb, ale też zająć się dzieckiem. Brzozowska starała się pomagać, zanosiła paczki, dawała prezenty, trzymała nawet dziecko do chrztu, ale matka chłopca niechętnie przyjmowała pomoc. Czy to z dumy, czy z innego powodu, nie wiem. Z czasem sama Brzozowska zaczęła być niechętna matce chłopca, a nawet zakazała jej przychodzić do dworu. Biedna, zachorowała niedługo potem. Tomaszek był już wtedy dość zaniedbany. Gdy zmarła, Brzozowski, który przyjaźnił się z moim mężem, poprosił mnie, abym wzięła sierotę na wychowanie do siebie. Zgodziłam się. Wie pan, moi synowie już dorośli, sama jestem, co mi szkodzi pomóc sierocie?
– Czyli jest z panią od niedawna?
– Dopiero od tygodnia. Dopadła go gorączka trzy dni po wyjeździe z Pieczkowa.
– Rozumiem. Chciałem tylko, żeby pani wiedziała.
– Dziękuję doktorze. Doceniam pana szybkie przybycie.
Gdy lekarz opuścił dwór, a zmęczeni państwo powrócili do swoich komnat, hrabina Suchowiecka usiadła w fotelu tuż obok łóżka, obserwując, jak pokojówka podaje rozpalonemu chłopcu jakieś specyfiki. Gdy pokój opustoszał i zamknęły się drzwi, wzięła wątłe dłonie Tomaszka w swoje. Potem, przy blasku świec, czuwała przy swoim wychowanku, który spał w okrytym pierzyną łożu. Ogień kominka rzucał na sąsiadujące ściany ciepłą poświatę. Hrabina wsłuchała się w dźwięk kojąco trzaskającego drewna zajętego przez tańczące płomienie. Modliła się, aby chłopiec przeżył.
* * *
W czwartek rano, trzy dni po przyjeździe hrabiny Suchowieckiej do dworu w Dziwiłłowie, na podwórzu dało się słyszeć dzwoneczki zimowych sań. Chwilę potem pod same niemal drzwi wejściowe zajechał pyszny powóz, a w nim woźnica i dwie damy, jedna bardzo młoda. Nie czekając na pomoc, okryta kożuchem dziewczynka wyskoczyła z sań i wbiegła do domu.
Pan Sławomir Przeździecki poznał, że to jego córka Agnieszka, po rytmicznym dudnieniu podłogi w sieni. Ucieszył się z jej powrotu, ale postanowił nie dać tego po sobie poznać.
Zaskrzypiały drzwi i do salonu wpadła jasnowłosa, ośmioletnia dziewczynka, cała podekscytowana. Jej policzki były pięknie zarumienione od mrozu.
– Tato, tato! Czy to prawda, że mamy gości? – spytała, oddychając ciężko z wysiłku.
Pan Sławomir z uśmiechem odstawił filiżankę świeżo zaparzonej kawy, którą delektował się przy lekturze nowo zakupionej, francuskiej powieści podróżniczej.
– Co mówiłem na temat pukania? – odparł, starając się sprawiać wrażenie poważnego, chociaż miał ochotę wyściskać córkę serdecznie.
Dziewczynka westchnęła głośno i wycofała się za drzwi. Tym razem zapukała.
– Proszę – rzekł ojciec, upijając kolejny łyk pysznej kawy.
Zaskrzypiały ponownie otwierane drzwi.
– A więc? Czy to prawda? Bona mówiła mi, że to chłopiec.
– Prawda. Gościmy u siebie podopiecznego hrabiny Suchowieckiej.
– Czy mogę go odwiedzić? Po drugim śniadaniu, oczywiście.
Pan Sławomir zaśmiał się serdecznie.
– A gdzie dzień dobry tato, jak zdrowie, stęskniłam się?
– Ale tato! Byłam w Pieczkach ledwo trzy noce.
– Trzy noce, ale to i tak długo! – odparł ojciec, po czym trochę spoważniał. – Wiesz, ten chłopiec jest chory – zaczął ponownie, odchrząknąwszy. – Nie powinniśmy tam wchodzić. Nie chcę, abyś się zaraziła. Pamiętasz, jak chora była ostatnio twoja siostra… To dlatego pojechała z ciotką do Nałęczowa, do sanatorium. Powinienem może był jechać z nią, ale w domu mam tyle spraw na głowie…
– Ale…
– Żadne ale. Odwiedzisz go, jak wydobrzeje. Przeżył już najgorsze, więc teraz będzie tylko lepiej. – Mężczyzna zamyślił się po tych słowach. Dopiero parę chwil potem wymusił uśmiech. – Wiesz, dom był taki cichy podczas twojej nieobecności. Zdawało mi się prawie, że wszyscy pomarli – rzekł, widząc nadąsaną minę córki. Pocałował ją czule w czoło. – Może to lepiej, że już wróciłaś?
Słowa ojca zadziałały, bo mina Agniesi zaraz się rozpromieniła.
W tym samym czasie w przedpokoju dało się słyszeć nawoływania francuskiej guwernantki. Szukała dziewczynki, która wymknęła się niespodziewanie spod jej pieczy. Parę minut później rytmicznie zapukała do salonu.
– Agniesia jest tutaj! – pan Sławomir uprzedził niechybnie nadchodzące pytanie.
Do pomieszczenia zajrzała nieśmiało dwudziestopięcioletnia, złotowłosa kobieta.
– Je suis désolé…[1] – zaczęła, ciągnąc Agniesię z powrotem na korytarz. – Musisz najpierw zdjąć te przemoczone buty i płaszcz. Ile razy ci o tym mówiłam?
– Ale ja rozmawiam z tatą… Musi mi powiedzieć, co to za chłopiec!
– Skąd wiecie o chłopcu? – spytał pan Przeździecki nauczycielkę, dopijając kawę.
– Jędrek nam powiedział zaraz przy bramie – odparła łamanym polskim, wycofując się do sieni razem z Agnieszką.
Pan Sławomir jeszcze przez chwilę obserwował przez otwarte drzwi zabawne przepychanki swojej temperamentnej córki z guwernantką, która próbowała doprowadzić Agniesię do porządku po długiej podróży saniami w mrozie z oddalonych o piętnaście kilometrów Pieczek, gdzie dziewczynka odwiedzała kuzynkę. Gdy drzwi salonu się zamknęły, sam zaczął przygotowywać się do wyjścia. Musiał objechać wielkie połacie swojej ziemi, budynki gospodarcze, pobliskie młyny i cukrownie oraz należące do dworu wsie, aby upewnić się, że wszystko jest tak, jak należy. Zimą, co prawda, ogromna większość prac ustała, ale trzeba przygotowywać się do wiosny.
* * *
Agniesi zakazano wchodzić do tej części dworku, w której leczono Tomaszka. Codziennie okadzano korytarz palonym igliwiem i ziołami. Dziewczynka widziała, jak każdego dnia o godzinie jedenastej rano miejski lekarz opuszcza ich dom, kierując się z powrotem do wielkich sań ciągniętych przez dwa konie. Wieczorami, gdy prace domowe ustawały i krzątanie domowników cichło, a każdy udawał się na odpoczynek, słyszała dochodzące z odległej części holu kaszlanie.
Pewnej nocy usłyszała jeszcze płacz dziecka. Wymknęła się ze swojego pokoju i ruszyła w kierunku pokoju Tomaszka. Delikatnie uchyliła drzwi jego sypialni. Zazgrzytały niemiłosiernie. Bojąc się, że obudzi kogoś z domowników, prześlizgnęła się przez powstałą niewielką szparę i pozwoliła drzwiom się domknąć.
– Kto tam? – Usłyszała lekko przestraszony, chłopięcy głos.
Obróciła się i podniosła trzymaną przez siebie świeczkę na wysokość twarzy. Ujrzała parę błyszczących oczu wyglądających zza grubej pierzyny.
– Agnieszka. Mieszkam tutaj.
– W tym pokoju?
– Nie, moja sypialnia jest tam, w zachodnim skrzydle – wyjaśniła, wskazując dłonią na ścianę po swojej prawej stronie.
Gdy chłopiec to usłyszał, zrzucił z głowy kołdrę, podciągnął się na łokciach i usiadł na łóżku. Spojrzał zaciekawionym wzrokiem na swojego gościa.
– Nie wiedziałem, że oprócz mnie są tu jeszcze jakieś dzieci – wymamrotał, ocierając mokry nos wierzchem dłoni.
– Są. Dwie dziewczynki. Gabrysia, moja starsza siostra, jest teraz w sanatorium – odparła Agniesia, stawiając swoją świeczkę na stoliku, tuż obok łóżka chłopca.
Stała w ciszy, przyglądając się przybyszowi. Wyglądał na nieco starszego od niej. Miał ciemne włosy i piękne oczy otoczone długimi rzęsami. Patrzył na nią z lekką rezerwą, jakby nie wiedział, czego się po niej spodziewać.
– Wiesz, ogromnie się cieszę, że tu jesteś. Ostatnio jestem sama w domu i strasznie się nudzę. Dlaczego płakałeś? – spytała, opierając się o brzeg łóżka.
Chłopiec zarumienił się ze wstydu.
– Bo chciałbym wyjść na zewnątrz, pobawić się. Nie chcę cały czas leżeć, mam już dość. W nocy nie mogę spać – odparł, po czym lekko zakasłał. – A ty? Dlaczego tu przyszłaś?
Agniesia zaśmiała się serdecznie.
– Przyszłam cię pocieszyć. I bardzo chętnie się z tobą pobawię! Wiesz, w dworku jest mnóstwo zakątków do odkrycia. Mój ojciec ma w swoim gabinecie ściany pełne trofeów i ciekawe pamiątki z Afryki. Jeśli chcesz, to ci pokażę.
Powiedziawszy to, puściła się łóżka i radośnie pobiegła w kierunku drzwi. Chwyciwszy mosiężną klamkę, odwróciła się do niego.
– Idziesz ze mną?
Chłopiec zaczął zrzucać z siebie pierzynę, ale gdy jego stopy dotknęły zimnej podłogi, zawahał się.
– Chciałbym, ale nie powinienem… Pani Michalina… obiecałem jej, że będę przestrzegać zaleceń lekarza. Ona bardzo chce, byśmy jak najszybciej wrócili do Lwowa.
– Do Lwowa? To tam mieszkasz?
Tomasz zamilkł. Agniesia posmutniała, zawiedziona tym, że nie wymknie się nocą z nowo poznanym kolegą do biblioteki albo gabinetu ojca, w którym było tyle ciekawych rzeczy…
– No nic, to chyba powinnam pozwolić ci odpocząć. Dobranoc – rzekła zmieszana, powoli puszczając się klamki. Obróciła się, gotowa do wyjścia, zapominając nawet o swojej świeczce.
– Ale może wspólnie coś poczytamy? – Usłyszała nieśmiały głos chłopca.
– Jeszcze nie umiem zbyt dobrze czytać… – odparła Agniesia.
– Nie szkodzi, jeśli chcesz, ja ci poczytam. Hrabina przyniosła mi tu kilka książek, są w nich piękne ilustracje. Na przykład ta: Tysiąc nocy i jedna.
– O, nigdy takiej mi nie czytano!
Kiedy Agnieszka z zadowoleniem usiadła na skraju łóżka, chłopiec usadowił się wygodnie i odchrząknąwszy lekko, zaczął czytać. Dziewczynka wsłuchała się. Jako że Tomaszek dopiero niedawno nauczył się czytać, szło mu powoli. Kiedy był w połowie jednej z krótkich historii, zauważył, jak jego towarzyszka ziewa ze znużenia. Zaczerwienił się ze wstydu.
– Może to nie był taki dobry pomysł? Jeszcze nie jestem w tym dobry. No wiesz, w czytaniu dla publiczności. Zazwyczaj czytam sobie sam – rzekł, odkładając książkę na bok. – Może po prostu poopowiadamy sobie jakieś historie?
– Znasz jakieś?
– Tak, znam dużo. Szczególnie takich strasznych.
– Naprawdę? – spytała Agniesia z niedowierzaniem. – Opowiedz mi jakąś!
– Jesteś pewna? Nie będziesz się bać?
– Bać? Ha! Ja się niczego nie boję! – wykrzyknęła oburzona dziewczynka.
– No dobrze, niech będzie – odparł Tomasz, nie kryjąc zadowolenia, jakby czekał na ten moment od dawna. Podparł się wyżej na poduszkach i odchrząknął ostentacyjnie. – A więc słyszałem historię pewnej córki jednego z hrabiów na Wileńszczyźnie. Trzy lat temu wyjechała w podróż do Paryża, bo bardzo lubiła to miasto. Tam jednak wybuchła rewolucja francuska. Wiesz, co to jest, prawda? Wiesz, co się teraz dzieje we Francji? – Tu chłopiec spojrzał z błyskiem w oku na Agniesię, jakby mając nadzieję, że dziewczynka nie będzie nic na ten temat wiedzieć, a on, pouczając ją, poczuje się choć ciut lepszy od małej hrabianki.
– Moja guwernantka mi o tym wspominała. Jest Francuzką. Nie chciałam jednak wdawać się w szczegóły, bo wydawało mi się to wszystko obrzydliwe i straszne.
Tomaszek zmieszał się, zawiedziony takim obrotem sprawy.
– O, a więc wiesz?
– Wyjechała do Paryża i co dalej? – naciskała zaciekawiona historią Agniesia.
– Ojciec i matka ostrzegali ją, że coś złego tam się święci, że nie powinna jechać. Namawiali na podróż do Włoch lub Grecji. Ona jednak nie słuchała. Pojechała do Paryża, tam uczęszczała na bale, udzielała się towarzysko, aż w końcu hołota paryska usłyszała też o niej. Zabrali ją siłą z karety, którą właśnie wracała z jakiejś wizyty. Potem publicznie ścięto ją na gilotynie.
– Jejku… Jakie to straszne! – skomentowała dziewczynka, nie kryjąc żalu i oburzenia.
– Ale to nie wszystko. Podobno duch kobiety straszy w jej rodzinnym dworku. Pojawia się co roku w rocznicę jej śmierci jako biała dama i krąży po pokojach nocą. Kilka osób widziało ją nawet w oknie patrzącą na obejście zza zasłon.
Gdy chłopiec skończył opowiadać historię, Agniesię przeszedł zimny dreszcz. Z lękiem obejrzała się za siebie, w kierunku okna. Pomyślała, że teraz już nie zaśnie.
– Przestań, nie lubię takich opowieści!
– Myślałem, że niczego się nie boisz…
– Bo się nie boję! – odparła butnie, wstając na równe nogi. – Muszę już jednak wracać do łóżka, zanim pani Moulin się obudzi i zda sobie sprawę, że mnie nie ma. – Obróciła się w kierunku drzwi, chwytając przy tym świeczkę w dłonie. – Miło było cię poznać, Tomaszu. Ty też powinieneś już iść spać – dodała, próbując nie dać po sobie poznać, że historia młodej kobiety zrobiła na niej jakiekolwiek wrażenie. Mimowolnie otworzyła usta i głośno wciągnęła powietrze, gestykulując swoje znużenie.
– Ojejku, chyba cię przestraszyłem…
– Wcale nie…
– Wcale tak! Inaczej posiedziałabyś tutaj dłużej – jęknął chłopiec, sam przy tym ziewając.
– I tak naraziłam się ojcu, przychodząc tutaj… Zresztą, jutro też jest dzień.
– Czyli odwiedzisz mnie też jutro?
– Postaram się. Mam nadzieję, że już niedługo wypuszczą cię i nie będę musiała się skradać.
– I wtedy pokażesz mi te wszystkie zakamarki i interesujące miejsca w dworku? Gabinet twojego ojca z trofeami zwierząt i pamiątkami z Afryki?
– Jasne.
– Obiecujesz?
– Obiecuję.
Usłyszawszy to, chłopiec położył z powrotem głowę na poduszkę i wtulił się w swoją pierzynę. Agniesia delikatnie nacisnęła na klamkę i lekko pchnęła drzwi, chcąc uniknąć skrzypienia. Zanim zaczęła się prześlizgiwać przez powstałą szparę, szepnęła:
– Dobranoc!
– Dobranoc, Agnieszko – odpowiedział chłopiec zaspanym już głosem.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[1] Je suis désolé (franc.) – Przepraszam.
