160 osób interesuje się tą książką

Opis

Ocalało tylko serce

Autorka „Jedynego takiego miejsca”, uwielbiana przez czytelników, Klaudia Bianek, powraca z historią, która rozgrzeje Twoje serce!

Klara to dziewczyna potrafiąca zauroczyć niejednego chłopaka: bystra, piękna, niebojąca się czerpać z życia garściami, a jednocześnie bardzo niepewna siebie. Jest zagubiona i stoi na życiowym rozdrożu, zastanawiając się, czy prawdziwa miłość istnieje i czy kiedykolwiek uda jej się odnaleźć prawdziwe uczucie. Niespodziewanie spotyka kogoś, kto wywróci cały jej świat do góry nogami.

Aleksander jest prawdziwym bohaterem, który ocalił niejedno życie, przy okazji narażając swoje własne. Uważany za tajemniczego i aroganckiego, ukrywa przed wszystkimi swoją historię, nie mając nadziei na lepsze jutro. Nie spodziewa się, że na świecie jest jeszcze ktoś, kto może pokochać go takim jakim jest. Każdej nocy zadaje sobie pytanie: czy było warto? I doskonale wie, że tak.

Czy bolesne wspomnienia pozwolą Aleksandrowi powrócić do normalnego życia? Czy Klara odkryje, co tak naprawdę wydarzyło się w jego życiu i przebije się przez mur, który zbudował wokół swojego serca? Czy oboje mają szansę na ocalenie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 414

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Klaudia Pankowska-Bianek, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Grażyna Milewska

Korekta: Anna Królak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Zdjęcia na okładce:

© Tanya Joy | www.shutterstock.com

© Jovana Rikalo | www.trevillion.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66431-73-7

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci,

miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki.

Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych

jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

Patrycji – bo rodzeństwo to skarb,

a Ty jesteś moim

Życie trwa tylko chwilę,

więc spal się jak najjaskrawszym płomieniem.

~ Oscar Wilde

Klara

Od kilku tygodni starałam się walczyć z moją skłonnością do spóźniania się. Tego dnia szczególnie mi zależało, żeby być na czas w domu rodziców, bo przygotowali uroczystą kolację, na którą zaprosili mnie oraz Antka, prosząc o stawiennictwo na godzinę dziewiętnastą.

Tylko ja byłam na tyle zdolna, żeby nie wyrobić się na godzinę dziewiętnastą. Spod osiedla wyruszyłam o osiemnastej pięćdziesiąt, a do domu rodziców położonego na obrzeżach Groszkowic dotarłam z piętnastominutowym opóźnieniem. Mama zdążyła dwa razy do mnie zadzwonić, a Antek napisał wiadomość z pytaniem, gdzie się podziewam.

Zaparkowałam przed bramą wjazdową, bo już z daleka widziałam, że na podjeździe stoi samochód Antka i jeszcze jeden, którego nie znałam. Poprawiłam szal, otulając nim twarz, zabrałam z siedzenia pasażera moją małą torebkę i najszybciej jak tylko mogłam, przebiegłam do drzwi wejściowych, bo wiatr zdawał się wzmagać z sekundy na sekundę. Styczeń raczył nas deszczem, wiatrem i niskimi temperaturami, a najgorsze było to, że w najbliższych tygodniach nie zapowiadano żadnej zmiany na lepsze.

Już w progu usłyszałam rozmowy toczące się w salonie. Zdążyłam zdjąć szal, gdy mama wypadła z kuchni i uśmiechnęła się z ulgą na mój widok.

– Klara, nareszcie! – zawołała i utuliła mnie, całując w policzek.

Czterdziestoośmioletnia Zofia Zegarek była niska i pulchna, a jej jasne włosy zawsze uczesane były w misterny kok. Na szyi mamy zawsze połyskiwały perły, a palce pełne były pierścionków. W uszach niezmiennie błyszczały kolczyki, na nadgarstkach połyskiwały bransoletki. Moja rodzicielka była absolutną, totalną sroką i kochała wszelkiego rodzaju świecidełka.

– Wybacz spóźnienie, mamo – wyszeptałam z zakłopotaniem i uśmiechnęłam się, po czym odwiesiłam płaszcz na wieszak, założyłam torebkę na ramię i poprawiłam prostą, granatową sukienkę. – Zauważyłam na podjeździe jakiś obcy samochód i… – zaczęłam, lecz mama uścisnęła moje ramię i poprowadziła mnie do salonu.

– Mamy gości. Chodź, przedstawię cię.

Przy rozłożonym na całą długość stole siedział mój tata, Antek oraz trzy nieznane mi osoby. Oczy wszystkich zwróciły się w kierunku moim i mamy, gdy weszłyśmy do pomieszczenia.

– Jest nasza spóźnialska! – zawołał Antek z szerokim uśmiechem złoczyńcy, a ja zmrużyłam groźnie oczy, posyłając mu chłodne spojrzenie.

– Kochani, poznajcie naszą córkę, Klarę – powiedziała uroczyście mama, a ja mimowolnie spłonęłam rumieńcem. – Klarciu, to moja serdeczna koleżanka Danusia Daliszewska, to jej mąż Marian i ich syn Aleksander. – Mama najpierw wskazała dłonią na uśmiechniętą, ciemnowłosą kobietę z wyraźnymi zmarszczkami wokół oczu, a następnie na mężczyznę w podobnym do żony wieku, który miał przyprószone siwizną sumiaste wąsy. Ostatnią przedstawioną mi osobą był chłopak w zbliżonym do Antka wieku.

Pierwsze, co mnie w nim uderzyło, to duże, szare oczy otoczone woalką ciemnych rzęs. Miał krótkie, czarne włosy i mocne rysy twarzy, a kwadratową szczękę pokrywał kilkudniowy, starannie wystylizowany zarost. Ubrany był w czarny golf, który opinał jego szerokie ramiona i uwydatniał seksowne dłonie o długich palcach. Spojrzeliśmy na siebie przez chwilę, ale szybko odwrócił wzrok, a mięśnie na jego szczęce zadrgały. Szybkie skinięcie miało być najwyraźniej formą przywitania.

Ukłoniłam się państwu Daliszewskim i usiadłam obok mojego brata, zdając sobie sprawę, że jestem bardziej spięta, niż powinnam być, biorąc pod uwagę fakt, że właśnie zasiadłam do stołu w domu rodzinnym.

– Czemu się znowu spóźniłaś, co? – spytał cicho Antek i popatrzył na mnie.

– A ty myślisz, że ja wiem? Zaczęłam się szykować odpowiednio wcześnie, ale i tak wyjechałam z osiedla dopiero za dziesięć… – odpowiedziałam i wzruszyłam ramionami. – Pójdę zapytać mamę, czy pomóc jej w kuchni… – dodałam i wstałam od stołu.

Mama przygotowywała talerze i sztućce do podania kolacji, a przy tym nuciła sobie pod nosem z radością. Uwielbiała przyjmować gości i cieszyło ją, gdy mogła kogoś obsłużyć.

– Pomóc ci w czymś, mamo? – zapytałam od wejścia, a ona spojrzała na mnie pogodnie.

– Nie trzeba, kochanie. Dam sobie radę. – Jej odpowiedź zupełnie mnie nie zdziwiła.

– Daj spokój, pomogę – odpowiedziałam uparcie i od razu złapałam za talerze i sztućce, idąc z nimi do salonu.

Rozmowa toczyła się w najlepsze. Pan Daliszewski prawił z moim tatą o polityce, a pani Daliszewska przysłuchiwała się rozmowie Antka z jej synem. Ja bez słowa zaczęłam rozkładać talerze przed gośćmi i chyba celowo rozegrałam to tak, że ostatni talerz musiałam położyć przed Aleksandrem.

Pochylając się lekko nad nim, poczułam głęboki, mocny, ale niesamowicie męski zapach wody kolońskiej i szamponu do włosów. Zacisnęłam usta i odsunęłam się szybko, jednak zauważyłam, że on nawet nie drgnął, jak gdyby w ogóle nie zauważył, że pojawił się przed nim talerz.

W ciągu dziesięciu minut rozłożyłyśmy z mamą wszystkie potrawy na stole, a tata wyciągnął z barku karafkę z whisky oraz wino.

– Dobrze, moi drodzy. To kto i co pije? – zapytał, rozglądając się po wszystkich.

Antek zgłosił się jako pierwszy i posłał tacie zuchwałe spojrzenie, zapewne chcąc mu utrzeć nosa za te wszystkie czasy, gdy tata odmawiał mu łyku piwa przed uzyskaniem pełnoletności. Pan Daliszewski także uniósł rękę, a mama szturchnęła swoją koleżankę, pytając, czy ma ochotę na lampkę wina. Ja przyjechałam autem, więc nie zareagowałam, Aleksander także się nie odezwał.

– Aleks, a ty nie wypijesz? – zagadnął go tata, na co on pokręcił głową.

– Ktoś musi kierować – odpowiedział spokojnie. Jego głos to była kolejna rzecz, od której można było się uzależnić. Niesamowicie głęboki, męski, niemal przeszywający na wskroś i brzmiący tak, jak gdyby wydobywał się z najgłębszych zakamarków jego seksownego ciała.

Niech to szlag, od czasów Alana z nikim nie spałam i chyba powoli zaczynało mi się to udzielać…

– A może Klarcia mogłaby was odwieźć, co? – wypaliła nagle mama, a ja spojrzałam na nią szeroko otwartymi oczami. – I tak nie pijesz, kochanie, a Aleks wtedy mógłby… Czy to jakiś problem? – zapytała i znów uśmiechnęła się do mnie szeroko, automatycznie wymazując z moich ust jakiekolwiek zaprzeczenie.

– Jasne, nie ma problemu. Mogę państwa odwieźć. Jutro i tak zamierzam wpaść do rodziców, to mogłabym podrzucić cię po samochód – odpowiedziałam, przy ostatnim zdaniu zwracając się do Aleksandra.

Jego spojrzenie było naprawdę przeszywające, a wyraźne usta tak niebywale odznaczały się na tle ciemnego zarostu. Szybko popatrzył na tatę i skinął głową, co oznaczało, że skusi się na szklaneczkę whisky.

Kolacja przebiegła w miłej i radosnej atmosferze, a podczas deseru wszyscy z wyjątkiem mnie byli już w naprawdę zabawowych nastrojach. Aleksander kilkukrotnie uśmiechnął się do Antka i mojego taty, bo oboje najwyraźniej próbowali zrobić wszystko, żeby go rozruszać, co nie było łatwe, bo chyba był cholernie poważnym człowiekiem.

Nie mogłam się powstrzymać od zerkania na niego, gdy te jego ładne usta unosiły się w uśmiechu, a wokół szarych oczu zaznaczały się drobne zmarszczki. Mogłam sobie pozwolić na trochę obserwacyjnej swobody, bo i tak nikt nie zwracał na mnie uwagi. Mama i pani Danuta prowadziły rozmowę o domowych wypiekach, a tata z Antkiem, panem Marianem i Aleksandrem wykłócali się na tematy piłkarskie.

W którymś momencie usłyszałam, że w torebce dzwoni mój telefon. Szybko go wyszperałam i, przepraszając wszystkich, wstałam od stołu. Poszłam do kuchni, gdzie odebrałam połączenie od Kamila. Był moim kolegą ze studiów, a od trzech tygodni spotykaliśmy się na bardziej prywatnej stopie.

– Halo?

– Hej, Klara! – zaczął swoim przyjemnym, ciepłym głosem. – Co dziś porabiasz?

– Tak się składa, że jestem na kolacji u rodziców – odpowiedziałam i przeczesałam dłonią jasne włosy, przerzucając je na jedno ramię. Fale, które z taką precyzją przygotowywałam przed wyjściem, już opadły. – A ty co robisz?

– Wróciłem właśnie do mieszkania, bo byliśmy z chłopakami na piwie, i pomyślałem, że moglibyśmy się spotkać – odpowiedział, a ja oczami wyobraźni zobaczyłam, jak leży na swoim jednoosobowym łóżku, patrzy w sufit, przyciska telefon do ucha i uśmiecha się. – Długo ci tam zejdzie?

– Ciężko stwierdzić, bo rodzice zaprosili znajomych i wrobili mnie w odwózkę, więc zapewne to trochę potrwa – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Może umówimy się na jutro? – zaproponowałam i usłyszałam długie westchnienie po drugiej stronie.

– Niech będzie – odpowiedział. – Napisz mi, gdy będziesz już w domu, dobra?

– Dobra.

Pożegnaliśmy się i już miałam wrócić do salonu, gdy nagle w wejściu do kuchni pojawił się Aleksander.

Teraz mogłam zobaczyć, że cały był ubrany na czarno i prezentował się po prostu nieziemsko. Jego sylwetka była mocna i atletyczna, a do tego był tak wysoki, że ja prawdopodobnie sięgałam mu poniżej ramienia. Patrzył na mnie, a ja patrzyłam na niego i nie do końca podobało mi się to, że zabrakło mi tchu.

– Gdzie znajdę łazienkę? – zapytał po chwili. Głos miał chłodny, niemal szorstki, więc szybko wybudziłam się z dziwacznego letargu.

– Korytarzem do samego końca, pierwsze drzwi na lewo – odpowiedziałam spokojnie, a on bez podziękowania odwrócił się i odszedł.

Od razu to zauważyłam. Miał sztywną sylwetkę i utykał na prawą nogę. Starał się to tuszować, ale ja zbyt dokładnie mu się przyglądałam, żeby nie zwrócić na to uwagi.

Wróciłam do salonu i zobaczyłam, że uśmiechy zniknęły z ust mojej mamy i pani Daliszewskiej. Antek, tata i pan Daliszewski też byli poważni. Wszyscy jakoś dziwnie szeptali i raptownie podskoczyli na mój widok.

O co im chodziło?

Chwilę po mnie do pokoju wrócił Aleksander i znów wszyscy zaczęli się normalnie zachowywać. Antek był wesoły, mama rozgadana, tata rozlewał alkohol. I trwało to aż do północy, bo wtedy wreszcie państwo Daliszewscy zapytali, czy mogłabym ich odwieźć do domu.

Mama obdarowała nas wszystkich kilkunastoma pudełkami z jedzeniem: dwa rodzaje sałatek, makaron z sosem serowym, jakaś pieczeń w sosie grzybowym, roladki wieprzowe, ciasto… Było tego mnóstwo i nie pomagały żadne protesty, bo ułożyła mi to wszystko w bagażniku i podziękowała gościom za przybycie. Antek pokiwał mi głową z progu domu, bo dzisiejszą noc miał spędzić u rodziców.

Zajęłam miejsce kierowcy, a państwo Daliszewscy usadowili się z tyłu. Obok mnie pojawił się Aleksander, który wsiadał powoli i zajęło mu to chwilę. Nie chciałam się przypatrywać, ale kątem oka zaobserwowałam, że musiał podciągnąć prawą nogę rękami, żeby usadowić ją odpowiednio w samochodzie.

– Dokąd mam jechać? – zapytałam, gdy wszyscy zapięli pasy i mogłam ruszyć.

– Nas, kochana, zawieź na osiedle Jagiellońskie – powiedziała pani Daliszewska. Przytaknęłam w milczeniu.

Samochód wypełniała ciemność i ciężka cisza, więc włączyłam radio, a po chwili z głośników popłynęły pierwsze dźwięki piosenki Bez znieczulenia zespołu happysad. Lubiłam ich utwory, więc te najlepsze zgrałam na płytę i słuchałam ich często podczas jazdy.

Po jakichś ośmiu minutach zaparkowałam na osiedlu i wysiadłam, żeby pomóc państwu Daliszewskim zabrać się z całym prowiantem podarowanym przez mamę. Otworzyłam bagażnik i wyciągnęłam ze środka pudełka, podając powoli, żeby mogli je sobie ułożyć w ramionach. Pożegnali się i podziękowali za podwózkę, po czym oboje zniknęli w klatce najbliższego bloku.

Wsiadłam do auta i zdałam sobie sprawę, że jeśli do tej pory czułam się niezręcznie, to chyba naprawdę nie zastanawiałam się, jak to będzie zostać sam na sam z milczącym, niemal gburowatym Aleksandrem. Siedział na miejscu pasażera i patrzył przed siebie, jak gdyby w ogóle nie dostrzegał mojej obecności.

– Dokąd teraz? – zapytałam cicho, odpalając samochód.

– Na Jackowskiego – odparł sucho.

Już miałam ochotę powiedzieć mu, że to niesamowite, bo okazało się, że mieszkamy bardzo blisko siebie. Moje osiedle sąsiadowało z ulicą Jackowskiego, ale biorąc pod uwagę jego stosunek do rozmowy ze mną, postanowiłam darować sobie tego typu wstawki konwersacyjne, bo i tak nie wykazywał zainteresowania żadnym dialogiem.

Kilka minut później zatrzymałam się pod starą kamienicą. Wyłączyłam silnik i wysiadłam, bo wiedziałam, że znów będzie potrzebował dłuższej chwili. Nie miałam pojęcia, co było z jego nogą, ale czy powinno mnie to w ogóle obchodzić? Otworzyłam bagażnik i ułożyłam pudełka z jego prowiantem, żeby mógł je zabrać.

– Nie potrzebuję tego. Weź do siebie – powiedział oschle, stając obok mnie i wpatrując się w stosik przygotowanego jedzenia.

– Mama dała to dla ciebie, więc proszę, weź to – odpowiedziałam cicho i spojrzałam na niego.

Jego szare oczy zderzyły się z moimi niebieskimi. Wiedziałam, że jest zamknięty i uparty, ale niczego więcej nie mogłam wyłapać, bo zacisnął usta i przeniósł wzrok gdzieś poza mnie.

– Nie chcę tego, Klara – wycedził, a ja mimowolnie uniosłam brwi, bo to był pierwszy przejaw zainteresowania z jego strony.

– Proszę cię, weź to jedzenie, bo ja ani moja współlokatorka nie pochłoniemy tego nawet w tydzień – odpowiedziałam spokojnie, a wtedy, ku mojemu zdumieniu zobaczyłam, że kąciki jego ust zadrgały.

Co, do diabła?

– Tak, zauważyłem, że nie jesz zbyt wiele – wypalił, a mnie dosłownie opadła szczęka.

Jak to zauważył? Przecież przez cały wieczór mnie ignorował!

Zbyłam jego słowa milczeniem, bo zupełnie nie przychodziło mi do głowy, co mogłabym powiedzieć. Zamiast tego wręczyłam mu wszystkie pudełka od mamy i uśmiechnęłam się.

Był naprawdę przystojnym mężczyzną. Zupełnie nie w moim stylu, bo ja zdecydowanie bardziej wolałam typowych luzaków, a Aleksander Daliszewski był chodzącą elegancją. Prezentował się fantastycznie w tych czarnych ubraniach, dłuższym płaszczu, rękawiczkach… Patrzenie na niego sprawiało, że każda normalna kobieta zapominała o silnym styczniowym wietrze i przeszywającym zimnie.

– Dzięki za podwózkę – powiedział i odsunął się o krok.

– Nie ma za co – odparłam i zatrzasnęłam klapę bagażnika. – O której mogę jutro podjechać, żeby zawieźć cię po samochód?

– Trzynasta będzie w porządku?

– Tak, pewnie – odpowiedziałam i wzruszyłam ramionami, żeby tylko nie posłać mu uśmiechu. – Dobranoc – dodałam.

– Dobranoc. – Usłyszawszy odpowiedź, wsiadłam do auta i po chwili odjechałam, nie patrząc w lusterko wsteczne na znikającego w kamienicy Aleksandra Daliszewskiego.

Co było z tą jego nogą?

Aleksander

Dziś po raz pierwszy od dwóch lat dobrowolnie wyszedłem do ludzi. Mama od kilku dni bezustannie namawiała mnie, żebym wybrał się z nimi na tę kolację do Zegarków. Ona i pani Zosia poznały się osiem lat temu w szpitalu i odnalazły przed dwoma miesiącami, chcąc odnowić kontakty. Nie byłem do końca przekonany do tego pomysłu, bo stroniłem od ludzi, ale jednocześnie chciałem uszczęśliwić mamę, bo od dnia mojego wypadku nie miała zbyt wielu powodów do uśmiechu…

Dom Zegarków był duży i ładny, a wnętrze udowadniało, że finansowo stali całkiem nieźle. Przywitali nas serdecznie, a następnie przedstawili nam Antka, młodszego ode mnie o rok chłopaka, z którym od razu złapałem wspólny język. Pani Zosia powiedziała, że czekamy jeszcze na jedną osobę.

Pojawiła się z piętnastominutowym spóźnieniem.

Niska i filigranowa, z jasnymi, długimi, falowanymi włosami i ogromnymi, niebieskimi oczami. Jej drobna twarz w kształcie serca, wydatne, malinowe usta i prosta sukienka w granatowym kolorze sprawiały, że każdy kto na nią patrzył, odczuwał silną potrzebę otoczenia jej opieką.

Miała na imię Klara. Nigdy nie znałem nikogo o takim imieniu, ale musiałem przyznać, że do niej pasowało idealnie. Była pięć lat młodsza ode mnie. Jej delikatność, niewymuszona elegancja i skromność sprawiały, że obserwowałem ją mimowolnie przez całą kolację, po prostu nie potrafiłem się powstrzymać. Jadła niewiele i przy każdej możliwej okazji uciekała od stołu. W którymś momencie podsłuchałem jej rozmowę telefoniczną, a po wyrazie twarzy domyśliłem się, że jest mi tak samo nieprzychylna jak ja jej.

Bo ja już żadnej kobiecie nie byłem przychylny.

Przeżyłem swoją wielką miłość. Miała na imię Sandra – dziewczyna, która zmieniła wszystko. Poznaliśmy się w liceum, byłem dwa lata starszy, a ona zagubiona w murach nowej szkoły i szukająca nowych znajomości. Nasze nagłe uczucie było na tyle mocne, że dosłownie zwalało nas z nóg. Oświadczyłem się jej w dniu, w którym kończyła szkołę średnią, a po kolejnych dwóch latach wzięliśmy ślub. Byliśmy dobrym, choć młodym małżeństwem, które pomimo wieku dawało sobie radę z problemami dnia codziennego. Jej studia i moja służba w Straży Pożarnej, rozłąki i częsty brak kasy – nic nie było w stanie nas złamać.

Aż do dnia mojego wypadku.

To wtedy wszystko się zmieniło.

Sandra stwierdziła po prostu, że nie da rady żyć z takim facetem jak ja. Uznała, że to przerasta jej wszelkie wyobrażenia, a ona jest młoda i nie może tak się ograniczać. Spakowała się i odeszła. A ja wróciłem ze szpitala do pustego mieszkania, gdzie nie było już jej ubrań, kosmetyków, laptopa, zdjęć.

Wielu ludzi ją oceniało, wyzywało, potępiało, lecz ja pomimo tych wszystkich samotnych nocy, gdy dręczył mnie nieopisany ból, zarówno fizyczny, jak i emocjonalny… Nie potrafiłem przestać jej kochać. Odciąłem się, bo chociaż chciała mnie odwiedzić i porozmawiać, to odmówiłem.

Nie byłem jej ofiarą. Gardziłem jej litością. Skupiłem się na odbudowywaniu samego siebie – głównie ciała, bo dusza spłonęła razem z domem Patryka Lelki. Pozostała rozległa blizna po oparzeniu trzeciego stopnia, obejmująca całe plecy, fragment szyi i karku oraz prawe ramię. Pozostały niemożliwe do zniesienia bóle fantomowe w kikucie – pozostałości po amputacji prawej nogi powyżej kolana. Pozostał wiszący w szafie mundur galowy i wszystkie elementy munduru koszarowego. Z moich marzeń o pracy w Państwowej Straży Pożarnej pozostały tylko zgliszcza. A w szufladzie komody nadal leżał dyplom ukończenia Szkoły Aspirantów Państwowej Straży Pożarnej w Krakowie.

Tamtego dnia wydarzyło się wiele… Opanowały mnie adrenalina i chęć niesienia pomocy, ale przede wszystkim jakieś głupie przekonanie o niezniszczalności. Na obrzeżach Groszkowic płonął dom jednorodzinny. Ze środka wynieśliśmy matkę, ojca, córkę i przerażonego kota. Byliśmy wykończeni, ale musieliśmy pracować dalej. Zdążyłem zdjąć część mojego osprzętu, gdy matka krzyknęła, że w środku został Patryk.

A Patryk miał wtedy dwanaście lat i zaledwie półtorej godziny wcześniej wrócił z treningu karate, po czym położył się spać.

Nie myślałem, bo ratunek był w tym momencie kluczowy. Bez pełnego ubioru rzuciłem się biegiem do płonącego domu i zgięty wpół przeszukiwałem pomieszczenia. Żar wyduszał mi powietrze z płuc i ostatkiem sił dotarłem do pokoju chłopaka, gdzie wyrwałem go nieprzytomnego z łóżka i popędziłem do wyjścia. Widziałem już światło z zewnątrz, poprzez ryk ognia słyszałem krzyki moich kolegów.

Najgłośniejszym dźwiękiem był jednak trzask stropu nad moją głową. Zdążyłem spojrzeć w górę, gdy wszystko runęło. Nakryłem chłopaka swoim ciałem i pozwoliłem pochłonąć się ciemności…

Nie pamiętałem niczego, gdy przebudziłem się w szpitalu. Bolało mnie wszystko, a środki przeciwbólowe zdawały się w ogóle na mnie nie działać. Leżałem jak otumaniony, a dookoła kręcili się ludzie. Nie mogłem się ruszyć i z odmętów umysłu wyłoniła się myśl, że pewnie mam złamany kręgosłup. Wokół mnie było biało, czucie ciała było zaburzone…

Lekarze szybko uznali, że jestem gotowy, by usłyszeć, że doznałem poparzenia trzeciego stopnia pleców i ramienia, a oprócz tego zmuszeni byli amputować mi część prawej nogi powyżej kolana. A później przyszła Sandra i, płacząc, powiedziała, że odchodzi…

Kto by to przeżył? Ja do dnia dzisiejszego nie wiedziałem, jak to przetrwałem. Jak dałem sobie radę z bólem emocjonalnym i fizycznym?

Były spotkania z terapeutami, psychologami, rehabilitacje, ćwiczenia, wizyty u kolejnych specjalistów… I chociaż przez większość czasu czułem, że to mi nie pomoże, to ostatecznie stanąłem na nogi – jakkolwiek niefortunnie by to brzmiało. Przerobiłem ból powodowany przez zwykłą protezę, a ostatecznie musiałem się zaprzyjaźnić z mioelektryczną – najbardziej zaawansowaną, ciężką, ale dającą spore możliwości.

Zrezygnowałem z przeszczepu skóry, bo o wiele łatwiejsze było nauczenie się życia w takim wydaniu niż przechodzenie kolejnych operacji, których efekt nie był z góry i na sto procent przesądzony. Chciałem wypracować sobie samotny system życia, bo na inne już nie liczyłem.

To i tak był cud, że wyszedłem z tego cało.

Ale najważniejsze, że Patryk Lelek też.

Charakterystyczne pukanie do drzwi wyrwało mnie z łóżka chwilę po dziesiątej. Na progu mieszkania zobaczyłem dobrze znanego mi czternastolatka, który w prawej dłoni ściskał rączkę siatki z, jak już wiedziałem, kolejnym pożywnym prezentem od jego matki.

– Wejdź – powiedziałem i odsunąłem się z przejścia, wpuszczając Patryka do środka.

Przez ostatnie dwa lata wyraźnie urósł i powoli zaczynał wchodzić w okres mutacji, bo jego głos stał się wysoki i cienki. Czasem zauważałem, że wstydzi się tego, lecz taktownie nigdy nie skomentowałem tej zmiany, bo chciałem, żeby czuł się przy mnie swobodnie i pewnie.

– Mama dała babeczki nadziewane konfiturą wiśniową – powiedział i położył na kuchennym stole torbę, po czym zdjął z siebie kurtkę, szalik i czapkę. – Okropnie wieje!

– Już wczoraj wieczorem było nie za ciekawie – odpowiedziałem i od razu nalałem mleka do rondelka, bo mieliśmy z Patrykiem taką tradycję, że ilekroć przyszedł, to za każdym razem piliśmy kakao.

– A gdzie wczoraj byłeś? Bo zauważyłem, że nie ma samochodu przed kamienicą – zagadnął z ciekawskim uśmiechem.

Mały cwaniak próbował mnie na czymś złapać?

– Rodzice namówili mnie na kolację u ich znajomych – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, a krągła twarz Patryka rozświetliła się w uśmiechu.

– O, czyli możemy wykreślić z listy pierwszy krok! – zawołał radośnie. Zmarszczyłem brwi z niezrozumieniem.

– Z jakiej znowu listy?

– Stworzyłem listę rzeczy, które musisz zrobić, żeby wszystko wróciło do normy – odpowiedział spokojnie i zrobił tę swoją przemądrzałą minę, którą już doskonale znałem.

Nie chciałem mówić przy Patryku, że nie ma szans, żeby cokolwiek wróciło do normy, bo kiedyś chlapnąłem przy nim bezmyślnie o tym, że moje życie przepadło, a on się rozpłakał i zaczął mnie przepraszać, bo uznał, że to wszystko jego wina.

Nigdy, nawet przez ułamek sekundy nie przeszło mi przez myśl, żeby obwiniać go o obrażenia mojego ciała. Sam pobiegłem mu na ratunek i zawiniłem wyłącznie swoją bezmyślnością. Patryk po tym pożarze stał się wrażliwszy niż wcześniej; tak przynajmniej mówiła mi jego mama.

Postanowiłem zbyć milczeniem jego słowa i żeby zmienić temat, zajrzałem do torby, wyciągając ze środka plastikowy pojemnik z babeczkami, które swoim słodkim zapachem wypełniły całą kuchnię.

– Jak tak dalej będziecie robić, to ja się nie uniosę… – powiedziałem z przyganą, a Patryk wyszczerzył się radośnie.

– Mama zawsze mnie pyta, kiedy się do ciebie wybieram. Wstaje wtedy wcześniej i coś piecze, żebym mógł ci przynieść – odparł, a ja uśmiechnąłem się tylko. Doskonale wiedziałem, że Donata Lelek każdym takim gestem dziękowała mi za uratowanie życia jej synowi.

– Podziękuj jej ode mnie. Jak zawsze.

– Podziękuję – odparł i wstał, po czym wyjął z szafki talerz i przełożył na niego babeczki. Ja w tym czasie wrzuciłem do mleka trzy czubate łyżki kakao i jedną łyżkę cukru, po czym zacząłem mieszać. – A pamiętasz, jak ci mówiłem, że Monika bierze ślub? – zagadnął, a ja przytaknąłem.

Monika była o osiem lat starszą siostrą Patryka i już od trzech lat była zaręczona ze swoim chłopakiem. To nie powinno nikogo dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że ich związek rozpoczął się w pierwszej klasie gimnazjum.

– Mama mi dzisiaj powiedziała, że Monika chce cię zaprosić. Oczywiście z dziewczyną – powiedział z szerokim uśmiechem, a ja zamarłem na krótką chwilę i popatrzyłem na niego poważnie. – No nie gap się tak, Aleks! To dopiero dwudziestego ósmego marca, więc zdążysz sobie kogoś znaleźć do tego czasu, nie?

Tak, dla dzieciaka w wieku Patryka logicznym wydawało się, że moim jedynym problemem był brak dziewczyny. A ja nie wyobrażałem sobie iść na ślub, bawić się świetnie i zabrać ze sobą kogoś, kto nie jest Sandrą.

Osoba towarzysząca to akurat mój najmniejszy problem…

– Nie wiem, czy to dobry pomysł… – mruknąłem i wyłączyłem palnik, po czym rozlałem kakao do dwóch kubków. Jeden postawiłem przed Patrykiem, a z drugim usiadłem naprzeciwko niego.

– A dlaczego nie? Będzie megazabawa! Monika się obrazi, jeśli jej odmówisz! – odpowiedział natychmiast i ostrożnie wysiorbał pierwszy łyk, uśmiechając się z lubością. – Pyszne!

– Zobaczymy, jak to będzie – mruknąłem na odczepne, bo najgorzej bym postąpił, gdybym dalej maglował ten temat z czternastolatkiem po przejściach.

Przez kolejne trzy godziny bawiliśmy się po prostu świetnie. Zaczęliśmy od gier komputerowych, później wspólnie przygotowaliśmy pizzę z najróżniejszymi dodatkami, aż w końcu zasiedliśmy do naszej ulubionej gry – scrabbli. Spędzanie czasu z Patrykiem było jednym z najlepszych momentów, jakie miałem w obecnym życiu. Dzieciak dawał mi sporo radości i paradoksalnie, zamiast przypominać o złych wydarzeniach, pozwalał o nich zapomnieć.

Oboje nieco się zdziwiliśmy, gdy usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Popatrzyliśmy na siebie, wzruszyliśmy ramionami, a ja wstałem, żeby otworzyć. Dopiero gdy ujrzałem na progu mojego mieszkania Klarę, przypomniałem sobie, że przecież byłem z nią umówiony na podwózkę po moje auto.

Stała przede mną w szarej czapce z włochatym pomponem, spod której wystawały jej jasne włosy. W czarnym płaszczu, grubych szarych rajstopach i botkach na słupku wyglądała słodko i niewinnie, a jej zakłopotany wyraz twarzy tylko dopełniał ten obraz.

– Hej, byliśmy umówieni, pamiętasz? – zapytała niepewnie, najwyraźniej sugerując, że byłem zbyt napity, żeby pamiętać.

– Jasne. Wejdź – odpowiedziałem i odsunąłem się na bok, a ona niepewnie przekroczyła próg.

Rozejrzała się i było widać zdumienie na jej twarzy, gdy dostrzegła siedzącego przy stole chłopca. Skinąłem głową, by weszła do pokoju, co uczyniła nie tylko niepewnie, ale też chyba niechętnie.

– Poczekasz chwilę? Trochę się zasiedzieliśmy. Wezmę tylko dokumenty i kluczyki – powiedziałem, a ona przytaknęła, stojąc w progu, blisko wejścia. – Patryk, jeśli chcesz, to możesz zaczekać na mnie, ale będziemy musieli zadzwonić do twojej mamy – dodałem, zwracając się do czternastolatka, który z mieszaniną ciekawości i niedowierzania wpatrywał się w Klarę.

– Nie, nie. Ja już się będę zbierał, bo mam sporo zadań domowych do odrobienia – odpowiedział i wstał od stołu. Minął nas, a po chwili wrócił z talerzem, na którym zostały jeszcze cztery babeczki. Wyciągnął je w kierunku Klary, a ja zacisnąłem usta, żeby się nie roześmiać. Ten dzieciak był niemożliwy. – Proszę się poczęstować. W środku jest konfitura wiśniowa – powiedział, patrząc na dziewczynę z uśmiechem.

Zakłopotanie Klary stało się jeszcze wyraźniejsze, a jej szybkie spojrzenie w moim kierunku utwierdziło mnie w przekonaniu, że była gotowa odmówić, ale to nie było tak proste, jak mogłoby jej się wydawać, gdy Patryk patrzył na nią błagalnie.

Wreszcie sięgnęła po jedną babeczkę i posłała chłopakowi uroczy uśmiech.

– Bardzo ci dziękuję – powiedziała cicho i na naszych oczach odgryzła kawałek. Patrzyłem, jak zamyka oczy z rozkoszy, a po chwili oblizuje kąciki ust z okruszków. Szybko odwróciłem wzrok, bo nagle poczułem, że jest coś niestosownego w obserwowaniu tej dziewczyny podczas jedzenia. – Przepyszne! – pochwaliła szczerze i odgryzła kolejny kawałek.

– Moja mama je upiekła – wyjaśnił dumnie Patryk, a Klara posłała mu kolejny uśmiech.

– Wobec tego przekaż mamie, że babeczki wprost rozpływają się w ustach – odpowiedziała serdecznie.

– Dobra, pójdę po te kluczyki – mruknąłem szybko, żeby przerwać tę dziwną sytuację. Poszedłem do drugiego, mniejszego pokoju, który służył mi za sypialnię. Z szafki nocnej zabrałem dokumenty i klucze od auta, chowając je do tylnej kieszeni ciemnych dżinsów. Upewniłem się jeszcze, że mam przy sobie telefon i ubrałem w korytarzu płaszcz, a przy zakładaniu butów dziękowałem w duchu, że Klara i Patryk tak chętnie ze sobą rozmawiali i nie zwracali na mnie uwagi.

Przeciągnąłem przez szyję szalik, a na dłonie wciągnąłem rękawiczki. Poczekaliśmy aż młody też się ubierze i wreszcie całą trójką opuściliśmy moje małe mieszkanie w starej kamienicy. Z Patrykiem rozstaliśmy się przy wyjściu z budynku, bo on poszedł wzdłuż ulicy, a my wsiedliśmy do samochodu Klary.

– Przepraszam, że musiałaś czekać – powiedziałem, gdy ruszyliśmy.

– Nie ma sprawy – odpowiedziała i włączyła się do ruchu, obserwując ze skupieniem sytuację na drodze. – Fajny chłopak z tego Patryka – dodała z uśmiechem, a ja przytaknąłem.

– Tak, jest świetny.

Tylko tyle, bo nie chciałem kontynuować tematu, który mógłby doprowadzić do tego, że opowiedziałbym Klarze o okolicznościach naszego poznania, które przecież zmieniły moje życie na zawsze.

Jechaliśmy w milczeniu, bo najwyraźniej żadne z nas nie miało ochoty i pomysłu na prowadzenie niezobowiązującej, bezsensownej konwersacji. Obserwowałem mijanych na ulicy ludzi, jadące przed nami samochody i próbowałem nie skupiać się na panującej między nami ciszy. Straciłem umiejętność prowadzenia porywającej rozmowy z kimkolwiek, a już na pewno z kobietami. Tym bardziej, jeśli te kobiety były tak niewinne i atrakcyjne.

Po jakimś kwadransie dotarliśmy pod dom państwa Zegarków. Wysiedliśmy z samochodu (co zajęło mi dłuższą chwilę) i przeszliśmy przez uliczkę, kierując się do drzwi wejściowych. Zamierzałem się tylko przywitać i odjechać.

Nim doszliśmy do wejścia, w progu stanęła uśmiechnięta pani Zosia, która serdecznie nas powitała.

– Dzień dobry! Od rana was wypatrywałam! – zawołała radośnie i porwała Klarę w ramiona, całując jej policzek. Zdumiewało mnie, jak wiele ta kobieta miała w sobie serdeczności.

– Wczoraj umówiliśmy się na trzynastą – odpowiedziała Klara, patrząc na matkę. – Antek wstał?

– A coś ty! Siedział w ojcem prawie do rana i teraz oboje odsypiają – odpowiedziała z dezaprobatą. – Aleksandrze, wejdziesz na herbatę, tak?

Uśmiechnąłem się krótko.

– Bardzo pani dziękuję, ale spieszę się dzisiaj. Chciałem się tylko przywitać i muszę uciekać – odpowiedziałem, kłamiąc na temat tego pośpiechu, bo tak naprawdę nie miałem nic istotnego do roboty. Planowałem wrócić do mieszkania i może trochę poćwiczyć.

– Wielka szkoda! Ale pamiętaj, że zawsze chętnie będziemy cię tu gościć – odpowiedziała pani Zosia.

Posłałem jej uśmiech, po czym pożegnałem się, spojrzałem krótko na Klarę, która także się we mnie wpatrywała, i wsiadłem do samochodu.

Do samego wieczoru ćwiczyłem w zaciszu własnego mieszkania, a później wziąłem prysznic i włączyłem sobie mój ulubiony serial Chicago Fire. Chociaż dożywotnio utraciłem możliwość spełniania swojego marzenia w zawodzie strażaka, to nadal z pasją oddawałem się obserwowaniu, jak inni to robią. Było we mnie trochę zazdrości i mnóstwo goryczy. Nie pomagała samotność i cowieczorne roztrząsanie mojego rozstania z Sandrą.

Tego wieczoru mój telefon znów zabrzęczał, a ja już przed odczytaniem wiadomości wiedziałam, jaka jest jej treść i kto jest nadawcą.

Aleks, proszę. Chcę się dogadać. Czekam do końca listopada na odzew od ciebie. W przeciwnym razie wszystko będziemy musieli załatwić w sądzie.

W ostatnich tygodniach Sandrze bardzo zaczęło zależeć na szybkim i polubownym rozwodzie, a to stanowiło dla mnie sygnał, że być może kogoś poznała i miała plany już w żadnym stopniu niezwiązane ze mną.

Nie powinno mnie to do cholery dziwić, ale jednak…

W jednej sekundzie, działając pod wpływem impulsu, wybrałem numer do Marty, młodszej siostry Sandry i mojej najlepszej przyjaciółki.

– Hej, Aleks! – zawołała radośnie, odbierając już po pierwszym sygnale.

– Część. Mam do ciebie jedno pytanie… – zacząłem i niemal słyszałem, jak moja rozmówczyni wstrzymała oddech, bo znała mnie już na tyle dobrze, by wiedzieć, że ton mojej wypowiedzi nie wróżył niczego dobrego. – Czy Sandra ma kogoś?

Po drugiej stronie zapadła głucha cisza, a ja byłem więcej niż pewien, że Marta zamarła. Czy potrzebowałem innej, bardziej dosadnej odpowiedzi?

– Marta… – wyszeptałem, próbując ją upomnieć i ponaglić.

– Aleks, nie mówmy o tym.

– Chcę wiedzieć – powiedziałem stanowczo i zacisnąłem zęby, czując, jak dopada mnie złość.

– Myślę, że znasz odpowiedź. Przykro mi, ale ona…

Nie potrzebowałem usłyszeć więcej. Przerwałem połączenie i zacisnąłem mocno powieki, próbując uporać się z rwącym bólem w klatce piersiowej.

Klara

Przez cały tydzień mieliśmy na studiach prawdziwe urwanie głowy. Wracałam do mieszkania późno i od razu zasiadałam do notatek, by kolejnego dnia podczas wykładów i ćwiczeń zrobić ich jeszcze więcej. Cała grupa radośnie powitała piątek, którego nadejście oznaczało dla nas chwilę na złapanie oddechu.

Byłam dziś umówiona z Dagmarą, moją koleżanką z roku, która przez cały tydzień nie stawiła się na uczelni, bo jej kolejny tymczasowy chłopak zabrał ją na spontaniczny zimowy wypad w góry. Zadzwoniła do mnie wczoraj i zapytała, czy mogłabym się z nią spotkać, bo przyszło jej na myśl, że powinna się dowiedzieć, jakie porobiły jej się zaległości.

Umówiłyśmy się w barze mlecznym, który znajdował się na skrzyżowaniu ulic Jackowskiego i Krowoderskiej. Został otwarty całkiem niedawno, ale swoimi pysznymi i prostymi daniami już zdążył wyrobić sobie renomę wśród mieszkańców Groszkowic.

Dopiero dziś, siedząc przy stole z Dagmarą i pochłaniając z apetytem przepyszne tosty francuskie, zdałam sobie sprawę, że przez szybę baru mlecznego widziałam wejście do kamienicy Aleksandra.

– A jak tam ta profesorka, która zastępuje Wyszkowskiego? – zapytała Dagmara, wkładając do ust pieroga z truskawkami.

– Masakra… Ta baba się chyba na nas uwzięła. Dostaliśmy dziesięć kartek z zadaniami na wtorek… – odpowiedziałam z nietęgą miną. – Dasz radę skserować sobie wszystkie notatki do niedzieli? Podjechałabym do ciebie, żeby je odebrać, bo muszę się pouczyć na poniedziałek. Dziś wieczorem zrobię te cholerne wykresy…

– Jasne, dam radę. Czyli, jak rozumiem, nie wybierasz się dzisiaj z nami na piwo do „Pijalni”, tak? – zagadnęła, przeczesując swoimi długimi, krwiście czerwonymi paznokciami idealnie wyprostowane, ciemne włosy.

– Nie, coś ty. Szkoda mi wieczoru. Muszę nadrobić materiał, a pewnie Kamil będzie chciał wpaść, więc sama rozumiesz… – mruknęłam i odkroiłam kolejny kawałek tostu, po czym nabiłam na widelec dużą borówkę.

Zobaczyłam, że Dagmara przewraca oczami i kręci głową. Zmarszczyłam brwi.

– Nie rozumiem, dlaczego spotykasz się z tym nudziarzem… – przyznała szczerze i z przyganą.

Gdyby ktoś spojrzał na nas z boku, to pewnie zastanawiałby się, jakim cudem powstała między nami jakakolwiek nić przyjaźni. Dagmara była moim całkowitym przeciwieństwem: zamiłowanie do skąpych ciuszków, błyskotki, mocny makijaż i przedłużone rzęsy. Wypadałam przy niej blado i nijako, ale na ogół dobrze się dogadywałyśmy i mogłam na nią liczyć w wielu sytuacjach. Ona na mnie oczywiście też. Co z tego, że studiowała bankowość tylko dlatego, że rodzice dali jej ultimatum i właściwie z semestru na semestr ledwo się prześlizgiwała? Zazwyczaj była w porządku.

– Kamil nie jest nudny. Jest miły – odpowiedziałam stanowczo i upiłam łyk soku z buraków ćwikłowych.

– Spałaś już z nim? – zapytała wprost. Zgromiłam ją spojrzeniem i pokręciłam głową. – Tak myślałam, koleś nie wie nawet, co do czego ma!

Zacisnęłam zęby i postanowiłam nie dyskutować z nią więcej. Dokończyłam tosty i odsunęłam talerz na bok, po czym sięgnęłam do torby i wyciągnęłam moją wypchaną po brzegi teczkę oraz trzy duże kołonotatniki.

– Dobra, teraz się skup. Trochę tego jest, więc musisz mnie słuchać, żebyś nie pomieszała niczego – powiedziałam poważnie i zaczęłam się rozkładać z wszystkimi kartkami i karteczkami.

Przez kolejne dziesięć minut przekazywałam Dagmarze wszystkie istotne informacje z ostatniego tygodnia. Dzieliłam jej notatki według ćwiczeń i wykładów z danych przedmiotów, informowałam o zadaniach domowych, nowych zagadnieniach…

Nie jestem pewna, w którym momencie przestała mnie słuchać, ale gdy wreszcie na nią spojrzałam, to nawet na mnie nie patrzyła, tylko uśmiechała się głupkowato do kogoś ponad moją głową.

– Daga, co ty robisz? – zapytałam, patrząc z oburzeniem, jak zawija sobie kosmyk włosów na palcu. Spojrzała na mnie z zainteresowaniem.

– Znasz tego gościa, który stoi właśnie przy kasie? Bo już od jakichś trzech minut co chwilę na ciebie zerka – powiedziała filuternie. Podskoczyłam i szybko się odwróciłam. Od razu zauważyłam wysoką, elegancką, ubraną na czarno postać Aleksandra Daliszewskiego, który patrzył na mnie z chwilowym zaciekawieniem.

Szybko spojrzałam na Dagmarę i kopnęłam ją pod stołem.

– Przestań się tak zachowywać! To tylko syn koleżanki mojej mamy – odpowiedziałam z przyganą, gromiąc ją surowym wzrokiem.

– „Tylko syn”, tak? Czy ty jesteś ślepa jakaś? – fuknęła z niedowierzaniem i pomimo mojej złości nie przestawała zerkać na Aleksandra. – Widziałaś, jak on wygląda?!

– Tak, no i co z tego? – prychnęłam, wzruszając ramionami. Nie zamierzałam informować mojej szalonej przyjaciółki, jak wielkie zrobił na mnie wrażenie. – Jest gburowaty, jak byś chciała wiedzieć.

– Ile on ma lat? – zapytała przyciszonym głosem i przygryzła wargę.

Cholera, to był ostateczny sygnał, żeby walnąć ją w głowę.

– Nie wiem! Skąd mam wiedzieć?! Widziałam go dwa razy w życiu! Weź się ogarnij i skup, bo za chwilę nie dam ci żadnych notatek, jasne?! – warknęłam i uderzyłam lekko dłonią w stół, łudząc się, że to odniesie jakiś skutek.

Ona jednak znów spojrzała w kierunku Aleksandra, a po chwili zrobiła wielkie oczy, uśmiechnęła się w sposób, który zawsze mnie przerażał, i pochyliła się w moim kierunku, szepcząc:

– Właśnie tutaj idzie.

Napięłam się, a jeden głęboki oddech później przy naszym stoliku stanął właśnie on. Uśmiechnął się krótko do Dagmary, a następnie spojrzał mi w oczy i posłał nieco wyraźniejszy uśmiech.

– Cześć, Klara. Tak się właśnie zastanawiałem, czy to ty – zaczął, a gdy tylko ten głęboki głos wydobył się z jego piersi, Dagmara aż się zapowietrzyła. – Kilka dni temu przypadkowo trafiłem do kawiarni Antka i tak się składa, że mam do ciebie pewną sprawę… Miałabyś może chwilę na rozmowę w cztery oczy? – zapytał, a swoimi słowami wprawił mnie w taki szok, że otworzyłam usta i nie wiedziałam, co mam powiedzieć. – Albo możesz po prostu zadzwonić, kiedy będziesz miała czas. Tu masz mój numer – dodał spokojnie i wyciągnął z kieszeni karteczkę. Zerknęłam na nią szybko i zobaczyłam, że rzeczywiście zapisał mi swoje imię i numer telefonu. – Nie przeszkadzam. Zadzwoń do mnie, proszę. Do zobaczenia.

Zanim którakolwiek z nas zdążyła coś powiedzieć, on już wyszedł z baru mlecznego. Chyba wziął coś na wynos. Obie przez kilka sekund siedziałyśmy bez ruchu, ale nagle Dagmara, jak gdyby wybudzona ze snu, rzuciła się na karteczkę i w ekspresowym tempie wbiła sobie do telefonu numer Aleksandra.

– Co ty wyprawiasz?! – fuknęłam, wyciągając przez stół rękę, żeby wyrwać jej karteczkę. – Oddawaj to!

– Ty jednak naprawdę jesteś nienormalna, Klara! – powiedziała z niedowierzaniem i oddała mi kartkę z numerem. – Superseksowny facet mówi do ciebie, że chce porozmawiać w cztery oczy, a ty nic! – rzuciła z niedowierzaniem i pokręciła głową. – Dla takich mężczyzn każda laska ściąga majtki przez głowę… Co jest z tobą nie tak?

– Ogarnij się, Daga! I usuń ten numer!

– Chyba oszalałaś! Z pewnością nie usunę! Może mi się jeszcze przydać. Domyślasz się w ogóle, co on może od ciebie chcieć?

– Nie mam zielonego pojęcia… – westchnęłam, bo naprawdę nic nie przychodziło mi do głowy. Wiedziałam tylko, że muszę się skontaktować z Antkiem.

– Może seksu? – rzuciła Dagmara, uśmiechając się znacząco. Szczęka mi opadła.

– Tak, jasne, seksu! – żachnęłam się, patrząc na nią z niedowierzaniem. – Weź ty się puknij w głowę, erotomanko! – Od razu zaczęłam składać wszystkie notatki, po czym ułożyłam je w jednym stosiku przed Dagmarą i wstałam od stołu, zabierając talerz po tostach. – W niedzielę chcę je dostać z powrotem! – powiedziałam twardo, po czym szybko się ubrałam i zarzuciłam torbę na ramię.

– Ej, nie obrażaj się! – krzyknęła za mną, ale jedno mordercze spojrzenie wystarczyło, żeby ją uciszyć.

Odniosłam talerz do okienka i opuściłam bar mleczny. Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie spojrzeć w kierunku kamienicy Aleksandra. Zupełnie nie miałam pomysłu na to, jaką on mógł mieć do mnie sprawę. Widzieliśmy się zaledwie dwa razy i za każdym razem otaczały nas chłód i obojętność, a tu nagle podchodzi i mówi, że chce pogadać w cztery oczy, a do tego zostawia mi swój numer?

Idąc powolnym krokiem w kierunku mojego osiedla, wyjęłam telefon z kieszeni. Wybrałam numer Antka i czekałam, aż odbierze. Zrobił to w ostatniej chwili.

– Cześć, młoda! Co tam?

– Cześć, bracie. Mam do ciebie takie pytanie… Właśnie spotkałam Aleksandra Daliszewskiego i powiedział mi, że był u ciebie w kawiarni, rozmawialiście i ma do mnie sprawę… Nie wiesz przypadkiem, czego może chcieć? – zapytałam, otulając się kołnierzem płaszcza, bo dokuczliwy wiatr nadal dawał się we znaki.

– A tak, był w tygodniu jakoś. Przyszedł ze swoją dziewczyną i chwilę gadaliśmy. W rozmowie wyszło, że studiujesz bankowość, a on zapytał, czy jesteś dobra z matmy. No to mu odpowiedziałem, że matematykę masz w małym paluszku. Zapisał sobie twój numer, ale wygląda na to, że dzwonić nie musiał, bo się spotkaliście – odpowiedział Antek, a ja mimowolnie wstrzymałam oddech, gdy usłyszałam, że przyszedł do kawiarni mojego brata ze „swoją dziewczyną”.

To było więcej niż pewne, że taki facet jak on jest z kimś związany.

Musiałam koniecznie powiedzieć o tym Dagmarze.

– W porządku, czyli jednak muszę do niego zadzwonić. Dzięki za informację. Pa – powiedziałam i rozłączyłam się, gdy odpowiedział mi to swoje standardowe: „narka”.

Od razu wystukałam SMS-a do Dagi:

Wiadomość z ostatniej chwili: niech Twoje majtki zostaną na swoim miejscu, bo Aleksander ma dziewczynę.

Kilka sekund później przyszła odpowiedź:

Nie ma takiego wagonika, którego nie da się odczepić.

Słowo daję, ręce mi opadły.

Po powrocie do mieszkania przez kilka godzin siedziałam nad cholernie skomplikowanymi wykresami. Wykonanie telefonu do Aleksandra odkładałam tak długo, jak się dało, ale w końcu około siódmej zdobyłam się na to, żeby zadzwonić.

Nie odebrał po trzech sygnałach, więc się rozłączyłam.

Zaraz jednak oddzwonił, a mój żołądek ścisnął się z niepokoju.

– Halo?

– Cześć, Klara. Myślałem już, że nie zadzwonisz. Sam planowałem to zrobić za jakieś dwadzieścia minut, bo od Antka dostałem twój numer telefonu – powiedział, a jego głęboki, niesamowity głos znów przeszył mnie dreszczem. – Pewnie zastanawiasz się, czego mógłbym od ciebie chcieć… Poznałaś już Patryka. Chodzi o to, że ostatnimi czasy ma olbrzymie problemy z matematyką. Dowiedziałem się od Antka, że studiujesz bankowość i jesteś bardzo dobra z matmy. Pomyślałem, że może mogłabyś podszkolić trochę Patryka?

Zaskoczył mnie totalnie. Spodziewałabym się wielu rzeczy, ale nie tego, że zapyta mnie o korepetycje dla tego chłopaka, którego spotkałam w minioną niedzielę w jego mieszkaniu. Matma to mój konik, ale nie byłam przekonana, co do tego, że umiałabym moją wiedzę komukolwiek przekazać.

– Wiesz… nie spodziewałam się. Ja nigdy nikogo jeszcze nie uczyłam i chyba nawet nie umiem tłumaczyć, dlatego…

– Patryk to pojętny dzieciak. Potrafi słuchać i ma chęci, tylko potrzebuje kogoś, kto by mu tę całą wiedzę przekazał tak twarzą w twarz. Wystarczyłaby godzina tygodniowo – odpowiedział od razu, a ja wyczułam, że naprawdę mu na tym zależało.

Natychmiast przypomniałam sobie tego chłopca, który poczęstował mnie przepyszną babeczką. Miał sympatyczną twarz i bardzo dobrze mi się z nim rozmawiało, niemal tak, jak gdyby był znacznie dojrzalszy, niż wskazywałby na to jego wiek.

– Wiesz, mam dość napięty grafik ostatnio, ale mogę ewentualnie spróbować. Najbardziej pasowałoby mi w sobotę rano, tak od godziny dziewiątej – odpowiedziałam, wyciągając z torby mój terminarz i upewniając się, że rzeczywiście niczego na ten czas nie zaplanowałam.

– Świetnie! Czy lekcje mogłyby odbywać się u ciebie, czy wolisz w innym miejscu?

– Mogą być u mnie. Mieszkam bardzo blisko ciebie. Osiedle Wojska Polskiego. Blok numer jeden, trzecie piętro, mieszkanie numer osiem – odpowiedziałam spokojnie, chociaż serce drżało mi z dziwnego zdenerwowania.

– O, nawet o tym nie wiedziałem. Świetnie, wobec tego można uznać, że jesteśmy umówieni, tak? – zapytał swobodnie, a ja miałam ochotę strzelić sobie w twarz za to, że dla mnie te słowa zabrzmiały dziwnie i lekko dwuznacznie.

– Tak, jesteśmy umówieni – potwierdziłam cicho. Od razu wpisałam sobie do terminarza lekcję z Patrykiem na godzinę dziewiątą i zdawkowo pożegnałam się z Aleksandrem.

Szybko się okazało, że jeśli czegoś potrzebował, to potrafił być miły.

Późnym wieczorem wpadł do mnie Kamil. Przyniósł butelkę wina i zaproponował wspólne oglądanie filmu. Zdecydowaliśmy się na Rogi – ekranizację powieści Joe Hilla o tym samym tytule, w której główną rolę grał Daniel Radcliffe. Usadowiliśmy się na łóżku, a laptopa położyliśmy na krzesełku przed nami. Popijaliśmy wino i przytulaliśmy się, bo do tej pory nie nadarzyła się okazja na zaliczenie kolejnej bazy.

Nikt – Dagmara, Kamil, a nawet mój brat – nie wiedział, że w minione wakacje miałam krótki łóżkowy romans z Alanem Roguckim. Antek poznał Alana, ale ponieważ oboje podkochiwali się w tej samej dziewczynie, to nie zapałali do siebie sympatią. Ostatecznie moja relacja z nim skończyła się po jednej randce i trzykrotnym seksie, bo Alan postanowił zawalczyć o serce Leny i w końcu szczęśliwie je zdobył.

Było nam ze sobą dobrze pod względem fizycznym, a i emocjonalnie bardzo przypadliśmy sobie do gustu. Nie darzyłam jednak Alana mocniejszym uczuciem, dlatego koniec naszego romansu nie złamał mi w żaden sposób serca. Niemniej jednak od tamtej pory z nikim nie byłam i prawdopodobnie ten stan rzeczy miał wpływ na to, że tak mocno zareagowałam na zachwycającą aparycję Aleksandra Daliszewskiego.

Kamil był miłym, ale fizycznie przeciętnym chłopakiem, który bardziej nadawałby się na dobrego przyjaciela niż ognistego kochanka. Spotykaliśmy się, bo spędzanie z nim wolnego czasu było przyjemne, ale jednocześnie miałam wewnętrzną blokadę i nie chciałam przejść do kolejnego etapu naszej znajomości czy związku, jak zwał tę relację tak zwał. Coraz częściej dłonie Kamila zapuszczały się w niedostępne rejony, a jego pocałunki stawały się bardziej namiętne i spragnione. Dawał mi jasne sygnały, że chciałby wykonać kolejny krok, ale ja mu na to nie pozwalałam. Może nie nadszedł jeszcze ten czas.

A może miał nigdy nie nadejść i gdzieś podświadomie o tym wiedziałam.

Z moim pierwszym chłopakiem postępowałam ostrożnie, ale wiedziałam od początku, że bardzo go pragnęłam. Alan rozpalał mnie za pomocą samego spojrzenia, więc z ulgą i chęcią przyjęłam fakt, że oboje chcieliśmy niezobowiązującego seksu. Natomiast z Kamilem nie było ognia… Nic nie mogłam na to poradzić.

W całym tym męskim zestawieniu niechcący przewijał się też Aleksander. Elegancki, wysoki, seksowny, nieprzyzwoicie wręcz przystojny, skryty i tajemniczy. A do tego posiadający głos, który rozpalał od pierwszej sekundy… Nie chciałam i nie powinnam w ten sposób o nim myśleć, bo po pierwsze wcale go nie znałam, a po drugie - był zajęty. Mogłabym wymienić jeszcze trzeci argument, a mianowicie to, że my się nawet nie lubiliśmy. Ale przecież nie musiałam go lubić, żeby stwierdzić, że był po prostu nieziemski, prawda?

Gdyby tylko Dagmara poznała moje myśli… Na pewno wepchnęłaby mnie do łóżka Aleksandra, bo była wyznawczynią jakiejś chorej zasady w stylu: „Jeśli chcesz uprawiać z kimś seks, to po prostu to zrób”.

– Klara, słuchasz mnie? – Kamil szturchnął mnie lekko w ramię, a ja zdałam sobie sprawę, że od jakiegoś czasu zupełnie przestałam zwracać uwagę na film i mojego partnera.

– Tak, tak. Mówiłeś coś? – odpowiedziałam niepewnie, otrząsając się z zamyślenia.

– Pytałem, jak wypadło dzisiejsze spotkanie z Dagmarą. Wróciła cała i zdrowa z tego wyjazdu w towarzystwie dopiero co poznanego kolesia?

– Tak, o dziwo. Nie powiedziała mi zbyt wiele na temat samego wyjazdu, bo jej głowa zajęta była czymś innym… – mruknęłam, zmuszona znów myśleć o Aleksandrze i tym, jak dobrze dziś wyglądał.

– Czymś innym… to znaczy? – zapytał Kamil i pocałował mnie delikatnie w skroń. Lubiłam te jego niewymuszone, czułe gesty.

– Ach. – Machnęłam ręką. – Spotkałyśmy takiego faceta, który strasznie wpadł jej w oko, więc zupełnie straciła zainteresowanie notatkami i studiami. Cała Daga – powiedziałam, omijając sedno prawdy tak bardzo, jak to tylko było możliwe.

Kamil zaśmiał się i zrobił znaczącą minę, a kilka chwil później pozwoliłam mu zamknąć się w swoich ramionach i całować, po raz kolejny będąc świadomą, że to nie wywołuje we mnie takiego ognia, jak powinno.

Aleksander

To był przypadek, że ja i Marta trafiliśmy do kawiarni Antka. Umówiłem się z moją prawie już byłą szwagierką i przyjaciółką na kawę, bo chciałem, żeby powiedziała mi wszystko, co wie o aktualnym życiu Sandry. Nie miała łatwego zadania, bo starała się być lojalna wobec mnie, ale jednocześnie nie potrafiła całkowicie wyzbyć się siostrzanej solidarności, nawet jeśli gardziła Sandrą za to, jak mnie potraktowała.

Rozmowa z Antkiem niespodziewanie nasunęła mi pomysł na rozwiązanie problemu Patryka, bo chłopak od początku drugiej klasy gimnazjum nazbierał już kilka jedynek z matematyki. Donata strasznie się o niego martwiła, a Przemek nawet o tym nie wiedział, bo jeździł jako kierowca na trasach międzynarodowych i przyjeżdżał do domu raz na dwa tygodnie. Nic więc dziwnego, że mama Patryka poprosiła mnie o pomoc. Mówiłem jej zresztą nie raz, że gdyby pojawił się jakikolwiek problem, to zawsze może się do mnie zwrócić. Z rodziną Lelków połączyło mnie nie tylko traumatyczne wydarzenie, ale też jakaś niesamowita, głęboka więź.

Miałem już okazję być świadkiem tego, jak Patryk i Klara świetnie się dogadywali, nawet jeśli tylko przez chwilę. Dzieciak był kontaktowy i serdeczny, a młoda Zegarkowa sprawiała wrażenie cierpliwej i uprzejmej, a także sumiennej i chętnej do pomocy. Ucieszyłem się, gdy zobaczyłem ją w barze mlecznym, i chociaż mało komfortowe było dla mnie rozmawianie z otumanioną Klarą w towarzystwie jej flirciarskiej koleżanki, to ostatecznie udało nam się skontaktować i umówić na pierwszą lekcję.

Podjechałem po Patryka o ósmej czterdzieści w sobotę. Wyszedł mocno zaspany i z potarganymi włosami. Dwukrotnie zapytałem go, czy wziął zeszyt, podręcznik oraz piórnik. Potwierdził skinieniem głowy, bo najwyraźniej nie miał jeszcze siły odpowiadać.

Zaparkowałem na osiedlu Wojska Polskiego, a następnie oboje poszliśmy w stronę pierwszego bloku i powoli weszliśmy po schodach na trzecie piętro. Zapukałem do drzwi oznaczonych numerem osiem i czekaliśmy przez kilka chwil, aż ktoś otworzy.

Naszym oczom ukazała się niska i niemal anorektycznie chuda dziewczyna z różowymi włosami i kilkunastoma kolczykami na twarzy. Ubrana w luźne, wyblakłe ubrania zmierzyła nas znudzonym spojrzeniem i żując gumę, strzeliła nagle balonem.

– Wy do Klary? – zapytała skrzekliwie, a Patryk automatycznie stanął bliżej mnie.

– Zgadza się – potwierdziłem spokojnie, zastanawiając się, jak to możliwe, że osoba taka jak Klara mogła mieszkać z istotą pokroju tej zakolczykowanej i nie obawiać się o swoje życie.

– Klara! Ktoś do ciebie! – wrzasnęła w głąb mieszkania i zniknęła nam z oczu. Po chwili z pomieszczenia po prawej stronie wyłoniła się schludnie ubrana młoda kobieta w całkowicie naturalnym, ładnym wydaniu.

– Cześć! Wejdźcie! – powiedziała z uśmiechem, a wtedy lekko pchnąłem Patryka i obaj przekroczyliśmy próg mieszkania. – Napijecie się czegoś, zanim zaczniemy? – zapytała, prowadząc nas do niewielkiej, typowo studenckiej kuchni.

– Ja dziękuję. Nie będę wam zabierał czasu. Patryk, a ty? – Patryk nadal był lekko oszołomiony wyglądem koleżanki Klary.

– Herbatę proszę – odpowiedział spokojnie.

Klara wstawiła czajnik, po czym odwróciła się do nas i najpierw przez chwilę uśmiechała się do Patryka, by wreszcie spojrzeć na mnie. Nie miała na twarzy nawet odrobiny makijażu i gdzieś w kącikach jej dużych, niebieskich oczu nadal czaiła się senność, ale skłamałbym mówiąc, że nie wyglądała ładnie. Jej domowe wydanie było inne od tego, które miałem okazję poznać, chociażby na kolacji u państwa Zegarków, ale to nie zaburzało jedynego i słusznego stwierdzenia, że Klara Zegarek była po prostu naturalnie piękną dziewczyną.

I tak inną od Sandry.

Moja żona była cholernie seksowna: od czubka głowy aż po palce u stóp. Obfity biust i zaokrąglone strategicznie biodra czyniły ją smakowitym kąskiem dla każdego mężczyzny. Jej długie czarne włosy opadały falami na ramiona, a zalotne spojrzenie brązowych oczu rozgrzewało do czerwoności.

Klara była drobna i urocza, dziewczęca i nienachalna w swej urodzie.