W twoim cieniu - Anna Kasiuk - ebook
BESTSELLER

W twoim cieniu ebook

Anna Kasiuk

4,1

35 osób interesuje się tą książką

Opis

Nigdy nie mów nigdy

Agnieszka ma już dosyć małomiasteczkowej codzienności. Znużona rutyną decyduje się na odważny krok i porzuca Bieszczady. Gotowa na podjęcie nowych wyzwań rozpoczyna pracę w jednej z dużych warszawskich korporacji. Choć życie w stolicy nie jest bajką, Agnieszka ambitnie realizuje kolejne powierzane jej zadania i całą swoją uwagę poświęca pracy. Do czasu…

Gdy drogi Agnieszki i Eryka przecinają się, monotonię kolejnych dni rozjaśnia promień nadziei. Wsparcie i ciepło ukochanego dają kobiecie energię do stawiania czoła kolejnym wyzwaniom. Sprawy komplikują się jednak, kiedy wychodzi na jaw, kim tak naprawdę jest czarujący sąsiad.

Rozsądek czy serce? Kariera czy miłość? Co wygra, gdy Agnieszka stanie przed najważniejszym wyborem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 357

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © Anna Kasiuk, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Agata Ługowska

Marketing i promocja: Aleksandra Wolska

Redakcja: Aleksandra Deskur

Korekta: Marta Akuszewska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografie na okładce:

© Jovana Rikalo | Trevillion Images

© KateMacate | Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66553-12-5

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Agnieszce S., Czarkowi P., Dominice B.,

Halinie M., Jarkowi Cz., Jarkowi R.,

Kasi T., Luizie H., Paulinie P.,

z którymi przez wiele lat

dzieliłam codzienność.

„Coś, co czyni cię inną

albo wręcz dziwną –

to jest twoją siłą”.

Meryl Streep

I

Nigdy nie myślałam o sobie jak o osobie zdeterminowanej, a już na pewno nie przebojowej. Zawsze stałam na uboczu i przyglądałam się sukcesom innych. Nawet nie zazdrościłam, nie należę do tych, którzy pozornie cieszą się czyimś szczęściem, a za plecami wylewają pomyje frustracji, obgadując. Moja wieloletnia przyjaciółka zawsze powtarzała, że powodem mojego wycofania jest wychowanie, jakie otrzymałam od rodziców. Prawdopodobnie miała rację, moja mama uważała bowiem, że najważniejsze w zachowaniu poprawnych relacji z innymi są skromność i powściągliwość. Dlatego nie było mnie stać na okazywanie euforii. Tłumiłam każdy przejaw zadowolenia z siebie, a pochwały ze strony innych kwitowałam skromnym „dziękuję”, jak przystało na osobę oszczędnie okazującą uczucia. Nie należy się zachowywać krzykliwie, powtarzała moja mama. Jednak wydaje mi się, że te na pozór cenne cechy w moim przypadku przerodziły się w skrajne wycofanie i niskie poczucie własnej wartości. Nie najlepiej wyglądało również moje życie towarzyskie. Jedyna przyjaciółka, jaką miałam, wyjechała z rodzicami za chlebem zaraz po ukończeniu gimnazjum. Miałam koleżanki, ale one nie zaspokajały mojej potrzeby bycia rozumianą. Nie o wszystkim mogłam z nimi rozmawiać, bo najzwyczajniej nie nadawałyśmy na tych samych falach. Już w liceum wielkim zainteresowaniem wśród nich cieszyły się wyjazdy do Sanoka. Dziewczyny gdyby mogły, jeździłyby do tego oddalonego o jakieś sto kilometrów miasta bodaj co tydzień, i to tylko po rozrywki, jakich tam można było znaleźć zdecydowanie więcej niż w naszej niewielkiej mieścinie, która na status miasta zasłużyła zaledwie kilkadziesiąt lat wcześniej. Nigdy nie byłam zainteresowana zakupami i trwonieniem pieniędzy. Odkładałam je przecież na nowe życie. Owszem, byłam w Sanoku nieraz, bardzo chętnie odwiedzałam wtedy wystawę prac Zdzisława Beksińskiego, bo fascynowała mnie jego wizja świata. Pozorne piękno, blichtr i atrakcje przedstawiał w karykaturalny sposób, eksponując brzydotę, jaka towarzyszy człowiekowi na co dzień. Ale tego moje koleżanki zrozumieć nie potrafiły. Dlatego po odwiedzeniu kilku sklepów i zrobieniu niewielkich zakupów dla zachowania pozorów ja kierowałam swoje kroki do galerii, a one ruszały dalej, zaspokajać głód konsumpcji.

Nigdy nie miałam też chłopaka. Marcina można by uznać za kogoś bliskiego, jednak jak się okazało w klasie maturalnej, nie byłam jedyną, z którą sypiał. I choć on twierdził, że to był błąd, że po prostu uległ pokusie podczas wiosennego turnusu w Polańczyku, Aśka, z którą pracowali w ośrodku, zaszła w ciążę. Marcin, jako człowiek odpowiedzialny, przyszedł do mnie pewnego popołudnia, poprosił do ogrodu i przez dłuższą chwilę po prostu milczał. Rozumiałam go. Bo i mnie było cholernie przykro. On jeden, nie licząc Moniki, która wyjechała, rozmawiał ze mną i rozumiał trawiące mnie duchowe rozterki. Tego popołudnia dotarło do mnie, że nic mnie już w rodzinnym domu nie trzyma.

– Zrobiłem coś niewyobrażalnie głupiego, Agnieszko, ale muszę ponieść tego konsekwencje – przemówił w końcu, kiedy ja zastanawiałam się, czy po wyjeździe na studia do Krakowa będę przyjeżdżała na weekendy do domu, czy spróbuję unikać tej przykrej konieczności.

– Co? – Nie zabrzmiałam zbyt inteligentnie.

– Popełniłem błąd. Ale nie mam wyjścia. Ta ciąża jest moją zasługą i nie zostawię Joasi samej z dzieckiem.

– To zrozumiałe. Gdyby jednak chodziło o Piotrka, który okazał się mądrzejszy i sypiając z nią, zawsze się zabezpieczał, z pewnością nie poczuwałby się do odpowiedzialności.

– Oni skończyli ze sobą.

– Nie wiem. Nie zaglądałam nikomu do łóżka, choć pewnie powinnam była. Może wtedy uniknąłbyś kłopotu. – Nie wykazałam się zbytnią delikatnością, ale w towarzystwie Marcina mogłam sobie pozwolić na swobodę. Poza tym zasłużył na bolesne słowa prawdy.

– Czy jesteś na mnie zła, Aga?

– A czy to coś zmieni?

– Może uda nam się coś uratować…

– Co masz na myśli?

– Przyjaźń?

– Marcin, ja traktowałam cię jak kogoś więcej niż przyjaciela.

– Ale w zaistniałych okolicznościach może choć tyle mi dasz?

– Pozostawiam ci wspomnienia. To chyba całkiem sporo. I nie gniewam się. Uległeś pokusie. Ja im nie ulegałam. Różnimy się. Jest mi przykro, myślałam, że już zawsze będziemy rozmawiali, jedli frytki u Mangusowej i kochali się na trawie. Uległeś pokusie, czyli Joasia dała ci coś lepszego niż godziny naszych rozmów. Dała ci wizję wspólnego życia. A z tego nie należy rezygnować. Pamiętasz? Kiedyś ustaliliśmy, że jeśli życie da nam coś, z czego nie będziemy potrafili zrezygnować, to nie zrobimy tego. Jesteśmy idealistami. Mamy marzenia. No i stało się. Nie będę się z tobą przyjaźniła, Marcin, bo nie umiałabym zapomnieć o tym, kim dla mnie byłeś i jak wiele znaczyłeś w moim życiu. Poza tym jak zdam maturę, wyjeżdżam do Krakowa.

– A potem? – Wciąż miał nadzieję, że coś mu zostanie z naszego wspólnego życia.

– Potem twoje dziecko będzie miało już pięć lat i będziesz chodził z nim czy z nią na frytki do Mangusowej, będziesz spacerował z nim i uczył ją lub jego jeździć na rowerze. Bo tu nie ma zbyt wielu atrakcji. I tyle. Ja będę już daleko stąd.

– Nie zostaniesz tu?

– Nie. Teraz już nic mnie tu nie trzyma.

Posiedział jeszcze kilka minut, wypił wodę, o którą wcześniej poprosił, i podniósł się. Podniosłam się i ja. Spojrzał na mnie umęczonym wzrokiem i odszedł, uprzednio całując mnie w policzek.

– Życzę ci jak najlepiej, Agnieszko. Nie daj sobie wmówić, że nie jesteś wyjątkowa. Bo jesteś. Do widzenia.

– Powodzenia, Marcin. Wszystkiego dobrego.

Każdą porażkę odczuwałam boleśnie, bo moi rodzice załamywali nade mną ręce, ilekroć się okazywało, że nie sprostałam oczekiwaniom. Czasami sama się zastanawiam, jakim cudem skończyłam najpierw szkołę średnią, a potem studia. A jednak udało mi się, choć nie było łatwo. Dorobiłam się nerwicy żołądka i agorafobii. Tylko nikomu o tym nie mówiłam, bo o problemach lepiej nie mówić. Należy sobie z nimi poradzić bez afiszowania się przed całym światem. Tylko w ten sposób można uniknąć pogardy dla słabości, którą okazują inni. To z kolei słowa mojego taty. Ludzie tylko czekają na twoje potknięcia, gotowi pojawić się i wdeptać cię głęboko w ziemię dla samej satysfakcji pozbycia się konkurencji.

A konkurencję w moim mieście stanowili wszyscy moi rówieśnicy, którzy w tym samym czasie zdecydowali się wrócić po skończonych studiach do domu. Małe bieszczadzkie miasteczko nie miało nic ciekawego do zaoferowania kilkunastu absolwentom sprzedaży, zarządzania i marketingu. Znajdowały się tam co prawda dwa banki, kilka sklepów odzieżowych i spożywczych, ale one nie potrzebowały pracowników. Kina, galerii ani klubów z kolei nie mieliśmy.

Przez kilka pierwszych miesięcy po powrocie do domu zajmowałam się asystowaniem w biurze księgowym prowadzonym przez moją mamę. Ale pod jej bacznym okiem nie rozwinęłabym skrzydeł. Pod wpływem komentarzy nieznoszącej sprzeciwu służbistki, jaką była, kuliłam się jeszcze bardziej. I coraz intensywniej zaczynałam myśleć o opuszczeniu Bieszczad. Kochałam góry. Uwielbiałam panujący tam spokój, surowy klimat, ale nierozerwalnie kojarzył mi się z koniecznością podporządkowywania się. Bieszczady wydawały się zgranym duetem z oczekującymi ode mnie absolutnego posłuszeństwa rodzicami. Owszem, byłam pogodzona z takim losem, jednak gdzieś w moim sercu tliła się uparcie wola walki o ułożenie sobie życia tak, jak chciałabym tego ja. Słaba, ale podobno ten, kto na pierwszy rzut oka ma najmniejsze szanse na przetrwanie, okazuje się najbardziej zawziętym wojownikiem. I choć czułam lęk przed zaczerpnięciem wolności pełną piersią, myśl o wyrwaniu się na dobre zagościła w mojej głowie.

Zaczęłam powoli się oswajać z pomysłem wyprowadzenia się z domu. Na razie nie mówiłam o niczym rodzicom. Z pewnością zrobiliby wszystko, by mi to wyperswadować, a ja byłam przekonana, że uległabym ich namowom. Wobec nich czułam się słaba.

Najpierw wysłałam podanie o pracę do kilku firm w Warszawie. Ręce mi drżały, a wątpliwości pożerały mnie przez kilka kolejnych dni. Byłam przerażona! Zastanawiałam się, co zrobię, kiedy okaże się, że moje CV przypadnie do gustu któremuś z ewentualnych pracodawców. Będę musiała pojechać na rozmowę, będę musiała się przeprowadzić i zacząć nowe życie. Zupełnie nowe, inne, a przede wszystkim z dala od bezpieczeństwa, jakie czułam w domu. Lęk towarzyszył mi przez pierwsze trzy tygodnie. Potem przyszła stagnacja. Snułam się po biurze i domu zupełnie bez celu. Nikt mnie nie chciał. Nikt nie zadzwonił, żeby chociażby zapytać o jakieś szczegóły. Uznałam, że nie przedstawiam żadnej wartości dla firm, do których wysłałam swoje podania. Do tego doszły wyrzuty sumienia, bo chciałam wyrwać się z domu, gdzie miałam przecież wszystko. Byłam zdruzgotana. Ten stan ciągnął się przez kolejnych kilka tygodni, aż w końcu pozbierałam się i wróciłam do ponownego przeszukiwania Internetu w poszukiwaniu pracy z dala od domu. Wprawdzie mój zapał przygasł, jednak nie było mowy o poddaniu się. Potrzeba wyrwania się z marazmu, w jakim tkwiłam, była silniejsza.

I stało się. Pewnego dnia moja komórka wydała z siebie ten długo oczekiwany dźwięk. Zadzwoniła do mnie sekretarka jednej z liczących się na polskim rynku firm związanych z produkcją chemii gospodarczej i umówiła spotkanie. Dopiero po zakończonej rozmowie dotarło do mnie, że stan poruszenia towarzyszący mi podczas rozsyłania podań był namiastką lęku, który zaczął szarpać moimi wnętrznościami po ustaleniu terminu rozmowy kwalifikacyjnej. Wszystkie moje dolegliwości nagle doszły do głosu. Wystarczyło, że pomyślałam o konieczności znalezienia sobie hotelu i zarezerwowania biletu na pociąg, a wnętrzności od razu wywracały mi się na lewą stronę i zaczynał się wyścig z czasem. Na szczęście mieszkałam i pracowałam w domu, dlatego zawsze zdążyłam dopaść toalety, zanim mój żołądek ścisnął się tak mocno, że już nie mogłam zapanować nad torsjami. Miałam zaledwie tydzień na przygotowanie się do wyjazdu i opanowanie panicznego strachu przed opuszczeniem bieszczadzkiej doliny. Wróciłam do ćwiczenia jogi, która niegdyś pomogła mi opanować lęk przed wychodzeniem z domu. Zdołałam na nowo zwrócić się w głąb siebie i wsłuchana w ciało i myśli, walczyłam z paraliżującym strachem, który zagnieździł się we mnie na dobre. Wątpiłam w swoje możliwości, wątpiłam w siebie. Ale póki były to tylko wątpliwości, a nie pewność, że się nie uda, mimo wszystko byłam gotowa spróbować.

– Chciałam wam powiedzieć, że wyjeżdżam do Warszawy – zakomunikowałam rodzicom pewnego wieczora podczas kolacji. Nazajutrz rano musiałam dostać się na stację i wsiąść w pociąg do mojego życia. Określanie planu w tak literacki sposób sprawiało mi ogromną przyjemność i podkreślało powagę podjętych decyzji. Mama w reakcji na te słowa najpierw przełknęła to, co miała w ustach, a potem odłożyła sztućce i skrzyżowała palce. Nie miałam wątpliwości, że zanosi się na poważną rozmowę. Tata zaś zamarł w bezruchu z widelcem przy ustach i uniósł zaintrygowane spojrzenie na swoją żonę. Liczył się z jej zdaniem bez względu na to, czy się z nim zgadzał, czy też nie. To ona decydowała w naszym domu. Nie mogłam liczyć na wsparcie ze strony taty. Wiedziałam, że nie przełknę już niczego, dlatego ja też odłożyłam sztućce i spuściłam głowę.

– A po co jedziesz do Warszawy, Agnieszko? – zapytała mama ze znajomym i szczerze przeze mnie znienawidzonym pobłażaniem w głosie.

– Mam rozmowę o pracę – odparłam, za wszelką cenę próbując zachować obojętność. Nie możesz pokazywać, że kulisz się pod jej spojrzeniem, mawiała moja przyjaciółka.

– A o jaką pracę? Czy w tej pracy, którą masz tu, coś ci nie odpowiada?

– Mamo, chciałabym pracować w sprzedaży, robić to, czego uczyłam się przez pięć lat. Nie chcę przez resztę życia rozliczać pitów. – Asertywna, właśnie! Powinnam być bardziej asertywna, przypomniałam sobie słowa przyjaciółki.

– Ach, tak. Te pity pozwalają spełniać twoje kaprysy. Zarabiasz na siebie w ten sposób.

– Doceniam waszą pomoc, ale chciałabym spróbować czegoś innego i…

– W obcym mieście, bez znajomości ludzi? Jak zamierzasz sobie poradzić? W czasach, kiedy na każdym rogu czyha tyle niebezpieczeństw?

– Tak. Dokładnie tak chcę żyć. W obcym mieście, pośród tych wszystkich niebezpieczeństw.

– Jesteś ostatnio bardzo opryskliwa i niewdzięczna.

– Jestem wdzięczna, ale nie będę robiła tego, czego robić nie chcę. Zaoszczędziłam pieniądze i jutro rano wyjeżdżam. Tato, czy podrzucisz mnie na pociąg?

W kuchni zapanowała cisza. Tata wpatrywał się w mamę, wyczekując jakiegoś znaku. Nie potrafił nawet zadecydować o tym, czy mi pomoże czy nie.

– Tato, czy nie umiesz sam podjąć decyzji? Podwieziesz mnie na pociąg czy nie?

– Agnieszka!

– Tak, mamo? Zamierzasz mu zabronić zawieźć mnie na pociąg? No powiedz mu, może mnie zawieźć czy nie może? Proste: tak lub nie. Nie widzisz, że czeka?

I wtedy się odezwał.

– Tak, zawiozę cię na pociąg.

Odetchnęłam z ulgą. Czując, że kolacja podchodzi mi niebezpiecznie do gardła, wstałam od stołu, wstawiłam naczynia do zmywarki i wyszłam do łazienki. Usiadłam na wannie i zamknęłam oczy. Skupiłam się na moich odczuciach, wsłuchiwałam się w oddech. Liczyłam się tylko ja i moje ciało. Poskutkowało. Choć w ustach czułam niesmak, nie zwróciłam kolacji! A to był prawdziwy sukces.

Przyjęłam go za dobry znak. Wieczorem spakowałam swoje rzeczy, nastawiłam budzik i po raz kolejny przeanalizowałam powody, dla których postanowiłam opuścić rodzinny dom.

Nazajutrz tata zawiózł mnie na pociąg. Przez całą drogę nie zamienił ze mną nawet słowa. Właściwie byłam mu za to wdzięczna. W mojej głowie panował mętlik. Panicznie się bałam. W zaciśniętych pięściach trzymałam uszy torby, a każdy wybój na drodze przyjmowałam głuchym błaganiem o litość. Bolał mnie żołądek, chciało mi się wymiotować, ale zawzięcie walczyłam z tą przypadłością, skupiając się na powtarzaniu planu, jaki ułożyłam w głowie. To też był pomysł Marty, mojej nowej przyjaciółki.

Byłam jej wdzięczna za wszystkie podpowiedzi, które traktowałam niczym nową religię. Dzięki niej i jej zamiłowaniu do zielarstwa zaczęłam radzić sobie z nerwicą. Wiozłam ze sobą do Warszawy zapas ziół, które miały pomóc uspokoić emocje. Poza tym nauczyła mnie kilku przydatnych ćwiczeń, które powstrzymywały niepohamowaną dotąd potrzebę zwracania każdego posiłku.

Marta była moją bohaterką. Starsza ode mnie o kilkanaście lat, wprowadziła się do doliny kilka miesięcy przed moim powrotem do domu. Jej facet, Mikołaj, wybudował dla niej dom i wbrew przepowiedniom mieszkańców zadomowili się w surowym otoczeniu bieszczadzkiej przyrody. Ludzie szybko się zorientowali, kim była Marta, i zaczęli ją odwiedzać. Sama również udałam się do niej kilka tygodni po powrocie z Krakowa i poprosiłam o pomoc w nawracających dolegliwościach. Już po pierwszym spotkaniu wiedziałam, że jest inna niż tutejsi. Była otwarta i bardzo ciepła. Swojego Mikołaja darzyła ogromną miłością, czego nie ukrywała przed ludźmi. On zaś oddawał jej uczucie z nawiązką. Nim się spostrzegłam, zaprzyjaźniłyśmy się z Martą. Spotykałyśmy się w miasteczku albo spacerowałyśmy połoninami. Czasem nawet zostawałam u nich na kolację, a późnym wieczorem Mikołaj odwoził mnie do domu. Zyskałam przyjaciółkę. Niezwykłą, wzbudzającą respekt wśród mieszkańców, ale i cieszącą się ogromnym poważaniem ze względu na fakt, że potrafiła zdziałać cuda za pomocą ziół i zdolności, które moja mama nazywała przeklętymi diabelskimi sztuczkami. Nie przeszkadzało mi to, co mówiła o Marcie. Z chwilą naszego poznania stała się ona dla mnie bliższa niż wszyscy, których znałam w mieście od lat.

Dotarłam na miejsce. Obce miasto, nieznani ludzie. Kiedy stanęłam przed drzwiami szklanej półkuli galerii Złote Tarasy, czułam się jak wyrwana z Trzeciego Świata. Kilka miesięcy przebywania w bieszczadzkim miasteczku, choć w porównaniu z Warszawą z trudem zasługiwało na tę nazwę, odseparowało mnie zupełnie od cywilizacji. Pomyślałam o mamie i od razu zapragnęłam do niej zadzwonić. Potrzebowałam słów otuchy. I choć pewnie mama nie poskąpiłaby mi wsparcia, byłam pewna, że nie oszczędziłaby mi również kilku przykrych słów. Wrzuciłam w nawigację adres hotelu, którego zarezerwowanie zasugerowała mi sekretarka, i wezwałam taksówkę.

To była dla mnie wyjątkowo długa noc. Nie zwracałam zbytnio uwagi na uroki miasta. Od razu udałam się do hotelu i wzięłam kąpiel w nadziei na rozładowanie emocji. Cały wieczór i część nocy przesiedziałam w pokoju, wpatrując się w równie bezsenne miasto za oknem.

Rano poczułam się odrobinę lepiej. W moim przypadku to naprawdę wielkie osiągnięcie. Jeszcze przed zaśnięciem otrzymałam esemes od Marty, który nawet mnie rozbawił. Czuję twój strach pomimo dzielących nas pięciuset kilometrów, dziewczyno. Pamiętaj o równowadze. Musisz jutro olśnić swoich rozmówców.

Nie wiem, jak tego dokonałam. Naprawdę. Ale olśniłam ich. Co prawda na rozmowie nie pojawił się dyrektor działu, do którego zespołu miałam trafić, ale i bez niego odbyłam najpierw tak zwany case[1], czyli zostałam poddana testom oraz musiałam rozwiązać kilka zadań. Po lunchu, który zjadłam w stołówce wraz z innymi pracownikami, spotkałam się z kierownikiem działu i odbyłam zwykłą rozmowę. Mężczyzna ewidentnie wyglądał na zapracowanego. Nie poświęcał zbyt wielkiej uwagi moim odpowiedziom, dlatego zastosowałam kilka szablonowych zachowań, o których uczyłam się na studiach. Udało się. Widząc jego rozbiegane spojrzenie i przekładany w dłoni podczas rozmowy telefon, uznałam, że w stwierdzeniu, iż pracownicy korporacji tworzą odrębną kategorię ludzi, musi być sporo prawdy. Obserwowałam go z tęsknotą, bo zapragnęłam wstąpić w szeregi tej właśnie organizacji. Jakże ja tego pragnęłam.

– Niestety nie ma jeszcze jednej osoby, która powinna z panią porozmawiać. To byłby ostatni etap kwalifikujący panią na to stanowisko, ale jakoś będziemy musieli sobie z tym poradzić. Dyrektor naszego działu przebywa na dłuższym zwolnieniu, dlatego o wyniku naszej rozmowy poinformuje panią jutro asystentka działu sprzedaży.

– Dopiero jutro? – Zanim wyraziłam swoje rozżalenie, powinnam była ugryźć się w język, ale było już za późno. Kierownik, mężczyzna niewiele starszy ode mnie, pewny siebie i ostentacyjnie okazujący, że traci swój czas, utkwił we mnie zaskoczone spojrzenie. Jego krzaczaste brwi powędrowały w górę. Niskim głosem, od którego nawet woda w szklance zdawała się drżeć, zapytał:

– Czy widzi pani w tym jakiś problem?

– Żadnego. Nie widzę żadnego problemu – odparłam zbyt szybko, co wywołało u niego uśmiech zadowolenia. Wiedziałam już, że ten człowiek ma problem z zachowaniem hierarchii. Schlebiała mu służalcza postawa podwładnych. Postanowiłam zapamiętać, tak w razie, gdybym jednak dostała tę posadę, że w jego towarzystwie należy przybrać odpowiednią pozę. W moim przypadku nie powinno stanowić to najmniejszego problemu. Byłam przyzwyczajona do podporządkowywania się innym.

– Bardzo dobrze. Pożegnam panią. Proszę czekać na telefon. – Skinął mi i wykonał znaczący gest w stronę drzwi. Zostałam przez pana Adama odprowadzona zaledwie do biurka asystentki, której wskazał mnie palcem. Młoda dziewczyna zrozumiała natychmiast, co miał na myśli. Podniosła się z gracją z krzesła i wskazała mi dłonią kierunek. Odwróciłam się jeszcze, by podziękować za poświęcony mi czas, jednak mojego rozmówcy już nie było. Oddalał się dość pospiesznie z telefonem przyciśniętym do ucha.

Asystentka chyba zauważyła moją konsternację, bo pochyliła się nade mną i ciepłym tonem szepnęła do ucha:

– To gbur. Uważa się za nie wiadomo kogo, a tak naprawdę wypełnia tylko polecenia. Jak ci poszło?

Byłam zaskoczona jej bezpośredniością, ale bardzo potrzebowałam tak naturalnej rozmowy. Wciąż czułam się okropnie spięta.

– Nie wiem. Wydaje mi się, że całkiem nieźle. Case ogarnęłam bez problemu, ale podczas rozmowy nie widziałam zbytniego zainteresowania. Tylko dyrektor personalna coś notowała.

– Ona jest w porządku.

– A ty długo tu pracujesz? – odważyłam się zapytać. To nie był najlepszy pomysł, bo taka komunikacja zacieśniała relacje. Jeśli jednak nie dostanę tej pracy, z pewnością będzie mi bardzo przykro, kiedy pomyślę o tej dziewczynie. Na tym etapie nie powinnam nawiązywać żadnych znajomości.

– Dopiero pół roku. Jestem zadowolona. Ty też będziesz.

– O ile się dostanę.

– Dostaniesz się. Zaufaj mi. Byłam w jego gabinecie, kiedy przeglądał z kierownikiem produkcji nadesłane podania. Od razu wpadłaś im w oko. Stanisław to taki starzejący się lowelas, poznasz go z pewnością.

– Jak to?

– Proszę cię… Chyba nie wierzysz, że w procesie rekrutacyjnym decyduje ta krótka rozmowa kwalifikacyjna? Dziewczyno, skąd ty się urwałaś? Jesteś ładna, bystra i skromna. Nie będziesz pchała się na ich stołki, ale to nie znaczy, że nie zrobisz ich roboty. Witaj w rzeczywistości korpo – roześmiała się szeroko i puściła do mnie oczko. – A dyrektor… No cóż, ten to dopiero ciacho. Jestem pewna, że też widział zdjęcia. Skoro tych dwóch pajaców się tak śliniło, on z pewnością też zapluł słuchawkę. Zadzwonię do ciebie jutro. A dziś pozwiedzaj Warszawę. Albo idź na shopping, to zawsze pomaga na stres. Czuję, że się zaprzyjaźnimy. – Przylgnęła swoim ramieniem do mojego i nacisnęła przycisk windy. – Na zero, w lewo i oddaj na recepcji przepustkę. A potem jesteś wolna. Do jutra, Aga.

Byłam w takich emocjach, że pozwoliłam się asystentce uściskać i wepchnąć do windy. Choć przepełniała mnie złość na siebie, że tak szybko poczułam sympatię do tej dziewczyny, musiałam oswoić się ze wszystkimi informacjami, których dostarczyła mi aż w nadmiarze. Czułam zawiązującą się powoli nić porozumienia. A nawet nie zapytałam jej o imię!

Stojąc przed drzwiami budynku, znów pomyślałam o tym, jak bardzo chciałabym tu pracować. Wciąż nie znałam dyrektora, który miał zadecydować o moim zatrudnieniu, i nie zanosiło się, bym mogła się przed nim zaprezentować. Choć według nowo poznanej asystentki nikogo nie interesowało, co miałam do powiedzenia.

Wyszłam na słoneczną ulicę i od razu odczułam zmianę temperatury. Wewnątrz panował przyjemny chłód, a na dworze było już bardzo ciepło. Zdjęłam żakiet i przewiesiłam go przez ramię. Wróciłam do hotelu i przebrałam się w coś wygodniejszego. Zrzuciłam wąską spódnicę, którą uznałam za stosowny strój na spotkanie w sprawie pracy, szpilki również cisnęłam w kąt pokoju, a rękawy jasnej bawełnianej bluzki podwinęłam aż po łokcie. Odpięłam jeden guzik i spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Co takiego w moim zdjęciu przykuło uwagę dwóch facetów, że moje CV zyskało aż taką przewagę nad innymi, zachodziłam w głowę, widząc niewielki biust, chłopięcą sylwetkę i wyzierające z oczu przerażenie. Byłam szara, nie wyróżniałam się niczym z tłumu podobnych do mnie, marzących o karierze ludzi. Wzruszyłam ramionami i przeczesawszy kręcące się włosy, wsunęłam na nos okulary słoneczne. Zasłużyłam na spacer po Warszawie.

[1]Case – zestaw zadań do rozwiązania podczas rozmowy kwalifikacyjnej (o ile nie podano inaczej, wszystkie przypisy pochodzą od autorki).

II

Pogoda dopisywała. Niebo nad Warszawą było błękitne, tylko gdzieniegdzie znaczyły je białe niczym lody Bambino chmury. Nie przypominało jednak nieba, do którego przywykłam. Przytłaczał je widok pnących się dookoła wieżowców, apartamentowców i iglic sterczących prowokacyjnie masztów z antenami. Miasto śmierdziało. Zapach spalin wywoływał ból głowy, a hałas, który nawet nocą nie cichł ani na chwilę, idealnie komponował się z panującym na ulicach Warszawy ruchem.

Dzień spędziłam, spacerując ulicami miasta. Wybrałam kilka miejsc, które moim zdaniem zasługiwały na odwiedzenie w pierwszej kolejności. Próbowałam nie myśleć. Powinnam była zadzwonić do rodziców. Zostawiłam sobie jednak tę wątpliwą przyjemność na wieczór. Wiedziałam, że i tak będę miała problemy z zaśnięciem. Obiad zjadłam w Łazienkach i tam, oparta plecami o rozłożyste drzewo, oddałam się lekturze. Lubiłam czytać. Nigdy nie przyznałam się nawet Marcinowi, że za każdym razem utożsamiałam się z bohaterkami książek, po które sięgałam. Nie miałam problemu z wcieleniem się w rolę matki, żony, kochanki, a ostatnio coraz częściej czytałam kryminały, więc potrafiłam sobie wyobrazić również, że od mojego ostatniego słowa zależą czyjeś losy. Właśnie dzięki temu, tak sądziłam, coraz odważniej kierowałam swoje myśli w przyszłość. Niebo różowiało na zachodzie, co wprowadziło mnie w lekką melancholię, dlatego wróciłam do hotelu.

– Dobry wieczór, tato.

Gdybym mogła, pominęłabym konieczność zatelefonowania do domu. Upłynął cały dzień, a rodzice nawet raz nie zadzwonili, by dopytać, czy wszystko u mnie w porządku, czy przypadkiem nie dopadły mnie jakieś czyhające w obcym mieście niebezpieczeństwa. Czułam smutek.

– Dobry wieczór. I co przyniósł twój wyjazd? – Tata od razu przeszedł do rzeczy. Nigdy nie tracił czasu na zbędne konwenanse.

– Właściwie dowiem się dopiero jutro. Dziś nie było w biurze osoby decyzyjnej.

– I dlatego zostajesz na jeszcze jedną noc?

– Tak.

W słuchawce zapanowała cisza. Pomyślałam nawet, że tata się rozłączył.

– Dobrze, że zadzwoniłaś. W sumie nie wiedzieliśmy, o której masz tę rozmowę, i mama nie chciała cię niepokoić.

– Tak, oczywiście.

– A jak ci się podoba Warszawa? – Tata udał, że nie słyszy nuty powątpiewania w moim głosie.

– No cóż, miałabym zastrzeżenia co do jakości powietrza. Poza tym mieszkańcy są zagonieni. Wygląda to tak, jakby życie tu rozgrywało się na tylu płaszczyznach, ilu ludzi mieści stolica. Nikt nie interesuje się tym, co się dzieje obok, wszyscy są zamknięci w swoich hermetycznych światach. Ale to chyba typowe dla tak dużych miast, w Krakowie jest podobnie. – Nim się spostrzegłam, zapomniałam o ciszy, która panowała między nami przez cały dzień, i opowiedziałam o moich wrażeniach. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Tata specjalnie podsunął temat, bo wiedział, że połknę haczyk i zapomnę o niezręcznej sytuacji.

– Mam nadzieję, że będziesz zadowolona. Właściwie o to nam chodzi, choć czasami nie potrafimy tego wyrazić.

Zaskoczył mnie swoją szczerością, co wywołało kolejną falę smutku. Ale ten stan nie trwał zbyt długo.

– Ja też na to liczę, tato.

Potem opowiedziałam mu o rozmowie, o muzeach i Łazienkach. Rzeczywiście zapomniałam o rozczarowaniu, jakie czułam na początku naszej rozmowy. Na koniec tata zapytał mnie o hotel, co było ogromnym zaskoczeniem. Kiedy jednak nasza rozmowa przybrała zaskakująco przyjacielski ton, postanowiłam ją zakończyć. Nader rzadko zdarzało mi się rozmawiać z rodzicami w ten sposób. Z reguły nasze dyskusje cechowały się powściągliwością i chłodem. Dlatego zdecydowanie bardziej przywykłam do konkretnego komunikowania się z rodzicami. Tak serdeczną rozmowę ostatni raz toczyłam z tatą, kiedy mama trafiła do szpitala, a on naprawdę obawiał się o jej zdrowie. Było mi go wtedy żal. Moja matka ubezwłasnowolniła go. Podporządkowała sobie bezwzględnie, czyniąc mu tym krzywdę. I chyba musiał poczuć ten sam lęk wywołany moim wyjazdem, skoro jego na co dzień twarde obycie ulotniło się podczas naszej rozmowy.

Zasnęłam, wykończona panującym w mieście upałem i oczekiwaniem, ale spokojna, bo wydawało mi się, że zyskałam ze strony taty ciche wsparcie.

Wstałam wcześnie. Spakowałam swoje rzeczy i gotowa do opuszczenia hotelu siedziałam na krześle przy oknie. Obok mnie na podłodze spoczywała walizka, na niej torebka i plecak. Kurtkę dżinsową ułożyłam na kolanach. Nie byłam w stanie zejść na śniadanie. Byłam przekonana, że dzisiejszego poranka nie pomogłyby ćwiczenia jogi i wsłuchanie w swoje ciało. Posiłek z pewnością skończyłby w sedesie. Byłam bardzo przejęta. I choć za wszelką cenę próbowałam nie podążać tą drogą, moje myśli już dawno były na Domaniewskiej. Wyobrażałam sobie moje biurko, stojący na nim kubek z herbatą i organizer z długopisami i kolorowymi pisakami. Schludną spódnicę do kolan, koszulę z podwiniętymi rękawami i śniadanie w lodówce. Albo nie, chodziłabym na śniadanie do stołówki, co wydawało mi się takie trendy. Bardzo zależało mi na tej pracy. Zdążyłam już prześledzić gamę produktów firmy i poznałam marki, które weszły w skład portfolio dzięki ostatnim fuzjom. Byłam zachwycona! Gdyby w firmie istniała sprzedaż rabatowa dla pracowników, mogłabym wysyłać albo przywozić do domu markowe kosmetyki do pielęgnacji i chemię gospodarczą. Mogłabym kupić produkty do pielęgnacji stóp i sprezentować je tacie. A żele do masaży erotycznych podrzuciłabym w prezencie świątecznym Marcinowi. Nie, tego bym nie zrobiła. Z pewnością zostałoby to źle odebrane.

Zaciskałam palce na materiale kurtki dżinsowej i prężyłam się podekscytowana niczym kot gotowy do skoku.

– Muszę pozbyć się tej babcinej maniery – szepnęłam i odrzuciłam kurtkę na pozostałe leżące u moich stóp rzeczy. Roztarłam spocone dłonie o materiał dżinsów i splotłam ramiona na piersiach.

Telefon zadzwonił tuż przed godziną dziesiątą. Właśnie wychodziłam z pokoju, bo kończyła się doba hotelowa. Zamknęłam pospiesznie drzwi i przysiadłam na walizce, myśląc jedynie o tym, że tylko mnie mogło spotkać coś równie niekomfortowego jak rozmowa o pracy na hotelowym korytarzu.

– Halo – szepnęłam w otaczającej mnie absolutnej ciszy.

– Cześć, Agnieszko! Mówi Ania, oddzwaniam zgodnie z wczorajszą obietnicą. Mam dla ciebie dwie informacje, jedną dobrą, drugą złą. Którą wolisz usłyszeć najpierw?

Zachowanie dziewczyny po prostu zbiło mnie z pantałyku.

– Tę dobrą proszę.

– Masz pracę! Dyrektor podobno nie przeglądał nawet papierów, Adam podkreślił głośno i wyraźnie, że zdał się na jego opinię. Mówiłam ci już, że to straszny bufon?

– Tak, mówiłaś. A jaka jest ta zła wiadomość?

– Zła wiadomość, no tak! Ale jestem roztargniona. Cały wieczór myślałam o tobie i decyzji o twoim przyjęciu. Zła wiadomość jest taka, że masz zaledwie trzy dni, nie licząc weekendu, na pojawienie się w biurze. Trzy dni! Musisz znaleźć sobie mieszkanie i stawić się w pracy w najbliższy poniedziałek.

– O Boże… Jak ja to ogarnę? Przecież nie rozglądałam się za mieszkaniem, nawet o tym nie myślałam… – Wpadłam w panikę. Natychmiast zaczęłam przeszukiwać pamięć w poszukiwaniu znajomych, którzy przenieśli się do Warszawy albo w jej okolice. Nikogo takiego jednak nie znalazłam. Nikogo, do kogo byłabym w stanie się odezwać i poprosić o pomoc.

– Nie martw się. Ja mam w zanadrzu kilka ogłoszeń, bo mój chłopak jakiś czas temu szukał mieszkania. Nie wiem, co prawda, czy są jeszcze aktualne, ale możesz sprawdzić. Najlepiej, gdybyś została jeszcze jeden dzień i zajęła się tą sprawą od razu.

– Nie mogę! Muszę wrócić do domu i przygotować się. Boże, ale jestem szczęśliwa! – Wreszcie zdobyłam się na okazanie radości. Oczywiście w myślach natychmiast zgromiłam się za taką wylewność, ale w sercu, które przypominało wtedy wulkan, miała miejsce erupcja. Jedna za drugą. Udało mi się zrobić znaczący krok. Ja, osoba, w której nikt nie pokładał wielkich nadziei, zdobyłam kolejny ze szczytów. Tym razem był to już jeden z siedmiotysięczników.

– OK, w takim razie podeślę ci na maila te adresy i dane. Zadzwoń i umów się na oglądanie mieszkań. Poza tym masz rację. Nie mieszkasz znowu na końcu świata. Przygotuj się, pociesz, a potem przyjeżdżaj do nas! Będzie dobrze. Jestem pewna, że ci się spodoba.

Nawet nie pamiętam drogi powrotnej do domu. Byłam tak bardzo podekscytowana! Zapomniałam kupić sobie coś do jedzenia. Jedyną przekąską umilającą mi podróż była paczka paluszków, które zostały mi z drogi do Warszawy, i butelka wody. Ale to nie stanowiło żadnego kłopotu. Z przyjemnością oddałam się rozmyślaniom o biurku, ustawionym na nim organizerze, kolorowych długopisach i linijce. W mojej wyobraźni już siedziałam na wygodnym krześle pokrytym niebieską tkaniną i gładziłam rękami plastikową podkładkę, pod którą na pewno będę wsuwała żółte karteczki z zapisanymi ważnymi informacjami.

– Bilet poproszę. Proszę pani?

– Ach, tak! Już, już daję.

Wszystko, co działo się wokół mnie, straciło znaczenie. Gdybym mogła, gdyby starczyło mi odwagi, podzieliłabym się z towarzyszami mojej podróży tą wspaniałą dla mnie wiadomością. Dostałam pracę! W Warszawie, w jednej z liczących się na rynku firm zajmujących się produkcją chemii gospodarczej! Za tydzień, a więc, szybko otworzyłam kalendarz w telefonie i ustaliłam tę szczęśliwą datę, dwunastego czerwca, o tej porze będę siedziała przy swoim biurku i pracowała na sukces mojej nowej firmy.

Dotarłam do domu późnym wieczorem. Tata był jak zwykle małomówny, a ja chyba zbyt wykończona, by opowiadać mu o moim osiągnięciu. Dopiero następnego dnia, przy wspólnym śniadaniu, które było w rodzinnym domu czymś absolutnie oczywistym, mama zagaiła rozmowę.

– No i jak tam Warszawa?

– Piękna, dostojna, śmierdząca smogiem i bardzo anonimowa – odparłam, przewidując, że to wprowadzające pytanie ma raczej na celu zbagatelizowanie prawdziwego celu odbytej przeze mnie podróży.

– A Łazienki widziałaś?

– Owszem. Siedziałam w słońcu i czytałam. Obok mnie biegały wiewiórki, a alejkami spacerowały mamy z wózkami. Ubolewałam tylko nad tym, że nie odbywał się tego dnia żaden koncert.

Mama popatrzyła na mnie, nawet nie kryjąc braku zrozumienia.

– A hotel? Drogi?

– Nie, niezupełnie. Schludny i czysty. Mieli pyszne śniadania.

– A jak twoja rozmowa o pracę? – Głos taty zabrzmiał dość pewnie. Mama natychmiast zgromiła go wzrokiem za przerwanie zabawy, której oddawała się z lubością, jednak nie ugiął się pod jej spojrzeniem. On naprawdę się o mnie troszczy, pomyślałam.

– Dziękuję tato, że pytasz. – Odłożyłam sztućce i splotłam palce podekscytowana. Nawet nie patrzyłam na mamę. Z pewnością jej spojrzenie podcięłoby mi skrzydła. – Trochę się denerwowałam tą rozmową, ale wszystko poszło dobrze. Rozwiązałam zadania, odpowiedziałam na wszystkie pytania i dostałam tę pracę. – Uśmiechnęłam się do taty szeroko. Przy stole zapadła cisza.

– Naprawdę?

Tym razem spojrzał na mamę. Choć wyraźnie odczuwałam zadowolenie taty, zauważyłam, że jego ruchy odrobinę stężały.

– Tak. Dostałam wymarzoną pracę i mam trzy dni na zamknięcie swoich spraw tutaj. Potem wyjeżdżam. Zamieszkam w Warszawie i będę się spełniała zawodowo.

Mama skończyła jeść i podniosła się od stołu. Nie tego się spodziewałam. Oczekiwałam raczej słów krytyki albo w najlepszym wypadku wzbudzania we mnie poczucia winy. Nic jednak z tych rzeczy się nie wydarzyło. Mama wstała, zebrała swoje nakrycie i wyszła do kuchni. Potem jej postać mignęła w korytarzu i zniknęła w biurze, którym był ostatni pokój na parterze naszego domu. Siedziałam jak zaklęta. Czułam rozczarowanie, ale też niepewność co do podjętych decyzji. Może naprawdę postępowałam nieroztropnie, chcąc opuścić dom i zostawić rodziców samych? Czy mama zdoła sama poprowadzić swoją firmę? Przecież tata nie znał się na księgowości, nie mógł jej zatem pomagać w najcięższych chwilach. Właściwie z reguły nie było go w domu, bo wyjeżdżał w kilkutygodniowe trasy ciężarówką. Spojrzałam na niego. Robił to, co kochał. Dokładnie dwadzieścia cztery lata temu przyjechał w Bieszczady z ładunkiem. Popsuł mu się samochód. Wszedł do sklepu prowadzonego przez moją babcię, gdzie zastał mamę. Pomagała rodzicom w pracy, bo akurat miała wakacje i wróciła na tydzień w rodzinne strony. Kilka miesięcy później przyszłam na świat ja. A tata został w Bieszczadach, zakochany i szczęśliwy. Czasami miałam wrażenie, że o mamie nie można było powiedzieć tego samego. Gdyby nie ciąża, być może nie osiadłaby na zawsze w rodzinnym mieście. Nigdy jednak nie okazywała swojego niezadowolenia. Zawsze powściągliwa i oszczędna w okazywaniu emocji, na swój sposób pewnie nas kochała, tylko nie za bardzo potrafiła to okazywać. Zwłaszcza mnie. Próbowała mnie wychować tak samo, jak została wychowana przez babcię. Nie mogła jednak wymagać, bym powieliła ten sam schemat. Nadszedł czas, by pozwoliła mi odejść.

– Tato, ja naprawdę chcę stąd wyjechać. – Zdobyłam się na szczerość. – Chcę spełnić swoje marzenia i żyć w wielkim mieście. Chcę nacieszyć się anonimowością, chcę spróbować żyć na własny rachunek. – Spojrzenie osnuły łzy, dlatego zamknęłam oczy.

– I tak właśnie zrób.

– Co?

– Spakuj się, pożegnaj ze znajomymi i wyjedź. Nie palisz za sobą mostów, po prostu wyjeżdżasz do pracy. To nic złego.

– A mama?

– A mamą się nie martw. Ja to z nią załatwię. Już dawno powinienem był to zrobić.

Wiedziałam, że ta deklaracja kosztowała go wiele. Nie wiem, czy przez uległy charakter, a może dla świętego spokoju, mój tata nie walczył dotąd z apodyktycznym charakterem mamy. Tym bardziej doceniałam jego pomoc i cieszyłam się, że mam wsparcie choć w jednym z rodziców.

Patrząc na jego zatroskaną minę, nagle zaczęłam zupełnie inaczej podchodzić do perspektywy zmian w moim życiu. Poczułam się silniejsza i pewniejsza siebie. Nie było to uskrzydlające uczucie, lecz zaledwie przyjemne łaskotanie, którego odczuwanie było dla mnie czymś nowym. Tata, po wielu małych, ledwo zauważalnych próbach zaznaczenia swojej obecności, wreszcie zdobył się na stanowczość wobec mamy. Jego postawa sprawiła, że poczułam się znacznie pewniej.

Następnego dnia umówiłam się z Martą. Wzięłam rower i pojechałam do niej. Spędziłyśmy razem całe przedpołudnie. Dostałam zapas ziółek i owocowe herbatki, którymi miałam się raczyć w zimowe wieczory. Po raz ostatni pod bacznym okiem Mikołaja przeszłyśmy się po lesie, a na koniec Marta powiedziała coś, co wywołało we mnie niepohamowany wybuch euforii, a równocześnie lęku przed nieznanym.

– Mogę ci coś powiedzieć, ale nie chcę cię przestraszyć – zaczęła przyjaciółka. Skinęłam wtedy głową, podczas gdy moje serce już zaczęło walić jak oszalałe. – Ten wyjazd bardzo wiele zmieni w twoim życiu. Pamiętaj, Agnieszko, nie próbuj nawet dostosowywać się do czyjegoś spojrzenia na świat. Bo wtedy nie będzie to już twoje spojrzenie i twój świat.

Tylko tyle? Wtedy tak właśnie pomyślałam. Patrzyłam na Martę, wyczekując ciągu dalszego, ale ona nie powiedziała już nic więcej. Przyszło mi czekać na zrozumienie jej słów, jednak już wtedy czułam, że nie zapowiadają one sielanki. Marta raczej rzadko decydowała się na przepowiadanie mi czegokolwiek. Kiedyś zdradziła, że nie potrafi mówić ludziom wszystkiego, co widzi, bo boi się, że nie zdołają udźwignąć przesłania. Dlatego doceniłam to, co dla mnie zrobiła.

Tego samego dnia, tylko wieczorem, spotkałam się jeszcze z Marcinem. Podjechałam autem taty na stację paliw, gdzie pracował. Zatankowałam samochód i weszłam do budynku. Oczywiście mogłam umówić się z nim w miasteczku, ale to by znaczyło, że wciąż coś dla mnie znaczył i chcę się z nim pożegnać. Zachowując pozory przypadkowego spotkania, pozbawiłam go złudzeń, jakobym wciąż żywiła do niego sympatię i rozgrzeszyła za zrobienie dziecka naszej wspólnej znajomej.

– Agnieszka? – Zareagował entuzjastycznie.

– Cześć, Marcin. Ty dziś pracujesz?

Oczywiście, że pracował. Dobrze wiedziałam, w które dni miał dyżur nocny. Choć tak naprawdę nie potrafiłabym jednoznacznie wytłumaczyć powodów, dla których interesowałam się jego grafikiem.

– Tak, mam nockę. Tylko tankujesz czy coś jeszcze ci podać?

– Nie, dziękuję. Tylko tankuję. Jak tam twoja córeczka?

– Dziękuję. Ma się całkiem nieźle. Chyba ją zapiszemy do przedszkola, Aśka chce wrócić do pracy.

– To chyba dobry pomysł?

– Sam nie wiem. Mała jest jeszcze taka nieporadna.

– Przecież to małe dziecko. Ma prawo być nieporadne. Co innego dorośli… – Ugryzłam się w język, ale było już za późno, Marcin zrozumiał aluzję. Opuścił głowę i skupił się na wstukiwaniu czegoś w klawiaturę.

– Fakturę chcesz?

– Tak, poproszę. Na tatę. – W ciszy wbił NIP firmy mojego ojca.

– Płatność kartą czy gotówką?

– Kartą. – Znowu chwila ciszy.

– PIN poproszę.

Wbiłam numer.

– Wyjeżdżam z miasta. Dostałam pracę w Warszawie.

– Na jak długo? – Znowu podniósł na mnie spojrzenie. Zawstydzenie wyzierające z jego oczu sprawiło mi przyjemność.

– Na stałe. Nie wracam tutaj.

Podniosłam brodę wyżej i uważnie wpatrywałam się w jego twarz. Nie był zadowolony, raczej przygnębiony. Cóż, Monika wyjechała, teraz miasteczko opuszczałam ja. A Marcin musiał zostać.

– Agnieszko, żałuję tego, co się stało. Ale nie cofnę już czasu. Kocham moją córkę, jestem jej potrzebny. Ja nie miałem ojca, a były momenty, że bardzo go potrzebowałem. Nie mogę zrobić tego samego mojemu dziecku. Nie odejdę od Asi.

Nie wiedziałam, jak interpretować jego słowa. Czyżby tylko dziecko trzymało Marcina przy Joannie? Czy tak naprawdę wciąż czuł coś do mnie?

– To wielkoduszne. Marcin, ja nie przyszłam tu po to, żeby cię prosić o cokolwiek. Stało się. Pogodziliśmy się z tym. Życzę ci jak najlepiej. Chciałam tylko, żebyś wiedział, że wyjeżdżam.

– Odezwij się czasami. Napisz, co u ciebie.

– Nie mogę tego obiecać.

– Dziękuję. I wszystkiego dobrego. Zdobywaj świat, Agnieszko.

Wychodząc z budynku, czułam na sobie jego spojrzenie. Nie odwróciłam się jednak. Wsiadłam do starego passata taty i odjechałam.

III

Znowu byłam w Warszawie. Choć tak naprawdę powinnam była powiedzieć: oto jestem! Zatrzymałam się w tym samym hotelu, ale tylko na jedną noc. Nie mogłam pozwolić sobie na trwonienie pieniędzy, bo w Warszawie wprawdzie zarabiało się lepiej, ale za wszystko należało więcej zapłacić. Miałam niewielkie oszczędności, które musiały mi wystarczyć. Jeszcze będąc w domu, zadzwoniłam pod sześć wskazanych przez asystentkę Anię numerów telefonów. Dwa mieszkania mieściły się nieopodal Domaniewskiej. Wybranie któregoś z nich byłoby idealnym rozwiązaniem, chociażby ze względu na brak kosztów dojazdu. Jednak znajdowały się one w samym epicentrum warszawskiego zgiełku, a ich wynajęcie kosztowało fortunę! Niestety nawet widok na city mnie nie przekonał. Kolejne dwa mieściły się po drugiej stronie Wisły. Niby dojazd nie stanowił problemu, po przeanalizowaniu kosztów z nim związanych wynajem mieszkania w tamtej okolicy wciąż wychodził na plus, jednak okolica trochę mnie martwiła. Dlatego poczytałam w Internecie opinie na temat ulicy Grochowskiej w Warszawie i zrezygnowałam. Zostały jeszcze dwa. I te postanowiłam sprawdzić. Bardzo zależało mi na wprowadzeniu się jeszcze przed weekendem, dlatego miałam dokładnie jeden dzień na podjęcie decyzji, spisanie umowy i przewiezienie moich rzeczy. Obydwa mieszkania usytuowane były na obrzeżach Warszawy, czyli musiałabym poświęcić sporo czasu na dojazdy, jednak, co już ustaliłam wcześniej, ich koszt nie zrujnowałby mojego budżetu. Dzielnica, w której mieściły się obydwa mieszkania, nazywała się Bielany. Wokół było sporo zieleni, wystarczyło przejść przez ruchliwą ulicę, by znaleźć się w Lasku Bielańskim, który dawał wprawdzie mgliste, ale zawsze poczucie bliskości z okolicą mojego rodzinnego domu. Co najważniejsze, koszt wynajmu nie wydawał się aż tak wysoki. Umówiłam się na oglądanie obydwu mieszkań. Zaopatrzona w butelkę z wodą i plecak dotarłam na miejsce przed ustaloną godziną spotkania, dlatego odnalazłam najpierw blok, w którym mieściło się pierwsze mieszkanie, a zaraz potem kamienicę. Tak naprawdę to właśnie ona od razu przykuła moją uwagę. Jej okna wychodziły co prawda na ruchliwą ulicę Marymoncką, ale klimat i widok drzew po przeciwnej stronie działał na mnie niezwykle kojąco.

Może dlatego znalazłam kilka argumentów, które zdyskredytowały piękne mieszkanie mieszczące się w nowoczesnym bloku na rzecz starego lokum w obdrapanej kamienicy. Zakochałam się… Moje nowe mieszkanko mieściło się na trzecim piętrze starego budynku. Gdy tylko weszłam do środka, od razu poczułam zapach historii, który uniósł mi włoski na przedramionach i sprawił, że dreszcze przebiegły mi po plecach. Kamienne schody były powycierane, a drewniane poręcze śliskie od ciągłego dotykania. Pośrodku, zaraz naprzeciwko drzwi wejściowych, znajdowała się stara, wysłużona winda, która podczas jazdy wydawała przeciągły świst. Nie wiem, jak sąsiedzi mogli nie uskarżać się na hałas wywołany jej pracą.

– Przywykliśmy – odparł właściciel mieszkania, gdy go o to zapytałam, i wzruszył ostentacyjnie ramionami. Na półpiętrach mieściły się zsypy opatrzone białymi kartkami, na których wymieniono rzeczy, które nie powinny tam trafiać. Piętra, gdzie znajdowały się drzwi prowadzące do mieszkań, były przestronne i czyste. Nie czułam zapachu kocich odchodów, woń zsypów również nie rozprzestrzeniała się po klatce schodowej. Na parapetach ustawiono doniczki z kwiatami, a przed drzwiami leżały kolorowe dywaniki witające przybyłych. Byłam urzeczona! Kiedy dotarliśmy wreszcie na trzecie piętro, serce waliło mi jak oszalałe. Żyjąc z dala od wielkomiejskiego blichtru, podporządkowana autorytetowi mojej mamy, nie miałam dotąd szansy na przeżywanie podobnych emocji. Drzwi zaskrzypiały, a zaraz potem owionął nas zapach wnętrza. Czułam kurz, pastowaną drewnianą podłogę i stare meble. Dreszcze przemierzały moje plecy, a ja raz za razem przełykałam ślinę w obawie, że z powodu natłoku wrażeń łazienka będzie pierwszym miejscem, które odwiedzę w moim mieszkaniu.

– To nie jest nowe budownictwo, ale walorem takich starych budynków są grube mury, a więc nie docierają do pani dźwięki od sąsiadów. A tak jest właśnie w nowoczesnych blokach. – Mężczyzna oprowadzający mnie wszedł do środka i od razu skierował się do pokoju naprzeciwko drzwi wejściowych. Obrzuciłam jeszcze zainteresowanym spojrzeniem wąski korytarz, od którego prowadziły dwie pary szerokich drzwi. Wszystkie ramy i tralki w drzwiach pomalowano białą olejną farbą. Taka sama zdobiła drzwi szafy wnękowej umieszczonej tuż obok wejścia. Korytarz również był w kolorze białym, co pięknie kontrastowało z odrobinę ciemniejącą w kątach drewnianą podłogą. Weszłam za nim do pokoju. Był jasny. Całą ścianę zajmowały okna, których stare ramy pociągnięto tą samą białą farbą. Po lewej stronie znajdował się niewielki aneks kuchenny, a na prawej ścianie drzwi, podobne do tych, którymi weszłam.

– A co jest tam?

– Tam jest sypialnia. To mieszkanie ma tylko dwa pokoje. Z korytarza również prowadzą drzwi do tamtego pokoju. Na końcu korytarza jest łazienka. Zaraz pani pokażę.

Otworzył drzwi do pomieszczenia równie dużego jak salon. Jedną ścianę również zdobiły same okna, co czyniło sypialnię bardzo słoneczną i ciepłą zimą. Pośrodku stało duże łóżko, po obydwu stronach jego wezgłowia ustawiono dwie niewielkie szafeczki nocne i lampy. Koło drzwi prowadzących na korytarz stała niewielka komoda.

Zakochałam się. Wszystko w tym mieszkaniu wydawało mi się idealnie dopasowane. Wnętrze pasowało nawet do drzew, o tej porze zacieniających przestrzeń. Od razu uchyliłam okno i