58 osób interesuje się tą książką

Opis

Nigdy nie rezygnuj z marzeń
Pełna namiętności opowieść o odkrywaniu swojej kobiecości i czerpaniu z życia pełnymi garściami.
Życie Izabeli przypomina sielankę: kochający mąż, urocze dzieci, praca, która daje satysfakcję… Izabela jest szczęśliwa i wierzy, że w imię miłości warto było lata temu zrezygnować z największej pasji, jaką był taniec.
Wszystko zmienia się jednak w chwili, gdy w wyniku rutynowego badania lekarz stawia niepokojącą diagnozę. Izabela postanawia odmienić swoje uporządkowane życie. Aby odnaleźć utraconą iskrę, zapisuje się do szkoły salsy. Nie wie jeszcze, że powrót na parkiet ożywi skrywane pragnienia.
Czy dojrzałe uczucie przetrwa tę próbę? Jakie decyzje podejmie Izabela? I czy wystarczy jej odwagi, aby ponieść ich konsekwencje?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 389

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Anna Kasiuk, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadzące: Adriana Biernacka, Agata Ługowska

Redakcja: Aleksandra Deskur

Korekta: Marta Akuszewska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografie na okładce:

© Magdalena Russocka | Trevillion Images

© KateMacate | Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66431-86-7

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Joannie W.

(…) Dziwny ten świat,

świat ludzkich spraw,

czasem aż wstyd przyznać się.

A jednak często jest,

że ktoś słowem złym

zabija tak, jak nożem. (…)

Czesław Niemen

I

To był zwykły dzień. Niczym nie różnił się od poprzedniego. Nic również nie zapowiadało, że będzie odbiegał od mojego codziennego harmonogramu, który od dziewiętnastu lat był taki sam. A jednak. Tego dnia, kiedy moje uporządkowane dotąd życie zostało wywrócone do góry nogami, miałam umówione badanie USG. Niby nic szczególnego, badaniom okresowym poddaję się zawsze na początku roku, żeby przez jego resztę nie zaprzątać sobie tym głowy. Tym razem było inaczej. Zmuszona byłam odsunąć umówione wizyty o kilka miesięcy z powodu studniówki Jaśka. Zostałam poproszona o pomoc w zorganizowaniu balu, zadbaniu o kulinarną stronę całego przedsięwzięcia i okazało się, że nawał obowiązków, ale i przejęcie się tak ważnym wydarzeniem w życiu mojego pierworodnego syna wzięły górę. Na transwaginalne badanie USG umówiłam się dopiero w marcu.

– Pani Izo, widzę tu niewielkie zgrubienie. Zaraz przyjrzymy się temu bliżej. – Nie zwiódł mnie spokój, z jakim lekarz oznajmił o swoim znalezisku. Ogarnął mnie lęk.

Poczułam nieprzyjemny ucisk. Zajmował się mną świetny specjalista, nie obawiałam się o brak kompetencji. To badanie nie należało po prostu do najprzyjemniejszych. Nerwowo wpijałam paznokcie w krawędzie łóżka i zastanawiałam się nad tym, co się ze mną dzieje, podczas gdy lekarz, starszy mężczyzna, z impetem dźgał mnie sondą ultrasonografu. Pracowaliśmy w tym samym szpitalu, z tą tylko różnicą, że ja byłam pielęgniarką na oddziale paliatywnym, a on ginekologiem. Przeniosłam wzrok na jego twarz. Pochylony, w skupieniu przyglądał się obrazowi drgającemu na monitorze.

– Niech pani zapisze, pani Małgosiu, śródścienny mięśniak, trzydzieści na dwadzieścia pięć milimetrów.

– Co to znaczy? – zapytałam w końcu zaniepokojona.

– Znaczy to, że znalazłem niewielkie zgrubienie. Proszę jeszcze chwilę poczekać. – I mocno nacisnął wolną dłonią na mój brzuch. – O, teraz go widzę dokładnie. Tak. Dorobiła się pani mięśniaka. Nie jest duży i nie powinien stanowić żadnego zagrożenia, ale będziemy musieli powtórzyć to badanie za kilka miesięcy. Jeśli będziemy panią obserwować, nic złego nie powinno się wydarzyć.

Oderwał wzrok od monitora i wyciągnął ze mnie sondę. Poczułam ulgę, ale to było bardzo ulotne wrażenie. Już po chwili moje wnętrze wypełnił ciężar. Położyłam dłonie na brzuchu i lekko nacisnęłam. Nie wiem, czego się spodziewałam. Może chciałam wyczuć tego mięśniaka? Dotknąć go własnymi rękami i poczuć tę obcą materię w mojej macicy?

– Proszę się ubrać. Pani Małgosia skończy opis i z nim uda się pani do swojego lekarza. Ale naprawdę nie widzę powodów do zmartwień. Takie dolegliwości nie przysparzają kobietom dyskomfortu. Nawet go pani nie czuje, pani Izo. A obserwowany nie powinien wymknąć się spod kontroli. Ja osobiście nie jestem zwolennikiem pochopnego ingerowania operacyjnego. Ale decyzję podejmie pani lekarz. Kto panią prowadzi? – Powoli podniósł się z krzesła i rozstawiając pokracznie nogi, podszedł do zlewu. Energicznie natarł dłonie mydłem, spłukał je i strzepnął nadmiar wody. Pomyślałam wtedy, że nie lubię zaschniętych kropel pozostawionych na lustrze. Moje dzieci i mąż zawsze wycierają ręce.

– Doktor Malicki.

– Może się pani ubrać – ponaglił mnie i usiadł przy biurku. Poczułam zawstydzenie. Fotel ginekologiczny, na którym wciąż leżałam, próbując oswoić się z usłyszaną diagnozą, stał na wprost lekarskiego biurka. Starszy pan, lekarz ginekolog, siedział zatem centralnie pomiędzy moimi szeroko rozłożonymi kolanami. Gdyby nie jego dyskrecja, oglądałby mnie w całej okazałości. Pospiesznie zsunęłam się z fotela i niezdarnie poprawiłam spódnicę. Pielęgniarka, ubiegłoroczna absolwentka, podała mu opis i minęła mnie, uśmiechając się ostrożnie. Ja też tak reagowałam, kiedy przyszło mi asystować lekarzom podczas badań. To niewdzięczne zadanie. Każdą diagnozę należy przyjąć ze spokojem i obdarowywać pacjenta wsparciem, chociażby w postaci uśmiechu. Uczyłam się tego na pierwszym roku pielęgniarstwa. Niestety jej uśmiech nie był dla mnie wsparciem. Nie dodał mi otuchy, wręcz przeciwnie, świadomość, że jest to wyuczona maniera, przytłoczyła mnie swoim okrucieństwem.

– Pani Izabelo, niech pani uda się zatem z tym opisem do doktora Malickiego. Jeszcze dziś postaram się z nim skontaktować. I proszę się nie martwić. Pracuje pani w naszym szpitalu. Jest pani jedną z nas. Doskonale również pani wie, że taki mięśniaczek to drobiazg, z którym można żyć. A nawet jeśli pani lekarz uzna, że dla pani komfortu należy go usunąć, to to zrobimy. – Podał mi dłoń na pożegnanie, a drugą położył ojcowskim gestem na ramieniu.

– Dziękuję, doktorze. – Wysiliłam się na ciepły uśmiech.

– Ach, i proszę pozdrowić męża! – dodał już za moimi plecami.

– Doktorze. – Odwróciłam się gwałtownie, na co młoda pielęgniarka poderwała głowę znad klawiatury komputera i z zainteresowaniem czekała na to, co jeszcze powiem. – Proszę tylko nie wspominać mojemu mężowi o pańskim znalezisku. Chciałabym się z tym uporać najpierw sama, jeszcze zanim mu powiem.

– Ależ oczywiście. Mnie obowiązuje tajemnica lekarska. Bez względu na to, że pani mąż jest lekarzem, nie zamierzam dzielić się z nim wynikami pani badań. Może pani być spokojna.

Dopiero wtedy wyszłam z gabinetu i bezwolnie osunęłam się na jedno z ustawionych w poczekalni krzeseł.

Gładkokomórkowy mięśniak macicy. Tak brzmiała nazwa intruza, który zadomowił się w moim ciele. Nigdy, przez całe moje życie, nie miałam w sobie niczego obcego, co napawałoby mnie takim obrzydzeniem. Byłam trzykrotnie w ciąży, urodziłam piękne, zdrowe dzieci. Nigdy wcześniej nie miałam najmniejszej kontuzji, mimo wielu godzin spędzonych na tańcu i ćwiczeniach. Zawsze prowadziłam zdrowy i aktywny tryb życia, co udało mi się zaszczepić również mojej rodzinie. Nawet mąż, wbrew niezadowoleniu swojej matki, ograniczył jedzenie mięsa i poddał się wprowadzonemu przeze mnie rygorowi regularnych bezmięsnych posiłków i wieczornych spacerów. Poczułam przyjemne mrowienie, bo przypomniałam sobie oburzenie teściowej na wieść, że jej syn podporządkował się moim zasadom. Pierwsze święta, które matka Artura spędziła z nami, okazały się istną gehenną. Wtedy jeszcze żył Norbert, ojciec mojego męża, ale nawet jemu nie udało się wpłynąć na obfitość kubła pomyj, który Barbara wylała na mnie w reakcji na moje pojawienie się w domu Artura.

– Sam fakt, że przyprowadziłeś do domu tancereczkę, jest wystarczająco skandaliczny, Arturze! – wrzeszczała, myśląc, że nie słyszę. Czując, że nadchodzi apogeum jej niezadowolenia, wzięłam psa i wyszłam po kolacji na spacer. Jednak ciekawość nie pozwoliła mi oddalić się od domu. Siedziałam na tarasie w ogrodzie, otulona szczelnie kurtką i szalem, i wsłuchiwałam się w jej jazgot. Właściwie najbardziej mnie interesowało, jak do całej tej awantury podejdzie Artur, wtedy już mój mąż. To prawda, kiedy się poznaliśmy, byłam tancerką baletową. Moja mama również nigdy nie traktowała mojego zajęcia poważnie, ale miała w sobie na tyle dużo taktu, by pozwolić mi zmierzyć się z pragnieniem bycia baleriną. Bo takie było moje marzenie. Taniec wypełniał niegdyś całe moje życie. A mama nigdy nie próbowała ograniczać ani mnie, ani mojej młodszej siostry.

Artur pojawił się pod garderobą po jednym z przedstawień, które graliśmy w Warszawie. Wyglądał pięknie. Wysoki, postawny brunet. Jego włosy lekko falowały, uporczywie próbując wyrwać się z ujarzmionej gumą fryzury. Miał na sobie doskonale skrojony garnitur w kolorze śliwki i skarpetki w czerwone pomidory. Nigdy nie zapomnę tego widoku.

– Jest pani najpiękniejszą kobietą, która tańczyła dziś na tej scenie – powiedział. – Ma pani muzykę w ruchach. Jestem pełen podziwu wobec pani dokonań.

I skradł moje serce. Szarmancki, delikatny i troskliwy. Stał się moim towarzyszem, przyjacielem, a w końcu mężem, ku rozpaczy niespełnionej i rozgoryczonej kobiety, jaką była Barbara, jego matka.

– Jak można żyć w taki sposób? Jak można zarabiać na pokazywaniu swojego ciała w takich pozach? To… To do teatru, nie do normalnego życia u boku doskonale zapowiadającego się lekarza! – wrzeszczała wtedy, podczas gdy ja przysłuchiwałam się jej wywodom z coraz większym smutkiem. Wiedziałam już, że jestem w ciąży. Nowinę zamierzałam obwieścić mojemu mężowi właśnie w te święta. Wszystko zależało od jego reakcji. Nie zawiódł mnie jednak. Nie mogłam widzieć rozgrywającej się w domu sceny, ale usłyszałam zdecydowany i mocno zdenerwowany głos Artura.

– Mamo, jeśli nie podoba ci się moja żona, proszę, żebyś opuściła mój dom i nigdy więcej nie przekraczała jego progów.

– To się syna dochowałam! Norbert, czy ty to słyszysz? Czy ta tancerka jest dla ciebie ważniejsza niż ja? Twoja matka, która włożyła serce w twoje wychowanie i poświęciła całe życie, byś ty teraz mógł cieszyć się szacunkiem wśród wziętych warszawskich lekarzy! Odpowiedz sobie na to pytanie, Arturze!

– Izabela jest najważniejszą kobietą w moim życiu. Jest moją żoną, którą kocham i z którą zamierzam spędzić resztę moich dni, mamo. Ty jesteś moją matką, jestem wdzięczny za twój wkład w moją edukację i zapewniam cię, że najlepsi warszawscy, i nie tylko, lekarze mają do mnie szacunek. Ale moje życie należy do mnie i to ja będę je sobie układał. Jak chcę i z kim chcę. A tobie pozostaje uszanowanie mojej decyzji. Jeśli nie odpowiada ci wegetariańska kuchnia mojej żony, nie będę nalegał, byś jadła. Jestem pewien, że Iza również to zrozumie.

Byłam dumna z męża. A słysząc jego wypowiedź, prędko wróciłam do domu, zrzuciłam kurtkę i pochyliłam się nad kominkiem. Zdążyłam zmarznąć w oczekiwaniu na finał ich rodzinnej sprzeczki.

Od tamtej pory niewiele się zmieniło. Wieść o mojej ciąży przytłoczyła Barbarę. Przez kilka miesięcy zaledwie parę razy dzwoniła do Artura. Nie pojawiała się w naszym domu. A ja, cóż, zrezygnowałam z tańca. Choć mój mąż nie nalegał, zrozumiałam, że wiele kosztują go sprzeczki z matką. Nie chciałam, by moje zajęcie stało się kością niezgody między nimi. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że nie uda mi się pogodzić kariery baletnicy z rodziną. Musiałam dokonać wyboru. Dlatego z chwilą, kiedy narodził się Jaś, miałam już skończony kurs pielęgniarski i byłam zapisana na studia. Kolejne lata stanowiły dla mnie prawdziwe wyzwanie. Byłam świeżo upieczoną żoną, a do tego mamą. Studiowałam, wychowywałam mojego syna i dbałam o dom. Mój mąż starał się pomagać, ale on również był u progu kariery lekarskiej i nie mógł poświęcać się obowiązkom gospodarza z takim oddaniem jak ja. Z pomocą pospieszyły mi moja mama z siostrą. Obie na zmianę opiekowały się Jasiem, kiedy ja miałam zjazd albo uczyłam się do zbliżającej się sesji. Początki bywają trudne, mawiała moja mama, kiedy wieczorami płakałam zmęczona. I miała rację. Okres nauki minął niepostrzeżenie, a w międzyczasie w naszym domu pojawiła się mała księżniczka, która zupełnie skradła serce Artura. Urodziłam córkę. Zauroczeni historią Romea i Julii, która tamtego lata była grana w teatrze na Ochocie, zgodnie postanowiliśmy naszą dziewczynkę nazwać Julią. Mój mąż stracił głowę. Kiedy obroniłam pracę dyplomową, wziął kilka tygodni urlopu i wyjechaliśmy z naszymi dziećmi na zasłużone wakacje. To była sielanka. Daleko od niezadowolonej teściowej, która z chwilą pojawienia się dzieci na nowo zaczęła odwiedzać, choć lepsze byłoby określenie „nawiedzać”, nasz dom. Odpoczywaliśmy.

Po powrocie sielanka trwała. Artur rozpieszczał mnie prezentami, zabierał na wycieczki, a całe godziny spędzaliśmy w teatrze. Byłam szczęśliwa. Tak bardzo, że nim się spostrzegliśmy, znowu byłam w ciąży. Nasze trzecie dziecko przyszło na świat podczas wakacji w Prowansji. Dla mojego męża było to wyjątkowe przeżycie, ponieważ asystował podczas jego narodzin. Po powrocie do domu okazało się, że tata mojego męża dostał wylewu i zmarł. To zdarzenie załamało Barbarę. Widząc ją w tak kiepskiej formie, zgodnie uznaliśmy, że powinna zamieszkać z nami. Pokonując w sobie niechęć, z miłości do mojego męża zgodziłam się, by Barbara zajęła domek dla gości, który stał w rogu naszej posiadłości. I tak minęło nam dziewiętnaście wspólnie spędzonych lat.

Podniosłam się z krzesła i niezdecydowanym krokiem ruszyłam przed siebie. Oddałam mojej rodzinie i mojemu mężowi całe swoje życie. Oddałam wszystko, co miałam najlepsze. A w zamian za to poświęcenie los zadrwił ze mnie w tak okrutny sposób, zsyłając mi gładkokomórkowego mięśniaka macicy.

Ostatnie godziny pracy mijały mi w napięciu. Kilkakrotnie przyłapywałam się na rozmyślaniu nad swoim nieszczęsnym losem, wpadałam w panikę i kreśliłam przed sobą wizje rychłego zakończenia mojego życia. Jakże wtedy czułam się oszukana, okradziona ze wszystkich marzeń! Za chwilę znowu budziła się we mnie wojowniczka, gotowa za wszelką cenę walczyć o siebie… Cały czas skupiona byłam na zagnieżdżonym we mnie intruzie. Kilka razy nawet przyłapałam się na naciskaniu brzucha. Pragnęłam poczuć go w sobie, zidentyfikować tę obecność. Na szczęście udało mi się wymusić uspokajające gesty i dodającą otuchy mimikę twarzy, by pacjenci mojego oddziału nie zauważyli, że dzieje się ze mną coś niepokojącego. Zaskakującym wydaje się fakt, jak łatwo potrafimy zaakceptować przykrą rzeczywistość dotykającą innych, nawet ludzi z naszego otoczenia. Potrafimy im współczuć, kiedy doznają upokorzenia, a ich codzienność staje się nie do zniesienia. Dopiero kiedy nam samym przychodzi zasmakować strachu, a nasze życie nagle się kurczy, podczas gdy plany, a już z pewnością marzenia nie odchodzą w zapomnienie, wręcz przeciwnie, kiedy nagle zaczynamy przypominać sobie o rzeczach do zrobienia, sprawach, które odkładaliśmy na później, wtedy dopiero zaczynamy odczuwać to, co ludzie chorzy. Tak właśnie było ze mną.

– Coś nie jesteś dziś w najlepszym nastroju – zaczepił mnie Zenon, mężczyzna zajmujący łóżko przy oknie na sali, którą się opiekowałam. Choć zaraz po usłyszeniu diagnozy poczułam palącą potrzebę podzielenia się z kimś tą wiadomością, nie mogłam jej ciężaru zrzucić na pacjenta oddziału paliatywnego. Nie mogłam, choć dobrze wiedziałam, że ci ludzie doskonale znali towarzyszące mi uczucie.

– Panie Zenku, czasami nie mamy wpływu na pewne rzeczy i te bolą najbardziej – rzuciłam zdawkowo, poprawiając mu pościel. Mężczyzna był przykuty do łóżka. Mówił niewyraźnie, co wzbudzało poirytowanie młodszego personelu, ponieważ Zenon był bardzo rozmownym człowiekiem.

– Tja, wiem, co masz, kochanie, na myśli. Mogę ci zdradzić pewną tajemnicę, jeśli chcesz.

Nie chciałam. Było mi zupełnie obojętne, co usłyszę. Skinęłam jednak głową i pochyliłam się nad nim. Zapach zmęczonego życiem leżącego ciała uderzył we mnie, ale nie dałam po sobie poznać przykrego wrażenia, jakie we mnie obudził.

– Zamieniam się w słuch, panie Zenonie.

– Trzeba znaleźć sobie coś, co przynosi przyjemność. Musisz odnaleźć w sobie chęć do pokonania tej przeszkody, która usunęła z twojej pięknej twarzy uśmiech. To trudne.

– Czy pan stosuje ten zabieg? – zapytałam, zanim uświadomiłam sobie, że to niegrzeczne.

– Bez przerwy. Wiem, że umieram. – Zamilkł, a jego spojrzenie jakby przygasło. Po chwili jednak znowu zaczął mówić z tą samą, niesłabnącą nadzieją. – Ale każdy ukradziony śmierci dzień jest moim małym zwycięstwem, piękna Izo. Więc kradnę tyle, ile zdołam. I nie zamierzam poddać się łatwo.

Rozczulił mnie tym wyznaniem. Bardzo często myślałam o pacjentach mojego oddziału z czułością i szacunkiem. To była ich ostatnia życiowa prosta, a zachowywali się tak, jakby obecność na tym piętrze szpitala stanowiła tylko stan przejściowy. Nagle w mojej wyobraźni stanęły wciąż nieodwiedzone miejsca. Postanowiłam spędzić trochę czasu z mamą i siostrą. I zaczęłam odczuwać silną potrzebę tańca! W ciągu zaledwie kilku godzin znowu zapragnęłam żyć pełnią życia! Tą pełnią, którą żyłam, zanim poznałam Artura, zanim przyszły na świat moje dzieci.

Po zakończonym dyżurze zdjęłam kitel i odwiesiłam go do swojej szafki. Naciągnęłam na głowę kaptur płaszcza i okręciłam się ciepłym wełnianym szalem. Gdzieś na horyzoncie mojego obcowania z problemem pojawił się nikły, acz pulsujący i kuszący mnie cel. Z wdzięcznością wspomniałam słowa umierającego pacjenta, kiedy wychodziłam na zewnątrz.

– Idziemy dziś popołudniu do Banjaluki na jednego. Idziesz z nami? – Beata, również pielęgniarka, starsza ode mnie o kilka lat, wyrosła przede mną niepostrzeżenie.

– Ech, nie dziś. Muszę odebrać Matiego ze szkoły.

– Nie zdążysz? To dopiero na siedemnastą.

– Dziękuję, Beatko, ale miałam ciężką noc. Zastanawiam się nawet, czy nie wziąć kilku dni wolnego.

Skinęła zaledwie i wybiegła jeszcze przede mną. Na dworze już świtało. Dni powoli stawały się coraz dłuższe. Czułam potworne zmęczenie. Wynik badania dostarczył mi nie lada emocji, czyniąc resztę nocy ciężką do zniesienia. Nauczyłam się nakładać w pracy maskę obojętności, ale bałam się, że w domu nie będzie to takie proste.

Zaczął siąpić deszcz, co odpowiadało mojemu nastrojowi. Zaparkowałam samochód na podjeździe i ostrożnie wspięłam się po trzech stopniach prowadzących do drzwi wejściowych domu. Marzec wciąż potrafił zaskoczyć przymrozkiem, a wyłożone kostką stopnie po zamarznięciu bywają naprawdę niebezpieczne.

W domu wciąż panowała atmosfera nocnej ciszy. Tylko szemranie wody w łazience zdradzało, że ktoś się już obudził. Kochałam te poranne rytuały. Najpierw łazienkę zajmował Artur. Spędzał w niej jakieś dwadzieścia minut. Kiedy pojawiał się w kuchni, ubrany w jeden ze służbowych garniturów, zasiadał przy stole, żeby zjeść ze mną śniadanie i napić się kawy. Wtedy zaczynał dzwonić budzik naszego starszego syna. Przejmujące wycie stada wilków wzbudzało we mnie lęk, jednak Jasiek, już dziewiętnastoletni mężczyzna, zafascynowany hierarchią społeczną u zwierząt, budził się właśnie przy tych dźwiękach.

– Jak minęła ci noc, kochanie? – Artur podszedł do mnie i objął od tyłu silnym ramieniem. Jego dłoń spoczęła na moim brzuchu i zaborczo przycisnął mnie do siebie. Mruknął przeciągle, całując moje włosy, i wrócił do stołu. Ciekawe, czy go poczuł, przemknęło mi naiwnie przez myśl.

– Spokojnie. Żadnych zgonów, bez przykrych niespodzianek… – Zawahałam się, stawiając przed nim kubek z ciepłą kawą. Zajmując miejsce, sięgnęłam po chrupiący tost. Artur jadł z apetytem. Rozkosznie pocierał przy tym opuszki palców, zanim sięgnął po kubek z kawą.

– A u mnie było ciężko. Kobieta z rozległym wylewem trafiła na stół. To był dopiero maraton. Asystował mi Roguski, więc już po kilku godzinach było pozamiatane. Ale przez chwilę miałem obawy, że ją stracę.

– W tym roku jeszcze nikogo nie straciłeś.

– Jeszcze? Mamy dopiero marzec, kotku. Chciałbym dotrwać z tą statystyką przynajmniej do połowy czerwca. – Zagryzł tost, zabawnie unosząc do góry brwi.

– Artur? – Chciałam go zapytać, czy wciąż mnie kocha. Ale zaniechałam tego pomysłu. Domyśliłby się, że coś mnie trapi.

– Tak, kochanie?

– Już niedługo nasz Jasiek wyjedzie. Chyba zaczynam odczuwać syndrom pustego gniazda. – Szybko znalazłam wymówkę.

– Kochanie, zostają z nami Julia i Mati. A jeśli to za mało, zawsze możemy postarać się o jeszcze jedno dziecko. – Mrugnął szelmowsko, czym normalnie zawsze mnie rozbawiał. Mój mąż jest typem, do którego takie gesty absolutnie nie pasują. Zazwyczaj skupiony, rzadko żartuje, a jeśli już zdobędzie się na jakiś dowcip, za każdym razem kończy się to salwami śmiechu, ale z niego i sposobu, w jaki próbuje mierzyć się z brakiem poczucia humoru.

– Trójka nam wystarczy. Jestem za dojrzała na bycie młodą mamą. – Znowu pomyślałam o zagnieżdżonej we mnie materii.

– Proszę cię! Niejedna młoda mama mogłaby ci pozazdrościć jędrnego ciała i wyglądu. Chyba będziesz musiała dziś poczekać na mnie przed wyjściem do pracy. Mam na ciebie ogromną ochotę, Izi…

Poderwał się z krzesła i dopił kawę, stając za moimi plecami. Jak każdego dnia, pochylił się i ułożył twarz w zgięciu mojej szyi. Całował najpierw ramię, potem szyję, a na koniec wsunął w usta płatek ucha i pieścił go językiem. Westchnęłam i zamknęłam oczy, usilnie próbując skupić się na powtarzanych każdego dnia czynnościach. Teraz powinnam wyprężyć się i odchylić do tyłu, pociągnąć jego dłonie i pozwolić, żeby objął moje piersi. Jednak za bardzo skupiałam się na gładkokomórkowym mięśniaku, dlatego jedynie zacisnęłam powieki, hamując w ten sposób cisnące się do oczu łzy. Na szczęście Artur nie zauważył mojego zachowania. Cmoknął mnie jeszcze raz i wyszedł. Otarłam twarz i poderwałam się z krzesła w chwili, kiedy do kuchni wszedł Jasiek, a zaraz za nim Julka.

– Podwieziesz mnie do szkoły?

– Nie mam czasu, młoda. A ty dopiero wstałaś.

– No i dlatego potrzebuję pomocy, matole. – Julka opadła ciężko na krzesło i wypiła duszkiem postawiony przed nią kubek z wodą.

– Nie matole, Jula – rzuciłam karcąco.

– Mamo, ale zaspałam. Powinnam już wychodzić na autobus.

– Jasiu, zawieź siostrę do szkoły. Bardzo cię proszę. – Podałam synowi białą kawę z jedną tabletką ksylitolu.

– Wychodzę za dziesięć minut – odparł Jan tonem nieznoszącym sprzeciwu. Spojrzałam na Julię i skinęłam jej na znak, że powinna się spieszyć.

– Dziękuję. A Mati wstał?

– Tak, ubiera się.

Jasiek był bardzo dojrzały jak na swój wiek. Miał charakter Artura i tak jak on zamierzał zostać chirurgiem. Był w ostatniej klasie liceum, a po jego ukończeniu chciał wyprowadzić się do Krakowa i tam studiować. Patrzyłam na niego z dumą i miłością. Miałam dorosłego syna, co uświadamiało mi nieuchronnie upływający czas. Wtedy do kuchni wpadł Mateusz. Od razu usiadł obok mnie i wtulił się w matczyną pierś.

– Mati, jesteś już dużym chłopcem. Musisz odkleić się od mamy. – Jasiek parsknął śmiechem, widząc rozanielony wzrok brata. W przeciwieństwie do mojego męża miał świetne poczucie humoru.

– Daj mu spokój. Ja w dalszym ciągu przytulam się do mojej mamy – skrytykowałam go i poczochrałam z uczuciem włosy Mateusza.

– A tata nie przytula się do babci. – Mateusz wyciągnął szyję, żeby na mnie spojrzeć.

– Bo to oziębła kobieta jest. – Jasiek zareagował natychmiast, szczerząc się przy tym szeroko. Wiedział, że nie zaprzeczę. Czasami wydaje mi się, że syn czyta w moich myślach.

Niestety pomiędzy nim a Barbarą bez przerwy iskrzyło. Poza krótkimi okresami poprawy ich napiętej relacji wciąż prowadzili zimną wojnę. Teściowa nie ukrywała niechęci do naszych dzieci, czego przez wiele lat nie potrafiłam zrozumieć. Nigdy nie sprawiały kłopotów wychowawczych, a poza tym ich ojcem był przecież jej syn. Jednak nawet to widocznie było mało wystarczającym argumentem przemawiającym na ich korzyść. Cóż, ich matką byłam w końcu ja, ta niewymarzona wybranka Artura. Dlatego kiedy po wielu latach mojego małżeństwa zrozumiałam, że to ja stoję na przeszkodzie kochania wnucząt tak, jak robiła to chociażby moja mama, przestałam tłumaczyć przed moimi dziećmi zachowanie Barbary.

Ja z kolei nie mogłam liczyć na wyrozumiałość, bo bez względu na wszystko nie byłam w stanie spełnić ambicji mojej teściowej. Ona wciąż pragnęła więcej i więcej. Jej jedyny syn, Artur, związał się z tancerką. Bez względu na fakt, że nie tańczyłam w nocnym klubie, a moją pasją był balet, ona niezmiennie traktowała mnie jak tancerkę go-go. Na wieść o studiach pielęgniarskich prychnęła tylko, a narodziny kolejnych dzieci kwitowała pełnym politowania kręceniem głową. Właściwie nie znosiłam tej kobiety. Co absolutnie nie przeszkadzało mi w odczuwaniu wobec niej współczucia, bo marnowała swoje życie i psuła nasze nastroje ciągłymi narzekaniami.

– Jasiek! – warknęłam na syna mimo wszystko. Spoważniał na chwilę, jednak w jego spojrzeniu widziałam błysk porozumienia.

– Mamo, ale to prawda. Tylko ty jesteś urodzonym aniołem i wszystko, co robi babcia, puszczasz mimo uszu i oczu.

– Idziemy. – W drzwiach stanęła gotowa Julia.

– Jezu! – krzyknął Jasiek, udając, że na widok siostry spada z krzesła. – Jak ty wyglądasz?

– Mamo! Powiedz mu coś!

– Jak got. Ona wygląda jak got. – Mateusz odsunął się w końcu ode mnie i zajął się jedzeniem śniadania, łypiąc co chwilę na stojącą w drzwiach siostrę. Julia miała szesnaście lat. Jej młodzieńczy bunt skupił się na szczęście jedynie na muzyce i stroju. Kolorową garderobę, która dotąd stanowiła przeważającą część jej szafy, przeniosła do piwnicy, a wolne miejsce zajęły ubrania w kolorze czarnym, a w najlepszym wypadku szarym. Patrzyłam na oburzoną zachowaniem braci Julę i chciało mi się śmiać. Uparcie broniła swoich racji. Świadomość szesnastolatki była zadziwiająca. Za każdym razem, kiedy obserwowałam konfrontację zbuntowanej córki z rodzeństwem, zaskakiwało mnie, z jakim zapałem cała trójka obstawała przy swoim. Młodzi gniewni, myślałam, pozwalając im jednak na tego rodzaju przekomarzanie się. Żeby nauczyć się przepracowywać doświadczenia, dzieci musiały bronić swoich przekonań, ale również musiały być przygotowane na porażkę.

Wreszcie wsiedliśmy z Mateuszem do samochodu i zawiozłam go do szkoły.

To był typowy poranek. Wróciłam i zanim położyłam się do łóżka, pokręciłam się jeszcze po domu, poprzestawiałam rzeczy, które pod moją nieobecność zmieniły miejsce, wytarłam kurz i sprzątnęłam kuchnię po śniadaniu. W domu zapanowała cisza. Tylko pies chrapał na podłodze przy drzwiach balkonowych. Wzięłam długą, relaksującą kąpiel, co również stanowiło część codziennego rytuału i zazwyczaj przynosiło ulgę po spędzonej w pracy nocy. Tego dnia jednak wszystko wyglądało inaczej. Leżąc w łóżku, zaintrygowana zauważyłam, że od chwili, kiedy lekarz podzielił się ze mną wiedzą o swoim odkryciu, zaczęłam mimowolnie zastanawiać się nad każdym drobiazgiem budującym moją codzienność. Zwykłe śniadanie nabrało głębszego znaczenia. Obserwowanie moich bliskich zaczęło mi dostarczać innych wrażeń. Pocałunki mojego męża sprawiały mi większą przyjemność, a przekomarzanie się dzieci dodawało kolorów porankowi. Spojrzałam z dystansu na wszystkie elementy naszej codziennej, wspólnej rutyny. Uświadomiłam sobie, że stanowiliśmy prężnie działający mechanizm. Dawaliśmy i braliśmy od siebie to, co najlepsze. Stworzyliśmy z Arturem dom, który dawał naszym dzieciom możliwość czerpania z życia inspiracji, wspieraliśmy je i dzięki temu cieszyliśmy się ich zaufaniem i szacunkiem.

Znowu pomyślałam o mojej teściowej. Ale to było chwilowe. Okryłam się kołdrą, mając nadzieję, że odnajdę w łóżku jeszcze odrobinę ciepła mojego męża. Zasnęłam, wtulając twarz w jego poduszkę.

II

Po upływie kilku dni od badania zaczęłam odczuwać coś jeszcze. Był to strach. Zauważyłam, że coraz częściej utożsamiam się z pacjentami przebywającymi na oddziale paliatywnym. Oczywiście moje wrażenia nie miały żadnego uzasadnienia, ponieważ w dalszym ciągu żyłam, mój mięśniak nie dostarczał mi żadnych nieprzyjemnych ani dokuczliwych wrażeń. On był. I tylko czasami mi się wydawało, że odczuwam jego istnienie. Szczególnie kiedy kochaliśmy się z Arturem. Nie potrafiłam się skupić na rozgrywającym się między nami akcie. Pochłaniały mnie raczej myśli dotyczącego obecności intruza w moim ciele. Intrygowało mnie, czy podczas orgazmu mój mięśniak się kurczy, czy też rozpręża. Niestety to wpływało na jakość mojej rozkoszy. Kilkakrotnie nawet zdarzyło mi się, że nastrój prysł, bo właśnie poczułam coś, czego nie doświadczałam wcześniej. Natychmiast odsuwałam się wtedy od Artura, przepraszając go i tłumacząc się chwilową niedyspozycją. Czułam się podle. Ale, co zalecił mi również doktor Malicki, powinnam oswoić się po prostu z jego obecnością i żyć tak, jak dotąd. Starałam się. Naprawdę bardzo mocno próbowałam przywyknąć i nie myśleć o nim z taką niechęcią. Niestety, efekt był wręcz odwrotny. Z każdym dniem czułam się coraz bardziej skażona i inna niż reszta mojej rodziny. Zaczęła doskwierać mi samotność. Właściwie sama się na nią skazywałam, odsuwając się od mojego męża i dystansując się od wszystkiego, co działo się w domu. Czułam się brudna i coraz częściej nieszczęśliwa.

– Pani Izo, ja nie widzę konieczności operacyjnej ingerencji w pani ciało. To jest naprawdę niewielki mięśniak, poza tym ma go pani jednego. Nie jestem zwolennikiem przeprowadzania takich zabiegów. – Malicki próbował mnie przekonywać.

– Panie doktorze, czy ja mogę go czuć?

– W jaki sposób?

– Czy mogę odczuwać jego obecność?

– A czuje go pani?

– Nie jestem pewna.

– Czy on panią boli? – Lekarz skrzyżował palce i pochylił się nad biurkiem. Poczułam zażenowanie.

– Podczas stosunku czuję coś w rodzaju ucisku.

– Pani Izo, może być kilka wytłumaczeń. Zmiana pozycji, może pani psychiczne nastawienie… – Zaryzykował diagnozę.

– Nie jestem uprzedzona do stosunków seksualnych z moim mężem.

– Nie to miałem na myśli. Raczej pani nastawienie względem ciała obcego. Niech pani porozmawia z psychologiem. Nie chcę sugerować rozmowy z mężem, aczkolwiek on jest chirurgiem, może jego zapewnienie o braku konieczności operowania uspokoiłoby panią? – Uśmiechnął się i zaczął przekładać dokumenty zalegające na biurku, dając mi tym do zrozumienia, że nie chce być nietaktowny. Podniosłam się z krzesła i skierowałam w stronę drzwi.

– Umówmy się na powtórne badanie za dwa, może trzy miesiące. Jeśli rozmiar pani mięśniaka nie ulegnie zmianie, zostawimy go. Jeśli jednak urośnie, a pani rzeczywiście będzie odczuwała w jakiś sposób jego obecność, podejmiemy decyzję o jego usunięciu. Czy to panią uspokaja? – Podniósł się i ruszył w ślad za mną do drzwi.

– Tak, doktorze. Poczekajmy miesiąc, dwa na decyzję.

Podał mi rękę, a drugą podtrzymał drzwi.

– Pani Izo, proszę zachować spokój. Jest pani wśród swoich. Nie damy pani zginąć. – Jego promienny uśmiech miał chyba podnieść mnie na duchu, ale nie udało się.

Wróciłam do domu. Pospiesznie wbiegłam na ganek. I nagle moim oczom ukazał się widok, który sprawił, że zatrzymałam się gwałtownie. Okna salonu mojego domu wychodzą na ogród od frontu. Są duże. Zawsze marzyłam o wielkich oknach, wypełniających przestrzeń od podłogi aż do sufitu. Tłumaczyłam sobie to marzenie tęsknotą za tańcem, która musiała tkwić gdzieś głęboko w moim sercu. Widoku z zewnątrz broniły ciężkie lniane zasłony i choć przestrzeń wokół naszego domu zamykała się prawie w trzech tysiącach metrów i nikt spoza wysokiego, murowanego ogrodzenia nie mógł zajrzeć do środka, popołudniami zawsze zaciągaliśmy zasłony. Tego dnia jednak pomiędzy nimi pozostała szczelina odsłaniająca widok, który złamał moją pewność siebie. Mój mąż siedział na rozłożystej sofie przed telewizorem, a na nim wyciągnięty leżał Mateusz. Artur obejmował syna ramieniem. Oglądali coś w telewizji, jednak z tej perspektywy nie mogłam dostrzec, co to było. Na podłodze oparta o sofę siedziała Julia. Wpatrzona w swój telefon i pozornie niezainteresowana panującą wokół niej atmosferą. Wtem mój mąż zaczął coś mówić. Odwrócił głowę w stronę drzwi i wyliczał na palcach. Domyśliłam się, że stał w nich Jaś. Może pytał ojca o coś potrzebnego mu do pracy? Piekący żal eksplodował w moich piersiach. Gdyby nagle się okazało, że mnie zabraknie, oni nadal byliby tą samą prężnie działającą maszyną. Rozpłakałam się i zeszłam z ganku, okrążając dom. Usiadłam na drewnianej huśtawce i pozwoliłam, by emocje wzięły górę.

Dopiero szelest dobiegający od strony kosza na śmieci przywrócił mnie do rzeczywistości.

– Artur, wypuściłeś na dwór psa, a on znowu dobrał się do worków ze śmieciami. – Weszłam do domu od drzwi, strofując męża. Miałam nadzieję ukryć w ten sposób strach przed bezradnością. Tak właśnie się czułam. Byłam bezradna i samotna. Samotna w domu, wśród moich bliskich. Nie mogłam zrobić zupełnie nic, poza czekaniem. I nie chodziło tu już tylko o mojego mięśniaka. Nagle zaczęło do mnie docierać, że moje poświęcenie, oddanie rodzinie, zdrowy tryb życia i aktywność nie znaczyły nic w obliczu ułomności mojego ciała!

– Nie chciało mi się z nim wychodzić, Izi. Jestem padnięty, a poza tym Mati mnie przygniótł. Taki kawał chłopaka, a układa się na tobie jak niemowlę.

– Ale jakie to przyjemne – szepnęłam, odwiesiłam płaszcz i szybko wyszłam do łazienki. Miałam jeszcze kilka godzin do wyjścia do pracy. Postanowiłam nie dać się destrukcyjnym myślom. Wcisnęłam się obok Artura i wtuliłam w ciało mojego synka. Specjalnie unikałam poruszania tematów, które mogły naprowadzić męża na ten najtrudniejszy. Słuchałam, jak dzieci opowiadały o szkole, a kiedy w pokoju zapadała cisza, wymyślałam naprędce historie, którymi wypełniałam piekącą mnie bezsilność.

– Jak twoje wyniki badań?

Nazajutrz rano, kiedy dzieci wyszły już z domu, a samochód Artura zniknął za zakrętem naszej ulicy, zadzwoniła moja mama. Celowo nie poruszałam z nią tematów zdrowotnych. Dotąd nie było takiej konieczności, a teraz, cóż, wolałam nie rozmawiać na temat ciążącego mi mięśniaka. Moja mama miała hipochondryczne podejście do tematu zdrowia. Wciąż zapisywała się do specjalistów, bez względu na to, czy było to konieczne czy też nie. Panicznie wręcz bała się chorób i chyba dlatego w każdych, nawet najdrobniejszych dolegliwościach, które w jej wieku atakowały coraz częściej, doszukiwała się sygnałów nadchodzącej śmierci. Zabawne, pomyślałam, powoli zaczynałam zachowywać się jak ona.

– Wszystko jest w porządku, mamo. – Wyciągnęłam się na sofie i zamknęłam oczy. Miałam za sobą ciężką noc. Dwoje pacjentów zmarło, co znacząco wpłynęło na atmosferę panującą na oddziale.

– Coś zdawkowo mi odpowiadasz – zauważyła mama, konspiracyjnie zniżając głos.

– Mamo, jestem po prostu zmęczona. Miałam kiepską noc.

– Nie będę naciskała. Ale jestem twoją matką. Wiem, kiedy wszystko jest w porządku, a kiedy ten porządek oznacza dyskretne pomijanie problemu.

Zapadła między nami cisza. Nagle dręczący mnie mięśniak okazał się tematem ciążącym mi wyjątkowo dotkliwie. Przebłysk słabości nakazał zrzucić część mojego przerażenia na mamę. Po krótkim zastanowieniu zaczęłam ostrożnie.

– Badanie ginekologiczne wykazało, że mam na trzonie macicy mięśniaka.

– Gładkokomórkowego? – Głos mamy zabrzmiał poważnie, zupełnie jak Malickiego.

– Tak, mamo. Czy to coś zmienia?

– Owszem. Te nie są groźne. Wiem, co teraz powiesz, ale naprawdę nie masz powodów do obaw.

– Mamo, mam w sobie obce ciało. Jakąś pieprzoną narośl, która żyje swoim życiem, pasożytując na mojej macicy. I ty mi mówisz, że nie mam powodów do obaw?

– Kochanie, on po prostu jest. Nie wpłynie na twoje funkcjonowanie.

– Skąd ta pewność? Mam w sobie coś, czego nie chcę. Od dnia, kiedy się o nim dowiedziałam, myślę tylko o tym, że coś się w moim życiu zmieniło. Do tej pory robiłam wszystko z myślą o zdrowiu moim i moich bliskich. Moim celem było uszczęśliwianie innych, a teraz nagle się dowiaduję, że coś we mnie urosło. Pasożyt. Spośród tylu ludzi, mamo, właśnie mnie musiało to spotkać? Co zrobiłam nie tak?

– Jesteś rozżalona. Kochanie, to jak pryszczyk.

– Niezupełnie. Lekarze nie chcą go usunąć.

– No tak. Może nie ma takiej konieczności. Głupie porównanie. Jak pieprzyk albo blizna.

– Mamo…

– Izabelo, chyba przesadzasz. Mięśniak gładkokomórkowy to nie nowotwór złośliwy. Nie stracisz swojego życia, nie musisz się o to martwić.

– Możliwe, mamo, ale jego pojawienie się uświadomiło mi pewne rzeczy, o których dotąd nie myślałam.

– Jakie mianowicie?

– Jestem słaba. Co z tego, że dbam o zdrowie i wygląd? Co z tego, że mam płaski brzuch i jędrną skórę, że spędzam dużo czasu na siłowni i uprawiam pieprzony jogging, żeby zachować komfort i mieć dobre samopoczucie? Co mi z tego, że swoim wyglądem zadowalam męża i mam dobry seks, choć już nie jest dobry, bo kiedy się kochamy, myślę tylko o tym, czy mój mięśniak ma wpływ na mój orgazm, czy nie. Co mi po tym wszystkim, co osiągnęłam, mamo, skoro psuję się od środka?! – Wyrzuciłam z siebie myśli, przed których wypowiedzeniem do tej pory się powstrzymywałam. Narastał we mnie bunt. Coraz częściej odczuwałam złość, co musiało być odpowiedzią na przepełniający mnie powoli, ale skutecznie strach. Buntowałam się przeciwko mięśniakowi, ale i niesprawiedliwości, jaka dotknęła właśnie mnie.

– Izabelo, to nie jest niczyja wina. Tu nie należy się doszukiwać drugiego dna. Tak po prostu jest. Zastanów się, czy sądziłaś, że prowadząc zdrowy tryb życia i dbając o swoje zdrowie i wygląd, unikniesz starości i chorób? Nie sądzę.

– Ja mam dopiero czterdzieści jeden lat, mamo. Nie jestem stara.

– Ale urodziłaś troje dzieci i nie masz już lat dwudziestu. Twoje ciało swoje przeszło i ma prawo do małych niedoskonałości.

– To mogłam dostać rozwolnienia albo złamać nogę. Dlaczego od razu gnicie od środka? – wrzasnęłam, zdenerwowana bagatelizowaniem mojego problemu.

– Kochanie, umów się z tą swoją psycholożką. Porozmawiaj z nią, bo widzę, że tu nie chodzi o twojego mięśniaka. Tu mamy innego rodzaju problem.

– A jaki, mamo? – Uspokoiłam się, słysząc poważny ton jej głosu. Moja mama nigdy nie krzyczała. Właściwie ja również rzadko podnoszę głos, ale w tych okolicznościach nie zdołałam się opanować. Spokój i powaga mamy zawsze napawały nas pokorą. Mnie i moją siostrę Ewę.

– Iza, czujesz żal do świata, bo twoja wzorowa postawa żony i matki nie obroniła cię przed okrucieństwem, jakim jest doczesność.

– Mamo, błagam…

– Dobrze, ty teraz to podważasz. Ale przypominam ci, że jestem twoją matką. Wychowywałam ciebie i twoją siostrę sama, kiedy wasz ojciec postanowił mnie zostawić z dwójką dzieci. Wiem, co mówię. Umów się z tą znajomą.

– Mamo, dobrze. Ale wtedy, kiedy uznam to za konieczność. To jeszcze nie czas. Muszę się z tym uporać.

Zdegustowana i pełna złych emocji postanowiłam pobiegać w nadziei na oczyszczenie myśli. Szybko przebrałam się w dres i wybiegłam z domu.

Niestety fizyczne zmęczenie mi nie pomogło. Zasypiałam, ciągle myśląc o tym, co usłyszałam od mamy.

Obudził mnie hałas dobiegający z kuchni. Zegarek na stoliku nocnym wskazywał godzinę piętnastą, a więc lada chwila dzieci miały wrócić ze szkoły. Wyszłam do salonu i ujrzałam Jaśka siedzącego przy stole.

– Co tu robisz, synku?

– Mamo, uczę się. W bibliotece był dziki tłum, nie mogłem się skupić. Obudziłem cię? Spadł mi kubek. Przepraszam.

– Nie szkodzi. Nic ci się nie stało? Posprzątałeś szkło?

Skinął i znowu pochylił się nad książkami.

– Mogę pojechać po Julkę i Mateusza, a ty sobie odpocznij – zaproponował po chwili, widząc, że wciąż stoję i mu się przyglądam.

– Już nie będę się kładła. Ale to całkiem dobry pomysł, żebyś po nich pojechał, a ja w tym czasie poodkurzam.

Nie czekając na jego odpowiedź, podwinęłam rękawy długiego podkoszulka i związałam włosy na karku. W głowie wciąż tłukły mi się słowa mamy. Nie jestem gotowa na stawienie czoła mojej doczesności, myślałam.

Zabrałam się do sprzątania domu z zapałem. Odkurzacz tańczył po dywanach, a dźwięk jego pracy podkręcał dziwne napięcie, które zaczęłam odczuwać. Nie chciałam godzić się na to, by moje życie uciekało mi między palcami. Nie byłam gotowa na zaakceptowanie scenariusza, jaki przygotował dla mnie los. Wciąż czułam się młoda, byłam młoda! I dotąd to ja decydowałam o wszystkich zmianach w moim życiu. To ja byłam odpowiedzialna za wszystkie decyzje, które zapadały w domu. Odrzuciłam szczotkę i wyszłam do kuchni. Brzęczący na podłodze w salonie odkurzacz nieprzerwanie podsycał narastający we mnie bunt. Był jak mój wewnętrzny krzyk, domagający się osądzenia wstrząsającej moim życiem niesprawiedliwości.

Wciąż nie widziałam tylu rzeczy, nie odwiedziłam wszystkich miejsc, których zobaczenie było moim marzeniem. Nie poznałam przyszłej żony mojego Jaśka, nie wiedziałam, jak będą wyglądały dzieci mojej Julki! Przechyliłam szklankę z wodą i zaczęłam kaszleć, zachłystując się. A taniec? Teraz, kiedy moje dzieci były już prawie dorosłe, kiedy same były w stanie zadbać o siebie, ja znowu mogłam zacząć tańczyć! Ostatnia myśl wybuchła w moim sercu zupełnie jak sylwestrowe fajerwerki. Jeszcze tego samego dnia postanowiłam znaleźć klub taneczny i zapisać się na lekcje.

– Salsa. Niech to będzie salsa! – mruczałam podekscytowana, wracając do odkurzania. Drżałam z przejęcia. – Spróbuję czegoś zupełnie innego, czego dotąd nie poznałam.

Przypomniałam sobie emocje towarzyszące mi podczas tańca. Euforię i ekspresję, na którą mogłam pozwalać sobie bez opamiętania. Tak, tak właśnie zamierzałam przeciwstawić się mojemu losowi! Wykradać mu przyjemności jedną po drugiej, tak długo, jak starczy mi sił. Gdzieś w pamięci przemknęła mi zadowolona, o ile tak mogłam to określić, twarz umierającego mężczyzny, twarz pana Zenona. Moja decyzja wydała mi się w pełni uzasadniona! Zamierzałam zacząć żyć, cieszyć się z każdej chwili, którą mogłam poświęcać spełnianiu się, ale już nie tylko w roli żony i matki. Zapragnęłam przesuwać granice i wykradać życiu to, czego chciało mnie pozbawić. Kiedyś.

Po obiedzie, kiedy Jasiek z Arturem zamknęli się, jeden w swoim pokoju, drugi w gabinecie, Julia leżała przed telewizorem, a Mati wyszedł do domku dla gości zanieść Barbarze przygotowany przeze mnie obiad, usiadłam przed komputerem. Nie spodziewałam się, że w okolicy szpitala, gdzie pracowałam, powstało tak wiele szkół tanecznych. Wybrałam jedną, cieszącą się najlepszymi opiniami, i jeszcze tego popołudnia poszłam tam, by sprawdzić jej ofertę.

Oczywiście mogłam wybrać balet i wrócić do mojej starej sali baletowej, gdzie trenowałam na początku naszego małżeństwa. Ale tu nie chodziło już o powrót do dawnych przyzwyczajeń i zajęć. Zrezygnowałam z baletu świadomie. Teraz chciałam od życia czegoś zupełnie innego. Miałam ochotę zmierzyć się z nim i przeciwstawić się zaskakującym mnie zdarzeniom.

Szkołę prowadziła przemiła para. Od razu znalazłam z nimi wspólny język. Wróciła do mnie ta sama ekscytacja, którą czułam kiedyś. Jakbym nie rozstała się z tą sferą mojego życia przed dziewiętnastu laty. Zapisałam się do grupy początkującej. Moje lekcje miały odbywać się dwa razy w tygodniu, trzy godziny przed dwudziestą drugą, kiedy to musiałam pojawić się w pracy. Byłam szczęśliwa. Wyszłam ze szkoły z wypiekami na twarzy. Zostawiłam samochód na parkingu szpitala i postanowiłam pieszo przejść jedną przecznicę. Byłam naprawdę rozemocjonowana! Z wysoko uniesioną głową przemierzałam odległość dzielącą mnie od miejsca pracy i cieszyłam się podjętym krokiem.

Przy ulicy mieścił się klub, o którym mówiła mi kiedyś Beata. Miałam wciąż sporo czasu, rozpierała mnie pozytywna energia i musiałam z kimś o tym porozmawiać, dlatego wciąż myśląc o zwrocie, jaki właśnie następował w moim życiu, podekscytowana weszłam do środka. Zamówiłam wodę z cytryną i usiadłam przy oknie. Miałam stąd przyjemny widok na mknące ulicami Warszawy samochody, a gdzieś w tle majaczył gmach szpitala. Zadzwoniłam najpierw do Artura.

– Kochanie? Jak ci poszło?

Nie zamierzałam ukrywać przed moim mężem zamiaru podjęcia lekcji tańca. Artur przyjął wieść o mojej decyzji z radością. Stwierdził nawet, że już dawno powinnam była zdecydować się na wznowienie zajęć, które przerwałam przed laty. Nie potrafił jedynie zrozumieć, dlaczego wybrałam salsę zamiast wrócić do baletu.

– Bo potrzebuję zmiany, chcę posmakować czegoś zupełnie innego. No i właśnie dlatego zapisałam się na salsę. Zajęcia będę miała dwa razy w tygodniu na dziewiętnastą. A później będę szła do pracy.

– Nie będziesz zmęczona?

– Nie. Będę rozbudzona… – wzdychałam w euforii.

– Głupie pytanie.

– Artur, ja naprawdę się cieszę, że będę mogła robić coś zupełnie innego. Uwierz mi, potrzebuję chyba takiej zmiany.

Zaczęłam, ale bardzo ostrożnie. Nie chciałam wzbudzać w mężu podejrzeń co do powodów, dla których zdecydowałam się na podjęcie dodatkowych zajęć. W gruncie rzeczy wstydziłam się niedoskonałości, za jaką uważałam moją dolegliwość. Wstydziłam się przyznać przed mężem, że noszę w sobie narośl, która czyniła mnie inną. Gorszą. Nie myślałam o sobie już jak o kobiecie doskonałej, choć zawsze hołdowałam przekonaniu, że każdy człowiek, ze wszystkimi swoimi talentami, umiejętnościami, a nawet pragnieniami jest doskonałością. Przez lata byłam pewna, że to, czym obdarowujemy innych, nasz czas, uwaga i uczucia są prawdziwymi skarbami, które podziwiałam i którymi sama szczodrze się dzieliłam. Teraz to przekonanie nie było już tak silne, czułam się brudna i wybrakowana. Stąd postanowienie o niezdradzaniu Arturowi prawdy o mojej przypadłości. Nie chciałam, żeby zaczął traktować mnie inaczej, żebym nagle stała się dla niego potencjalną pacjentką.

– Chciałbym się tylko upewnić, jeśli pozwolisz. Czy nie dzieje się tak dlatego, że jesteś znudzona?

Rozczuliły mnie te słowa. Nieczęsto zdarzało się bowiem, że mój mąż zdobywał się na taką szczerość i obnażał przede mną swoją wrażliwość. To spostrzegawczy mężczyzna, a tym pytaniem wkraczał na niebezpieczny grunt.

– Znudzona? Czym, kochanie? Tu chodzi o coś zupełnie innego. Ja nie jestem znudzona, kocham ciebie i dzieciaki. Chyba bardziej pragnę udowodnić sobie, że wciąż jestem tą samą Izą, chcę czerpać przyjemność z tego, co kiedyś było moim życiem. Taki mały kaprys.

– Rozumiem. I będę cię wspierał, balerino.

Kiedyś tak właśnie mnie nazywał. Byłam jego baleriną. Westchnęłam wzruszona.

– Kocham cię, Artur.

– A ja ciebie. I spokojnej nocy.

Życzenie wypowiedziane w złą godzinę. Miałam jeszcze trochę czasu, by pojawić się w pracy. Właśnie skończyłam rozmawiać z Ewą. Jej również opowiedziałam o moim brzemieniu. To była długa i burzliwa dyskusja, która uzmysłowiła mi, jak rzadko wychodziłam z domu sama i jakie problemy sprawiało mi dopasowanie się do otoczenia odbiegającego od codziennej rutyny. W klubie, gdzie postanowiłam ochłonąć po wizycie w szkole tańca, zaczynało przybywać gości. Był piątek. Wiele osób w ten sposób spędzało wieczory. Zasłaniałam słuchawkę, starając się równocześnie przekrzyczeć głośną muzykę.

– Ewa, taniec kiedyś był moim życiem. Może w ten sposób przestanę myśleć o tym… czymś.

Rozejrzałam się ponownie po sali. Nie chciałam, żeby istnienie mięśniaka stało się nagle wiadomością publiczną. Moje spojrzenie skrzyżowało się z utkwionym we mnie wzrokiem barmana. Duży, postawny mężczyzna z brodą opadającą na tors i włosami ciasno związanymi na plecach wpatrywał się we mnie w skupieniu.

– Zaskakujące… – szepnęłam i mimochodem zerknęłam za siebie, by upewnić się, czy to ja jestem celem utkwionego we mnie wzroku.

– Co? Co jest zaskakujące, Iza?

– Chyba za głośno mówię. I barman się na mnie gapi.

– Bo za głośno mówisz? Boże, ty już całkiem zdziczałaś, kobieto. Gdzie jesteś?

– W Dekadzie. – Poprawiłam się na siedzeniu i ukradkiem zerknęłam w stronę baru. Barman musiał zauważyć moje zachowanie, bo posłał mi ciepły uśmiech.

– Ewa, wpadłam tu zupełnie przez przypadek. A jednak. Nie zdziczałam, tylko jestem zaskoczona, bo przygląda mi się mężczyzna.

– Tak, to rzeczywiście potrafi kobietę wpędzić w zaskoczenie – zadrwiła ze mnie rozbawiona. – Może uciekaj stamtąd?

– Jesteś nieznośna. To chyba jakiś rockers.

– Brodaty z długimi włosami? A ma tatuaże? – drążyła konspiracyjnym tonem.

– Ma.

– Ach, to ja mam słabość do kudłatych i wydziaranych brodaczy. Ty jesteś szczęśliwą mężatką, matką trójki dzieci. Popatrz, jaki ten świat jest niesprawiedliwy.

– Przestań żartować. Podejdę zapłacić za wodę i herbatę. Zadzwonię jutro.

– Zadzwoń na przerwie. Musisz mi opowiedzieć wszystko do końca.

Zakończyłam rozmowę. Jeszcze chwilę siedziałam pogrążona w bezruchu, po czym zdecydowanie podeszłam do baru.

– Dobry wieczór, chciałabym zapłacić.

Barman stał nieco z boku i nie odrywając ode mnie wzroku, przecierał blat białą szmatką. Jego przedramiona naprawdę lśniły kolorowymi tatuażami. A zainteresowane spojrzenie jakimś cudem zaczęło pobudzać moją drzemiącą przez lata wyobraźnię.

– Piętnaście pięćdziesiąt proszę. – Przerzucił szmatkę przez ramię i zatrzymał się tuż przede mną. Oparł duże dłonie o blat i czekał.

– Proszę.

– Widzę tu panią po raz pierwszy.

– Stąd to pańskie prześwietlające spojrzenie? Pamięta pan wszystkich gości baru? – odpowiedziałam zaczepnie pytaniem i przysiadłam na hokerze.

– Nie, spojrzenie jest wynikiem zainteresowania. Spędziłem za barem już kilka lat i powiem pani, że po ludziach widać, z czym przychodzą.

– To znaczy? Co ma pan na myśli?

– Pani nie przyszła tu tylko dlatego, bo zapragnęła napić się herbaty. Coś panią dręczy, a w klubach zapomina się o kłopotach. Jedni potrzebują zapomnieć na chwilę, bo szukają wyjścia z sytuacji, a inni potrzebują głębszego katharsis.

– A jak jest ze mną?

Teoria barmana rozśmieszyła mnie. Nie należę do osób skrytych, jednak problemy wolę rozwiązywać sama i zdecydowanie świadomie.

– Nie wiem tego. Jeśli ujrzę panią ponownie, a wydaje mi się, że to nastąpi, wtedy zobaczymy.

– Jest pan pewny siebie.

– To też. Ale wiele osób już w życiu spotkałem.

Wsunęłam portfel do torebki i przerzuciłam ją przez zgięcie w łokciu.

– Co jeszcze może pan o mnie powiedzieć?

Nie wiem, skąd przyszła mi chęć kontynuowania tej rozmowy. Barman niewątpliwie próbował zrobić na mnie wrażenie tym banalnym monologiem. Jednak w sposobie, w jaki mówił, było coś, co mnie intrygowało. Nie czułam skrępowania ani niechęci. Choć rzeczywiście brodaci mężczyźni, których ciało pokryte było tatuażami, wzbudzali we mnie lęk i respekt. Barman uśmiechnął się ciepło, ściągnął z ramienia ściereczkę i od niechcenia zaczął przecierać blat przede mną.

– Może drinka?

– Nie, dziękuję. Ja dopiero zaczynam mój dzień – odparłam i odwzajemniłam uśmiech.

– A więc nie będę pani zatrzymywał. Powiem krótko: jest pani człowiekiem wrażliwym, sądząc po sposobie, w jaki rozmawiała pani przez telefon. Nie chciała pani, by ktokolwiek usłyszał, o czym pani mówi. Jest pani perfekcjonistką, dba pani o szczegóły. Mówią o tym wypielęgnowane paznokcie, nienaganna fryzura i biżuteria. A to w guzku nadskrawkowym, to jest kolczyk? – Wskazał ruchem głowy na moje ucho.

– Owszem. Pozostałość po…

– A więc ma pani wyobraźnię, wymyka się pani szablonom.

Pokręciłam z niedowierzaniem głową. Nigdy żaden mężczyzna nie mówił o mnie takich rzeczy na podstawie tego, co zaobserwował w ciągu kilku minut przyglądania mi się. Wytatuowany barman zaskoczył mnie swoją spostrzegawczością, ale też, czego zupełnie się nie spodziewałam, subtelnością. Nagle poczułam się bardzo przyjemnie. Odruchowo potarłam dłonią kark, a potem szyję i zawiesiłam na nim oczekujące spojrzenie. Przez myśl przeszło mi, że przebywaniem w tym klubie po tym, co usłyszałam, dopuszczam się czegoś w rodzaju zdrady Artura. Po moim ciele przebiegł dreszcz niepokoju. Ale, co zaskoczyło mnie jeszcze bardziej, wciąż tkwiłam w tym samym miejscu. Świadoma, że nie powinnam pozwalać temu mężczyźnie mówić do siebie w ten sposób. Z drugiej jednak strony jego słowa sprawiały mi przyjemność. Nie myślałam wtedy o