Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 83-7200-020-4
Książka dostępna w zasobach:
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 237
Rok wydania: 1997
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
D
sami
Óp5iww ZWYKŁE
Wiesław Dymny, malarz, grafik, aktor, poeta, prozaik, autor scenariuszy filmowych. Urodzony w 1936 roku w Połoneczce na Ukrainie, studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Obdarzony wszechstronnymi talentami, fascynujący, choć czasami kłopotliwy dla otoczenia, artysta-cygan i outsider. Jeden z założycieli krakowskiego kabaretu „Piwnica pod Baranami", z którym przez ponad dwadzieścia lat współpracował jako autor tekstów (m.in. napisał wiersz Czarne anioły, śpiewany przez Ewę Demarczyk) i aktor. Był twórcą scenariusza do głośnego filmu Henryka Kluby Pięć i pół bladego Józka, którego realizację wstrzymano, a kopię zniszczono, oraz do innych dzieł tego samego reżysera: Chudy i inni (1967) i Słońce wschodzi raz na dzień (1972). Zagrał w kilku filmach, m.in. w Ktokolwiek wie... Kazimierza Kutza. Opublikował tom Opowiadania zwykłe (1963), za który otrzymał nagrodę im. Kościelskich. Zmarł w Krakowie 11 lutego 1978 roku. Jego przebogata i wielogatunkowa twórczość literacka - scenariusze filmowe, teksty teatralne, piosenki, skecze - choć trudno dostępna, jest w Polsce wciąż przedmiotem fascynacji.
^ ^ Warszawskiej / Wydawnictwo/
............1 Literackid
J /yUZA SA\
y Wldirszówa 1997/,,
Projekt okładki - Jan Sawka Projekt graficzny serii - Maciej Sadowski Redakcja techniczna - Mariusz Jaśtak Korekta - Janina Zgrzembska
© by Anna Dymna, Lechosław Dymny
and Mieczysław Dymny © for this edition by MUZA SA, Warszawa 1997
ISBN 83-7200-020-4
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA Warszawa 1997
jp*iiw %ltł> ^ ^
y**n*b*Ln **y»t , v V
%J*y My M.
tol Jauut jh?Vj Jc "&u viiy7*'? <*r 'CCohlirl>ui u yHtfibtU JM> *'9^% **<* '"ffl 'Zł/rie t/e ^Qj)l90uuu t+C wa Ky>/tf<ł. $ćx ja£ Vr»wi/ Xe A&fiA;
knttbtU tu </tt* h i/uM ' kfyclM' JtĄc XiUUf^i ' tioai*, kley. ehtiaJ 9y <//«*•»»«* -i
H<M £*}*j OjKthtjU^ ^0:ji(njrvjt t*> 4oith &*»*t I
jixL ty. Houu£,fónjk^i S£>ł&jwf Aft du* * CO/f
linyity tiuli. <M( yffU-JZ><U ułhniltL, oifditML ibo t^cHia jtfytf 7/cht ^far-oJt *ł ut «gj
pCHUfiod itoltomy tu (£->k&p,o/ -yką. fycyycny' *aiuti£ iq de 4>o j>«wix<hut. it to Pu ^9attf Uftftif
h> y/iyA % rneiix c tjJ, AtciaU irit Jutt ^0 to Mi*4o ?tf ofouJnc }fi<jU*i*ui jutyt tto tompd»int£o Ido tkott tuk hryupihtl etker&yc*lażal ikfśji
XC óąsUt^nIt «< H>ęt iadcH tui ouc ta*4u> de <k %>nta(kUuj Źaclt^oii to/ltistb/ im -na c k>/qikf aĄ
v jaJuii tup304U xpaUa -tucy a #yc o *$>+.
fkxt> Z6 kleH Cc,»yVnut alpo^Jn k utyto *i**i i*f! ikatintluoM. u tć&u. ^ochitubLu,. Skwi^ipB**Ą WCIOUUiU /' uAjmojuji rw>iy vadt\f
l't**n<r4 nc i' Ctiię HtO/iy ln\u>toHy4ih frOKUftk. /fajjhtHS %Qfalj) cd Tti/JtyĄ .pnyjtti&t 1 fttf^kLUa "tu ho pcd>ivdtt>l jfrujlh&ł' Ltn. iotlJu^^ 'oUji jyviMf 7 $1»&U elitę UtijkaU, *&> -p/« OnHu pcjto J<jjf 2. CfKojtr* / yp*Ve?f Hf ^ qj>U . ficiiÓI U/l ftufrf) tpJMntu oto o£cÓhu
, &many7 ec *utu v ^
?<f fi^t-łna ep>-)OMi &/uu Iocą^T ie y<«eA nawt RtojJt. *ue f»'»a-Ftij' /L 4> it<Ą tpJjwłiaolA(<fc> hu urnmi ttyekwai k.Uy
jwł MitłytJUeWn.Ky a ntj ia to Pc^wHc/tom* i*&> lak Myfrćij tfahn Wtyny jjeniŁ oto fcUokc ok ŚkętW1** i tHjUup' (* v li/>q%afa*<ttL */3ly>&+ kv<j)l* i tiył &ft+oj tw >-C' w »*'d- oi> pytduu * fkf** ^
klitjipakcHi! "k Jtodttfti., lrt>4*l MC
* ty tjv« łtc, ok"jJtt jtbntoi&T,, hipkij*
icHpcuat /r i >/< w U U)Uf i 'pejfat1*'/'
J«„ (tiuli j 4n, iy.i^iUu ftUH sUwkyJr
falfi ^ W? A// ti/ /.-/ tu, Hh fU( t 'Va£>^
^ ly/iJkh**4 f>r, I yC flt't,h~. Jćłuu Hi Vc>tW^V>*A( e ł^U. , . ,'. ' . S y, • ''/?<'■. '—J,! < & ^ >>•■■•' ■' f ilu,
> ~H<<f*1 tl y^/Jłt 'Wj. tU k /***{ !łJ>tQVilc H iłcky IujYHO' * <jrr <y3 łutlf > ■ t+ipta*#! jtrio Jtcfat-o SfaJj, hrrvr, it psJhtfiy A' t.^)Uu<-« ftw/'?«
>-lu/t>a -'n.a i.Jbj*. fr'i Au t > Je Ai/yJrc t^»k'*it i> 't* &tlttnih vt^/ *Ht /iu 4?t# SlotttM cfhH^^(A £f iuttafijkutM ,/i>/ -</>cv<tUi/t&>•"> łunnę "JluA ,>' *i<i fit 'c mają m
H Jj anonimy u. .'<Vy>t klodu jb><iiskut<j*k 1y Hf ■dt IjuDiit ^ ł i/jtj j ihjfiit *c t*u fit i łb pvi ksnifC t/Mn/4 fit+nuft %y4t'
pJcUpKHJl uui fokiu fti,kfai:t ,v A «w W^f *£PAO 2t*\ jwi Wftdutfi. Hyiili. iM r><ui ' ntftfwe ykj&dćtftlę '■ % jtrWa to >)tet M*tixk a o4tcnu n<tolMtkc Mft+it. kbb*cf>*<t*r~ftc>*j flifai.jt. tfrdtol+aki yjr ^*h**Ur2jL'jL H4»t-\fJ Iy ev »yie.v »' *ł«w fity* Ą MjUfo,
Żyd
Był stary. Taki stary jak całe żydostwo na całym świecie. Mieszkał do tego w najstarszej kamienicy w starym mieście. Oj, był bardzo stary ten stary Żyd. Twarz to miał jak jakie jabłko i jeszcze białe włosy. Tylko oczy miał mniej stare. Też wyblakłe i siwe, ale mu się świeciły od czasu do czasu. Szczególnie gdy świeciło słońce. Kiedy go poznałem, siedział na kamiennej ławce przed domem i coś mamrotał.
- Ty jesteś rabin? - zapytałem.
- Nie, młody panie.
- Jak to, nie jesteś rabin?
- Nie jestem, bo nie jestem - powiedział. - Pan nie chciał na pewno starego na rabina.
- Przecież Pan Bóg wybiera zawsze starych na rabinów.
- Zależy jaki Pan i zależy jakich starych. Mnie nie chciał.
- Może zapomniał.
- Może.
- To trzeba mu przypomnieć.
- Trzeba.
- A jak to zrobić?
- Tego to ja już nie wiem - powiedział Rabin.
Wydawało mi się, że się uśmiechnął. Zresztą
trudno było powiedzieć, tyle miał tych różnych pejsów i bród.
- A co to jest? - zapytałem.
- Koza.
- Czy ona jest twoja?
- Moja.
- Na pewno ona jest święta, tak jak ty.
- Tego nie wiem. Zresztą, po co by jej było być świętą.
- Jak to po co? Świętej kozie jest o wiele lepiej niż normalnej, nie-świętej. Na pewno jest święta, bo jest biała.
- Nie wszystko, co białe, jest święte.
Kiedy już odchodziłem, powiedziałem:
- Nie siedź tu i nie martw się. Dla mnie jesteś rabin.
I znów Rabin uśmiechnął się, ale nie wiem, czy na pewno.
Kiedy byłem tam innym razem, Rabin poznał mnie i z daleka powiedział:
- Jaki dzień, młody panie?
- Nie mów do mnie „młody panie", bo jestem jeszcze za mały.
- To nic. Nie martw się, jeszcze urośniesz. Ja też byłem taki mały - mówił Rabin. Przestraszyłem się tego, co powiedział. Zobaczyłem małego Rabina, w tym starym chałacie, z tą jego brodą i pejsami, jak powiewając szmatami i włosami
latał, niby kruk, za piłką z chłopakami. Zrobiło mi się przykro.
- Rabin - zapytałem - ale ty nie zawsze miałeś taką brodę?
- Zawsze - powiedział Rabin.
Ale już mu nie wierzyłem. Teraz to naprawdę się uśmiechnął. Twarz jego zadrgała, a zmarszczki pogłębiły się i powyginały. Teraz wiedziałem, że się śmieje.
- Ty jesteś młody. Ty jeszcze dużo zobaczysz. A ja jestem stary. Oj, bardzo stary. Taki stary, że już się niczego nie boję. Mnie już nic w życiu nie czeka. Tak jest przyjemnie siedzieć i pomyśleć o sobie: Ej, stary. Szedłeś i nie myślałeś o tym, co jest na końcu tej drogi. Nie myślałeś, czy cię na końcu coś czeka. I nagle przyszedłeś na sam koniec i widzisz, że nic na ciebie już nie czeka, niczego tam nie ma, tylko spokój i siedzenie w słońcu. I dobrze jest, powiesz sobie, żeś przez całą drogę nie myślał o tym, co jest na końcu. Dobrze jest. Dobrze się stało - mówił jakby do siebie.
- Czemu?
- Czemu? Tego ja nie wiem. Jak dojdziesz do końca swojej drogi, to się dowiesz, czemu.
- A która jest moja droga?
- Ta. - I Rabin pokazał alejkę, gdzie rosły trzy drzewka.
Od tej pory chodziłem tą alejką tam i z powrotem, ale nic nie mogłem wykombinować. Poszedłem więc do Rabina i zapytałem:
- Co jest? Chodzę tą „moją drogą" i jak nic nie wiedziałem, tak nic nie wiem.
- No tak - powiedział Rabin. - No tak. Bo nie wiesz jeszcze, z której strony zacząć chodzić i jak.
- Wiesz, wszyscy mówią, że będzie wojna.
- Wiem - rzekł.
No i wybuchła wojna. Zrobił się straszny tumult i rwetes. Wszyscy gdzieś uciekali. Pełno było obcych ludzi. Nagle znalazło się wojsko i mogłem z bliska oglądać żołnierzy. Maszerowali na ogół wokoło rynku, a potem zajmowali ratusz, szkołę i kilka domów mieszkalnych. Kilka dni później wojna była już blisko. Było już ją słychać. Strzelanina i ranni. Miasto się wyludniło.
- Wszyscy uciekają, a ty tu siedzisz i siedzisz - mówiłem do Rabina.
- Nie chcę uciekać.
- Ale przecież przyjdą i zabiją wszystkich.
- Nie mam gdzie uciekać.
- Nikt nie ma gdzie. Ale każdy sobie radzi, jak może.
- Jeszcze nie czas uciekać.
- Potem może być za późno.
- Nigdy nie jest za późno. Czy chodzisz swoją drogą? - zapytał Rabin.
- Och, nie mam czasu. Wojna jest, nie mam czasu.
Kiedy wróciliśmy z ucieczki, poszedłem do Rabina. Siedział na swojej ławeczce kamiennej i patrzył.
- Miałeś rację, że nie uciekłeś - powiedziałem.
- Przed swoim losem nie ma gdzie uciekać.
- A myśmy przed swoim uciekali aż do Przemyśla.
- No i jesteście z powrotem.
- Jesteśmy. Bo tam były ukraińskie bandy. Oni też wszystkich zabijają.
- Nie zabili.
- No nie, bo uciekliśmy z powrotem.
- To ciągle uciekacie?
- Ciągle. Mnie to się podoba.
- No, ty jeszcze masz przed czym uciekać. Ty młody jesteś, a ja stary.
I Rabin siedział, i starzał się na kamiennej ławeczce. Właściwie on nie. Po nim nie było poznać, tylko po kozie. Koza była coraz starsza.
Ludzie mówili:
- Patrzcie. Koza się zestarzała, a Rabin ciągle taki sam.
Potem koza znikła. Potem znowu była mała koza. Taka sama biała i tak samo święta. Dzieci z ulicy Rabina zaczęły wyśpiewywać:
Rabin
nabił karabin
cebulą zatkał
i kozę zabił.
- Czy naprawdę zabiłeś kozę? - zapytałem Rabina.
- Nie. Sprzedałem.
- Dlaczego to zrobiłeś?
- Żeby jej nie zabijać. Teraz mam małą kózkę. Taką samą jak tamta.
Była prawie taka sama. Więc wszyscy szybko zapomnieli o kozie. Tyle było kłopotów, że i o Rabinie zapomnieli. O wszystkim się wtedy zapominało. Nie było co jeść. Ludzie się bali wychodzić, żeby coś skombinować. Na ulicy pełno Niemców. Przed moim domem był wielki plac, na tym placu Niemcy urządzali targi konne. Chłopi z całej okolicy spędzali we czwartki konie. Ustawiali się wioskami i chodził tam między tymi zwierzętami jeden taki gruby Niemiaszek z kilkoma żandarmami i wybierał co lepsze konie. Inny Niemiec wsiadał na konia i próbował jeździć, ale nie widziałem, żeby mu dobrze poszło. Bo ojciec powiedział, że Pan Bóg za karę kazał Niemcom jeździć na świni i dlatego jak wsiądą na konia, to wyglądają tak, jakby siedzieli na świni. Z tego samego powodu w niemieckim wojsku było tak mało koni. Jeździli raczej samochodami, czołgami, a w najgorszym wypadku na rowerze. Właśnie po to, aby nie walczyć konno, rozwinęli całą tę technikę wojenną na kółkach!
Więc ten Niemiec próbował jeździć konno i jak mu się koń spodobał, to zabierali chłopu konia. Odstawiali go na bok i szli do innego chłopa. A jeżeli który przyprowadził złego konia, to dostawał kopa i po twarzy. Niemiaszek darł się jak pies:
- Parszywy żydowski koń, Donnerwetter.
Takiego chłopa zapisywali i każdy byle żandarm mógł go kopnąć i opluć. Ale nie wszyscy się dawali. Jeden, to był młody chłop z Janowa, kiedy Niemiaszek kopnął go w brzuch, ani drgnął, tylko wyrżnął Niemiaszka w łeb czymś ciężkim i tamten odwalił kitę. Ten chłop zaczął strzelać i uciekł. Ale za kilka dni złapali go i powiesili na samym rynku. Poszedłem go również oglądnąć. Był bardzo zmieniony. Twarzy zasłoniętej jakąś szmatą nie dojrzałem, zresztą mógł to być ktokolwiek. Na miejsce zabitego Niemiaszka przyszedł inny, taki sam. Więc te konie wybrane po kolei pętano i felczer wycinał im jądra. Było przy tym wiele ryku i kwiku. Konie darły się jak zarzynane świnie, a chłopi klęli jak cholera. Jedni z powodu straty konia, inni - bo ich koń kopnął przy tym miszkowaniu.
Po południu plac był pusty. Przychodziły psy. Wiele psów szarych i łaciatych. Wszystkie uganiały się za tymi końskimi jądrami. Gryzły się, dopóki wszystkiego nie zjadły. Przyniosłem kiedyś do domu takie jedno. Było to bardzo dziwne i niemiłe. Matka już nic nie mówiła, tak bała się o ojca. I tak co czwartek. Czasem nawet psy nie zjadły tych jąder, tak ich było wiele.
I nagle w samo południe, kiedy nikt się nie spodziewał niczego, bo był czwartek i misz-kowanie, właśnie wtedy zaczęto spędzać na ten plac Żydów. To było nawet ciekawe. Szły całe kupy wszelkiego rodzaju Żydów. Oczywiście najpierw biedota, a tej jest wszędzie najwięcej. Patrzyłem, kiedy i jak przyjdzie Rabin. Niemcy bili Żydów, kazali się im czołgać, biegać od jednego gefreitra do drugiego, kopali i darli się .aż do zmroku, a Rabina nie widziałem.
Na pewno uciekł - pomyślałem. - Nareszcie i on się czegoś zląkł i musiał uciekać, mimo że był święty. Każdy święty ma swoje wykręty, jak go spotkam, to na pewno opowie mi jakąś bajkę.
Czekałem na niego. Bardzo chciałem zobaczyć, jak będzie szedł. Jak się będzie trząsł i bał. Tymczasem Niemiaszki pastwili się nad Żydami. Nie byli specjalnie ani zawzięci, ani wściekli. Normalnie kopali w brzuch albo w goleń i wszystko było w porządku. Ludzie płakali ze strachu. Niemiaszków to cieszyło. Cieszyli się jak zwierzęta. Na tym placu był tylko zwierzęcy strach i zwierzęca uciecha. Nic innego. Jak jeden Żyd, doprowadzony do ostateczności, ugryzł gefreitra w rękę, to gefreiter się zdenerwował i wyłamał mu wszystkie zęby z przodu zwykłymi obcęgami. To dopiero był początek. Żydzi ci przyszli dobrowolnie. Widocznie Rabin nie chciał przyjść dobrowolnie, bo go nie było. Ani pierwszego dnia, ani następnego.
Rano plac był pusty. Ani jednego Żyda, ani prześladowcy.
Poszedłem tam, gdzie zawsze siedział Rabin ze swoją kozą. Gdy szedłem, byłem zadowolony, że go nie zastanę. Jednak siedział. Siedział na swoim miejscu i patrzył jak zawsze.
- A jednak nie uciekłeś - powiedziałem zawiedziony.
- Nie. Jeszcze nie pora.
- Więc jednak zamierzasz uciec?
- Nie. Chcę tylko zmienić moje dotychczasowe miejsce.
- No to to samo.
- Nie. Człowiek uciekając nie wie, co robi. Ja zaś celowo zmieniam moje miejsce.
- Zmieniasz je jednak po to, aby cię nie znaleźli.
- Nie. Zmieniam po to, aby widzieć cały upadek mojego narodu.
- Jakiego narodu?
- Mojego, żydowskiego. Myślałem całe życie tak czy owak, ale myślałem, że jestem stąd. Ze jestem jednym z was. Ale teraz tak nie jest, choć nie przestałem tak myśleć.
- Przecież żaden z nas nie nosi pejsów.
- Właśnie - powiedział. - A teraz ginie mój naród.
- Czemu nie weźmiecie karabinów do ręki i nie bronicie się. Przecież lepiej zginąć walcząc, niż dać się zarżnąć jak baran. Wśród was nie ma mężczyzn. Żaden z was nie potrafi zabić Niemca, tak jak ten chłop na placu - mówiłem. - Nawet kozę sprzedałeś, bo bałeś się ją zarżnąć.
- Są wśród nas mężczyźni. Wielu. Lepiej, a w każdym razie łatwiej jest ginąć walcząc, ale my nie mamy o co walczyć, dlatego idziemy na rzeź jak barany.
- Nie mówi się: o co walczyć, tylko z kim walczyć. Przecież ich trzeba zabijać. Im więcej zabijemy Niemców, tym mniej zabiją oni naszych.
- Nie wolno zabijać. Nikogo. Nikogo nie wolno zabijać pod żadnym pozorem - powiedział Rabin.
- Więc kiedy zmienisz dotychczasowe miejsce? - zapytałem.
Rabin nie odpowiedział. Głaskał kozę po głowie i patrzył. On bardzo dokładnie to robił. Systematycznie oglądał przedmiot po przedmiocie. Tak jakby coś podejrzewał. Kiedyś dawniej pytałem go:
- Rabin, dlaczego ty patrzysz tak dokładnie? Przecież wszystko tu znasz na pamięć.
- Przedmioty zawsze są inne - odpowiedział. - Czasem się przesuwają nieznacznie. Czasem kurczą, czasem rosną, chcę wiedzieć o tym wszystkim...
Na parę dni przycichło z Żydami. Niemcy jakby zapomnieli. Ale w następny czwartek, kiedy znów było wielu chłopów z okolicy i innych ludzi, zaczęło się na nowo. Wtedy Rabin zmienił miejsce dotychczasowego pobytu. Wszyscy to zauważyli od razu. Stało się to w południe, kiedy tym razem własowcy powyciągali kilkudziesięciu Żydów z różnych dziur. Przypędzili ich gromadkami i zaczęli swoje męczarnie. Wtedy w pustej uliczce pokazał się Rabin. Szedł biały i czarny jak Pan Bóg w chałacie, podpierał się kijem, a przed nim na sznurku biegła koza. Zdawało mi się, że to jakiś obraz. Ze Rabin zawisł w tej uliczce w słońcu między domami i nigdy nie dojdzie do placu. Nawet nie widać było, jakim sposobem się poruszał. Od tego patrzenia i czekania zaczęło mi dzwonić w uszach. Ni stąd, ni zowąd zadzwonił budzik na kredensie. A Rabin szedł i szedł. Wreszcie na dole usłyszałem rozmowę i dowiedziałem się, że Rabin usiadł na ganku, żeby patrzeć. Teraz to miał na co patrzeć. Teraz wszystko się zmieniało co sekunda. W jednej sekundzie ludzie, którzy żyli i rozmawiali, zmieniali się w martwe szmaty, nikomu do niczego nie przydatne. Własowcy to były świnie. To nie zwierzęta, tak jak Niemcy, to świnie. Oni babrali się w swych świństwach. Potrafili Żyda przywiązać do konia i póty wlec po ziemi, aż rozleciał się w drobne kawałki. Jedną kobietę, co się szarpała, pchnęli bagnetem w pierś. Ten, co to zrobił, śmiał się jeszcze. Bagnet zostawił w ciele konającej. Nikt na to nie zwracał uwagi.
Wtedy po raz pierwszy dowiedziałem się, co to jest gwałt. Głupi wypadek, jakich wiele. Własowcy byli pijani, męczyli tych Żydów nie dlatego, że ich nienawidzili. Oni męczyli ich, bo byli na smyczy. Tak jak psy policyjne, chowane w nienawiści do wszystkiego. Oni też nienawidzili wszystkiego. Nawet siebie. Dlatego tak się stało.
Wysoki Żyd w długim chałacie stał z boku i zasłaniał chałatem kogoś mniejszego. Kiedy te psy podeszły do niego, zrobił ruch jak ksiądz, żeby pobłogosławić wiernych. Ale on nie błogosławił. On przeklinał wszystkich. Najpierw prześladowców, a potem cały świat. Psy stały chwilę zdziwione, a potem rzuciły się na Mojżesza. Zerwali z niego chałat i wtedy okazało się, że on chował pod chałatem kobietę. Znałem ją. To była ta Piękna Sara. I jego wtedy poznałem. Młody sklepikarz. Sprzedawał cukierki. Był słodki jak karmelki, choć wyglądał groźnie jak Hiszpan. Bronił się. Ale niedługo. Przytrzymali go i poszeptali między sobą. Jemu nie robili nic. Za to Piękną Sarę, złapawszy, rozkrzyżowa-li na ziemi. Na każdej kończynie stanął jeden pies w butach. Zdarli z niej suknie, tak że leżała jak Pan Bóg przybity wielkimi bretnalami do ziemi. I wtedy to po raz pierwszy dowiedziałem się, co to jest gwałt.
A matka? Ta wyjąc rzuciła się im do gardeł. Ale to na nic nie było potrzebne. Starą zadeptali po prostu nogami. Wdeptali ją w ziemię, systematycznie, jak znużeni robotnicy udeptujący klepisko. Nie pozostało nic. Ani śladu. Stara przestała istnieć w jakiś taki naturalny sposób. Po prostu wrosła w ziemię, z której się zrodziła, na której żyła. A Rabin to wszystko widział. Widział i dalej mówił:
- Pod żadnym pozorem nie należy nikogo zabijać.
- Nawet w takich chwilach? - zapytałem go.
- Nawet. To nie są ludzie. A mój naród nie ginie, tylko cierpi.
- Ale do zwierząt, które atakują człowieka, też się strzela.
- Zabija się tylko dla jedzenia. Po to, żeby żyć.
- No właśnie. Teraz też trzeba zabijać po to, żeby żyć.
- Mój naród przeżywa upadek - powiedział Rabin.
I siedział dalej na ganku, i patrzył na upadek, upodlenie i nieszczęście swojego narodu. Nie wiem, czy złościł się, czy cierpiał. Nie pytałem go o to. Chciałem wiedzieć tylko, dlaczego dwustu Żydów daje się zarżnąć dwudziestu pijanym Ukraińcom.
- To kara od Boga na nas - powiedział Rabin.
Za co to była kara? Za to, że byli Żydami?
Że tułali się po świecie i nie mogli trafić do swej ziemi obiecanej? Że nosili pejsy? Że lubili macę? Że byli sprytniejsi w wielu wypadkach niż inni? Że ustępowali zawsze z drogi? Że zawsze chcieli mieć ostatnie słowo... To nie była kara za to. Taki jest każdy człowiek dla innego człowieka. Jeżeli była to kara, to w takim razie wymierzali ją sobie sami. To była hipnoza. Wąż też potrafi czasem zahipnotyzować małe zwierzątko, tak że samo lezie mu do paszczy, nie czując potrzeby obrony. Strach jest tak ogromny, że paraliżuje wszystko, co ostrzega.
Rabin patrzył i myślał, a potem znikł. Została tylko jego koza. Ale koza też znikła po paru dniach. I zapomniano by szybko o Rabinie, gdyby nie to, że po paru miesiącach na drodze z Janowa do Sulim znaleziono gestapowca. Wisiał tam na gałęzi tak, jakby się powiesił. Każdy by pomyślał w ten sposób, ale gestapowiec miał do buta przyczepioną kartkę. Na kartce było napisane: Twój Rabin. Wszyscy uważali to za dobry kawał. Lecz ja podejrzewałem, że to był naprawdę Rabin. Nikt przecież nie wiedział, że on to był Rabin. Przez parę miesięcy znajdowano w okolicach wiszących gestapowców z tymi samymi kartkami: Twój Rabin. Niemcy wyłazili ze skóry, żeby złapać sprawcę. Nikogo jednak nie złapali. Nikogo nawet nie podejrzewali.
Było to znowu w czwartek. Teraz już nie miszkowali koni, ale odbywał się targ. Ludzie przyjeżdżali z przyzwyczajenia sprzedawać i kupować. Ten dzień był od rana zły. Przed obiadem komendant żandarmerii pojechał łapać tych, co pędzą bimber. Odkryli jakąś melinę i wpadli tam nagle. Chata była jednak pusta. Wszystkie urządzenia do pędzenia stały na ogniu w kuchni. Niemiaszki zaczęli próbować bimbru, podczas gdy wybuchła kadź z gotującym się zaczynem. Komendantowi zlazła skóra z połowy głowy. Jeden żandarm kitnął na miejscu, inni byli też poparzeni. Komendant tak był wściekły, że jeszcze dobrze nie zabandażowany zastrzelił na targu chłopa, co śmierdział bimbrem. Targ się wyludnił bardzo szybko, ale za to Niemcy latali jak oszalali i wyłapywali wszystkich pijanych i śmierdzących bimbrem. Nałapali chyba ze dwudziestu i powieźli na stację. Pod wieczór w stronie, gdzie stał posterunek, rozległy się strzały, a potem ukazała łuna. To płonął posterunek. Później okazało się, że wszyscy (a więc trzydziestu) żandarmi razem z komisarzem zostali tam żywcem usmażeni. A na drzewie i na żelaznym płocie naokoło posterunku wisiały kartki: Twój Rabin... Twój Rabin... Twój Rabin...
Teraz wiedziałem na pewno, że to on. Niemcy dostali bzika. Wyznaczyli nagrody za Rabina. Gonili całymi kompaniami po lasach. Przeszukiwali zapadłe dziury. Strzelali do wszystkich podejrzanych osób, ale za każde morderstwo Rabin płacił podwójnie, potrójnie.
Rabin rozbił konwój i uwolnił trzystu Żydów od śmierci. Zresztą większość z nich i tak wyginęła.
Rabin powiesił kolejno kilkunastu oficerów SS.
Rabin wykoleił trzy pociągi, wybił do nogi ochronę i wywiózł na chłopskich furmankach masę broni i amunicji. Resztę wysadził.
Rabin w otwartej walce zaatakował niemiecką kolumnę marszową i wysadził w powietrze część szosy, na której znajdowały się stłoczone działa pancerne i czołgi.
Rabin codziennie wieszał, codziennie strzelał z ukrycia, codziennie palił, wysadzał, codziennie mścił się.
Nikt go nie widział. Nikt nie wiedział, kto to jest Rabin.
Niemcy tymczasem ściągnęli kilkuset żołnierzy, działa, czołgi i lekkie lotnictwo. Gdzieś na południe od miasta, w Borach, Rabin prowadził z nimi regularną walkę. Do naszego miasta przyjeżdżały coraz to nowe kompanie i odjeżdżały transporty rannych. Wreszcie Rabin zdobył most na Rzece. Wyparł Niemców na drugi brzeg. Most wysadził i oderwawszy się od ścigających zginął w puszczy.
Po tych wydarzeniach nastąpił okres spokoju. Gdzieś tam dalej Rabin robił swoje. A u nas był znowu czwartek. Już od dawna nikt nie widział Żyda. A tutaj we czwartek, w samo południe, szedł ogromny Żyd podpierając się jakimś kijem, a przed nim na sznurku biegła koza. Biała, święta koza. Żyd szedł powoli, z wielkim wysiłkiem. Szedł bardzo długo. Już przestałem wierzyć, że dojdzie do placu. Było cicho jak w kościele. Nawet żandarmi zastygli. A Zyd przyszedł do samego placu. Na sam środek. Na środku stanął. To był mój Rabin. Nikt nie wiedział, co zrobić z nim. Wreszcie żandarmi ruszyli się, ale nie dotykali go. Patrzyli jak na zjawę.
- Kto to jest? - zapytał jeden.
- Nie wiadomo - odparł drugi.
- Czego on chce? - zapytał ktoś.
- To wariat - odparł inny.
A ja wybiegłem na plac i rzuciłem się Rabinowi do nóg...
- Rabin! - zawołałem. - Mój Rabin... - I wtedy wyciągnęło się do niego mnóstwo rąk.
Gdy szedł z nimi, jeszcze oglądał się, jakby mi chciał coś powiedzieć.
Oskarżony
i
Wilhelm Rusin. To właśnie on, a nie kto inny, jak przyszło co do czego, to właśnie on został oskarżony przez wszystkich bez pytania. Wilhelm Rusin, człowiek małego wzrostu, na którego nawet dzieci wołały Wiluś-kapiluś, bo nosił pilśniowy kapelusz, co miał kolor podobny do zielonego, Wiluś, o którym wszyscy wiedzieli, że jest krawcem, co szyje za pół ceny, który jeździł na starej damce, zawsze zostawiając ją przed gospodą opartą o schody, i która to damka ani razu mu nie zginęła, choć siedział w gospodzie całymi godzinami, kiedy nie szył, nie zginęła, bo wszyscy wiedzieli, że to jedyna dama w jego życiu, zresztą nic niewarta. Ten Wiluś, z którego nikt nic sobie nie robił, bo miał to być człek poczciwy i do rany przyłóż. Tenże wreszcie Wiluś, co gdy kiedyś przejechał rowerem kurczę, to babie zostawił forsę na ganku, bo baby nie było w domu, ten właśnie Wiluś został nagle, bez wyraźnego związku z resztą spraw, oskarżony. Oskarżony nie przez władze albo jakieś urzędy czy też poszczególną osobę,
nie. On został oskarżony przez wszystkich, przez wszystkich, co go znali i dobrze mu życzyli. To było niezwykłe i straszne. Wszyscy się zdziwili i przerazili, a najwięcej właśnie ci, co oskarżali Wilusia. Nawet im się wierzyć ani w głowie pomieścić nie chciało, że to właśnie Wiluś jest oskarżony. Powychodzili przed domy albo stali w oknach tego popołudnia, żeby widzieć, jak będzie jechał na tej swojej starej damce, trochę garbaty, i przez to jakiś obcy, a może obcy przez oskarżenie, a może obcy w ogóle. Bo tak prawdę powiedzieć - to Wiluś nie był stąd, o nie. Chociaż się tu zadomowił i dobrze mu się działo, to jednak było w nim coś, czego nie miał żaden tutejszy, i gadał inaczej, jakoś tak weselej i bardziej ciepło. Mówił, że nauczył się tego od żony, ale nikt nie wierzył, żeby Wiluś miał kiedyś żonę, chyba że bardzo dawno, a to się tu nie liczy. A przyjechał tu prosto z wojny, razem z Kanią.
Poznali się na froncie. Kania od kilku godzin siedział w jakiejś dziurze i ze strachu szczękał zębami. I im dłużej siedział, tym bardziej szczękał. Tymczasem Wiluś, który nie znał jeszcze wtedy Kani i nie był garbaty, i nie miał krótszej nogi, i był w ogóle z innej kompanii, pogubił w zamieszaniu kolegów i broń. Teraz lazł bez niczego przed siebie, niczym się nie przejmując. Było cicho i spokojnie. Wiluś szedł i może myślał, że znajdzie kogoś, a może myślał, że nie znajdzie nikogo, ale znajdzie plecak swój i karabin, a może nie myślał o tych rzeczach, tylko o jakimś żarciu. Tymczasem zaczął się robić dzień i Wiluś pomyślał sobie, że pewnie byłoby dobrze się zdrzemnąć, skoro całą noc się wojowało. A tak się złożyło, że było to akurat koło tej jamy, w której siedział Kania. Wiluś rozejrzał się i dostrzegł tę dziurę, no i zaczął pakować się prosto na Kanię. Ale nagle słyszy szczękanie. Szczękanie w pustym polu może przerazić nie tylko Wilusia, więc odskoczył od tej jamy i przeżegnawszy się zaklął:
- Ki diabeł? Upiór czy co, psia jego mać. Nie był to ani ki diabeł, ani upiór, tylko Kania, ale Wiluś o tym nie wiedział, więc oblazł dziurę dookoła i właśnie wtedy zobaczył Kanię, jak siedział i bał się.
- Hande hoch! - wrzasnął Wiluś, a Kania na to zesrał się w portki.
Tak to na włoskiej ziemi, z dala od ojczyzny poznało się dwóch Polaków będących na służbie w niemieckiej armii.
- Ot, komedia - mówił o tym Wiluś, kiedy już wrócili z tej wojaczki, na której zeszło im równe cztery lata.
A wtedy przespali się i poszli szukać swojej jednostki. Ale jak to bywa, nie znaleźli tej jednostki, tylko zupełnie inną. Zaraz ich oporządzili, nakarmili, wsadzili na ciężarówkę i na front. Na tej ciężarówce Wiluś polubił Kanię, mimo że Kania to był chłop głupi i wielki, a Wiluś mały i sprytny. Nie wiadomo, dlaczego go polubił. Może dlatego, że Kania wszystko robił, co mu Wiluś kazał. Na postojach szedł po wodę, nosił za Wilusiem wszystkie bety, nawet karabin. Dawał nabierać się na wszystkie kawały i nie gniewał się potem. Za to wszystko Wiluś pozwalał Kani godzinami opowiadać
0 żonie i o dziecku, i o starych, których zostawił w Polsce.
- Popatrz - mówił Kania. - Mam swój dom, koło niego kilkanaście drzewek owocowych, przeważnie śliwki, za sadem ciągnie się kawał pola. Nie jest tego dużo, ale wystarczy. Wystarczy dla nas wszystkich, nawet gdyby jeszcze były dwa dzieciaki, też by wystarczyło, no i popatrz, to wszystko tam jest, a ja muszę pętać się po tym gorącym, zasranym kraju. Po co mi to, na co. Tam ziemia leży nie ruszana przez nikogo i czeka na mnie. Bracie, ziemia się wyjaławia, jak jej nikt nie rusza. Tak jak kobieta ziemia potrzebuje, żebyś o nią dbał, chodził koło niej, myślał o niej, kochał ją. Ona to czuje i odwdzięcza ci się, czym tam ma. Ziemia bez chłopa to jak rzucona kochanka, martwi się i chudnie.
Milczał długą chwilę, a potem czyścił fajkę, nabijał ją wielkimi łapami starannie, zapalał
1 zastanawiał się:
- Co też tam oni robią. Chciałbym to wiedzieć.
Jeżeli była to pora wieczorowa Kania mawiał:
- Stary na pewno idzie teraz przez sad, ażeby obejść dookoła pole, przyjrzeć mu się przed snem i spokojnie zasnąć.
- Stary już pewno dawno śpi - przeczył Wiluś.
- Jak to śpi? - dziwił się Kania.
- No bo u nas wieczór jest wcześniej o jakieś półtorej godziny.
- Aha - przypomniał sobie Kania. - Tak, stary na pewno przewraca się na drugi bok.
- A ty się nie martwisz tym, że żona tam siedzi bez chłopa, sama? - pytał Wiluś.
- E, co bym się miał martwić. Przecież jej nie ubędzie.
- Ubyć nie ubędzie, ale jaki Niemiaszek może jej brzucho zrobić.
- Tfu, na psa urok - zaklął Kania. - Jak tak będzie, to zabiję.
- Kogo?
- Wszystkich. Dom podpalę razem ze wszystkimi. - Po czym Kania, wściekły, zaszywał się w jakiś kąt i pisał list do domu.
- Pisz, bracie, może za pół roku dojdzie - mówił Wiluś.
- A ty nie piszesz? - pytał Kania.
- Nie. Nie mam do kogo. Zresztą nie lubię pisania. To nie dla mnie.
- To przynajmniej prześlij pozdrowienia dla moich starych.
Wiluś brał ogryzek ołówka i podpisywał się pod pozdrowieniami dla starych.
- Coraz dalej jesteśmy od domu - rzekł kiedyś Kania.
- Italia to długi kraj. Któregoś dnia spostrzeżemy może, że jesteśmy już w takim miejscu, że mamy bliżej do domu niż dalej.
- Jak to, jak to?...
- Ziemia jest okrągła - powiedział Wiluś, a Kania zamilkł, choć nie wierzył. A potem nagle wszystko zaczęło się dziać błyskawicznie. Wprost z ciężarówki przeszli pieszo kilkanaście kilometrów. Z baraku wyskoczył jakiś podofice-rek i wrzeszcząc, i klnąc, wydał im porcje żelazne, zabrał dokumenty i dalej wrzeszcząc, razem z jakimiś szmondakami uformował w jaki taki oddział, na którego czele postawił byle gefreit-ra. To była ta siła, która miała przywrócić panowanie nad światem Trzeciej Rzeszy.
- Lubię front - powiedział wtedy Wiluś.
- Bój się Boga - odpowiedział Kania.
I niedługo znaleźli się jako rezerwa na drugiej linii frontu. Razem z jakimś starym szkopem zajęli ledwo wykopane stanowisko i czekali świtu. Kania bał się jak zawsze, Wiluś spał, a szkop był szkopem. Otumaniony do tego stopnia, iż nie był w stanie bać się, i przerażony do tego stopnia, iż nie był w stanie spać.
Na froncie niebo jest zawsze tragiczne. Ma odcień krwi i karnację spalonej skóry, a może po prostu tylko tak się wydaje każdemu, kto siedzi w okopie i patrzy, z której tu strony go łupną i czym. Tej nocy niebo było jeszcze bardziej tragiczne niż zazwyczaj i kiedy Kania szedł na stronę, zaznaczał się na jego tle jak jaki olbrzym w niemieckim mundurze. Nagle gdzieś blisko wybuchnął pocisk.
- Zaczyna się - powiedział Wiluś do szkopa.
- Was? - zapytał Niemiec.
- Mówię, że się zaczyna artyleryjskie przygotowanie ataku.
- Ne rosumim - rzekł Niemiec i wlazł do dziury głęboko jak dżdżownica.
- Nie rozumiesz. Zaraz nie będziesz musiał rozumieć.
Kiedy wrócił Kania, Wiluś wyciągnął rękę:
- Ciągnij. Gramy w marynarza.
- Ja nie gram. Ja zawsze przegrywam. Pozwól mi nie grać - wykręcał się Kania.
- Tym razem musisz grać. Chcę, żeby Bóg wybrał sobie tego, który załatwi szkopa.
- Po co załatwiać szkopa? Po co go załatwiać? Czy to jest konieczne i co mam przez to rozumieć? - zapytał Kania.
- Nic nie masz rozumieć. Ciągnij!
- Już wyciągnąłem i czuję, że przegrałem. Mam urwaną zapałkę - powiedział Kania.
- Przegrałeś. Teraz martw się, jak załatwić szkopa.
- Myślisz, że musimy go załatwiać? Mnie się wydaje, że niech sobie lepiej żyje. Dlaczego mamy go załatwiać? - mówił Kania, ale zaczął się zastanawiać, jak załatwić tego tłustego wieprza.
