Przy naszej piosence - Klaudia Bianek - ebook

Przy naszej piosence ebook

Klaudia Bianek

4,3

37 osób interesuje się tą książką

Opis

Zwyciężczyni konkursu na najlepszą powieść! Po głośnym debiucie – „Jedynym takim miejscu”, każda jej książka jest jeszcze lepsza. Ta bestsellerowa autorka młodego pokolenia potrafi poruszyć do łez.

Antek jest baristą i właścicielem świetnie prosperującej kawiarni. Niestety nie ma szczęścia w miłości. Skupiony na pracy, nie traci czasu na poważne związki z dziewczynami. Pewnego wieczoru, zbyt pochłonięty natłokiem spraw, zapomina włączyć alarm w kawiarni, co doprowadzi do nieodwracalnych zmian w jego życiu.

Kornelia stoi u progu dorosłości, lecz już od dawna wraz z młodszym bratem są zdani tylko na siebie. Głód i brak podstawowych środków do życia skłaniają Kornelię do desperackiego kroku – kradzieży. Chce chronić brata, ponieważ obawia się, że jeśli wpadnie w kłopoty, to zostaną rozdzieleni. Sprawy jeszcze bardziej się komplikują, gdy staje oko w oko z właścicielem kawiarni…

To jedno spotkanie będzie początkiem krętej i pełnej wyzwań drogi. Czy Kornelia zaufa Antkowi i opowie mu o wydarzeniach z przeszłości, które ją ukształtowały? Czy Antek odważy się wyciągnąć dziewczynę z piekła, w którym żyje? Czy ich wspólna piosenka będzie pierwszym krokiem do nowej historii?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 436

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © Klaudia Pankowska-Bianek, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Marketing i promocja: Łukasz Chmara, Marta Friedrich

Redakcja: Grażyna Milewska, NABU Joanna Pawłowska

Korekta: NABU Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Zdjęcia na okładce:

© Bozena Fulawka | www.shutterstock.com

© Laetizia Haessig / EyeEm | www.gettyimages.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66553-01-9

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci,

miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki.

Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych

jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.weneedya.pl

Nie bój się cieni. One świadczą o tym,

że gdzieś znajduje się światło.

~ Oscar Wilde

Antek

To był cholernie długi dzień. Odkąd rozpoczęły się wakacje, przez kawiarnię każdego dnia przewijały się tłumy klientów. Nie mogłem oczywiście narzekać, bo to przecież było świetne – zarówno dla mojego ego („bo kawa taka pyszna i najlepsza w mieście”), jak i finansów, bo miło było robić miesięczne rozliczenie kosztów i widzieć, że zostaje mi jeszcze naprawdę spora kwota.

Byłem baristą z krwi i kości, a kawiarnia była moją największą dumą i spełnionym marzeniem w jednym. Pielęgnowałem zarówno wnętrze, jak i kontakty z klientami, ciesząc się, że po mieście rozchodzi się dobra opinia o mojej miejscówce. Nazwa „U Zegarka” nie była przypadkowa. Zegarów oczywiście w kawiarni nie brakowało, ale wszystko zaczęło się od nazwiska. Antek Zegarek to ja.

Cieszyłem się, kończąc kolejny upalny, lipcowy dzień pracy. Zostałem sam po tym, gdy Aleks wyszedł z kawiarni na kilka minut przed oficjalnym zamknięciem, a ja wreszcie mogłem zamknąć drzwi i podliczyć dzisiejszy utarg.

Aleks był chłopakiem mojej młodszej siostry, Klary. Cieszyłem się ich szczęściem z całego serca, ale musiałem przyznać, że czasem wręcz brały mnie mdłości od tych ich miłostek. Byli w siebie tak zapatrzeni, że zdawali się nie dostrzegać niczego i nikogo dookoła. A pamiętałem jeszcze, jak krążyli wokół siebie, przeżywali uczuciowe dramaty i zadręczali się kłodami, które los rzucał im pod nogi. Fakty były jednak takie, że oboje zasługiwali na szczęście. Klara była dobrą dziewczyną, a Aleks przeszedł w życiu tak wiele, że najprawdopodobniej wyczerpał już limit swoich nieszczęść, i teraz mogło być tylko lepiej.

Tak się składało, że za dwa tygodnie Klara miała urodziny, a Aleks chciał zrobić jej jakiś niesamowity prezent i strasznie to przeżywał. Przyszedł do mnie po radę, uznając, że nie wie jeszcze, czym mógłby ją zaskoczyć.

– Stary, pomóż mi. To nie może być byle co. Potrzebuję czegoś, co sprawi, że nie będzie posiadała się ze szczęścia. Oboje wiemy, że Klara jest wyjątkowa, więc prezent dla niej też musi taki być – powiedział, patrząc na mnie z przejęciem.

Za każdym razem, gdy rozmawialiśmy, czułem, że opanowuje mnie spokój, bo miłość Aleksa do mojej siostry zdawała się wypełniać każdą komórkę jego ciała. Wcześniej zdarzało mi się czuć nerwową nadopiekuńczość względem Klary, gdy wokół niej kręcił się nieodpowiedni moim zdaniem facet.

Tutaj byłem całkowicie pewien, że ci dwoje są sobie przeznaczeni. Oboje przeszli długą drogę, żeby się odnaleźć, lecz finalnie stworzyli fantastyczną parę, której wszyscy dookoła mogli zazdrościć.

W tym na przykład ja.

Czasem miałem wrażenie, że z każdej strony otaczają mnie sami zakochani… Lena, moja współpracownica, była od roku w szczęśliwym związku z Alanem. Teraz już byłem z tym kompletnie pogodzony, lecz z początku ciężko to przetrawiałem. Nigdy nie zapomnę dnia, gdy ta dziewczyna po raz pierwszy weszła do mojej kawiarni i zapytała o pracę. Nieczęsto miałem okazję poczuć się tak jak wtedy, gdy posłała mi zakłopotany, nieśmiały uśmiech. Cholernie się nią zauroczyłem. To był grom z jasnego nieba, w którym upatrywałem znaków dla siebie. Myślałem sobie, że może to ta jedyna, może… Szybko zaliczyłem twarde lądowanie, gdy okazało się, że dla Leny istnieje tylko Alan, jej przyjaciel z dzieciństwa. Strasznie to było pogmatwane, ale z czasem wszystko sobie poukładałem, a nawet daliśmy radę się z Alanem zaprzyjaźnić.

Teraz było dobrze. Jedni zakochani tu, drudzy zakochani tam, a ja, wieczny singiel, pośród nich.

Kończyłem właśnie podliczać pieniądze, gdy w tylnej kieszeni dżinsów rozdzwonił się mój telefon. Wyciągnąłem go i zerknąłem na wyświetlacz, przesuwając kciukiem w kierunku zielonej słuchawki. Dzwoniła Klara.

– Hej, braciszku! – zaświergotała, a ja uśmiechnąłem się lekko, ciekaw, dlaczego była taka miła. – Mam takie jedno pytanie, wiesz…

– No dawaj! – ponagliłem, przesuwając po blacie stolika na zapleczu monety pięciozłotowe.

– Czy Aleks był dzisiaj może u ciebie? – zapytała niby mimochodem, lecz ja nie byłbym jej bratem, gdybym od razu nie pojął, do czego zmierzała.

– Owszem, był – odparłem z uśmiechem.

– A mówił coś może na temat moich urodzin?

Brzmiała tak niewinnie, że tylko cudem nie parsknąłem śmiechem. Przycisnąłem ramieniem telefon do ucha i zacząłem chować pieniądze, po czym zapisałem dzisiejszy utarg w zeszycie i wsunąłem kasetkę do sejfu, a kilka banknotów włożyłem do portfela.

– Może mówił…

– Antek! Powiedz mi, bo ja się denerwuję! Nie wiem, co on może wymyślić! – jęknęła z przejęciem, a ja nie musiałem jej widzieć, żeby wiedzieć, jak bardzo była rozemocjonowana.

– Klarciu – zwróciłem się do niej rzeczowo, specjalnie używając zdrobnienia, którego nienawidziła – nie wiem, czy wiesz, ale istnieje coś takiego jak męska solidarność i za żadne skarby świata nie pisnę ci słówka na temat planów Aleksa.

– Jesteś moim bratem! – oburzyła się.

– Owszem, ale w tej sytuacji to nic nie zmienia. Poczekaj do dziesiątego sierpnia i będziesz wiedzieć – odparłem z zadowoleniem, podchodząc do drzwi frontowych.

Upewniłem się, że są zamknięte, po czym wróciłem na zaplecze i zacząłem sprawdzać wszystko po kolei: począwszy od zerknięcia, czy nie zapomniałem o wyłączeniu ekspresów do kawy, aż po opróżnienie zmywarki z czystych naczyń.

– Jesteś okropny, wiesz? – sapnęła Klara udręczonym głosem, najwyraźniej próbując wziąć mnie na litość.

– Siostrzyczko, uwierz mi, że będziesz zadowolona z prezentu – odpowiedziałem z szerokim uśmiechem, blefując oczywiście, bo tak naprawdę Aleks jeszcze nie podjął ostatecznej decyzji i nadal we dwoje kombinowaliśmy, czym zauroczyć Klarę.

– Ale ja chciałabym tylko móc się przygotować! To wszystko! – pisnęła jak mała dziewczynka.

Wziąłem pęk kluczy z blatu szafki na zapleczu, po czym ruszyłem do tylnego wyjścia, jedną ręką przytrzymując telefon, a drugą zamykając drzwi. Byłem rozbawiony postawą mojej siostry, której aktualne oburzenie przypominało mi lata naszego dzieciństwa, gdy ciągle biegała do rodziców i skarżyła się swoim piskliwym głosikiem, że coś jej zabrałem lub popsułem. Nawet nie jestem w stanie zliczyć, jak wiele razy stałem przez nią w kącie, bo zawsze kazali mi przepraszać, a to słowo nie chciało mi nigdy przejść przez gardło.

– Przestań. Nic ci nie powiem. Muszę już kończyć, bo wsiadam do samochodu! – powiedziałem stanowczo, po czym rozłączyłem się, przerywając jej lamenty po drugiej stronie słuchawki.

Zająłem miejsce za kierownicą mojego nieśmiertelnego bmw, po czym przekręciłem klucz w stacyjce i wycofałem z jedynego miejsca parkingowego, jakie znajdowało się za kawiarnią. Włączyłem radio, a z głośników poleciała piosenkaThe Past zespołu Sevendust wykonana w genialnym duecie z Chrisem Daughtrym. Podkręciłem głośność, śpiewając świetnie mi znany refren:

– I’m up, I’m down! Like a rollercoaster racing trough my life. I’ve erased the past again…

Drugą zwrotkę zaczął śpiewać Chris Daughtry, a mnie jak zawsze przeszły ciarki, gdy usłyszałem jego głęboki, hipnotyzujący głos. Gość był genialny i generalnie rzecz biorąc zawsze zmiatał wszelką konkurencję muzyczną z powierzchni Ziemi.

Mknąłem opustoszałymi ulicami Groszkowic, a po kilku minutach byłem już pod kamienicą, w której znajdowało się moje dwupokojowe mieszkanie. Przez chwilę szukałem miejsca parkingowego, a gdy wreszcie je znalazłem, wysiadłem szybko z auta i pomknąłem do budynku.

Mieszkałem sam, nie miałem żadnego zwierzęcia, więc nikt nigdy mnie nie witał. Lubiłem swoją niezależność i to, że nie było osoby, która trułaby mi tyłek, gdy zostawiałem brudne skarpetki w pokoju lub nie opuszczałem klapy od sedesu. No, może czasem mama powiedziała kilka słów na ten temat, gdy wpadała bez zapowiedzi i zastawała pełen brudnych naczyń zlew, stos prania i nieodkurzony dywan.

Zdjąłem buty przy wejściu, rzuciłem pęk kluczy na szafkę w korytarzu i poszedłem do niewielkiej kuchni, mijając po drodze łazienkę i dwa średniej wielkości pokoje. Z radością sięgnąłem po lasagne, którą wczoraj przyniosła mi mama. Gotowała najlepiej na świecie, więc chętnie przyjmowałem od niej wszelkie dary żywieniowe, bo ileż można żyć na pizzy i mrożonkach…

Nałożyłem sporą porcję na talerz i wstawiłem do mikrofalówki, a wtedy telefon w mojej kieszeni niespodziewanie się rozdzwonił.

Zerknąłem na wyświetlacz i zmarszczyłem brwi. Dzwonił pan Jacek, właściciel sklepu spożywczego znajdującego się w sąsiedztwie mojej kawiarni.

– Dobry wieczór, panie Jacku! – przywitałem go dziarsko, obserwując, jak czas odmierzany na kuchence mikrofalowej zdecydowanie zbyt wolno zbliża się do końca.

– Cześć, Antek! Słuchaj no, czy ty już wyszedłeś z kawiarni? – zapytał swoim skrzekliwym głosem, a ja od razu zobaczyłem w wyobraźni tego przysadzistego, łysiejącego faceta z sumiastym wąsem i jasnymi oczami obserwującymi świat zza grubych szkieł okularów.

– Tak, jakieś dwadzieścia minut temu, a co?

– A, bo wydawało mi się, że ktoś wchodził tam tylnym wejściem, ale nie zauważyłem twojego samochodu na parkingu. Włączyłeś alarm?

Serce mi zamarło. Wpatrzyłem się szeroko otwartymi oczami w przypadkowy punkt na przeciwległej ścianie, którą pokrywała niemodna, żółta tapeta. W moim umyśle wybuchła bomba, gdy zacząłem się zastanawiać, czy włączyłem dziś alarm… Rozmawiałem z Klarą przez telefon, sprawdziłem wszystkie sprzęty i zamknąłem drzwi frontowe. Wyszedłem tylnymi, lecz…

Cholera, cholera, cholera!

Nie zatrzymałem się przy panelu alarmu, nie wpisałem kodu, nie aktywowałem ochrony…

O ja pierdolę!

Jak mogłem przeoczyć coś tak ważnego?!

– Panie Jacku, już jadę, będę za kilka minut! Proszę obserwować, czy ktoś wychodzi z kawiarni! – krzyknąłem gorączkowo, wybiegając z kuchni.

W tle kuchenka mikrofalowa zapiszczała trzykrotnie, informując o końcu podgrzewania dania, lecz cały głód został wyparty przez mocny ścisk w żołądku. Wsunąłem buty i porwałem kluczyki z szafki, po czym wybiegłem z mieszkania, zamykając je na wszystkie zamki.

Serce waliło mi jak szalone, a oddech rwał się od niespodziewanego skoku adrenaliny. Byłem tak bardzo zadowolony z dzisiejszego utargu, dodatkowo szczerze bawiła mnie mało dojrzała postawa Klary, a finał był taki, że popełniłem niewybaczalny błąd, który mógł mnie słono kosztować.

Pędziłem samochodem przez Groszkowice, pokonując trasę z mieszkania do kawiarni w czasie dwa razy krótszym niż w odwrotną stronę. Zaparkowałem w pierwszym lepszym miejscu, nie zastanawiając się nawet, czy jest to dozwolone. Wyskoczyłem z auta, a pan Jacek wybiegł mi naprzeciw, rzucając nerwowe spojrzenia w kierunku kawiarni.

Rzeczywiście, nawet od frontu było widać, że na zapleczu pali się światło…

– Ktoś wychodził ze środka? – zapytałem, stając naprzeciwko podenerwowanego sprzedawcy.

– Nie, nadal tam siedzi… – odparł szeptem, jakby się bał, że może spłoszyć złodzieja.

– Panie Jacku, proszę pobiec od tyłu i czekać z telefonem, bo gdyby uciekł, to od razu trzeba dzwonić na policję. Ja wejdę tymi drzwiami i może mi się uda go złapać na gorącym uczynku – odpowiedziałem, przestępując z nogi na nogę pod wpływem emocji.

– Antek, bój się Boga! Jeszcze cię postrzeli albo ugodzi nożem! – zaskrzeczał pan Jacek, wyrzucając ręce w górę.

– Nic mi nie będzie – odparłem, klepiąc sklepikarza po ramieniu.

Podszedłem do drzwi wejściowych, a pan Jacek niezwłocznie udał się swoim kaczym chodem na tyły kawiarni. Najciszej, jak tylko potrafiłem, wsunąłem klucz do drzwi i powoli, zaciskając usta ze zdenerwowania, przekręciłem go w zamku, wstrzymując oddech, obawiając się, że zaraz jakiś dźwięk może mnie zdemaskować.

Zrobiłem to bezszelestnie.

Wszedłem do środka na palcach, rozglądając się nerwowo po ciemnym wnętrzu kawiarni. Zza kotary zaplecza wydobywało się światło, a oprócz tego zdawało mi się, że słyszę jakiś dźwięk. Dziwny, bo przypominający jak gdyby szelest papierowych torebek…

Byłem kłębkiem nerwów, a myśli wirowały mi w głowie jak szalone, doprowadzając do ostateczności. Nie miałem pojęcia, co zrobię, jeśli schwycę tego złodzieja… Nie wyobrażałem sobie ewentualności, że pozwolę mu uciec z łupem.

Zbyt wiele pracy włożyłem w każdą zarobioną złotówkę, żeby teraz jakiś typ spod ciemnej gwiazdy okradał mnie pod osłoną nocy, wykorzystując to, że raz, jeden cholerny raz, zapomniałem włączyć alarm!

Krok za krokiem szedłem w kierunku zaplecza, uważając, żeby nie wydać żadnego dźwięku. Ominąłem kontuar, opuszkami palców złapałem za kotarę i bezszelestnie ją odsunąłem.

Mój wzrok padł na zakapturzoną postać w ciemnych ubraniach, która kucała przy lodówce i szybkimi ruchami pakowała coś do workowatego, bardzo zniszczonego plecaka. Szelest papierowych torebek był teraz całkiem wyraźny i w pełni rozpoznawalny, a ja z gigantycznym zdumieniem zdałem sobie sprawę, że złodziej kradnie…

Kanapki.

To był, kurwa, jakiś żart?!

W kompletnym zamroczeniu rzuciłem się w kierunku złodzieja, zaciskając dłonie na dziwnie drobnych ramionach ukrytych pod materiałem czarnej, ale mocno spranej bluzy. Z ust intruza wydobył się wysoki pisk, a ja szarpnąłem mocno i postawiłem go do pionu.

Automatycznie zaczął się wyrywać, lecz ja okazałem się silniejszy. Unieruchomiłem złodzieja, wykręcając mu rękę za plecy. Szamotał się wściekle, lecz nie odpuszczałem. Byłem tak wściekły i nakręcony adrenaliną, że nic dla mnie nie istniało, poza tym, żeby wyciągnąć konsekwencje wobec tego podłego złodzieja, który chciał podwędzić mi moje ciężko zarobione pieniądze i… kanapki.

– Nie szarp się! – warknąłem, mocniej wykręcając rękę intruzowi. Z jego ust znowu wydobył się wysoki pisk.

Zdążyłem zaledwie pomyśleć, że najprawdopodobniej przyłapałem na kradzieży jakiegoś zbuntowanego nastolatka w trakcie mutacji głosu, gdy z głowy złodzieja opadł kaptur, ukazując długi, gruby, brązowy warkocz i…

Chryste Panie…

Napotkałem spojrzenie najbardziej przestraszonych, wściekłych, głębokich szarych oczu, jakie kiedykolwiek widziałem. Otoczone woalką niewiarygodnie długich rzęs patrzyły na mnie z drobnej, delikatnej, wykrzywionej grymasem twarzy. Dziewczyna była młoda, a jej policzki pokrywały nie tylko krwistoczerwone rumieńce, ale także rzucające się w oczy piegi. Tak wyraźne, że zdawały się dominować na jej drobnej buzi.

Dziewczyna wykorzystała chwilę mojego zdumienia i wyrwała się, od razu doskakując do tylnych drzwi. Ocknąłem się natychmiast i zablokowałem ciałem drogę ucieczki. Nie zamierzałem tego wszystkiego tak po prostu zostawić i puścić w niepamięć. Chciała mnie okraść, do cholery!

– Oddawaj wszystko, co zabrałaś! – warknąłem, wskazując ruchem głowy na trzymany przez nią plecak.

Była skołowana i zachowywała się jak lew zamknięty w klatce. Miotała się, szukała drogi ucieczki, lecz wyraźny błysk strachu w jej ogromnych oczach oznaczał, że nigdzie jej nie znajdowała. Wiedziała, że nie ma ze mną szans.

– Posłuchaj mnie, dziewczyno. Dzwonię na policję i razem na nią poczekamy – powiedziałem stanowczo, unosząc lekko brew i nie spuszczając z niej czujnego spojrzenia.

Wtedy zamarła. Spomiędzy jej palców wysunęła się szelka plecaka i upadł on na podłogę. Patrzyła na mnie z przerażeniem, a rumieńce na policzkach momentalnie ustąpiły miejsca wstrząsającej bladości.

– Nie rób tego – wyszeptała zemdlałymi wargami. – Oddam wszystko, tylko nie rób tego…

Moją pierwszą myślą było to, że udaje i próbuje mnie podebrać, żeby uśpić czujność. Zaraz jednak zdałem sobie sprawę, że jej strach jest zbyt autentyczny. Chyba nikt nie potrafiłby tak dobrze udawać.

Dziewczyna padła na kolana, złapała plecak i odwróciła go do góry dnem, wysypując jego zawartość.

Wypadły kanapki. Więcej kanapek. Kilkanaście. Nic innego w środku nie było.

– Jeszcze pieniądze – upomniałem, wskazując ruchem głowy na kieszenie przy bluzie, którą na sobie miała.

Pokręciła przecząco głową, patrząc mi prosto w oczy.

– Nie zabrałam żadnych pieniędzy – odpowiedziała, wstając z kolan i podchodząc do mnie. – Sprawdź – dodała desperacko.

Zachowywała się dziwnie, ale jej nerwowość gdzieś głęboko w sercu wzbudzała moje współczucie, bo z czegoś musiała wynikać – wydawało mi się, że z jakichś traumatycznych przeżyć.

Niepewnie wsunąłem dłoń do lewej kieszeni bluzy, lecz była pusta. W prawej tak samo. Nie pokusiłem się o sprawdzenie kieszeni w spodniach dresowych… Fakty były takie, że banknoty mogła schować sobie nawet w staniku.

– Czy to oznacza, że włamałaś się tu tylko po kanapki? – zapytałem z niedowierzaniem, nie spuszczając czujnego spojrzenia z twarzy dziewczyny.

Przytaknęła.

– Dlaczego?

Zakłopotanie przemknęło po jej twarzy, lecz zniknęło tak szybko, jak się pojawiło. Przez moment zagryzała dolną wargę, błądząc wzrokiem wszędzie poza mną, lecz gdy w końcu na mnie spojrzała, znów wydawała się zdumiewająco szczera.

– To dla brata. Jesteśmy głodni – wyznała ledwie słyszalnym szeptem.

Nie tego się spodziewałem. Byłem skonfundowany i nie potrafiłem rozpoznać, gdzie kończy się kłamstwo, a zaczyna prawda. Każdy inny facet na moim miejscu pewnie nawet nie wdawałby się w rozmowę ze złodziejką, lecz ja jak zawsze musiałem być naiwny niemal do bólu i dawać się urabiać jakiejś obcej lasce, która chciała mnie okraść.

– Skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę? – zapytałem ostro, marszcząc brwi. Musiałem zgrywać twardziela, nawet jeśli nim nie byłem.

– Mówię.

– I to wszystko? Ile ty masz w ogóle lat?

– Za niespełna miesiąc kończę osiemnaście. Mój brat ma piętnaście – odpowiedziała, obejmując się ramionami w talii tak, jak gdyby było jej zimno.

Mogłem jej w tym momencie zadać dziesiątki pytań, ale tak naprawdę co by mi to dało? Przecież laska pewnie w tej chwili kłamała jak z nut, a tylko ja byłem tak naiwny, żeby chociaż przez ułamek sekundy w to wierzyć. Zastanawiałem się, co mam z nią zrobić… Powinienem zadzwonić na policję, oczywiście, ale z jakiegoś powodu trudno mi było się na to zdobyć.

Mięczak. Cholerny mięczak.

Była nieletnia, pod warunkiem, że nie skłamała w kwestii wieku.

W jednej chwili podjąłem decyzję. I niech mnie, ale najprawdopodobniej najgłupszą w całym moim życiu.

– Zbieraj się. Jedziemy do twojego domu. Jeśli wszystko zmyśliłaś, to od razu zadzwonię na policję – powiedziałem twardo, patrząc na nią zmrużonymi oczami. – Weź te kanapki, bo jeśli naprawdę masz brata, który jest głodny, to…

– Mam. Nie skłamałam – powiedziała w osłupieniu, przykucając i zbierając kanapki do plecaka. Była osłupiała. Ja sam nie wierzyłem, że to robię.

– Gdzie mieszkasz?

– Na osiedlu komunalnym – odparła, zaciągając sznurek w plecaku i przewieszając go przez ramię.

Przytaknąłem sztywno i wyciągnąłem telefon z kieszeni. Dziewczyna się spięła. Znów pobladła, oniemiała z przerażenia.

– Nie dzwonię po policję. Jeszcze – uspokoiłem ją, przysuwając komórkę do ucha. – Panie Jacku, wszystko w porządku. Może pan wrócić do sklepu – powiedziałem, gdy sąsiad zza ściany odebrał.

– Antek! To niemożliwe! Przecież ktoś wchodził! – zaskrzeczał po drugiej stronie linii.

– To prawda. Zapomniałem zupełnie, że Klara miała dziś wpaść i odebrać to, co jej zostawiłem na zapleczu. Wszystko się wyjaśniło. Nie ma żadnej kradzieży – odparłem, nie spuszczając czujnego i pełnego napięcia spojrzenia z twarzy stojącej naprzeciwko mnie dziewczyny.

– Ale mi stracha narobiła! O matko jedyna!

– Proszę się uspokoić. Dziękuję za czujność. Dobrej nocy, panie Jacku – powiedziałem i rozłączyłem się, przerywając gderanie sąsiada w komórce. Wziąłem głęboki oddech i wskazałem dziewczynie tylne drzwi, nakazując, żeby ruszyła przodem. Pokornie to uczyniła, a ja deptałem jej po piętach, cały czas czujny i przygotowany na jej ewentualną ucieczkę.

Rozejrzałem się po okolicy, sprawdzając, czy pan Jacek już sobie poszedł, po czym wyprowadziłem ją i szybko uruchomiłem alarm, zamykając kawiarnię – tym razem tak, jak powinienem był wcześniej to zrobić.

Szliśmy w milczeniu do samochodu, a ona zdawała się całkowicie wyzbyta energii. Nie miałem jednak pojęcia, co siedziało w jej głowie, więc zachowywałem się jak jakiś tygrys, który w każdej chwili mógłby ją zaatakować i powstrzymać od ucieczki.

Wsiadła do samochodu bez słowa sprzeciwu. To było tak dziwne, że aż niewiarygodne. Zachowywała się tak, jakby była gotowa zrobić wszystko, bylebym naprawdę nie zadzwonił po policję. Dlaczego aż tak bardzo bała się wezwania służb i zgłoszenia jej drobnego bo drobnego, ale jednak przestępstwa?

Posłusznie zapięła pasy i położyła sobie plecak na udach, obejmując go rękami. Siedziała ze spuszczoną głową, gdy wyjeżdżałem na opustoszałą ulicę. Cały czas rzucałem nerwowe, niemal niedowierzające spojrzenia w kierunku swojej pasażerki.

W sumie to z tym wiekiem nie musiała kłamać, bo naprawdę wyglądała młodo, więc wiarygodnie brzmiało te prawie osiemnaście lat. Jednak mogła to być jedyna prawdziwa informacja, jakiej mi udzieliła, a resztę wyssała sobie z palca na potrzeby chwili i w desperackiej próbie ocalenia własnego tyłka.

Zbyt łatwo zgodziła się na to, żebyśmy pojechali do jej domu. Twierdziła, że mieszka w dzielnicy komunalnej, a tam głód i bieda są na porządku dziennym. Jej drobna sylwetka ciała mogłaby to potwierdzać, chociaż wcale nie musiała.

Zaczynałem być podejrzliwy.

Dzielnica komunalna słynęła z tego, że była bardzo, ale to bardzo niebezpieczna. Jeśli nie byłeś jej mieszkańcem, a jedynie gościem, to mogłeś się liczyć z tym, że zostaniesz mocno poturbowany. Może ta z pozoru niewinna dziewczynka wprowadzała mnie właśnie w paszczę lwa. Poszło mi z nią zbyt łatwo… Niemożliwe, żeby groźba policji podziałała na nią aż tak radykalnie.

– Wyjdę z tego cało? – zapytałem niby mimochodem, gdy zbliżaliśmy się do tej najgroźniejszej dzielnicy naszego niewielkiego miasta, której nigdy nie odwiedzałem; nawet wtedy, gdy buntowałem się w gimnazjum i liceum, szukając różnych, niekoniecznie bezpiecznych wrażeń.

– To nie jest zasadzka – odpowiedziała spokojnie, rzucając mi spłoszone spojrzenie w półmroku samochodu. Nadal obejmowała plecak tak opiekuńczo, jak gdyby te kilkanaście skradzionych kanapek było dla niej bezcenne.

– Zaczynam mieć wątpliwości, bo zbyt łatwo się na to wszystko zgodziłaś – mruknąłem, zaciskając palce na drążku zmiany biegów.

– A miałam jakieś wyjście? – zapytała szczerze. – Nie mogę mieć kłopotów z policją. Wystarczy, że mój brat je ma. On mnie potrzebuje – wyjaśniła, a w jej głosie pobrzmiała jakaś specyficzna, poruszająca nuta, która na ułamek sekundy zawładnęła moim sercem.

Nie powiedziałem już nic, bo żadne słowa nie przychodziły mi do głowy. To był kompletnie odrealniony wieczór i nie miałem pojęcia, jak on się dla mnie skończy.

Wjechaliśmy pomiędzy obskurne kamienice dzielnicy komunalnej, a wrogość i niebezpieczeństwo otoczyły nas niczym ciasny, duszący kokon.

Po plecach przebiegł mi dreszcz, gdy zaparkowałem samochód na pierwszym wolnym miejscu i spojrzałem na towarzyszącą mi dziewczynę, czekając na jej ruch.

Pomyślałem, że nawet nie poznałem jej imienia, a już zdecydowałem się wejść do paszczy lwa.

Naprawdę byłem idiotą.

Kornelia

Adrian chciał to zrobić. Dla niego kradzież nie była niczym złym, a właściwie stanowiła coś zupełnie normalnego. Tyle że mój młodszy brat miał za sobą już tyle starć z policją, że jeszcze jedno mogło skutkować zamknięciem w zakładzie poprawczym. Kochałam go z całego serca, mimo że był nieznośny, zbuntowany i wściekły na cały świat. Nie wyobrażałam sobie, co by było, gdyby zamknęli go w poprawczaku. Tam młodzi ludzie przechodzili transformację… Jedni wychodzili na prostą, inni staczali się na samo dno, gdy tylko poczuli powiew wolności na skórze.

On nie mógł tak skończyć. Po prostu nie i już. Mieliśmy przecież tylko siebie.

Ja nie byłam złodziejką, ale musiałam to zrobić dla nas dwojga. Obserwowałam kawiarnię „U Zegarka” od kilku dni. Wiedziałam, że ten chłopak, właściciel chyba, sprzedawał świetne i zawsze świeże kanapki, bo kiedyś kupiłam jedną i rozkoszowałam się jej cudownym smakiem przez całą minutę, a to wszystko tylko po to, żeby w chwilach największego głodu torturować się wspomnieniem tamtej niesamowitej chwili. W każdym razie zdecydowałam, że to tam się włamię i ukradnę dla nas jedzenie.

Byliśmy głodni i nie jedliśmy od dwóch dni. Uczucie ściskania w żołądku stawało się nie do wytrzymania… Najgorsze jednak było to, że wychowawca Adriana pod koniec roku szkolnego zauważył jego notoryczny brak śniadania. Zapytał, czy w domu wszystko w porządku. Mój brat skłamał, że tak, lecz naturalnie nic nie było w porządku. Wszystko dawno temu się pochrzaniło, a my byliśmy zdani na samych siebie. Przeraziłam się nie na żarty, gdy Adrian opowiedział mi o rozmowie z nauczycielem. Wtedy już wiedziałam, że muszę poszukać jakiegoś rozwiązania, bo nasza ciągła głodówka wykańczała nie tylko mnie, ale przede wszystkim mojego dojrzewającego brata.

Może to był jakiś zbieg okoliczności albo niewiarygodny dar od losu, lecz w dniu, kiedy przygotowałam się do skoku na kawiarnię, ten wysoki chłopak o włosach koloru ciemnoblond, który podobno robił niewiarygodnie pyszną kawę, wyszedł tylnym wyjściem i zapomniał uruchomić alarm.

To była moja szansa, którą musiałam wykorzystać. Żołądek miałam już ściśnięty nie tylko z głodu, ale i przerażenia. Dłonie drżały mi jak szalone, a serce tłukło się w piersi, bo w każdej mijającej sekundzie miałam wrażenie, że ktoś wchodzi do kawiarni.

W końcu to się stało. Stanęłam twarzą w twarz z tym baristą. Wykręcił mi rękę tak bardzo, że nie mogłam powstrzymać pisku bólu. Jeszcze nigdy w życiu tak się nie bałam. Nawet wtedy, gdy…

Wszystko zdawało się dziać obok mnie, a jednocześnie byłam dobitnie świadoma, że wpadłam w olbrzymie kłopoty. Mogłam sobie tylko wyobrażać reakcję Adriana, gdyby dowiedział się, że dałam się złapać.

Słowo „policja” podziałało na mnie jak kubeł zimnej wody. Tego bałam się najbardziej. Adrian tyle nawywijał, że w jego przypadku wszystko wisiało już na włosku. Co by się stało, gdybym i ja doczekała się swojej kartoteki?

Cała wola walki uleciała ze mnie w jednej chwili, a ja mogłam tylko błagać tego chłopaka z kawiarni o to, żeby nie dzwonił na policję, i zgodzić się na wszystko, co zaproponował. A on chciał sprawdzić, czy nie kłamię. Był oschły i wściekły, ale trudno byłoby oczekiwać od niego czegoś innego, skoro prawie został okradziony…

Nie zabrałam mu nawet złotówki z kasy, bo nie byłam „prawdziwą złodziejką”. Chciałam tylko nakarmić brata i sama coś zjeść. Tylko tyle i aż tyle. Pieniądze również stanowiły pokusę, lecz zabranie ich temu chłopakowi byłoby aktem ogromnej podłości, bo przecież on sam na nie zapracował… Swoimi dłońmi, pasją i talentem.

Koniec końców wsiadłam z nim do samochodu i pojechaliśmy do dzielnicy komunalnej. To było jakieś totalne szaleństwo, ale nie miałam innego wyjścia…

Chłopak mi nie ufał i trudno mu się dziwić. Myślał, że go komuś wystawiam, lecz ja, mimo że wychowałam się w tym parszywym miejscu, prawie zawsze trzymałam się z daleka od rządzącego nim szemranego towarzystwa.

Prawie, jeśli nie liczyć mojego największego życiowego błędu, który nosił imię Karol.

Opuściliśmy czarne bmw, a ja widziałam, że chłopak rozejrzał się czujnie po okolicy. Był na to miejsce zbyt dobry i kompletnie tu nie pasował. Wzięłam głęboki oddech i rzuciłam mu szybkie, spłoszone spojrzenie, po czym ruszyłam w kierunku mojej kamienicy, a on niezwłocznie podążył moim śladem. Jego czujność zdawała się mnie zniewalać. Wiedziałam, że gdybym teraz próbowała mu uciec, to złapałby mnie w ciągu kilku chwil.

W ciemnej i obskurnej klatce schodowej śmierdziało moczem i wymiocinami. Oblała mnie fala wstydu, gdy zerknęłam na twarz chłopaka, wykrzywioną w grymasie obrzydzenia. Zdawałam sobie sprawę, że było tu bardziej niż paskudnie. Nikt nie chciałby dobrowolnie żyć w tak odrażającym miejscu, a ja spędziłam tutaj całe dotychczasowe życie. Każda z mieszkających w tym miejscu rodzin miała swoją własną patologię. Każda żyła po pachy w gównie…

Wspinaliśmy się po drewnianych, wilgotnych i lepkich schodach na trzecie piętro. Mimo że wieczór był dość ciepły, to na klatce schodowej panował chłód. Dotarliśmy do drzwi mojego mieszkania, a ja z niezmiennym obrzydzeniem chwyciłam za klamkę i nacisnęłam ją.

Czułam ciężkie napięcie na plecach, gdy przekroczyłam próg, a chłopak zrobił to w ślad za mną. Znaleźliśmy się w wąskim, zagraconym korytarzu. W powietrzu unosił się zatęchły zapach wilgoci pomieszany z gryzącym dymem papierosowym. Adrian znów palił, chociaż prosiłam go, żeby tego nie robił…

Minęliśmy zamknięte drzwi od pokoju matki po lewej stronie i zajrzeliśmy do drugiego, niewielkiego i obskurnego, który dzieliłam razem z bratem. Tak jak się spodziewałam, Adrian siedział na wersalce w otoczeniu brudnych ubrań i palił papierosa, patrząc bezmyślnie w jakiś punkt. Drgnął, gdy dostrzegł ruch w wejściu. Przez ułamek sekundy przez jego twarz przemknął strach, lecz gdy upewnił się, że to ja, od razu przybrał swoją zblazowaną minę.

– Dlaczego palisz? – zapytałam ostro, wchodząc do pokoju. Chłopak wszedł za mną, a oczy Adriana od razu zatrzymały się na nim.

– Kto to jest? – warknął opryskliwie mój brat, wskazując lekceważącym ruchem głowy na gościa. – Dałaś się złapać?! – ryknął, zrywając się z wersalki.

Wzięłam głęboki oddech, przełknęłam nerwowo ślinę i spojrzałam w napiętą twarz chłopaka z kawiarni.

– To jest właśnie mój brat, Adrian. Ma piętnaście lat. Może potwierdzić, że ja mam prawie osiemnaście i naprawdę włamałam się do twojej kawiarni tylko po jedzenie – powiedziałam spokojnie, starając się nie poddawać drżeniu, które w zastraszającym tempie opanowywało moją klatkę piersiową, żołądek i dłonie.

Chłopak przez kilka długich sekund patrzył mi w oczy, jakby nadal analizował moją prawdomówność. Zaraz jednak przeniósł spojrzenie na Adriana i wtedy chyba naprawdę mi uwierzył.

– Często się zdarza, że jesteście głodni? – zapytał rzeczowym tonem, obserwując nas czujnym spojrzeniem niebieskich oczu.

Przytaknęłam niepewnym, powolnym ruchem głowy.

– A co cię to w ogóle obchodzi, gościu? – warknął buntowniczo Adrian, zakładając ręce na piersi i przyjmując bojową pozycję. Był dość rosłym piętnastolatkiem.

– Słuchaj, nie tym tonem, dobra? Tak się składa, że… – urwał, gdy w pomieszczeniu rozległ się głośny, burczący dźwięk, dobywający się z mojego wygłodzonego brzucha. Oboje spojrzeli na mnie, a ja poczułam, jak robi mi się gorąco. – Zjedz – dodał chłopak, a w tym jednym słowie zawarł jakąś ciepłą, przyjemną nutę, która stanowiła zaskakujący kontrast do jego oschłego tonu.

Usiadłam na wersalce i sięgnęłam do plecaka, wyciągając ze środka kanapkę. Odpakowałam ją szybko i z niedowierzaniem wgryzłam się w nią, czując, jak moje kubki smakowe stają na baczność… Od mojego ostatniego posiłku minęły dwa dni. Teraz musiałam bardzo się powstrzymywać, żeby nie połknąć kanapki w całości i od razu zabrać się do następnej. To było cholernie trudne, ale ostatnim, czego teraz chciałam, było zwrócenie wszystkiego w ciągu kilku chwil.

– Wracając do tematu… – podjął ponownie chłopak. – Tak się składa, że mogę wam pomóc… – powiedział, zaskakując tymi słowami nas oboje.

– Jak? – zapytałam, obserwując go szeroko otwartymi oczami.

– Przyjdźcie jutro do mojej kawiarni. Widać, że jesteś silny, a mnie często brakuje rąk do pracy. Są jeszcze wakacje, więc mógłbyś sobie u mnie trochę zarobić, a i codziennie dostalibyście coś do jedzenia. Gdy zacznie się szkoła, to jakoś się dogadamy – wyjaśnił, zwracając się do Adriana. Brzmiał tak szczerze i konkretnie, że ani przez ułamek sekundy nie mogłabym pomyśleć, że robi sobie z nas żarty.

Spojrzałam na mojego brata, którego twarz nie zdradzała kompletnie niczego. Jego zamknięta postawa nie zachęcała do rozmowy, ale znałam go dobrze i wiedziałam, że nie przepuści takiej oferty. Był chuliganem i buntownikiem, jednak doskonale zdawał sobie sprawę, że potrzebowaliśmy pieniędzy. Brakowało mi już niewiele do pełnoletności, lecz nawet w ciągu tych kilku tygodni mogliśmy nabawić się kłopotów, gdyby nagle Ośrodek Pomocy Społecznej zainteresował się nami bardziej niż do tej pory.

– Dobra, przyjdę… – odpowiedział nieufnie Adrian, przytakując sztywno głową. Przeczesał nerwowym ruchem dłoni swoje zgolone na krótko włosy.

– A ja? – zapytałam nagle, zwracając na siebie uwagę chłopaka.

– Dla ciebie też się znajdzie jakieś zajęcie – odpowiedział, patrząc na mnie uważnie. – Dzisiejszy incydent puszczam w niepamięć, okej?

Przytaknęłam, a wdzięczność zalała przyjemnym ciepłem całą moją klatkę piersiową.

Chłopak przestąpił z nogi na nogę, przytaknął i ruszył do wyjścia. W pierwszym odruchu chciałam wstać i pójść za nim, żeby powiedzieć… cokolwiek. W końcu, jak by nie patrzeć, wyciągnął do mnie pomocną dłoń. Nawet po tym, a może właśnie przez to, że chciałam go okraść. To brzmiało niewiarygodnie i paradoksalnie, ale jak inaczej mogłam interpretować wydarzenia dzisiejszego wieczora?

Obserwowałam, jak wychodzi, lecz nagle zatrzymał się w korytarzu i cofnął, patrząc na mnie z trudnym do zidentyfikowania wyrazem twarzy.

– Mam na imię Antek. A ty?

– Kornelia – odpowiedziałam cicho.

Przytaknął i wyszedł, a ja myślałam tylko o tym, jak przebiegnie jutrzejsza wizyta w kawiarni „U Zegarka”.

Ciepła woda była przywilejem, którego ja i Adrian nie doświadczaliśmy zbyt często. O ile zimą chodziliśmy się kąpać do naszej sąsiadki, która nałogowo piła alkohol, a my byliśmy jedynymi bliskimi jej osobami, o tyle latem staraliśmy się sobie wmówić, że kąpiele w zimnej wodzie są przyjemne. Nie były, ale przynajmniej hartowały, bo chyba dzięki nim od wielu lat nie doświadczałam nawet kataru czy bólu gardła.

A tak poza tym już dawno temu stałam się mistrzynią w szukaniu pozytywów tam, gdzie ich wcale nie było.

Wyszłam spod prysznica, trzęsąc się z zimna. Chociaż było lato, to włożyłam na siebie grubą bluzę i wskoczyłam pod kołdrę, podczas gdy Adrian zamykał drzwi od mieszkania. Również zakopał się w łóżku i przez kilka długich chwil leżeliśmy bez słowa, chociaż powietrze było wręcz ciężkie od napięcia.

– No wyduś to z siebie wreszcie – mruknęłam w półmroku pokoju, podciągając kołdrę pod samą brodę.

– Nie ogarniam, jak mogłaś dać się złapać – wycedził przez zęby, a ja od razu pomyślałam, że to nie miało znaczenia. Liczyło się tylko to, że kładliśmy się spać z pełnymi żołądkami.

– Nie jestem złodziejką. Nie potrafię tego robić… – odparłam spokojnie, stwierdzając to, co było oczywiste.

– Mówiłem ci, że ja mogę tam iść.

– Tak, jasne, a za chwilę skończyć w poprawczaku – fuknęłam ze zdenerwowaniem.

– Chciałem być na ciebie zły, ale chyba nie umiem, bo jeśli faktycznie ten gość da nam pracę, to może nie będzie tak źle… – stwierdził spokojniejszym tonem, a ja wzięłam głęboki oddech i po chwili powoli wypuściłam powietrze z płuc.

Jutro mieliśmy się stawić w kawiarni. Wiedziałam, że niezależnie od tego, jaką pracę zaproponuje mi Antek, zgodzę się na wszystko. Mogłam szorować podłogi i ubikacje, stać po kilka godzin na zmywaku i robić to, czego nie chciał robić nikt inny. Byle zdobyć jakiekolwiek pieniądze i nie chodzić głodna.

Ponownie zamilkliśmy, a z klatki schodowej dały się słyszeć krzyki chłopaków z osiedla, którzy znów doskakiwali do siebie z byle powodu. Zawsze przechodziły mnie dreszcze przerażenia, gdy to się działo. Stawali się wtedy nieobliczalni, zaślepieni furią i niebezpieczni.

Nie dalej jak dwa lata temu miała tu miejsce przerażająca sytuacja, a mianowicie ojciec jednego z chuliganów wdał się w konflikt, chcąc rozegnać tłukące się towarzystwo. W efekcie stał się łatwym celem służącym wyładowaniu złości. Jeden z chłopaków pobił go tak, że facet trafił do szpitala z obrażeniami całego ciała, a niecałą dobę później zmarł. Oprawca stanął przed sądem i został oskarżony o pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Obecnie siedział w kryminale, ale jego kumple nadal siali strach w okolicy. Od tamtego wydarzenia już nikt nie wtrącił się w bójkę chuliganów z osiedla i każdy omijał ich szerokim łukiem.

Przez długi czas nosiłam różowe okulary, gdy łudziłam się, że Karol jest inny niż jego kumple. Związałam się z nim, gdy miałam piętnaście lat. Był trzy lata starszy, zapewniał mi nietykalność i bezpieczeństwo, starał się przekonać mnie, że jest lepszy od reszty swojego towarzystwa. Uwierzyłam mu. Byłam w niego zapatrzona jak w obrazek, a zyskał w moich oczach jeszcze więcej, gdy obiecał chronić Adriana przed wszystkim, co złe. Przez dwa lata rzeczywiście wszystko było między nami w jak najlepszym porządku. Może tylko czasem Karol zdawał się tracić panowanie nad swoją złością i krzyczał zbyt głośno.

Cały dramat i obnażenie jego prawdziwej twarzy miało miejsce rok temu. Wszedł do naszego mieszkania, gdy byłam sama. Adrian w szkole, ja skończyłam wcześniej lekcje, a mama szlajała się gdzieś ze swoim nowym gachem. Wystarczyło, że spojrzałam w jego spoconą i zaczerwienioną twarz, by mieć pewność, że był pijany i naćpany. Dopadł do mnie w przeciągu kilku sekund. Pobił, bo mógł. Po wszystkim splunął mi w twarz i powiedział, że to koniec, bo znalazł sobie inną kurwę. Pamiętam krzyki dobywające się gdzieś z daleka, krew rozlewającą się wokół mojej głowy, ból po każdym ciosie, okropne skurcze w skopanym przez niego brzuchu, zamazany obraz, łzy, krew w ustach…

Nie, nie zdradziłam go. Nie zrobiłam nic, z powodu czego mógłby mnie tak potraktować. Rzeczywiście już następnego dnia prowadzał się po osiedlu z inną dziewczyną – dowiedziałam się o tym od mojego brata, gdy po kilku dniach śpiączki obudziłam się w szpitalu. Przez kilka tygodni nie chodziłam do szkoły. Adrian nie mógł nic zrobić, a mama nie zaszczyciła mnie swoimi odwiedzinami w szpitalu ani jeden raz…

Łudziłam się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo przecież pozbyłam się Karola szybciej, niż myślałam, prawda?

Nie do końca.

Tamtego dnia szpital zawiadomił policję, lecz w obawie o życie moje i Adriana skłamałam, że to tylko nieszczęśliwy wypadek. Po twarzach funkcjonariuszy widziałam, że nie uwierzyli, lecz byli bezradni bez zeznań ofiary. Zdawałam sobie z tego sprawę.

Marzyłam po prostu, by Karol dał mi spokój.

Niestety od kilku tygodni znów zaczął o mnie zabiegać. Przepraszał, prosił o wybaczenie, chciał do mnie wrócić, bo podobno z tamtą dziewczyną to nie było nic poważnego.

Nie chciałam go znać.

Był damskim bokserem, który przez dwa lata mydlił mi oczy zakłamaną wersją samego siebie. Taką, która nigdy nie istniała. Ból po jego uderzeniach czułam jeszcze długo i już nigdy nie chciałam zostać tak poniżona jak wtedy.

Bałam się go najbardziej na świecie, lecz wiedziałam, że nawet strach nie skłoni mnie, bym kiedykolwiek do niego wróciła.

Poranek był słoneczny, niebo całkowicie bezchmurne, a parne powietrze zwiastowało naprawdę upalny dzień. Wyszperałam z rozklekotanej szafy parę starych dżinsowych szortów i T-shirt, który na tle pozostałych prezentował się nie najgorzej. Związałam moje długie, ciemne włosy w kucyk i przez dobre pół godziny czekałam na Adriana: żeby się obudził, żeby podniósł się z łóżka, żeby włożył na siebie jakieś ubrania. Chciałam już iść i spotkać się z Antkiem, dowiedzieć się czegoś, może nawet zacząć pracę od zaraz.

Opuściliśmy mieszkanie kilka minut po dziewiątej, kierując się w ciszy do centrum Groszkowic.

Adrian wydawał się zniechęcony, jakby wiara we wczorajsze słowa Antka uleciała z niego bezpowrotnie. Ja jednak mu wierzyłam. Nawet jeśli brzmiał chłodno i oschle, to dobrze patrzyło mu z oczu. Nie zadzwonił na policję, lecz wyciągnął do nas pomocną dłoń. Nie widziałam innego wyjścia, jak tylko obdarzyć go kredytem zaufania.

Dotarliśmy na ulicę Staszica w ciągu trzydziestu minut. Stanęliśmy przed drzwiami kawiarni i dopiero wtedy poczułam, jak łapie mnie zdenerwowanie. W świetle dnia miałam spojrzeć w twarz człowiekowi, którego chciałam okraść.

Wzięłam głęboki oddech i nacisnęłam klamkę, wchodząc do eleganckiego, zachwycającego wnętrza kawiarni „U Zegarka”. Wewnątrz siedziało już wielu klientów, a przy kontuarze jakaś drobna blondynka zanosiła się głośnym śmiechem, czule obejmując kark siedzącego obok niej chłopaka. Od razu wypatrzyłam Antka. Stał za kontuarem w białej koszuli z podwiniętymi do łokci rękawami i wycierał właśnie filiżankę białą ścierką. Uniósł głowę, gdy weszliśmy do środka, a przez jego twarz przemknęło zadowolenie pomieszane z zaskoczeniem.

Nerwowość wspinała mi się po kręgosłupie, gdy powoli szłam w kierunku kontuaru, a Adrian dreptał za mną. Nagle poczułam, że wokół jest zbyt dużo ludzi i tak naprawdę nie wiem, co mam powiedzieć. Wszystkie pomysły na zatuszowanie wczorajszego „wybryku” wyleciały mi z głowy. W jednej sekundzie stałam się tą zaszczutą przez Karola małą dziewczynką.

Patrzyłam, jak Antek odkłada filiżankę i ścierkę gdzieś poza zasięg mojego wzroku, po czym mówi coś do rozbawionej pary przy kontuarze i rusza ku nam. Raptownie przystanęłam, obserwując, jak do nas podchodzi. Usta wygięły mu się w niepewnym uśmiechu, jakby chciał powiedzieć: „Cieszę się, że was widzę”, a jednocześnie: „Ale nadal macie u mnie przechlapane”.

– Cześć. Usiądźcie przy którymś ze stolików, a ja zaraz do was przyjdę – powiedział, na co przytaknęliśmy bezgłośnie.

Rozejrzałam się po kawiarni i ruszyłam do jednego z nielicznych wolnych stolików ustawionego pod dużym, drewnianym zabytkowym zegarem z kukułką. Przysiadłam na krawędzi krzesła, wsunęłam dłonie pomiędzy uda i zagryzłam wargi. Adrian obserwował mnie uważnie, aż w końcu parsknął śmiechem.

– Jesteś zdenerwowana? – zapytał, unosząc brwi znad swoich ciemnych oczu.

– Cholernie. A ty nie?

– Może trochę. Jeśli gość nas oszuka, to mu przywalę… – ostrzegł, wprawiając w nerwowy ruch swoją nogę.

– Nie oszuka – odparłam z pewnością, której nie powinnam czuć, zważywszy na to, że kompletnie nie znałam tego chłopaka, a jednak wierzyłam w jego szczerość zapewne bardziej, niż powinnam.

Byłam naiwna. Bardzo, bardzo naiwna. Wierzyłam jednak, że tym razem mi się to opłaci.

Siedzieliśmy przez kilka minut, aż wreszcie Antek przysiadł się do nas, podciągając lekko rękaw, który obsunął mu się poniżej łokcia. Spojrzałam na jego przedramiona i pomyślałam, że są bardzo umięśnione, a dłonie zadbane i męskie… Od razu odwróciłam wzrok, jakby ta myśl zawstydziła mnie samą.

– Tak jak wczoraj wspomniałem, potrzebuję rąk do pomocy – zaczął, patrząc na Adriana. – Jeśli jesteś zainteresowany, możesz zacząć od jutra. O piątej rano spod kawiarni wyjeżdżam do hurtowni kawy, po drodze muszę wstąpić jeszcze po kilka rzeczy i nowy ekspres. Jeśli masz ochotę, to możesz jechać ze mną – wyjaśnił, unosząc lekko jedną brew.

– No dobra, ale ile płacisz…

– Adrian! – fuknęłam z oburzeniem, szturchając go ramieniem w bok.

– O kasie porozmawiamy, jeśli się spiszesz – odparł Antek ze stoickim spokojem. Podobało mi się to, że po raz kolejny nie dał się sprowokować mojemu buntowniczemu bratu. – Natomiast jeśli chodzi o ciebie… – Zwrócił wzrok na mnie. – Tutaj obok jest sklep spożywczy, a pan Jacek chętnie przyjąłby cię do obsługi kasy. To miły, chociaż lekko nieporadny facet, ale bardzo uczciwy. Rozmawiałem już z nim i też mogłabyś zacząć od jutra.

Patrzyłam na Antka szeroko otwartymi oczami, nie dowierzając. Był bardzo rzeczowy i skupiony na temacie rozmowy. Nie owijał w bawełnę, nie wdawał się w niepotrzebne dyskusje. Wyłożył kawę na ławę – w końcu był baristą.

– Ja się zgadzam – odpowiedziałam szybko, postępując zgodnie z tym, co sobie obiecałam, a mianowicie, że przyjmę wszystko, co mi zaproponuje.

– Dobra, mnie też pasuje… – mruknął bez entuzjazmu Adrian. Miałam ochotę trzepnąć go przez głowę, bo na próżno było szukać w nim wdzięczności, którą ja czułam każdą cząstką ciała.

– Świetnie! – ucieszył się Antek, klasnąwszy w dłonie. – To jesteśmy umówieni na jutro, a tymczasem stawiam wam tosty dla uczczenia naszej umowy – dodał z uśmiechem, po czym wstał i w ciągu zaledwie kilku minut postawił przed nami dwa cudownie wyglądające talerze z tostami francuskimi i mnóstwem owoców. – Smacznego!

Moje ślinianki oszalały! Rzuciłam się na jedzenie tak, jakbym znów była doszczętnie wygłodniała, a po pierwszym kęsie przymknęłam powieki i nie mogłam powstrzymać cichego westchnienia zachwytu, które wydobyło się z moich ust. To było przepyszne. Niewiarygodnie przepyszne.

– Nie ufam mu… – mruknął Adrian, przeżuwając kęs tostu bez emocji. Patrzył ponad moim ramieniem w kierunku kontuaru, gdzie zapewne kręcił się Antek.

– A ja tak – odparłam spokojnie, odkrawając kolejny kawałek.

– Jesteś naiwna. Jak zawsze – parsknął pod nosem bez rozbawienia, rzucając mi potępiające spojrzenie.

Może i byłam, ale temu chłopakowi naprawdę dobrze z oczu patrzyło.

W sumie kiedyś myślałam, że Karolowi też dobrze z oczu patrzy, a później dużo czasu musiało minąć, aż pokazał mi swoją prawdziwą, okropną twarz.

Wierzyłam jednak, że dwa razy nie można mieć w życiu takiego pecha. Wierzyłam, że Antek jest naszym wybawieniem, a nie gwoździem do trumny, którą z takim zapamiętaniem od lat budowała dla nas rodzona matka.

Antek

Nie wierzyłem, że przyjdą. Zaproponowałem im to, chociaż myślałem, że machną ręką i oleją moją propozycję.

Jak ogromnie poczułem się zaskoczony, gdy stanęli w drzwiach kawiarni. Kornelia i Adrian. Rodzeństwo, które mieszkało w najgorszej dzielnicy Groszkowic, w warunkach bardzo złych, żeby nie powiedzieć tragicznych.

Oboje byli jeszcze nieletni, a ja na końcu języka miałem pytanie, gdzie są ich rodzice. Przez głowę przelatywały mi myśli o tym, żeby udać się do Ośrodka Pomocy Społecznej i zgłosić ich sytuację. Tyle że oni by tego nie chcieli. Byłem o tym przekonany.

Dzisiejszego poranka udałem się do pana Jacka ze spożywczaka, bo w nocy wymyśliłem, że to właśnie u niego mogłaby pracować ta dziewczyna. Była młoda i zapewne jeszcze nigdy nigdzie nie pracowała, a wiedziałem, że pan Jacek cierpliwie ją wszystkiego nauczy. Chociaż był czasem wręcz komiczny w swej nieporadności, to nie raz przekonałem się o jego dobrym sercu.

Zapytałem go, czy nie zechciałby zatrudnić kogoś do pomocy.

– Kogo?

– A tak się składa, że znam pewną dziewczynę, która potrzebuje sobie zarobić. Kończy niedługo osiemnaście lat, ale bardzo chce pracować – odpowiedziałem spokojnie, obserwując twarz pana Jacka.

Widziałem, jak marszczy czoło i głęboko się nad czymś zastanawia. Zmrużył oczy, patrząc na mnie tak, jak gdyby czuł, że coś kombinuję.

– A skąd nagle wzięła się ta dziewczyna, że mi wcześniej o niej nie mówiłeś? – dociekał, jakby zaczynał łączyć pozornie niepołączone fakty.

– Znam ją od dawna – odparłem, machnąwszy ręką.

Mruknął pod nosem, chociaż nie do końca mi uwierzył.

– Powiedz, żeby przyszła jutro. Zobaczymy, czy da się coś w tej sprawie zrobić – odpowiedział niby niechętnie, chociaż wiedziałem, że pod tymi słowami kryje się jego wielkoduszna natura.

Nawet jeśli coś mu w mojej opowieści nie pasowało, to i tak postanowił mi pomóc. A właściwie nie mnie, lecz Kornelii. Tej samej, którą widział wczorajszego wieczora, jak włamuje się na zaplecze mojej kawiarni. I możliwe, że dodał już sobie dwa do dwóch.

– Dziękuję, panie Jacku! – zawołałem na odchodne.

Tym sposobem byłem w pełni gotowy na rozmowę z rodzeństwem. I naprawdę kamień spadł mi z serca, gdy przyszli. Kornelia wyglądała na przestraszoną i zagubioną, natomiast Adrian, ten wyrośnięty i posępny nastolatek sprawiał wrażenie mocno niezadowolonego i dalekiego od obdarzenia mnie chociaż namiastką zaufania.

Jeśli ktoś komuś nie powinien ufać, to ja. W końcu chcieli mnie okraść, nawet jeśli tylko z kanapek. Fakty były jednak takie, że to tylko dzieciaki. Głodne, pozostawione na pastwę losu dzieciaki, które starały się radzić sobie najlepiej, jak potrafią. Nie mogłem im nie pomóc. Pragnienie zrobienia dla nich czegoś dobrego było zbyt silne i zbyt mocno angażujące emocje.

Lena przygotowała dla nich tosty francuskie na moje polecenie, a ja zaserwowałem im je na koszt firmy. Nie raz słyszałem od rodziny i znajomych, że za to przesadnie dobre serce dostanę kiedyś po dupie.

Chociaż w kawiarni panował standardowy tłok, to zauważyłem moment, w którym oboje wstali od stolika, szykując się do wyjścia. Obserwowałem rodzeństwo znad ekspresu do kawy, przygotowując pomarańczową latte dla jednej ze stałych klientek.

Adrian ruszył do wyjścia zdecydowanym krokiem, natomiast Kornelia przystanęła w połowie drogi, odwróciła się i złapała moje spojrzenie z nieśmiałym uśmiechem.

Skinęła głową, wyrażając tym gestem wdzięczność, a ja odpowiedziałem jej tym samym. Wyszli w asyście moich głośnych myśli, którymi zaklinałem ich, żeby jutro naprawdę zjawili się w pracy.

– Kto to był? – zapytała od razu Klara, obserwując z boku mnie i wychodzącą dziewczynę.

– Znajoma – odparłem krótko, szybko uciekając spojrzeniem. Nie zamierzałem opowiadać siostrze o tym, że pomagałem niedoszłej złodziejce i jej bratu. Wtedy nie zostawiłaby na mnie suchej nitki.

– Skąd się znacie? – dociekała, ignorując karcące spojrzenia Aleksa.

– Poznaliśmy się kiedyś na jakiejś imprezie czy coś… – odparłem z udawanym lekceważeniem, machnąwszy ręką.

Zmarszczyła brwi i rzuciła znaczące spojrzenie Lenie, która tylko wzruszyła ramionami.

Wróciłem do mieszkania późnym wieczorem i od razu położyłem się spać. Następnego dnia z trudem zwlokłem się z łóżka, walcząc zacięcie z siłą przyciągania wygodnego materaca i poduszki. Nie lubiłem dni, gdy musiałem jechać po towar, bo to było takie tułanie się od punktu A do punktu B, a później jeszcze C i D. Hurtownia kawy, hurtownia owoców, cukiernia i jeszcze nowy ekspres do kupienia.

Wsiadłem w samochód o świcie, obserwując wschodzące słońce, które zwiastowało kolejny upalny, letni dzień. Włączyłem radio, a w głośnikach rozbrzmiała jedna z popularniejszych piosenek Taylor Swift pod tytułem Style.

Podjechałem pod kawiarnię, parkując wyjątkowo z przodu, a nie na tyłach. Wysiadłem, trzaskając drzwiami, a w następnej chwili mój wzrok padł na kroczącego w moim kierunku chłopaka.

Adrian szedł z dłońmi skrytymi w rękawach szarej, spłowiałej bluzy i kapturem nasuniętym na głowę. Wyglądał tak, jakby życie cholernie go irytowało. Kto wie, może właśnie tak było.

Mógłbym się czepiać o jego brak entuzjazmu i chęci do pracy, ale właściwie po co? Chłopak potrzebował pomocy. Był nieletni, w jego domu coś wyraźnie nie grało, a ja mogłem mieć tylko nadzieję, że zarobione u mnie pieniądze pójdą na jedzenie, a nie na papierosy i alkohol.

– Cześć – zawołałem jako pierwszy, a on podniósł swój chłodny wzrok na mnie i odpowiedział sztywnym kiwnięciem głowy. – Wezmę tylko coś z zaplecza i zaraz jestem – dodałem, podchodząc do drzwi kawiarni.

Szybkim krokiem udałem się na zaplecze, gdzie do tablicy korkowej przypiąłem wczoraj listę zakupów i spraw do załatwienia – ciągle coś dopisywałem, bo bardzo zależało mi, żeby o niczym nie zapomnieć. Zerwałem ją i wróciłem do czekającego na mnie przy samochodzie Adriana.

Wsiedliśmy bez słowa do środka. Chłopak zapiął pasy, ale nawet przez chwilę na mnie nie spojrzał. Jego niechęć wznosiła między nami niemal widoczny mur.

Nawet nie zdążyliśmy wyjechać z Groszkowic, gdy zacząłem się dusić od panującej w aucie ciszy. Wysunąłem dłoń, chcąc włączyć radio, lecz wtedy przyszło mi coś do głowy.

– Mógłbyś otworzyć schowek i wybrać jakąś fajną płytę? – zaproponowałem, nie odrywając wzroku od drogi.

Tylko kątem oka widziałem, że uniósł brwi, spojrzał na mnie, a po chwili z ociąganiem i wymownym westchnieniem otworzył schowek i zaczął przeglądać płyty, które od dawna tam trzymałem.

Długo przebierał w albumach i byłem niemal pewien, że na nic się nie zdecyduje, kiedy wreszcie otworzył jedno opakowanie i wsunął krążek do odtwarzacza.

Chwilę później wnętrze auta wypełniło się dźwiękami piosenki In The End zespołu Linkin Park.

– Świetny wybór – pochwaliłem z lekkim uśmiechem.

– Taa… Szkoda Chestera Benningtona. Gość miał megatalent – odparł, po raz pierwszy reagując jakkolwiek na moją próbę nawiązania rozmowy.

Przez kolejnych kilka minut, ku mojemu ogromnemu zdumieniu, rozmawialiśmy o zespole Linkin Park, wspominając ich najlepsze utwory i niemal legendarne trasy koncertowe. Nagle okazało się, że Adrian potrafi się otworzyć, chociaż nawet przez chwilę nie opuszczał gardy. No i mówił w przestrzeń, ani razu na mnie nie patrząc. Był wycofany. Zbyt wycofany, niemal nienaturalnie; musiały stać za tym jakieś trudne wydarzenia.

Minął prawie cały dzień, zanim pozałatwialiśmy wszystkie sprawy, dotarliśmy do wszystkich firm i zapakowaliśmy towar. Adrian był bardzo pomocny i bez słowa sprzeciwu dźwigał skrzynki z owocami oraz kartony z kawą. Dzięki niemu załadunek szedł sprawniej i szybciej, a ja ostrożnie obserwowałem jego nieśmiało okazywane zaangażowanie.

Zaparkowałem samochód na tyłach kawiarni, po czym oboje wysiedliśmy i bez słowa zaczęliśmy wypakowywać wypełnioną produktami pakę dostawczaka. Zajrzałem szybko przez kotarę, patrząc na uwijającą się jak mrówka Lenę i wypełnioną po brzegi kawiarnię.

– Jak ci idzie? – zagaiłem z uśmiechem, gdy dostrzegłem, że ociera wierzchem dłoni kropelkę potu z czoła.

Wzięła głęboki oddech, opierając się biodrem o krawędź szafki.

– Mamy komplet. Jest mnóstwo pracy!

– Cieszmy się – odparłem z rozbawieniem, a ona znacząco przewróciła oczami.

– Cieszyłabym się, gdybym miała na to siłę – upomniała mnie.

– Za moment ci pomogę – obiecałem i zniknąłem za kotarą, by dokończyć wyładowywanie towaru.

Umieściłem ciasta w chłodni, a owoce w lodówkach. Kawę zapakowałem do szafek, chroniąc od światła i ewentualnej wilgoci. Nowy ekspres do kawy postawiłem na stoliku, postanawiając zamontować go na koniec dzisiejszego dnia.

Odwróciłem się w kierunku Adriana, gdy ten akurat zatrzaskiwał drzwi paki. Podszedłem do niego i wyciągnąłem rękę, wymieniając z nim uścisk.

– Dzięki za dzisiaj – powiedziałem z nieukrywaną wdzięcznością. Sięgnąłem do kieszeni po portfel i wyciągnąłem z niego banknot stuzłotowy. – To na zachętę – wyjaśniłem, patrząc na jego zaskoczone, szeroko otwarte oczy.

Chłopak nie wiedział, co powiedzieć. Prawdopodobnie nie tego się po mnie spodziewał. Rzucił mi jeszcze jedno spojrzenie i wsunął pieniądze do kieszeni spodni.

– Dzięki – mruknął. – Jutro też mam przyjść?

– A miałbyś ochotę trochę pomóc przy obsłudze klientów? – zapytałem z uśmiechem, unosząc lekko brwi.

– Mógłbym – odparł Adrian, przytakując.

– To bądź na dziewiątą – powiedziałem i pożegnałem się z nim, patrząc, jak odchodzi. Niemal wybuchnąłem śmiechem, gdy w pewnym momencie odwrócił się przez ramię i popatrzył na mnie jak na wariata.

Może i nim byłem, w końcu dałem mu sto złotych za kilka godzin pracy. Czułem jednak, że postąpiłem słusznie. No i miałem nadzieję, że naprawdę mądrze wykorzysta dzisiejszy zarobek.

Po posprzątaniu kawiarni Lena pożegnała się ze mną i wyszła do czekającego na nią na parkingu Alana, który przyjechał swoim odrestaurowanym junakiem M10. Ja akurat kończyłem montować nowy ekspres, podziwiając zakup z niemałym zachwytem. Później upewniłem się, że wszystko jest pozamykane i wyłączone, po czym wyszedłem tylnym wyjściem, wcześniej uzbrajając alarm – czułem, że po ostatniej akcji już nigdy nie zapomnę tego zrobić.

Wsiadłem do auta i zerknąłem na zegarek w telefonie, zauważając ze znużeniem, że było już grubo po dwudziestej drugiej. Kolejny długi dzień za mną. Ciekaw byłem, jak długo jeszcze będę w stanie wstawać tak wcześnie i kłaść się tak późno. Byłem młody, ale zmęczenie materiału w dzisiejszych czasach dopadało każdego, bez względu na wiek.

Wyjechałem z miejsca parkingowego i zobaczyłem Kornelię wychodzącą ze sklepu pana Jacka. Nawet nie miałem dziś czasu, żeby o niej pomyśleć i zastanowić się, jak mijał jej pierwszy dzień w pracy.

Wyglądała na zadowoloną. Z uśmiechem na twarzy mówiła coś do rozpromienionego właściciela. Od razu się zatrzymałem i otworzyłem okno po stronie pasażera.

– Dobry wieczór – zagadnąłem z uśmiechem, patrząc, jak dziewczyna obraca się zaskoczona w moją stronę.

– Witaj, Antek! – zawołał pan Jacek swoim skrzekliwym głosem. – Bardzo pracowitą dziewczynę mi poleciłeś! – dodał z zadowoleniem, uśmiechając się do Kornelii.

– No przecież panu mówiłem!

– Szybko się uczy, a jutro będzie tylko lepiej – zapewnił, klepiąc dziewczynę po ramieniu.

– Mam nadzieję… – mruknęła z zawstydzonym uśmiechem.

– Jadę właśnie do domu… Podrzucić cię? – zaproponowałem swobodnie, jakbyśmy naprawdę znali się nie od przedwczoraj.

A i słowo „znali” było zdecydowanie na wyrost i całkowicie nieodpowiednie, żeby opisać naszą „relację”.

Kornelia otworzyła usta, jakby pierwszą jej myślą było to, żeby zaprzeczyć. Zaraz jednak uśmiechnęła się niepewnie i