Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nic nie jest takie, jakby się mogło wydawać.
Wojciech Rogulski, ksywka Rogoś, poznał świat przestępczy jako kierowca tira. Grupa 3M pochłonęła jego czas i życie. Rozwożąc po Polsce i krajach ościennych nielegalne towary, poznał dogłębnie struktury i działanie grupy.
Niestety, konsekwencją pracy pod przykrywką była śmierć niewinnej osoby, a to okazało się trudne do zaakceptowania.
Grupa 3M prowadzona przez Mołdawianina, Maxima Gutu, była świetnie prosperującą i doskonale przygotowaną logistycznie organizacją przestępczą, ale i na nią przyszedł kres.
A Rogoś? Zrealizował swój cel i odszedł.
Krystian Pałkiewicz, pseudonim Pałka, jeździł jako kierowca dla Grupy 3M od wielu lat i jako jeden z nielicznych uniknął aresztowania.
Przez głupie potknięcie wpadł w ręce policji. Jednak nie wylądował w więzieniu, ponieważ poszedł na współpracę ze służbami. Pola Rowicka została jego opiekunką, a ich wzajemna relacja z czasem mocno się skomplikowała.
Miejsce akcji to Wrocław, ale dzięki wyjazdom tirowców odwiedzamy Poznań, Gdańsk, Łódź, Bydgoszcz, Bełchatów, Trzciniec oraz Czechy, Ukrainę i Niemcy.
Szerokiej drogi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 202
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Wydawnictwo Rysa 2026
All right reserved.
Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania w całości i we fragmentach bez zgody Autora.
Zgoda na wykorzystanie zdjęcia okładki w socjal mediach.
Redakcja: Maria Borkowska
Projekt okładki: Magdalena Szczepańska
Wydanie 1
ISBN 978–83–977995–4–7
Wydawca: Magdalena Szczepańska
Wydawnictwo Rysa
Czaplinek 2026
Książka powstała podczas warsztatów literackich z młodzieżą z Salezjańskiego Ośrodka Wychowawczego w Trzcińcu Współautorzy:
Wojciech Beszczyński,
Krystian Olszewski,
Krystian Błaszczyk,
Marcin Wieczorek,
Bartosz Subkowski
Jakub Szczepanek,
Michał Kostrzycki - Cynarski,
Jakub Gogulski.
Razem udało nam się stworzyć coś naprawdę wyjątkowego.
PIESKA AKCJA – znaczy SŁUŻYĆ
Wojtek wjechał na parking przy magazynie, wyłączył silnik, ale jeszcze przez moment kontemplował ciszę. Spojrzał w lusterko. Zmęczone, niebieskoszare oczy, dookoła drobne zmarszczki. Miał już czterdzieści dziewięć lat, ale w ogóle nie czuł upływu czasu. Od zawsze cieszył się sprężystym ciałem, o które dbał nawet w trasie.
Lubił ćwiczyć. Zostało mu tak z czasów młodości. Życie przeciągnęło go po błocie, jednak wciąż uważał, że nie zasłużył sobie na to. Teraz został sam, ale to była jego decyzja.
Zmęczony wysiadł z szoferki i z przyjemnością trzasnął drzwiami olbrzymiego MAN–a. Od trzech miesięcy pracował w firmie Wiga–trans i właśnie wrócił z dwutygodniowego wyjazdu do Hiszpanii.
Nigdy jednak nie jechał z punktu A do punktu B.
Obowiązkowy czas wolny po dziewięciu godzinach jazdy przeznaczał nie tylko na odpoczynek, ale i na zwiedzanie. Zawsze wyszukiwał parkingi w pobliżu miast, na obrzeżach lub niedaleko jakiejś ciekawej atrakcji turystycznej. W drodze zwiedził jeszcze Austrię, do której pojechały soki z wrocławskiej wytwórni, tam załadowali mu na paletach sery, które przetransportował do Włoch. Pod Neapolem dali mu naczepę z rolkami kabli, a te zawiózł do Hiszpanii. Tam dostał mandarynki i wtedy dopiero wrócił do domu. Odstawiając samochód na firmowy parking, już obmyślał, jak wykorzysta tydzień urlopu, więcej nie chciał i nie potrzebował. Przysługiwały mu dwa tygodnie, ale jemu nie były potrzebne. Żył samotnie w małym, dwupokojowym mieszkaniu. I najczęściej po siedmiu dniach miał serdecznie dość siedzenia w domu.
Kierowca tira, czy to brzmi dumnie? Lubił prowadzić te kolosy. Miał nad nimi władzę. Znał niemiecki i angielski, więc wszędzie czuł się dobrze. Był czas w jego życiu, że lubił spokój, stagnację, jednak to się skończyło, teraz coś go pędziło do przodu.
Zwiedzał, poznawał. Na parkingach często bywało wesoło i nigdy mu to nie przeszkadzało. Uprawnienia zrobił w wieku trzydziestu lat, ale nie zawsze jeździł. Pracę w WIGA–trans zdobył dzięki staremu kumplowi, też kierowcy.
To był jego ostatni kurs. Wiedział również, że szefostwo nie przydłuży umowy, a jemu za bardzo na tym nie zależało. Miał plan i należało go zrealizować. Dzięki tej pracy wrócił do świata ciężarówek i mógł teraz poszukać dojścia do firmy, na której mu zależało, ale czy to się uda tak od razu? Był cierpliwy i wiedział, czego chce.
Od tygodnia zastanawiał się, jakie dalsze kroki podjąć. Idąc po schodach na swoje piętro, minął sąsiada mieszkającego wyżej.
– Cześć, sąsiad, chciałbym pogadać, jest sprawa.
Wpuścił Mietka do środka i wyciągnął z lodówki dwa piwa.
– Dwa dni temu miałem urodziny – przyznał się Mietek.
– Gratulacje.
– No, właśnie dlatego przyszedłem. Przechodzę na emeryturę.
Wreszcie, bo mam już serdecznie dosyć wożenia dupy po całej Europie, no i wkrótce pojawi się na świecie kolejna wnuczka.
– I mam zazdrościć?
– Nie o to chodzi, potrzebują szofera na wczoraj, ale tylko na zastępstwo, a podobno chwilowo nic nie masz. Ja od wczoraj jestem jak wolny ptak, ale im się pali pod tyłkiem. Zaproponowałem ciebie jako niezależnego kierowcę, Wojtek nie mógł uwierzyć, czyżby tak szybko szczęście się do niego uśmiechnęło?
– Stawka podstawowa. Na jutro szykują wyjazd, a ty masz wpaść do firmy z papierami. No wiesz, muszą cię sprawdzić.
– Mietek, to świetna wiadomość! Zawsze lepiej w trasie niż na fotelu przed telewizorem. Dzięki, stary, że pamiętałeś o mnie. Oczywiście, że skorzystam.
Rano ogarnął dokumenty. Mała firma transportowa potrzebowała kogoś na szybkie zastępstwo, bo ich kierowca utknął na austriackiej granicy. Znał tam prawie wszystkich, bo rok temu kilka razy jeździł na ich zlecenie. Tym razem trafił krótką trasę do Oranienburga. Tir, zapakowany częściami do maszyn rolniczych, czekał gotowy.
Trasa jak zawsze była dość monotonna, cały czas autostradą.
Drogę urozmaicali mu koledzy z innych wózków, nawinął się nawet jeden znajomy.
– Rogoś? Ja pierdolę, ty w trasie? Nie może być.
– Witaj, Bącku.
– Pamiętasz, że jestem ci winien piwko?
– Pamiętam. – Na ustach Wojtka pojawił się uśmiech i chociaż kolega tego nie mógł widzieć, to pewnie usłyszał w głosie.
– Hejka, chłopaki, co to był za zakład? – wciął się nagle trzeci głos. – Tu Pejo z DAF-a z tygrysem na dupie.
– O, widziałem cię jakiś czas temu, jesteś przede mną. E tam, żaden zakład, Rogoś chronił mi dupę przed starą, jak zabalowałem na postoju.
– No, taki skrzydłowy do skarb – odezwał się jeszcze inny głos. – Tu Zadzior, jestem na A dwójce. Jak zawsze tłoczno, a u was?
– Ja na czwórce, jest spoko.
Wojtek zjechał na duży parking. Tak jak przewidział, nie wyrobił się w dziewięciu godzinach. Stanie w kolejce na granicy, a potem rozładunek wydłużyły czas Ustawił się w szeregu innych pojazdów. Po szybkiej kolacji na pobliskiej stacji benzynowej dosiadł się na chwilę do innych kierowców, aby trochę pogadać.
Potem już w kabinie nastawił budzenie na czwartą trzydzieści i przespał się na leżance z tyłu norki, jak nazywał kabinę. Reszta drogi minęła szybko.
Jadąc autostradą, wciąż analizował swoje położenie. Chociaż praca jako kierowca tira nie była jego jedynym zajęciem, to lubił to robić.
Podjechał na bazę. Siedzący w dyżurce pan Romek przywitał go serdecznym uśmiechem. Ten człowiek po prostu kochał ludzi.
– Jak trasa?
Podszedł do ciągnika w momencie, gdy Wojtek wysiadał. MAN w czarnym kolorze należał do firmy.
– Całkiem nieźle, ale nie udało mi się zrobić tego jednym skokiem. A Rysiek już wrócił? – zapytał o dawnego kolegę, z którym chciał pogadać o starych czasach
– Nie, stoi w Gorlicach, choćby się skichał, nie da rady do domu na weekend.
– To pech.
– Ano.
– Zabieram torbę i jadę na chatę, wrócę jutro, to ogarnę norkę, dziś jestem zjechany do cna.
– Ok, zaznaczę, że jutro sprzątanie.
Rogulski zabrał ulubioną dużą torbę i poszedł na przystanek.
Już po trzydziestu minutach wchodził pod prysznic i dopiero teraz mógł ochłonąć, odsapnąć. Zamknął oczy, podstawiając twarz pod deszczownię. Remontując mieszkanie, wsadził całkiem niezłą kasę w sprzęt łazienkowy, ale teraz miał luksus stałej temperatury z różnymi wariantami dysz wodnych. Sama kabina zajmowała połowę małej łazienki. Za każdym razem, gdy brał prysznic, czuł, jakby cały syf tego świata wpływał do kanalizy, tam, gdzie było jego miejsce. To ten moment, kiedy na chwilę mógł zapomnieć o wszystkim.
W nocy spał jak suseł w wygodnym, dużym łóżku, a nie na wąskiej półce w kabinie MAN-a. Może nie było aż tak źle, ale co własne wyro, to własne.
Rano, pijąc kawę, spoglądał przez okno na ulicę i zastanawiał się, co go jeszcze czeka. Jak potoczy się los, któremu dał przyzwolenie, żeby trochę skręcił w inną niż normalnie stronę.
Kiedyś miał plany, miał cele, ale życie nie zawsze podąża tym torem, który człowiek sobie wytyczył. Wiec Rogoś wyznaczył sobie nową drogę.
Na dzisiaj zaplanował odwiedziny w „Malince”. „Malinka” była czymś pomiędzy barem, knajpą a wyszynkiem. To Mietek, sąsiad z trzeciego piętra, zabrał go tam pierwszy raz, żeby opić pierwszą wnuczkę, a było to już ze dwa lata temu. Wojtek po którymś piwie przyznał się, że też ma uprawnienia na tira. Sąsiad obiecał rozejrzeć się za jakąś fuchą dla niego. Rogoś, często pracujący na umowę zlecenie, chętnie korzystał z takich znajomości. Praca w Wiga–trans też została załatwiona przez kumpla.
Rogulskiemu od początku podobała się atmosfera baru, od razu zauważył, że bywało tutaj sporo kierowców. Został więc stałym bywalcem przybytku.
– Lecisz wieczorem do „odlotu”? – zaczepił go Marian, niski, grubawy kierowca, który posiadał własny ciągnik. Spotkali się, gdy wpadł na chwilę do firmy odebrać papiery.
Wojtek uśmiechnął się. Już wiedział, że kierowcy tak nazywali „Malinkę”.
– Oczywiście, będę koło szóstej, wcześniej się nie wyrobię.
– To ja też wpadnę. – Rogoś ruszył z resztą majdanu do domu.
Miał mnóstwo czasu wolnego, ale nie chciał tego pokazywać przy kolegach.
Przyszedł jednak wcześniej, bo już o siedemnastej przekroczył próg dość obskurnego lokalu. Sala mieściła może z pięć stolików na środku i cztery boksy pod ścianami. Największy był ten narożny. Duże okno zasłonięte do połowy folią z reklamą nie wpuszczało za dużo świata. Na jednej ze ścian tapeta w cegłę robiła ponure wrażenie, ta nad boksami, pomalowana na jakiś niesprecyzowany, chyba beżowy kolor, upstrzona była tablicami rejestracyjnymi i znakami drogowymi, co określało charakter knajpy. Długi bar obsługiwał zazwyczaj jeden barman. Cała kolorystyka i wyposażenie wnętrza przypominały bary z lat osiemdziesiątych. Rogoś miał sporo do przemyślenia, potrzebował szybko jakichś kontaktów. Musiał się zahaczyć w innej firmie transportowej, a do tego potrzebował znajomości.
„Malinka” była ulubioną knajpą tirowców, więc liczył, że może tutaj wyhaczy jakiś kontakt z robotą. W pobliżu znajdowały się dwie duże firmy transportowe i z plotek słyszał, że można było tutaj załatwić te mniej legalne kursy. Jeździł dorywczo od kilku lat, jego ksywka Rogoś była już znana na falach.
W barze siedziało kilka osób, z niektórymi się znał, więc zasiadając przy barze, zaraz został zaczepiony przez dwóch z sąsiedniej firmy transportowej. Spokojnie popijając piwo, omawiali ostatni mecz Śląska Wrocław. Rogoś nie lubił tego sportu, wolał żużel, więc tylko się przysłuchiwał, aż w końcu nie wytrzymał.
– Panowie, macie jakieś namiary na zlecenia? Jadę w krótką trasę, a potem mam wolne i szukam czegoś. – Puścił niezobowiązujący tekst. Koledzy sącząc piwo, zaprzeczyli.
Westchnął. Nie będzie lekko, pomyślał.
Potem przyszedł Marian i barwnie opowiadał o Ukraińcu, co śpiewał z nudów przez CB–radio przez prawie pięćdziesiąt kilometrów. Też go kiedyś słyszał.
Po drugim piwie Rogoś wrócił do domu, nie osiągnąwszy zamierzonego celu, ale nie brał pod uwagę poddania się.
Po dwóch dniach znów zawitał w „Malince”. Ta knajpa przyciągała: czy to była atmosfera, czy ludzie w niej przesiadujący, nie wiedział, ale dobrze się tam czuł.
– Duże jasne z kija.
– Tyskie?
– Warka albo to ze Stu Mostów.
Było jeszcze wcześnie, więc bar świecił pustkami i to barman do niego pierwszy zagadał.
– Jesteś kierowcą tira? – Wojtek skinął głową jakby od niechcenia, ale natychmiast się spiął.
– Tak, generalnie wszystkiego co ma cztery koła.
– Masz swój ciągnik? – Barman zawzięcie wycierał czysty blat przy Rogosiu, który wyczuł jego zainteresowanie. W końcu ten gość siedział tu cały czas, więc pewnie wiedzę miał.
– Nie, jestem do wynajęcia, wróciłem z ostatniego rejsu i już mam wolne.
Mężczyzna pokiwał głową i odszedł, nic nie mówiąc, ale po chwili wrócił znowu.
– To jak mówiłeś, że się nazywasz? – spytał, unosząc brwi.
Śmiesznie przy tym wyglądał, bo wysokie czoło jeszcze bardziej mu się podniosło.
– Nie mówiłem. – Rogulski nie uśmiechał się, czuł, że coś się dzieje.
– Może miałbym robotę dla ciebie na przyszłość…
– I tak trzeba było zacząć, Wojtek Rogulski, Rogoś na fali.
– Zgłoś się w poniedziałek.
– Będę. – Zapłacił za piwa i wyszedł. Kątem oka zauważył jednak, że barman gdzieś dzwonił. Wciąż spięty i uważny ruszył w stronę domu. Musiał odparować i przemyśleć sprawę.
Możliwe, że wreszcie się złapie do czegoś konkretnego.
W piątek, robiąc zakupy w osiedlowym sklepie, przyuważył piękną kobietę. Była młodsza od niego, może taka późna trzydziestka. Miała styl i klasę nawet w tym, jak trzymała koszyk z zakupami. Delikatne rysy, twarz okolona jasnymi włosami, które, choć upięte w kok, wymykały się spod kontroli spinek.
Materiałowe spodnie z szerokimi nogawkami opinały zgrabny tyłeczek, a krótka kurtka pozwalała wyobraźni szaleć na jego temat. Wojciech Rogulski nie był z marmuru i poczuł głód, głód seksu.
Od kilku miesięcy nie miał już kobiety, a zwykłe męskie potrzeby nie chciały iść na urlop.
Gdy stanęła w kolejce do kasy, natychmiast porzucił zamiar kupienia wędlin i ruszył za nią. W cholerę z kiełbasą, najwyżej będzie jadł chleb z dżemem na kolację. Gdy wszystko znalazło się już na taśmie, postarał się, aby jabłka z opakowania wysypały się prosto w jej zakupy. Zrobił się lekki bałagan, a on, udając nieśmiałego, próbował wszystko uporządkować, robiąc jeszcze większy bajzel. W końcu wszystkie jego i jej produkty się wymieszały. Najpierw próbowała to ogarnąć, ale w końcu zrezygnowała i tylko patrzyła zniesmaczona na ten miszmasz.
– Przepraszam, naprawdę sam nie wiem, jak to się stało, już poprawiam. – Łamiącym się głosem próbował ratować sytuację.
– Właśnie tak, pan to zrobił, więc pan to posprząta, ale proszę szybciej, bo ja zaraz będę płaciła.
Teraz już nie miał wyjścia, ale i tak wsadził jej jogurt do swoich zakupów. Gdy tylko kobieta odeszła od kasy, on szybko wyjął kartę i pakował na bieżąco. Wypadł ze sklepu, bojąc się, że straci ją z oczu. Jakież było jego zdziwienie, gdy zobaczył, że stała tuż przy drzwiach. Czekała na niego.
– Więc? – Wyciągnęła rękę w jego stronę,
O diablica, pomyślał, doskonale wiedziała, co zrobiłem.
Uśmiechnął się lekko. Czuł, że zaraz zacznie się rewolucja w spodniach, jego organizm dopominał się swojej porcji endorfin.
– No cóż… – Podał jej jogurt. – Ale podziałało? – zapytał, wykrzywiając usta w szelmowskim uśmiechu.
– Można tak powiedzieć.
– Wojtek jestem.
– Alina.
– Czy w ramach przeprosin dasz się zaprosić na kawę? – Wskazał małą piekarnię z kilkoma stolikami. Spojrzała mu w oczy. Musiał przyznać, że nie tylko sylwetkę miała piękną, oczy również: duże, błękitne.
– Napracowałeś się, żeby mnie poznać, więc należy się nagroda.
Wojtek szarmancko przejął jej siatkę z zakupami. Drugą rękę położył na niższej partii kręgosłupa, lekko ją popychając. Oj tak, był starym wyjadaczem i wiedział, co działa na kobiety. Rozmowa była swobodna, dziewczyna otwarta i wyczuł, że też jest zainteresowana. Dowiedział się, że mieszka tu od niedawna, jest zagorzałą singielką i nie uznaje związków. Aż sobie pogratulował idealnej znajomej.
Żegnając się, zaprosił ją na kolację do siebie, ale odmówiła.
Poczuł rozczarowanie, ale zaraz mu to zrekompensowała: umówiła się z nim na następny wieczór u niej w mieszkaniu.
– Przyjdę, nawet gdyby dziś w nocy miał nastąpić koniec świata.
– Alina Wierkiewicz, tamto pomarańczowe wejście. – Wskazała blok.
Cały następny dzień chodził nabuzowany, nawet zrezygnował z wizyty w „Malince”, tłumacząc sobie, że są sprawy ważne i ważniejsze. Zresztą tam miał się zgłosić w poniedziałek. O osiemnastej był gotowy.
– Witaj nieznajomy z kolejki, a może powinnam powiedzieć złodziejaszek jogurtów? – przywitała go w progu.
– Jakoś musiałem to zorganizować! Twój widok mnie oszołomił. Straciłem głowę, jakby spadła na mnie belka sufitowa. – Mężczyzna wszedł do mieszkania, wręczając właścicielce bukiet róż.
– Dziękuję. Chodź, kolacja gotowa.
Wszedł, ale za cholerę nie miał ochoty na jakiekolwiek żarcie.
W momencie, gdy Alina się odwróciła, przyciągnął ją do siebie, jednym ramieniem chwytając w talii, a drugim odsuwając gęste włosy z apetyczniej szyi.
– Nie jestem głodny – zamruczał. – Nie w ten sposób, skarbie. – Najpierw całował jej ramię, aż dotarł do czułego miejsca za uchem. Rzuciła kwiaty na komodę w korytarzu. Obróciła się w ramionach przodem do niego, kładąc drobne dłonie na szerokiej piersi mężczyzny.
– Ja też – jęknęła, wpijając się w jego usta. Pociągnęła go do sypialni. Malutki pokoik został zdominowany przez wielkie łóżko, na widok którego Wojtek aż przymrużył oczy z zadowolenia.
Pchnął ją na pościel. Ukląkł obok i zaczął powoli zdejmować z niej wszystkie niepotrzebne szmatki. Alina poddawała się tym czynnościom z delikatnym uśmiechem, ale i w niej budziło się pożądanie. Wpatrywał się w błękitne oczy i widział takie samo podniecenie jak u siebie. Dziewczyna w końcu nie wytrzymała i sięgnęła do jego spodni.
To była czysta energia, ogień buzujący w obu ciałach. Alina tak pięknie jęczała, gdy dochodziła. Sam też poczuł cudowne spełnienie, dreszcze przebiegały przez jego ciało. Mimo dojrzałego wieku był sprawnym mężczyzną.
Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo tego potrzebował. Już od dość dawna nie uprawiał seksu. Rozszedł się z żoną dwa lata temu i tylko ze dwa albo trzy razy skorzystał z przygodnych spotkań z kobietami. Alina też pewnie okaże się taką krótką przygodą, ale to nie było ważne. W tej chwili czuł się świetnie. Martwić się będzie później.
Rogulski czekał, aż kobietę pierwszą obezwładni elektryzujący orgazm. Ciało miała cudowne, idealne do miłości fizycznej. Jej spełnienie stanowiło dla niego priorytet, dopiero potem pozwolił sobie pójść w jej ślady. Jęknął cicho, gdy doszedł zaraz za nią, a potem nastąpił ten obłędny moment spokoju i rozprężenia.
– Wiesz, że między nami nic więcej się nie zdarzy? – spytała, leżąc spokojnie, gdy on już ruszył do łazienki. – Nie uznaję związków, dla mnie kariera jest najważniejsza.
– W porządku, to mi pasuje, ale nie zaprzeczysz, że było…
– Bosko, Wojtuś, było bosko.
– I mam już iść?
– Jak byś mógł, rano o dziewiątej mam stresującą naradę.
Uśmiechnął się i nie był na nią zły, nie czuł się wykorzystany.
Tego chcieli oboje. Po szybkim prysznicu wszedł do pokoju już kompletnie ubrany.
– Pomogłem się odstresować? – Oboje potrzebowali odreagowania i zapomnienia.
– Bardzo i jestem ci za to wdzięczna.
– Oj, mała, mała, ty wiesz, jak faceta rozbroić. – Pocałował ją namiętnie.
„Dziękuję” mruknął, wychodząc z jej mieszkania.
Niedługo potem otwierał już drzwi do swojego małego mieszkania. Rozejrzał się. Nie było umeblowane tak elegancko jak jej, ale lubił je. Stanowiło jego oazę ciszy i spokoju.
Wieczorem ruszył jak zawsze do „Malinki”.
– Witamy w „odlocie”. – Marianek walnął go w plecy na powitanie. – Nie było cię wczoraj.
– Byłem zajęty.
– Ładna chociaż?
– Piękna. Miejscowe z kija, proszę. – Barman kiwnął mu głową na powitanie i zabrał się natychmiast za nalewanie.
Gdy został na chwilę sam, barman natychmiast pojawił się przy nim.
– Tam pod ścianą siedzi gościu, co szuka kierowcy z uprawnieniami.
Zaciekawiony Rogulski obejrzał się. Pierwszy raz widział tego mężczyznę, ale z ciekawością podszedł do jego stolika.
– Podobno byłaby robota dla mnie?
– Jeśli masz trochę czasu, żadnych problemów ciągnących się jak smród za człowiekiem i uprawnienia na tira, to owszem. Mam kurs do Łodzi, a mój kierowca się rozchorował.
– Kiedy wyjazd i co będę wiózł?
– Samochód już zapakowany. Drobnica, jakiś badziew z Chin.
Wszystkie papiery są w porządku, ale wyjazd już jutro. Szybki kurs, w drodze powrotnej przywieziesz palety z tamtejszego magazynu. Wyjazd o dziewiątej.
Sześć, siedem godzin, pomyślał Rogoś zadowolony, że znowu był w grze.
– Nazywają cię jakoś?
– Jakoś tak mówią na mnie Rogoś.
– Pokaż papiery i dam ci namiar na bazę.
Niewielki magazyn znajdował się na obrzeżach miasta. Facet, który na niego czekał, przedstawił się jako Aleksander Karcz i podsunął mu do podpisania umowę zlecenie. Rogulski uważnie przeczytał i podpisał. W zamian dostał wszystkie potrzebne dokumenty.
Mógł ruszać w trasę.
Wsiadając do kabiny, czuł się wyśmienicie i chociaż jego życie poszło wielotorowo, to jednak prowadzenie tych kolosów lubił
najbardziej. Załatwianie pracy w knajpie? Czego to człowiek nie przeżyje. Uśmiechnięty i bardzo z siebie zadowolony Wojtek Rogulski odpalił silnik. Według papierów faktycznie wiózł
drobnicę do jakiejś hurtowni. Zabawki i mały sprzęt AGD, sprawdził zamocowanie towaru i razem z Karczem zamknęli klapy naczepy.
Droga była łatwa. Z przyjemnością wytoczył samochód na szybką trasę i grzał w stronę Łodzi. Na prostej sięgnął po gruszkę – mikrofon CB.
– Mobilki, mobilki. Tu Rogoś na ósemce.
– Rogoś, stary cwelu! Dawno cię nie słyszałem, tutaj Pirat. Gdzie śmigasz?
– Na Łódź.
– Hej, diewuszki, tu Aleksiej.
– Cześć, Aleksiej, coś ty za jeden?
– Jadę do domu, z Drezna na Terespol. – Gościu zaciągał po wschodniemu, ale całkiem dobrze mówił po polsku. – Jakby ktoś chciał wiedzieć, to na wysokości Żegliny był wypadek. Stoję już pół godziny.
– Cholera, ja tam zaraz dojadę. – Pirat był wyraźnie wkurzony.
– A ja zanim dojadę, to się skończy. Szerokości, Aleksiej.
I faktycznie bez żadnych przeszkód dojechał do Łodzi, zdał towar i po dwóch godzinach, co uważał za sukces, ruszył do domu.
Przy rozliczeniu za trasę, dostał telefon z jednym numerem.
– Jak będę potrzebował kierowcy, to zadzwonię. – Karcz nie lubił długich dyskusji.
Po kilku dniach nowy telefon zadzwonił i Wojtek dostał trasę z Wrocławia do Łodzi. Nie miał szczególnych preferencji co do samochodów, ale tą Scanią to wyjątkowo ciężko się jechało.
Wyjeżdżał właśnie z Bykowa, gdy kierowca tira pokazał znak CB.
– Halo, halo, biała skakanka, tu dafik1 z naprzeciwka. Pięć kilometrów dalej stoją miśki z suszarką.
Rogoś natychmiast chwycił gruszkę, czyli popularny mikrofon od CB radia. Skakanką nazywano samochody scania, a jego właśnie była biała.
– Tu biała skakanka, Rogoś z tej strony. Dzięki, dafik!
– Szerokości, dziesięć cztery2.
Kilka kilometrów dalej faktycznie na poboczu stał radiowóz i jeden z niebieskich lizakiem kazał mu zjechać na pobocze.
– No tak, jeszcze tego mi brakowało do pełni szczęścia. No i co machasz tym lizakiem, pajacu! – mruknął do siebie Wojtek, ale posłusznie włączył kierunkowskaz i zjechał na parking przy lesie.
Otworzył okno i czekał, aż gliniarz podejdzie.
1) Dafik czyli samochód marki DAF.
2) Dziesięć cztery – zakończenie bez odbioru.
– Dzień dobry, starszy sztabowy Jacek Milko. Ma pan problem ze światłami, poproszę dokumenty.
– Ze światłami? Mogę wysiąść?
– Proszę.
Policjant natychmiast się zgodził. Trochę to zdziwiło Wojtka, ale nie dyskutował, nie chciał być w plecy z czasem. Wyciągnął dokumenty i wysiadł z kabiny. Jeden już sprawdzał jego papiery, a drugi oglądał samochód. Przy skrzyni zamontowanej pod naczepą samochodu, gdzie zazwyczaj kierowcy trzymali baniaki z wodą, dodatkowe ubrania czy narzędzia, zatrzymał się. I nagle w jego dłoni pojawiła się paczka wielkości cegły.
O kurwa!, zaklął w duchu. Co to za gówno, w co go chcą wrobić?
– No, panie Rogulski. – Drugi policjant podszedł bliżej. – I tu kończy się pana trasa.
Nagle z tyłu dostał cios w plecy. Na tyle silny, że padł na kolana. W głowie mu szumiało, kompletnie nie rozumiał, co jest grane. Z drogi nic nie było widać, bo zasłaniało ich wielkie cielsko samochodu.
– Skąd to masz? – spytał policjant, potrząsając paczką przed nosem Wojtka.
– Ja nic nie wiem, to nie moje – powtarzał przy każdym pytaniu.
Zdawał sobie sprawę, że w tej chwili znajduje się na przegranej pozycji. Nie tak to sobie wyobrażał, ale teraz już nie miał wyjścia.
Szedł w zaparte.
– To nie moje. Podrzuciliście mi to.
– Gadaj po dobroci: dla kogo pracujesz? Komu przewozisz te narkotyki?
Sytuacja Wojtka robiła się nieciekawa, a policjanci stawali się coraz bardziej agresywni. Popychając go i szturchając, wciąż zadawali pytania. On jednak dalej mówił swoje: „To nie moje, nie wiem, co to jest”.
W pewnym momencie podjechał czarny mercedes. Wysiadło trzech, a dwóch od razu go dopadli. Przez sekundę pomyślał, że to dla niego ratunek, ale mocny cios w szczękę pozbawił go złudzeń. Zaczęło się regularne bicie, po kilku ciosach całe ciało wyło z bólu. Nie zmienił zdania, nic nie wiedział i już. W końcu rzucili go na trawę i tak zostawili. Odeszli kawałek, by zapalić papierosy. Wtedy podszedł do niego trzeci mężczyzna. Tego znał, to on wypuszczał go w trasę. Wysoki, szczupły, o pociągłej twarzy, w czarnym dresie.
– Podnieście go. – Mężczyźni rzucili papierosy i bez ceregieli szarpnęli Rogulskim, aż mu się niedobrze zrobiło, ale przełknął ślinę. Nie miał zamiaru pokazywać, że ledwie żyje. Oko zaczęło puchnąć, szczęka bolała. Brzuch palił żywym ogniem.
Podniósł głowę, ze zdziwieniem stwierdził, że jego tir nadal stoi na parkingu i nikt się przy nim nie kręci. Teraz zrozumiał, to nie byli policjanci, to był, kurwa, prawdziwy napad. Słyszał już o takich i nie mógł uwierzyć, że to właśnie jemu się przydarzyło.
Obok stał czarny mercedes. To do niego podprowadzili słaniającego się Wojtka. Z samochodu wysiadł starszy mężczyzna, niezbyt wysoki, ale z ponurym wyrazem twarzy.
Facet w czarnym dresie oparł się o samochód i przypalił sobie papierosa, nie patrząc na Wojtka. W końcu się odezwał.
– Wojciech Rogulski, samotny, mieszkający w dwupokojowym mieszkaniu na Kozanowie, zawodowy kierowca tira. Znany jako Rogoś. Podobno jesteś kierowcą do wynajęcia?
– No tak, jestem. Kto pyta i o co tu chodzi? – odpowiedział cicho. Mówienie sprawiało mu pewne trudności. Mieli informacje, więc nie było sensu zaprzeczać.
– Potrafisz trzymać język za zębami?
– Potrafię.
– Się zobaczy.
– Poszperałem trochę na twój temat i może się nam przydasz.
Chcesz dołączyć do grupy kierowców? Dobre zarobki, ale ubezpieczenie na życie sam sobie załatwisz.
– Jak się czujesz? – zadał dziwne pytanie ten najstarszy.
– Chujowo, ale stabilnie
– Ok, jedziesz do siebie, damy znać, pilnuj telefonu. Mam twój numer. – Ten w dresie otworzył drzwi przed tym starszym. Teraz dopiero Wojtek zauważył, że obok stał drugi mercedes.
Rogulski próbował się wyprostować, ale obite żebra nie pozwoliły na to, jednak mimo wszystko był zadowolony.
Wreszcie, pomyślał. Skopany bok szarpał przeraźliwym bólem.
– Tira zabieramy, bo jest nasz. Ciebie odwiozą do domu.
Wykuruj się, bo wyglądasz jak gówno. W środę spotykamy się na stacji paliw koło galerii Korona. Czekaj tam na nas o osiemnastej.
– Wsiadaj – warknął łysy stojący obok niego. Rogulski zapamiętał jego wojskowe buty. – I sorki za te kopy, ale tak czasami trzeba.
– Pierdol się – warknął pod nosem Rogoś.
Rogulski powoli wsiadł i oparł się o zagłówek, całe ciało go bolało, a przetrącony bark rwał tępym bólem. Żebra też pewnie naruszone. Przymknął oczy. Ciężko zapracował na tę robotę, ale o to chodziło. Wreszcie wszystko się układało.
