Ocali nas pamięć - Aleksandra Palasek - ebook + książka

Ocali nas pamięć ebook

Aleksandra Palasek

0,0
37,50 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Wybaczenie jest silniejsze niż strach. Opowieść o powrotach, na które nigdy nie jest za późno.

Czy miłość może wytrzymać odmowę, wstyd i dziesięciolecia milczenia?

Weronika wraca do Tarnobrzega, próbując uciec przed demonami własnej przeszłości. Nie spodziewa się, że jej losy splotą się z historią rodziny Grześka – mężczyzny, który daje jej nadzieję na nowe życie. W centrum tej opowieści stoi babcia Kasia, kobieta o niezwykłej sile, która u progu życia postanawia wyznać prawdę o błędach młodości.

Przenieś się do roku 1964, do wsi Machów, która lada chwila ma zniknąć z mapy pod naciskiem spychaczy kopalni siarki. Poznaj młodą Kasię – dziewczynę o wielkich marzeniach, która za ucieczkę od wiejskiej biedy zapłaciła najwyższą cenę. To poruszająca historia o upadku, wstydzie ukrytym w kieliszku wódki i miłości Henryka, która cierpliwie czekała osiem lat, by uratować to, co wydawało się stracone.

Chwytająca za serce saga o tym, że każde pokolenie niesie swój ciężar, ale to też opowieść o potędze korzeni, które potrafią przebić się nawet przez najbardziej jałową, nasiąkniętą tragicznymi losami ziemię.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 298

Data ważności licencji: 9/16/2032

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki: Ewa Popławska

Redaktor inicjujący: Małgorzata Święcicka

Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska

Redakcja: Edyta Chrzanowska

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Lena Brzeźniak, Barbara Milanowska (Lingventa)

© by Aleksandra Palasek

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026

ISBN 978-83-287-4245-1

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2026

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

Bo Tarnobrzeg to jednak Tarnobrzeg.

Nic takiego nie ma w żadnym kraju.

Bo Tarnobrzeg to jednak Tarnobrzeg,

Jedynego coś w swoim rodzaju.

Inni chwalą Paryże lub Rzymy,

Imponują im wciąż miasta te,

A my mimo wszystko wolimy

Miasto swe, miasto swe.

Bo Tarnobrzeg to jednak Tarnobrzeg,

Co tu gadać, tak jest.

Nasza radość, nasze zdrowie,

Nasze wieczne oczko w głowie,

nasze wszystko, co chcesz.*

Pamięci tych, po których wioskach zniknął ślad, którym odebrano domy, ziemię i tożsamość.

PROLOGCzerwiec 1946 rokuZaleszany

Biegłem ile sił w nogach, mając nadzieję, że się nie przewrócę. Z tyłu dochodziły mnie krzyki i płacz matki, ojciec wołał o pomoc, ale nikt nie reagował. Słyszeli, ale się bali.

– Bij skurwysyna peperowca! – Złowrogi wrzask rozdarł powietrze.

Na skórze poczułem dreszcze, a oddech uwiązł w gardle. Prawie udało mi się schować za stodołą, gdy wielkie dłonie wczepiły się w moje ramię jak kleszcze.

– Dokąd uciekasz? Życie ci niemiłe? Poczekasz i przyjmiesz karę z ojcem, jak dorosły chłop. – Jeden z oprawców trzymał mnie mocno, więc nie mogłem się ruszyć.

Starałem się powstrzymać łzy, jednak one mimowolnie ciekły z moich oczu. Chciałbym mieć siłę tak wielką, by móc ich wszystkich pozabijać, ale skoro mój ojciec jej nie miał, to skąd ona miałaby się wziąć u mnie? Klęczał na ziemi, a błoto wsiąkało mu w spodnie, ja zaś patrzyłem na jego ręce, które drżały. Nie dlatego, że się bał, ale dlatego, że był zły. Wykrzywiał twarz w grymasie wściekłości, gdy widział, jak jeden z tych bandytów trzyma mamę za ramiona i mocno je ściska, sprawiając jej ból.

– Za to, co robicie prawdziwym patriotom, za to, co robicie Polsce, powinieneś zawisnąć. – Jeden z nich uderzył ojca mocno w twarz.

Drgnąłem przerażony tym i poczułem, jak w moich spodniach rozlewa się ciepło.

– Skurwysyny, to wy zawiśniecie! To was będziemy sądzić! Wam zgotujemy piekło, wy jeszcze nie wiecie, co was czeka! – Ojciec krzyczał, chociaż mama głośno płakała i prosiła, żeby był cicho. On nie schylał karku, mimo że zmusili go do klęczenia.

– Gówno nam zrobicie.

– Myślicie, że wasza banda coś zmieni? Bo pokradniecie trochę ubrań, pieniędzy, obrobicie sklep Dula? – Zaśmiał się, a w jego głosie wybrzmiała gorycz.

Jeden z nich popchnął ojca tak, że ten poleciał twarzą w błoto, a gdy się uniósł, ociekał brązową breją.

– My nie musimy was karać. My będziemy was pilnować. Przyjdzie dzień, gdy ta wasza cała walka o polskość obróci się przeciwko wam. – Po tych słowach zaczęli go bić. Na tyle mocno, że po chwili upadł na ziemię. Poczułem, jak oblewa mnie zimny pot, pojawiły się mroczki przed oczami i zanim opanowała mnie ciemność, zrozumiałem, że mam jeden cel: zniszczyć ich. Nie wiedziałem jeszcze, jak tego dokonam, ale byłem pewien, że spróbuję. Odbiorę im wszystko, co dla nich cenne, zniszczę ich życie.

20 czerwca 2026 rokuTarnobrzeg

Ten dzień zapowiadał się cudownie – słońce pięknie oświetlało cały pokój, a gorące powietrze już wpadało przez otwarte okno do wnętrza, przez co musiałam odkryć kołdrę, bo zrobiło się zbyt ciepło. Przez chwilę obserwowałam tańczące na tle promieni drobinki kurzu, spektakl ten jednak przerwał dzwonek mojego telefonu. Imię, które pojawiło się na wyświetlaczu, sprawiło, że dzień wydawał się jeszcze lepszy.

– Dzień dobry – powiedziałam, jeszcze nieco zaspana. Po drugiej stronie powitał mnie głos, który również świadczył o tym, że jego właściciel dopiero co się przebudził.

– Dzień dobry, Werka. Jak rozumiem, jesteś już gotowa na dzień pełen atrakcji?

– Oczywiście, już stoję pod klatką i czekam na ciebie – zażartowałam i ucieszyłam się ze śmiechu Grześka.

– Myślę, że za godzinę mogę podjechać, co ty na to?

– A nie boisz się tłumów? Już prawie wakacje… – Dobrze wiedziałam, jak wygląda wyjazd nad wodę w tym okresie. Długi rząd aut stojących na Wisłostradzie, które czekają na swoją kolej, by dostać się nad Jezioro Tarnobrzeskie. A to wszystko w ostrym słońcu i smrodzie spalin na zewnątrz.

– Z tobą niczego się nie boję – odparł żartobliwie Grzesiek, a moje policzki się zaczerwieniły. Byliśmy już prawie rok razem, czułam się cudownie, jakbym odnalaz­ła bratnią duszę, jednak nadal potrafił sprawić, że niekiedy stawałam się małą dziewczynką, która nie wie, co ma robić. To było specyficzne uczucie, bo zachowywałam się przy nim bardzo swobodnie, ale to, co widziałam w jego oczach, słowa, które wypowiadał… To wszystko prowadziło do tego, że nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć ani jak postąpić. – Poza tym myślę, że nie będzie tak źle o dziewiątej rano. Prawda? – dopytał tonem, jakby sam miał taką nadzieję i błagał o potwierdzenie.

– Prawda, prawda – potwierdziłam z uśmiechem na ustach. – Co mam ze sobą zabrać?

– Strój kąpielowy, dobry humor i tyle.

– A kanapki? Woda? Będziemy zajeżdżać do jakiegoś sklepu?

– O wszystko zadbałem.

– Może Kasia chce z nami jechać? – Chodziło mi o jego babcię, która w ostatnich miesiącach stała mi się bardzo bliska. Była niczym babcia, której nigdy nie miałam. Interesowała się mną, dbała o mnie, rozmawiałam z nią, jakbyśmy znały się od zawsze. Pomyśleć, że to wszystko zapoczątkowała kobieta, która zmarła na długo przed moimi narodzinami. Kobieta, która zmieniła całe moje życie. Aniela.

– Nie, dzisiaj nie – odpowiedział szybko. Zdziwiło mnie to, bo Kasia często jeździła z nami nad jezioro. Zazwyczaj spacerowaliśmy, słuchając jej opowieści, jak tu kiedyś wyglądało życie, i miałam wrażenie, że każdy z nas czerpie z tego równie wielką przyjemność, więc nie rozumiałam, dlaczego Grzesiek nie wziął tego pod uwagę.

– Dlaczego? Coś jej dolega? – To było pierwsze, co przyszło mi do głowy.

– Jest za ciepło dla niej, woli zostać w domu.

Przyznałam mu rację. Przecież nie była już młoda, a upały w ciągu dnia potrafiły dać w kość nawet mnie. Jednak coś w podejściu Grześka nie dawało mi spokoju.

– To może po kąpieli zabierzemy ją na lody do budki?

– Dzisiaj może nie.

– Ale czemu? Przecież w każdą sobotę robimy coś razem z Kasią. – Po drugiej stronie nastała cisza, której nie rozumiałam.

– Tak, ale w tę sobotę chciałbym spędzić czas tylko z moją dziewczyną. Czy mogę? – Jego głos wydawał się napięty, jakby stracił cierpliwość.

– Eee tak, tak – odpowiedziałam całkowicie zmieszana.

– Przepraszam, po prostu chciałbym cię mieć tylko dla siebie. – Westchnął głośno. – Kocham babcię i uwielbiam nasze wspólne wypady, lecz dzisiaj zależy mi tylko na twojej obecności.

– Oczywiście, rozumiem! – odparłam szybko, chociaż nie było to zgodne z prawdą. Rozumiałam zamysł, Grzesiek jednak wydawał się podenerwowany i niezbyt zainteresowany rozmową na ten temat, a przecież mówiliśmy sobie wszystko. Miałam nadzieję, że podczas spotkania to się wyjaśni. – Bardzo się cieszę na ten dzień.

– Ja również – potwierdził, ale w jego głosie nie było słychać radości. Właściwie to czułam, że wcześniej przyparłam go do muru i coś się zmieniło w jego podejściu. Może za bardzo naciskałam? – Dobrze, więc się zbieraj. Widzimy się za godzinę.

– Pa – rzuciłam, ale po drugiej stronie zastałam ciszę.

– Mamo, to idę!

– Baw się dobrze, dziecko. – Mama pomachała mi z kanapy. W takie upały było jej wyjątkowo trudno z powodu cukrzycy i innych dolegliwości zdrowotnych. Więc zazwyczaj siedziała w szczelnie zamkniętym mieszkaniu, które dzięki starym, grubym murom nie nagrzewało się tak mocno. – Uważaj na siebie, dobrze?

– A ty, mamo, na siebie. Gdybyś się źle czuła, to dawaj znać, wrócę do domu.

– Werka, ja jestem twoją mamą i to ja powinnam się tobą opiekować, a nie ty mną. – Wielokrotnie już o tym rozmawiałyśmy.

Miałam wrażenie, że wiele przepracowałam dzięki tym miesiącom w domu, rozmowom z mamą i Grześkiem. Moje życie się zmieniło – demony nadal się pojawiały i odbierały mi radość, ale były to już sporadyczne sytuacje. Teraz szczęście w moim życiu przyćmiewał powód, dla którego wyjechałam z Tarnobrzega. Powód, którego już nie było.

– Ty opiekowałaś się mną, teraz moja kolej.

Mama chwilę milczała, ale patrzyła na mnie, więc wiedziałam, że chce coś dodać.

– Ja… wieczorem będę szła do taty, jeśli chcesz to… możesz iść ze mną – zaproponowała nieśmiało, a ja poczułam, jak żółć z żołądka wędruje mi do gardła.

To była jedyna rzecz, jakiej nie mogłam zrobić. Jedyna.

– Niestety, nie wiem, kiedy wrócę – odpowiedziałam głosem wręcz wypranym z emocji, a mama tylko kiwnęła głową z uśmiechem. Rozumiała i to chyba najbardziej mnie uderzyło. Dlatego, idąc klatką schodową, walczyłam ze łzami, które pojawiły się w moich oczach. Nie mogłam pozwolić ojcu popsuć tego dnia. Nie mogłam.

Gdy zeszłam z ostatniego stopnia w klatce, z moich ramion opadł pewien ciężar, a na jego miejscu pojawiło się podekscytowanie. Grzesiek – odganiał wszystkie ciemne chmury z moich myśli. Czekał przy drzwiach i uśmiechał się szeroko, jak to miał w zwyczaju, gdy mnie widział. Wpadłam mu w ramiona i poczułam, jak uchodzi ze mnie resztka napięcia. Pocałował moje usta i pogładził po plecach, a gdy się odsunął, nachylił się i spojrzał mi prosto w oczy.

– Gotowa na odwodnienie, prawdopodobny udar słoneczny i wrzaski dzieci przez pół dnia?

– Brzmi kusząco, jestem gotowa. – Zaśmialiśmy się i wyszliśmy na zewnątrz. W drodze do jego auta odczułam już zwiastun tego skwaru, który miał mi dziś towarzyszyć. Jednocześnie wypełniały mnie emocje małego dziecka, które ma przed sobą cały wakacyjny dzień – podekscytowanie i radość.

– Werka? Mam prośbę. – Grzesiek spojrzał na mnie, a w jego oczach dostrzegłam zmęczenie.

– Tak?

– Jeśli jeszcze kiedyś zaproponuję ci dzień na plaży w pełni słońca, gdy temperatura przekracza trzydzieści stopni, to proszę, puknij mnie w głowę, bo chyba nic innego nie podziała.

Śmiałam się głośno, chociaż czułam, jak cierpią przez to moje spalone policzki. Jednak te słowa w połączeniu z jego opalonym nosem wydawały się tak zabawne, że aż drwiłam z naszej wspólnej głupoty. Spędziliśmy nad jeziorem prawie cały dzień. Grzesiek miał przekąski, wodę, a później w barze na miejscu zjedliśmy obiad i wypiliśmy po chłodnej lemoniadzie. Kiedy zbliżał się wieczór, a my nie mieliśmy już sił, mój chłopak postanowił, że wracamy. Wsiedliśmy do auta, krzywiąc się z powodu spieczonej skóry pleców, i ruszyliśmy. Ja z nadzieją, że jedziemy do domu, bo jedynymi rzeczami, o których marzyłam, były chłodny prysznic i łóżko. Gdy jednak zobaczyłam, że wcale nie kierujemy się do miasta, ale na drugą stronę jeziora, gdzie znajdują się miejsca mniej uczęszczane przez turystów i mieszkańców, poczułam lekkie rozczarowanie. Nie miałam sił na dalsze spacery.

– Dokąd jedziemy?

– Chciałem… po prostu stanąć tu. – Wskazał na najniżej położone miejsce przy zjeździe w stronę jeziora. Nie za bardzo go rozumiałam, więc zmarszczyłam czoło.

– Pokąpać się z tej strony?

– Nie, popatrzeć na zachód słońca nad Machowem – odpowiedział, a ja pojęłam, o co mu chodzi. Nie miał na myśli jeziora, ale to, co było pod nim. Dlatego zamilk­łam i gdy zatrzymał auto, bez słów z niego wysiadłam i skierowałam się w dół zjazdu. Byliśmy dokładnie naprzeciwko plaży, na której spędziliśmy cały dzień. – Chciałem tu być z tobą. Spojrzeć na to wszystko z dala od tłumu, obejrzeć zachód słońca, taki sam, jaki widziały moje prababcia i babcia – mówił dalej. – Może to śmieszne, ale z upływem lat jakoś bardziej zacząłem to doceniać.

– Nie widzę w tym nic śmiesznego, Grzesiek. – Złapałam go za rękę i obróciłam się w stronę słońca.

– Weroniko, ja… Wiesz o tym, że wiele w moim życiu utraciłem. Los mi odbierał wszystko po kolei… W pewnym momencie nie byłem pewien, czy cokolwiek ma jeszcze sens. – Głos drżał mu od emocji. Nie patrzył na mnie, ale na zachodzące słońce, nie mogłam więc zobaczyć wyrazu jego twarzy, wystarczył mi jednak sam dźwięk głosu, żebym wiedziała, co się w nim teraz dzieje. – To mnie wiele nauczyło, przede wszystkim tego, że nie ma na co czekać. Zwłaszcza gdy się jest czegoś pewnym.

Nie miałam pojęcia, o co mu chodzi, dlatego po prostu obserwowałam, jak przenosi swój wzrok ze słońca na mnie. Jego oczy były pełne łez, a usta lekko otwarte – zdałam sobie sprawę, że zaraz wydarzy się coś, na co kompletnie nie byłam przygotowana. Poczułam strach, tak wielki, że aż ścisnęło mnie w klatce piersiowej, pot zaś oblał moje plecy.

– Nie chcę robić z tego pompatycznej sceny, bo wiem, że nie lubisz takich sytuacji. Chciałem być z tobą w tym miejscu, tak mi bliskim, tu, gdzie żyli moi przodkowie, i zadać ci krótkie pytanie. Zapytać, czy chciałabyś żyć ze mną już do końca. – Przerwał na chwilę zmieszany. – Chyba jednak trochę pompatycznie, prawda? – Odchrząknął i spróbował znowu. – Chciałbym, żebyś została moją żoną. Po prostu. Tak zwyczajnie. – Patrzył na mnie, próbując odgadnąć moją reakcję. – Coś odpowiesz?

Nie mogłam. Nie mogłam odpowiedzieć na to, bo najzwyczajniej w świecie nie wiedziałam co. Nie myślałam o tym, nie brałam tego pod uwagę.

– Dlaczego? – spytałam, chociaż prawdopodobnie lepsze by było milczenie i udawanie głupiej.

– Bo cię kocham, Weroniko. Dlatego – odparł, chyba lekko zbity z tropu.

– Ale dlaczego teraz? Dlaczego już? Nie jesteśmy razem nawet rok – mówiłam coraz więcej, chociaż nie powinnam. Jednak czułam się przyparta do muru. Grzesiek chwilę milczał. Jego dłoń, która wcześniej gładziła moją, przestała się ruszać.

– Rozumiem, że to jest twoja odpowiedź?

Milczenie. Zbyt ciężkie, by mogło przejść niezauważone. Grzesiek zabrał rękę i wsadził do kieszeni spodni, po czym uśmiechnął się słabo i spojrzał w stronę jeziora.

– Grzesiek, to nie tak… Ja po prostu jestem w szoku. Zaskoczyłeś mnie, to wszystko tak szybko się wydarzyło. – Teraz zaczęłam w głowie łączyć fakty: zdenerwowanie Grześka przez telefon, niechęć do zabrania Kasi. On to planował, pytanie: jak długo i kto o tym wiedział.

– Nie musisz się tłumaczyć, przecież to ja wcześniej ignorowałem wszystkie znaki. To, że nie chciałaś ze mną zamieszkać, mimo że proponowałem parokrotnie, to, że bywały dni, gdy miałem wrażenie, że masz mnie dość. To nie jest twoja wina, Weroniko. To wszystko było w mojej głowie, cały plan, który sobie ułożyłem, wymyśliłem przyszłość, ale zapomniałem spytać, czy ty w ogóle chcesz w niej być.

– Grzesiek… – starałam się mu przerwać, ale nawet gdyby mi się udało, to nie wiedziałabym, co powiedzieć.

– Za bardzo się rozpędziłem. Wydawało mi się, że skoro jest nam dobrze, to taka kolej rzeczy, że pora zrobić następny krok. – Nie patrzył na mnie, jakby się bał tego, co zobaczy, albo tego, co ja dostrzegę w jego twarzy. – Nie chciałem cię stawiać pod ścianą, przepraszam. Przez cały czas mam w sobie taką obawę, że cię stracę… I wiesz, teraz wydaje mi się, że sam do tego doprowadziłem.

– Grzesiek, daj mi coś powiedzieć, dobrze? – Złapałam go za dłoń i pociągnęłam w swoją stronę.

– Nie wiem, czy chcę to usłyszeć.

Wzięłam głęboki oddech.

– Zależy mi na tobie, chcę, żeby było jak wcześniej, chcę nas takich, jakimi byliśmy… – Parsknął cichym śmiechem, w którym nie było nic z radości. Nie było właściwie nic poza żalem.

– A da się? Da się po tym do tego wrócić? Nie jestem pewien. – Ten uśmiech, którym mnie obdarzył, miał w sobie tak wiele bólu, że aż poczułam go wewnątrz. – Wracajmy do domu, jestem padnięty. – To powiedziawszy, skierował się w stronę auta i po raz kolejny tego dnia puścił moją dłoń.

– Ale nie obrażaj się, coś ty! – krzyknęłam. Wtedy się odwrócił i spojrzał na mnie z bardzo poważną miną. – Postawiłeś mnie w takiej sytuacji…

– Weroniko, ja swoje powiedziałem, ty też. Proszę, daj mi teraz pomilczeć, dobrze? – Gdy siedzieliśmy w samochodzie, po chwili ciszy dodał: – Ja nie przestanę cię kochać dlatego, że mi odmówiłaś, ale teraz będę musiał nauczyć się z tym żyć. A ty musisz to zrozumieć.

Druga połowa 1957 rokuMiędzy Machowem a Nagnajowem

Bawiliśmy się, biegając między chatami, zupełnie nieświadomi tego, co ma nadejść. Razem z Marią, moim bratem Józkiem i sąsiadem Henrykiem spędzaliśmy czas wolny od szkoły, głównie włócząc się po łąkach i dzieląc marzeniami. Każde z nas miało swoje, mniejsze i większe, wszystkie były jednak ważne. Maria chciała mieć męża, co jej dom ceglany wybuduje, bo rodziców nie było na to stać. Józek pragnął zostać piłkarzem, czego mu nie wróżyłam, bo biegałam szybciej od niego. Henryk za to marzył, żeby jego ojciec wrócił. Parę lat po wojnie wezwali go na przesłuchanie i ślad po nim zaginął. Mimo to starszy od nas o kilka lat Henryk czekał. Opowiadał o swoich wspomnieniach dotyczących ojca. Nie słuchał tego, co mówili we wsi, że rodzic już raczej nie wróci, ale mama naszego kolegi też zdawała się tak myśleć. Była bardzo smutna. Henryk często wpatrywał się w drogę wiodącą do Tarnobrzega, jakby miał nadzieję ujrzeć na niej postać ojca. Jeśli chodziło o moje marzenia, to miałam głównie jedno – chciałam zobaczyć świat. Taki poza tymi światami książkowymi, w których się zatapiałam, taki prawdziwy, który mnie zachwyci. Uwielbiałam mój Machów, za jego kolory na wiosnę, smaki owoców i jarzyn, za to, że nigdy tu się nie nudziłam. Jednak z wiekiem odkryłam, że nie tego pragnę. Chciałam przeżywać, odczuwać, doświadczać. Chodzić jak bohaterki moich książek do kawiarni, kina, teatru i spotykać się z chłopakami, którzy zabiegają o względy dziewczyn. A przede wszystkim przestać być biedną wieśniaczką, jak to mieli w zwyczaju przezywać mnie w szkole. Miałam gorsze ubrania, nie znałam się na tym, co modne, ale nie byłam głupia, wiedziałam, że to nie jest moja wina. To, gdzie się urodziłam, sprawiło, że było mi ciężej, nie powodowało jednak, że byłam gorsza.

Możliwe, że to kolejny powód, dla którego nie lubili mnie w szkole, bo nigdy nie gryzłam się w język. Za to Maria, Henryk i oczywiście Józek mnie lubili, pewnie dlatego, że mieli równie ciężko, ale chciałam wierzyć, że po prostu mnie rozumieli.

Nie opierali się długo, gdy namawiałam ich na spacer w stronę wykopalisk, które jakiś ważny pan z Krakowa przeprowadzał między wioskami. Być może kierowała nimi ciekawość, tak jak mną, a być może zrobili to, by nie słuchać mojego jęczenia. Byłam ciekawa tego, co nadchodzi, bo przeczuwałam wielkie zmiany w naszym życiu.

Ponoć za jakiś czas mieli zacząć wydobywać tu siarkę, a my wszyscy mieliśmy się przeprowadzić gdzie indziej. Mama bardzo płakała, gdy się dowiedziała, jak zresztą inni ludzie, ja za to miałam nadzieję, że dzięki temu spełnią się moje marzenia. Nawet kosztem szczęścia innych.

Szliśmy polną drogą w kierunku wykopalisk, kopiąc butami piach i trawę. Słońce powoli zniżało się za horyzont, powietrze pachniało nagrzaną ziemią, która jednak wieczorami mocno się wychładzała. Czuć było zbliżającą się jesień. Już z daleka dochodziło nas stukanie łopat o ziemię i głosy dorosłych, ja zaś z każdym krokiem czułam coraz większe podekscytowanie. Gdy podeszliśmy bliżej, zobaczyliśmy mężczyzn pochylonych nad dołami. Jeden z nich miał na sobie jasną koszulę, spodnie przybrudzone gliną, a na nosie okulary, które co chwila opadały mu, przeszkadzając w pracy.

– Dzień dobry. – Pierwszy odezwał się Henryk, który był z nas wszystkich najodważniejszy.

– A dzień dobry, dzień dobry. Ciekawscy? – Mężczyzna w okularach uśmiechnął się do nas wesoło. – Chcecie wiedzieć, co tutaj robimy?

– Tak, proszę pana – odezwał się znowu Henryk, który po chwili wpatrywania się w swoje stopy przerwał ciszę. – Mama mówiła, że chcą nas panowie stąd wyrzucić, ale ja nie chcę wyjeżdżać, bo tu niedługo ma wrócić mój tata. Nie mogę wyjechać… – Wszyscy jak na komendę spojrzeliśmy na Henryka, który walczył ze łzami.

– Nie, nie. My nikogo nie chcemy wyrzucać. Jesteśmy z Krakowa, znaczy ja jestem z Krakowa, mam na imię Adam, pracuję w Muzeum Archeologicznym i jestem… archeologiem – wytłumaczył szybko mężczyzna w okularach, który wydawał się speszony reakcją Henryka. – My ratujemy cmentarz z epoki… Znaczy takie bardzo stare groby, które zabierzemy do badań, rozumiecie?

– Ale po co ratować cmentarz? – zapytałam zaskoczona.

– Bo jeśli tego nie zrobimy, zostanie zniszczony, a to duża część historii. Naszej historii. To są ślady po ludziach, którzy kiedyś zamieszkiwali tę ziemię, ich groby, pozostałości życia codziennego – odpowiedział już spokojniej, a ja słuchałam go z zapartym tchem. Trudno mi było uwierzyć, że pod ziemią, po której biegałam co lato bez butów, leżą szczątki ludzi i rzeczy sprzed setek lat. – Będziemy mogli to wszystko przebadać, opisać. A tutaj powstanie…

– Kopalnia siarki – stwierdził smętnie Henryk, nadal wpatrując się w ziemię, jakby szukał odpowiedzi na własne pytania. – Wiemy.

– A czy jest tam złoto? – Józek odezwał się po raz pierwszy, czym rozbawił mężczyznę i wszystkich wokół.

– Znaleźliśmy naszyjnik z brązu i nausznice, ale chyba nie o to ci chodzi, chłopcze – odparł inny z mężczyzn stojących przy dołach. Wtedy też wszyscy naraz wrócili do pracy, jak gdyby rozmowa została zakończona, jednak archeolog w okularach stał i wpatrywał się w coś za nami. Odwróciliśmy się i ujrzeliśmy jeszcze jednego mężczyznę. Był elegancko ubrany, miał sweter przewieszony przez ramię i gdy się odezwał, to mówił głośno, pewnie, jakby przyzwyczajony był do tego, że się go słucha.

– To jakaś przerwa? Z tego, co wiem, termin mija wam jutro.

– Nie, po prostu dzieci są ciekawe, opowiadamy im, co robimy. – Wtedy ten elegancki mężczyzna spojrzał na nas. Uśmiechnął się w moją stronę, a ja poczułam, jak coś się we mnie zmienia.

– Jesteście stąd? – Wskazał na Machów. Jego ton się zmienił, gdy mówił do nas. Pokiwaliśmy twierdząco głowami, on zaś uśmiechnął się lekko, uwypuklając zagłębienie w policzku. – Nazywam się Tadeusz Mielczyński, z ramienia partii nadzoruję pracę panów i dbam o to, by odpowiadać na wszelkie pytania mieszkańców. W tym wasze. Ale chodźmy już stąd, bo tu jest mało przyjemnie. – Położył dłoń na moim ramieniu i skierował nas w przeciwną stronę. – Ciekawi was coś konkretnego?

– Dlaczego musimy się przeprowadzić? My nie chcemy – odezwał się Henryk, którego głos brzmiał mocno. Albo przynajmniej bardzo się starał, aby tak brzmiał. Walczyłam ze sobą, by nie powiedzieć, że ja wcale nie mam zamiaru tu zostać, ale nie chciałam zranić jego uczuć.

– A co was tu trzyma? Przecież dostaniecie nowe domy, z elektrycznością, wasi rodzice dostaną pracę, będą pieniądze i normalne życie. Tu będzie kopalnia, która sprawi, że nasz kraj się rozwinie. Musicie patrzeć przyszłościowo.

Mówił, a ja nie byłam w stanie oderwać spojrzenia od jego twarzy. Był młody, dorosły, ale widocznie dopiero od niedawna. Miał gładką twarz, choć jego rysy były ostre.

– Czeka was tam piękna przyszłość. Będziecie mogli się rozwijać, spełniać marzenia.

Jednak bardziej niż o wygląd chodziło mi o jego słowa, z których każde brzmiało jak obietnica. Spełnienie tego, o czym marzyłam po cichu, czytając książki przy lampie naftowej. Ich bohaterowie byli jak Tadeusz: pewni siebie, silni, wiedzieli, dokąd zmierza świat. Czułam, jak serce wali mi w piersi, a w głowie rodzi się przekonanie, że oto ktoś wreszcie mówi o mnie i do mnie.

– Teraz może nie rozumiecie, ale jestem pewny, że z biegiem lat zmienicie zdanie. A ja mam nadzieję, że was wtedy spotkam i powiem: „A nie mówiłem?”.

W głębi serca ja też miałam nadzieję, że jeszcze go zobaczę. Za parę lat. Nie wiedziałam wtedy, jak wielkie znaczenie będzie miało dla mnie to spotkanie i jak zmieni moje życie.

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Przypisy

*Tarnobrzeg, sł. Andrzej Listwan, Kazimierz Niezgoda, muz. Kazimierz Chlebowski, lata sześćdziesiąte XX wieku.[wróć]