Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Miłość, która została zniszczona przez kłamstwa, zdradę i zemstę… wraca silniejsza niż kiedykolwiek.
Poruszająca historia Leny i Oskara — dwojga ludzi, których życie rozdzieliły tragedie, manipulacje i niewybaczalne błędy.
Lena po traumie próbuje odbudować siebie, wychowując syna i walcząc o własne marzenia. Oskar, bogaty przedsiębiorca, zrozumiał, że pieniądze nie znaczą nic bez rodziny i miłości. Choć kiedyś zawiódł kobietę swojego życia, teraz zrobi wszystko, aby ją odzyskać.
Między nimi wciąż tli się uczucie, którego nie potrafił zniszczyć nawet czas.
To opowieść o drugiej szansie, przebaczeniu i sile prawdziwej bliskości.
W tle rodzinne tajemnice, mroczne interesy, zemsta i dramatyczne odkrycia sprzed lat.
Każdy bohater nosi własne blizny, ale właśnie one czynią ich tak prawdziwymi.
Lena to kobieta silna, choć wielokrotnie złamana przez życie.
Oskar to mężczyzna, który dopiero po latach nauczył się kochać dojrzale i odpowiedzialnie.
To historia o tym, że nawet po największej burzy można jeszcze odnaleźć szczęście.
Bo czasem wystarczy jedna osoba, by z okruchów nadziei zbudować nowe jutro.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 199
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wydawnictwo Rysa
Kto ma szczęście w biznesie, nie ma go w miłości. Ooo tak! To powiedzenie idealnie do mnie pasowało. W pracy idealnie, wszystko na swoim miejscu. Firma chodziła jak szwajcarski zegarek, ale po pracy? Jakieś uczucia? Rodzina?
Dom? Wielki marazm. Zastoina.
Nic, absolutnie nic mi nie wychodziło. A teraz dopadło mnie całkowite zniechęcenie, bo oprócz zarabiania pieniędzy nic mi się nie udawało.
Dziewczyny? Sporo przewinęło się przez moje łóżko i nie tylko, zwłaszcza w czasach studenckich. Potem ochłonąłem.
Miałem półroczny epizod ze śliczną Klaudią. Obiecywała miłość po grób i stadko dzieci. Pod warunkiem! Tak, tak, pod warunkiem że ustawię jej całą rodzinę. Rodziców, dwie siostry z mężami i brata. Domy, samochody, jakaś dobrze prosperująca firma. Stać mnie było, ale nie lubiłem być szantażowany.
Potem poznałem Lenę i ona była spełnieniem marzeń.
A marzenia to ja miałem piękne. Zawsze marzyłem o szczęśliwej rodzinie, najlepiej takiej klasycznej — dwa plus dwa. Kochająca żona, cudowne dzieciaki. Dom, porządny, solidny, na sporej działce. Miałem kasę, więc można było wybrać coś dużego, a nawet wersję z basenem. Niestety po drodze gdzieś to wszystko się rozwiało. Już rok minął, odkąd moja narzeczona… ech.
Wreszcie zrobiło się ciepło. Siedziałem na tarasie swojego wypasionego apartamentu w sobotnie popołudnie z piwem w ręku. Nie kupiłem wielkiego domu z basenem, kupiłem apartament i w nim egzystowałem. Miał spory taras z widokiem na rzekę i poldery. To właśnie zdecydowało o zakupie, ciągle byłem niepoprawnym romantykiem. Obserwowałem ptaki latające nad drzewami w parku na przemian z bezmyślnym przeglądaniem Facebooka w telefonie. Wiem, to może się wydawać trochę dziwne jak na wolnego trzydziestolatka, ale tak już miałem od dłuższego czasu. Do klubu też nie chciało mi się iść, wolałem ciszę i spokój.
Gdy na progu mojego tarasu pojawił się Kacper, mój druh, mój wierny przyjaciel, wiedziałem, że owa cisza i spokój właśnie się skończyły. Prawie jak brat albo i bez tego „prawie”.
Wyciągnął sobie piwo z lodówki i usiadł koło mnie.
– A ty co? W tym wieku? W fotelu? Na tarasie? W sobotni wieczór? Starzejesz się czy co?
– Mam, głupku, tyle lat co ty. Nie chce mi się. Idź sam. – Wiedziałem, że będzie chciał mnie wyciągnąć do klubu.
Wolałem uprzedzić drania.
– O nie, mój drogi, dosyć tego mazgajstwa. Kurwa, spójrz na siebie. Kasy masz jak lodu, gęba w miarę przystojna. Masz kwadrans i idziemy do klubu. Czas zacząć żyć. Oskar, minął już ponad rok od tamtego dnia. Czas ruszyć do przodu.
Może i miał rację. Miałem wszystko, no prawie. Miałem ekstra wygląd — wysoki, postawny, bez kaloryfera, ale też bez brzucha. Nosiłem się prosto, z głową wysoko uniesioną. Twarz przystojna, ciemny blondyn, taki bardzo ciemny blondyn, dobrze obcięty i dobrze pachnący. Miałem prezencję i kasę. Na swoją pozycję na rynku zapracowałem, i to bez mordowania ludzi, zastraszania i wszelkich mafijnych zagrywek. Miałem to coś, co się nazywa szczęściem w interesach. Intuicja zawsze dobrze mi podpowiadała, co mam ruszyć, w co inwestować, a czego nawet kijem nie tykać. Ale w tym wszystkim zabrakło mi miłości. Była ona, ale teraz została pustka. I co w tym przypadku z moją intuicją?
Wiedziałem, że skubaniec nie odpuści. Z wielką niechęcią ruszyłem tyłek i poszedłem wziąć prysznic. Ostatnio wycofałem się z życia towarzyskiego. Cokolwiek robiłem, wszystko się pieprzyło, tylko kasa zawsze mi się zgadzała.
Miałem wrogów i to wielu. Jak się ma pieniądze, to ma się wrogów. Ale to była raczej zazdrość o luksusy, na które było mnie stać. Nie było wśród nich mafiosów czy gangsterów, chociaż paru znałem i utrzymywałem z nimi dobre stosunki. A z jednym prawie się przyjaźniłem. A jednak w tym całym szaleństwie do tej pory miałem ją — Lenę. Cudowną, normalną dziewczynę z marzeniami, ciepłą i wesołą. Chodziliśmy ze sobą rok. Narzeczeństwo było gorące i namiętne, trwało cztery miesiące i zaraz zaczęły się przygotowania do ślubu. Choć sama uroczystość weselna miała być w wąskim gronie rodzinnym, czyli około trzydziestu osób, mimo to Lena chciała, aby ten dzień był naprawdę dopięty i miał piękną oprawę. Prawie wszystko sama załatwiła. Czasami zastanawiałem się, kto kierował losem, że postawił mi ją na drodze. Byłem z niej bardzo dumny i nieziemsko zakochany.
W dniu naszego ślubu znikła. Rano, zaraz po obudzeniu, zadzwoniłem do niej, żeby powiedzieć ukochanej kobiecie dzień dobry, ale nie odebrała. Nie pojawiła się na makijażu i czesaniu.
Potem stałem jak idiota przed Urzędem Stanu Cywilnego, licząc na cud, ale cudu nie było. Nie pojawiła się. Telefon milczał. Jej ojciec też nic nie wiedział i zaczynał się denerwować. Lena po prostu znikła. Nikt nie wiedział, gdzie jest.
Prosto z USC pojechaliśmy z jej ojcem na policję.
Zgłosiliśmy zaginięcie, ale to niewiele dało. Widziałem, że rodzina między sobą szepcze. Nie obchodziło mnie to, ale moje serce było rozbite. Sam nie wiedziałem, co mam o tym myśleć.
Z jednej strony myślałem, że może coś jej się stało, a z drugiej… może faktycznie zrezygnowała ze mnie?
Chodziłem jak struty. Coś się musiało stać, przecież w ostatniej chwili nie odwołałaby ślubu. Nawet jej ojciec nie wiedział, co się dzieje. Nie tak sobie wyobrażałem najpiękniejszy dzień życia, początek nowej drogi, którą będę kroczył z ukochaną u boku. Nie mieściło mi się to w głowie.
Cały czas analizowałem nasze ostatnie spotkanie, to, co mówiliśmy, nasze gesty. Nic, absolutnie nic nie zapowiadało tego koszmaru. Szukaliśmy jej wszędzie — u znajomych, w szpitalach. Cisza.
Przez ten tydzień prawie wpadłem w depresję. Nie chciało mi się wierzyć, że uciekła ode mnie. Za bardzo się kochaliśmy.
Po tygodniu na moim biurku wylądowała koperta.
Przynieśli ją z recepcji na dole. Podobno pojawiła się u nich na ladzie i nikt nie wiedział, kto ją podrzucił. Zwykła, brązowa, zaklejona, a na niej tylko moje imię i nazwisko. Nie wiedziałem skąd przyszła i kto był nadawcą. Moja asystentka też tego nie wiedziała.
Jednak po jej otwarciu mój świat legł w gruzach. Ze środka wysypały się zdjęcia. Ich treść była wręcz obrzydliwa.
Przedstawiały moją narzeczoną uprawiającą seks z dwoma mężczyznami. Osobno z każdym, a potem z dwoma naraz. To było po prostu niesmaczne i odrażające. Zrobiło mi się wtedy niedobrze. Jak przeżyłem ten dzień, tego nie pamiętam.
Odwołałem wszystko i siedziałem zamknięty w gabinecie. Nie chciałem widzieć nikogo poza Kacprem. Tylko jego potrzebowałem. Nigdy nie spodziewałbym się tego po mojej przyszłej żonie. Przecież mnie kochała, była szczęśliwa, sama szykowała ten ślub. Czemu to zrobiła? Miałem czarną dziurę w sercu i w głowie.
W końcu przyjechał Kacper, przyjaciel ze studiów, powiernik moich myśli i problemów.
– Co tamsię, Oskar, zadziało? Wyglądasz koszmarnie.
– Zobacz. – Bez zbędnych komentarzy pokazałem mu zdjęcia.
Wziął je do ręki i uśmiech zszedł mu z twarzy. Przez chwilę analizował to, co widział, zanim mi je oddał.
– O kurwa, grubo.
– To chyba trochę za lekko powiedziane. – Ja byłem ciągle w stanie totalnego wstrząsu.
Zebrałem je z powrotem do koperty i schowałem ją do sejfu, a razem z nimi moje potrzaskane serce. To było za dużo nawet jak dla mnie. Czy można ogarnąć swoje emocje, kiedy widzi się ukochaną kobietę, z którą chciało się zestarzeć, w ramionach innych? Co ona sobie myślała, zdradzając mnie? Czy nasz związek, nasza miłość nic dla niej nie znaczyły?
Głupiałem, próbując znaleźć odpowiedź na te i inne pytania.
Potem walnąłem pięścią w biurko.
– Zaprzestaję poszukiwań. Ona dla mnie w tym momencie umarła. Teraz będę tylko brał. Żadnej kobiecie już nic z siebie nie dam, no chyba że seks. Napijmy się, bracie.
Jutro będzie najważniejszy i najpiękniejszy dzień mojego życia. Ślub z moim ukochanym. Czasami zastanawiałam się, jak to się stało, że nasze losy się połączyły. Gdzie było zapisane, że poznam tak wspaniałego człowieka, a on również się we mnie zakocha. Oskar był dla mnie wszystkim.
Wczesnym rankiem, w tym doniosłym dniu, obudził mnie jakiś łomot w przedpokoju. Do mojego mieszkania chyba ktoś się włamywał albo walił w drzwi jak szalony. Dopiero się budziłam, więc moje reakcje były spowolnione. Nie zdążyłam jednak czegokolwiek zrobić. Leżałam jeszcze w sypialni, w połowie nierozbudzona, zamotana w cieplutkiej pościeli, gdy do pokoju wpadło dwóch wielkich facetów z maskami na twarzach.
Rzucili się na mnie i szybko obezwładnili. Zdążyłam tylko spojrzeć w stronę telefonu leżącego na szafce nocnej, kiedy jeden z nich mnie dopadł i jednym uderzeniem w twarz posłał na drugą stronę łóżka. Odbiłam się od ściany. Poczułam straszny ból, ale nie miałam nawet sekundy, aby zareagować.
Przyłożył mi do twarzy jakąś śmierdzącą szmatę i zaczęłam odpływać. Ostatnią trzeźwą myślą było to, że dzisiaj miałam wziąć ślub z Oskarem i będzie się martwił. Potem była już tylko nicość.
Kiedy się ocknęłam, leżałam na łóżku, ale to nie był mój pokój. Szarpnęłam ciałem, ale niestety byłam związana. Ręce związano mi z tyłu, a na sobie ciągle miałam swoją kusą koszulkę do spania. Jakaś totalna masakra. Próbowałam zrozumieć, o co w tym wszystkim chodziło. Milion myśli przebiegało mi przez głowę i nic. Źle się czułam, leżąc tak, jakbym była obnażona. Kto i po co mnie porwał? Przecież nikomu nic nie zrobiłam.
Mój ślub! O matko jedyna, to miał być mój ślub. Dzień jak z bajki, o którym marzy każda dziewczyna. Oskar, mój narzeczony, cudowny człowiek. Tak bardzo go kochałam, że aż mnie czasami zatykało. Co on teraz zrobi? Było w nim tyle dobroci, ale potrafił być też bardzo zaborczy, zwłaszcza jeśli chodziło o naszą miłość. Uwielbiałam jego władczy ton, gdy w swojej firmie rozdzielał zadania albo rozmawiał z jakimiś bardzo ważnymi osobami. Siedziałam wtedy cichutko na sofie w jego gabinecie i podziwiałam go, naprawdę. Był wtedy taki seksowny, że chciało się go schrupać. Potrafił każdego ustawić do pionu, ale dla mnie był najłagodniejszym człowiekiem. On na pewno będzie mnie szukał.
Usłyszałam przekręcany klucz w drzwiach. Wróciłam do rzeczywistości. Strach opanował moje serce. Z odmętów myślowych wróciłam do koszmarnej rzeczywistości. Co się dzieje i gdzie ja jestem? Dlaczego ja? Ciągle mnożyły się te pytania.
– O, nasza panna młoda się obudziła. – Chudy mężczyzna w masce wszedł do pokoju i usiadł na brzegu łóżka.
– Co ja tu robię? – Na szczęście nie byłam zakneblowana.
– Spędzisz z nami trochę czasu, poznamy się bliżej.
Będzie ciekawie i to bardzo.
– Puśćcie mnie, to dla mnie dzisiaj ważny dzień.
– Chyba wczoraj, maleńka. Niestety twój kochaś stał jak idiota pod tym urzędem, a panna młoda nie dojechała. – Jego głos aż ociekał jadem. Ciągle starałam się nie przyjmować do wiadomości, że w najważniejszy dla mnie dzień zostałam porwana.
– Potem, maleńka, zabawimy się na całego, ale najpierw mała dawka znieczulenia. – W ręku trzymał strzykawkę.
Mimo że krzyczałam, wiłam się i wyrywałam, wbił mi igłę w ramię. Po jakimś czasie poczułam rozluźnienie i totalną obojętność. Było ciepło i przyjemnie. Mężczyzna pogłaskał mnie po twarzy, a potem przejechał dłonią po piersiach, brzuchu i skończył między moimi udami. Było mi wszystko jedno, a nawet dobrze.
– Grzeczna dziewczynka. – Poklepał mnie po nagim biodrze i wyszedł.
Zostałam sama w swoim krzywym świecie, otumaniona jakimiś prochami. Oprócz niego nikt nie przychodził. Nie wiedziałam, o co w tym całym porwaniu chodzi. Ten zamaskowany co jakiś czas wchodził, robił mi zastrzyk, zostawiał kanapkę, butelkę wody, dotykał mojego ciała i wychodził.
Co prawda w oknie była zaciągnięta metalowa, zewnętrzna roleta, ale przez szpary trochę było widać światło.
Mój organizm, nastawiony na ciągły kontakt z narkotykiem, przestał reagować normalnie. Nie kontaktowałam już, czy to dzień, czy noc, czy minął jeden dzień, czy miesiąc.
Nawet nie wiem ile, bo co chwila odpływałam.
Oczywiście miałam momenty, gdy na chwilę dochodziłam do siebie. Rozglądałam się wtedy po pokoju niepewnie, a bóle mięśniowe były tak wielkie, że nie można było logicznie myśleć. Jak tylko zastrzyk przestawał działać, robili następny.
W tych chwilach świadomości i bólu rozchodzącego się po całym ciele stwierdziłam, że na pewno już jestem narkomanką, bo organizm dopominał się następnej dawki. Czasami po cichu płakałam, że Oskar mnie jeszcze nie znalazł, że wszystko mnie boli, że nie wiem, dlaczego mi to robili. Ten od zastrzyków mówił, że to przez Oskara, ale ja im nie wierzyłam.
Po jakimś czasie wszystko robiłam na hasło. Słyszałam głos, który mówił: „zjedz kanapkę”, „wypij”, „idź do łazienki”,
„wstań”, „połóż się”. Coś mi mówiło, że muszę to zrobić, i robiłam. W tych rzadkich chwilach, kiedy nie byłam otępiała, zauważyłam, że pod sufitem jest kamera.
Ile dni byłam już w tym zamknięciu, nie wiedziałam. Zbyt rzadko byłam na tyle trzeźwa, aby coś kontaktować. Któregoś dnia weszło ich dwóch, czyli coś się zmieniło. Jeden z nich podniósł mnie z łóżka i kazał stać, więc stałam, ale niezbyt pewnie. Kazali iść do łazienki i pozwolili wziąć prysznic.
Mogłam wreszcie się wykąpać, ale jeden z nich stał i obserwował. W gruncie rzeczy było mi to obojętne.
Kiedy wróciłam do pokoju, przy drzwiach stał trzeci mężczyzna w masce.
– Czy możemy już się zabawić, Maszer?
Zaprzeczył ruchem głowy.
– No widzisz, maleńka, jeszcze nie dzisiaj. Ale pamiętaj, to wszystko przez twojego Oskarka. Nie chce płacić, to stracił swoją pannę młodą. A teraz damy sobie w żyłę. Kochanie, daj łapkę.
Orzeźwiona wodą zdążyłam tylko jęknąć.
– Nie, proszę, nie chcę zastrzyku, bo ja… Nie róbcie nic Oskarowi, proszę. Będę grzeczna.
Na próżno. Potem znowu zaczynałam się gubić w jakiejś malignie. Kiedy narkotyki zaczynały słabnąć, znowu przychodzili. Wchodziło ich dwóch i później ten trzeci, Maszer.
Stał przy drzwiach i obserwował mnie. Byłam ciągle w jakimś półśnie. Zdawałam sobie sprawę, że faszerują mnie narkotykami — w końcu miałam wykształcenie farmaceutyczne — ale już nie potrafiłam myśleć logicznie. Zresztą, co ja mogłam zrobić?
Leżąca w samej bieliźnie, związana i naćpana.
Tego dnia znowu pozwolili mi skorzystać z łazienki i prysznica. Jednak po powrocie do pokoju jeden z nich zaczął się rozbierać. Ten trzeci, jak zawsze, stał przy drzwiach z założonymi rękami i milcząco obserwował. Kiedy cofnęłam się do łazienki, siłą mnie wywlekli i rzucili na łóżko. Po chwili leżałam już naga.
Najpierw jeden mnie zgwałcił. Próbowałam walczyć, szarpałam się, nawet go ugryzłam, ale to nic nie dało, był silniejszy ode mnie. W końcu wkurzył się i uderzył mnie otwartą dłonią w twarz tak mocno, że na chwilę mnie zamroczyło. To mu wystarczyło, aby wtargnąć we mnie swoim członkiem. Potem drugi do niego dołączył i sapiąc mi wstrętnie do ucha, też mnie zgwałcił. Czułam się, jakbym była rozrywana, a jednocześnie obojętna. Sama świadomość, że zabierają coś mojego bez pytania, bez oglądania się na mnie, jakbym była bułką na regale… Czułam obrzydzenie do nich i do siebie. Ich śmiech i te wstrętne ręce dotykające mojego ciała nigdy już nie odejdą, zostaną w mojej pamięci. Ból i poniżenie, poczucie beznadziejności. Mówili: „uśmiechaj się”, więc się uśmiechałam, chociaż przez łzy. Wszystko pomieszane z narkotyczną radością i błogością, gdy zrobili mi kolejny zastrzyk i odleciałam. Nic więcej nie pamiętałam.
Kiedy się ocknęłam, byłam tak obolała, że czułam każdy mięsień swojego ciała. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie byłam już związana, ale ubrań w pokoju nie znalazłam. Powoli, ruszając się, wstałam, ale miałam kłopoty z dotarciem do łazienki. Musiałam trzymać się ściany i mebli. Byłam naga, zgwałcona i chciałam umrzeć. Weszłam pod prysznic i nie miałam ochoty spod niego wychodzić. Tylko woda na chwilę gasiła moje uczucie brudu.
Oni zachowywali się, jakby nic się nie stało. Dalej leżałam pod cienkim kocem, dalej faszerowana prochami, wstawałam i jadłam na hasło. Moje ciało, pokłute zastrzykami, wydawało się nie moje. Bałam się wszystkiego, ale umysł zaćmiony prochami twierdził, że jest mi dobrze albo wręcz cudownie.
Po każdym zastrzyku miałam najpierw sporo energii, aż mnie nosiło. Wtedy pozwalali mi skorzystać z toalety, czasami myłam się w umywalce. Potem to uczucie się kończyło i wpadałam w otchłań nicości. Kolejny zastrzyk zapowiadał
następny odlot. Leżałam w łóżku, otulona kokonem ułudnego dobrego samopoczucia. Nie przeszkadzała mi wtedy moja nagość ani to, że za każdym razem ze śmiechem klepali mnie po pośladkach albo głaskali po piersiach. Było mi wszystko jedno, a czasami nawet przyjemnie.
W tych momentach, gdy mogłam w miarę normalnie i trzeźwo myśleć, a można je było liczyć w minutach, zastanawiałam się, co to za narkotyk i jak zapanować nad swoim organizmem. Chciałam umrzeć. Nie miałam kontroli nad swoim ciałem ani nawet nad myślami. Przychodzili, robili zastrzyk i wychodzili.
Najczęściej przychodziło ich dwóch, ale czasami pojawiał się też ten trzeci. Był inny, nie podchodził do mnie, stał przy drzwiach i obserwował. Nie wiem, ile dni już minęło, bo przez te cholerne prochy pogubiłam dni i noce, ale znowu do pokoju weszło ich trzech. Powoli podniosłam głowę, czując podświadomie, że znowu będą się nade mną pastwić.
Jednak teraz było inaczej. Już więcej mnie nie gwałcili.
Chyba nie. Przynajmniej ja tego nie pamiętam. Rzucili mi jakąś za dużą sukienkę i plastikowe klapki prysznicowe, zawiązali oczy i zabrali do samochodu. Chyba pojechaliśmy do miasta, bo słyszałam auta i tramwaj, a potem nagle samochód się zatrzymał. Wyciągnięto mnie na zewnątrz. Byłam tak otumaniona, że było mi już obojętne, co ze mną zrobią, ale poczułam, że przecinają mi więzy na rękach, a zaraz potem samochód odjechał.
Powoli zdjęłam opaskę z oczu. Byłam w jakiejś małej, ciemnej uliczce. Jedyna lampa świeciła się daleko ode mnie.
Kompletnie nie widziałam, gdzie jestem. Noc była ciemna, bez księżyca, a dookoła tylko odgłosy miasta. Czy byłam w naszym mieście, czy to było inne? Nic nie rozumiałam, ale instynkt kazał iść, więc szłam.
Sukienka na mnie wisiała, bez bielizny, w japonkach. Na szczęście było lato. Dopiero na trzeciej ulicy skojarzyłam, gdzie jestem. Na szczęście dalej był to Poznań. Próbowałam sobie przypomnieć drogę do domu. Chciałam dotrzeć do taty. To była jedyna osoba oprócz Oskara, której teraz potrzebowałam.
Błąkałam się po uliczkach, aż dotarłam do jednej z głównych ulic. Nawet płakać nie miałam siły. Była we mnie jakaś determinacja aby za wszelką cenę dotrzeć do taty. Na nieszczęście znajdowałam się daleko od domu. Noc odchodziła i
powoli zaczynał się poranny ruch na ulicach, gdy wreszcie wykończona i wychłodzona stanęłam na progu domu. Nie miałam siły pukać, więc stałam oparta o ścianę z palcem na dzwonku. W końcu tata się obudził. Jak mnie zobaczył, rozpłakał się. Potem płakaliśmy oboje. Wreszcie mogłam pozwolić sobie na łzy.
– Najważniejsze, córeczko, że żyjesz. – Tulił mnie do siebie i głaskał po włosach. – Chodź, skarbie, do pokoju, położysz się.
Wprowadził mnie do mojego starego pokoiku i tu wreszcie poczułam się bezpiecznie. Do tamtego mieszkania po babci, z którego zostałam porwana, już nigdy nie wrócę.
– Tato, nie mam siły ci opowiadać, ale ktoś mnie porwał.
Z mojego domu, prosto z łóżka. To był koszmar. Dzisiaj mnie wypuścili. Nie wiem czemu, nic nie wiem.
– Dziecko, najważniejsze, że wróciłaś, że jesteś cała, a zdrowie wróci.
To, co przeżyłam podczas tego porwania, nie dawało się opowiedzieć normalnie i spokojnie. Przeżyłam koszmar.
Zostałam zgwałcona, naszpikowana jakimiś narkotykami.
Jednak jedynymi fizycznymi śladami były nakłucia na moich ramionach, a moja psychika? Wrak to mało powiedziane.
Wpadłem w wir pracy. Chciałem zapomnieć. Codziennie rano wstawałem, bo tak trzeba było, ale nie miałem już tej radości w sobie. Dzień zlewał się z dniem. Ciężko mi było pogodzić się z tym, że wolała pieprzyć się z jakimiś facetami i zrezygnowała ze mnie. I po jaką cholerę wpadła wtedy do firmy, urządzając cyrk dla ubogich?
Siedziałem czasami w pustym biurze po godzinach i próbowałem to ogarnąć, ale nigdy nic dobrego nie przychodziło mi do głowy. Po prostu nie chciała tego ślubu i już.
Kacper robił, co mógł, żeby wyrwać mnie z tego stanu odrętwienia. Stałem się bardziej poważny, ponury. Ciągle mnie męczył, a ja byłem oporny. Minął już ponad rok. Rodzice też zaczęli mi dogadywać, że czas wracać do żywych, póki jestem jeszcze młody.
Wtedy, na tym tarasie, dałem się zagonić Kacprowi do klubu. Przypadały akurat jego imieniny, które zawsze spędzaliśmy we dwóch na clubbingu. Możliwe, że ta wizyta w klubie mnie odblokowała. Spiłem się co prawda, ale też zacząłem korzystać z życia.
Teraz było na odwrót, stałem się stałym bywalcem najlepszych klubów. Potrafiłem imprezować w ciągu tygodnia, a weekendy to już w ogóle był maraton. Szybko zacząłem trafiać na szpalty plotkarskich gazet jako celebryta i dobra partia, ciągle jako niezdobyty kawaler.
– Co tam nowego na Pudelku? – spytałem przyjaciela, wstając z kanapy w jego apartamencie. Głowa mi napierniczała po dwudniowym piciu.
– Spadłeś o jedno oczko, wyprzedził cię Andrzej. No wiesz, ten, którego stary opyla narkotyki, więc nie masz szans.
Jaki żal.
– Już płaczę, ale jestem przystojniejszy od Andriuszy, więc nie ma problemu. Chyba umówiłem się z jakąś laską, ale niewiele pamiętam.
Od jakiegoś czasu koło mnie coraz częściej zaczęła się pojawiać seksowna blondynka z nogami do nieba, tylko piersi miała tak sztuczne, że aż żal było patrzeć. Ja zawsze preferowałem naturalność, ale Roksana, bo tak miała na imię, była niezmordowana w towarzyszeniu mi. W końcu wylądowaliśmy w łóżku. Dobra była, potrafiła mnie zadowolić, więc pozwalałem jej czasami zostać do rana. Nawet nie zastanawiałem się nad konsekwencjami. To wszystko było gdzieś obok mnie, ja chciałem się bawić.
Po jakimś czasie zaczęto uważać nas za parę, chyba po tym, jak wrzuciła parę naszych wspólnych zdjęć na Instagrama.
Nie podobało mi się to, ale co tam. Roksana lubiła blichtr, zabawę i wystawne życie, a ja mogłem jej to zapewnić.
Bawiliśmy się całymi tygodniami, miesiącami.
Tak minęły mi trzy lata — jeden rok na użalaniu się nad sobą i dwa lata szaleństw, gdzie zarabianie wielkich pieniędzy łączyłem z wydawaniem ich na zabawy. Kacper czasami krytykował moje szaleństwo, ale twardo stał przy mnie. Taki przyjaciel to prawdziwy skarb.
W końcu rodzina zaczęła naciskać, że powinienem się ustatkować i założyć rodzinę. Było mi wszystko jedno. Chcieli rodzinę i synową? To będą ją mieli. Postanowiłem wziąć ślub z Roksaną, choć jej nie kochałem. Nie potrafiłem kochać.
Zabrałem ją do rodziców. Tata był zachwycony, ale widziałem, że mama niespecjalnie. Ona zawsze lubiła Lenę. Niech nie narzekają, będą mieli ładną i zgrabną synową. A że sztuczna? Ja byłem obojętny. Pieprzyć ją mogłem z papierkiem lub bez.
Moje serce było lodowate.
– Czy ty wiesz, co robisz? – Kacper nie dowierzał, gdy powiedziałem mu o tym, że się zaręczyłem. – Oskar, litości, z Roksaną? Nie ma innych? Ona jest koszmarnie sztuczna i inteligencji też w niej za dużo nie ma. Przecież ty jej nie kochasz. Nie rób tego, Oskar. Nie rób tego, bo będziesz żałował.
– Odczep się, i tak już po mnie. Może da się namówić i da moim staruszkom wnuka, to się ode mnie odczepią. Nawet jej zapłacę, jak nie będzie chciała. A miłość? To już przeżyłem i zobacz, jak na tym wyszedłem.
Kacper zbył milczeniem tę ostatnią uwagę, ale widziałem, że nie był zadowolony.
Roksana była szczęśliwa. W dzień, kiedy jej się oświadczyłem, a na palec wsadziłem pierścionek z diamentem,
dała mi świetny seks. Naprawdę się postarała. Tylko czemu przez sekundę przypomniałem sobie inne oczy i inny głos? Ale co tam, to była tylko sekunda, a tutaj miałem lalę jak marzenie na dłużej.
Dni mijały mi jak zawsze, na pracy, a weekendy na imprezowaniu. Roksana była koło mnie, ale dopiero po jakimś czasie zauważyłem, że Kacper już mi nie towarzyszył. Był, owszem, ale gdzieś dalej, jakby nie chciał mieć z tym wszystkim do czynienia. To było dla mnie przykre, bo zawsze imprezowaliśmy razem.
– Kacper. – Zadzwoniłem do niego któregoś popołudnia. – Może wpadłbyś na piwo? Pogadamy jak za starych czasów.
– Masz wolne od narzeczonej?
Przyjaciel nie bawił się w konwenanse. Wiedziałem, że nie akceptował mojego wyboru i pewnie stąd jego pytanie.
– No nie, ona też będzie, przecież mieszkamy razem.
– Eee, wiesz, teraz jestem zajęty. Mam zapieprz w firmie.
– Jest późne popołudnie, jesteś już po pracy.
– Daj na luz, Oskar.
– Kurde, Kacper, odrobina szczerości by się przydała. – Wkurzyłem się, przecież było widać, że mnie olewa.
W telefonie zaległa chwila ciszy, a potem odezwał się:
– Obiecałem być świadkiem na tym debilnym ślubie, ale nie oczekuj, że się z nią zaprzyjaźnię. Nie akceptuję twojego wyboru. Robisz największy błąd w swoim życiu i cholernie źle się z tym czuję.
A potem się rozłączył. Nie spodziewałem się takiego wyznania. Musiałem to przemyśleć, ale zrobię to potem, bo teraz idziemy z Roksaną na kolację.
Jednak nie przemyślałem tego. Wróciłem do zarabiania pieniędzy, a Kacper pojawiał się rzadko i nigdy już nie wrócił
do tej rozmowy.
Kochałem swoją firmę i tylko w gabinecie czułem się dobrze. Teraz tylko doszła do tego Roksana, głośno oznajmiająca, że właśnie przyszła. Nie, nie — w żadnym wypadku praca jej nie interesowała, przychodziła po kasę. Miała limit wydatków. Po początkowym pokazie, na co ją stać, musiałem to ograniczyć i wprowadziłem pięciotysięczny limit dzienny. Więc z większymi wydatkami związanymi z weselem musiała pojawiać się u mnie. Jednak nie lubiłem, gdy przychodziła. Nawet moja sekretarka jej nie polubiła.
– Oskar! – Weszła do gabinetu, głośno stukając szpilkami.
W eleganckim kostiumie wyglądała jak milion dolarów.
– Coś się stało?
– Oczywiście. Zabrakło mi kasy na zaproszenia. Wzór, który wybrałam, jest limitowany i nikt nie będzie miał podobnego. To ważne wśród socjety. Rozumiesz?
– Nie, nie rozumiem. To kawałek tekturki, który wyrzuca się do kosza.
– Och, jak ty nic nie rozumiesz. Wszystko jest na mojej głowie. Przelej mi proszę dodatkowe pięć tysięcy.
– Na kolorowy blok techniczny?
– Oszalałeś? Specjalny ręcznie czerpany papier z drobinkami złota, a litery i całe ornamenty będą złocone.
Dla świętego spokoju przelałem kasę i wyprosiłem ją z gabinetu, wymawiając się pracą.
Bywały dni, że musiałem otworzyć sejf w zwykłych sprawach firmowych. Patrzyłem wtedy na kopertę ze zdjęciami.
Nigdy więcej nie wziąłem jej do ręki, ale patrzyłem.
