Jedyne takie miejsce - Klaudia Bianek - ebook
Opis

Najważniejszy polski tytuł New Adult w 2019 roku! Książka, która zwyciężyła w konkursie na najlepszą nadesłaną do wydawnictwa powieść. Okładka, którą zna już cała książkowa blogosfera, i najbardziej wyczekiwany tytuł tej wiosny! Początek serii, która zagości w Waszych sercach na długo.

 

Co pomyśli twój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa, z którym łączą cię już tylko wspomnienia, gdy on nagle zjawia się po dziesięciu latach rozłąki, a ty stoisz przed domem z dwuletnim chłopcem przytulonym do nogi?

 

Lena, została samotną matką w wieku szesnastu lat i postanowiła nigdy nie wyjawiać prawdy o tym, kim jest ojciec jej synka. Zamknięta w sobie, odizolowana od rówieśników, poraniona przez wydarzenia z przyszłości każdego dnia uczy się być lepsza nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla swojego dziecka.

 

Alan od urodzenia był skazany na sukces. Bogaci rodzice, najlepsze szkoły, luksusowe życie w wielkim mieście stanowiły jego codzienność. Spełniał swoje kolejne marzenia bez większego trudu. Wszystko posypało się jak domek z kart, gdy zakończył czteroletni związek z dziewczyną, nakrywając ją na zdradzie.

 

Czy Lena, mimo zadanych w przeszłości ran, dopuści do siebie choć odrobinę miłości? Czy Alan pozna jej tajemnicę i poradzi sobie z demonami, które zostawił w wielkim mieście? Czy sama chęć wystarczy, żeby wszystko się ułożyło? Czy dom pod lasem to Jedyne takie miejsce, w którym wszyscy będą szczęśliwi?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 404

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Klaudia Pankowska-Bianek, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Grażyna Milewska

Korekta: Anna Gidaszewska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: FecitStudio

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66278-15-8

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci,

miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki.

Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych

jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@weneedya.pl

Dziadkowi Józefowi –

pan Tadek jest dla Ciebie

Między mężczyzną a kobietą

przyjaźń nie jest możliwa.

Namiętność, wrogość, uwielbienie,

miłość – tak, lecz nie przyjaźń.

~ Oscar Wilde

Lena

Moja bezpieczna przystań od zawsze znajdowała się w samym środku wielohektarowego lasu. Wszystko, co się dla mnie kiedykolwiek liczyło, było tutaj – w małej chatce zbudowanej przez mojego pradziadka dawno, dawno temu.

Wychowała mnie babcia Teresa, najcudowniejsza kobieta na świecie. Moja mama zmarła, gdy miałam trzy lata, i jej twarz znałam tylko ze zdjęć. Natomiast ojciec po prostu uciekł od odpowiedzialności. Po pogrzebie mamy przywiózł mnie do babci i powiedział, że samotnie nie da rady wychować trzyletniego dziecka. Babcia Teresa zwyzywała go, a następnie zatrzasnęła mu drzwi przed nosem – tyle wiem z jej opowieści.

Do szkoły zawsze miałam daleko, miejskie klimaty były mi całkowicie obce. Żyłyśmy sobie z babcią w naszym małym świecie, za jedyne towarzystwo mając mieszkające po sąsiedzku małżeństwo. Tadeusz i Marianna Roguccy byli mi tak bliscy jak babcia, bo razem tworzyliśmy naszą małą rodzinę. Pani Marianna zmarła siedem lat temu po długiej i nierównej walce z rakiem piersi. Pan Tadek został sam w swoim starym domku.

Przez ponad cztery lata żyliśmy sobie spokojnie w trójkę, a potem mój świat się wywrócił do góry nogami…

Zaczęło się od dziwnych bólów głowy, a później przyszły wymioty. Brak apetytu i apatyczność stawały się coraz trudniejsze do zatuszowania przed babcią, której nie chciałam martwić swoimi dolegliwościami. Nie dopuszczałam do siebie możliwości, która uparcie szturmowała mój umysł.

Miesiączka jednak nie nadchodziła. Spóźniała się tydzień, później drugi. Po trzecim tygodniu kupiłam test ciążowy. Dwie kreski mnie poraziły. Nie byłam w stanie płakać, nie byłam w stanie krzyczeć… Zapadłam się w sobie.

Ukrywałam rosnący brzuch do czwartego miesiąca. W końcu babcia przeprowadziła ze mną poważną, ale nienapastliwą rozmowę. Zabrała do lekarza, zadbała o mnie tak, jak ja sama nie byłabym w stanie zadbać. Najbardziej upokarzający był moment, gdy informowałyśmy moją wychowawczynię o zaistniałej sytuacji. Pani Stachowiak nie oceniała mnie, ale jej pełne zaskoczenia milczenie było wystarczająco dobijające. Wychowawczyni obiecała mi pomóc, poinformowała wszystkich nauczycieli i dbała, żeby nikt mi nie dokuczał.

Tyle że rówieśnicy i tak znajdowali sposób, żeby wbić mi szpilę. I to niejeden raz…

Z początku było niewinnie, bo tylko na mnie patrzyli i szeptali po kątach. Później jednak otwarcie nazywali mnie dziwką, która w wieku piętnastu lat dała sobie zrobić brzuch. Szyderczo pytali, czy w ogóle wiem, jak się nazywa ten leśny dzikus, który mnie dopadł w krzakach.

Gdyby tylko wiedzieli… Ale nikt nie mógł się dowiedzieć, bo to zniszczyłoby nie tylko mnie, ale także jego. A pomimo faktu, że on nie chciał mieć ze mną już nic wspólnego, to ja po prostu nie zamierzałam go wkopywać. Może byłam naiwna, może powinnam się zemścić za to, że umywał ręce od naszego wspólnego problemu, ale i tak go kryłam.

Dziewiątego września o godzinie piątej czterdzieści trzy urodził się Marcel. Nie potrafiłam powstrzymać łez wzruszenia, gdy po raz pierwszy dali mi go na ręce. Poczułam wtedy coś, czego nie czułam nigdy wcześniej. Coś więcej niż euforię. Coś tak wielkiego, że niemożliwego do opisania.

Początki były trudne, bo Marcel płakał całe noce, a my próbowałyśmy go uspokoić na przemian z babcią. Był najbardziej rozwrzeszczanym niemowlęciem, jakie widział świat. Jego buzia była wręcz purpurowa od płaczu. Zmienił się niewiarygodnie po chrzcie świętym. Z płaczącego dziecka przeistoczył się w roześmianego małego bobaska, który uwielbiał się kąpać, chętnie ssał mleko z piersi i zaczynał gaworzyć w odpowiedzi na nasze pieszczotliwe słowa.

Nie przelewało się nam. Babci renta była niewielka, ale sytuację ratowały pieniądze, które wedle naszej słownej umowy co miesiąc przesyłał mi ojciec dziecka. Babcia pytała, chciała wiedzieć, ale ja jej nie powiedziałam. Trzymałam go w szachu. Sam chciał testów na ojcostwo, a gdy wynik okazał się jednoznaczny, obiecał mi, że każdego miesiąca będzie przelewał na moje konto tysiąc dwieście złotych z wypełnionego po brzegi konta swoich bogatych rodziców, a w zamian za to mam milczeć jak grób. Zaznaczył, że nie chce widywać Marcela. Chciał mieć tylko pewność, że nikt się o niczym nie dowie.

Marcel był dzieckiem wychowywanym przez nastoletnią matkę, prababcię i pana Tadka.

Najbliższy sklep spożywczy znajdował się w odległości prawie trzech kilometrów od naszego miejsca zamieszkania. Wiosną, latem, a nawet późną jesienią i łagodną zimą brałam mój stary rower i jechałam leśną ścieżką po podstawowe zakupy.

Początek tegorocznego lata był dość chłodny, bo częściej padało, niż świeciło słońce, ale nic nie było w stanie mnie odwieść od przejażdżki po bochenek chleba.

Dziś, czyli siódmego lipca, mieliśmy dla odmiany naprawdę piękny i słoneczny dzień. Jechałam rowerem z dwoma torbami zawieszonymi na kierownicy i próbowałam omijać gałęzie leżące na ścieżce, które pospadały z drzew podczas ostatniej burzy. Las szumiał przyjaźnie, a promienie słońca przeciskały się przez korony drzew.

Wyjechałam z lasu i od razu zobaczyłam babcię Teresę, która z wiklinowym koszykiem wychodziła właśnie z kurnika, a za nią biegł roześmiany Marcel. Lekki wietrzyk targał jego ciemną czuprynkę, a malutkie kaloszki rozpryskiwały kałuże.

Uśmiechnęłam się i zsiadłam z roweru. Oparłam go o ścianę domu, a zakupy położyłam na starej drewnianej ławce. Marcel dostrzegł mnie, a ja przykucnęłam i rozpostarłam ramiona, żeby mój synek mógł w nie wpaść.

– Mama! – krzyknął radośnie, a ja wycałowałam jego zarumienione policzki i wzięłam go na ręce.

– Byłeś grzeczny? – zapytałam z uśmiechem. Marcel pokiwał głową i owinął mi szyję swoimi rączkami, tuląc się tak, jak gdyby nie widział mnie znacznie dłużej niż tylko godzinę.

– Lenka, zobacz tylko, ile kury naniosły dziś jajek! – zawołała babcia i pokazała mi wypełniony koszyk.

– Trzeba koniecznie zadzwonić do pani Wasiakowej, że mamy dla niej jajka. Może nawet pan Stasio ze sklepu się załapie. Pytał mnie dzisiaj, kiedy mógłby przyjechać po ser twojej roboty i jajka – odpowiedziałam i poprawiłam sobie Marcela na biodrze.

Babcia usiadła na ławce i popatrzyła w kierunku domku pana Tadka. Ja też się odwróciłam i zobaczyłam, że na jego podwórku stał zaparkowany jakiś drogi samochód, którego na co dzień nie widywało się w naszej okolicy.

– Ktoś przyjechał do Tadka tym samochodem krótko po tym, jak wyjechałaś do sklepu. Nie widziałam kto to, ale pomyślałam sobie, że może ten jego syn Robert przypomniał sobie o ojcu – powiedziała babcia, która cały czas wpatrywała się w podwórko sąsiada.

– Myślisz, że Rogucki odwiedziłby ojca po tylu latach? – zapytałam z powątpiewaniem.

Robert Rogucki, wielkomiejski bogacz i właściciel firmy transportowej przed laty przyjeżdżał do pana Tadeusza trzy razy w roku: gdy przywoził syna na wakacje, gdy odbierał syna z wakacji i w święta Bożego Narodzenia. Jednak od kilku lat nie pojawił się u niego ani razu. Przestał przywozić Alana na lato i wyglądało, że zerwał z ojcem kontakt. Ani ja, ani babcia nie wiedziałyśmy, co tam się właściwie stało.

W odpowiedzi na moje pytanie babcia wzruszyła ramionami.

Marcel zaczął się wiercić w moich ramionach, więc postawiłam go na nogi, a on przykucnął i nawoływał naszego wielkiego czarnego kocura Charliego, który leniwym krokiem wychodził ze stodoły.

Złapałam torby z zakupami w jedną dłoń, a koszyk z jajkami w drugą i weszłam do domu. Z malutkiego korytarzyka od razu przechodziło się do kuchni. To pomieszczenie też było niewielkie, ale wystarczające na nasze potrzeby. Położyłam wszystko na starym, chwiejącym się stole i zaczęłam rozpakowywać zakupy: cztery chleby, tabliczkę czekolady, trzy torebki mąki, kilogram cukru i jabłka, które pan Stasio dał mi dla Marcela.

Zaraz za mną do kuchni wszedł mój synek, który swoimi bystrymi, brązowymi oczkami patrzył to na mnie, to na jabłka.

– Obrać ci jabłuszko, kochanie? – zapytałam z uśmiechem, a Marcel przytaknął i wdrapał się na krzesło.

Z szuflady wyciągnęłam krótki nożyk do warzyw i owoców, a z szafki wyjęłam miseczkę. Obrałam jabłko i rozkroiłam je na mniejsze cząstki. Marcel uśmiechnął się z lubością i już chciał sięgnąć po pierwszy kawałek, gdy zauważyłam, jakie ma brudne dłonie.

– O nie, synku. Najpierw maszerujemy do łazienki i myjemy ręce! – powiedziałam stanowczo.

Mijając uchylone drzwi wejściowe, usłyszałam strzępki rozmowy. Od razu pomyślałam sobie, że pan Tadek przyszedł zdać babci relację z wizyty tajemniczego właściciela świetnego samochodu.

W łazience Marcel samodzielnie umył rączki, a następnie wytarł je w ręcznik. Wróciliśmy do kuchni, gdzie zabrał się za pałaszowanie jabłka.

Dźwięki dochodzącej rozmowy były niewyraźne; właściwie słyszałam tylko, że babcia z kimś dyskutowała. Usiadłam przy stole i patrzyłam na mojego bystrego dwulatka, który zajadał się jabłkiem tak, jak gdyby to była najlepsza rzecz na świecie. Dopiero gdy skończył, a ja wytarłam mu lepką od owocu rączkę, oboje wstaliśmy od stołu i ruszyliśmy do wyjścia.

W progu stanęłam jak wryta. Owszem, babcia nadal siedziała na drewnianej ławce przed domem, a pan Tadek obok niej. Tyle że naprzeciwko nich stał wysoki, elegancko ubrany chłopak, któremu uśmiech zamarł na ustach, gdy na mnie spojrzał.

Od razu go poznałam. Wiedziałam, że ma dwadzieścia lat i na tyle rzeczywiście wyglądał. W końcu wiele lat temu bawiliśmy się ze sobą każdego dnia przez całe wakacje.

Alan Rogucki nie przypominał już za bardzo tego dziesięcioletniego chłopca, który o zmierzchu pomagał mi zaganiać kury, który biegał w brudnych spodenkach i ciągle miał zdarte kolana oraz łokcie. Teraz stał przede mną młody mężczyzna w granatowych szortach, czarnych markowych trampkach i szarej koszulce polo. Jego kruczoczarne włosy były modnie przystrzyżone – krótsze po bokach, a na czubku głowy i potylicy dłuższe. Kwadratowa szczęka była pokryta ciemnym zarostem, na którego tle odbijały się wyraźnie wydatne różowe usta. Stał z dłońmi wsuniętymi w kieszenie szortów i w okularach pilotkach nasuniętych na nos. Wiedziałam jednak, że za lustrzanymi szkłami okularów znajdują się brązowe oczy otoczone woalką naturalnie długich i ciemnych rzęs.

Nagle poczułam wstyd, że po dziesięciu latach od naszego ostatniego spotkania on widzi mnie w starych dżinsowych ogrodniczkach i spranej zielonej koszulce. Moje długie, miedziane włosy zaplotłam rano w luźny warkocz, ale wiele kosmyków zdążyło się już z niego wysunąć.

Poczułam, że zawstydzony Marcel przytula się do moich nóg. Położyłam dłoń na jego główce, żeby dodać mu otuchy. Moje gęsto obsypane piegami policzki zapłonęły rumieńcem.

– Cześć – powiedziałam niepewnie, czując się trochę niezręcznie.

– Cześć, Lena! Rany, kopę lat! – odpowiedział rześkim głosem, a jego pełne usta wygięły się w szerokim uśmiechu i ukazały rząd śnieżnobiałych, idealnie prostych zębów. – Pamiętam cię jako małą dziewczynę, a teraz… – Urwał i chociaż nie widziałam jego oczu, to wyczułam, że popatrzył na tulącego się do mnie Marcela. – A kim jest ten zawstydzony maluch? – zapytał i ku mojemu zdumieniu przykucnął, uniósł okulary na czoło i wyciągnął dłoń w kierunku Marcela.

– To mój syn Marcel – odpowiedziałam niepewnie. Od razu zaczęłam sobie wyobrażać, co musiał o mnie pomyśleć… Osiemnastolatka z dzieckiem.

– Cześć, Marcel. Jestem Alan, kolega twojej mamy i wnuk pana Tadeusza.

Marcel zerknął na niego niepewnie, ale zaraz na nowo wtulił twarz w moje nogi, a babcia i pan Tadek zaczęli się śmiać.

– Marcel mówi na mnie „dziadzia Teddy” – wytłumaczył pan Tadek.

– Dajcie mu chwilę, zaraz się ośmieli – dodała babcia. – Marcelek, chodź do mnie, nie wstydź się – powiedziała pieszczotliwie, ale nawet to nie wywołało żadnej reakcji.

Alan nadal kucał, ale teraz jego wzrok był utkwiony we mnie. Już jako chłopiec miał bardzo przenikliwe spojrzenie, a teraz zdawał się wprost prześwietlać mnie na wylot.

– Co u ciebie, Lena? – zagadnął przyjaźnie, podnosząc się i prostując. Cały czas jednak zerkał na Marcela i ilekroć malec spojrzał na niego nieśmiało, to on się uśmiechał.

– Cóż, sam widzisz. Mieszkamy sobie z babcią i twoim dziadkiem z dala od cywilizacji i jest nam dobrze – odpowiedziałam neutralnym tonem. Największa zmiana w moim życiu stała przed nim i bardzo się wstydziła, więc o tym nie musiałam mówić. – A u ciebie?

Wziął głęboki oddech, popatrzył na swojego dziadka, moją babcię, uśmiechnął się do Marcela i zatrzymał wzrok na mnie.

– Studiuję inżynierię w Warszawie, ale na wakacje postanowiłem przyjechać tutaj, żeby pomóc trochę dziadkowi, który ciągle uparcie twierdzi, że jest młodzieniaszkiem i poradzi sobie sam – powiedział i rzucił znaczące spojrzenie panu Tadkowi. – To niesamowite, że przez dziesięć lat nic się tutaj nie zmieniło. Mam wrażenie, jak gdybym się cofnął w czasie.

Uśmiechnęłam się nostalgicznie. Patrząc na niego, nie miałam wrażenia, że cofam się w czasie. Czułam raczej, że to ja zatrzymałam się w przeszłości, a on poszedł dalej.

Oczywiście, że był studentem, i naturalnie, że ten ładny samochód należał do niego. Alan to typ człowieka od urodzenia skazanego na sukces. Robert Rogucki opływał w bogactwa, więc naturalną koleją rzeczy Alan też pławił się w luksusie. A inżynieria była jego marzeniem od dziecka.

Przez kilka kolejnych minut prym w rozmowie wiedli pan Tadek i moja babcia. Przysiadłam na progu naszego domku, posadziłam sobie Marcela na kolanach i pozwalałam mu się bawić moim warkoczem. Alan usiadł na trawie naprzeciwko nas i ze śmiechem słuchał anegdot opowiadanych przez starszych. Rozmawiał ze mną tak, jak gdyby nic się nie zmieniło, ale zdarzały się momenty, gdy przyłapywałam go na ulotnej zadumie… Zerkał wtedy na Marcela, jak gdyby nie dowierzając, że zostałam matką w tak młodym wieku.

Przypomniałam sobie pierwsze wakacje, gdy Alan nie przyjechał. Zupełnie się tego nie spodziewałam, bo przecież umawialiśmy się na kolejne wyprawy następnego lata. Szkoła dobiegła końca (z czego cieszyłam się bardziej niż inni), a ja każdego dnia wypatrywałam samochodu pana Roguckiego. Minął pierwszy tydzień wakacji, a później następny. W końcu zaczął dopadać mnie smutek, bo przecież Alan obiecał, że przyjedzie, a nie przyjechał. Mój dziewięcioletni umysł nie potrafił wyobrazić sobie niczego poza tym, że Alan pewnie na coś się obraził i dlatego się nie pojawił. Nie brałam pod uwagę setki innych możliwości, bo ta jedna wydawała się najbardziej prawdopodobna.

Pewnego wieczora, gdy siedziałam na przewróconym pniu drzewa i rozmawiałam sama ze sobą, przyszedł pan Tadek. Usiadł obok mnie, a wtedy od razu zamilkłam. Patrzyłam przed siebie i machałam nogami, natomiast on obserwował mnie z zamyśleniem.

– Nie gniewaj się na Alanka – zaczął tym swoim dobrotliwym głosem. – Jestem pewien, że on chciał przyjechać. Po prostu mój syn, z powodu pracy, musiał się razem z całą rodziną przeprowadzić z Poznania do Warszawy i nie dał rady go tutaj przywieźć. Może w następne wakacje się uda. – Pocieszał mnie, a ja wzięłam głęboki oddech, popatrzyłam na twarz pana Tadka i wydobyłam z siebie uśmiech.

Czas płynął, mijał rok za rokiem, a Alan się już nie pojawił.

I tak przez siedem lat, aż w końcu przestał dokuczać mi z tego powodu zawód. Nauczyłam się spędzać wakacje po swojemu. Pomagałam babci w codziennych obowiązkach, a pewnego razu na poczcie zakupiłam sobie za drobniaki książkę kucharską. Zaczęłam gotować. Początkowo z nudów, a później z pasji. Gdy dwa lata temu na świecie pojawił się Marcel, wtedy wszystko przestało się liczyć, a cała moja uwaga skupiła się na nim.

– Lenka… Lenka!

Poderwałam głowę, zdając sobie sprawę, że zamyśliłam się zbyt mocno. Rozejrzałam się i zdałam sobie sprawę, że Marcel w którymś momencie zszedł z moich kolan i zbliżył się do Alana.

Z niedowierzaniem patrzyłam, jak mój dwulatek przełamuje swoją nieśmiałość i obserwuje z zaciekawieniem naszego kocura Charliego, który z lubością ocierał się o dłoń Alana. Charlie był najlepszym przyjacielem Marcela. Stał się nim w dniu, gdy jego głośne mruczenie po raz pierwszy uśpiło mojego synka. Od tej pory Marcel nie był w stanie zasnąć, jeśli w naszym wspólnym łóżku nie było Charliego.

Nie byłam do końca przekonana do kota śpiącego w naszej pościeli, ale błagalny wzrok mojego synka wytrącił mi z ręki wszystkie logiczne argumenty.

Uśmiechnęłam się. Doskonale wiedziałam, jak wytłumaczyć pierwsze przebłyski śmiałości u Marcela. On bardzo ufał Charliemu. Uznał, że skoro jego najlepszy przyjaciel zbliżył się do nieznajomego, to i on może to zrobić.

– To twój kotek, prawda? – zagadnął przyjaźnie Alan, głaszcząc kocura.

– Tak – odpowiedział Marcel i zbliżył się jeszcze o krok. – On śpi ź nami… Źe mną i mamą – dodał śmielej. Patrzył uważnie na kota, który prężył grzbiet i głośno mruczał.

– A jak ma na imię? – Padło kolejne pytanie z ust Alana.

– Ćarli.

Babcia i pan Tadek popatrzyli na siebie i uśmiechnęli się, a mnie mocniej zabiło serce. Mój synek był nieśmiały, bo na co dzień nie miał kontaktu z obcymi. Znał tylko mnie, babcię Teresę i pana Tadka. Wiedział również, jak wygląda pan listonosz i ośmielał się podać dłoń panu Stasiowi ze sklepu. Raz pomachał na pożegnanie pani Wasiakowej, gdy odwiozła babcię po kościele. Innych ludzi się wstydził i potrzebował czasu, żeby się z nimi oswoić. Alan niepostrzeżenie znalazł drogę do zdobycia jego zainteresowania i sympatii.

– Cześć, Charlie. Bardzo duży z ciebie kocur. I muszę ci powiedzieć, że masz bardzo fajnego przyjaciela Marcela – powiedział głośno Alan, podrapał kota za uchem i uśmiechnął się do mojego synka.

A on nieśmiało odwzajemnił gest.

– Coś podobnego! – Westchnęła babcia.

– Nikt nie przełamuje oporów naszego małego chłopca lepiej niż ten gigantyczny kocur. – Zaśmiał się pan Tadek i z niedowierzaniem pokręcił głową.

Po chwili Marcel uklęknął na trawie i razem z Alanem zaczął głaskać Charliego. Kot musiał się poczuć jak w raju, bo rzadko kiedy otrzymywał aż tyle uwagi.

Jeszcze przez pół godziny patrzyłam, jak Marcel i mój dawny kolega z dzieciństwa poznają się dzięki czarnemu kocurowi. Niespodziewanie ten dzień okazał się naprawdę przyjemny i zaskakujący.

Alan

To było jak powrót do przeszłości. Ta sama polana, te same dwa domki, ten niesamowity klimat i szum drzew…

Wydawało mi się, że w tym miejscu czas stanął, a ja znów mam dziesięć lat i przeżywam najlepsze wakacje w swoim życiu. Znów jest mój dziadek i chciałem myśleć, że jest też babcia. A po sąsiedzku mieszka pani Teresa.

Tutaj nie byłem studentem inżynierii z wielkiego miasta i gościem, którego dziewczyna zdradziła z jego najlepszym przyjacielem. Tutaj byłem dzieciakiem żyjącym chwilą i kolejnym oddechem.

Od dziesięciu lat nie czułem się tak dobrze jak w momencie, gdy wysiadłem z samochodu, a podeszwy moich butów dotknęły źdźbeł trawy. Odetchnąłem pełną piersią i poczułem, że te wakacje spędzę tak, jak chcę, a nie tak, jak ustali to mój ojciec lub moja niewierna dziewczyna.

Dziadek powitał mnie z otwartymi ramionami, czyli tak, jak zawsze witał mojego ojca, chociaż ten na to nie zasługiwał. W ciągu kilkunastu minut streścił mi najważniejsze fakty z ostatnich lat swojego życia, w którym nie uczestniczyłem, a później zaproponował, że przejdziemy się do pani Teresy, bo i ona chętnie by mnie zobaczyła.

Starsza kobieta uściskała mnie serdecznie i zapytała, co u mnie słychać – zrobiła to w taki sposób, jak gdybym przyjeżdżał tu regularnie. W każdym razie nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie przypuszczałem, że będzie nam się rozmawiało tak swobodnie i lekko, jak to się odbywało.

A później z domku nadgryzionego zębem czasu wyszła ona.

Zapamiętałem ją jako rezolutną ośmiolatkę, której rude włosy zawsze były uczesane w dwa warkocze. Nosiła krótkie spodenki (a rzadko sukienki), sprane T-shirty i była moją najlepszą wakacyjną przyjaciółką. Jej ramiona i twarz obsypane były tysiącami piegów, a bystre zielone oczy zawsze dostrzegały wszystko wcześniej niż moje. Kiedyś nazywałem ją Pippi, od znanej wszystkim Pippi Langstrumpf.

Teraz jednak była Leną. Leną Michalską, osiemnastoletnią dziewczyną i – ku mojemu wielkiemu zdumieniu – matką dwuletniego Marcela. Nie chciałem pokazać po sobie zaskoczenia, bo pewnie dość już się naoglądała min tego typu. Popatrzyłem na uczepionego jej nóg chłopca i chciałem go poznać trochę bliżej. Przyjąłem taktykę małych kroków – na początek postanowiłem go trochę ośmielić.

Okazało się, że nie jest to wcale takie proste, ale towarzystwo czarnego i solidnie wypasionego kocura ociepliło nasze stosunki w zadziwiający sposób. Podobało mi się to, co widziałem na twarzy Leny, gdy razem z jej synkiem głaskaliśmy Charliego. Wydawała się nie tylko szczęśliwa, ale także lekko wzruszona.

W mojej głowie bezustannie migotało pytanie, kim jest ojciec dziecka i gdzie się podziewa. Oczywiście, to w żadnym razie nie była moja sprawa. Znałem Lenę w dzieciństwie, a przez dziesięć lat mogło się wiele wydarzyć. U niej się wydarzyło. Była nastoletnią matką, ale odnosiłem wrażenie, że radziła sobie świetnie.

Wieczorem, gdy zasiedliśmy z dziadkiem do skromnej kolacji, słuchałem jego opowieści o trudnym pożegnaniu z babcią. Pamiętałem ten okres bardzo wybiórczo. Wiedziałem tylko, że babcia miała raka piersi, który każdego dnia odzierał ją ze złudzeń o wyzdrowieniu. Odeszła bez bólu, jej ciało było kruche i blade – tak opisywał to dziadek.

W którymś momencie zapadła pomiędzy nami cisza. Zamieszałem łyżeczką herbatę, wziąłem głęboki oddech i, nie podnosząc wzroku, zapytałem:

– Jak to się stało, że Lena została matką?

Dziadek parsknął pozbawionym wesołości śmiechem, jak gdyby czekał na poruszenie tego tematu, lecz spodziewał się, że zacznę go w mądrzejszy sposób.

– Jestem pewien, że wiesz, jak to się dzieje, że kobieta zostaje matką, a mężczyzna ojcem – odpowiedział nieco zgryźliwie, po czym wziął łyk herbaty i spojrzał na mnie przenikliwie swoimi błękitnymi oczami, otoczonymi gęstą siateczką zmarszczek. – Teresa do dziś nie wie, kto jest ojcem jej prawnuka. Lena powiedziała, że nigdy nikomu tego nie zdradzi. Ukrywała swoją ciążę do czwartego miesiąca, później Teresa przeprowadziła z nią poważną rozmowę i zabrała do lekarza. Tego chłopaka nigdy tu nie było. Lena nigdy nie twierdziła, że nie wie, kim on jest. To nie typ dziewczyny, która poszłaby do łóżka z zupełnie nieznajomym chłopakiem. W każdym razie Marcel to najfajniejszy dzieciak, jakiego znam! Nieufny, to fakt, ale wspaniały pod każdym względem – powiedział dziadek i czule się uśmiechnął.

To samo pomyślałem o Marcelu, jak tylko go zobaczyłem.

– Lena ukończyła szkołę?

– Tak, ale do matury nie podeszła. Nauczyciele poszli jej na rękę z zaliczeniem materiału, ale postawili warunek, że nie podejdzie do matury – odpowiedział z westchnieniem. Potarł dłonią czoło i pokręcił głową. – Ona naprawdę wiele przeszła, Alan… Teresa pomagała jej, jak tylko mogła, ale nikt nie był w stanie ochronić jej przed obelgami w szkole… – wyszeptał udręczonym głosem, a mnie ścisnęło w gardle.

Gdy byliśmy mali, Lena jeden raz wspomniała o tym, że nie lubi chodzić do szkoły, bo inni uczniowie się z niej śmieją. Była odrzucana przez rówieśników tylko dlatego, że mieszkała poza miastem, a jej ubrania nie były nowe. Pamiętam dokładnie, co jej wtedy powiedziałem: „Niech sobie gadają. Jesteś lepsza od nich pod każdym względem”.

Bo była. Nigdy nikogo nie obraziła, miała wielkie i serdeczne serce, a do tego ze spokojem przyjmowała wiele przykrych wydarzeń, których los jej nie szczędził. Zawsze na mnie czekała i dbała o to, żebym się nie nudził. Pomagała nie tylko swojej babci, ale także mojemu dziadkowi.

Pierwsze wakacje w wielkim mieście i bez Leny były najgorszymi wakacjami w moim życiu. Nie potrafiłem się odnaleźć i ciągle się zastanawiałem, jak ona musi się czuć: zawiedziona, smutna, odrzucona. Pomimo moich błagań ojciec nie chciał mnie zawieźć do dziadka. Byliśmy akurat w trakcie przeprowadzki do Warszawy, a rodziców bez reszty pochłonęło aranżowanie wystroju nowego, ekskluzywnego mieszkania.

Ojciec nie dzwonił do dziadka. A może robił to, gdy mnie nie było w pobliżu. Nie miałem możliwości, by się dowiedzieć, co słychać u Leny. Naprawdę ją lubiłem. Była moją rudowłosą koleżanką Pippi. Wymyślała superzabawy, nie płakała z powodu zdartego kolana i umiała doić krowy.

Lata mijały, a ja przestałem mieć nadzieję na kolejne wakacje w moim ukochanym miejscu. Wmawiałem sobie, że Lena już o mnie zapomniała, więc w końcu puściłem się w wir nowych znajomości z modnymi i bogatymi nastolatkami z Warszawy. Zacząłem żyć tak, jak chciał mój ojciec, i cieszyć się z materialnych dobrodziejstw, na które było nas stać. Porzuciłem myśli o żyjącym skromnie dziadku i jego domu w środku lasu.

Justynę poznałem w liceum. Była klasyczną pięknością – wysoka, szczupła blondynka o dużych niebieskich oczach. Zaiskrzyło między nami już pierwszego dnia, ale przez długi czas bałem się do niej zagadać. W końcu trafiliśmy na tę samą domówkę. I to tam zaliczyłem od razu wszystkie bazy. Nie przyszło mi do głowy, że Justyna jest łatwa. Po prostu dobrze się z nią bawiłem, a później dałem tej znajomości szansę się rozwinąć.

I rozwinęło się tak, że trwało to prawie cztery lata. Może wciąż bylibyśmy parą, gdyby Justyna nie zdradziła mnie z moim najlepszym przyjacielem Pawłem.

Wydawało mi się, że ją znam. Bo była taka miła i ambitna, a do tego nieustannie zapewniała mnie o swojej wielkiej miłości. W końcu jednak zaczęła mnie unikać. Wymigiwała się od spotkań albo ciągle siedziała w telefonie i pisała SMS-y – rzekomo do koleżanki z roku. Dwa tygodnie temu, gdy przyszła do mnie na oglądanie filmu, w pewnym momencie poszła do łazienki. Zapomniała telefonu. Wtedy przyszedł SMS, którego pierwsza linijka wyświetliła się na pasku u góry.

Paweł: Kocham cię. Do zobaczenia wieczorem. Dziś będzie…

Powiedzieć, że mnie zmroziło, to jakby nie powiedzieć nic. Szybko przesunąłem palcem po ekranie i odblokowałem telefon. Wyszukałem w kontaktach Pawła i sprawdziłem numer tego gościa u siebie.

Okazało się, że „jej Paweł” to także „mój Paweł”.

Właśnie wtedy weszła do pokoju.

Wszystko było tak, jak na filmach. Płakała i błagała, próbowała tłumaczyć i przepraszała, ale ja bezdusznie wypchnąłem ją za drzwi. Wegetowałem przez tydzień, starając się rozgryźć przyczynę jej zdrady, ale nic nie przychodziło mi do głowy.

A ona dzwoniła. Dzwonił też Paweł. Dobijali się do moich drzwi, próbowali mnie złapać na uczelni. Bez skutku.

Poinformowałem rodziców, że jadę na wakacje do dziadka i właściwie po raz pierwszy miałem w nosie to, jak zareagują. Po prostu się spakowałem, wsiadłem w mojego białego citroena c4 cactus, którego dostałem od rodziców na osiemnaste urodziny, i opuściłem Warszawę, by po kilku godzinach jazdy znaleźć się w mojej bezpiecznej przystani.

– Myślę, że ona się cieszy, że przyjechałeś. Jako dziewięciolatka bardzo przeżywała to, że nie spędziłeś tu wakacji… – Odezwał się dziadek, gwałtownie wyrywając mnie z zamyślenia.

Wziąłem głęboki oddech i uśmiechnąłem się, ale tak naprawdę nie wiedziałem, co mógłbym powiedzieć.

Dziadek patrzył na mnie intensywnie, jak gdyby chciał coś usłyszeć. Cokolwiek.

– Zerwałem z dziewczyną. Po czterech latach. Zdradzała mnie z moim przyjacielem… Musiałem się odciąć, a nie ma lepszego miejsca niż to, żeby… się zresetować. – Wyznałem ze spuszczoną głową, jak gdybym obawiał się słów pogardy albo umoralniania.

– Wydaje się, że ona nie była ciebie warta. A ten chłopak to dupek – wypalił dziadek i zrobił to tak niespodziewanie, że wbrew sobie parsknąłem śmiechem.

Jak gdyby na zawołanie, leżąca na stole kuchennym komórka rozdzwoniła się po raz kolejny tego dnia. Imię mojej byłej dziewczyny.

– Odbierz i powiedz jej, że ma dać ci święty spokój. Nie daj sobą pomiatać, Alan – rzucił ostro dziadek. Krzesło zaszurało i patrzyłem, jak wstaje od stołu. – Idę spać. A ty to załatw, żebyś jutrzejszy dzień mógł powitać z uśmiechem i lżejszym sercem. Dobranoc.

Wyszedł z kuchni, a telefon zamilkł.

Wziąłem głęboki oddech, dopiłem herbatę i zacisnąłem palce na aparacie, jakbym chciał w ten sposób odebrać Justynie możliwość wykonania kolejnego telefonu do mnie.

Jednak dziadek miał rację. To należało załatwić najszybciej jak tylko możliwe.

Wstałem od stołu, odłożyłem szklankę do zlewu i wyszedłem z domu, żeby rozmową nie przeszkadzać dziadkowi. Przysiadłem na progu i ze ściśniętym żołądkiem wybrałem numer Justyny.

Odebrała po jednym sygnale.

– Alan? – wyszeptała z niedowierzaniem, jak gdyby przytrafiła się jej najbardziej nieprawdopodobna rzecz na świecie.

– Tak – odparłem krótko. Głęboki wdech, głęboki wydech. Zachowaj spokój, powiedziałem sobie. – Chcę, żebyś wreszcie mnie uwolniła: od swoich SMS-ów, telefonów, nagrań na poczcie głosowej. Nie nachodź mnie w mieszkaniu, nie…

– Przecież wyjechałeś – wtrąciła rozpaczliwie. – Alan, ja chcę naprawić to, co zepsułam. Popełniłam ogromny błąd, bo Paweł… on po prostu umył od wszystkiego ręce, jak gdybym tylko ja dopuściła się zdrady. A przecież… – Urwała i poczułem, jak szloch ściska jej gardło. – Wybacz mi, proszę. Nie przekreślaj tylu wspólnych lat!

– Ty je przekreśliłaś w momencie, gdy wskoczyłaś Radochońskiemu do łóżka. On najwidoczniej nie ma honoru i bierze po kumplach, ale ja nie, więc uszanuj moją decyzję i daj mi spokój. To koniec – warknąłem ze złością, bo czułem, że jej rozpaczliwy głos zaczyna docierać tam, gdzie nie powinien.

– Rezygnujesz z nas tak łatwo, Alan! Tak łatwo, jak gdybym nigdy nic dla ciebie nie znaczyła! – Załkała rozpaczliwie, a ja byłem bliski tego, żeby się nabrać na jej ból, smutek, żal.

– To ty nas przekreśliłaś, Justyna! To ty mnie zdradziłaś, a nie ja ciebie! Po prostu daj mi spokój i pozwól, żebym o tobie zapomniał, do cholery! Chociaż raz nie bądź egoistką! – ryknąłem do telefonu i po prostu się rozłączyłem.

Ona zawsze potrafiła mną manipulować. Grała słodką i niewinną, wiedziała, jak mnie podejść, jak zdobyć to, co byłoby dobre dla niej. Chciała do mnie wrócić tylko dlatego, że, jak to określiła: „Paweł… on po prostu umył od wszystkiego ręce”. A czego się spodziewała po Radochońskim? Tym lekkoduchu, dla którego szczytem marzeń było hurtowe zaliczanie dziewczyn?

Dłonie mi drżały, oddech rwał się ze złości. Otaczał mnie kojący szum drzew, nad głową miałem rozgwieżdżone i bezchmurne niebo… Kiedyś byłem tu najszczęśliwszy na świecie. Bez oczekiwań ze strony matki, bez rozkazów ojca.

Ukryłem twarz w dłoniach i westchnąłem głęboko, a z ciemności dobiegło ciche miauknięcie. Podniosłem wzrok i zobaczyłem, że biegnie do mnie kot Marcela i Leny. Charlie z lubością otarł się o moje łydki i trącał mnie łebkiem, domagając się pieszczot. Podrapałem go za uchem i zostałem uraczony rozanielonym mruczeniem.

– Co jest, kocie? – mruknąłem, obserwując, jak Charlie pręży grzbiet i patrzy na mnie wielkimi oczami. – Dlaczego siedzisz tu ze mną, a nie śpisz z Marcelem? – zapytałem, a kot odpowiedział mi miauknięciem i otarł się pyszczkiem o moją dłoń. – Chodź, idziemy. – Postanowiłem nagle i wziąłem zwierzaka na ręce.

Charlie zaczął mruczeć jeszcze głośniej, a jego łepek raz za razem ocierał się o mój szorstki podbródek. Wyszedłem z naszego podwórka i przeszedłem do sąsiedniej furtki. Otworzyłem ją najciszej, jak się tylko dało, i wydeptaną ścieżką doszedłem do drzwi wejściowych. Stanąłem na progu i już chciałem zapukać, gdy ktoś gwałtownie nacisnął klamkę i w progu stanęła Lena – z rozwianymi włosami, w koszulce na ramiączkach i krótkich spodenkach w poziome paski.

– Hej – powiedziałem niepewnie, patrząc na nią z zakłopotaniem. – Przyniosłem ci kocura, bo przyszedł do mnie, gdy siedziałem przed domem, a przecież Marcel z nim śpi, więc…

– Dziękuję! – wyszeptała z ulgą i od razu wzięła ode mnie kota, tuląc go w ramionach. – Był w domu, gdy kładłam Marcela spać, ale później czmychnął przed okno. Teraz mały się obudził, bo chyba przyśnił mu się zły sen, i pytał o kota, więc powiedziałam, że pójdę go poszukać – wyjaśniła, unosząc wysoko podbródek, bo Charlie usilnie próbował ocierać się o jej twarz.

– No wiesz co, stary? Masz ogromne szczęście być najlepszym przyjacielem tego małego chłopca, a uciekasz przez okno… – Zażartowałem, drapiąc kota pieszczotliwie pod pyszczkiem.

Cofnąłem rękę i spojrzałem na Lenę, która lekko się uśmiechała. Nadal wyglądała na niesamowicie wdzięczną, a przecież nie zrobiłem nic wielkiego.

– Dziękuję raz jeszcze. Pójdę już, bo… Marcel czeka na swojego przyjaciela, więc… – Urwała na chwilę, po czym uśmiechnęła się szerzej i cofnęła o krok w głąb domu. – Dobranoc, Alan. Do jutra.

– Dobranoc, Lena. Do jutra – powtórzyłem z uśmiechem i wycofałem się.

Przeszedłem udeptaną ścieżką, a przy uliczce odwróciłem się i ze zdumieniem zobaczyłem, że nadal stoi w drzwiach.

Pomachałem jej i ruszyłem do domu dziadka.

Lena

Wiosną i latem codziennie budziłam się przed świtem. To był mój nawyk, który wypracowałam sobie dzięki wstawaniu do płaczącego za mlekiem Marcela. Każdego poranka byłam świadkiem dziejącej się magii – słońce wychylało się zza horyzontu, powoli przebijało się między pniami drzew, rozlewało po trawie, oświetlało ściany i okna naszych domów.

Świat budził się do życia w najpiękniejszy z możliwych sposobów. Nagle pojawiały się owady, gdzieś pomiędzy drzewami można było dostrzec spacerującą sarnę, a nasz kogut piał głośno w kurniku, domagając się, by go wypuścić do zagrody.

Obserwowałam ten niesamowity spektakl z drewnianej ławeczki przed domem. Robiłam sobie poranną herbatę z sokiem z czarnego bzu, wkładałam bluzę, a przed zajęciem miejsca przecierałam ławeczkę z porannej rosy.

Potem szybko się przebierałam w robocze ubrania i szłam do małej obory, gdzie mieszkała nasza krowa Tola. Doiłam ją, a następnie przypinałam do jej obroży łańcuch i wyprowadzałam ją na polanę za domem, gdzie pasła się aż do wieczora. W stojącą tam wannę nalewałam świeżej wody i upewniałam się, że zasięg łańcucha pozwoli jej się skryć w cieniu drzew, gdy słońce zacznie zbyt mocno grzać.

Tego dnia Tola wydawała się podenerwowana, bo prychała na mnie i z wściekłością wyrywała kępy trawy spod moich stóp.

– Co jest, kochana? – zapytałam pieszczotliwie i podrapałam ją po szyi.

Zaczęła się ode mnie odsuwać. Zmarszczyłam brwi i wróciłam do obory. Wytaszczyłam ze środka snopek ze świeżym sianem i postawiłam pod drzewami, żeby mogła sobie skubać, kiedy tylko najdzie ją ochota.

Obserwowałam jej nietypowe zachowanie przez dłuższą chwilę. Tola była łagodną krówką, ale dziś wyraźnie nie miała nastroju do zwyczajowych pieszczot o poranku.

– Hej! – Usłyszałam głos za plecami.

Odwróciłam się szybko. W moim kierunku szedł Alan. Miał na sobie krótkie spodnie i czarny podkoszulek na grubych ramiączkach, które opinały jego szerokie ramiona. Jego skóra błyszczała w porannym słońcu, na wypoczętej twarzy widniał szeroki uśmiech, a włosy falowały w artystycznym nieładzie.

– Hej! – odpowiedziałam i również się uśmiechnęłam, patrząc na niego lekko zmrużonymi oczami. – Już nie śpisz? – zapytałam przyjaźnie, gdy podszedł do mnie.

– Nie, wstałem o świcie, bo chciałbym porąbać dziadkowi trochę drewna. On cały czas twierdzi, że jest młody i poradzi sobie sam, ale skoro już tu jestem, to chcę mu zrobić solidne zapasy na zimę – odpowiedział, a jego wzrok powędrował w kierunku pasącej się nieopodal krowy. – To nie jest Dusia… – stwierdził z zaskoczeniem, a ja popatrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami.

Dusia była pierwszą krową, którą babcia Teresa uratowała przed śmiercią w rzeźni. Gdy ja i Alan byliśmy mali, często towarzyszyliśmy Dusi na polanie, opowiadając jej niestworzone historie. Chętnie pomagaliśmy babci przy dojeniu i podbieraliśmy surowe ziemniaki z ziemianki, bo Dusia bardzo je lubiła. Była niesamowicie kontaktową krową, jednak fakt, że Alan ją pamiętał, w jakiś dziwny sposób ogromnie mnie wzruszył.

– Niewiarygodne, że ją pamiętasz… – powiedziałam z cichym westchnieniem.

– Pewnie, że pamiętam. Duśka była świetna! Potrafiła słuchać jak nikt inny! – odparł, a ja wybuchłam śmiechem.

– To fakt – przyznałam, a po chwili spoważniałam, popatrzyłam na Tolę i wyjaśniłam: – Dusia odeszła trzy lata temu. Prawdopodobnie miała raka żwacza, bo w ogóle nie mogła jeść. Krótko po tym babcia się dowiedziała, że w Groszkowicach jakiś gospodarz chce sprzedać krowę na rzeź, bo urodziła dwa martwe cielęta. No to Teresa Borowska zadzwoniła do pani Wasiakowej, że potrzebuje dojechać w jedno miejsce, odkupiła tę krowę i Tola znalazła się u nas.

Zobaczyłam, że na ustach Alana maluje się uśmiech, lecz uniosłam palec na znak, że jeszcze nie powiedziałam wszystkiego. – Ale… nie było tak prosto! Facet przywiózł nam Tolę, lecz zanim dostał pozostałą część pieniędzy, babcia dosłownie zmieszała go z błotem… Nie jestem ci w stanie powtórzyć, jakich słów użyła, ale wiem, że przytoczyła ustawę o ochronie praw zwierząt… W każdym razie gość spieprzał, gdzie pieprz rośnie – dokończyłam i razem z Alanem znów zaczęliśmy się śmiać.

Babcia Teresa była człowiekiem o wielkim sercu i zawdzięczałam jej dosłownie wszystko. Fakty były jednak takie, że miała mocny charakter. Tak mocny, że często pod wpływem wzburzenia nie przebierała w słowach. Kto raz zadarł z Teresą Borowską, ten już nigdy więcej nie chciał wejść z nią w spór.

– Mój dziadek zawsze powtarza, że pani Teresa to złota kobieta, ale nie chciałby jej nigdy zajść za skórę – powiedział Alan z rozbawieniem i spojrzał na mnie znacząco.

Przytaknęłam i popatrzyłam na Tolę, która leniwym krokiem zmierzała w naszym kierunku. Z pyska wystawało jej siano, które powoli przeżuwała.

– Alan, teraz oficjalnie mam zaszczyt przedstawić ci Tolę, która dzisiaj wyjątkowo ma humorki – powiedziałam z nieukrywaną czułością i pogłaskałam krowę po pysku, patrząc, jak z zaciekawieniem obwąchuje Alana.

– Cześć, Tola – przywitał się z nią i pozwolił, żeby przeciągnęła swoim szorstkim językiem po jego wyciągniętej dłoni. – Ale masz długie rzęsy! – dodał z niedowierzaniem, a ja natychmiast pomyślałam sobie, że on też ma przecież tak grzesznie długie i ciemne rzęsy, których mogła mu pozazdrościć każda kobieta!

Właśnie wtedy za naszymi plecami rozległo się kolejne pianie koguta, które przypomniało mi, że powinnam jak najszybciej wypuścić kury do zagrody.

– Muszę lecieć, bo… – zaczęłam, patrząc na Alana, ale on pokiwał głową z wyrozumiałą miną.

– Pewnie, ja też się biorę do roboty, bo gdy dziadek wstanie, to będzie mi to bezustannie utrudniał – odparł i mi pomachał.

Odszedł i zniknął w szopie pana Tadka, a ja jeszcze przez chwilę stałam i patrzyłam za nim, zastanawiając się, jak to możliwe, że nie widzieliśmy się dziesięć lat, a rozmowa tak się toczyła, jakby tej przerwy nie było.

A później wróciłam na ziemię i poszłam wypuścić kury, żeby móc zebrać świeżo zniesione jajka.

– Cześć, babciu! – powiedziałam, gdy wchodząc do kuchni, zobaczyłam, że najcudowniejsza kobieta na świecie siedzi już przy stole i popija herbatę. – Przyniosłam mleko i jajka.

– O, to wspaniale! Widzę, że dziś nie ma tak dużo jajek jak wczoraj, ale starczy, żeby podzielić między Wasiakową i pana Stasia – odparła babcia i upiła łyk z dużego kubka, który podarowałam jej w zeszłym roku na urodziny. – Wymyśliłaś już, co mogłybyśmy przygotować na jutrzejszy obiad? Wypadałoby się postarać, w końcu będzie też Alan…

– Tak, zastanawiałam się nad tym i pomyślałam, że dawno nie było potrawki z sosem śmietanowym. Na deser zrobię czekoladowe muffinki z powidłami – powiedziałam i zerknęłam ukradkiem do pokoju, który dzieliłam z moim synkiem. – Marcel jeszcze śpi… Wczoraj w nocy śnił mu się jakiś koszmar, a kiedy się obudził, zobaczył, że nie ma przy nim Charliego. Chciałam wyjść go poszukać, ale Alan przyniósł go pod drzwi, bo akurat był pod domem pana Tadka.

Babcia uśmiechnęła się serdecznie.

– Dobry chłopak z tego Alana… Wielkie miasto go nie zepsuło.

Wzruszyłam ramionami, bo mnie samej ciężko było wyrokować na ten temat. To, że dobrze nam się rozmawiało, o niczym jeszcze nie świadczyło.

– Charlie przyszedł już na jedzenie? – zapytałam, zmieniając temat.

– Tak, tak. Wleciał tutaj wygłodniały, najadł się i już go nie było. Kocisko jedno… Gdyby Marcelek tak go nie kochał, to nie wiem, czy pozwalałabym mu traktować nasz dom jak stołówkę – mruknęła z dezaprobatą, a ja podeszłam do niej, przytuliłam ją i ucałowałam w policzek.

– Babciu, obie wiemy, że byś pozwoliła, bo masz ogromne i dobre serce – wyszeptałam i znów ją ucałowałam.

Babcia zachichotała i upiła herbatę, jak tylko wypuściłam ją z objęć.

Zabrałam się za przygotowywanie kaszki z jabłkiem dla Marcela, babci i mnie. A kilka minut później z pokoju wychyliła się rozczochrana główka mojego synka, który zapytał:

– Kaska juz ceka?

Przez cały dzień zajmowałam się porządkami nie tylko u nas, ale i u pana Tadka. Zmieniłam pościel i pościągałam firanki, żeby je uprać. Była piękna pogoda, więc chciałam ją wykorzystać, żeby pranie nasiąkło cudownym letnim powietrzem.

Z panem Tadkiem to nigdy nie było łatwo, bo pomimo swoich prawie osiemdziesięciu lat cały czas twierdził, że ze wszystkim poradzi sobie sam. I pewnie nie byłabym w stanie go przekonać do odpoczynku, gdyby nie Marcel, który pewnego razu swoim słodkim głosikiem ubłagał go, żeby zamiast sprzątania wybrał zabawę z nim. Wtedy zawarliśmy umowę: on mi pomaga i pilnuje Marcela, a ja sprzątam mu w domu.

Zawsze robiłam mu generalne porządki, choć udawałam, że sprzątam tylko pobieżnie.

Tego dnia Marcel z panem Tadkiem bawili się w małej piaskownicy za domem, babcia gotowała obiad, a ja biegałam z jednego domu do drugiego, wstawiałam pranie, myłam podłogi i odkurzałam wszystkie zakamarki. Alan natomiast bezustannie rąbał drewno i układał je w szopie.

Co jakiś czas docierały do mnie radosne piski Marcela i roześmiane wołanie „dziadzi Teddy’ego”. Od początku zdumiewało mnie to, jak świetnie się dogadywali. Mój synek przepadał za panem Tadkiem, który był jedynym stałym mężczyzną w jego życiu. Dostrzegałam to, że Marcel próbował zaimponować panu Tadkowi, bardzo liczył się z jego zdaniem i kochał go z całego swojego dziecięcego serduszka.

Z kolei pan Tadek młodniał w oczach przy tym rezolutnym dwulatku. Miał do niego niesamowitą cierpliwość, chętnie mu wszystko tłumaczył i odpowiadał wyczerpująco na wszystkie jego pytania. Najważniejsze jednak, że nigdy nie spuszczał Marcela z oka nawet na sekundę. Wiedziałam, że przy panu Tadku nie stanie mu się krzywda.

Przez otwarte okna dochodził równomierny stukot siekiery. Wyjrzałam na zewnątrz, ale zobaczyłam tylko plecy znikającego w szopie Alana. Pracował nieprzerwanie od samego rana i nie zwracał uwagi na marudzenie dziadka, który straszył go udarem słonecznym.

Rzeczywiście, słońce przygrzewało bardzo mocno, ale przyjemny wiaterek sprawiał, że letni dzień idealnie nadawał się do pracy. Wiele razy widziałam, jak pan Tadek próbuje się sam uporać z porąbaniem drewna, ale jego słuszny wiek stanowił już przeszkodę nie do pokonania. Pomagałam mu, jak tylko mogłam, lecz brakowało mi sił. Metr sześćdziesiąt i pięćdziesiąt kilogramów to nie były parametry pozwalające na ciężkie prace.

Gdy babcia o drugiej zawołała wszystkich na obiad, jedyną osobą, która nie miała czasu przyjść, był Alan. Stwierdził, że zje później, i pracował dalej, a babcia zrobiła swoją srogą minę i zaniosła mu dużą szklankę kompotu z agrestu.

Posprzątałam po obiedzie, pomyłam naczynia i wycałowałam mojego synka, który chichotał i namawiał mnie, bym z nim i z panem Tadkiem porzucała piłką. Odmówiłam, a potem wygnałam babcię na dwór, stanowczo nakazując jej odpoczynek. Zdumiewało mnie, że zarówno ona, jak i pan Tadek ciągle uważali siebie za młodzieniaszków. Babcia w wieku siedemdziesięciu sześciu lat pomagała mi przy Marcelu, gotowała obiady, robiła zaprawy i czasem bez mojej wiedzy brała się za sprzątanie czy oporządzanie zwierząt. Jej nieposłuszeństwo zawsze kończyło się ostrą reprymendą z mojej strony.

Po całym dniu pracy słońce zaczęło się chylić ku zachodowi. Wieszałam właśnie ostatnią firankę w oknie naszej kuchni i na chwilę zapatrzyłam się na zachwycający spektakl odgrywany przez słońce. Za moimi plecami babcia piekła na piecu pszenne placuszki na kolację, a Marcel leżał wykończony na łóżku i drapał głośno mruczącego Charliego za uchem.

Do kuchni wszedł pan Tadek.

– Ja nie wiem, co ten chłopak tam robi cały dzień, ale dowołać się go nie idzie! – rzucił od wejścia i usiadł na krześle.

Popatrzyłam na niego, zaczepiłam firanę na ostatniej żabce, po czym zeszłam z krzesła.

– Matko jedyna, przecież on dzisiaj nic nie jadł! – zmartwiła się babcia, tym razem już nie na żarty.

– No też mu to powiedziałem, to zbył mnie, że niedługo kończy… Dobrze, że jest pracowity, ale skąd chce brać siłę, skoro nic nie je? – Markocił pan Tadek, kręcąc głową ze złością.

– Lenka, uszykuj mu piadinę i zanieś na talerzu, może tam zje – zarządziła babcia.

Przytaknęłam i sięgnęłam po masło zrobione przez babcię oraz dużego czerwonego pomidora. W dzieciństwie tak jedliśmy piadiny – posmarowane grubo masłem i obłożone pomidorem, a na końcu zwinięte na pół. Przyszykowałam mu dwie, przykryłam czystą ścierką i wyszłam z domku, kierując się na tyły, gdzie znajdowała się szopa pana Tadka.

Brama była otwarta, ale nigdzie na zewnątrz nie było widać Alana. Niepewnym krokiem weszłam do środka. W szopie panował okropny bałagan, którego na pierwszy rzut oka nie dało się ogarnąć. Mieściło się tu mnóstwo rzeczy, choć nie miałam pojęcia, jakim cudem. Niezliczone ilości drewnianych skrzynek, kufry, narzędzia, stare i poniszczone meble… Pod ścianą na prawo Alan zdążył już ułożyć dużo drewnianych szczap. Na tyłach szopy wisiała bordowa, bardzo brudna kotara, a z sufitu zwisała goła żarówka, która rzucała słabe światło na cały ten bałagan.

– Alan? – zawołałam niepewnie, robiąc krok do środka.

W pierwszej chwili nie dotarł do mnie żaden odzew, ale sekundę później kotara zafalowała i wyłoniła się zza niej głowa Alana.

– Lena! – powiedział z zaskoczeniem i automatycznie przeczesał palcami włosy. – Jesteś sama? – spytał szeptem.

Znałam ten konspiracyjny ton, bo w dzieciństwie używał go zawsze wtedy, gdy coś chodziło mu po głowie, i chciał mnie wkręcić do swojego planu.

– Tak. Przyniosłam ci…

– Chodź tu szybko, coś ci pokażę! – przerwał mi podekscytowany. Zanim jego głowa ponownie skryła się za kotarą, zobaczyłam, jak jego oczy błyszczą. Ten błysk też doskonale znałam.

Odstawiłam talerz na stojący najbliżej stary drewniany taboret i ostrożnie zaczęłam lawirować pomiędzy przedmiotami, patrząc pod nogi: stara kosa do siana – zardzewiała i stępiona, drewniany konik na biegunach, zabytkowy gramofon z oderwaną tubą, a nawet bujany fotel i skrzynia pełna końskich podków.

Weszłam za kotarę i zobaczyłam Alana, który intensywnie się w coś wpatrywał. A minę miał przy tym taką, jak gdyby znalazł skarb.

– Co chcesz mi pokazać? – zapytałam z rezerwą, a wtedy on popatrzył na mnie, uśmiechnął się szeroko i złapał za białe prześcieradło, z zamachem je ściągając z przedmiotu, który przykrywało.

Naszym oczom ukazał się stary, prawdopodobnie bardzo zabytkowy, motocykl. Był czarny i masywny. Na baku wypatrzyłam napis „Junak”.

– Czy ty to widzisz?! – zapytał Alan i pogładził siedzisko motocykla. – Nie mogę uwierzyć, że dziadek jednak go ma! Kiedyś mi opowiadał, że w młodości kupił sobie świeżo wypuszczony na rynek model M10 z 1959 roku. Zawsze żartował, że poderwał na ten motocykl babcię… – zaśmiał się, spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami i ponownie wrócił spojrzeniem do maszyny. – Zapytałem go, co się stało z tym junakiem, to odparł, że sprzedał… Wygląda jednak na to, że mnie okłamał… To aż niewiarygodne, Lena!

Wzięłam głęboki oddech.

– Cóż, jeśli to naprawdę ten sam junak, o którym opowiadał ci pan Tadek, to wygląda na to, że to cacko ma już prawie sześćdziesiąt lat… Zabytek – stwierdziłam.

Nie byłam fanką motoryzacji, ale ta maszyna robiła wrażenie. Alan natomiast wyglądał tak, jakby się znalazł w niebie.

– Jako dzieciak dostałem świra na punkcie junaków. Kolekcjonowałem figurki, czytałem książki, chciałem wiedzieć o tych motocyklach wszystko, bo historia dziadka tak bardzo zapadła mi w pamięć – wyszeptał i z czułością przejechał opuszkami palców po baku. – Nigdy nie sądziłem, że będę miał szansę na własne oczy zobaczyć to cacko!

Patrzyłam na Alana i uśmiechałam się. Wyglądał teraz tak, jakby spełniło się jego najskrytsze marzenie z dzieciństwa. Był niczym mały chłopiec, który dosięgnął nieba…

– Czy on działa? – zapytałam.

Alan pokręcił głową.

– Nie, ale myślę, że jestem w stanie pobudzić go do życia – stwierdził, patrząc na mnie tymi swoimi oczami pełnymi iskier. – Dzwoniłem już do faceta, który od lat remontuje junaki. Trzeba sporo wymienić, ale z pomocą Marcina dam radę to zrobić.

– A co na to twój dziadek?

Alan odwrócił się do mnie i spojrzał mi w oczy.

– I tu właśnie zaczyna się twoja rola – oznajmił z entuzjazmem, a jego dłonie spoczęły na moich ramionach.

– Tak? A co mam niby zrobić? – zdziwiłam się.

– Chcę przygotować dziadkowi niezwykły prezent na osiemdziesiąte urodziny – powiedział.

Tak, pan Tadek kończył osiemdziesiąt lat trzydziestego sierpnia, czyli już całkiem niedługo.

– Zrobię wszystko, by jeszcze raz usłyszał, jak ten junak gada. – Uniósł żartobliwie brwi. – W każdym razie on nie może się o niczym dowiedzieć. Z jakiegoś powodu ukrył junaka w tej szopie. Z jakiegoś powodu powiedział mi, że sprzedał go dawno temu, chociaż wcale tego nie zrobił.

Alan najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, że zadanie, które mi powierzył, było bardzo trudne. Pana Tadka trudno było utrzymać z dala od pracy i pomieszczeń gospodarczych.

– Dobra, ale może być jeden problem. Twój dziadek praktycznie nigdzie nie wyjeżdża. W niedzielę on i moja babcia jadą z Wasiakową do kościoła. Poza tym przebywa w domu cały czas. Jak mam go utrzymać z dala od szopy, skoro szybko zauważy, że ty ciągle tu przebywasz? Nie będziesz mógł w nieskończoność zasłaniać się rąbaniem drewna… – powiedziałam z powątpiewaniem.

Pan Tadek był bystrym staruszkiem i nieraz to udowodnił.

– Spokojnie. Wystarczy, żeby przez godzinę lub dwie dziennie jego uwagę zajmował Marcel. Umówię się z Marcinem, żeby przyjechał obejrzeć junaka w niedzielę, gdy dziadek pojedzie do kościoła. A resztę będę robił nocami, gdy dziadek już zaśnie – odparł swobodnie. Cóż, wyglądało na to, że miał już wszystko zaplanowane.

Jak zawsze. Dawniej często wymyślał nam różne tajne misje, o których tylko my mogliśmy wiedzieć, bo, jak twierdził, w przeciwnym razie przestałyby być tajne. Zawsze miał te same iskry w oczach, to samo podekscytowanie wymalowane na twarzy. Minęło dziesięć lat, lecz pewne rzeczy się nie zmieniały.

– Czyli, jak rozumiem, to nasza kolejna tajna misja? – zapytałam z szerokim uśmiechem, a Alan wyszczerzył się do mnie i ochoczo przytaknął.

– Wakacje bez tajnej misji nie istnieją! – odpowiedział radośnie i, jak nakazywała nasza tradycja, przybiliśmy piątkę, przyklepując tym samym rozpoczęcie działań.

– Kiedy już go rozbudzę, to zobaczysz, dlaczego tak się nim zachwycam. To cacko ma blisko sześćdziesiąt lat, a już za czasów swojej świetności potrafiło osiągnąć prędkość stu dwudziestu pięciu kilometrów na godzinę. W zbiorniku paliwa mieści się siedemnaście litrów! Waga tego Junaka wynosi sto siedemdziesiąt kilogramów, rozumiesz? A to bez ciężaru paliwa i oleju – mówił zafascynowany, a zachwyt bił mu z oczu. – To niesamowite, że ludzie już tyle lat temu potrafili tworzyć takie maszyny!

– Rzeczywiście. Mam nadzieję, że uda ci się zrobić dziadkowi prezent – przyznałam szczerze, bo sama byłam ciekawa reakcji pana Tadka na ożywienie fragmentu jego młodości.

– Musi się udać – odpowiedział stanowczo Alan.

Na znak mojego wsparcia pokazałam mu dłonie z zaciśniętymi kciukami i uśmiechnęłam się.

Odpowiedział uśmiechem. Pięknym, czarującym i pełnym podekscytowania.

Wzięłam głęboki wdech.

– Dobra, a teraz chodź, bo mam dla ciebie coś pysznego do zjedzenia! – zawołałam i złapałam za prześcieradło, przykrywając starannie junaka.

– Super, bo jestem głodny jak wilk! – ucieszył się i rzucił ostatnie spojrzenie na ukryty pod materiałem motocykl.

Wręczyłam mu talerz przykryty ściereczką i obserwowałam, jak ją podnosi, żeby zajrzeć co skrywa. Uniósł wysoko brwi i spojrzał na mnie zaskoczony.

– Piadina! Z pomidorem i masłem twojej babci! Rany! Nie jadłem tego od…

– Dziesięciu lat – powiedzieliśmy chórem i zaczęliśmy się śmiać.

Alan złapał pierwszy zwinięty placek i w ekspresowym tempie zaczął go pochłaniać, przymykając oczy z rozkoszy i pokazując mi kciuk uniesiony w górę. Jadł tak szybko, że zaczynałam się obawiać, czy za moment się nie zakrztusi.

Po pierwszej piadinie z szybkością światła zjadł drugą. Wziął głęboki oddech, po czym pomasował się po płaskim i umięśnionym (co było widać nawet pod koszulką) brzuchu.

– To jest najlepsze, co kiedykolwiek jadłem! – wyznał szczerze. W jego głosie była wdzięczność i zachwyt jednocześnie. – Dziękuję ci, Lena! Pychota! To mi się nigdy nie przeje!

Zaśmiałam się lekko.

– Oj, uwierz, że nawet to się może znudzić. Gdy byłam w ciąży, to piekłam piadiny codziennie przez prawie miesiąc. W końcu już nie mogłam na nie patrzeć… – stwierdziłam z rozbawieniem.

Alan patrzył na mnie dociekliwie, a potem na chwilę odwrócił wzrok, jak gdyby chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział, czy powinien.

– Bałaś się?

– Czego?