O ziemię naszą, nie waszą. Ideowe aspekty procesów narodowotwórczych w Europie Środkowej i Wschodniej - Łukasz Adamski - ebook
Opis

Dzieje Europy Środkowej i Wschodniej to poniekąd historia polsko-rosyjskiej rywalizacji o rząd dusz nad mieszkańcami Litwy i Rusi – dzisiejszej Litwy, Białorusi i Ukrainy. Artykuły zgromadzone w niniejszym tomie pozwalają lepiej zrozumieć, jak kształtowały się dzisiejsze narody Europy Środkowej i Wschodniej, i dlaczego Polaków, Ukraińców, Białorusinów, Litwinów i Rosjan wciąż dzieli konflikt pamięci historycznych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 676

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Recenzent: prof. ANDRZEJ GIL
Redakcja tekstu: MAŁGORZATA KRYSTYNIAK
Korekta: KATARZYNA STANIEWSKA
Redakcja techniczna: DOROTA DOŁĘGOWSKA
Projekt okładki: PIOTR PERZYNA, ALC Marketing
© Copyright by Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia 2017
ISBN 978-83-64486-62-3
Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia ul. Jasna 14/16a, 00-041 Warszawa tel. + 48 22 295 00 30, fax + 48 22 295 00 31 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

ŁUKASZ ADAMSKI

Myśl polityczna wobec procesów unarodowiania i przenarodowiania się Europy Środkowej i Wschodniej

Nie sposób analizować polityki bez historii. Przeszłość z przyszłością znajduje się bowiem w nieustannym dialogu. Przeszłość wpływa na nasze wyobrażenia o teraźniejszości i kształtuje nasze przewidywania na temat przyszłości, z kolei teraźniejszość oddziałuje na nasze przekonania o przeszłości. Świadomość tych interakcji jest warunkiem sine qua non rzetelnej pracy historycznej i rzetelnej analizy politycznej. Jak pisał ongiś Juliusz Mieroszewski, jeden z najwybitniejszych polskich pisarzy politycznych XX wieku: „Polityka w 70%, a może nawet w 80% jest dyskusją na temat historii”[1].

Przeszłość nie tylko wpływa na kształt kultury narodowej i na politykę każdego państwa, ale i na zasadzie reakcji zwrotnej oddziałuje na postrzeganie tejże kultury i tejże polityki przez innych, w szczególności – przez sąsiednie narody. Historiografia zaś swoje piętno na teraźniejszości wyciskała i wyciska nie tylko jako nauka ustalająca fakty z przeszłości, lecz znacznie mocniej – jako siła sprawcza odmiennych interpretacji tejże przeszłości, stających się z biegiem lat częścią świadomości zbiorowej współczesnych narodów.

Nie powinno to zresztą dziwić. W końcu wiadomo, że narody – rozumiane jako wspólnoty polityczno-kulturowe, świadome swojej odrębności, połączone chęcią bycia razem w jednym państwie bądź też zjednoczenia się w ramach jednego państwa – mogą być wewnętrznie zróżnicowane, a ich członkowie mogą wręcz używać różnych języków czy różnić się wyznaniem. Jednakże trwają i się rozwijają, bo ludzie z nimi się identyfikujący wierzą, iż nie tylko oni sami, ale również ich przodkowie dzielili wspólny los, że wytworzyli wspólną narodową kulturę, którą mają obowiązek utrzymywać i przekazać w spadku kolejnym pokoleniom. Dlatego właśnie historia narodowa, przekazywana z pokolenia na pokolenie uzupełniana przez narodowe literaturę, malarstwo, muzykę, a w ostatnich dziesięcioleciach również, a może przede wszystkim, film, napełniona jest symboliką, w sposób zrozumiały wywołującą u jej odbiorców wzruszenie, jawne bądź stłumione emocje.

W ten sposób jednak historia narodowa pełna jest również uproszczeń i mitologemów, a oparta na niej kultura narodowa zawiera ogromne ładunki emocjonalne. Czynią one ze społeczeństwa naród. Gdy jednak wybuchają – o co łatwo, gdy napotykają podobne ładunki emocjonalne u nosiciela innej kultury i tradycji narodowej – powstają konflikty pamięci historycznej. Gdy zaś dochodzi do zwarcia całych ideologii narodowych, to wybuchają coraz bardziej emocjonalne wojny o historię, a czasem wręcz wojny prawdziwe.

Uwagi te z pewnością powinny znaleźć zastosowanie w analizie sytuacji politycznej w Europie Środkowej i Wschodniej, badaniu wzajemnych stosunków nie tylko trzech największych narodów tej części naszego kontynentu – Rosjan, Polaków i Ukraińców – ale także Litwinów i Białorusinów. Co do zasady kultura i świadomość historyczna każdego z tych narodów oparta jest w części lub wręcz w całości na konkurencyjnej wobec sąsiadów narracji historycznej. Tak chciała logika procesów narodowotwórczych z XIX i pierwszej połowy XX wieku. Te wizje narodowej przeszłości, w mniejszym czy większym stopniu wykrzywione bądź uproszczone, wbrew staraniom wielu historyków, usiłujących mozolnie rekonstruować złożony obraz dziejów, dominują wśród opinii publicznej wspomnianych państw, a nierzadko stają się przedmiotem politycznej instrumentalizacji czy jedną z przyczyn napięć międzynarodowych. Obserwujemy to na przykład w relacjach polsko-ukraińskich, obciążonych zwłaszcza kwestią oceny rzezi wołyńskiej. Co gorsza, historia może być też czynnikiem prowadzącym do wojny. Tak się dzieje w stosunkach ukraińsko-rosyjskich. Wprawdzie wina i polityczna oraz prawna odpowiedzialność państwa rosyjskiego za agresję na Ukrainę powinna być powszechnie uznana za rzecz oczywistą, to jednak bez realnie istniejącego konfliktu wyobrażeń o przeszłości, zakotwiczonych głęboko w kulturze rosyjskiej i ukraińskiej – m.in. tych o istocie ruskości – kremlowskiej propagandzie byłoby znacznie trudniej pozyskać społeczne poparcie dla swojej polityki.

Zmiana mitologii narodowych jest sprawą trudną, ale nie beznadziejną, a w obecnych realiach politycznych – wręcz pilną. Profesjonalni historycy, w tym badacze z Białorusi, Litwy, Polski, Rosji i Ukrainy, odczuwający jakiś obowiązek wobec wspólnoty, w której żyją, winni wykorzystywać swoją wiedzę i umiejętności do promowania rzetelnego, wyważonego obrazu dziejów wschodniej części kontynentu europejskiego. Ważnym zaś aspektem tych prac powinno być analizowanie przeszłości i popularyzowanie jej ujęć w oparciu o jasno wyrażoną aksjologię i w dialogu z badaczami z innych krajów. Wspomniany już Mieroszewski pisał:

Dialog jest możliwy tylko między pluralistami. Pomiędzy pryncypialistami dialog nie jest możliwy, bo w takiej sytuacji dać się przekonać stronie przeciwnej, oznacza zdradzić swoje dogmatyczne zasady, które uważa się za unique truth. Ponieważ nie może być dwóch jedynych prawd – dialog pomiędzy dogmatykami nie ma żadnej szansy sukcesu. Skrajny relatywizm podobnie jak skrajny dogmatyzm – nie może stanowić fundamentu dialogu i porozumienia[2].

Tematyką, która z pewnością godzi się do tego rodzaju studiów, jest historia idei, dzieje myśli politycznej. Wszak w ostatecznym rachunku to przede wszystkim idee są siłą napędową dziejów, to one stanowią o rozwoju w długim okresie, nie zaś siła militarna czy nawet zasoby materialne. Dlatego też niniejszy tom studiów wypływa z przekonania o konieczności pogłębienia wiedzy o historii idei, myśli, koncepcji i wyobrażeń, istotnych dla rozwoju pięciu narodów Europy Środkowej i Wschodniej. W szczególności zaś podkreślone będą w nim dwustronne bądź wielostronne interakcje między nimi, między myślą polską, rosyjską, ukraińską, białoruską i litewską, wzajemne oddziaływanie na siebie różnych trendów ideowych, promowanych czy to przez Polskę, czy to Moskwę-Rosję na ziemiach litewskich i ruskich, czyli dzisiejszej Litwie, Białorusi i Ukrainie.

Praca niniejsza jest przeto rzeczą o ideowej rywalizacji, konkurencji o rząd dusz nad mieszkańcami Carstwa Moskiewskiego i Rzeczypospolitej oraz ich potomkami żyjącymi w kolejnych epokach. Stanowi pokłosie międzynarodowej konferencji, zorganizowanej w kwietniu 2015 roku, a zatytułowanej: „«O ziemię naszą, nie waszą» – myśl polityczna a procesy narodowotwórcze w Europie Środkowej i Wschodniej”. Organizator konferencji – i wydawca książki – Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia to polska instytucja publiczna, powołana w 2011 roku ustawą Sejmu po to, aby podejmować działania mające na celu zbliżenie i lepsze wzajemne zrozumienie Polaków i Rosjan – w tym, rzecz jasna, prowadzić stosowne badania naukowe. Jako że dialogu tego nie sposób prowadzić bez uwzględnienia perspektyw i opinii narodów wspólnego sąsiedztwa Polski i Rosji, do udziału w konferencji – podobnie jak i do poprzednich – zostali zaproszeni opiniotwórczy przedstawiciele historiografii ukraińskiej, białoruskiej i litewskiej. Postanowiliśmy również przedrukować właściwie nieznany w Polsce, a ważny tekst dotyczący przedmiotowej tematyki, napisany przez współpracownika Centrum, dr. Andrija Portnowa, pierwotnie opublikowany po rosyjsku.

Szczegółowe omawianie wszystkich artykułów nie wydaje się rzeczą potrzebną – każdy z nich stanowi odrębną całość i winien sam się bronić, a uwagi redaktora mogą być poczytane jako zbędne wskazówki interpretacyjne. Wspomnijmy więc tylko, że teksty poruszają zagadnienia z okresu od połowy XVII wieku do początku lat dwudziestych XX wieku. Czytelnicy dowiedzą się o ideowym wymiarze sporów Litwy, a potem Rzeczypospolitej, z Moskwą o ziemie ruskie (dr Hieronim Grala), o „polityce historycznej” państwa kozackiego (dr Kiriłł Koczogarow), o rywalizacji dwóch nurtów w moskiewskim prawosławiu: łacinizujących i grekofilów (dr Natalja Puminowa), tudzież będą mogli zapoznać się z próbą komparatystycznego ujęcia relacji między centrum a peryferiami w Rzeczypospolitej i Państwie Moskiewskim (prof. Hubert Łaszkiewicz). Odrębny tekst poświęcono pojmowaniu pojęcia narodu przez polską myśl oświeceniową (prof. Richard Butterwick-Pawlikowski). Cały blok tekstów – napisanych przez dr. Andrija Portnowa, dr. Mikołaja Getkę-Keniga, dr. Piotra Głuszkowskiego, prof. Dariusa Staliūnasa, prof. Jurija Borisionka, prof. Aleksandra Smalianczuka oraz piszącego te słowa dr. Łukasza Adamskiego – porusza szeroką problematykę stosunku Polaków oraz Rosjan żyjących w epoce porozbiorowej do ziem litewsko-ruskich – zachodnich kresów Cesarstwa Rosyjskiego. Różne aspekty tych stosunków zostały ukazane z perspektywy zarówno historii politycznej, jak i dziejów kultury, idei oraz pojęć. Wreszcie zamieściliśmy teksty: prof. Marka Kornata – o projektach federacyjnych w polskiej myśli politycznej, prof. Wasyla Uljanowskiego, o rywalizacji między dwoma nurtami prawosławia na Ukrainie po rewolucji lutowej 1917 roku, oraz Rafała Tarnogórskiego, o stanowisku polskiej myśli prawnej względem prawa do samostanowienia Ukraińców i Białorusinów.

Zachęcam, aby rozprawy zamieszczone w tomie czytać wraz z tekstami opublikowanymi w dwóch poprzednich książkach Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia, poświęconych tematyce historii idei: Myślą i słowem orazWbrew królewskim aliansom – ukazały się one, odpowiednio, w 2014 i 2016 roku. Tematyka tamtych prac z niniejszym zbiorem studiów ewidentnie się zazębia. Razem zaś mogą dać asumpt do ogólniejszych refleksji na temat dziejów wschodniej części kontynentu europejskiego, zwłaszcza do rewizji ustalonych o nich wyobrażeń.

Niech Czytelnicy, w tym Autorzy pozostałych tekstów drukowanych w tym tomie czy w dwóch poprzednich zbiorach, pozwolą mi podzielić się pewnego rodzaju odredaktorską wizją historyczną. Otóż z wszystkich tych prac wyłania się obraz dziejów tej części europejskiego kontynentu jako historia wielowiekowego starcia kilku idei: imperializmu, federalizmu, nacjonalizmu kulturowo-politycznego oraz etnonacjonalizmu. Oczywiście, wszystkie te idee rzadko występowały w formie czystej – znacznie częściej wzajemnie się przeplatały – ale zawsze to one determinowały konflikty między państwami i narodami.

W Moskwie zrodziła się idea zbierania ziem ruskich, a kolejni władcy czy elity rządzące państwem rosyjskim postrzegali Ruś Zachodnią – dzisiejszą Ukrainę i Białoruś – już to jako część utraconego dziedzictwa praojców, już to – w wieku XIX – jako część rosyjskiego terytorium narodowego. Wprawdzie po rewolucji 1917 roku odrębność narodowa Ukraińców i Białorusinów została uznana przez Rosję, ale było to uznanie czysto taktyczne, niepociągające za sobą rewizji ustalonych wyobrażeń o przyrodzie tych narodów, jako wspólnot „separatystycznych”, odszczepieńców od „naturalnej” dla nich wspólnoty rosyjskiej utożsamianej z ruską. To w dużej mierze dlatego sowiecki totalitaryzm, po krótkim okresie taktycznego wsparcia rozwoju miejscowej kultury narodowej, w latach trzydziestych XX wieku wziął kurs na zglajchszaltowanie Ukrainy i Białorusi i jej upodobnienie do centrum imperium, sowieckiego w formie, a rosyjskiego w treści. To właśnie traktowanie odrębności państwowej Ukraińców i Białorusinów jako historycznego curiosum stanowi ideologiczne paliwo dla propagandy rosyjskiego autorytaryzmu, zagrażającego sąsiadom, w szczególności Ukrainie.

W Polsce – na odwrót – w epoce nowożytnej pojawiła się idea narodu wieloetnicznego. O ile jeszcze w XVI–XVII wieku istniała świadomość bardzo bliskiego pokrewieństwa etnicznego Rusinów z Rzeczypospolitej i z Moskwy – „Moskwa i Ruś odwołają się do ludów jednego z nimi języka i Litwę dla siebie przeznaczą”, ostrzegał Jan Kazimierz na sejmie w 1661 roku, Rzeczpospolita funkcjonowała zaś jako państwo kilku narodów – o tyle odpadnięcie Kozaczyzny i Kijowa oraz wstrząsy, których państwo polsko-litewskie zaznało w czasie panowania Jana Kazimierza, radykalnie przyśpieszyły asymilację szlachty litewskiej i ruskiej oraz przedstawicieli innych wykształconych warstw społecznych z elitami pochodzącymi z „rdzennych ziem polskich”. Procesy te bynajmniej nie zostały powstrzymane przez rozbiory, a dopiero przez powstanie listopadowe. W rezultacie w okresie oświecenia oraz w pierwszej połowie XIX wieku w świadomości Polaków istniała idea „trójjedynej Polski”, składającej się z rdzennej Polski, historycznej Litwy oraz Rusi, czyli ziem obecnej Ukrainy prawobrzeżnej. Polacy zaś – oczywiście na poziomie elit – postrzegali się jako jeden naród polityczno-kulturowy, jako wspólnota obywateli dawnej Rzeczypospolitej i jej kultury, niezależnie od pochodzenia etnicznego. Za takowy zostali też uznani na poziomie międzynarodowym, w Akcie końcowym kongresu wiedeńskiego. Jednakże już w okresie międzypowstaniowym idea ta przestała być bezalternatywna, a powstanie styczniowe, wraz z uznaniem przez Rząd Narodowy praw narodowych Rusinów, stanowiło na poziomie symbolicznym pożegnanie się z iluzorycznymi, w warunkach braku polskiej państwowości i przy przeciwdziałaniu ze strony rosyjskiego zaborcy, planami dokończenia budowy narodu wielonarodowościowego, zerwanie ze złudzeniem o możliwości zaszczepienia polskiej świadomości narodowej chłopstwu mówiącemu po ukraińsku czy też duchowieństwu prawosławnemu bądź unickiemu. Pojawił się naturalny konflikt nie tylko z ideą rosyjską, ale i z litewskim i ukraińskim, a później również białoruskim, ruchem narodowym spotęgowany jeszcze chęcią odbudowy państwa polskiego na ziemiach, które stanowiły część wyobrażonej narodowej ojczyzny intelektualistów utożsamiających się z tymi ruchami.

Jednocześnie wśród części elit wywodzących się z ziem ukraińskich, białoruskich i litewskich – w dzisiejszym rozumieniu tych słów – najpierw, w pierwszej połowie XIX stulecia, nieśmiało kiełkowała, a potem bujnie się rozwijała idea odrębności, w sensie narodowym, ziem litewsko-ruskich zarówno od Polski, jak i od Rosji. Była to idea narodu etnicznego, obejmującego ziemie zamieszkałe przez ludność wiejską – uznaną za podstawę narodu – posługującą się na co dzień językiem ukraińskim, białoruskim czy litewskim, niezależnie od przynależności państwowej: byłej i ówczesnej oraz od oblicza kulturowego i dominującej kultury wysokiej. W przypadku elit, które w historiografii w sposób uproszczony nazywane są ukraińskimi i białoruskimi, nie była to zresztą idea przed 1914 rokiem przemożna. Dobrze wiadomo, że istotna ich część łączyła patriotyzm lokalny z wiernością wobec państwa rosyjskiego i narodu „ogólnoruskiego”, grupującego wszystkich Słowian wschodnich. Ruch narodowy był jednak wystarczająco silny, aby upowszechnić swoją ideologię. Wykorzystując niski poziom praworządności i sprawności administracyjnej państwa rosyjskiego, tudzież sprzyjające po roku 1917 warunki, a w Galicji również przychylność władz, zdołał doprowadzić do zaniku konkurencyjnych „orientacji narodowych”. O konsekwencjach tych procesów narodowotwórczych, czyli rugowaniu z miejscowych kultur, rozwijanych jako narodowe, polskich i rosyjskich wpływów oraz odpowiedniego kształtowania narodowej narracji historycznej – wspominać chyba nie trzeba. W rezultacie mentalne mapy wyobrażeń o granicach ojczyzny Rosjan, Ukraińców, Białorusinów, Litwinów i Polaków nałożyły się na siebie jeszcze w przededniu I wojny światowej. Jeżeli Lwów stanowił przedmiot rywalizacji polsko-ukraińskiej, a łapczywym wzrokiem spoglądało nań cesarstwo Romanowów, to Chełm stał się miejscem faktycznego starcia trzech ideologii narodowych: polskiej, ukraińskiej i rosyjskiej. Z Wilnem zaś utożsamiały się elity aż czterech narodów: rosyjskiego, białoruskiego, litewskiego i polskiego.

O wszystkim tym niby wiadomo, przynajmniej w środowisku historyków nieprzywiązanych mocno do skrajnych narodowych interpretacji, wolnych od wpływu narodowych mitów. Jednakże prac podejmujących się badania tych zjawisk, stanowiących próbę wyjaśnienia wpływów idei na kształtowanie się postaw politycznych, wciąż jest zdecydowanie zbyt mało. Jeśli zaś badacze je podejmują, sięgają często bezkrytycznie po wypracowany przez lewicowych zachodnich historyków interpretacyjny model tak zwanego modernizmu, głoszący, że wszystkie wspólnoty narodowe mają rodowód dziewiętnastowieczny, a w wersji radykalnej – iż narody są produktem nacjonalizmów. Jako alternatywę wobec tego poglądu można zaproponować przekonanie, że narody, choć faktycznie nie tworzyły się „same z siebie”, czyli nie były wspólnotami naturalnymi, to często jednak mają korzenie średniowieczne, a powstały w niektórych wypadkach nie w wieku XIX, ale znacznie wcześniej, najpierw na poziomie elit. Ich powstanie jest wypadkową spontanicznych procesów narodowotwórczych, uwarunkowanych i etnicznym podobieństwem, i doświadczeniem przebywania w jednym państwie oraz świadomego działania władz bądź ruchów narodowych, zmierzającego do odgrodzenia danej wspólnoty od innych i upowszechnienia jej samopostrzegania się jako naród. Dostrzegał to już wielki polski historyk Joachim Lelewel, który pisząc swoje Dzieje Litwy i Rusi, cały rozdział poświęcił procesowi „przenarodowienia się” mieszkańców tytułowych krajów – mając na myśli ich polonizację. Równie dobrze jednak tym trącącym myszką, ale zarazem trafnie oddającym istotę rzeczy słowem „przenarodowienie się” można nazwać przyjęcie przez wielu potomków elit kozackich czy litewskich rosyjskiej świadomości narodowej, bądź też proces tworzenia nowoczesnego ukraińskiego ruchu narodowego w Galicji przez osoby, których ojcowie czy dziadowie, chodząc do greckokatolickich cerkwi, rozmawiali po polsku i brali udział w polskich powstaniach...

Posługując się pewną metaforą, możemy więc powiedzieć, iż sąsiedzi, okresowo będący współlokatorami tego samego domu-państwa, czy wręcz członkami tej samej wspólnoty narodowej, a więc „swoimi”, stawali się obcymi lub wręcz wrogami. Idee przy tym odgrywały walną rolę, stąd też dzieje Europy Środkowej i Wschodniej to również starcie idei, zmagania myśli.

Czytelnicy czy Autorzy tekstów opublikowanych w tym tomie mogą się, oczywiście, nie zgodzić z tą subiektywną interpretacją. Mam jednak nadzieję, że będzie to mały wkład w dyskusję o tym, jak kształtowały się dzisiejsze narody i dlaczego Polaków, Ukraińców, Białorusinów, Litwinów i Rosjan wciąż dzieli konflikt pamięci historycznych. Przede wszystkim zaś takim wzbogaceniem tej debaty będzie cała książka. Jeśli choć trochę przełamie ona stereotypy i zachęci historyków do dalszego dialogu, jeśli poszerzy świadomość tego, iż pluralizm spojrzeń w historiografii jest rzeczą cenną i pożądaną, to zadanie, które wraz z poprzednim dyrektorem tej instytucji, dr. Sławomirem Dębskim, i obecnym, Ernestem Wyciszkiewiczem, sobie stawialiśmy, będzie wykonane z nawiązką.

HIERONIM GRALA

Rzeczpospolita wobec pretensji Moskwy/Rosji do ziem ruskich

Problematyka przewlekłej i wyczerpującej rywalizacji o hegemonię w Europie Wschodniej między państwem polsko-litewskim a Moskwą, sięgającej schyłku średniowiecza i stanowiącej dla obu adwersarzy kluczowe wyzwanie polityczne w epoce wczesnonowożytnej, od co najmniej stulecia należy do klasycznych zagadnień badawczych, o czym dowodnie zaświadcza obfitość prac, zarówno w polskiej[1] i rosyjskiej[2], jak i w zachodniej[3] historiografii, poświęconych jej poszczególnym etapom i aspektom.

Wydaje się wszakże, że problematyka konfliktów zbrojnych – i to postrzegana z perspektywy historyków wojskowości – zwłaszcza w ostatnim okresie zdominowała kwestie rywalizacji dyplomatycznej, zaś zagadnienia z zakresu ideologii i propagandy, które pozwalają rozpatrywać wspomnianą rywalizację nie tylko jako zderzenie aspiracji dwóch regionalnych mocarstw, ale także jako konfrontację odmiennych modeli ustrojowych i społecznych, w kontekście oczywistych różnic konfesyjnych, etnicznych, a wreszcie – cywilizacyjnych, zeszły na plan dalszy[4]. Konstatacja ta dotyczy także odzwierciedlających ów kulturowy pojedynek zaciekłych, ale bynajmniej nie jałowych, jak mogłoby wydawać się obecnemu odbiorcy, sporów wokół istotnych elementów etykiety dyplomatycznej i obyczaju poselskiego (m.in. tytulatura monarsza, regalia i upominki)[5]. Warto przecież pamiętać, iż owe przewlekłe i nierzadko dramatyczne „targi z Moskwą” odnosiły się przecież do kwestii stanowiących osnowę rosyjskich uroszczeń, istotną część stosowanej przez adwersarza argumentacji dyplomatycznej, a nierzadko także casus belli. Odpieranie pretensji terytorialnych wymagało dobrej orientacji w dziejach regionu, a przede wszystkim ruskich prowincji Wielkiego Księstwa Litewskiego i znajomości tradycji dynastycznej. Skuteczne parowanie zapędów Moskwy do otaczania „opieką” ruskich poddanych monarchii polsko-litewskiej w imię solidarności etnicznej możliwe było tylko w ścisłej współpracy z rodzimym żywiołem ruskim, zaś kwestia bezustannie pojawiających się zarzutów ucisku, jaki cierpią w katolickim państwie prawosławni poddani, wymagała dużej ostrożności i bliskiej współpracy z rodzimą hierarchią „religii greckiej”[6]. Na marginesie warto także przypomnieć, iż rywalizacja polsko-moskiewska toczyła się również na forum międzynarodowym, gdzie dyplomacji jagiellońskiej i wazowskiej niejednokrotnie przychodziło się mierzyć z politycznymi skutkami szczególnie dotkliwych porażek (m.in. Smoleńsk 1514 roku, Połock 1563 roku) i zabiegami strony przeciwnej o sojusze militarne: remedium, i to zazwyczaj skutecznym, okazała się imponująca aktywność propagandowa, owocująca licznymi drukami ulotnymi i okolicznościowymi, której znaczenia dla wprowadzenia do europejskiego obiegu samego pojęcia „moskiewskiego zagrożenia” nie sposób przecenić[7].

Poza sferą naszych rozważań pozostawiamy okres rywalizacji moskiewsko-litewskiej w ostatniej ćwierci XIV i w pierwszych dziesięcioleciach XV wieku, ponieważ jest to w naszym przekonaniu zadanie osobne, mniej związane z całościową polityką państwa polsko-litewskiego, gdy rywalizacja owa prowadzona była jeszcze w starej manierze konkurencji dynastycznej Gedyminowiczów i Rurykowiczów, częstokroć w aspekcie sporów rodzinnych i rywalizacji ośrodków udzielnych[8].

Zupełnie inny charakter zaczyna mieć owa rywalizacja w dobie intensywnego centralizowania się owych państw – w przypadku WXL w następstwie reform Witoldowych i rządów Kazimierza Jagiellończyka, w przypadku Moskwy zaś – w następstwie poczynań Wasyla II, a przede wszystkim – skutecznych rządów Iwana III. Spektakularne sukcesy Moskwy, której udało się wówczas zlikwidować ostatnie już księstwa udzielne (Twer, Riazań) i złamać opór republiki nowogrodzkiej, sprawiły, iż государ всея Руси zwrócił swe oczy ku rozległym obszarom tzw. Rusi Litewskiej, pozostającym pod berłem władców polsko-litewskich. Pierwsze tego symptomy pojawiły się w moskiewskiej polityce już w ostatniej ćwierci XV wieku, początkowo nie były to jednak otwarte działania zbrojne, lecz różnorodne próby destabilizacji sytuacji wewnętrznej na Litwie (np. konszachty z uczestnikami spisku Olelkowiczów i Bielskich; nacisk – dyplomatyczny, ale coraz częściej także militarny – na księstwa pograniczne, zasadnie nazwany przez A. Zimina „dziwną wojną”)[9]. Wówczas też wykrystalizowała się główna teza moskiewskiej doktryny politycznej: cała Ruś Litewska jest ojcowizną Rurykowiczów i jako taka powinna powrócić do ruskiej (sc. moskiewskiej) macierzy...[10]

Prawa historyczne, dokumentowane za pomocą prostej wykładni translatio imperii (Kijów–Włodzimierz–Moskwa), wspierano niebłahym argumentem jedności wiary z miejscową ludnością[11].

Z czasem dwór moskiewski sięgnął również po argumenty natury dynastycznej, posiłkując się karkołomnym wywodem o niskim pochodzeniu Gedyminowiczów – jakoby eksrabów smoleńskich Rurykowiczów[12]. Gwoli prawdy należy wszakże zauważyć, iż teoria ta stosunkowo szybko została zarzucona; wszak spora część ówczesnej elity moskiewskiej – w tym wiodące prym w dumie bojarskiej i na dworze domy książęce Mścisławskich i Bielskich – wywodziła się w prostej linii od Gedymina... Kolejne wersje Родословия литовских князей przedstawiały więc Gedyminowiczów i Olgierdowiczów jako potomków smoleńskiej bądź połockiej linii Rurykowiczów[13]. W epoce Iwana IV teoria ta pojawiła się w wersji poważnie zmodyfikowanej: w jej świetle Gedyminowicze jawili się „izgojami” – pozbawionymi prawa do sukcesji potomkami Rogwołodowiczów – Rurykowiczów z połockiej linii. Na tej wątpliwej podstawie ukuto w Moskwie tezę o prawach jej władców do całego obszaru Wielkiego Księstwa Litewskiego – wraz z Litwą właściwą; manifestacją tych zamysłów było umieszczenie na wielkiej pieczęci Iwanowej wśród herbów księstw i ziem carowi podległych „Kolumn” – rodowego znaku Gedyminowiczów, by wreszcie – po wygaśnięciu dynastii Jagiełłowej – drapować się w szaty jej prawnego sukcesora jako bliskiego krewnego (по коленству наша братья)[14]. Warto wszakże przypomnieć, że nieco później, w odmienionej rzeczywistości politycznej i w obliczu oczywistej przewagi militarnej Rzeczypospolitej, wątek „lepszych” i „gorszych” praw do staroruskiej tradycji politycznej nabrał zgoła odmiennego charakteru. Otóż dyplomacja Rzeczypospolitej z lubością będzie wówczas podnosić prymat praw domu Wazów do moskiewskiego tronu, właśnie jako prawowitych dziedziców Jagiellonów i Rurykowiczów, z lekceważeniem odnosząc się do Romanowów, pozbawionych krwi monarszej „chudorodnych” powinowatych po kądzieli wygasłej carskiej dynastii (zob. dalej).

Zauważmy zresztą, iż w epoce jagiellońskiej przemiany zachodzące w łonie elity politycznej rywalizujących państw doprowadziły do sytuacji paradoksalnej: w szeregach arystokracji moskiewskiej znajdowało się więcej odprysków domu Olgierdowego – chlubiących się książęcymi tytułami i koligacjami z miejscową dynastią (okoliczność ta stanowiła zresztą realną polityczną groźbę, pretensje wychodźców do poszczególnych księstw i prowincji państwa Jagiellonów mogły bowiem stać się – i stawały się – niebezpiecznym orężem w rękach Moskwy[15]), niż miało to miejsce w Wilnie, gdzie wokół tronu hospodarskiego – zwłaszcza wśród panów rady – zgromadzili się przede wszystkim przedstawiciele litewskich rodów o nieporównanie skromniejszej genealogii: Kieżgajłowie, Gasztołdowie, Radziwiłłowie i Hlebowicze, których krąg dopiero z czasem uzupełnią także rdzenni Rusini, acz bez książęcego rodowodu: Chodkiewicze, Sapiehowie, Tyszkiewicze, Hornostajowie[16]. Nie oznacza to bynajmniej, że żywioł ruski, bądź litewsko-ruski (tak pozwalamy sobie nazywać tę część elity litewskiej, która – jak chociażby Olelkowicze Słuccy – uległa rutenizacji), stracił całkowicie wpływy w państwie, na ziemiach ukrainnych przeogromna była bowiem rola miejscowych kniaziów: Ostrogskich, Zbaraskich, Wiśniowieckich i Sanguszków[17].

Wspomniane zjawiska nie pozostały bez wpływu na istotę rywalizacji państwa polsko-litewskiego z Moskwą, zwłaszcza postrzeganej przez pryzmat żywiołu ruskiego: przecież klasa polityczna po obu stronach granicy wykazywała ogromne podobieństwa, odwoływała się do zbliżonego arsenału pojęć społeczno-ustrojowych i historyczno-prawnych (wystarczy wspomnieć miejsce tradycji Rusi Kijowskiej i samego naddnieprzańskiego ośrodka, bądź co bądź „macierzy grodów ruskich”, w ideologii państwowej obu adwersarzy)[18].

Zapasy z Moskwą, trwające ze zróżnicowaną intensywnością od połowy XV wieku (paradoksalnie za ich praprzyczynę uznać należy „niedopracowany” traktat pokojowy między Kazimierzem Jagiellończykiem i Wasylem II z 1449 roku[19]), pozostawały bez wątpienia najważniejszym – chociaż po części nieuświadamianym sobie – zadaniem domu jagiellońskiego aż do jego wygaśnięcia. Mimo oczywistych symptomów narastającego zagrożenia, kolejnych kryzysów i przesileń, a wreszcie coraz dotkliwszych porażek i strat terytorialnych, kierunek moskiewski bodaj nigdy nie zajął należnego mu miejsca w polityce dynastii. Przyczyn niedoceniania owego zagrożenia – i to zarówno przez przedstawicieli domu Jagiełłowego, jak i elity Wielkiego Księstwa Litewskiego, dla którego przecież – zgoła odmiennie niż dla Korony – napór moskiewski owocował naruszeniem żywotnych interesów – wskazać można wiele.

Po pierwsze: mimo iż z biegiem czasu zmienił się poważnie sam charakter konfrontacji, a wraz z nim zasoby i możliwości rywali, zarówno Jagiellonowie, jak i ich litewscy poddani pozostawali zakładnikami przebrzmiałych realiów. Tymczasem czasy przewag Olgierda i Witolda minęły bezpowrotnie, granica – niegdyś szybko przesuwająca się na wschód (Wiaźma, Możajsk, Mceńsk, górny bieg Oki) – zatrzymała się ostatecznie w epoce Wasyla II, by początkowo powoli, a następnie coraz szybciej, ruszyć na zachód. Ilustrował to szybki rozwój terytorialny Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, jego narastający nacisk na granice Litwy (w ostatnich dekadach XV wieku będzie to już stan permanentny), likwidacja wszystkich potencjalnych sojuszników i adherentów Jagiellonów (Twer, Riazań, Nowogród Wielki), a wreszcie – kolejne zabory na Rusi Litewskiej, które zapewniły Moskwie w latach sześćdziesiątych XVI wieku panowanie nad rubieżą połocką i możliwość łatwego wyjścia pułków carskich na trakt wileński. Skutecznym remedium na tę arcyniebezpieczną tendencję mogło stać się jedynie zacieśnienie unii z Koroną, ale przed tym właśnie elita litewska broniła się uporczywie.

Wydaje się, że dwór jagielloński dość długo, a elita litewska jeszcze dłużej, nie potrafiły także dostatecznie trafnie zdiagnozować niebezpieczeństw zawierających się w kluczowych treściach moskiewskiej propagandy, coraz powszechniej wabiących ruskich poddanych Wielkiego Księstwa hasłami jedności krwi i wiary, a wreszcie i wagi kluczowego dogmatu moskiewskiej doktryny państwowej – umownie nazywanego testamentem Iwana Kality, głoszącego „zbieranie ziem ruskich” – ojcowizny Rurykowiczów.

Po drugie: kwestia mocarstwowej polityki wschodniej Gedyminowiczów, wynikającej z samej przecież istoty ich ruskiego w ogromnym stopniu państwa, ustąpiła pogoni za chimerą, zwaną polityką dynastyczną Jagiellonów. Biorąc pod uwagę jej skutki dla stosunków między członkami samej dynastii, i to w kręgu rodzeństwa – synów Kazimierza Jagiellończyka, a równocześnie porównując ją z realizowaną z żelazną konsekwencją polityką rodzinną ich głównych adwersarzy – Habsburgów, dość łatwo dojdziemy do wniosku o pewnej umowności tego dobrze przecież zadomowionego w naszej historiografii terminu. Zabiegi o korony Czech i Węgier, chociaż uwieńczone początkowo sukcesem, rychło zaowocowały długotrwałą – kosztowną, wyczerpującą, a w ostatecznym rozrachunku przegraną – rywalizacją z domem habsburskim. Okoliczność ta miała dla polityki wschodniej Jagiellonów znaczenie kapitalne, zwłaszcza dzięki znakomitemu rozgrywaniu jej przez moskiewską dyplomację.

Sytuacja uległa diametralnej zmianie dopiero za rządów ostatniego z Jagiellonów, w dobie wojny inflanckiej, kiedy to pod wpływem potężniejącego zagrożenia moskiewskiego zmienił się zasadniczo sam charakter stosunków polsko-litewskich: unię dynastyczną zastąpiła realna, zaś powstała w jej następstwie Rzeczpospolita miała odtąd przeciwstawiać się Moskwie jako jednolite państwo polsko-litewskie, połączonymi siłami obu swych części składowych (unia lubelska w 1569 roku). Bezpośrednim następstwem owej transformacji stało się zwiększenie potencjału militarnego państwa na kierunku wschodnim. Pochody Stefana Batorego i zwycięski rozejm w Jamie Zapolskim (1581) zmieniły układ sił w regionie, pozwoliły państwu polsko-litewskiemu odzyskać inicjatywę strategiczną, a w ostatecznym efekcie doprowadziły także do zmiany poglądów elity państwowej na samą istotę konfliktu z Moskwą, postrzeganą odtąd zazwyczaj jako „wróg przyrodzony państw naszych”. Szczególnie doniosła przemiana dokonała się wówczas w poglądach szlachty koronnej, uprzednio postrzegającej konflikt jako w pewnym sensie peryferyjny, dotyczący wyłącznie Wielkiego Księstwa, które przecież ze swej strony nie kwapiło się do udziału w konfliktach Korony. Chociaż zatem polskim chorągwiom, skądinąd jako wojskom zaciężnym, parokrotnie przyszło iść na wschód, by ratować Litwinów (kampania orszańska 1514 roku, wojna starodubska 1534–1536), to w istniejącym do unii lubelskiej porządku ustrojowym wojna z Moskwą pozostawała wyłączną sprawą Litwy. Symptomatyczne, że nawet na początkowym etapie wojny inflanckiej szlachta polska nie zamierzała angażować się w kosztowny konflikt, bez nadziei na wymierne korzyści, a zabiegi elity litewskiej, zamierzającej inkorporowane Inflanty zachować wyłącznie dla siebie, nie zachęcały jej wcale do zmiany stanowiska. Co więcej, postawa ta znajdowała solidne oparcie zarówno w dość powszechnym pacyfizmie polskiej szlachty, jak i w jej zdecydowanie niechętnym stosunku do wszelkich działań zaczepnych. Osobną kwestią pozostawał moralny aspekt wojny. Przewijający się w polskiej myśli politycznej już od początków XV wieku wątek bellum iustum swe najpełniejsze rozwinięcie znalazł w pismach Andrzeja Frycza Modrzewskiego. Pisarz ów za dopuszczalne uznawał tylko wojny sprawiedliwe, toczone w obronie własnego kraju, po wyczerpaniu wszelkich środków pokojowych. Wojny zaborcze, wywołane chęcią podboju bądź żądzą sławy, uznawał za godne potępienia. Rozważania Modrzewskiego odzwierciedlały poglądy niemałej części stanu szlacheckiego[20]. Na marginesie warto bodaj zauważyć, że w stosunku do wojen moskiewskich pojęcie „wojny sprawiedliwej” (bellum iustum), tak popularne w późnośredniowiecznej i renesansowej myśli politycznej, a w monarchii jagiellońskiej upowszechnione jeszcze przez pisma Stanisława ze Skalbmierza i Pawła Włodkowica[21], także w źródłach litewskich używane jest nader oszczędnie. Symptomatyczne również, iż pojęcie wojny sprawiedliwej, wraz z całą swą ideologiczną i prawną obudową, pojawi się w polsko-moskiewskich negocjacjach znacznie później, dopiero w epoce niespotykanych dotąd sukcesów moskiewskich w dobie Potopu (rokowania w Niemieży w 1656 roku).

Zmiana granic Korony w następstwie unii lubelskiej musiała nieuchronnie doprowadzić do bezpośredniego zaangażowania się Polski w konflikt z Moskwą, której celem strategicznym było przecież połączenie pod carskim berłem wszystkich ziem ruskich. W świetle Iwanowych uroszczeń od dawna nie oznaczało to wyłącznie pretensji do wschodnich prowincji Wielkiego Księstwa, owych Olgierdowych zdobyczy i Witoldowych rubieży, ale także do ziem od stuleci spojonych z Polską, a mianowicie Rusi Koronnej.

Niebawem zresztą odmienny stosunek do semantycznej zawartości pojęcia „Ruś” miał wyraziście zaznaczyć się w dyplomatycznych sporach i targach, dla polskiej elity bowiem była ona przez długi czas tożsama z dawnym terytorium halicko-wołyńskiej monarchii Romanowiczów, którego znaczącą część przyłączył do Korony Polskiej w połowie XIV wieku Kazimierz Wielki, a które składało się na osobną prowincję państwa polskiego – województwo ruskie (Palatinatus Russiae), obejmujące ziemie halicką, lwowską, przemyską i sanocką[22]. Oczywiście pojęcie Rusi znacząco zmieniło swój zakres geograficzny po 1569 roku, kiedy to w następstwie unii lubelskiej w granicach Korony znalazły się województwa ukrainne: kijowskie, wołyńskie, bracławskie i podolskie. Niemniej stała obecność w tytulaturze polskich monarchów predykatu „ruski” sięga właśnie Kazimierzowych zdobyczy, kiedy to ostatni z Piastów, akcentując swe prawa dziedziczne do tronu Romanowiczów (dominus et heres regni Russiae), stosował go w rozlicznych wariantach (1358 – Dei gratia rex Poloniae et Russie; 1361 – король Казимир [...] русской земли господарь и дидыч, вечный землям тым самодержец; 1370 – krales tes Lachias kai tes Mikras Rhosis)[23]. Nie ulega zresztą wątpliwości, iż ta piastowska de facto tradycja była znana moskiewskiej kancelarii i przez długi czas nie budziła sprzeciwu. Zaświadcza o tym następujący epizod: gdy w 1493 roku przybył do Moskwy wysłannik rywala Jagiellonów – mazowieckiego księcia Konrada III Rudego, aby zaproponować Iwanowi III sojusz przeciw synom Kazimierza Jagiellończyka, oficjalna tytulatura ambitnego Piasta wyglądała następująco: Божьей милостию князь мазовецкий и русский и иных земель, co skądinąd było właśnie następstwem historycznych pretensji władców Mazowsza do ziemi bełskiej, niegdyś opanowanej przez Kazimierza Wielkiego[24]. W zaistniałej sytuacji dyplomacja moskiewska odniosła się do „ruskich” uroszczeń Piasta obojętnie, na co zapewne nie pozostało bez wpływu obdarzanie przezeń Iwana III tytulaturą государ всея Руси, chociaż w kontaktach z dyplomacją jagiellońską właśnie predykatрусский wielokrotnie stanowił przedmiot zaciekłych sporów (np. w latach 1526–1532 kancelaria moskiewska konsekwentnie „umniejsza” o ten właśnie element tytulaturę monarszą Zygmunta I Starego[25]).

Rosnące roszczenia władców Moskwy do całego dziedzictwa dawnej Rusi, skądinąd traktowanej pod względem swego geograficznego zasięgu dość swobodnie (wszak „dziedzictwem Rurykowiczów” można było objawić dowolne terytorium, którego związki z historyczną Rusią były bądź iluzoryczne – jak Inflant, rzekomo związanych z państwowością ruską od czasów Jarosława Mądrego – bądź zgoła fantastyczne: skoro Iwan IV mienił się być potomkiem Oktawiana Augusta, a ściślej – latoroślą jego mitycznego brata Prusa, to czyż ojcowizną cara nie jawiły się również Prusy!?), w których argumentacja historyczna, etniczna i konfesyjna odgrywała kluczową rolę, rychło zrodziły stosowne kontrdziałania polsko-litewskiej elity. Na pierwszy ogień poszła semantyka samego pojęcia „Ruś”: renesansowa dyplomacja Jagiellonów stosunkowo łatwo rozwiązała ten problem, tworząc już w pierwszych dekadach XVI wieku wyrazistą i nośną antynomię: Ruthenia vs. Moscovia. W ujęciu tym tradycję „naszej” Rusi, a więc tej „prawdziwej”, którą ucieleśniał m.in. ów „ruski Mariusz” i Scipio Ruthenus zarazem – prawosławny kniaź Konstanty Ostrogski, pogromca rosyjskiej armii pod Orszą (1514) – przeciwstawiano moskiewskiemu barbaricum, czyli wschodniej „tyranii”[26]. W ujęciu jagiellońskiej dyplomacji to właśnie Litwa, a wraz z nią Ruś (Ruthenia), stawały się prawdziwymantemurale Christianitatis, zaś ich władca – „Bożym zapaśnikiem” (athleta Dei), dającym orężny odpór przysięgłemu wrogowi religii katolickiej (blasphemum ac Scismaticum S. Romane ecclesie infestissimum, hostem insolentissimum) – podstępnemu „Moskowicie” (perfidum Moscovitam)[27]. Warto zauważyć, iż wspomniana antynomia Ruthenia/Moscovia sprawdziła się dobrze zarówno na płaszczyźnie wewnątrzpaństwowej, jak i zewnętrznej, zyskując ogromną popularność zwłaszcza w środowiskach duchowieństwa katolickiego (warto tutaj przypomnieć z jednej strony obserwacje papieskiego legata Antonia Possevino, z drugiej – opinie zwolenników unii kościołów z Piotrem Skargą na czele)[28]. Równocześnie nietrudno wskazać dowody, iż prawosławna i ruska elita WXL w omawianej epoce okazała się nadzwyczaj odporna na konkury moskiewskiej dyplomacji, jednoznacznie widząc swoje miejsce w wieloetnicznej i wielowyznaniowej monarchii Jagiellonów: ilustruje to chociażby dramatyczny apel Aleksandra Chodkiewicza do polskiego sejmu w przeddzień kolejnego pochodu Wasyla III na Smoleńsk (1514), kiedy to ów prawosławny wielmoża wołał o auxilia dla Litwy jako „bramy całego chrześcijaństwa”[29].

Kwestia wyznaniowa stanowiła zresztą fundamentalną część sporu o prawo do dominium Russiae i bya na przestrzeni stuleci jednym z najważniejszych elementów ideowych moskiewskiej doktryny państwowej.

Nie ulega wątpliwości, że w epoce jagiellońskiej i batoriańskiej działania te, mimo niemałych nakładów energii i środków, przyniosły stronie moskiewskiej dość znikome efekty. Mimo niemałych wysiłków dyplomacji государ всея Руси, by politycznemu konfliktowi nadać charakter wojny religijnej w obronie uciśnionej nacji ruskiej, zamiar ten ostatecznie spalił na panewce, a przecież zważywszy na etniczny i wyznaniowy skład społeczeństwa Wielkiego Księstwa Litewskiego, mogła to być dla monarchii polsko-litewskiej groźba śmiertelna.

Występując w obronie wiary prawosławnej, srodze jakoby uciskanej przez katolickich Jagiellonów, władcy moskiewscy podejmowali przecież obiecującą grę o poparcie potężnej liczebnie i politycznie wpływowej rzeszy wyznawców „religii ruskiej”, zamieszkujących wschodnie połacie Wielkiego Księstwa Litewskiego. Obrona interesów współwyznawców w państwie ościennym – prezentowana jako niezbywalne prawo i obowiązek jedynych suwerennych monarchów prawosławnych – rychło stała się centralnym elementem uroszczeń moskiewskich wobec Litwy i pozwoliła zakwestionować dawne pakta, uznające faktycznie całą tzw. Ruś Litewską za ojcowiznę Jagiellonów[30]. Religijna retoryka dyplomacji moskiewskiej została wzbogacona w epoce Iwana IV o hasła krucjatowe, początkowo wymierzone przeciw muzułmanom, potem – przeciw protestantom, a następnie – także przeciw katolikom[31]. Warto zatem zastanowić się, dlaczego wbrew oczekiwaniom moskiewskiej elity cała ta aktywność okazała się z gruntu chybiona.

Wydaje się, że Moskwa stała się wówczas w pewnym stopniu zakładnikiem własnych wyobrażeń o wrażym państwie, a zwłaszcza wykoncypowanych na użytek doraźny politycznych schematów. Tymczasem rzeczywistość była zgoła odmienna: polityka wyznaniowa Jagiellonów – przy wszystkich swoich mankamentach i widocznym w istotnych kwestiach nierównouprawnieniu „wyznania greckiego” – była na tyle tolerancyjna, że to w istocie rzeczy prawosławni Rusini, stojący zazwyczaj na pierwszej linii konfrontacji z groźnym sąsiadem, stanowili „tarczę i miecz” państw jagiellońskich wobec Moskwy. Poważną rolę odgrywali w tych poczynaniach przedstawiciele hierarchii prawosławnej: biskupi nawoływali do obrony ojczyzny przed najeźdźcą, utwierdzali swą owczarnię w wierności wobec przyrodzonego monarchy kościelnymi przysięgami, a jeżeli trzeba – czynnie uczestniczyli w odpieraniu wroga. Dodajmy, iż w oczach hierarchii cerkiewnej to właśnie rządy jagiellońskie (mimo katolickiego wyznania monarchów) ucieleśniały lokalną tradycję kościelną, odwołującą się do spuścizny Włodzimierzowej, zwycięstwo Moskwy natomiast zapowiadało zmierzch samodzielnej prowincji kijowskiej, stanowiącej wszak dla Rusinów „nowy Izrael”.

Panowie ruscy odgrywali przecież kluczową rolę w odpieraniu moskiewskiej agresji: wspomniany już Konstanty Ostrogski, Hrehory Chodkiewicz i Roman Sanguszko z zapałem hetmanili pułkom swego katolickiego monarchy, zaś ich przewagi nad wrogami, których na dworze krakowskim nazywano wszak schismatici et heretici, niezmiennie znajdowały poklask i uznanie u innych ruskich wielmożów. Przedstawiciele tegoż środowiska fundowali po zwycięskich bitwach wotywne budowle, które dokumentowały jedność wyznawców prawosławia i katolicyzmu w walce ze wspólnym wrogiem. Symptomatyczne, iż zdobyte pod Orszą znamiona „moskiewskich schizmatyków” trafiły do świątyń katolickich: większość do katedry wileńskiej, gdzie zawieszono je obok relikwii św. Stanisława, inne – na Jasną Górę. Równocześnie stosunkowo obfity materiał epistolarny dowodzi, że czołowe osobistości z kręgów rusko-litewskiej elity traktowały zwalczanie zaborczych zapędów Rurykowiczów jako święty obowiązek wobec „miłej ziemi ojczystej”, „kraju świętego prawie”, czyli „ziemi ruskiej”[32]!

Praktyka ustrojowa Wielkiego Księstwa Litewskiego zadawała kłam enuncjacjom moskiewskiej propagandy – wyznawcy obrządku prawosławnego mieli otwarty dostęp do najwyższych nawet godności i urzędów (w samej radzie hospodarskiej zasiadali m.in. Konstanty Ostrogski – wpierw kasztelan wileński, później wojewoda trocki, Hrehory Chodkiewicz – kasztelan wileński i hetman najwyższy, Iwan Hornostaj – wojewoda nowogródzki i sprawca trocki i wileński)[33].

Szczególnie wydatny był udział panów prawosławnych w rokowaniach dyplomatycznych. Z państwem współistniało zapewne w świadomości elity ruskiej przywiązanie do tradycji dynastycznej. W oczach wyznawców „religii greckiej” kolejni przedstawiciele domu Jagiełłowego – chociaż łacinnicy – dysponowali pokaźną cząstką sacrum, właściwego prawowiernym monarchom, po kądzieli bowiem wywodzili się przecież od tych samych świątobliwych antenatów co ich dawni władcy i moskiewscy Rurykowicze[34]!

Dodajmy, że rozumieli to również sami Jagiellonowie – Zygmunt II August twardo replikował na Iwanowe uroszczenia, iż prawdziwym władcą Rusi jest ten właśnie, kto ma Kijów: И что ся дотычет Великего Князя Киевского Манамаха, казал Его Милости им поведить, же то суть речи давние, а тот столец Киев есть и будет, дали Бог в моци, в руках и держании его Королевское милости, и никому бы тым именем и тытулом Царства Киевского не было пристойно писатися одно его Королевской милости, а не Великому Князю Московскому[35]! Dodajmy, iż po Jagiellonach odziedziczyli ten punkt widzenia Wazowie: nie darmo podczas Smuty niejednokrotnie powoływano się na ich naturalne prawa do moskiewskiego tronu jako krewnych wygasłej carskiej linii Rurykowiczów, przeciwstawiając je roszczeniom Romanowów, wywodzących się z tzw. nieutytułowanego bojarstwa carskich powinowatych.

Wątek praw Zygmunta III do sukcesji po moskiewskich Rurykowiczach pojawił się w dyskursie publicznym stosunkowo wcześnie, albowiem już podczas obrad mającego decydować o wojnie lub pokoju z Państwem Moskiewskim warszawskiego sejmu w styczniu 1609 roku, gdy na tronie carów zasiadał daleki ich kuzyn – Wasyl IV Szujski, wywodzący się z tej samej co wymarła carska dynastia suzdalskiej gałęzi Rurykowiczów. Kwestia praw króla do Czapki Monomacha wybrzmiała głośno i dosadnie podczas wotów senatorskich w wystąpieniu kanclerza wielkiego litewskiego Lwa Sapiehy (21 stycznia). Kanclerz litewski, regalista i zwolennik militarnej rozprawy ze wschodnim sąsiadem, w czym bodaj upatrywał także swój prywatny interes, rojąc o odzyskaniu „sapieżyńskiej substancji” koło Jelni na Smoleńszczyźnie, podporządkował swą przemowę dwóm celom: dowiedzeniu, że wojna z Moskwą skazana jest w istocie rzeczy na sukces ze względu na korzystną konstelację polityczną („Okazje wielkie moskiewskie są, a tak wielkie, że nigdy Rzeczpospolita foremniejszej pogody do rozszerzenia granic koronnych nie miała”) i uzasadnieniu – z pomocą odpowiednio dobranych faktów historycznych – iż wyprawa takowa będzie mieć wszelkie cechy „wojny sprawiedliwej” („Mógłby kto kiedy sprawiedliwszą wojnę mieć jako WKM mieć będziesz z tym narodem moskiewskim?”), co tradycyjnie przecież budziło niemałe wątpliwości i szczerą niechęć u pacyfistycznie z natury nastrojonej szlachty[36]. Litewski dygnitarz perorował zatem, iż tron carski nie powinien należeć do Wasyla IV Szujskiego jako zabójcy jego poprzednika Dymitra I, jakoby władcy przyrodzonego („bo zabieł prawdziwego dziedzica”), ani też do kolejnego samozwańca – tuszyńskiego szalbierza („Ten zasię Nowy Dymitr wiemy, że nie jest prawdziwym Dymitrem”), by wywody swe ukoronować nieoczekiwaną zgoła pointą: wspomniani wyżej adwersarze wyrywają sobie tron moskiewski bezprawnie („dwaj się o to Państwo biją, prawa do niego żaden z nich nie mając”), prawdziwym jego dziedzicem jawi się bowiem właśnie król polski Zygmunt III! Podstawy tak dobitnie wyłożonych roszczeń Wazy do sukcesji po carskiej linii Rurykowiczów kanclerz upatrywał w dawnych koligacjach między dynastią moskiewską a Jagiellonami: „bo za przodkiem WKM była Moskiewska, stąd originem jakom wyżej rzekł rodu swego WKM wiedziesz”[37].

Problem identyfikacji owej „moskiewskiej” antenatki polskiego króla wydaje się dość zagmatwany: wbrew domysłom niektórych badaczy raczej trudno jej upatrywać w osobie ostatniej żony Jagiełły – Sonki Holszańskiej[38], matka Kazimierza Jagiellończyka, latorośl książęcego litewskiego rodu Olgimuntowiczów, nie była bowiem nawet Rusinką! Równie wątpliwe wydaje się identyfikowanie jej z Heleną Iwanowną, małżonką Aleksandra Jagiellończyka: nie tylko małżeństwo to okazało się bezdzietne, przez co jakiekolwiek pretensje Jagiellonów do sukcesji po potomkach jej bratanka – Iwana IV Groźnego – były bezprzedmiotowe, ale także, co gorsza, niejasne okoliczności śmierci córki Iwana III na Litwie (dyplomacja moskiewska podnosiła niejednokrotnie zarzut skrytobójstwa, jakoby od „ziela lichogo”, zadanego Aleksandrowej wdowie przez panów Rady) stawiały pod znakiem zapytania celowość przypominania jej osoby[39]. Wydaje się zatem, że zasadne jest poszukiwanie innej kandydatury: naszym zdaniem w grę tutaj wchodzić może tylko jedna postać – księżniczka twerska Julianna Aleksandrowna, żona Olgierda i matka Jagiełły, skądinąd mocno skoligacona z moskiewską linią Rurykowiczów. Przypomnijmy: jej starsza siostra Maria była żoną wielkiego księcia Siemiona Dumnego, córka Helena wyszła za mąż za wybitnego przedstawiciela tej samej linii, księcia sierpuchowskiego Włodzimierza Andriejewicza, bohatera bitwy na Kulikowym Polu, syn Lingwen-Symeon ożenił się zaś z Marią, córką wielkiego księcia Dymitra Dońskiego, stając się – po kądzieli – przodkiem jednego z najbardziej dostojnych i wpływowych domów rosyjskiej arystokracji – kniaziów Mścisławskich (patrz dalej)[40]. Oczywiście „genealogiczne” argumenty Sapiehy adresowane były przede wszystkim do stanu szlacheckiego Rzeczypospolitej, ale pośrednio nadawały się również do wykorzystania w kontaktach z moskiewską elitą; dodajmy, iż z czasem po wątek swych moskiewskich przodków sięgnął również sam Zygmunt III, i to w kontaktach ze Stolicą Apostolską[41].

Niebawem motyw praw Wazów do sukcesji po Rurykowiczach pojawił się w działaniach polsko-litewskiej dyplomacji wobec Moskwy: rozpoczynając swą wyprawę moskiewską, Zygmunt III wystosował 19 września 1609 roku do mieszkańców Smoleńska uniwersał, w którym objawiał się jako prawy dziedzic wygasłej dynastii („najbliższy rodzic ruskiego hospodarstwa, wspomniawszy powinowactwo i braterstwo nasze, któreśmy mieli z pradziadów naszych z przyrodzonymi zeszłymi hospodarami moskiewskimi”)[42]. Podobnie postąpił kilka lat później jego syn: jesienią 1616 roku царь, государь и великий князь Владислав Сигизмундович всея Руси nakazał rozpowszechniać manifest, w którym swe prawa do Czapki Monomacha wywodził nie tylko z samego aktu moskiewskiej elekcji z 1610 roku, ale również z pochodzenia od dawnych władców Moskwy (прародителей и предков наших по степени российских государей)[43].

Nie omieszkali sięgnąć po podobne argumenty także komisarze Rzeczypospolitej podczas kończących wyczerpującą dla obu stron wojnę rokowań dywilińskich w listopadzie–grudniu 1618 roku, nie cofając się zresztą przed oczywistą dla nich samych mistyfikacją historyczną w wykonaniu niezmordowanego Lwa Sapiehy („prawo jakoby przyrodzone, wywodząc od Ruryka i od Augusta jego prosapiam, bo tam było cum nugatoribus fabulis certare”), który z przekąsem rozprawiał o „chudorodnym” pochodzeniu nowego cara – Michała I Fiodorowicza, nie tylko pozbawionego chociażby kropli krwi monarszej (Romanowowie wywodzili się od brata carycy Anastazji, pierwszej żony Iwana IV Groźnego i matki ostatniego z Rurykowiczów moskiewskich – cara Fiodora I Iwanowicza), ale zarazem – co dla przedstawicieli kultury łacińskiej było zgoła niewyobrażalne – syna wysokiego hierarchy cerkiewnego, metropolity rostowskiego Filareta (Fiodora Nikiticza Romanowa): „Michajło jest popowicz i podłej familii człowiekiem. Siła jest w Moskwie zacniejszych nad Romanowych, jako familia Mścisławskich, Szujskich, Kurakinów, Trubeckich, Galicynów, Szeremeciów, Mezeckich, Worotyńskich i wiele inszych familii zasłużonych”)[44]. Nie wydaje się dziełem przypadku, że powyższy rejestr zawierał aż cztery nazwiska kuzynów domu jagiellońskiego (a zatem pośrednio także Wazów) – Mścisławskich, Kurakinów, Trubeckich i Golicynów (patrz niżej), wywodzących się od Ruryka kniaziów Szujskich, których potomek Iwan Iwanowicz – brat zdetronizowanego cara Wasyla IV – złożył wcześniej przysięgę na wierność królewiczowi Władysławowi i towarzyszył mu w zbrojnej wyprawie na Moskwę, oraz arystokratycznych domów Szeremietiewów i kniaziów Miezieckich, których przedstawiciele uczestniczyli właśnie w rokowaniach pokojowych ze strony moskiewskiej[45].

Szczególnie godne uwagi jest przywołanie w kontekście wazowskich zabiegów rzekomego pochodzenia wygasłej dynastii moskiewskiej od Oktawiana Augusta, niegdyś bezlitośnie wykpiwanego przez polskich humanistów (Jan Kochanowski napisał z przekąsem o ambicjach Iwana IV: „Czwartynasty potomek rzymskiego cesarza / Augusta: któż wie, gdzie wziął tego kronikarza”[46]), podczas rokowań dywilińskich użytego natomiast przez Sapiehę właśnie gwoli podkreślenia dostojeństwa domu Wazów jako kuzynów i legalnych sukcesorów Rurykowiczów...

Wywód o przyrodzonych prawach Wazów-Jagiellonidów do tronu moskiewskiego jako krewnych Rurykowiczów, wyśmiewający pretensje do sukcesji ze strony „chudorodnych” Romanowów – powinowatych carskiej dynastii, był swoistym odwróceniem opisywanych już realiów poprzedniego stulecia, kiedy to dwór moskiewski wpierw uzasadniał swoje pretensje wobec Rusi Litewskiej karkołomnym wywodem o niskim pochodzeniu Gedyminowiczów, rzekomo sług smoleńskich Rurykowiczów, aby następnie w okresie zabiegów Iwana IV o koronę polską wywodzić, iż w przeciwieństwie do swych elekcyjnych rywali car posiada niezbite prawa przynajmniej do ziem litewsko-ruskich jako сродич и дедич domu Jagiełłowego[47].

Niezależnie wszakże od dynastycznego wymiaru „ruskiego” wywodu Wazów, mającego uzasadniać prawa Zygmunta III i Władysława IV do Czapki Monomacha, oczywisty jest polityczny kontekst tej ukutej ad hoc doktryny: nawet załamanie się owych roszczeń w zderzeniu z Realpolitik pozostawiało w arsenale polsko-litewskiej dyplomacji mocne argumenty, do których można byłoby odwołać się w przyszłości, w obliczu kolejnych pretensji Moskwy do ziem ruskich[48].

Warto wreszcie zauważyć, iż także w oczach miejscowej prawosławnej hierarchii to właśnie dom jagielloński, niezależnie od swego katolickiego wyznania, ucieleśniał rodzimą tradycję historyczną i cerkiewną zarazem, zwłaszcza że tryumf Moskwy oznaczał de facto kres samodzielności kijowskiej metropolii i znaczące obniżenie jej statusu, a zapewne także likwidację jej poszczególnych eparchii, jak miało to już miejsce na wcześniej podbitych terytoriach (przykład biskupstwa czernihowsko-briańskiego), i utratę stolic przez obecnych władyków (casus Połocka). Dla wiernych naddnieprzańskiej metropolii był to oczywisty zamach na ich tradycję, w świadomości ruskiej elity funkcjonowało bowiem oczywiste iunctim między Kijowem i tą ojczyzną, którą prawosławny litewski mnich Izajasz z Kamieńca nazwał w swej suplice „Nowym Izraelem”[49].

Niestety model ów, stanowiący jak widać znakomite remedium na religijną retorykę Moskwy, wystawiony został na ciężką próbę w następstwie unii brzeskiej (1596): akt ów, mający w założeniu wzmocnić lojalność poddanych „religii greckiej” wobec korony w obliczu uwieńczonych sukcesem zabiegów Moskwy o utworzenie patriarchatu (1589)[50], w istocie rzeczy doprowadził do dramatycznych i brzemiennych w polityczne skutki podziałów wśród ruskich poddanych Rzeczypospolitej.

Dynamikę konfrontacji obu państw dobrze odzwierciedlają długotrwałe spory dyplomatyczne, związane z użyciem formuły „ruski” (русский/руськи) w tytulaturze monarchów, i to zarówno w postaci predykatu terytorialnego, jak i w dostojnie brzmiących złożeniach (np. государь всея Руси). Zagadnienie to ma stosunkowo obfitą literaturę, co zwalnia nas z obowiązku szczegółowego referowania kolejnych sporów, zatem poprzestaniemy na przypomnieniu jedynie kluczowych epizodów owej przewlekłej kontrowersji.

Władca moskiewski pierwszy raz zastosował zwrot государь всея Руси wobec konkurenta z Wilna w styczniu 1493 roku, chociaż Iwan III użył go już wcześniej, w korespondencji z królem węgierskim Maciejem Korwinem (1488); niebawem też, podczas moskiewskich rokowań w styczniu–lutym 1494 roku, otrzymali od swych gospodarzy stosowną wykładnię: oto Litwa неправдой держит многие земли и воды наши. Moskiewscy dyplomaci uznawali istniejący stan rzeczy za pożałowania godny skutek wojen dzielnicowych na Rusi, ale wyrażali zarazem w imieniu swego mocodawcy nadzieję, iż obecnie Aleksander Jagiellończyk, ubiegający się o rękę Iwanowej córki Heleny того нам нашого поступится! Miraż pokoju wieczystego, którego gwarancją miał się stać wspomniany związek, sprawił, iż dyplomaci litewscy nie wykazali należytej ostrożności i zignorowali owo niebezpieczne novum[51]. Rychło wszakże okazało się, iż była to wielka nieroztropność, co gorsza – brzemienna w skutki. Starając się zniwelować jej następstwa, w przeddzień kolejnego konfliktu Jagiellon zadeklarował gotowość oficjalnego uznania praw teścia do tytułu „gosudara Wszechrusi”, wszelako pod warunkiem że ów ze swej strony zgodzi się uznać Kijów i pozostałe ruskie prowincje niezbywalnym dziedzictwem władców Litwy (1499), co Iwan III dosadnie nazwał безлепечным делом[52].

Kolejne rokowania (wiosna 1503 roku), w których wzięli udział także wysłannicy pozostałych państw jagiellońskich – legaci króla węgierskiego Władysława i poselstwo polskie, Aleksander po śmierci Jana Olbrachta wstąpił bowiem w 1502 roku na tron krakowski – przyniosły rozszerzenie się pola konfliktu. Iwan III otwarcie oznajmił posłom Władysława, iż русская земля от наших предков из старины наши отчизна, Aleksander natomiast odmówił tym razem teściowi tytułu всея Руси, objaśniając ów gest zmianą swego statusu: to, co uchodziło wielkiemu księciu litewskiemu, okazało się dlań niemożliwe jako dla polskiego króla коли в королевстве и под королевством есть большая часть Руси, w czym nietrudno dostrzec refleksję historyczną sięgającą zdobyczy Kazimierza Wielkiego[53]. Tym samym pierwszy krok na drodze rywalizacji polsko-moskiewskiej о dominium Russiae stał się faktem.

Następne etapy sporu o tytuły, obejmującego z czasem inne predykaty terytorialne (smoleński, połocki, inflancki), najczęściej związane były z kolejnymi zdobyczami Moskwy, zwłaszcza w epoce Iwana IV, a potem – z udaną rekonkwistą Stefana I Batorego[54].

Następstwem narastającego konfliktu stało się sięgnięcie przez elity WXL, zaś po unii lubelskiej całej już Rzeczypospolitej, do tradycji państwowych Rusi Kijowskiej i jej historycznej stolicy, także jako centrum rodzimego prawosławia. Właśnie posiadanie we własnych rękach „macierzy grodów ruskich” pozwalało Jagiellonom i ich sukcesorom przez długi czas parować wszelkie roszczenia moskiewskiego monarchy, poprzez akcentowanie legitymistycznego charakteru ich sukcesji po miejscowych Rurykowiczach. Praktyka ta nabrała szczególnego znaczenia od czasów carskiej koronacji Iwana IV (1547), kiedy to właśnie kijowskie dziedzictwo, sięgające zamierzchłych czasów księcia Włodzimierza Monomacha (1053–1125), stało się ideową podstawą przyjęcia przez moskiewskiego Rurykowicza nowego tytułu, którego Zygmunt II respektować nie zamierzał. Przedsmak późniejszych kontrowersji przyniosły już pierwsze rokowania po wspomnianej koronacji: niejako w odwecie za buńczuczne zapewnienia moskiewskich dyplomatów, że „jednej dranicy smoleńskiej nasz car nie ustąpi”, kwitujących podczas kremlowskiej tury rozmów stwierdzenie litewskich posłów: „Wasz gosudar powinien Smoleńsk oddać, zdjąć ten grzech z duszy ojca swego, który Smoleńsk zdobył wbrew traktatowi i wbrew przysiędze”, poselstwo ratyfikacyjne usłyszało od Jagiellona, iż tylko on, jako ten, który Kijów dzierży, ma prawo powoływać się na tradycje „Carstwa Kijowskiego”[55]!

Wykładnia ta znaleźć miała interesujące rozwinięcie ponad pół wieku później w instrukcji Zygmunta III Wazy dla ekspediowanych na arcytrudne rokowania z bojarami cara Wasyla IV Szujskiego „wielkich posłów” – Stanisława Witowskiego i kniazia Jana Druckiego-Sokolińskiego (1607):

Panowie posłowie przypomnieć mają, że hospodarowie moskiewscy coraz to sobie tytułów nowych przyczyniają, jako już ich siła nad zwyczaj przyczynili i tytuł wszystkich Rusi niesłusznie sobie przywłaszczają. Gdyż jego Królewska Mość Pan nasz dwanaście województw całych wielkich ruskich, a nadto i dwie stolice ruskie: Kijów i Halicz trzymać raczy i nie chce hospodarowi moskiewskiemu tytułu tego z ujmą swą przyznawać[56].

Symptomatyczne, iż tak rozwinięta wykładnia praw Wazy do dominium Russiae, harmonijnie łącząca dwie odrębne dotąd tradycje historyczne i dynastyczne – jagiellońską (Kijów) i piastowską (Halicz) – pojawiła się w wielce dramatycznym momencie, gdy po „krwawej jutrzni” moskiewskiej (1606) jako zakładnicy carscy pozostawali na Kremlu poprzedni wysłannicy Rzeczypospolitej – Mikołaj Oleśnicki i Aleksander Korwin-Gosiewski.

Wątek Halicza w kontekście historycznych praw polskich królów do panowania nad Rusią nie pojawił się zresztą w targach z Moskwą po raz pierwszy: wszak Iwan IV już w roku 1563, kreśląc w swym liście do Zygmunta Augusta wizerunek swych terytorialnych pretensji, odwoływał się do sukcesji Monomachowiczów: а только сыскивати всее свое вотчины, ино и Вильна была и Подольская земля, и Галицкая земля, и Волынская земля к Киеву[57]. Niebawem zresztą apetyt Groźnego jeszcze wzrósł: litewskie poselstwo Jerzego Chodkiewicza usłyszało podczas rokowań moskiewskich, iż car wysuwa podobne roszczenia także wobec Przemyśla, Chełma i Brześcia (1563)[58].

Moskiewskie roszczenia już nie tylko do Rusi Litewskiej, czy nawet niemal całego terytorium WXL (poza Żmudzią), ale także do ziem od dwóch stuleci złączonych z Koroną, oficjalnie pozostającą dotychczas poza konfliktem, mocno zaniepokoiły opinię szlachecką w Polsce. Niebawem też pojawił się przekład wspomnianego carskiego listu na język polski, zresztą z nieprzypadkową „emendacją” w wykazie Iwanowych roszczeń („Podolska ziemia, Wołyńska wszystka ku Lwowu”), który nabrał samoistnego życia jako antymoskiewski pamflet w sejmowych debatach. Rychły – zupełnie nieoczekiwany! – upadek Połocka sprawił, iż roszczenia Iwanowe zostały umyślnie wyolbrzymione, by przekonać posłów, iż są one realną groźbą dla ziem koronnych, gdyż sięgają po wschodnie połacie rozdzielonego biegiem Wisły królestwa (wedle sejmowego wystąpienia podkanclerzego Piotra Myszkowskiego, „grożąc się też i na Koronę, a granice sobie po Białą Wodę, to jest po Wisłę zakładając”)[59].

Roszczenia Iwanowe wstrząsnęły opinią publiczną w Koronie, czego ślad łatwo odnaleźć w znanym poemacie Jana Kochanowskiego Satyr albo dziki mąż, przygotowanym przez poetę akurat na otwarcie warszawskiego sejmu:

Moskiewski wziął Połocko i listy wywodzi,Że prawem przyrodzonem Halicz nań przechodzi,A by chciał patrzeć prawa, trzymałby ja z wami,Bo on się mało bawił konstytucyjami[60].

Jan z Czarnolasu nie poprzestał zresztą na powyższej konstatacji: w napisanej wiele lat później Jeździe do Moskwy wyśmiał również cesarskie aspiracje Iwana, oparte na bałamutnych wywodach historycznych i przemocy („Ta dobra myśl go naszła, gdy Połocka dostał, a w Inflanciech zaś panem wilczym prawem został”), z sarkazmem wskazując na jego wybujałe ambicje („wszystkie lekce króle chrześcijańskie uważając przy sobie”)[61].

Diagnoza Kochanowskiego nie pozostawała zresztą w kolizji z rzeczywistością polityczną: „dziedziczne” jakoby prawa Iwana do Prus, od dawna hołdujących polskim władcom, czy równie egzotyczne prawa do Inflant znajdowały obecnie swą logiczną kontynuację w roszczeniach do Lwowa i Halicza, dostarczając tym samym wody na młyn królewskiej kancelarii, zabiegającej o przekonanie szlachty koronnej do zaangażowania się w wojnę z Moskwą, co musiało przecież zaowocować fundamentalną zmianą w związku Korony z Litwą – unią zawartą w Lublinie.

Przewlekły charakter wyczerpującej rywalizacji o ziemie ruskie niejednokrotnie podpowiadał obu stronom możliwość rozstrzygnięcia konfliktu właśnie poprzez unię między państwem polsko-litewskim a Moskwą, bądź poprzez elekcję Rurykowicza – Iwana lub jego syna Fiodora – na tron Rzeczypospolitej. Fenomen moskiewskiej kandydatury, okresowo znajdującej stosunkowo liczne grono zwolenników w Rzeczypospolitej (przy czym również w Koronie, także wśród katolików i protestantów), został dosyć wszechstronnie opisany w historiografii. W świetle dotychczasowych ustaleń nie ulega wszakże wątpliwości, iż właśnie kwestia panowania nad Rusią stanowiła główną przeszkodę w sfinalizowaniu takiego politycznego kontraktu: oczekiwania elit Rzeczypospolitej, a zwłaszcza Litwinów rojących o bezkrwawej rekuperacji utraconych wcześniej prowincji, zderzyły się z Realpolitik Iwana IV, który sam oczekiwał od przyszłych poddanych stosownych ustępstw w podzięce za okazaną im cześć, zaś wszelkie sugestie odnośnie do elekcji swego syna kwitował rezolutnie, iż „carewicz nie dziewka, by wnosić posag”. Tym samym kolejne elekcje miast pacyfikacji przynosiły ostatecznie zaostrzenie konfliktu, Iwan IV czuł się bowiem wyzuty z „przyrodzonych” praw i oszukany...[62]

Przesilenie militarne, jakie przyniosły wyprawy batoriańskie i rozejm w Jamie Zapolskim (1581), zaowocowało osłabnięciem konfliktu o ziemie ruskie, ale nie znamionowało wcale jego definitywnego wyciszenia. Miało się o tym przekonać w niespełna dwie dekady później wielkie poselstwo Rzeczypospolitej pod przewodem kanclerza Lwa Sapiehy, które przybyło do Moskwy pod koniec 1600 roku z propozycją „koniunkcji” obu państw przeciw wspólnym wrogom, czyli ich swoistej federacji[63]. Zgoła nieoczekiwanie legaci, odwołujący się do wspólnych słowiańskich korzeni i chrześcijańskiej jedności (najpełniej wyrażała te treści mowa Lwa Sapiehy, wygłoszona na Kremlu 4 grudnia 1600 roku[64]), zderzyli się z recydywą praktyk z poprzedniej epoki, kiedy to na wokandzie rozmów zamiast rozważań o sojuszu pojawiły się tradycyjne pretensje strony moskiewskiej. Żądania carskich dyplomatów, by uznać prawa Borysa I Godunowa do Inflant (sic!) zrodziły kontrpropozycję zirytowanych legatów, by uznać polsko-litewskie roszczenia do Nowogrodu, Pskowa i Smoleńska, na co Moskwicini replikowali roszczeniami do Kijowa i Wołynia[65]. Ostatecznie wbrew pierwotnym „wielkim nadziejom” trudne i nerwowe negocjacje zakończyły się nie wieczystym pokojem i sojuszem, a przedłużeniem obowiązującego dotychczas rozejmu na kolejne 20 lat, co zresztą miała niebawem przekreślić nadciągająca Smuta.

Wbrew oczekiwaniom polskiej strony wstąpienie na carski tron Dymitra I Samozwańca (1605) nie oznaczało bynajmniej rezygnacji Moskwy z pretensji do ziem ruskich, nowy władca ogłosił się bowiem już nie tylko carem, ale zgoła „imperatorem Wszechrusi”, co niebawem wywołać miało prawdziwy skandal dyplomatyczny podczas oficjalnej audiencji „wielkich posłów” Rzeczypospolitej – Mikołaja Oleśnickiego i Aleksandra Gosiewskiego, przybyłych do Moskwy na uroczystość zaślubin Dymitra z Maryną Mniszchówną (13 maja 1606 roku). W tej zgoła bezprecedensowej awanturze wziął czynny udział zasiadający na tronie („w majestacie”) rosyjski monarcha! Twardy opór królewskich legatów tym razem – ze względu na powagę chwili – zakończył się ich sukcesem: starając się uniknąć eskalacji konfliktu, Samozwaniec zgodził się ostatecznie przyjąć list Zygmunta III, adresowany przecież zgodnie z praktyką dyplomatyczną Rzeczypospolitej do „wielkiego księcia”[66].

Rychły przewrót w Moskwie i wstąpienie na carski tron Wasyla IV Szujskiego zaowocowały powrotem do scenariusza sprzed lat: kolejni legaci Rzeczypospolitej – Stanisław Witowski i Jan Drucki-Sokoliński – spieszyli do Moskwy, uzbrojeni w instrukcję zawierającą maksymalne roszczenia terytorialne (Psków, Nowogród i Smoleńsk), co zresztą traktować należy wyłącznie w kategoriach wybiegu, mającego stworzyć niezbędne warunki do koniecznych ustępstw (1607). Symptomatyczne wszakże, iż z całej tytulatury carskiej sprzeciw budził niezmiennie właśnie государь всея Руси, uznawany za naruszenie prerogatyw polskiego króla i Rzeczypospolitej[67]. W tej sytuacji nie może dziwić, iż mimo uzgodnienia rozejmu na cztery lata (25 lipca 1608 roku) moskiewski władca rychło zawarł w Wyborgu przymierze ze Szwecją (luty 1609 roku), a następnie przypomniał sobie o aspiracjach Iwana IV i ponownie wprowadził do carskiej tytulatury predykat „połocki”, zarzucony przecież pod wpływem przewag Batorego, co zostało potraktowane przez Zygmunta III jako casus belli[68]. Otwarty konflikt, który wybuchł niebawem między Rzecząpospolitą i Moskwą, pociągnął za sobą nie tylko bez mała dekadę działań wojennych, ale także istną feerię dłuższych i krótszych rokowań, w których wątek historycznych praw adwersarzy do poszczególnych ruskich ziem zajmował miejsce niepoślednie. Ofensywny charakter poczynań państwa polsko-litewskiego sprawił, iż wśród historycznych argumentów niemałej popularności nabrał wątek dawnych przewag Olgierda. Nie ulega wątpliwości, iż wśród antenatów Wazy właśnie Olgierd – bodaj najwybitniejszy z tych, którzy „kniaziów moskiewskich krócili, nad źrenicą ich Moskwą tryumfowali” – ucieleśniał pamięć dawnych przewag na wschodzie i wybornie nadawał się na patrona moskiewskiej imprezy. Już wcześniej, w dedykowanej Lwu Sapieże rymowanej kronice misji dyplomatycznej z 1601 roku, Eliasz Pielgrzymowski wspominał z uznaniem „ono wielkie zacne książę Olgierd jako kniaziu wielkiemu moskiewskiemu dał wielkanocne jaje w Moskwie, kopiją o zamek moskiewski skruszył, ośmnaście mil od Moskwy, z jednej strony po Możajsk, z drugą stronę po Uhrę granicę z Litwą założył”[69]. W epoce Smuty to właśnie Olgierd jawił się dyplomacji polsko-litewskiej ucieleśnieniem tryumfów nad Moskwą: nie darmo wiosną 1618 roku komisarze Rzeczypospolitej wskazali swym rosyjskim rozmówcom jako miejsce najbardziej odpowiednie dla rokowań pokojowych Pokłonną Górę pod Moskwą, „gdzie też książę Olgierd litewski czynił traktaty”[70]. Wydaje się, iż heroiczna epoka Olgierda nie straciła nic ze swej atrakcyjności nawet wobec propagandowych prób przyrównania rekuperacji Smoleńska (1611) do wiktorii orszańskiej (1514), odniesionej za panowania królewskiego imiennika i dziada – Zygmunta I Starego, którego wnuk – owa „żywa gałązka Jagiellonów” – miałby być swoistym wcieleniem i godnym następcą[71].

Poczucie zwycięstwa nad „wrogiem przyrodzonym”, którego widomym dowodem stało się rekuperowanie prowincji ruskich, oderwanych od Wielkiego Księstwa Litewskiego przed wiekiem (Smoleńsk, Czernihów, Nowogród Siewierski), co usankcjonował rozejm dywiliński (1618) zdjęło na pewien czas z porządku dziennego kwestię moskiewskich roszczeń. Powyższego stanu rzeczy nie odmieniła nawet podjęta przez Państwo Moskiewskie próba odwojowania utraconych ziem: wojna smoleńska z lat 1632–1634 zakończyła się na tyle spektakularną klęską sąsiada, iż ostateczna pacyfikacja stosunków z nim w następstwie zwycięskiego pokoju w Polanowie (1634) zdawała się zgoła nieuchronna, zaś wszelkie roszczenia Moskwy wobec ziem ruskich Rzeczypospolitej – przedawnione.

Wydawało się zresztą, iż narzucony pobitemu wrogowi „pokój wieczysty” (skądinąd gwarantujący Moskwie rezygnację Władysława IV z roszczeń do korony carskiej, a w perspektywie także szereg korzystnych korekt wcześniejszej granicy!) może okazać się trwałym projektem politycznym, przede wszystkim ze względu na możliwe współdziałanie na kierunku turecko-tatarskim, co dokumentowała stosunkowo koncyliacyjna postawa samego króla i władz Rzeczypospolitej podczas żmudnego procesu delimitacji spornych terytoriów i stanowienia ostatecznej granicy (m.in. rezygnacja z Trubecka i powiatu sierpiejskiego)[72].

Miarą tych oczekiwań władz Rzeczypospolitej stało się wielkie poselstwo Adama Kisiela, obliczone na zacieśnienie sojuszu przeciw „bisurmanom”. Podczas uroczystej audiencji na Kremlu w dniu 28 sierpnia 1647 roku kasztelan kijowski wygłosił mowę, która wydaje się zaświadczać, iż ówczesna elita Rzeczypospolitej skłonna była doszukiwać się po stronie moskiewskiej już nie tylko sprzymierzeńców, ale zgoła pobratymców: oto wraże do niedawna „potencje” jawią się jako „dwa cedry libańskie z iednego wynikłe korzenia, tak z iednego narodu Słowiańskiego Państwa obiedwie Wszechmocna Boska ręka zgromadziła i ufundowała”[73]. Motyw słowiańskiej wspólnoty pojawiał się zresztą podczas rokowań w wystąpieniach kasztelana kijowskiego wielokrotnie, ale bodaj największe zainteresowanie w wywodach tego dostojnika Rzeczypospolitej – Rusina i dyzunity – zajmował wątek chrześcijańskiego imperatywu wyparcia ordy z Krymu, postrzeganego jako kolebka prawosławia „przodków naszych” ze względu na chrzest Włodzimierza Wielkiego w Korsuniu/Chersonezie[74]. Warto zresztą przypomnieć, iż ów modelowy zgoła gente Ruthenus natione Polonus, podczas nieco wcześniejszych rokowań z moskiewskimi dyplomatami (1645), wyłożył swe poglądy na wspólną genezę obu narodów jako potomków Sarmatów, krytycznie oceniając ich zastarzały konflikt („dziedziczne hostilitates między Sarmatami a sarmatami y między Chrześciany a Chrześciany”)[75]! Okoliczność ta zasługuje na tym większą uwagę, iż w przypadku Kisiela mamy do czynienia nie tylko z wybitnym liderem prawosławnej mniejszości w parlamencie Rzeczypospolitej, zwolennikiem równouprawnienia wyznania prawosławnego, ale także z politykiem blisko związanym z dworem królewskim[76].

Rychły wybuch powstania Chmielnickiego zdewaluował wszelkie projekty współpracy Rzeczypospolitej z Moskwą, dostarczając jej nieoczekiwanie mocnych atutów w rozgrywce o dominium Russiae, która wstępowała w fazę ostateczną. Początkowo zresztą strona moskiewska, nie spodziewając się tak znaczących sukcesów Kozaczyzny, zajęła wyczekujące stanowisko. Koncentrowała się na tradycyjnych sporach pogranicznych i skrupulatnie dokumentowała wszelakie – rzeczywiste i wyimaginowane – despecta, które spotykały w Rzeczypospolitej cara i Państwo Moskiewskie, spodziewając się wyciągnąć jakieś korzyści z trudnego położenia potężniejszego do niedawna sąsiada. Wiktoria berestecka osłabiła na pewien czas moskiewskie roszczenia, ale katastrofa armii koronnej pod Batohem (1652) sprawiła, iż Moskwa zaczęła sposobić się do wojny, otwarcie już zgoła wspierając Kozaków. Ostatecznie postanowienia rady perejasławskiej i przyjęcie Kozaczyzny под высокую царскую руку (1654) znamionowały początek krwawych trzynastoletnich zmagań obu państw o ziemie ruskie (1654–1667), których wynik końcowy miał ostatecznie zmienić dotychczasowy układ sił w Europie Wschodniej[77].

Wydaje się wielce prawdopodobne, że na początkowym etapie działań wojennych strona moskiewska jeszcze nie zdawała sobie sprawy ze słabości potężnego do niedawna adwersarza i postępowała z dużą ostrożnością, akcentując religijne powody wypowiedzenia pokoju, co zauważalne jest chociażby w adresowanych do prawosławnych poddanych Rzeczypospolitej apelach, by łączyli się z carskimi wojskami przeciw „odstępcom”. Niebawem wszakże z carskiej kwatery pod Smoleńskiem (sierpień 1654 roku) wyekspediowano „gramoty” do prawosławnych biskupów lwowskiego i przemyskiego, oraz do ludności Wołynia, Bracławszczyzny i Podola, zachęcające ich do poddania się władzy Aleksego Michajłowicza[78], co można traktować jako swoistą próbę odrodzenia pod carskim berłem dawnej Rusi w jej historycznych granicach. Manifestacją ówczesnych terytorialnych aspiracji jawi się ówczesna tytulatura moskiewskiego władcy, a raczej zachodzące w niej kolejne zmiany. W następstwie sukcesów z lat 1654–1655 początkowo tytuł przyjął postać Государь, Царь и Великий князь всея Великия и Малыя и Белыя России Самодержец, by następnie pęcznieć wręcz od kolejnych predykatów terytorialnych. Po odbyciu przez cara uroczystego ingresu do zdobytego Wilna (30 lipca 1655 roku) uzupełniono tytuł o государя Полоцкого и Мстиславского, zaś po upadku Kowna i Grodna dodano jeszcze великого князя Литовского, Белой России, Волынского и Подольского, co uregulował osobny carski ukaz z 3 września 1655 roku. Niebawem też pojawiły się w moskiewskiej administracji nowe urzędy centralne, mające administrować podbitymi terytoriami – prikazy: Wielkiego Księstwa Litewskiego (Litewski), Małorosyjski i Smoleński[79]. Zdobywcy w swych poczynaniach, obliczonych na zamanifestowanie tych oszałamiających sukcesów, niekoniecznie liczyli się z odczuciami wyzwalanego jakoby spod katolickiego ucisku ruskiego żywiołu Rzeczypospolitej: łatwo sobie wyobrazić reakcję tutejszego prawosławnego duchowieństwa na uzurpację moskiewskiego patriarchy Nikona, który naśladując cara, włączył do swej tytulatury „Małą i Białą Ruś”. Działanie to stanowiło oczywisty zamach na prerogatywy pozostającego wszak poza jego jurysdykcją metropolity kijowskiego, któremu podlegały przecież wszystkie prawosławne eparchie na zawojowanych przez Moskwę terytoriach[80].

Działania militarne toczyły się jeszcze przez wiele lat, i to ze zmiennym szczęściem, początek lat sześćdziesiątych przyniósł bowiem Rzeczypospolitej znaczące sukcesy i pozwolił odrzucić moskiewskie zagony aż po linię Berezyny i Dniepru. Niemniej wojna została ostatecznie przez państwo polsko-litewskie przegrana, zaś utratę rozległych prowincji ruskich na rzecz sąsiada sankcjonował nowy – tzw. pełny – tytuł carski, ustanowiony po zawarciu zwycięskiego przecież dla Moskwy rozejmu andruszowskiego (1667) i umieszczony na pieczęci wielkiej cara Aleksego i jego następców: Пресветлейший и державнейший великий государь и великий князь всея Великия и Малыя и Белыя России, самодержец: Московский, Киевский, Владимерский, Новгородский, царь Казанский, царь Астраханский и царь Сибирский, государь Псковский, великий князь Смоленский, Тверский, Югорский, Пермский, Вятцкий, Болгарский и иных, государь и великий князь Новагорода Низовския земли, Черниговский, Рязанский, Ростовский, Ярославский, Белозерский, Удорский, Обдорский, Кондийский и всея северныя страны повелитель, и государь Иверския земли, Карталинских и Грузинских царей, и Кабардинские земли, Черкасских и Горских князей и иных многих государств и земель Восточных и Западных и Северных Отчичь и Дедичь и наследник и государь и обладатель[81]. (Godne uwagi, iż niezależnie od zdobyczy terytorialnych usankcjonowanych przez traktat andruszowski w tytulaturze carskiej pozostał, i to na zaszczytnym miejscu, predykat „kijowski”, chociaż zgodnie z literaturą rozejmu dawna stolica Rusi miała być zwrócona Rzeczypospolitej po upływie dwóch lat, co przecież nigdy nie nastąpiło[82]).

Poczynania strony rosyjskiej od początku działań wojennych budziły opór władz Rzeczypospolitej, akcentujących pełnię jej praw do ruskiego dziedzictwa. Podczas rokowań rozejmowych w Niemieży, które doprowadziły do zawarcia traktatu rozejmowego, otwierającego co prawda przed dynastią Romanowów wielce kuszącą perspektywę uzyskania tronu polsko-litewskiego (3 listopada 1656 roku), przedstawiciele Rzeczypospolitej, starający się bezskutecznie szermować argumentem „wojny sprawiedliwej”, co strona moskiewska odparowała uzasadnieniem, iż car dochodził orężnie „krzywd i zelżywości swoich”, a więc zgodnie z doktryną św. Augustyna właśnie on jest szermierzem słusznej sprawy, której, biorąc pod uwagę rosyjskie sukcesy, jawnie „pobłogosławił Bóg”, zgłosili zdecydowany protest wobec posługiwania się przez cara Aleksego tytułami Великого князя Литовского i государя Белой и Малой Руси. Zdezawuowali tym samym pośrednio nawet posłanie króla Jana Kazimierza do moskiewskiego władcy przekazane mu za pośrednictwem Piotra Galimskiego wiosną 1656 roku. (Nb. pod wpływem moskiewskich uzurpacji Waza również wprowadził wówczas do swej tytulatury zupełnie nowy predykat, a mianowicie „białoruski”!). Symptomatyczne też, że chociaż instrukcja dla posłów dopuszczała cesję Smoleńszczyzny w zamian za pokój, to Jan Kazimierz również w tym przypadku zachować miał tytuł „księcia smoleńskiego”[83].

Taką postawę wobec praw do ziem ruskich uznać należy za wielce charakterystyczną dla stosunków polsko-moskiewskich nie tylko w następnych dekadach, ale zgoła aż do końca I Rzeczypospolitej: chociaż pokój wieczysty z 1686 roku ostatecznie sankcjonował przejście we władanie cara wielu spornych dotychczas prowincji – Smoleńszczyzny, Czernihowszczyzny, Siewierszczyzny i Lewobrzeżnej Ukrainy wraz z Kijowem – w tytulaturze królów polskich aż do 1795 roku trwała pamięć o dawnej przynależności owych „awulsów”, jak nazywano w oficjalnej terminologii utracone terytoria. W preambule do Konstytucji 3 maja obok imienia monarchy znalazły się wszak wszystkie historyczne predykaty: „Stanisław August z Bożej łaski i woli narodu król polski, wielki książę litewski, ruski, pruski, mazowiecki, żmudzki, kijowski, wołyński, podolski, podlaski, inflancki, smoleński, siewierski i czernihowski”. Podobnie kultywowano także istnienie hierarchii urzędów ziemskich utraconych województw: smoleńskiego, czernihowskiego i kijowskiego (utracone częściowo)[84].

Szczególną próbą przeciwdziałania moskiewskim uroszczeniom i odwołania się do związku między dziedzictwem dawnej Rusi i ideologią Rzeczypospolitej stały się polsko-kozackie rokowania, uwieńczone tzw. ugodą hadziacką (1658)[85]. Na podstawie umowy zawartej wówczas między kozacką starszyzną i przedstawicielami Rzeczypospolitej państwo polsko-litewskie miało zmienić swój dotychczasowy charakter, powiększając się o trzeci równoprawny człon – Wielkie Księstwo Ruskie, obejmujące trzy dotychczasowe województwa: kijowskie, czernihowskie i bracławskie, mające swych przedstawicieli w sejmie i senacie, jak również własną hierarchię urzędów (m.in. hetmana, marszałka i kanclerza ruskiego). Właśnie podczas tych trudnych negocjacji ich główny architekt, kasztelan wołyński Stanisław Kazimierz Bieniewski, wygłosił 16 września 1658 roku błyskotliwą orację, podsumowującą dotychczasowe zabiegi polskiej dyplomacji, obliczone na ukazanie kozackim partnerom opozycji Ruś–Moskwa jako oczywistej. Bieniewski – doświadczony dyplomata, słusznie uznawany przez współczesnych za wybitnego eksperta od spraw kozackich i moskiewskich – umiejętnie podkreślił obustronną winę w trwającym od dziesięcioleci konflikcie polsko-kozackim, postulując wzajemne odpuszczenie sobie krzywd w obliczu wspólnego dla niedawnych współziomków wroga („Ulitował się Bóg nad krajem sobie miłym, Polską i Rusią, skruszył serce wasze i nasze, abyśmy uderzywszy się w piersi, grzech nasz poznali, a jeden drugiemu odpuścili”) – złowrogiej „moskiewskiej monarchii”, którą uznać za karę boską dla obu narodów. Motyw „moskiewskiego jarzma”, niezliczonych prawnych ograniczeń i obciążeń podatkowych, uzupełniony o rewelacje na temat rzekomych planów przesiedlenia Kozaków na Sybir, aby oswobodzić żyzne ziemie ukrainne dla moskiewskich osadników, wsparty został zgoła nieoczekiwanie wątkami religijnymi, kwestionującymi wspólnotę wyznaniową Rusi i Moskwy, m.in. poprzez różnice w statusie duchowieństwa. Znakomicie skonstruowana przemowa zawierała stosowną pointę, którą polski dyplomata przekazał Kozakom w imieniu „ojczyzny”, czyli Rzeczypospolitej: „Jam was porodziła, nie Moskal, jam wypielęgnowała, wyhodowała, wsławiła. Ocknijcie się, bądźcie synami nieodrodnymi, a zjednoczywszy się do gromady, wyrugujecie nieprzyjaciół swoich i moich”[86].

Wydaje