Zanim odejdziesz - Klaudia Bianek - ebook + audiobook

Zanim odejdziesz ebook i audiobook

Klaudia Bianek

4,2

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

28 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy połączy ich miłość, zanim wzejdzie słońce?

Życie Natalii zaczyna się od nowa. Jedno spotkanie, jedna noc jak z filmu rozbudzają nadzieję w jej sercu. Mateusza poznaje w jednym z poznańskich pubów i choć dzieli ich różnica wieku, czuje, że to jej pokrewna dusza.

Noc spędzona na rozmowach odsłaniających najgłębsze zakamarki ich serc sprawia, że Natalia na moment zapomina o nieszczęśliwym małżeństwie i jego przykrym zakończeniu. Młody artysta obiecuje kobiecie, że jeśli kiedykolwiek spotkają się ponownie, on spełni jedno z jej najskrytszych marzeń.

Choć nie znają swoich imion i rozstają się bez nadziei na dalszą znajomość, czują, że ta noc jest przełomowa. Nie wiedzą tylko, jak bardzo jedna chwila może zmienić życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 326

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 9 min

Lektor: Aleksander Orsztynowicz-Czyż, Ewa Abart

Oceny
4,2 (294 oceny)
154
71
39
24
6
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Emilura

Z braku laku…

Q: Wasz ulubiony gatunek literacki? Ja jestem fanem fantastyki i ostatnio coraz bardziej lubię romansy czytać. Jednak z nimi muszę postępować bardzo ostrożnie, bo za często mnie zawodzą, tak jak było w przypadku książki, z którą do was dziś przychodzę. Współpraca recenzencka z wydawnictwem Ale. Znacie książki Klaudii Bianek? Bo ja totalnie nic od niej nie czytałam, ba nawet nie wiem o czym są. Jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do jej książek, aż nie trafiła na" zanim odejdziesz".Fabuła brzmi bardzo dobrze. Jej życie mocno zmienia się po rozwodzie, jedno spotkanie rozbudza wszystkie jej nadzieje. Spędzają razem noc, podczas tych rozmów ona uświadamia sobie, jak wiele z życia ją minęło i co jeszcze na nią czeka. W tej książce nie podobało mi się chyba wszystko. Zaczynimy od bohaterów, bo to największy minus. Byli tacy strasznie płascy, bez wyrazu. Mieli problemy, rozmawiali o nich, wylewali swoje żale, ale nie widziałam, żeby rzeczywiście to jakkolwiek przeżywali. Mateusz, totalnie nied...
51
Gbacl

Z braku laku…

Infantylna płaska historia, która ciągnęła się w nieskończoność.
10
MAGGA21

Nie oderwiesz się od lektury

lekka łatwa i przyjemna
10
Iskiereczka55

Całkiem niezła

całkiem ciekawa dobrze się czyta i dobrze się kończy
00
Katarzyna0980

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna książka polecam wszystkim
00

Popularność




Redaktorka inicjująca: Agnieszka Mazurkiewicz

Redakcja: Olga Szatańska

Korekta: Aleksandra Ptasznik, Kamila Recław

Projekt okładki: Eliza Luty

Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

Copyright © by Agora SA, 2024

Copyright © by Klaudia Bianek, 2024

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2024

ISBN: 978-83-268-4440-9

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

PROLOG

Wpatruję się w ten cytat już od dłuższego czasu. Jestem o krok od zagłębienia się we wspomnieniach tamtej nocy. Wcześniej nie wierzyłem, że coś takiego może się komukolwiek przydarzyć. Teraz jednak wiem na pewno, że to możliwe, bo sam tego doświadczyłem.

Na ekranie mojego laptopa widnieją słowa, których autorem jest Victor Lima Barreto: „Oto jest miłość. Dwoje ludzi spotyka się przypadkiem, a okazuje się, że czekali na siebie całe życie”.

Tamtego wieczoru wyszedłem z chłopakami na miasto, by świętować zdobycie nowej pracy. Piliśmy piwo, gadaliśmy, żartowaliśmy. Wszystko było tak jak zawsze i nic, absolutnie nic nie zwiastowało gromu z jasnego nieba, który w jednej chwili we mnie trafił.

Siedziała przy barze sama, zamyślona, obracała w palcach kieliszek i zdecydowanie nie pasowała do klimatu tego miejsca.

Nie wiedziałem, że tamta chwila okaże się przełomem.

Nie wiedziałem, że tamta chwila zmieni całe moje życie.

Bezpowrotnie.

TA JEDNA NOC
GODZINA 00:13 | MATEUSZ

Pub „Pięciolinia” był typowo studencką miejscówką z surowym, dopasowanym tematycznie wnętrzem, zespołem młodych pracowników i bardzo niskimi cenami. Największy atut, dzięki któremu to właśnie ten lokal przyciągał więcej klientów niż konkurencja, znajdował się jednak na scenie.

Muzyka na żywo to było coś.

Wprawdzie ja do grona studentów nigdy nie należałem i należeć nie planowałem, ale moi kumple tak, więc przychodziłem tutaj razem z nimi, korzystając ze zniżek, które przysługiwały im po okazaniu legitymacji.

Dominik, Patryk, Eryk i ja. Nierozłączni od liceum. Każdy z nas był inny, ale to sprawiało, że nawet po największej burzy potrafiliśmy zawalczyć o ponowne pojawienie się słońca nad naszą przyjaźnią.

Wynajmowaliśmy wspólnie mieszkanie w centrum Poznania. Spędzaliśmy w swoim towarzystwie mnóstwo czasu, więc niekiedy – nie ma co się oszukiwać i idealizować naszej relacji – mieliśmy siebie po prostu dość. Ale z kim miałbym konie kraść, jeśli nie z nimi?

Dominik był wysokim, doskonale zbudowanym brunetem, który studiował na AWF-ie. Na widok jego szerokich ramion, kaloryfera na brzuchu i przenikliwych brązowych oczu dziewczyny same wciskały mu numery telefonu. A on... no cóż, korzystał z okazji, jednocześnie okłamując samego siebie, że wcale nie jest beznadziejnie zakochany akurat w tej jednej, która jakimś cudem go nie chciała. Klaudia była siostrą bliźniaczką Eryka i od trzech lat chodziła z Adamem, a ten studiował razem z nią weterynarię.

Najmądrzejszym i najambitniejszym członkiem naszej paczki był Patryk, który uparł się, że zostanie chirurgiem. Zakuwał do upadłego, by utrzymać się na medycynie, choć w liceum bez trudu zasilał grono prymusów i wygrywał każdą olimpiadę, w której brał udział. Aparycją nijak nie przypominał typowego kujona. Laski określały go raczej mianem „seksownego nerda”, bo podobno te jego okulary, krótki ciemny zarost i burza wiecznie zmierzwionych włosów stanowiły definicję tej nazwy.

Eryk, jedyny w naszej ekipie blondyn, chciał zostać w przyszłości tym mrocznym gościem, niestrudzonym w swych działaniach, który schwyta każdego mordercę i rozwiąże każdą zagadkę, dlatego poszedł na kryminalistykę. Bardzo trudno było go rozśmieszyć i niejednokrotnie do szału doprowadzał mnie jego pedantyzm, ale to on trzymał nas w ryzach, gdy było to potrzebne.

Na końcu tego męskiego łańcucha byłem ja, czyli największy „nieudacznik” z całej naszej czwórki. Nie studiowałem i nigdy nie zamierzałem tego zrobić. Nie żebym był głupi, bo w liceum pomimo trudnego do pokonania lenistwa radziłem sobie naprawdę dobrze, a maturę zdałem bez większego trudu. Chodziło o coś zupełnie innego. Był to wyraz mojego buntu przeciwko rodzicom, którzy od dzieciaka wbijali mi do głowy swoje racje, kierowani przerostem ambicji. Bo jak to tak? Jedyny syn znanego poznańskiego adwokata i uwielbianej pani doktor miałby zostać w życiu nikim?

Nie wiedzieli, że moją pasją jest rysowanie. Patrzyłem na świat oczami artysty już od pierwszej klasy gimnazjum. Dostrzegałem piękno tam, gdzie inni go nie widzieli. Zapamiętywałem obrazy, a później przenosiłem je do szkicownika. Nigdy jednak nie powiedziałem o tym ani mamie, ani tacie, bo doskonale wiedziałem, że trafiłbym na mur, bez jakichkolwiek szans na zrozumienie, a tym bardziej wsparcie.

Bezustanny nacisk z ich strony, bym wykonywał ważny społecznie zawód, sprawił, że wyprowadziłem się z domu w dniu ukończenia szkoły. W nosie miałem te wszystkie groźby o odcięciu mnie od pieniędzy. Zawsze udawało mi się jakimś cudem wylądować na czterech łapach, niczym kot, niezależnie od tego, z jakiej wysokości spadłem.

W ostatnich latach pracowałem w wielu miejscach... Pomagałem na budowie, sprzątałem w szkole, należałem do kadry znanej sieci sprzedającej fast foody, a nawet przyuczałem się do zawodu mechanika. Zawsze parłem do przodu, choć bieda często zaglądała mi w oczy, a praca na czarno była dla mnie niczym chleb powszedni. Z najgorszych życiowych sytuacji ratowały mnie pieniądze zarobione za narysowanie czyjegoś portretu albo przeniesienie na papier chwili uchwyconej na zdjęciu.

Dziś miałem powód do świętowania. Złapałem nową fuchę, tym razem w pełni legalną i na dłuższy czas. Stałem się oficjalnie pracownikiem firmy cateringowej, która każdego dnia rozwoziła posiłki po Poznaniu, a w weekendy obsługiwała dodatkowo przyjęcia i imprezy.

Kasa, którą mi zaproponowano, też była niczego sobie.

– Wygląda na to, że od następnego miesiąca wreszcie przestanę się spóźniać z czynszem – powiedziałem i zbiłem z chłopakami toast szklanymi kuflami wypełnionymi piwem.

– Nie ukrywamy, że cieszymy się twoim szczęściem głównie z tego powodu – zażartował Patryk.

– Przez pierwsze trzy miesiące nie przysługuje mi urlop i zapierdalam w każdy weekend – poinformowałem, bo to oznaczało, że na jakiś czas będziemy musieli zawiesić nasze wypady do „Pięciolinii” w pełnym składzie.

– Nowy zawsze ma najgorzej – powiedział Eryk ze zrozumieniem.

– Słuchajcie – zaczął rzeczowo Dominik, choć po jego krzywym uśmiechu wiedziałem, że coś planuje. – Mam dla was challenge. Dzisiaj każdy musi wyrwać laskę i wyjść z nią z „Pięciolinii”.

Spojrzeliśmy po sobie razem z Patrykiem i Erykiem. Nie byliśmy przekonani do tego pomysłu.

– Bez sensu, mieliśmy świętować w męskim gronie – zaprotestowałem.

Nie chodziło o to, że stroniliśmy od kobiet. Po prostu dziś niespecjalnie miałem głowę do tego, by uganiać się za jakąś panną.

Dominik rozejrzał się po pubie, a po chwili jego wzrok zatrzymał się na dłużej w jednym miejscu. Zwęził oczy i cmoknął z zadowoleniem.

– Ta – powiedział i wskazał kobietę siedzącą przy barze.

Szlag. Nawet przez ułamek sekundy nie musiałem się zastanawiać, dlaczego to właśnie ona przyciągnęła jego uwagę.

Zupełnie tutaj nie pasowała. Siedziała wyprostowana jak struna. Blond włosy spięła w ciasny kok, kojarzący mi się z filmową Minerwą McGonagall z serii o Harrym Potterze. Jej wąska spódnica i grafitowa marynarka do kompletu oraz czarne, połyskujące szpilki jawiły się jak dress code z innej planety.

Z pewnością nie była studentką i nie sprawiała wrażenia, jakby przyszła się tutaj zabawić. Raczej próbowała utopić smutki albo pozbierać myśli przy kieliszku wina i muzyce na żywo.

– Niezła laska – skomentował Patryk z zainteresowaniem.

– Dajcie spokój, za wysokie progi na wasze nogi. – Eryk parsknął śmiechem.

Dostrzegłem jej profil, gdy sięgnęła po torebkę i zaczęła w niej czegoś szukać. Miała mały, zgrabny nos i wyraziste kości policzkowe. Usta były pełne i wydatne, a rzęsy – długie, i to raczej nie tylko za sprawą odpowiednio dobranej maskary.

Drobną dłoń zdobiła delikatna bransoletka ze złota.

– Mati, spraw sobie prezent i zagadaj do niej – powiedział Dominik z szelmowskim uśmiechem.

Popatrzyłem na niego znad opróżnionego do połowy kufla i zacząłem się śmiać.

– Czy ja mam na czole napisane „samobójca”? Przecież ona mi przegryzie krtań, jeśli spróbuję zagadać. Nie chce towarzystwa, przecież to widać – odpowiedziałem i znów zerknąłem na nieznajomą.

– Daj spokój, ta Calineczka wygląda zupełnie niegroźnie – mruknął Patryk z nieukrywanym zainteresowaniem.

– Zmiana zasad dzisiejszego wieczoru – orzekł Dominik. – Jeśli uda ci się pogadać z nią chociaż przez pięć minut, stawiam ci dużą butelkę dobrej whisky. – Patrzył na mnie ciężkim, intensywnym spojrzeniem.

Wytrzymałem jego wzrok, zastanawiając się w myślach, co powinienem zrobić, żeby nie wyjść na tchórza. Moja uwaga raz jeszcze skupiła się na kobiecie przy barze. Przyłapałem ją na obracaniu kieliszka w smukłych palcach. Zamyśliła się, i to tak bardzo, że zdawała się w ogóle nie dostrzegać tego, co ją otacza.

– Mam gdzieś twoją whisky, stary. Zrobię to, żebyś nie truł mi dupy. Pięć minut i daję lasce spokój – oznajmiłem stanowczym tonem, po czym opróżniłem kufel do dna i odstawiłem go z hukiem na stół.

Wstałem ze swojego miejsca i ruszyłem w kierunku baru.

Wiedziałem, że to, co robię, jest idiotyczne, a jednak postanowiłem, że kolejne pięć minut swojego życia spędzę na small talku z nieznajomą, a później będę z triumfem patrzył w oczy Dominikowi i czekał, aż kupi mi obiecany alkohol, by wypić go z lubością przy najbliższej okazji.

Mieliśmy po dwadzieścia pięć lat, ale najwyraźniej niektórzy faceci nigdy nie wyrastają z zakładów.

Patryk nazwał ją Calineczką. Z daleka wydawała się drobna i bezbronna, wystarczyło jednak, że podszedłem bliżej, a ona na mnie spojrzała, i już wiedziałem.

Była niesamowicie kobieca. I z pewnością starsza od nas. Jej oczy miały kolor miodu, na policzkach pod lekką warstwą makijażu dostrzegłem drobne piegi. Zaczesane w ciasny kok blond włosy i prosta grzywka dodawały jej zarówno uroku, jak i powagi. Z bliska robiła jeszcze większe wrażenie.

Oniemiałem. Wyobrażałem sobie, jak wyjątkowym doświadczeniem byłoby narysowanie tak pięknej kobiety.

Zmierzałem w jej kierunku z konkretnym zamiarem, ale wystarczyło, że na mnie spojrzała, i zapomniałem języka w gębie.

Wdech i wydech.

Poradzisz sobie. Przecież kumple na ciebie patrzą. Wyduś coś z siebie, bo nie dadzą ci żyć! – krzyczał karcący głosik w głowie.

Odchrząknąłem i podrapałem się po karku, zakłopotany.

– Cześć – zacząłem niepewnie. – To, co zaraz powiem, będzie dziwne, ale za moimi plecami przy stoliku pod ścianą siedzi trzech chłopaków. Jestem pewien, że właśnie się na nas gapią, bo rzucili mi wyzwanie polegające na tym, bym sprawił, że zechcesz ze mną rozmawiać przez pięć minut – powiedziałem wprost, bo od zawsze wierzyłem w szczerość.

Nieznajoma uniosła lekko brwi i przyjrzała mi się uważnie.

W jej spojrzeniu dostrzegłem zaskoczenie i powagę. W kącikach oczu miała delikatne zmarszczki, które jednak działały na korzyść – dodawały jej uroku.

– To jakiś żart? – zapytała powoli.

Nasza rozmowa przypadła na moment, gdy w pubie słychać było wyłącznie szum rozmów, a muzyka ze sceny chwilowo ucichła z powodu zmiany wykonawcy.

– Nie. Możesz po prostu przez te pięć minut udawać, że dobrze ci się ze mną rozmawia, a później sobie pójdę? – Powiedzieć, że to zabrzmiało żałośnie, to jakby nic nie powiedzieć.

Rzuciła przelotne spojrzenie w kierunku chłopaków. Widziałem, że się zastanawia. Kilka razy obróciła w palcach kieliszek z winem, zagryzła na moment dolną wargę i zmierzyła mnie wzrokiem.

Za cholerę nie wiedziałem, co sobie o mnie pomyślała.

– O co się założyliście? – zapytała i wskazała mi stołek barowy obok siebie.

Chyba wolałbym, żeby o to nie pytała.

– Kumpel zaoferował butelkę dobrej whisky – odparłem, zajmując miejsce.

Chociaż powietrze w pubie było przesiąknięte wonią alkoholu, to niemal od razu poczułem jej zapach... Kwiatowy, głęboki i bardzo do niej pasujący.

– Dużo pijesz, że się na to porwałeś? – zapytała, zaintrygowana, i wzięła łyk wina z kieliszka, jakby chciała podkreślić swoje słowa.

– Szczerze?

– Jasne, że tak.

– Bardziej chodzi o honor i o to, by nie darli ze mnie łacha. Wiesz, mieszkamy razem, więc miałbym przerąbane – przyznałem otwarcie, a ona uśmiechnęła się lekko i pokiwała głową na znak zrozumienia.

Uśmiech miała... oszałamiający.

– Ile masz lat? – zapytała i przytuliła szkło do policzka, patrząc na mnie tymi swoimi przeszywającymi, wyjątkowymi oczami.

– Dwadzieścia pięć, a ty? – wypaliłem i natychmiast zrozumiałem swój błąd. – Zapomnij, że zapytałem...

– Nie jestem jedną z tych kobiet, które uważają, że nie wypada pytać o wiek – uspokoiła łagodnie. – Dzieli nas dekada.

Nieźle. Pomyślałem od razu, że zdecydowanie nie wyglądała na trzydzieści pięć lat.

– Nigdy bym ci tyle nie dał... – odpowiedziałem i nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że z każdym kolejnym słowem wypadam coraz gorzej w jej oczach.

Uśmiechnęła się pobłażliwie, jakbym był nieokrzesanym, głupiutkim chłopcem. Cóż, trochę się tak czułem... Rozmawiałem z nią tak pokracznie, bo zżerał mnie stres. Na ogół nie miałem problemów z nawiązywaniem kontaktów z dziewczynami. Radziłem sobie całkiem nieźle, choć oczywiście nie tak dobrze jak Dominik czy Patryk. Jednak ta kobieta cholernie mnie onieśmielała.

– A ile byś mi dał? – zapytała przekornie.

– Trzydzieści. Zauważyłem, że jesteś od nas starsza, bo masz w sobie klasę, której nam brakuje – wypaliłem i czułem, jak po plecach przebiega mi dreszcz.

Patrzyliśmy na siebie, prowadząc jakąś dziwną walkę na spojrzenia.

– Wybrnąłeś. – Puściła mi oko.

Po drugiej stronie lady szedł właśnie barman. Pod wpływem impulsu zatrzymałem go i poprosiłem o kolejną lampkę wina dla mojej towarzyszki.

Nie wiem, czy chciałem się jej przypochlebić, czy udawać bogacza, którym bynajmniej nie byłem.

W kieszeni miałem ostatnie sto złotych, które miało mi wystarczyć do końca miesiąca na jakieś skromne zakupy spożywcze. Trudno, najwyżej będę głodował aż do pierwszej wypłaty. Może chłopaki się zlitują i poratują mnie od czasu do czasu kromką chleba.

Barman napełnił jej kieliszek, a ja uregulowałem należność. Z piwa dla siebie zrezygnowałem.

– Często tutaj bywasz? – zapytała po dłuższej chwili milczenia, podczas której zacząłem się zastanawiać, czy minęło już nasze umówione pięć minut i czy nie powinienem podziękować jej za to, że pomogła mi w kwestii tego idiotycznego zakładu.

– Od czasu do czasu wpadamy z kumplami na piwo. Dzisiaj akurat świętujemy.

– Co takiego świętujecie, jeśli można wiedzieć? – zapytała, prawdopodobnie z grzeczności.

– Po wielu miesiącach dorywczej pracy wreszcie znalazłem taką, w której podpisałem umowę na konkretnych warunkach. Brzmi banalnie, ale to dla mnie duży sukces – wyjaśniłem z lekkim zakłopotaniem.

W jej oczach musiałem wyglądać naprawdę żałośnie, byłem tego pewien.

– To wcale nie brzmi banalnie, gratuluję! – powiedziała szczerze i ku mojemu zaskoczeniu poklepała mnie po ramieniu.

– A ty tutaj przychodzisz? Wybacz, ale... nie wyglądasz jak standardowa bywalczyni „Pięciolinii” – zauważyłem, wskazując dłonią na jej elegancki strój, który sugerował, że mogła być jakąś wysoko postawioną pracownicą korporacji.

– To mój pierwszy raz. Trafiłam tutaj przez zupełny przypadek. Fajne miejsce, zupełnie inne niż te wszystkie sztywniackie restauracje w centrum Poznania – odparła i rozejrzała się po dość niechlujnym i mało gustownym wnętrzu pubu. – Resetuję się tu dzisiaj i też coś świętuję – dodała trochę ciszej, a te słowa prawie utonęły w muzyce nowego zespołu, który właśnie rozpoczął występ na scenie.

– Coś? – Odważyłem się zapytać.

Popatrzyła na mnie przeszywająco, a w jej oczach na ułamek sekundy pojawił się trudny do opisania ból.

– Rozwód.

Szlag. A więc wszystko jasne...

– Czy powinienem ci pogratulować?

Zacisnęła usta w wąską linię, a następnie przechyliła kieliszek i opróżniła na raz. Otarła usta wierzchem dłoni, poprosiła o dolewkę i przez chwilę zdawała się przebywać w swoim świecie.

Serce raptownie mi przyspieszyło, zastanawiałem się, co zrobić: czekać, aż coś powie, czy może odejść bez słowa, bo przecież pięć minut już dawno minęło?

– Tak – wypaliła w końcu i uniosła na mnie swoje twarde, zdecydowane spojrzenie. – Powinieneś mi pogratulować, że wyrwałam się z tego piekła.

Zaskakiwała mnie coraz bardziej i bardziej każdym kolejnym zdaniem. Jej specyficzny sposób bycia był pewnie konsekwencją alkoholu, który prawie bez przerwy w siebie wlewała. Nie wyglądało mi to na świętowanie czegokolwiek. Przypominało raczej zapijanie smutków, których chyba trochę miała. Nazwała przecież swoje małżeństwo piekłem...

– Wobec tego gratuluję – odpowiedziałem, skonfundowany.

Atmosfera siadła, a ja zrozumiałem, że czas zakończyć tę rozmowę i wrócić do chłopaków. Siedziała przede mną nie pierwsza lepsza dziewczyna, lecz kobieta doświadczona przez życie, dźwigająca bagaż, o jakim nie miałem bladego pojęcia.

Wyczuła chyba, że zamierzam się pożegnać, bo podniosła głowę i spojrzała mi w oczy. Po chwili wzięła głęboki oddech i zapytała:

– Masz ochotę zrobić dzisiaj coś szalonego?

GODZINA 01:01 | NATALIA

Siedząc przy barze w pubie dla studentów, zastanawiałam się, czego właściwie oczekuję od tego wieczoru.

W głowie miałam tylko jedno słowo: reset.

Chciałam choć na chwilę zapomnieć o tym, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej. Nie byłam już żoną tego tyrana, który przez lata znęcał się nade mną psychicznie i fizycznie, zmuszając jednocześnie, bym każdego dnia chodziła do pracy z wysoko podniesioną głową, jakby moje życie z nim nie było piekłem, tylko rajem na ziemi.

Gdy sędzia spytała, czy kocham męża i chcę walczyć o nasze małżeństwo, spojrzałam w oczy Pawła i z całą mocą odpowiedziałam:

– Nie, nie kocham go. Nie, nie chcę walczyć o to małżeństwo.

Chyba nigdy nie byłam bardziej szczera niż w tamtej chwili.

Otrzymaliśmy rozwód bez orzekania o winie. Dlaczego nie walczyłam, by to jego uznali odpowiedzialnym za rozpad naszego związku? Bo to trwałoby zbyt długo. A ja chciałam zakończyć to jak najszybciej.

Wziąć wreszcie pierwszy głęboki oddech, który będzie smakował wolnością.

I rozpocząć nowy etap życia bez człowieka niszczącego mnie w każdy możliwy sposób.

Już nie podniesie na mnie ręki, nie zmusi do tuszowania siniaków, nie weźmie sobie jak przedmiotu, gdy będzie miał ochotę na seks.

Zostawiłam mu wszystko, co mieliśmy. Przeprowadziłam się do domu po rodzicach, na obrzeżach Poznania. Budynek stał nieużywany od roku – dokładnie od momentu, w którym moja siostra Blanka razem z mężem i dziećmi przeprowadziła się do Londynu, porzucając życie w Polsce, w murach, które przypominały jej szczęśliwe dzieciństwo z mamą i tatą u boku.

Strata rodziców – tak nagła i niespodziewana – nadal wywoływała ból. Zginęli w wypadku samochodowym, gdy wracali z wakacji nad morzem. Uderzył w nich pijany kierowca prowadzący samochód ciężarowy.

Siedząc samotnie przy barze, słuchałam muzyki wykonywanej na żywo i z wolna docierało do mnie, że przez te trzydzieści pięć lat sporo już w życiu doświadczyłam. Miałam świetnie płatną pracę, wysokie stanowisko, modne ubrania i wygląd, który podobno pociągał mężczyzn.

A jednak czułam się, jakbym nie posiadała nic, co tak naprawdę ma znaczenie.

Żadnej bliskiej rodziny na wyciągnięcie ręki, żadnej szczerej przyjaciółki, której mogłabym się zwierzyć, ani dziecka, które mogłabym kochać ze wszystkich sił.

Cóż... tak smakowała samotność.

Właśnie te rozważania przerwało mi niespodziewane pojawienie się nieznajomego chłopaka. W pierwszej chwili pomyślałam, że urwał się z choinki. Mówił coś o wyzwaniu rzuconym przez kumpli, ale rozumiałam z tego piąte przez dziesiąte.

Miał ciemne długie włosy, związane luźno w kitkę tuż nad karkiem, był wysoki i bardzo szczupły, wręcz chuderlawy. A także dużo ode mnie młodszy. Twarz nosiła znamiona męskości, duże brązowe oczy wpatrywały się we mnie z zakłopotaniem, a cień zarostu dodawał mu powagi. Miał na sobie spłowiały T-shirt, który kiedyś był prawdopodobnie czarny, i przetarte dżinsy. Prosta linia nosa i gęste brwi sprawiały, że w oczach rówieśniczek najpewniej uchodził za przystojnego.

Nie wiem, co mi odbiło, gdy zapytałam go, czy ma ochotę zrobić coś szalonego. Był skonfundowany, w zasadzie wyglądał tak, jakby podejrzewał, że stroję sobie z niego żarty. A ja po prostu uznałam, że skoro w domu nie czeka już na mnie facet, który strzeli mi w twarz za powrót o zbyt późnej godzinie, to mogę zrobić, co mi się tylko podoba.

Na przykład przegadać tę noc z zupełnie obcym chłopakiem.

– Co masz na myśli? – zapytał niepewnie.

– Wypijemy razem drinka, a później ruszymy w miasto – wypaliłam, przez co omal nie zaczął zbierać szczęki z podłogi.

Cóż, trudno się dziwić takiej reakcji. Nie wyglądałam na kobietę skorą do szaleństw. Raczej na taką, która wiecznie chodzi z kijem w tyłku. W pracy rzeczywiście tak było, bo dbanie o odpowiedni wizerunek wśród współpracowników stanowiło jeden z moich głównych celów.

– Nie boisz się, że cię zgwałcę albo zamorduję? – Patrzył na mnie tak, jakbym oszalała.

Alkohol był przecież trochę jak eliksir szaleństwa. Zwłaszcza dla kogoś, kto na ogół po niego nie sięgał.

– Nie zrobisz tego – odparłam z całkowitym przekonaniem. Wyglądał mi na takiego, który by muchy nie skrzywdził. – A jeśli, no cóż... moja strata. – Wzruszyłam ramionami.

Chciałam go trochę rozluźnić, co wydawało się dość karkołomnym zadaniem.

Zawiesiłam wzrok na niemal pustym kieliszku, kątem oka dostrzegłam jednak, że chłopak odwrócił się przez ramię i dał jakiś znak kumplom.

– Jak masz na imię? – Chciał wiedzieć.

– O nie, nie, nie. – Pokręciłam gwałtownie głową. – Żadnych imion, żadnych nazwisk, adresu czy numeru telefonu. Jesteśmy tej nocy całkowicie anonimowi. A jeśli wytrwamy w swoim towarzystwie do rana, to każde pójdzie w swoją stronę, bo przecież i tak więcej się nie spotkamy – wyjaśniłam i ponownie na niego spojrzałam.

Miał lekko zmarszczone brwi. Nie wyglądał na przekonanego.

– Poznań jest duży, ale może się okazać, że nie aż tak, żebyśmy więcej na siebie nie wpadli.

Zagryzłam na chwilę dolną wargę i się zaśmiałam.

– Robisz wszystko, by zepsuć tę zabawę – rzuciłam. – Tchórzysz?

Zastosowałam zagrywkę psychologiczną. Jeśli dowiedziałam się o nim czegoś podczas tych kilkunastu minut rozmowy, to że podejmuje wyzwania, nawet jeśli uważa je za głupie. Dlatego postanowiłam rzucić mu swoje, by dołączył do mojego zwariowanego pomysłu.

Potrzebowałam tej nocy poczuć się kimś innym.

Nie żoną, nad którą znęca się mąż.

Nie kierowniczką banku, która dostosowuje swój styl do dress code’u obowiązującego w danym miejscu pracy.

Chciałam być bezimienną kobietą, która pójdzie przed siebie z nieznajomym chłopakiem u boku. Nie miałam żadnego planu na tę noc i właśnie to było w tym wszystkim najlepsze.

– Nie. Wchodzę w to – odpowiedział po dłuższej chwili zastanowienia, a ja wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.

Przywołałam gestem ręki barmana, a gdy ten podszedł, zamówiłam dla nas dwa drinki z whisky.

Trzeba było to uczcić!

– Twoi kumple pewnie nie tego się spodziewali, co?

– Sam się tego nie spodziewałem – odparł i zerknął krótko przez ramię. – Powinienem im powiedzieć, że zostaję z tobą?

Był uroczy i taki zagubiony w całej tej sytuacji.

– A po co? Właśnie przygruchali sobie dziewczyny, więc zgaduję, że przestałeś być obiektem ich zainteresowania.

Pociągnęłam łyk ze szklaneczki, a kostki lodu zadzwoniły o szkło. Chłopak przez chwilę wpatrywał się we mnie intensywnie. Po chwili zrobił to samo.

Rzucił ostatnie spojrzenie w kierunku kolegów, którzy w najlepsze bajerowali nowo poznane panny, po czym skupił się na mnie.

– Wypijmy do końca i ruszamy w miasto – poinformowałam.

Nie wyglądał na przekonanego, ale czułam, że uda mi się go nakłonić do chwili szaleństwa. Pewnie w innych okolicznościach nie trafilibyśmy na siebie, a tym bardziej nie podjęli decyzji o spędzeniu ze sobą czasu. Jednak dziś nic nie było takie jak zawsze. Dziś chciałam wyjść poza swoją strefę komfortu.

Wypiłam jako pierwsza i obserwowałam, jak on opróżnia szklankę. Popatrzyliśmy sobie w oczy. Zastanawiałam się, co widzi w moich. Bo ja w jego spojrzeniu dostrzegałam cały ocean niepewności, onieśmielenia, zakłopotania. To było nawet słodkie...

– Gotowy? – zapytałam, zeskakując ze stołka barowego.

Chyba jeszcze do ostatniej chwili spodziewał się, że żartuję.

– Bardziej chyba nie będę – odpowiedział w końcu i również opuścił swoje miejsce.

Na scenie wokalista wykonywał właśnie autorską balladę, która tak bardzo wpadła mi w ucho, że miałam ochotę przystanąć i posłuchać dłużej. Oparłam się jednak tej pokusie i brnęłam do wyjścia przez tłum klientów, a lawirujący za mną chłopak pisał gorączkowo esemesa – prawdopodobnie do kolegów.

Wieczór był przyjemnie ciepły. Ulica tętniła życiem, wszędzie przechadzali się ludzie, jeździły taksówki, słychać było śmiechy i rozmowy. Takie oblicze Poznania pamiętałam z czasów studenckich, ale od dawna nie miałam okazji uczestniczyć w jego wieczornych atrakcjach.

Lekko szumiało mi w głowie i przeklinałam w myślach swoje szpilki, które dziś chętnie zamieniłabym na wygodne trampki. Spojrzałam przez ramię, by sprawdzić, czy mój nieoczekiwany towarzysz idzie za mną.

Szedł, choć wyglądał, jakby chciał wrócić do pubu.

– Rozchmurz się trochę – powiedziałam i szturchnęłam go lekko w ramię.

– Nie wyglądałaś na taką, która będzie chciała spacerować nocą po mieście z nieznajomym – przyznał z lekkim uśmiechem.

Uniósł tylko jeden kącik ust, a ja dostrzegłam dołeczek w jego policzku.

– Masz rację, to nie jest w moim stylu – odparłam, kiwając głową. – Okej, ale skoro już spacerujemy, to może powiesz mi, co studiujesz? – zagadnęłam go, zaciekawiona.

Czułam się oderwana od rzeczywistości.

– Nic.

– Jak to? – Zmarszczyłam brwi.

– Nie jestem studentem.

– To dlaczego spotkaliśmy się w pubie dla studentów?

– Bo moi kumple nimi są. Poza tym, jak widać, nie tylko studenci przychodzą do „Pięciolinii”. – Rzucił mi znaczące spojrzenie spod uniesionych brwi.

I tu mnie masz – pomyślałam.

Przystanęliśmy przy przejściu dla pieszych, a nieznajomy raptownie złapał mnie za nadgarstek, gdy ulicą przejechało rozpędzone auto, którego kierowca z całą pewnością miał gdzieś przepisy.

Kontakt fizyczny między nami trwał zaledwie chwilę, ale i tak był dla mnie zaskakujący.

Szliśmy przed siebie, bo nie ustaliliśmy żadnego celu.

Co za szaleństwo...

– A może jednak wymyślimy sobie imiona na tę noc, by móc się do siebie jakoś zwracać? – zapytał chłopak z uśmiechem.

– W porządku. To jak dziś masz na imię? – Popatrzyłam mu w oczy roziskrzonym spojrzeniem.

Coraz bardziej podobała mi się ta nasza zabawa w tajemniczość.

Zastanowił się przez chwilę.

– Jestem Franco – wypalił.

– No nie! Masz na imię Franek... – Nie zapytałam, tylko stwierdziłam. – Właśnie wszystko zepsułeś. – Miałam ochotę tupnąć nogą jak mała dziewczynka.

Usłyszałam jego głośny, lekko zachrypnięty śmiech.

– Nie mam na imię Franek. Przysięgam. – Jedną dłoń przycisnął do klatki piersiowej, a drugą uniósł. – Będziesz się śmiać, ale nie wiedzieć skąd, przypomniałem sobie właśnie, że moja babcia namiętnie oglądała Gorzką zemstę. Taką brazylijską telenowelę. Było tam trzech braci, a najmłodszy z nich miał na imię Franco – wyjaśnił, rozbawiony, i musiałam przyznać, że i ja z trudem powstrzymywałam śmiech.

– No nie! Kto nie oglądał Gorzkiej zemsty, niech pierwszy rzuci kamieniem! – parsknęłam i pokręciłam głową.

– Serio? Ty też?

– A jakże! Byłam nastolatką i też oglądałam ten serial. Oczywiście dla fabuły.

– A fabuła miała twarz...? – Urwał i czekał, aż dokończę.

– Juana – przyznałam lekko onieśmielona.

Tak, wzdychałam na całego do najstarszego z braci.

Z jakiegoś powodu głupio było mi się przyznać, że Franco też był bardzo w moim typie.

Ta krótka rozmowa na zupełnie przypadkowy temat sprawiła, że przełamaliśmy lody.

Teraz już mogło być tylko lepiej.

GODZINA 01:59 | MATEUSZ

– Twoja kolej – przypomniałem, gdy lawirowaliśmy między pijanymi ludźmi urządzającymi sobie imprezę na chodniku przed jednym z lokali. – Podaj imię na dziś.

– Hannah – odpowiedziała i uśmiechnęła się tak szczerze, że rozpromieniła jej się cała twarz. Była naprawdę piękną kobietą. – Zgadnij, od kogo wzięłam to imię.

Hannah... Hannah... Hannah... Pomyślałem intensywnie i od razu do głowy wpadła mi ta, która prowadziła podwójne życie i zakładała blond perukę, gdy wychodziła na scenę.

– Hannah Montana – rzuciłem bez cienia wątpliwości.

Odrzuciła głowę do tyłu i zaczęła się jeszcze głośniej śmiać. To był taki szczery, czysty i przyjemny dla ucha dźwięk.

– Brawo! Tego oczywiście nie oglądałam, bo to jednak nie moje czasy, ale kuzynka, z którą się kiedyś trzymałam, miała całe ściany w pokoju wyklejone plakatami z twarzą Miley Cyrus w prawdziwej lub udawanej odsłonie – wyznała w ramach wytłumaczenia. – Hannah i Franco. Świetnie. Idealne imiona na jednonocną znajomość – stwierdziła lekkim tonem.

Zacisnąłem usta. Nie powinna być tego taka pewna, ale nie chciałem jej o tym przypominać. Przecież jest nawet takie powiedzenie, że góra z górą się nie zejdzie, ale człowiek z człowiekiem tak. I że świat, niby taki wielki, częstokroć okazuje się zaskakująco mały.

– W porządku, Hannah. Proponuję coś zjeść i pogadać bez chodzenia slalomem między ludźmi. – Wyszedłem z inicjatywą, bo jak do tej pory tylko ona to robiła.

– Świetny pomysł!

Szliśmy przez kilka minut ulicą, wpatrując się w świecące szyldy poznańskich lokali. W końcu skręciliśmy w boczną uliczkę i trafiliśmy do knajpy z wegańskim jedzeniem.

– Może być? – spytała, patrząc na mnie tak, jakby rzucała mi wyzwanie.

– Pewnie – potwierdziłem.

Dość dobrze udało jej się ukryć zaskoczenie. Przekroczyliśmy próg lokalu urządzonego w surowym, niemal niechlujnym stylu i z ulgą zauważyliśmy, że nie ma tutaj tłumów i panuje względny spokój.

– Ja zamawiam tobie, a ty mnie – zaproponowała.

– Nieźle kombinujesz – przyznałem z uznaniem i się uśmiechnąłem.

Wyglądała, jakby chciała wyciągnąć z tej nocy wszystko, co tylko możliwe. Najwyraźniej na co dzień niespecjalnie mogła sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa.

Spojrzałem na menu wiszące pod sufitem i zastanawiałem się, co kobieta taka jak ona mogłaby chcieć zjeść. Jej ubiór raczej nie wskazywał na to, że byłaby zadowolona z burgera, którym mogłaby się pobrudzić. Może więc bowl, ewentualnie wrap?

Ona także dość długo się zastanawiała. Wreszcie odesłała mnie do stolika, żebym nie słyszał, co zamawia. Gdy wróciła, role się odwróciły i to ja podszedłem do lady. Poprosiłem o sałatkę z tofu i sosem musztardowym.

Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Patrzyłem na nią i złapałem się na tym, że robię wszystko, by zapamiętać jej twarz, na wypadek gdybyśmy mieli się już nigdy nie spotkać.

Dla mnie ta noc też była inna niż wszystkie, bo choć od czasu do czasu robiliśmy sobie z chłopakami wypady na miasto, to jeszcze nigdy nie ruszyłem tak po prostu przed siebie, a tym bardziej z nieznajomą u boku.

Nieznajomą, która była o dekadę ode mnie starsza.

– Powiedz mi o sobie tyle, ile możesz – zacząłem, patrząc prosto w te jej niezwykłe miodowe oczy.

Podparła podbródek na dłoniach i westchnęła. Przez chwilę błądziła spojrzeniem po plakatach oprawionych w ramy. Były to obrazkowe manifesty opowiadające się za ochroną zwierząt i spożywaniem roślin zamiast mięsa.

Może mi się tylko wydawało, a może rzeczywiście przez twarz Hannah przebiegł cień. Zniknął jednak tak nagle, jak się pojawił.

– Dzisiaj – zerknęła na zegar wiszący na ścianie za moimi plecami – a właściwie wczoraj rozwiodłam się z mężem. O tym już wiesz.

– Mów dalej – zachęciłem ją, choć podskórnie czułem, że nie będzie to miła ani lekka historia.

Wzięła głęboki oddech i przywdziała na usta pełen goryczy uśmiech.

– Pięć lat temu wyszłam za mąż. Byłam bezgranicznie zakochana w Pawle, imponowało mi, że jest cztery lata starszy i ustawiony. Pobraliśmy się, a po niespełna dwóch latach uderzył mnie po raz pierwszy.

– Ja pierdolę – wymsknęło mi się, a ona przytaknęła, jakby właśnie takiej reakcji się spodziewała.

– Oczywiście, jak zwykle w takich przypadkach bywa, obiecywał, że to tylko jeden raz, bo stracił nad sobą panowanie, i że więcej tego nie zrobi. Zrobił już osiem dni później. A potem bił regularnie.

– Dlaczego? – wydusiłem z siebie.

Klatkę piersiową przygniatał mi ciężki głaz utrudniający oddychanie.

– Bo zupa była za słona – odparła z uśmiechem niewyrażającym rozbawienia. – Za wszystko. Makijaż miałam zbyt mocny, szpilki zbyt wyzywające, dekolt zbyt głęboki. Każdy pretekst był dobry, żeby mnie spoliczkować, popchnąć, a w skrajnych przypadkach po prostu stłuc na kwaśne jabłko.

Patrzyłem na nią i czułem się głęboko poruszony i oburzony jednocześnie. Przyszło mi do głowy, że nie wygląda jak ofiara przemocy domowej, ale szybko odrzuciłem tę myśl. Była stereotypowa i krzywdząca. Osoby tkwiące w przemocowych związkach nie musiały przecież wyglądać w określony sposób, większość nie miała cierpienia wypisanego na twarzy. To mogło spotkać każdego, niezależnie od pozycji społecznej i wykonywanego zawodu.

– W końcu zdobyłam się na odwagę, odeszłam od niego i zażądałam rozwodu. Od dziś jestem oficjalnie wolna. Dlatego świętuję i zamarzyło mi się szaleństwo – wyjaśniła i wreszcie na jej twarz powróciły pozytywne emocje.

Nie znałem jej, wiedziałem, że raczej nigdy nie poznam, a jednak wyznanie, którym się ze mną podzieliła, totalnie zwaliło mnie z nóg.

– Oprócz tego piastuję dość znaczące stanowisko w jednym z poznańskich banków, mieszkam sama, nie mam dzieci i chciałabym mieć psa. W wolnych chwilach piekę. Babeczki, torty, ciasta... Często na zamówienie, bardzo rzadko dla siebie.

Obraz, który wyrysowała mi w głowie, był przedziwny, ale przy tym szalenie interesujący. Ciekawiła mnie. Byłem nią cholernie zaintrygowany. Stanowiła piękną zagadkę, której teoretycznie miałem nigdy nie rozwiązać. Skłamałbym jednak, gdybym stwierdził, że mnie nie kusiło... Już teraz, a co będzie dalej?

Co prawda nie wyznała nic, co by sprawiło, że mógłbym ją odszukać, ale i tak odniosłem wrażenie, że otrzymałem od niej pewną poszlakę. Próba znalezienia jej po informacji, że jest wysoko postawioną pracownicą któregoś z poznańskich banków, przypominałaby pewnie szukanie igły w stogu siana, ale być może mogłoby mi się to udać. Gdyby bardzo mi zależało...

– Teraz moja kolej? – zapytałem z przekornym uśmiechem.

Przytaknęła.

Wziąłem głęboki oddech, bo i ja nie miałem zbyt wesołej historii.

– Jestem jedynym synem adwokata i lekarki. Jak się pewnie domyślasz, rodzice ubzdurali sobie, że mam iść w ślady któregoś z nich. Dopóki udawałem, że się na to zgadzam, byli mili i sypali kasą. W końcu powiedziałem, że nie zostanę ani lekarzem, ani prawnikiem. Wyprowadziłem się z domu zaraz po maturze. Od tej pory żyję na własny rachunek. – Wzruszyłem ramionami, choć wracanie do tamtych chwil wcale nie było dla mnie łatwe.

Wtedy liczyłem, że miłość rodzicielska okaże się silniejsza od ambicji i wyobrażeń na temat mojej przyszłości. Matka i ojciec nie mieli jednak żadnych skrupułów.

– Jak sobie poradziłeś? – zapytała z powagą.

– Dzięki kumplom, których dzisiaj widziałaś. Przez ostatnie siedem lat łapałem się każdej pracy. Jeździłem śmieciarką, sprzątałem ulice, klatki schodowe i cudze mieszkania. Rozładowywałem towar w kilku marketach, pracowałem w piekarni na nocne zmiany, byłem stróżem w kilku firmach. Gdzie szukali człowieka do roboty, tam pojawiałem się ja – mówiłem i wcale nie czułem wstydu. – W skrajnych sytuacjach ratowało mnie jedno...

– Czyli? – zaciekawiła się.

– Rysowanie.

Oczy Hannah rozbłysły.

– Jesteś artystą? – Miękka nuta w jej głosie sprawiła, że po plecach przebiegł mi dreszcz.

– „Artysta” to zbyt duże słowo. Owszem, dostrzegam szczegóły, zwracam uwagę na twarze ludzi mijanych na ulicy, zapamiętuję je, a te najbardziej wyjątkowe rysuję później z pamięci. Prawda jest jednak taka, że wyżyć się z tego nie da.

– Ale nie złamałeś się, żeby wrócić do rodziców i przystać na ich warunki? – Wyglądała na lekko wstrząśniętą, co w gruncie rzeczy wcale mnie nie dziwiło.

– Nie. Studia i chodzenie w gajerze nie są dla mnie – wypaliłem i zaraz spojrzałem na jej ubiór. – Bez urazy.

– To godne podziwu – przyznała, choć wyglądała na lekko zmieszaną, jakby się zastanawiała, czy nie siedzi przy stole z totalnym idiotą, któremu nie chciało się uczyć.

– E tam. – Machnąłem ręką. – Żadnej pracy już się nie boję. A dziś zostałem zatrudniony w firmie cateringowej na bardzo dobrych warunkach, dlatego zaprosiłem kumpli, żeby to uczcić. – Przytaknęła, a ja kontynuowałem: – Jeśli mam kasę na szkicownik i ołówki, nie chodzę głodny i nie mieszkam pod gołym niebem, a do tego zdrowie mi dopisuje, to mogę powiedzieć, że mam szczęście.

Po tych słowach wyprostowała się lekko i spojrzała na mnie z zainteresowaniem.

– Co dokładnie rysujesz? Jakie zlecenia przyjmujesz? – zapytała przyciszonym głosem.

Wyciągnąłem telefon z kieszeni, odblokowałem go i wybrałem ikonkę galerii. Wszedłem w folder z rysunkami. Wiedziałem, że są dobre.

– Portrety, odwzorowuję dla klientów dostarczone zdjęcia, czasem trafi się jakiś ładny krajobraz, mam na koncie kilka aktów... – wymieniałem, czując, jak wzdłuż kręgosłupa przepływa mi znajomy prąd ekscytacji.

Ta pasja dodawała mi skrzydeł nawet w najgorszych momentach. Uciekałem przed problemami w rysunki tak wiele razy, że wprost trudno byłoby to zliczyć.

– Tylko kobiet czy mężczyzn też? – zapytała z uniesioną brwią, zerkając na mnie znad telefonu.

– Aktu samego mężczyzny nigdy nie rysowałem, kobiet było sporo, natomiast zdarzały się także pary, które chciały uwiecznić swoją namiętność – wytłumaczyłem, przypominając sobie tę żywą sensualność, którą za każdym razem próbowałem oddać na kartce.

Hannah westchnęła przeciągle i uśmiechnęła się do mnie kącikami ust.

– Jesteś trochę jak Jack Dawson z Titanica. – To nie było pytanie, tylko stwierdzenie.

Roześmiałem się, bo nie była pierwszą kobietą, która rzucała takim porównaniem.

– Powiedzmy – przyznałem, rozbawiony. Wskazałem ruchem głowy komórkę w jej dłoni i zapytałem: – Podobają ci się?

Nie wiem dlaczego, ale chciałem poznać jej opinię. Zanim zdążyła odpowiedzieć, oboje zostaliśmy wezwani do odbioru zamówienia.

Ja przyniosłem dla niej wybraną sałatkę, a ona dla mnie podwójnego burgera.

Spojrzałem na nią z uniesionymi brwiami.

– No co? Chudziutki jesteś, przyda ci się trochę kalorii – odpowiedziała z olśniewającym uśmiechem.

– Niech ci będzie – rzuciłem i wgryzłem się z bułkę.

Była pyszna.

– A co do twojego pytania, to tak. Podobają mi się. Zwłaszcza to – powiedziała i przesunęła telefon po blacie stolika.

Zerknąłem na wyświetlacz i ujrzałem akt młodej rudowłosej dziewczyny po amputacji lewej nogi.

Ledwie uszła z życiem w wypadku samochodowym, który spowodował pijany kierowca wyprzedzający „na trzeciego”, gdy wracała po maturze do domu. Tamta sytuacja zmieniła ją na zawsze. Zamknęła się w czterech ścianach, odizolowała od rówieśników i wmawiała sobie, że nic dobrego już jej nie czeka.

Siostra namówiła ją, by się przełamała i zrobiła dla siebie coś, co pomoże jej zrozumieć, że nadal jest piękna. Odezwała się do mnie i poprosiła, bym narysował jej siostrę najlepiej, jak potrafię.

Rzuciła mi nie lada wyzwanie, ale podjąłem się go i spędziłem z tą dziewczyną kilka dni. Milczeliśmy, gdy pracowałem. Czasem rozmawialiśmy po sesji przez kilka minut. Miała na imię Anastazja.

Z poczucia dyskrecji postanowiłem nie dzielić się z Hannah szczegółami tamtego zlecenia, uznając, że byłoby to nie fair wobec klientki. To, że powiedziała mi cokolwiek na swój temat, było wyrazem zaufania, którym z jakiegoś powodu mnie obdarzyła.

– To jeden z ważniejszych rysunków, jakie stworzyłem – przyznałem tylko i się uśmiechnąłem.

– Była zadowolona z efektów? Ta dziewczyna? – zapytała moja towarzyszka z dziwnym, choć ulotnym poruszeniem.

Jadła z apetytem sałatkę, a ja patrzyłem na jej pełne usta, gdy przeżuwała, i ruch krtani, gdy przełykała. Szlag by to trafił, jak seksowna była podczas tak zwyczajnej czynności jak jedzenie.

– Bardzo – przyznałem szczerze.

– Zdziwiłabym się, gdyby miała jakieś zarzuty. Ten rysunek jest doskonały – odparła i znów sięgnęła po telefon. – Mnie też mógłbyś tak narysować? – wypaliła nagle i spojrzała mi prosto w oczy.

Zaskoczyła mnie. Starałem się jednak nie pokazać tego po sobie.

– Żebym mógł cię narysować, to musielibyśmy się jeszcze spotkać, a ustaliliśmy, że to się nigdy nie wydarzy – odpowiedziałem, powołując się na jej słowa.

Przechyliła lekko głowę na bok, a na jej wargi wpłynął przekorny uśmiech.

– To prawda, ale jeśli jakimś cudem byśmy się jeszcze kiedyś spotkali... – urwała znacząco.

– Chcesz, żebym narysował twój akt? – zapytałem, zaskoczony.

Nie spodziewałem się po niej takiej propozycji.

– Tak. Jako symbol wyzwolenia spod władzy męża tyrana – odpowiedziała pewnym głosem. Zdawała się całkowicie przekonana do swojego pomysłu. A ja jakoś nie umiałem sobie wyobrazić, że mogłaby zdjąć te swoje kierownicze ciuchy i pokazać mi się nago. – Zdajmy się na los.

Uniosłem brwi i przytaknąłem.

Właśnie zawarliśmy umowę, która pewnie nigdy się nie ziści.

[...]