Pod taflą - Louise O'Neill - ebook
Opis

Poznaj nowe oblicze jednej z najpiękniejszych baśni wszech czasów!
Głęboko Pod taflą zimnego, wzburzonego morza żyje Gaia, syrena, która marzy o świecie bez dworskich zasad i ojcowskich nakazów. Gdy buntuje się po raz pierwszy i wypływa na powierzchnię, spotyka chłopaka, który sprawia, że dziewczyna pragnie dołączyć do jego beztroskiego świata. Ile będzie musiała poświęcić, by spełnić marzenie o wolności i stąpaniu po lądzie? Co się stanie, gdy zabraknie jej odwagi?
Louis O’Neill pozwala czytelnikowi zagłębić się w świat magicznych istot i trudnych do pokonania barier, które jej postacie mają odwagę przełamywać. Baśń o małej syrence jeszcze nigdy nie była tak aktualna i silna w przekazie. Pamiętaj, nigdy nie pozwól zamknąć się w klatce kłamstw i cudzych przekonań!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 316

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Surface Breaks

Copyright © Louise O’Neill, 2018

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt graficzny okładki: Paola Escobar

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Daria Górecka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66381-01-8

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo

do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

Dedykuję Aine Loughnan,

mojej pierwszej w życiu

najlepszej przyjaciółce,

oraz mojemu ukochanemu

chrześniakowi,

George’owi Gillanowi

Moje dziecko, jeszcze nie jesteś gotowa. Cierpliwości. Twój czas w końcu nadejdzie.

Słyszałam to, odkąd sięgam pamięcią.

– Kiedy będę gotowa? – dopytywałam. – Babciu, kiedy? Kiedy, kiedy?

Ona jednak kazała mi być cicho.

– To dla twojego dobra – zapewniała. – Dobrze wiesz, jaki stosunek do ludzkiego świata ma twój ojciec. Licz się ze słowami, bo jeszcze cię usłyszy.

Nigdy nie pozwalano mi mówić zbyt wiele. Ojciec nie przepadał za ciekawskimi dziewczynkami, dlatego szybko gryzłam się w język i czekałam. Tak upływały dni mojego dzieciństwa – nikły jak morska piana na grzywach fal. Liczyłam je, liczyłam dni i noce, tygodnie, miesiące, lata. Od dawna czekałam na ten dzień.

I wreszcie nadszedł. Kończę piętnaście lat i pozwolą mi wynurzyć się na powierzchnię, rzucić okiem na świat ponad nami. I może tam odnajdę odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. A mam ich naprawdę sporo. Od wielu, wielu lat połykam je, zamiast wypowiadać na głos. W gardle stale czuję ich gorzki posmak.

– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, moja kochana Muirgen – mówi babka Thalassa, dekorując mi głowę wieńcem lilii wodnych. Siedzę na tronie wyrzeźbionym w koralowcu, wpatrując się w swoje odbicie w popękanym lustrze – pamiątce z okrętu, który zatonął przed dwoma laty. Rusałki wynurzyły się na powierzchnię i śpiewem doprowadziły marynarzy do zguby, gdy runęli w morskie głębiny, a woda wypełniła ich rozdęte płuca. Rusałki tak pięknie śpiewały. W zemście za całe zło, które im wyrządzono.

Mój pokój w pałacu wypełniony jest takimi znaleziskami – pamiątkami po śmiertelnikach, którzy zstąpili ze swojego świata do naszego, zbieranymi przeze mnie sztuka po sztuce. Widelec, którym staram się okiełznać moje długie czerwone włosy; pierścionek z klejnotem, o którego pożyczeniu od dawna marzą moje siostry, lecz którym wcale nie mam ochoty się dzielić. Alabastrowo białe popiersie młodego mężczyzny. Zastanawiam się, kim mógł być, skoro jego twarz wyciosano z marmuru; czy zdarzało mu się spoglądać na morze i rozmyślać, co kryje się w jego głębinach. Ciekawe, czy w ogóle wiedział o naszym istnieniu.

– Nie do wiary, że to już twoje piętnaste urodziny – mówi babka. – Pamiętam dzień, w którym przyszłaś na świat, jakby to było wczoraj.

Wszyscy w królestwie pamiętają o moich urodzinach, jednak wcale nie ze względu na mnie. Babka, przy pomocy ostrej muszli małża, stara się właśnie przyszyć perłę do mojego rybiego ogona. Patrzę, jak z rany na ogonie sączy się krew. Przez chwilę unosi się niczym obłok w wodzie, po czym rozpływa bez śladu. Perły są wielkie i ciężkie. Muszę zawsze nosić ich sześć, tak by lud trytonów nie zapomniał, że należę do rodu królewskiego, a tym samym jestem od nich lepsza pod każdym względem.

– Od początku było jasne, że jesteś wyjątkowa – kontynuuje babka.

Nie dość wyjątkowa jednak, by powstrzymać moją matkę przed zostawieniem nas.

Babka zdrapuje łuski z ogona, nie bacząc na moje pojękiwanie. Dla Thalassy z Białego Morza takie skargi niewiele znaczą. Piękna nie dostajemy za darmo, mawia. Zawsze ma ono swoją cenę. Wskazuje przy tym własny ogon, w który wprawiono dwanaście pereł. Ponieważ babka nie pochodzi z rodziny królewskiej, oczekuje się od niej, że będzie dozgonnie wdzięczna za ten zaszczyt, którym obdarzył ją jej zięć, Władca Mórz. A ponieważ król nie odwrócił się od niej nawet po tym, jak jej córka… zbłądziła, spodziewano się po babce tym większej lojalności. Owszem, pochodziła z arystokratycznego i szanowanego rodu, jednak dopiero moja matka okazała się dla niej przepustką do najwyższych zaszczytów. Możliwe, że babka do dzisiaj nie zdaje sobie sprawy, jak wysoką cenę musiała zapłacić jej córka. Możliwe, że niewiele ją to obchodzi.

W ustach babki słowo „wyjątkowa” znaczy tyle co „piękna”. Dla kobiety żyjącej w królestwie istnieje tylko jeden sposób zasłużenia sobie na opinię wyjątkowej – musi być niezwykle urodziwa. A ja jestem. Podobnie zresztą jak wszystkie córki Władcy Mórz, jednak to ja jestem pośród nich najpiękniejszą. Klejnotem w koronie mojego ojca, a on pragnie chwalić się przed całym światem moją pięknością i odbierać należny podziw poddanych.

– Mam na imię Gaja – poprawiam babkę. – Tak nazywała mnie moja mama.

– Nie mówmy o niej – ostrzega. – Muireann miała wiele szalonych pomysłów, na które lepiej spuścić zasłonę milczenia.

Muireann. Tak rzadko słyszymy, by ktoś wypowiadał imię naszej matki. Z wrażenia na chwilę odbiera mi mowę.

– Ale przecież…

– Ciii… – ucisza mnie babka, oglądając się z przestrachem przez ramię. – Źle zrobiłam, że zdradziłam ci imię, jakie dla ciebie wybrała.

Na moje piąte urodziny ubłagałam ją, żeby opowiedziała mi coś, cokolwiek, o mojej matce. Mówiła na ciebie Gaja, wyjawiła w końcu. Kiedy usłyszałam to imię, poczułam, jakbym wróciła do domu i odnalazła prawdziwą siebie.

– Gaja nie jest morskim imieniem, moje dziecko – wyjaśnia teraz babka.

– Ale właśnie tak pragnęła nazywać mnie mama, prawda?

– Owszem – przyznaje z westchnieniem.

– A ojciec przystał na jej prośbę, czyż nie? Mimo że Gaja to imię ziemskie, niespotykane wśród naszego ludu.

– Władca Mórz w tamtym czasie pałał do twojej matki wielką sympatią. Chciał ją uszczęśliwić.

Z początku sądzono, że zamiłowanie matki do ludzkiego świata jest niewinnym dziwactwem. Zmieniło się to z chwilą, gdy zaczęła się podejrzanie zachowywać. Przepadała gdzieś na długie godziny, a po powrocie wymyślała skomplikowane usprawiedliwienia. W końcu została porwana.

– Ale jednak mama…

– Twoja mama nie żyje, Muirgen – mówi z naciskiem babka. – Nie mówmy o niej więcej.

Wbrew temu, co wszyscy powtarzają, wcale nie jestem przekonana, że umarła. Wiem tylko tyle: kiedy ktoś znika w dniu twoich pierwszych urodzin, całe twoje życie zamienia się w zagadkę domagającą się rozwiązania. Dlatego zaczęłam spoglądać w górę. Spędziłam całe życie, spoglądając pytająco ku górze i rozmyślając o matce. Zastanawiając się, dlaczego odeszła.

– Może nadal żyje – mówię.

– Muireann umarła.

– Skąd możesz wiedzieć na pewno? Wiemy tylko tyle, że ją porwano. Może…

– Muirgen – babka wchodzi mi w słowo. Spoglądam jej w oczy, równie błękitne jak moje. W naszym świecie, w głębinie, jest to dominujący kolor. – Kobiecie nie przystoi zadawanie zbyt wielu pytań.

– Ale ja po prostu chcę…

– Kobiecie nie przystoi również żywienie wielu pragnień. Postaraj się to zapamiętać.

Muireann z Białego Morza pragnęła zbyt wiele. Członkowie starszyzny mawiają mi: Jesteś taka sama jak twoja matka (oczywiście tylko wtedy, gdy nie może ich usłyszeć ojciec, który nie życzy sobie, by wspominano o niej na dworze), to podobieństwo jest… (no jakie? Przerażające? Dziwaczne?). Nigdy nie dokańczają tej myśli. Zamiast tego mówią: Wielka szkoda, że spotkał ją taki los. Wszyscy pogodzili się już z faktem, że umarła. Mimo że nigdy nie odnaleźliśmy jej ciała, które można by pochować w mule na dnie. Żałują, że tak się stało, ale zarazem czegóż innego mogła oczekiwać kobieta pokroju mojej matki? Kobieta, która odważyła się żywić własne potrzeby, własne pragnienia. Marzyła o ucieczce, dlatego tak jak ja zaczęła spoglądać w górę, ku powierzchni. I spotkała ją za to kara.

Babka sięga po ostatnią perłę, wysuwając język w oznace pełnej koncentracji. Mój ogon musi wyglądać nienagannie na dzisiejszym balu. Tego dnia ojciec zawsze jest wyjątkowo wymagający.

Czekam, aż babka skupi się bez reszty na pracy, po czym znów spoglądam w górę. Widzę mroczne morze, przewalające się fale, wyciągam szyję, by dostrzec blade światło nad nimi. To tam udała się moja matka. I ja muszę wyruszyć do góry, bo tylko tam mogę znaleźć odpowiedzi.

Babka ciągnie mnie za ogon, próbując przywołać do porządku, nadal jednak siedzę z zadartą głową, spoglądając ku powierzchni. Mam już piętnaście lat, a to znaczy, że mogę robić, na co mam ochotę.

Przystaję pod pokojem moich sióstr i zaczynam przysłuchiwać się ich sprzeczce. Dziewczęta mówią podniesionymi, zirytowanymi głosami. Gdybyśmy zachowały się kiedyś w ten sposób przy ojcu, powiedziałby, że jazgoczemy. Ale oczywiście nigdy się na to nie odważymy. Jako córki Władcy Mórz musimy zawsze zachowywać się nienagannie.

– To mój grzebień.

– Mylisz się, Talio. Twój jest czarny.

– Mam dwa grzebienie: jeden czarny, a drugi koralowy. A ty właśnie używasz mojego koralowego. Oddawaj mi go w tej chwili.

– Talio – cedzi Cosima w chwili, gdy otwieram drzwi. Obie unoszą się na środku pokoju, a pozostałe trzy siostry ignorują ich kłótnię, nie podnosząc się z łóżek. – Wbrew temu, co ci się wydaje, nie wszystko należy do ciebie. To mój grzebień.

Pokój jest olbrzymi. Sklepiony strop udekorowano zielonymi i brązowymi wodorostami, posadzkę wyłożono marmurem o perłowym połysku. W dwu przeciwległych kątach pokoju stoją dwa pojedyncze łóżka. Pod oknem z witrażem ze szkła morskiego stoi podwójne łóżko – sypia na nim Talia, odkąd przed ośmioma laty przestałyśmy chodzić do przedszkola. Ja jestem najstarsza, oznajmiła, biorąc je w posiadanie. Cosima próbowała protestować, ale nic nie wskórała. Będę sypiała na tym łóżku, dopóki nie opuszczę pałacu, by zamieszkać z moim mężem w jego domu, stwierdziła Talia. Od dawna już nie pozwala sobie na takie komentarze. Wszystkie wiemy, że nieprędko będzie mogła opuścić pałac.

Kiedyś w tej komnacie również ja miałam swoje łóżko. Zasypiałam, trzymając za rękę Cosimę. Nękały mnie w tamtym czasie koszmary, wizje, w których ludzie zadawali mojej matce straszliwe cierpienia. Cosima musiała wybudzać mnie z nich potrząsaniem i zapewniać, że wszystko będzie dobrze. Nie martw się, Gaju, mawiała. Tylko ona nazywała mnie tym imieniem, ponieważ dobrze wiedziała, jak wiele to dla mnie znaczy. W końcu jednak nadeszły moje dwunaste urodziny i wszystko się zmieniło.

Cosima płakała do późnej nocy. Jej zachrypnięty szloch był niczym nieme oskarżenie. To nie moja wina, chciałam jej powiedzieć. Nie prosiłam go, żeby wybrał mnie. Wszystko to wydarzyło się niezależnie ode mnie. Ostatecznie postanowiłam, że zamieszkam na wieży w najwyższej części pałacu. Żadna z moich sióstr nie próbowała odwieść mnie od tego pomysłu. Pozostawało mi udawać, że tego nie dostrzegam.

– Wieża pozbawiona jest stropu – nasrożył się ojciec. – Nad głową będziesz miała tylko wodę.

Odparłam, że wcale mi to nie przeszkadza, i posłałam mu uśmiech, który tak lubił – niewinny uśmiech grzecznej dziewczynki. Poskutkowało.

– Prośba mojej Muirgen jest dla mnie rozkazem – powiedział dobrotliwie.

W ten sposób zdobyłam pozwolenie na przeprowadzkę do najwyżej położonej komnaty na wieży. Zataszczyłam na górę moje łóżko, zwierciadło, grzebień i klejnoty. Nie zapomniałam o popiersiu młodzieńca, tyle że musiałam poczekać na moment, gdy ojca wezwały obowiązki.

Władca Mórz pała nienawiścią do ludzi. Wieści o nich cieszą go tylko wówczas, gdy dotyczą kolejnych ciał, które zapadają w morską toń jego królestwa z oczami wytrzeszczonymi, jakby czegoś szukały. Czego mogą wypatrywać? Ukochanej? Pomocy, która nigdy nie nadejdzie? Dla Króla Morza nie ma to zresztą najmniejszego znaczenia. Martwy człowiek, mawia z uśmiechem, gdy kolejne ciało przepływa za oknem naszej sali jadalnej, to najlepszy człowiek (babka nieodmiennie próbuje go bronić: Czy można go winić po tym, jak ludzie potraktowali waszą matkę?).

– Oddawaj – upiera się Talia. Wyrywa grzebień z rąk Cosimy z triumfalnym okrzykiem: – Ha!

– Witajcie, siostry – mówię, na co obie odwracają się do mnie.

– Spóźniłaś się – burczy Talia, przeczesując grzebieniem kruczoczarne włosy. Jako jedyna spośród nas ma włosy, które za nic nie chcą się kręcić. Może nawijać je na muszle-konchy, jednak z mizernym skutkiem. Dokuczamy jej czasem, twierdząc, że pewnie jest półkrwi Rusałką. Niemożliwe, by w żyłach dziewczyny o tak prostych włosach płynęła czysta woda.

– I co, wyprawiłaś się już na górę? – interesuje się Cosima.

– Jeszcze nie – mówię. – Zrobię to jutro o świcie.

– Wielkie nieba, sądziłam, że pomkniesz tam przy pierwszej okazji. Może mimo wszystko wcale nie jesteś taka sama jak ta cała nasza matka. Byłaby wielka szkoda, gdybyś odziedziczyła po niej jej chorobę.

– Nie waż się mówić w taki sposób o naszej mamie – syczę.

– A czemu nie? Przecież nas porzuciła.

– Nieprawda.

– Muirgen. – Cosima wzdycha. – Matka była świadoma zagrożenia, a mimo to dzień po dniu wypływała na powierzchnię. Była lekkomyślna. Możliwe, że wcale nie chciała zostać złapana, ale sama sobie jest winna. Koniec końców porzuciła swoje dzieci.

Cóż mogę na to odpowiedzieć? Może byłyśmy dziećmi, które porzuca się bez żalu.

– Cosimo, daj jej spokój – odzywa się z łóżka Sophia, trzecia pod względem starszeństwa. – Dzisiaj są jej urodziny, zapomniałaś?

– A czy to w ogóle możliwe? Jak ktokolwiek mógłby o tym zapomnieć?

– Wiem, co chcesz powiedzieć – mamroczę. – Dzisiejszy dzień jest przeklęty. A ja jestem przeklętą syrenką. Zadowolona?

– Siostro, nie mów tak. – Sophia wzdycha. – To twoje urodziny, a my chcemy je uczcić. Wszystkie.

Podpływa do mnie, a jej sięgające pasa kasztanowe włosy unoszą się wokół niej. Kiedy mnie ściska, czuję woń soli i cyny, aromatycznych wodorostów, którymi obwiązała szyję i nadgarstki. Wszystkie zresztą pachniemy tak samo (tam, wysoko, kobiety spryskują skórę zapachem kwiatów: róży, lilii czy jaśminu; tam, wysoko, rosną pachnące kwiaty, a z ich pąków sączą się perfumy).

– Muirgen, wiem, że dzisiaj jest twoje święto – odzywa się Talia, obgryzając paznokcie. Co roku w dniu moich urodzin jest dziwnie spięta. Kiedy obchodziłam pierwsze urodziny, ona miała już siedem lat. Dzięki temu dokładnie zapamiętała, co wydarzyło się na tamtym niesławnym przyjęciu. Talia pamięta wszystko. – Ale to wcale nie usprawiedliwia twojego spóźnienia. Przez ciebie wszystkie napytamy sobie biedy.

– Wcale się nie spóźniłam.

– Spóźniłaś się – nie daje za wygraną Talia. – Nia, dobrze mówię?

Nia siedzi przy oknie i z dłonią położoną płasko na zielonej szybie przygląda się przepływającej ławicy ryb.

– Słucham? – pyta, wyrwana z zamyślenia. – Tak, masz rację, Talio. Jak zawsze zresztą. – Po chwili spogląda na mnie i zmusza się do uśmiechu. – Wszystkiego najlepszego, Muirgen.

– Ile pereł dostałaś? – chce wiedzieć Cosima. – Coś mi się zdaje, że babka dała ci aż siedem. Czy to prawda? Dlaczego miałabyś dostać aż siedem, skoro wszystkie mamy tylko po sześć?

– Cosimo, dostałam tylko sześć pereł – zapewniam, gdy Sophia chwyta mnie za rękę i odsuwa cienką jak pajęczyna siateczkę, którą owinięte jest jej łóżko, tak bym mogła wpłynąć do środka. – Tyle samo co wy. Babka nie wyraziłaby zgody na nic innego.

– Na pewno, droga Muirgen – mamrocze Cosima, odwracając się z powrotem do zwierciadła. Zamontowane jest u szczytu jej łóżka, ozdobione muszlami małży i krasnorostów. – Typowe.

– Tak w ogóle sama idea noszenia pereł jest archaiczna – wtrąca Arianna. Leży na brzuchu, jasnozielony ogon złożyła w pół i muska się nim po plecach, tak jakby coś ją tam swędziało. – Gdybyście razem ze mną, Sophią i babką odwiedziły kiedyś Rubieże, zrozumiałybyście, jak straszliwym marnotrawstwem zasobów jest ten zwyczaj. Powinniśmy środki z pałacowej szkatuły przeznaczać na poprawienie warunków życia poddanych zamiast trwonić je na błahe zachcianki.

– Tak, Arianno, już o tym mówiłaś – przypominam.

Ze sto razy. Babka każdego tygodnia odwiedza Rubieże, miejsce, do którego ojciec zsyła „osoby niepożądane”, a więc te stworzenia morskie, których widoku w pałacowych murach nie potrafi znieść. Babka zanosi nieszczęśnikom jedzenie i eliksiry uwarzone przez uzdrowicielkę. Król wprawdzie niezbyt przychylnie odnosi się do tych gestów dobrej woli, jednak równocześnie nie próbuje ich powstrzymywać. Zapewne po prostu obawia się sytuacji, w której mieszkańcy Rubieży staliby się zbyt wygłodniali.

– Przecież to nie my decydujemy o tym, że nosimy perły, prawda? – pytam Ariannę. Nie żebyśmy decydowały o czymkolwiek.

Arianna puszcza moją uwagę mimo uszu.

– Dlatego na co dzień wystrzegam się noszenia jakichkolwiek ozdób – ciągnie. – Robię tak dla zasady. Ale też obce są mi obsesje na punkcie pereł i luster. Nie chce mi się wchodzić w dyskusje, który grzebień należy do kogo ani czyje włosy są najbardziej kręcone. Mówię zupełnie poważnie, gdybyście następnym razem wybrały się ze mną i babką z misją dobroczynną, gdybyście tylko zobaczyły na własne oczy, w jak straszliwych warunkach egzystują nasi bliźni…

– Trytony żyjące w Rubieżach radzą sobie całkiem dobrze – wchodzi jej w słowo Cosima. – A nawet lepiej. Poza tym mają szczęście, że w ogóle pozwalamy im tam żyć. Te stworzenia to przecież jakiś wybryk natury.

– Wybryk natury? – pyta gniewnie Nia. Patrzę na nią szybko, zaskoczona. Nia nigdy nie wdaje się w kłótnie. – Przecież nie mają wpływu na to, jacy są.

Cosima przewraca oczami.

– Litości. Gdyby tylko chcieli, mogliby się zmienić. A poza tym – tu zwraca się znowu do Arianny – Ari, przecież dzisiaj jesteś tak samo jak my wystrojona w perły. Tyle, jeśli chodzi o twoje zasady.

– Dzisiejszy dzień się nie liczy. Dobrze wiesz, że nie mogę… – Arianna nie kończy, jednak wiem, co ma na końcu języka.

Nie mogę, ponieważ dzisiejszego wieczoru na dworze odbywa się wielki bal.

Nie mogę, ponieważ na balu będzie ojciec, który oczekuje od nas, byśmy zaprezentowały się odpowiednio wystrojone.

Nie mogę, ponieważ Władca Mórz wpadłby w złość, gdybyśmy sprzeciwiły się jego życzeniom. Król nie toleruje kobiecego nieposłuszeństwa, zwłaszcza takiego dnia jak dzisiaj.

A my świetnie wiemy, co się dzieje, gdy ojciec jest zły.

– Nie mówmy o tym już więcej – proponuje Sophia, po czym, zwracając się do mnie, dodaje: – Jubilatko, wyglądasz prześlicznie. Zale nie będzie mógł oderwać od ciebie oczu.

– Obawiam się, że Zale ma pilniejsze sprawy na głowie – cedzi Cosima.

To kolejny powód, dla którego może się na mnie złościć. Prawdę mówiąc, wolałabym, żeby Zale zamiast na mnie gapił się na Cosimę. Jej przynajmniej sprawiłoby to przyjemność.

– Cosima ma całkowitą rację. Jestem pewna, że Zale nawet mnie nie zauważy – mówię. Oby tak było. – Niewątpliwie jego myśli zaprzątać będzie metoda wymordowania wszystkich Rusałek.

– I świetnie – cieszy się Cosima. – Zale po prostu chce nas chronić. A Rusałki stanowią zagrożenie. Są inne. W przeciwieństwie do nas, nie zostały zrodzone przez morze.

Mówi to takim tonem, jakby nie opowiadano nam tej historii, odkąd byłyśmy dziećmi. A w każdym razie pewnej jej wersji. Ta babki przepełniona jest współczuciem: Rusałki to nieszczęsne istoty. Ponieważ zostały kiedyś skrzywdzone, teraz odreagowują. Bądźcie dla nich dobre. Rusałki żyją w tych morzach równie długo jak trytony, jednak nie zostały zrodzone z soli. Niegdyś były ludzkimi kobietami, lecz zgrzeszyły. Ponieważ musiała spotkać je kara, jak wszystkie kobiety upadłe, zostały zgładzone. Umierając, szlochały, a ich skargi ugrzęzły w ich gardłach. Topielice, mawia o nich babka. Umarłe, które nauczyły się oddychać pod wodą, zanim jeszcze Morska Wiedźma wzięła je pod opiekę. Babka jako jedyna twierdziła, że powinniśmy litować się nad Rusałkami, mimo że to z ich ręki na wojnie zginął jej jedyny syn. Dlaczego nie złościsz się na Rusałki po tym, co spotkało wuja Manannána? – spytałam ją pewnego razu. Babka stwierdziła, że jestemzbyt młoda, by to zrozumieć.

Pozostali przedstawiają inną wersję tej historii. Podkreślają zachowanie Rusałek podczas wojny, zniszczenia, jakie siały, i fakt, że uśmiechały się podczas mordowania trytonów, głodne przelewanej krwi.

– Rusałki trzeba trzymać krótko – oznajmia Cosima, nawijając na palec kosmyk blond włosów. Nadal nie odrywa spojrzenia od odbicia w lustrze.

– Całe szczęście, że mamy do pomocy Zale’a – stwierdzam. – Nic nie sprawia mu większej satysfakcji niż kontrolowanie kobiet.

Siostry reagują śmiechem na moją złośliwość, jednak zaraz potem poważnieją. Nie wolno nam śmiać się z mężczyzn, niezależnie od tego, jakie miejsce w hierarchii społecznej zajmujemy.

– Dość tego. Jesteśmy już spóźnione. Światło odbite w wodzie zaczyna się zmieniać – oznajmia Talia. Wygania Nię i Ariannę z łóżek. Cosimę odciąga od lustra. – Jak tak dalej pójdzie, napytamy sobie biedy. – Jest już pod drzwiami, gdy zatrzymuje się i patrzy na Sophię i mnie. – Idziecie czy nie?

– Chwileczkę – mówię. Muszę zebrać siły, zanim to wszystko się zacznie.

– Muirgen, zabraniam ci się spóźniać.

– Talio, mam już piętnaście lat. Od dzisiaj nie możesz mi niczego „zabraniać”. Nie jesteś moją matką.

– Jestem tego doskonale świadoma – przyznaje po cichu, a ja nagle żałuję swoich słów. Nie powinnam tak mówić do Talii. – W porządku. Niczego ci nie zabraniam. Zamiast tego coś ci doradzę: spóźnienie byłoby niewybaczalnym błędem.

– Nie spóźnię się.

– Muirgen, to twoje urodziny. Nie powinnaś spóźniać się na własny bal – upiera się Talia, a mnie ogarnia wesołość. Dzisiejsza impreza ma niewiele wspólnego z moimi urodzinami. Talia tymczasem nie rezygnuje: – Mówię zupełnie poważnie. Ojciec…

– Ojcu nic nie będzie – przerywam jej. – Za pięć minut dołączę do was na dworze.

Westchnąwszy teatralnie, Talia wypływa z komnaty, a dziewczyny podążają za nią, zamiatając w wodzie bujnymi fryzurami.

– Siedem pereł – dobiega mnie utyskiwanie Cosimy. – I jakby tego było mało, jeszcze ten bal z okazji jej uro… – Głos siostry cichnie i w komnacie w końcu zapada cisza.

Kiedy wyprowadzałam się do wieży, powiedziałam Babce: Cieszę się, że nie muszę już dłużej sypiać we wspólnej sypialni. Czasami potrzebuję pobyć sama i pomyśleć.

Babka dotknęła wtedy dłonią mojego policzka i odezwała się: Tak bardzo przypominasz mi twoją matkę.

Na usta cisnęły mi się pytania: Dlaczego? Co konkretnie mamy wspólnego? Opowiedz mi o niej, babciu. Opowiedz mi o dniu, w którym się urodziła. O tym, jakie było z niej dziecko. Jakie były jej ulubione zabawy? Co najbardziej lubiła jeść? Jakie piosenki lubiła śpiewać? Opowiedz, opowiedz, opowiedz mi. Mam tyle pytań, jednak wiem, że żadne z nich nie doczeka się odpowiedzi. W każdym razie nie tutaj, nie na dnie morza.

– Cosima powinna wreszcie dać mi spokój, wcale nie jestem traktowana na specjalnych warunkach. Na pewno nie przez babkę – mówię, gdy jestem pewna, że nikt nas nie podsłucha.

– Wiesz, czemu się tak zachowuje – odzywa się cicho Sophia. – Spróbuj ją zrozumieć.

– To jej nie usprawiedliwia – upieram się. – Ani Talii, która się rządzi. Pospiesz się, Muirgen. Spóźnisz się, Muirgen. Żaden tryton jej nie zechce, jeśli pozostanie taka wredna. A Nia to jeszcze gorszy przypadek, zgadza się ze wszystkim, co Talia powie. Brak jej charakteru.

– Bądź dla niej miła – prosi Sophia. Zbiera włosy w kok i wpina w nie fragment ułamanej muszli-konchy. – Nadal nikt się z nią nie zaręczył, mimo że ma już dwadzieścia jeden lat. Wie, że cały dwór huczy od plotek na jej temat. O niczym innym nie umie teraz myśleć.

– Może bycie panną wcale nie jest dla niej takie złe – mówię i zapada cisza. Nic mnie już nie uratuje i obie o tym wiemy.

– A jeśli chodzi o Nię… – przerywa milczenie Sophia. – Cóż, ma swoje problemy.

– To znaczy? Jest zaręczona z Marlinem. Nie musi martwić się o przyszłość.

– Naprawdę wydaje ci się, że Nia pragnie żyć z Marlinem?

– Ja… – (Wraca do mnie wspomnienie: pałacowa kuchnia, rok temu. Nia szlocha, twarz ma opuchniętą od płaczu. Ojciec nie byłby zachwycony, gdyby zobaczył ją w takim stanie. Proszę, babciu, błaga Nia. Nie zmuszaj mnie do tego. Nie mogę. Jestem inna, rozumiesz? Nie jestem… Babka milczy jednak jak głaz. Zauważa mnie. Muirgen, syczy. Co tu robisz? Jak ci nie wstyd podsłuchiwać?) – Sophio, co właściwie chcesz powiedzieć?

– Nieważne.

Nasze spojrzenia się spotykają. Błękitne oczy siostry wpatrują się w moje, równie błękitne. Wolałabym, żeby moje miały inny kolor. Jak wieść niesie, kobiety tam, u góry, mają oczy w przeróżnych kolorach: brązowe, zielone, fioletowe i piwne. Ich skóra jest brązowa, czarna, żółta i biała. Tam, u góry, kobietom wolno się różnić.

– Jak myślisz, co powiedziałaby mama, gdyby była tu z nami? – pytam.

Sophia ogląda się nerwowo do tyłu. Wszystkie to robimy. Jakbyśmy przez cały czas obawiały się, że obserwuje nas ojciec i tylko czeka, aż popełnimy błąd.

– Pewnie pocałowałaby cię i złożyła życzenia urodzinowe – mówi Sophia. – A potem powiedziałaby, że cię kocha.

Ale nie kochała mnie wystarczająco, żeby zostać.

Czasami zastanawiam się, czy powinnam być zła na matkę, jak Cosima. Ale nie jestem. Tęsknię za nią. I chcę się dowiedzieć, co naprawdę ją spotkało.

Cała sala dworska migocze. Skrzą się niezliczone kamienie szlachetne wprawione w koralowe ściany. Z wysokiego stropu zwieszają się, falując, krwistoczerwone serpentyny, do których uplecenia posłużyły wszystkie morskie kwiaty, jakie udało się znaleźć w pobliżu pałacu. Gigantyczne muszle sercówek jadalnych, ułożone w krąg na piachu, służą za fotele dla trytonów. Kiedy przechodzę, usadowieni w nich dostojnicy życzą mi uprzejmie wszystkiego najlepszego.

W połowie wysokości tylnej ściany, w bladym piaskowcu wydrążono balkon, który wysadzono olbrzymimi perłami. Mój ojciec, Władca Mórz, zasiada tam, dłonie wsparłszy na balustradzie. Tuż za nim ustawiły się w rządku moje siostry. Ojciec ma krótko obcięte włosy, zgodnie z tradycją obowiązującą trytonów, głowę otacza mu cienka złota korona. Trójząb stoi nieopodal, oparty o ścianę. Teoretycznie na balu nie potrzebuje broni, a jednak woli trzymać ją blisko. W zapamiętaniu raz za razem wysuwa i cofa szczękę, czemu towarzyszy donośny chrzęst kości. Ojciec nie cierpi tej uroczystości, a mimo to każdego roku domaga się, by ją urządzano w coraz bogatszej oprawie. Chce w ten sposób raz na zawsze udowodnić poddanym, jak mało dba o ucieczkę matki. A my, jeśli nie chcemy ściągnąć na siebie jego gniewu, powinnyśmy dać mu wiarę.

– Muirgen, Sophia. – Babka opływa nas. W jej przyprószonych siwizną włosach błyskają podniszczone metalowe ozdoby. – Gdzieście się podziewały? Przecież wiecie, że Władca Mórz nie toleruje spóźnialskich.

Popychając nas przed sobą, rusza ku ścianie z balkonem. Kiedy dopływamy, Sophia dołącza do sióstr na tyłach, a babka zajmuje miejsce obok niej. Zbliżam się do ojca – muszę się z nim przywitać, a potem spędzić u jego boku tę część uroczystości.

– Czy za twoim spóźnieniem stoi jakiś konkretny powód? – pyta ojciec, gdy unoszę się już w wodzie przed nim. Jego lewe oko pulsuje. To nigdy nie jest dobry znak. – Muirgen, nie lubię takiej opieszałości.

– Proszę o wybaczenie, ojcze – mówię. – Chciałam się upewnić, że wyglądam nienagannie, zanim opuszczę komnatę.

– Sprawdźmy wobec tego, czy warto było czekać. – Jego spojrzenie prześlizguje się po całym moim ciele, poczynając od ogona, a kończąc na wieńcu. Staram się zachować kamienną twarz. Ojciec nie lubi, gdy któraś z nas się wzdryga. – Muirgen, twój widok jest miły memu sercu. Doprawdy bardzo miły – rozpromienia się w końcu. Odwraca się do babki i nagradza ją komplementem: – Thalasso, sprawiłaś się dziś bez zarzutu.

– Dzięki, o Władco Mórz – mówi babka z wyraźną ulgą. – Jednak wszelkie pochwały należne są tobie. To ty ją stworzyłeś. To ty dałeś jej życie, czyż nie?

– To prawda – przyznaje. – Miejmy nadzieję, że okaże się podobna do mnie również pod innymi względami. Wyszłoby to jej na dobre.

Ujmuje mnie za ramię i obraca, tak bym stanęła twarzą w twarz z tłumem gości. Oślepia mnie światło, muszę zmrużyć oczy. Przed sobą mam teraz ocean twarzy. Większości z nich nie znam. Oni natomiast, rzecz jasna, wiedzą, kim jestem.

– Bądźcie pozdrowieni, trytony, syreny, wszyscy moi wierni poddani – przemawia król. – Z przyjemnością witam was na dworze. Zebraliśmy się dzisiaj, aby uczcić urodziny najmłodszej z moich cór.

Trytony wypływają z muszli, spoglądając ku nam z zazdrością i fascynacją. Nam, wybrańcom.

– Dzisiejszy dzień jest cudowny. Nie tylko świętujemy czystkę przeprowadzoną w naszym królestwie, dekontaminację pałacu… – Ojciec każdego roku częstuje poddanych tą samą przemową, jednak podniecenie, które w nim budzą własne słowa, nigdy nie jest udawane. – Nasza radość jest tym większa, że księżniczka Muirgen kończy dziś piętnaście lat. Jak wszyscy wiecie, to wyjątkowy wiek. Przynosi dodatkowe przywileje, ale zarazem nowe obowiązki. Jestem absolutnie przekonany, że Muirgen zdoła udźwignąć obie te rzeczy. To moje najukochańsze dziecko.

Cosima krzywi się, ale zaraz przywołuje do porządku – twarz jej się wypogadza, przybierając pusty wyraz, który tak dobrze znam. Domyślam się, że za komentarz ojca przyjdzie mi zapłacić później. Władca Mórz tymczasem ciągnie:

– A przy tym najbardziej atrakcyjna z mych cór. Przypomina mnie, czyż nie?

Odpowiadają mu wiwaty poddanych, choć wszyscy znają prawdę – bardziej niż ojca przypominam matkę. Przyglądam się, jak oklaskami nagradzają moją urodę, jakby było to coś, na co musiałam sama zapracować.

– Zaśpiewaj! – wołają. – Zaśpiewaj nam, księżniczko!

– Lud przemówił – rzecze ojciec. – Muirgen, zaśpiewasz dla nich.

– Ojcze, jestem zmęczona – próbuję oponować. Mój głos jest jedną z niewielu rzeczy, która należy wyłącznie do mnie. Nie chcę dzielić się nim z tym rozwrzeszczanym tłumem. – Miałam nadzieję, że odpocznę dziś wieczorem.

– Powiedziałem, że masz zaśpiewać, Muirgen – warczy ojciec. – Ja również chcę usłyszeć twój głos. Ojcu chyba nie odmówisz, co?

Nikt nie sprzeciwia się Władcy Mórz. Tej lekcji wyuczyłam się już dawno.

– Ależ naturalnie, ojcze. Jak sobie życzysz.

Biorę głęboki oddech. Czuję, jak na dnie gardła, bez żadnego wysiłku z mojej strony, budzą się dźwięki. Jak tylko otwieram usta, zaczyna płynąć z nich melodia. Prześlizguje się wskroś wody, a wszystko, czego dotknie, staje się przezroczyste.

Trytony wpatrują się we mnie urzeczone. Ta melodia wiąże nas wszystkich i łączy w jedność. Wnika w ich ciała i wprawia je w drżenie. Taki właśnie mam dar, jednak w odróżnieniu od budzącej powszechny zachwyt symetryczności mojej twarzy, talent ten przynosi mi autentyczną radość. W ostatnich latach doszłam do wniosku, że tylko śpiewając, czuję się kompletna, tak jakby ciało i dusza wreszcie stawały się całością. Padały sobie w ramiona i szeptały: Nareszcie, tak bardzo za tobą tęskniłem.

Nim skończę, ojciec bezceremonialnie mi przerywa. Piosenka natychmiast umyka, jak spłoszone zwierzę.

– Cóż za zaszczyt dla was, słuchać takiego śpiewu – mówi. – Jakaż jasność i czystość głosu. Chyba wszyscy zgadzamy się co do tego, że czystość głosu mojej córki nie ma sobie równych.

– Dziękuję, ojcze – recytuję, przywołując z pamięci formułkę, którą wpajano mi od urodzenia. – Dziękuję za ten dar, który mi dałeś. To wielkie szczęście urodzić się jako sól z twojej soli.

– Ależ proszę bardzo – mówi ojciec, składając pocałunek na moim czole. – Miłość ojcowska do córki nie zna granic. I żadne dziecko nie potrzebuje niczego więcej do szczęścia, nieprawdaż?

– Tak, ojcze.

– „Tak, ojcze”. I co dalej?

– Żadne dziecko nie potrzebuje do szczęścia niczego prócz miłości ojcowskiej.

– Doskonale. Ale dość już tego, nie traćmy więcej czasu na pogaduszki – mówi król. Wodzi spojrzeniem po córkach. Na myśl o tym, co nas teraz czeka, wszystkie truchlejemy. To zawsze jest tak samo upokarzające, niezależnie od tego, jak wiele razy to przerabiamy. – Talio, ty siądziesz na końcu – rozkazuje, krzywiąc się, jakby nie mógł znieść jej widoku. – W dalszej kolejności Arianna i Sophia. – Arianna robi wzburzoną minę, mimo niedawnych zapewnień, że obca jest jej wszelka próżność. Ojciec ciągnie: – Nia, wyglądasz dziś całkiem ładnie. Szczęściarz z tego Marlina. – Siostra stoi ze wzrokiem utkwionym w podłodze balkonu. Teraz zostałyśmy tylko Cosima i ja. – Której z moich córek należy się dzisiaj najbardziej zaszczytne miejsce? Której z was wolno będzie stanąć najbliżej mnie, waszego ukochanego ojca? – Ojciec nie odrywa przez chwilę spojrzenia od Cosimy; na tyle długo, by w sercu siostry zrodziła się nadzieja. Naprawdę wolałabym, żeby jej tego oszczędził. – Cosimo, zajmiesz drugie miejsce. Muirgen… ta twarz, ta twarz! To ty jesteś zwyciężczynią, tak jak powinno być. Stań obok mnie, kochana.

Zajmuję miejsce za ojcem, wokół mnie tłoczą się pozostałe siostry. Kiedy przypadkiem ocieram się o Cosimę, szepczę przeprosiny. Ona jednak traktuje mnie jak powietrze. Odrzuca tylko włosy na bok, jakby nie miała żadnych zmartwień. Wykonane z matowego bursztynu drzwi do sali dworskiej stają otworem i wypływa z nich chór syren. Ich głosy splatają, tworząc ścianę dźwięku. Trytony wiwatują; zbliżają się do nich i zaczynają z wielką gracją i elegancją tańczyć w wodzie.

– Jak pięknie wyglądają – zachwyca się Cosima. – A zwłaszcza syreny, nieprawdaż, ojcze? Widzisz, jak w tańcu skrzą się ich perły? – Ojciec posyła jej łaskawy uśmiech, na co Cosima się rozpromienia. – Współczuję mężczyznom. Jak smutne muszą wieść życie, skoro pozbawieni są takich ozdób.

Ojciec parska śmiechem. Mężczyźni nie muszą być piękni. Przyglądam się ich tańcom. Nie obciążają ich perły. Poruszają się dzięki temu odrobinę szybciej od syren. Ich ruchy są swobodniejsze. Są wolni.

Bal toczy się dalej, jednak członkowie mojej rodziny przez cały czas nie opuszczają balkonu, zachowując stosowny dystans do bawiących się w dole gości.

– Władco Mórz, robi się późno – zauważa babka, gdy światło znika, a woda wokół staje się atramentowo czarna. – Jeśli pozwolisz, chciałabym teraz odprowadzić twe córki na spoczynek. Wyglądają na wyczerpane.

– Dobrze, Thalasso – rzecze ojciec. – Niektóre mogą odejść. Ważne, by się wysypiały. W przeciwnym razie ich uroda mogłaby zblednąć. Dotyczy to zwłaszcza ciebie, Talio. – Siostra milcząco kiwa głową. – Nia i Muirgen, wy zostaniecie ze mną. Wasi narzeczeni z pewnością chcieliby zamienić z wami słówko.

– Jak sobie życzysz, Władco Mórz – mówi babka, gestem nakazując dziewczętom, by udały się za nią. Cosima odwraca się jeszcze ku sali. Doskonale wiem, czyją twarz ma nadzieję odnaleźć w tłumie. Och, Cosimo.

Ojciec sięga po trójząb i uderza nim w balustradę: raz, by przywołać Zale’a, drugi raz – Marlina. Oba trytony siedzą w obszernej muszli razem z przyjaciółmi. Jak tylko rozlega się wezwanie króla, momentalnie się zrywają, jakby ktoś schwycił ich w talii na niewidzialne lasso i pociągnął wbrew ich woli. W pierwszej chwili Zale się buntuje, ale szybko zaczyna udawać, że i tak zamierzał ubiegać się o audiencję u Władcy Mórz. Kiedy przyglądam się, jak podpływa mężczyzna, który ma stać się moim małżonkiem, czuję coraz większy ucisk w żołądku. Zaciskam z całej siły zęby, żeby nie zwymiotować.

– Witaj, Władco Mórz – wita się Zale, wpływając na balkon.

Ilekroć go widzę, zdumiewam się na nowo tym, jak starym jest człowiekiem. Ma przerzedzone, gdzieniegdzie przyprószone siwizną włosy i pobrużdżone zmarszczkami czoło. Wcale nie przypomina przystojnego księcia, o którym wspominają nimfie baśnie o prawdziwej miłości, czytywane mi przez babkę w dzieciństwie. Leżałyśmy w łóżkach i czekałyśmy, aż usłyszymy na koniec: i żyli długo i szczęśliwie. Zachodziłam wtedy w głowę, dlaczego mojej mamie odmówiono szczęśliwego zakończenia. Czyżby zarezerwowane było tylko dla posłusznych dziewczynek?

Zale kłania się z szacunkiem przed moim ojcem. Marlin czyni to samo, jednak ułamek sekundy później.

– Dziękuję za wspaniały wieczór, Władco Mórz. Twoja szczodrość nie ma sobie równych – Zale przemawia niemożliwie służalczym tonem. Gdybym go lepiej nie znała, mogłabym pomyśleć, że nie mówi tego szczerze.

– W taki dzień trzeba świętować – mówi ojciec. – Od czternastu lat władam samodzielnie królestwem.

– To prawda. I podołałeś temu jakże wymagającemu zadaniu z wielką mądrością i siłą. Umiesz liczyć, licz na siebie – mówi sentencjonalnie Zale. Słysząc, w jak bezceremonialny sposób wyraża się o mojej matce, czuję gniew, ale panuję nad sobą. Pannom nie jest do twarzy z gniewem, mawia ojciec. Zale tymczasem ciągnie: – Czemuż zawdzięczamy zaszczyt audiencji u rodziny królewskiej?

– Późno już – wyjaśnia ojciec. – Moje córki są zmęczone. Pomyślałem, że chcielibyście się z nimi pożegnać.

Marlin oblewa się rumieńcem.

– Dobranoc, Nio – mówi. Wyciąga do niej rękę, a gdy dotyka jej dłoni, drży lekko, jakby poraził go prąd. Moja siostra tymczasem stoi bez ruchu, ze wzrokiem wbitym w ziemię, niemrawo poruszając ogonem. Nie bardzo rozumiem, co właściwie oznacza jej oziębła reakcja. Marlin jest dość bezbarwnym kawalerem, ale przynajmniej miłym. Delikatnym. Wiem, że nie zrobi jej krzywdy. Zazdroszczę jej tego.

– Możesz odejść, Marlinie – rzecze ojciec, na co Nia reaguje niemal niedosłyszalnym westchnieniem ulgi.

Marlin ponownie kłania się Władcy Mórz, po czym odpływa. Jego szczupły tułów przez chwilę majaczy jeszcze w wodzie, nim zniknie. Następnie ojciec machnięciem ręki daje znać, że również Nia może się oddalić. Milcząco błagam ją, żeby została i chroniła mnie. Ona jednak nie śmie sprzeciwić się poleceniu ojca i zostaję sama z mężczyznami.

– Władco Mórz – odzywa się znów Zale, wbiwszy drzewiec włóczni w ziemię. Nigdzie się bez niej nie rusza, choć nie ma takiej potrzeby. W Królestwie od wielu już lat panuje pokój. Ku wielkiej rozpaczy Zale’a.

Starszyzna opowiada, że wojna toczona między Rusałkami i trytonami ciągnęła się dziesięć długich lat i nic nie zapowiadało jej końca. Pewnego dnia moja matka – niebędąca jeszcze królową, lecz zwyczajną dwórką – udała się przed oblicze mojego ojca i błagała go o zawieszenie broni. Obiecała, że w zamian pozwoli mu się poślubić w swoje szesnaste urodziny. Najwidoczniej Władca Mórz od dawna marzył o żonie. Jednak każda panna poniżej dwudziestego roku życia musiała uzyskać pozwolenie ojca, jeśli chciała stanąć na ślubnym kobiercu. Albo, jak w moim przypadku, nie tyle uzyskać pozwolenie, co zdać się na jego decyzję. Kiedy ktoś dowiaduje się, że mam zostać wydana za mąż za Zale’a, powtarza, jakie wielkie szczęście mnie spotyka. Ach, jakież wielkie szczęście.

Jakby na dany sygnał, Zale rozpoczyna przemowę na swój ulubiony temat – wojny.

– Musimy zastanowić się, co począć z Morską Wiedźmą i Rusałkami – ostatnie słowo praktycznie wypluwa, jakby paliło go w język. – Stają się…

– Zale – wchodzi mu w słowo ojciec. Głos ma nienaturalnie łagodny, a ja gwałtownie się prostuję. Znam ten ton i wiem, co zwiastuje. – Czyżbyś zapomniał, że nie jesteśmy sami?

Zale szuka spojrzeniem moich oczu.

– Ależ oczywiście, że nie – mówi, uśmiechając się, jakby chciał mnie pożreć całą i przeżuć kości. Za rok zwiążę się z tym starcem, przypominam sobie. Na myśl o tym czuję ucisk w gardle. – Jak mógłbym zapomnieć, gdy taka ślicznotka stoi tuż obok mnie?

– Byłbym wdzięczny, gdybyś nie roztrząsał tego typu kwestii w obecności mojej córki. Ani żadnej innej z moich panien. To nie ich sprawa.

Zale głaszcze się po ogolonej czaszce, mrużąc oczy. Są błękitne, podobnie jak wszystkich trytonów, jednak gdy snuje marzenia o bitwach, zderzających się ze szczękiem mieczach i ciałach skracanych o głowy, błękit ten zasnuwa się cieniem i mrocznieje. Zale nie będzie szczęśliwy, dopóki jego włócznia nie zostanie unurzana we krwi. Przede wszystkim krwi Rusałek, ale podejrzewam, że nie jest pod tym względem zbyt wybredny.

– Proszę wybaczyć, Władco Mórz – mówi. – Muirgen, wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Nareszcie ukończyłaś piętnaście lat, musisz być bardzo podekscytowana.

Mam na imię Gaja. Takie imię dała mi moja matka. Zapewne gdyby Zale był człowiekiem innego rodzaju, mogłabym poprosić go, by zwracał się do mnie po imieniu, które wolę. Coś mi jednak podpowiada, że dla niego te niuanse są bez znaczenia. Liczyło się tylko to, że byłam najpiękniejszą z cór Władcy Mórz. Byłam trofeum należnym zwycięzcy, a Zale uwielbiał smak triumfu.

– Pięknie dzisiaj śpiewała, nieprawdaż? – pyta ojciec.

Popycha mnie do przodu, tak by Zale mógł mnie sobie dokładnie obejrzeć. Oddycham przez nos, starając się zachować spokój. To się niedługo skończy.

– Cóż za niezwykły talent – chwali Zale, mimo że prawdopodobnie zupełnie nie ma ucha do muzyki.

– Czyż nie jest olśniewająca? To jedna z największych piękności w całym królestwie. Dziewczyna wielkiej, doprawdy wielkiej urody.

– To prawda – przyznaje skwapliwie Zale. – Wciąż pamiętam tamten bal sprzed lat, gdy było już jasne, że to właśnie Muirgen wyrośnie na najpiękniejszą z twych cór, o panie. Pomyślałem wówczas, że pewnego dnia muszę ją posiąść.

Ja też pamiętam tamtą noc. Ukończyłam wtedy dwanaście lat. Tej samej nocy Cosima zaczęła rozpaczać.

– Postąpiłeś mądrze – odzywa się ojciec, wpijając mi palce w łopatki – że tak wcześnie się nią zainteresowałeś. Gdyby Muirgen nie była moją córką, być może sam wybrałbym ją na małżonkę.

Parskają śmiechem, a ja uśmiecham się wymuszenie. To tylko takie przechwałki. Nic, czym należałoby się przejmować.

– Panie, wracając do rzeczy – odzywa się Zale, znów śmiertelnie poważnym tonem. – Nie możemy dłużej zwlekać. Nieprzyjaciel przeprowadził manewry…

– Dobrze, już dobrze. – Ojciec wzdycha. – Możemy omówić to już teraz.

Zale kiwa głową. Gdy stoją teraz ramię w ramię, wydają się niepokojąco do siebie podobni – obaj mają króciutko przystrzyżone siwe włosy i są szerocy w barach. Można pomyśleć, że są braćmi. Władca Mórz otwiera bogato rzeźbione drzwi w bocznej ścianie balkonu, za którymi mieści się sala narad. W półmroku panującym w pomieszczeniu błyska srebro – zgromadzono tam sterty broni, która cierpliwie czeka na swój czas.

Moja matka poświęciła się, aby te drzwi pozostały na zawsze zamknięte. Ale teraz już jej tu nie ma.

– Muirgen – rzuca ojciec na odchodnym. – Możesz już wracać do siebie.

Ani ojciec, ani Zale nie są ciekawi, czy zastosuję się do ojcowskiego polecenia. Nie ma takiej potrzeby.

Jestem wszak córką Władcy Mórz i zawsze słucham rozkazów.

Pukam w otwarte drzwi sypialni sióstr i czekam, aż pozwolą mi wejść. Leżą osobno, a białe delikatne tkaniny rozwieszone wokół ich łóżek sprawiają, że dziewczęta widoczne są jedynie jako ciemne cienie. Nie śpią, lecz mimo to żadna z nich, nawet Sophia, nie odzywa się do mnie ani słowem. W ten dzień wszystkie ostatecznie kończą obrażone.

– Muirgen – dobiega mnie głos babki. – Wejdź, kochana.

Nie dostrzegłam jej wcześniej, wciśniętej w kąt pokoju za łóżkiem Cosimy. Siedzi przed lustrem o ramie wysadzanej kryształami uformowanymi w gwiazdy. To największe zwierciadło w całym królestwie, spłynęło na dno podczas Wielkiego Sztormu, kiedy to niebo rozdarło się na pół i otworzyło morze. Chciałam zabrać je ze sobą na wieżę, ale Cosima się nie zgodziła. Nie, stwierdziła, krzyżując ramiona na piersi. To ja je odnalazłam. Należy do mnie. Nie możesz mieć wszystkiego, czego chcesz. Obie wiemy, że Cosima nie mówiła wtedy wyłącznie o zwierciadle.

– Usiądź przy mnie, moje dziecko – zachęca babka.

Siedzi w olbrzymiej muszli sercówki jadalnej. Wślizguję się do muszli, zajmując miejsce tuż obok niej. Moje ciemnozielone łuski kontrastują z jej srebrnym ogonem. Babka zanurza dłoń w moich włosach, rozplatając mi warkocz. To coś, czym powinna zajmować się moja matka. Miałaby teraz