Czego ginekolog ci nie powie - Anna Augustyn-Protas, dr n. med. Tadeusz Oleszczuk - ebook

Czego ginekolog ci nie powie ebook

Anna Augustyn-Protas, dr n. med. Tadeusz Oleszczuk

4,1

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Ile razy słyszałem od pacjentek: „Dlaczego nikt mi tego nie powiedział wcześniej?!”

Tadeusz Oleszczuk proponuje holistyczne podejście do zdrowia kobiety. Uważa, że nie można leczyć problemów ginekologicznych bez połączenia ich z właściwą dietą, stylem życia czy wiedzą o czynnikach genetycznych pacjentki. Koncentruje się nie tylko na pojedynczych objawach, ale przede wszystkim szuka ich źródła. Zadaje pytania o rodzaj wypijanej kawy, ilość zjadanych winogron, operacje w rodzinie, nałogi, miejsce zamieszkania. Potrafi powiązać ze sobą na pierwszy rzut oka niepasujące do siebie informacje. I cieszy się, gdy okaże się, że trafił z diagnozą, na jaką wpadłby tylko dr House.

Jestem pod ogromnym wrażeniem pracy i serca, które doktor Tadeusz Oleszczuk oddaje pacjentkom. Właśnie: „oddaje”, bo jest w tym pasja, potrzeba, poczucie misji i ogromna mądrość. Kiedy pomyślę, ile dziewczyn, dzięki znakomitym w swojej prostocie poradom doktora, uniknęło komplikacji, wróciło do zdrowia, aktywności i pełni życia – nie mam cienia

wątpliwości, że to Judym naszych czasów!

Joanna Racewicz

Ta książka to efekt wieloletniej praktyki zawodowej lekarza ginekologa i naukowca-entuzjasty,

który traktuje każdą pacjentkę holistycznie. Jakie jedzenie jest ważne dla szyjki macicy czy

jajników? Do czego potrzebne są bakterie jelitowe? Dlaczego prawidłowo funkcjonująca tarczyca to tajemne drzwi do długiego i dobrego życia? W tej książce nie tylko znajdziesz odpowiedzi na te i inne pytania, ale zaczniesz zastanawiać się nad swoim zdrowiem i zrozumiesz, ile sama możesz dla siebie zrobić.

prof. Elżbieta Krajewska-Kułak,

Uniwersytet Medyczny w Białymstoku,

laureatka nagrody Społecznik Roku tygodnika „Newsweek”

Nowatorskie i błyskotliwe podejście do ginekologii. Czyta się z zapartym tchem, a wyniesiona

z lektury wiedza zachęca do profilaktyki i natychmiastowej zmiany życiowych nawyków.

Ida Karpińska, Kwiat Kobiecości

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 207

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (307 ocen)
155
72
51
16
13
Sortuj według:
SylweczkaZ

Nie oderwiesz się od lektury

Do przeczytania każdej kobiecie
00
preria

Całkiem niezła

nic nowego książka dla mnie nie wniosła, ale zalecanie szczepienia na HPV to duża przesada
00
pWisni

Dobrze spędzony czas

Bardzo przystępnie napisana. Szybko się czyta. Odpowiedzi Pana doktora na pytania o różne zaburzenia nie są wyczerpujące ale esencjonalne. To co wyniesiesz z tej książki, to to, że przy jakichkolwiek dolegliwościach zawsze warto na 3 tygodnie odstawić cukier, gluten, nabial i mięso (poza rybami nie hodowlanymi dorsz, szprotka, śledź). Po tym czasie jak twierdzi lekarz i ja bo nie raz byłam na dietach zdrowotnych od razu można zweryfikować czy czuję się różnicę w samopoczuciu :) oczywiście nie jest rada, która ma zastąpić konsultacje z lekarzem.
00
Evitka85

Dobrze spędzony czas

Ciekawa, dobrze się czytało.
00
Gosia38

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawa
00

Popularność




Au­tor: Anna Au­gu­styn-Pro­tas, Ta­de­usz Olesz­czuk

Re­dak­cja: Pra­cow­nia Co­gi­to, Zu­zan­na Wie­rus

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Anna Jam­róz

Pro­jekt gra­ficz­ny ma­kie­ty i skład: Iza­be­la Kruź­lak

Mar­cin Sza­błow­ski (zdję­cie Anny Au­gu­styn-Pro­tas)

Ja­kub Głę­bic­ki (zdję­cie Ta­de­usza Olesz­czu­ka)

Ry­sun­ki: Shut­ter­stock.com

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy: Agniesz­ka Kna­pek

Re­dak­tor pro­jek­tu: Agniesz­ka Fi­las

Kie­row­nik re­dak­cji: Agniesz­ka Gó­rec­ka

© Co­py­ri­ght by Anna Au­gu­styn-Pro­tas, Ta­de­usz Olesz­czuk

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2020

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­[email protected]­cal.pl,www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-645-0

Przy­go­to­wa­nie eBo­oka: Ma­riusz Kur­kow­ski

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wstęp

Czego najważniejszego nie mówi ci ginekolog (a co powinnaś usłyszeć)

Wszystko zaczyna się w jelitach, czyli od bekonowych chipsów do kłopotów z płodnością

Czym obłaskawić jelita, czyli co z tą zdrową żywnością

Jak się ma dieta do macicy (i nie tylko!), czyli rozdział o mięśniakach – jednym z powszechniejszych kłopotów, z którym kobiety przychodzą do ginekologa

Tarczyca, odpornościowa królowa

Wymarzone dwie kreski, czyli czego lekarz ci nie mówi, gdy nie możesz zajść w ciążę

Nie udało się: byłam i nie jestem, czyli o poronieniach

Czego lekarz ci nie mówi, gdy jesteś w ciąży, czyli córko, powiedz matce, matko, powiedz córce

Przychodzi młoda mama do lekarza…

Torbiele w piersiach, czyli wcale nie „taka uroda”

Policystyczne jajniki, czyli kłopot z nadmiarem

Anemia, blada przyjaciółka

Menopauza, czyli wszystko mogę, nic nie muszę

Choroba to nie wyrok

Varia, czyli co zawsze chciałaś wiedzieć, ale o co wstydziłaś się zapytać

Literatura

Czego ginekolog ci nie powie

Nie po­wie, bo ma je­dy­nie kwa­drans na pa­cjent­kę – na jej wy­słu­cha­nie, zba­da­nie, prze­my­śle­nie dia­gno­zy, udzie­le­nie po­ra­dy i wy­pi­sa­nie re­cep­ty. Cza­sem nie po­wie rów­nież dla­te­go, że nie wie. Więk­szość na­wet świa­tłych le­ka­rzy wi­dzi bo­wiem w pa­cjen­cie tyl­ko ten frag­ment, któ­rym zaj­mu­je się jego spe­cja­li­za­cja. W przy­pad­ku gi­ne­ko­lo­ga bę­dzie to ka­wa­łek cia­ła od pasa w dół, i to też nie od koń­ca. In­te­re­su­je go bo­wiem głów­nie tar­cza bio­der. Ma­rzysz o kimś, kto spoj­rzał­by na cie­bie ca­ło­ścio­wo? Pro­szę bar­dzo, jest ktoś taki.

Wszyst­ko go cie­ka­wi, cią­gle o coś pyta, ana­li­zu­je, łą­czy i szu­ka wnio­sków. Jest pa­sjo­na­tem py­ta­nia: „dla­cze­go tak?”. Jak na­uko­wiec en­tu­zja­sta, któ­ry wie, że or­ga­nizm to ze­staw na­czyń po­łą­czo­nych: ża­den na­rząd nie funk­cjo­nu­je w izo­la­cji od in­nych, żad­na ko­mór­ka nie jest sa­mot­ną wy­spą. Pyta o ro­dzaj wy­pi­ja­nej co­dzien­nie kawy, ilość zja­da­nych wi­no­gron, ope­ra­cje mamy i sióstr, na­ło­gi, miej­sce za­miesz­ka­nia, są­siedz­two, po­dró­że. I cie­szy się jak na­sto­la­tek, kie­dy oka­że się, że tra­fił z dia­gno­zą, na któ­rą oprócz nie­go wpadł­by jesz­cze tyl­ko dr Ho­use.

Sło­wo od au­tor­ki

Pa­mię­tam, jak za­py­ta­łam Dok­to­ra, dla­cze­go po­win­ni­śmy na­pi­sać tę książ­kę. „Bo je­stem jed­nym z nie­licz­nych gi­ne­ko­lo­gów w Pol­sce z trzy­dzie­sto­let­nim sta­żem, któ­ry każ­dą do­le­gli­wość pa­cjent­ki jest w sta­nie po­łą­czyć z jej die­tą, sty­lem ży­cia i ge­na­mi”. To był ar­gu­ment. Świa­do­mość ści­słe­go związ­ku die­ty ze zdro­wiem po­wo­li się u nas pod­no­si, ale wciąż nie­wy­star­cza­ją­co. Rzad­ko wy­kra­cza poza roz­mo­wy przy­ja­ció­łek przy ka­wie. Dok­tor jesz­cze wte­dy do­dał: „…i ja już nie mogę znieść, gdy sły­szę od ko­lej­nej pa­cjent­ki: »Rany bo­skie, dla­cze­go ja tego wszyst­kie­go nie wie­dzia­łam wcześ­niej!«. A ja wie­dzia­łem, tyl­ko nie mia­łem jak się z nią tą wie­dzą po­dzie­lić”.

Dok­tor nie od­kry­wa Ame­ry­ki, nie pro­po­nu­je le­cze­nia chle­bem z pa­ję­czy­ną ani wy­cho­dze­niem o świ­cie na roz­sta­je dróg. Wszyst­ko, czym się dzie­li, uza­sad­nia swo­im do­świad­cze­niem i ba­da­nia­mi, przed­sta­wio­ny­mi na koń­cu książ­ki. To, do cze­go ma szcze­gól­ny dar, to ta­lent łą­cze­nia ze sobą fak­tów. I za­raź­li­wie en­tu­zja­stycz­ny spo­sób opo­wia­da­nia o swo­ich od­kry­ciach.

Sło­wo od au­to­ra

Je­stem szczę­śli­wy, że ta książ­ka po­wsta­ła i że mo­głem prze­lać na pa­pier to, co wiem i cze­go do­świad­czam od lat. Czu­ję się, jak­bym prze­biegł ma­ra­ton. Mam na­dzie­ję, że już nie będę sły­szał: „Dla­cze­go tego nie wie­dzia­łam wcze­śniej!”. Wła­ści­wie po­ło­wę tej książ­ki na­pi­sa­ły same pa­cjent­ki, kie­dy przy­cho­dzi­ły do ga­bi­ne­tu na wi­zy­ty kon­tro­l­ne, bar­dzo czę­sto za­sko­czo­ne, i chwa­li­ły się re­zul­ta­ta­mi le­cze­nia.

Wszyst­kie po­da­ne wia­do­mo­ści na­le­ży trak­to­wać jako in­spi­ra­cje i wzbo­ga­ce­nie świa­do­mo­ści zdro­wot­nej. Nie mogą za­stą­pić ba­dań i po­ra­dy le­ka­rza.

Panie Doktorze, przychodzi do Pana pacjentka z ko­bie­cy­mi nie­po­ko­ja­mi. Coś jest z nią nie tak. Co po­win­na opo­wie­dzieć o so­bie le­ka­rzo­wi?

No wła­śnie, le­ka­rze nie py­ta­ją, a pa­cjent­ki naj­czę­ściej nie zda­ją so­bie spra­wy, jak dla peł­ne­go ob­ra­zu ich pro­ble­mów zdro­wot­nych – wszyst­kich, w tym tak­że dla ko­bie­cych do­le­gli­wo­ści – waż­na jest wie­dza na te­mat sta­nu ca­łe­go or­ga­ni­zmu. Ża­den na­rząd nie funk­cjo­nu­je prze­cież sam. Cia­ło jest jak wiel­kie do­mi­no: pra­ca jed­ne­go or­ga­nu albo od­dzia­łu­je na inne, albo jest in­for­ma­cją, że w cen­tra­li nie dzie­je się naj­le­piej. Już czas na­uczyć się my­śle­nia, że cho­ro­ba to prze­cież nie byt sam w so­bie, a krzyk osła­bio­ne­go or­ga­ni­zmu. I to nim mu­si­my się za­jąć. Naj­pierw trze­ba jed­nak to swo­je cia­ło roz­po­znać, przyj­rzeć mu się, pa­mię­ta­jąc, że na jego kon­dy­cję mają wpływ geny, styl ży­cia, no i die­ta.

Za­cznij­my od die­ty.

Na­sze zdro­wie w prze­wa­ża­ją­cym stop­niu za­le­ży od niej. Nie cho­dzi tu wca­le o ka­lo­rie ani na­wet o ilość sub­stan­cji od­żyw­czych. Cho­dzi głów­nie o ro­dzaj pro­duk­tów, któ­re w sie­bie wrzu­ca­my. Wszyst­ko, co tra­fia do na­szych ust, kil­ka go­dzin póź­niej do­cie­ra do je­lit, a to one na­wet w 80% za­wia­du­ją na­szą od­por­no­ścią. Nie cho­dzi wy­łącz­nie o po­dat­ność na ka­tar czy prze­zię­bie­nie, ale też moż­li­wość roz­wi­nię­cia się no­wo­two­rów, cu­krzy­cy czy de­pre­sji. Więk­szo­ści cho­rób – tak­że tych ko­bie­cych. To nie są żar­ty, choć pa­cjent­ki cza­sem pa­trzą na mnie z nie­do­wie­rza­niem.

Je­śli więc je­li­ta będą do­sta­wa­ły do­brej ja­ko­ści „pa­li­wo”, będą spraw­nie za­rzą­dzać na­szą kon­dy­cją. A do­bre pa­li­wo to tyle, co je­dze­nie nie­prze­two­rzo­ne, nie­ska­żo­ne pe­sty­cy­da­mi, bo­ga­te w wi­ta­mi­ny, skład­ni­ki mi­ne­ral­ne i do­bre kwa­sy tłusz­czo­we. Naj­le­piej też nie­słod­kie, bo cu­kier sprzy­ja na­mna­ża­niu się grzy­bów w cie­płych, ciem­nych za­ka­mar­kach or­ga­ni­zmu. Poza tym je­li­ta to cen­trum za­rzą­dza­nia or­ga­ni­zmem. Kie­dyś uwa­ża­no, że to gło­wa wpły­wa na pra­cę brzu­cha, dziś ba­da­nia po­ka­zu­ją, że jest od­wrot­nie – to z trze­wi pły­ną sy­gna­ły ste­ru­ją­ce na­szy­mi na­stro­ja­mi, na­wet skłon­no­ścią do de­pre­sji.

O co Pan pyta pa­cjent­ki? Czy je­dzą wa­rzy­wa?

Nie, zwy­kle wy­star­czy, że za­py­tam, jak czę­sto ko­rzy­sta­ją z to­a­le­ty. Wczo­raj była u mnie taka dziew­czy­na, któ­ra po­wie­dzia­ła, że wy­próż­nia się raz na ty­dzień. Nie­trud­no so­bie wy­obra­zić, co się dzie­je w jej or­ga­ni­zmie, jak się czu­je, ile ma ener­gii, jaką cerę. No i wia­do­mo od razu, z cze­go skła­da się jej die­ta. Wy­li­czy­ła, co je, i było tak, jak przy­pusz­cza­łem. Co naj­cie­kaw­sze, we­dług pa­cjent­ki wszyst­ko, co ja­dła, było zdro­we: bia­łe mię­so, głów­nie kur­czak, dużo ryb, jo­gur­ty, sło­dzo­ne, bo smacz­niej­sze, dużo owo­ców: wi­no­gron, ja­błek, man­da­ry­nek. Do tego kawa roz­pusz­czal­na z mle­kiem i cu­krem, no do­brze, po­wiedz­my: z eko­lo­gicz­nym sy­ro­pem z aga­wy ze skle­pu eko. Dla na­szych je­lit to wszyst­ko jest ma­sa­kra.

Geny. Waż­na jest hi­sto­ria ro­dzin­na?

Tak. War­to wie­dzieć, ja­kie cho­ro­by wy­stę­po­wa­ły. Czy zda­rza­ły się no­wo­two­ry, ja­kich na­rzą­dów? Klu­czo­we jest zwłasz­cza za­in­te­re­so­wa­nie się tar­czy­cą. Je­śli mama pa­cjent­ki, jej bab­cia lub cio­cie mia­ły z tar­czy­cą kło­po­ty, to nie­ste­ty jest bar­dzo wy­so­kie praw­do­po­do­bień­stwo, gra­ni­czą­ce z pew­no­ścią, że i ona do­sta­nie je w spad­ku. Zo­sta­ła bo­wiem na dzień do­bry wy­po­sa­żo­na w prze­ciw­cia­ła, któ­re ata­ku­ją tar­czy­cę. One pły­ną we krwi mamy, a po­tem znaj­du­ją się w cie­le jej dziec­ka. Poza tym „dzie­dzi­czy­my” rów­nież po­dej­ście do je­dze­nia od naj­młod­szych lat. Je­śli ro­dzi­ce od­ży­wia­ją się kur­cza­kiem z fryt­ka­mi i ket­chu­pem w ra­mach wa­rzy­wa i po­pi­ja­ją taki ze­staw colą, to wia­do­mo, że to bę­dzie też ulu­bio­ny po­karm dziec­ka, na­wet je­śli ono po­cząt­ko­wo bę­dzie do­sta­wa­ło wa­rzyw­ne pu­rée ze sło­icz­ka. To, co bę­dzie ob­ser­wo­wa­ło u swo­ich ro­dzi­ców, bę­dzie je­dze­niem naj­bliż­szym jego ser­cu.

Jest ta­kie ład­ne zda­nie o ro­dzi­ciel­stwie: „Nie martw się, że two­je dzie­ci nie słu­cha­ją tego, co im mó­wisz. Martw się, że wi­dzą, co ro­bisz”.

Wła­śnie. I nie­ste­ty trud­no wyjść z ta­kie­go za­klę­te­go krę­gu. Trud­no tak­że oszu­kać geny. Była u mnie pa­cjent­ka, któ­rej nie­daw­no wy­cię­to nie­wiel­ki gu­zek z pier­si. Za­py­ta­łem o USG tar­czy­cy. Po­wie­dzia­ła, że ni­g­dy so­bie nie ro­bi­ła, bo nie było po­trze­by. „A mama, bab­cia, jak ich tar­czy­ce?”, drą­ży­łem. Wte­dy przy­po­mnia­ła so­bie, że one obie mia­ły ope­ra­cje. Obie! To dla­cze­go ona się nie za­in­te­re­so­wa­ła te­ma­tem? Bo nikt nie zle­cał, a TSH w nor­mie, cze­mu mia­ła­by się do­po­mi­nać? Wy­sła­łem ją na ba­da­nie. Przy­szła po pew­nym cza­sie z wy­ni­kiem, roz­trzę­sio­na, bo na tar­czy­cy guz, nie­mal taki jak na pier­si. Rósł pew­nie kil­ka lat albo dłu­żej. Gdy­by wcze­śniej zba­da­ła tar­czy­cę, moż­na by było go unik­nąć, nie­wy­klu­czo­ne, że nie mia­ła­by tak­że zmia­ny w pier­si. Po­pa­trzy­ła tyl­ko na mnie z wy­rzu­tem i spy­ta­ła, cze­mu nikt jej tego wcze­śniej nie po­wie­dział.

Stąd zresz­tą po­trze­ba na­pi­sa­nia tej książ­ki: żeby mó­wić o tym gło­śno, na­ma­wiać ko­bie­ty do ba­dań. I przy­po­mi­nać im, żeby dba­ły o cór­ki, pil­no­wa­ły ich ba­dań, nie tyl­ko TSH, ale i USG. Naj­le­piej niech idą do ko­goś, kto się w tym ba­da­niu spe­cja­li­zu­je, kto wy­ko­nu­je ba­da­nie tar­czy­cy naj­czę­ściej.

Co było trze­cie? Styl ży­cia. Czy­li o co Pan pyta?

Czy ru­sza się, ćwi­czy. Nic tak nie po­pra­wia krą­że­nia krwi, ale też chłon­ki (lim­fy). Ruch po­pra­wia też pe­ry­stal­ty­kę prze­wo­du po­kar­mo­we­go. Jest nam po­trzeb­ny jak tlen, zresz­tą do­tle­nia tkan­ki i na­rzą­dy. Sku­tecz­nie po­bu­dza układ od­por­no­ścio­wy. Ak­tyw­ność fi­zycz­na uspraw­nia też de­tok­sy­ka­cję – po­cąc się, usu­wa­my z or­ga­ni­zmu wię­cej me­ta­li cięż­kich niż wy­da­la­my z mo­czem. Do­brym po­my­słem są zwłasz­cza ćwi­cze­nia wy­trzy­ma­ło­ścio­we i ko­rzy­sta­nie z saun. Ale uwa­ga: pot naj­le­piej od razu zmyć z cia­ła. W prze­ciw­nym ra­zie tok­sy­ny mogą zo­stać na po­wrót wchło­nię­te przez or­ga­nizm. Wy­si­łek fi­zycz­ny po­ma­ga też zmniej­szać po­ziom stre­su.

Py­tam też pa­cjent­ki, czy czę­sto się stre­su­je. Oka­zu­je się bo­wiem, że dłu­go­trwa­ły stres pod­no­si po­ziom pro­lak­ty­ny, a po­tem jest jak z do­mi­no: jej nad­miar może wy­wo­łać wie­le róż­nych zmian w na­rzą­dach rod­nych i w pier­siach.

Py­tam, jak śpi, czy prze­sy­pia 7–8 go­dzin. Tyl­ko wte­dy wspo­mnia­na pro­lak­ty­na, je­den z na­szych hor­mo­nów stre­su, może uwal­niać się pra­wi­dło­wo. Je­śli jest to za­kłó­co­ne, mózg się nie re­ge­ne­ru­je. Za­bu­rzo­na jest też pra­ca hor­mo­nal­na or­ga­ni­zmu. Za­uwa­żo­no, że ko­bie­ty pra­cu­ją­ce na noc­ne zmia­ny czę­ściej mają na przy­kład tor­bie­le w pier­siach, ale też po­li­cy­stycz­ne jaj­ni­ki, któ­re mają prze­cież zwią­zek z pro­lak­ty­ną.

Waż­ne jest też, gdzie miesz­ka, w ja­kim re­jo­nie. Pa­cjent­ka uro­dzi­ła dziec­ko bez po­włok brzusz­nych. Roz­pacz. Ale miesz­ka­ła w są­siedz­twie pól upraw­nych czy sa­dów, któ­re wi­dać nie były pry­ska­ne na noc, jak na­ka­zu­ją prze­pi­sy, ale w dzień. Ta­kich opry­sków jest kil­ka­na­ście na jed­no pole. A ona miesz­ka­ła nie­opo­dal, wdy­cha­ła dużo tej tru­ci­zny na po­cząt­ku cią­ży i tok­sy­ny za­war­te w opry­skach mo­gły uszko­dzić płód. Ten przy­pa­dek jest dra­stycz­ny, ale więk­szość mie­ści się – nie­ste­ty – w gra­ni­cach od współ­czu­cia do wzru­sze­nia ra­mion: dziec­ko ma pro­ble­my z kon­cen­tra­cją, z na­wią­zy­wa­niem re­la­cji. Co­raz wię­cej po­ja­wia się gło­sów, że za au­tyzm też w ja­kimś stop­niu od­po­wia­da­ją pe­sty­cy­dy, tok­sy­ny w je­dze­niu i po­wie­trzu. A nie ma norm, ile pe­sty­cy­dów czy her­bi­cy­dów może fru­wać w po­wie­trzu.

Co jesz­cze Pana cie­ka­wi?

Na­wy­ki: czy pa­cjent­ka pije al­ko­hol, pali pa­pie­ro­sy. Je­śli pali, to mogę się za­ło­żyć, że ma guz­ki na tar­czy­cy, nie­mal na 100% Cza­sem na­wet pro­po­nu­ję taki za­kład, ale ja­koś pa­nie szyb­ko cho­wa­ją rękę (śmiech). Z roz­mo­wy z pa­cjent­ką, któ­ra jed­nak musi chwi­lę trwać, a nie za­wsze jest na to czas, moż­na zło­żyć nie­mal pe­łen jej por­tret. Aż 70% dia­gno­zy to ob­raz, któ­ry two­rzą wia­do­mo­ści o co­dzien­no­ści pa­cjent­ki. Na­praw­dę. Póź­niej­sze ba­da­nie jest tyl­ko do­peł­nie­niem. Wi­sien­ką na tor­cie.

Po kolei. Zacznijmy od diety. Czy to na pewno jest temat dla ginekologa? Czy jedzenie naprawdę jest tak ważne dla pracy naszych narządów rodnych?

Je­stem gi­ne­ko­lo­giem, ale przede wszyst­kim le­ka­rzem. Wiem, że na­sze po­ży­wie­nie jest klu­czo­we dla pra­wi­dło­we­go funk­cjo­no­wa­nia wszyst­kich na­rzą­dów, w tym tak­że szyj­ki ma­ci­cy czy jaj­ni­ków. Die­ta to baza, pod­sta­wo­wy czyn­nik, od któ­re­go za­le­żą uro­da, sa­mo­po­czu­cie, ale przede wszyst­kim zdro­wie każ­dej ko­mór­ki. Każdej! To, co jemy dzień w dzień albo po­ma­ga im pra­wi­dło­wo funk­cjo­no­wać, albo je ob­cią­ża. Od po­ży­wie­nia za­le­żą wszyst­kie re­ak­cje w na­szym or­ga­ni­zmie. Tak­że cykl mie­siącz­ko­wy, moż­li­wość zaj­ścia w cią­żę i jej zdro­we do­no­sze­nie. Tym­cza­sem więk­szość z nas wy­cho­dzi z za­ło­że­nia, że od za­pew­nie­nia nam zdro­wia są leki. Ow­szem, ale one dzia­ła­ją do­raź­nie. Co z tego, że wy­ci­szą ob­ja­wy sta­nu za­pal­ne­go, je­śli tok­sy­ny w je­dze­niu da­lej będą go po­bu­dzać? Co z tego, je­śli pod wpły­wem le­ków zmniej­szą się mię­śnia­ki ma­ci­cy, je­śli po ich od­sta­wie­niu za­czną ro­snąć na nowo? No­wo­cze­sne te­ra­pie po­tra­fią zdzia­łać cuda, ale żeby ich efekt był trwa­ły, mu­szą być wspar­te zdro­wą die­tą. Albo przy­naj­mniej nie po­win­ny być za­kłó­ca­ne je­dze­niem, któ­re szko­dzi. W koń­cu cho­ro­by, któ­re są po­wo­do­wa­ne nie­pra­wi­dło­wym od­ży­wia­niem się, wy­stę­pu­ją nie dla­te­go, że nie przyj­mu­je­my le­ków.

Co za­tem po­win­ni­śmy jeść?

Pro­duk­ty na­tu­ral­ne, eko­lo­gicz­ne, ta­kie, ja­kie je­dli nasi pra­dzia­do­wie. Nie­prze­two­rzo­ne. Roz­ma­ite. Jed­nym sło­wem ta­kie, któ­re przy­da­ją się na­szym je­li­tom. Bo to one rzą­dzą. Na szczę­ście co­raz wię­cej o tym wia­do­mo, przy­by­wa ba­dań i pu­bli­ka­cji na te­mat mi­kro­flo­ry je­lit, nie­rzad­ko za­ska­ku­ją­cych. Ale trze­ba o tym mó­wić gło­śno i wię­cej, do znu­dze­nia. Bo gros z nas, na­wet je­śli zda­je so­bie spra­wę z roli ukła­du po­kar­mo­we­go, to w co­dzien­nych wy­bo­rach nie łą­czy tego, co ma na ta­le­rzu, ze swo­ją kon­dy­cją i pro­ble­ma­mi zdro­wot­ny­mi.

Uważ­niej wy­bie­ra­my kar­mę dla pu­pi­li czy ben­zy­nę do aut niż je­dze­nie dla sie­bie.

Praw­da jest taka, że czę­sto się­ga­my po co­kol­wiek, byle tyl­ko za­spo­ko­ić ośro­dek gło­du. Lub ape­ty­tu. A prze­cież gra to­czy się o staw­kę znacz­nie wyż­szą niż chwi­lo­wa przy­jem­ność: o na­sze ży­cie, o zdro­wie. To w ukła­dzie po­kar­mo­wym mie­ści się cen­trum ukła­du od­por­no­ścio­we­go. Tam od­by­wa się więk­szość walk z pa­to­ge­na­mi, któ­re or­ga­nizm pro­wa­dzi dzień w dzień. Na­wet w 80% od­por­ność za­wdzię­cza­my je­li­tom, a ści­ślej: za­sie­dla­ją­cym je do­brym bak­te­riom je­li­to­wym. Ale też w ta­kim sa­mym stop­niu przez złe bak­te­rie cho­ru­je­my, czu­je­my się sła­bi i zmę­cze­ni. Ni­g­dy wcze­śniej nie było to tak oczy­wi­ste. I ni­g­dy wcze­śniej na­pra­wia­nie zdro­wia nie było tak pro­ste.

Za po­mo­cą łyż­ki i wi­del­ca.

Na geny nie mamy żad­ne­go wpły­wu. Na śro­do­wi­sko – ogra­ni­czo­ny. Na to, co na­kła­da­my so­bie na ta­lerz – stu­pro­cen­to­wy! Od tego, jak trak­tu­je­my na­sze je­li­ta, za­le­ży, jak nam się od­wdzię­czą i czy będą nas bro­nić przed cho­ro­ba­mi oraz ata­ka­mi bak­te­rii i wi­ru­sów z po­wie­trza czy z krwio­bie­gu. Przez całe ży­cie mamy kon­takt z za­raz­ka­mi. I nie one są za­gro­że­niem, tyl­ko na­sza kiep­ska for­ma. Nie pa­trz­my krzy­wo na ki­cha­ją­cą pa­nią w tram­wa­ju, nie za­ra­zi prze­cież wszyst­kich wo­kół, tyl­ko oso­by po­dat­ne. Za­miast uni­kać za­tło­czo­nych miejsc w se­zo­nie gry­po­wym, le­piej po­pra­cuj­my nad sobą. Za­cznij­my od tego, co do­star­cza­my na­szym je­li­tom.

Je­li­ta, czy­li wiel­ka spra­wa. Czy wiesz, że:

• mie­rzą 7–8 me­trów (5–6 me­trów je­li­to cien­kie, 1–3 je­li­to gru­be);

• mają 300–400 me­trów kwa­dra­to­wych po­wierzch­ni – jest po­rów­ny­wal­na z wiel­ko­ścią śred­nie­go bo­iska spor­to­we­go;

• są 200 razy więk­sze od po­wierzch­ni skó­ry, któ­ra – nie wie­dzieć cze­mu – ucho­dzi za nasz naj­roz­le­glej­szy or­gan;

• za­sie­dla je aż 100 bi­lio­nów bak­te­rii, co ozna­cza, że ko­mó­rek bak­te­rii jest 10 razy wię­cej niż ko­mó­rek na­sze­go cia­ła;

• bak­te­rie w or­ga­ni­zmie prze­cięt­ne­go do­ro­słe­go czło­wie­ka ważą na­wet 3 kg;

• do tej pory uda­ło się roz­po­znać 500 ga­tun­ków za­sie­dla­ją­cych je­li­ta bak­te­rii, i cią­gle są od­kry­wa­ne nowe.

Mó­wi­my o je­li­tach, ale tak na­praw­dę naj­istot­niej­sza jest ich za­war­tość, czy­li bak­te­rie, któ­re je za­sie­dla­ją. Cze­mu są ta­kie waż­ne?

Bo nas ob­słu­gu­ją (śmiech). Tak na­praw­dę to one nami rzą­dzą. Pro­szę po­pa­trzeć:

CO RO­BIĄ BAK­TE­RIE JE­LI­TO­WE:

uczą układ od­por­no­ścio­wy re­ago­wa­nia na wro­gów i przy­ja­ciół, po­bu­dza­ją go do pra­cy; na­wet 80% ko­mó­rek ukła­du od­por­no­ścio­we­go po­wsta­je i na­by­wa kom­pe­ten­cji od­por­no­ścio­wych wła­śnie w je­li­tach;wal­czą z nie­ko­rzyst­ny­mi dla nas pa­to­ge­na­mi;tra­wią je­dze­nie, reszt­ki obia­do­we, któ­re nie zo­sta­ły prze­ro­bio­ne w je­li­cie cien­kim;dba­ją o wy­ściół­kę je­lit (żeby je­li­to nie było „wraż­li­we”);re­du­ku­ją sta­ny za­pal­ne (żeby nie do­szło np. do wrzo­dzie­ją­ce­go za­pa­le­nia je­lit);roz­kła­da­ją tok­sy­ny;syn­te­ty­zu­ją hor­mo­ny: pro­du­ku­ją 80% se­ro­to­ni­ny, hor­mo­nu szczę­ścia;me­ta­bo­li­zu­ją leki;prze­kształ­ca­ją cu­kry w krót­ko­łań­cu­cho­we kwa­sy tłusz­czo­we;syn­te­ty­zu­ją wi­ta­mi­ny K, B;utrzy­mu­ją rów­no­wa­gę pH;re­gu­lu­ją prze­mia­nę ma­te­rii i go­spo­dar­kę wod­ną.

Waż­ną funk­cją bak­te­rii je­li­to­wych jest ich ak­tyw­ność na rzecz ukła­du im­mu­no­lo­gicz­ne­go. Ale nie tyl­ko przez nie­wpusz­cza­nie, nie­po­zwa­la­nie na osie­dla­nie się za­raz­ków. Mają cie­kaw­sze za­da­nie: tre­nu­ją bia­łe krwin­ki w roz­po­zna­wa­niu wro­ga (pa­to­ge­nów) i uczą wal­ki z nimi. Je­śli „do­brych” bak­te­rii jest dużo i są na­je­dzo­ne, zdro­we i krzep­kie, to spraw­nie za­wia­du­ją bia­ły­mi krwin­ka­mi. Je­śli jed­nak jest ich mało, to prze­sta­ją nad nimi pa­no­wać. Wła­dzę w je­li­tach przej­mu­ją na­mna­ża­ją­ce się szyb­ko „złe” bak­te­rie i grzy­by i ni­czym ban­da chu­li­ga­nów za­czy­na­ją de­wa­sto­wać ślu­zów­kę, na przy­kład wy­wo­łu­jąc sta­ny za­pal­ne. No i wpro­wa­dza­ją cha­os w pra­cy bia­łych krwi­nek. Za­miast je musz­tro­wać, mó­wią im: „A rób­cie so­bie, co chce­cie. O, pa­trz­cie, tar­czy­ca, śmia­ło, mo­że­cie ją za­ata­ko­wać”. I te bied­ne, zdez­o­rien­to­wa­ne bia­łe krwin­ki rzu­ca­ją się na na­sze wła­sne na­rzą­dy, tzn. nie one same, a pro­du­ko­wa­ne przez nie prze­ciw­cia­ła. Ich po­ziom w su­ro­wi­cy krwi moż­na ba­dać.

Czy­li od pra­cy je­lit za­le­ży zdro­wie in­nych na­rzą­dów? Od rze­mycz­ka do ko­nicz­ka, od chip­sów z syn­te­tycz­nym be­ko­nem do kło­po­tów z zo­sta­niem mamą?

Do­kład­nie tak. Bo to w je­li­tach po­wsta­ją krwin­ki bia­łe, któ­re pro­du­ku­ją okre­ślo­ne prze­ciw­cia­ła, ata­ku­ją­ce tkan­ki róż­nych na­rzą­dów. To z ko­lei pro­wa­dzi stop­nio­wo do ich za­ni­ku, sta­nu za­pal­ne­go, po­wsta­nia guz­ków lub tor­bie­li. Naj­praw­do­po­dob­niej tak wła­śnie wy­glą­da me­cha­nizm cho­rób au­to­im­mu­no­lo­gicz­nych.

No i gdy taka na przy­kład tar­czy­ca jest ata­ko­wa­na, to nie pra­cu­je do­brze, wy­dzie­la za dużo lub za mało ty­rok­sy­ny, czy­li hor­mo­nu, któ­ry wpły­wa na wszyst­kie na­rzą­dy – każ­da ko­mór­ka czło­wie­ka ma re­cep­tor, „od­bior­nik” ty­rok­sy­ny. Kon­se­kwen­cje za­bu­rzeń są więc róż­no­rod­ne. Na przy­kład jaj­ni­ki mogą stać się po­li­cy­stycz­ne, a w pier­siach mogą po­ja­wić się tor­bie­le.

To w je­li­tach kry­je się więc przy­czy­na cho­rób ko­bie­cych?

Nie za­wsze, ale za­wsze trze­ba to spraw­dzić. My­ślę, że do­ty­czy to 30% ko­biet. To te z za­pa­le­niem tar­czy­cy, tor­bie­la­mi w pier­siach, mię­śnia­ka­mi, za­bu­rze­niem płod­no­ści, nad­wa­gą.

Co­raz czę­ściej mówi się, że je­li­ta są też w za­ska­ku­ją­co bli­skim kon­tak­cie z mó­zgiem. I co naj­lep­sze, to one, a nie mózg, są ośrod­kiem de­cy­zyj­nym.

To od­kry­cie ostat­nich kil­ku lat: z brzu­cha do gło­wy cały czas pły­nie stru­mień in­for­ma­cji wy­sła­nych za po­mo­cą se­ro­to­ni­ny pro­du­ko­wa­nej przez sieć neu­ro­nów opla­ta­ją­cych je­li­ta. To z brzu­cha wy­cho­dzą de­cy­zje o na­szych emo­cjach czy za­cho­wa­niu. We­dług na­ukow­ców z ka­na­dyj­skie­go Bra­in-Body In­sti­tu­te, któ­rzy swo­je wnio­ski wy­cią­gnę­li z ba­dań na my­szach, spraw­na ko­mu­ni­ka­cja po­mię­dzy ukła­dem po­kar­mo­wym a mó­zgiem jest dla or­ga­ni­zmu bar­dzo waż­na. Kie­dy z ja­kichś po­wo­dów do­pływ in­for­ma­cji od bak­te­rii je­li­to­wych zmniej­szy się lub zo­sta­nie prze­rwa­ny, może na­wet dojść do upo­śle­dze­nia pra­cy mó­zgu. Dla­te­go tak waż­ne jest, by nie kar­mić bak­te­rii czymś, co im nie słu­ży.

Mi­kro­biom jest nie­zwy­kle de­li­kat­ny, jak mo­tyl. Już sama zmia­na die­ty po­tra­fi wpły­nąć na wy­mia­nę ca­łych ko­lo­nii bak­te­rii. Tak się czę­sto dzie­je m.in. w po­dró­ży do in­ne­go ob­sza­ru bak­te­ryj­ne­go, szcze­gól­nie do od­le­głych kra­jów, np. tro­pi­kal­nych. Już po pierw­szym kon­tak­cie z in­nym je­dze­niem mogą się po­ja­wić bóle brzu­cha czy bie­gun­ka.

Nie trze­ba jed­nak wca­le wy­jeż­dżać, żeby za­fun­do­wać so­bie je­li­to­wą dys­bio­zę. Oto na­sze grze­chy co­dzien­ne, któ­re szcze­gól­nie szko­dzą bak­te­riom je­li­to­wym:

Nad­mier­ne spo­ży­cie biał­ka zwie­rzę­ce­go (czy­li je­dze­nie mię­sa i wę­dlin kil­ka razy dzien­nie). Die­ta bo­ga­ta w tłusz­cze na­sy­co­ne po­cho­dze­nia zwie­rzę­ce­go jest zwy­czaj­nie szko­dli­wa dla róż­no­rod­no­ści mi­kro­flo­ry. W ta­kim śro­do­wi­sku naj­le­piej czu­ją się bo­wiem bak­te­rie, któ­re mogą wy­wo­ły­wać i po­głę­biać stan za­pal­ny. Gdy jemy dużo mię­sa, na­mna­ża­ją się i mogą nam szko­dzić. Nie­ste­ty, to nie wszyst­ko. O ile biał­ko zwie­rzę­ce ucho­dzi za źró­dło naj­le­piej przy­swa­jal­ne­go biał­ka, to na pew­no trud­no tak kom­ple­men­to­wać drób czy wie­przo­wi­nę do­stęp­ną w skle­pach. Pro­du­ko­wa­ne prze­my­sło­wo mię­so i wę­dli­ny nie­wie­le mają wspól­ne­go z tym, co je­dli nasi przod­ko­wie. Zwie­rzę­ta, z któ­rych są wy­ra­bia­ne, do­sta­ją za­strzy­ki z hor­mo­nów i an­ty­bio­ty­ków – żeby szyb­ciej ro­sły i żeby trzy­ma­ne w stło­cze­niu nie za­ra­ża­ły się od sie­bie cho­ro­ba­mi i pa­so­ży­ta­mi. Do tego kar­mio­ne są pa­sza­mi peł­ny­mi pe­sty­cy­dów. Wszyst­kie te tok­sy­ny zo­sta­ją po­tem w ich mię­sie, i są przez nas zja­da­ne. Na­ukow­cy alar­mu­ją, że mają one wła­ści­wo­ści ra­ko­twór­cze, dla­te­go ich spo­ży­wa­nie na­le­ży ogra­ni­czyć do dwóch razy w ty­go­dniu. A już naj­tań­sze mię­so w su­per­mar­ke­tach po­win­no mieć na­lep­ki: „Mi­ni­ster zdro­wia ostrze­ga: je­dze­nie szko­dzi two­je­mu zdro­wiu”, tak jak pa­le­nie pa­pie­ro­sów.Je­dze­nie ra­fi­no­wa­nych cu­krów i bia­łej mąki, czy­li po­zba­wio­nej war­to­ścio­wych skład­ni­ków od­żyw­czych. Te pro­duk­ty nie są „wi­docz­ne” dla bak­te­rii je­li­to­wych i nie mają żad­nej war­to­ści dla or­ga­ni­zmu. Czy­li nie dają nic na­szym do­brym bak­te­riom, za to – uwa­ga – od­ży­wia­ją, śro­do­wi­sko grzy­bów. Gdy ono ro­śnie w siłę, to zwięk­sza stan za­pal­ny je­lit, na­si­la też gazy i wzdę­cia. Co wię­cej, cu­kier od­ży­wia ko­mór­ki ra­ko­we – one jako pierw­sze się­ga­ją po glu­ko­zę, żeby ro­snąć. Nie da się raka za­gło­dzić, bo ge­ne­tycz­nie jest ina­czej zbu­do­wa­ny, ale do­kar­mić – jak naj­bar­dziej.Pi­cie al­ko­ho­lu – wy­so­ko­pro­cen­to­we trun­ki nisz­czą mi­kro­flo­rę i zwięk­sza­ją stan za­pal­ny je­lit. Gdy do tego al­ko­ho­le są słod­kie, np. wina z wy­so­ką za­war­to­ścią cu­kru reszt­ko­we­go czy wód­ki ser­wo­wa­ne w po­łą­cze­niu z so­kiem owo­co­wym lub na­po­ja­mi typu cola, to do­dat­ko­wo na­si­la­ją roz­rost grzy­bów w je­li­tach. Przy oka­zji przy­spie­sza­ją uza­leż­nie­nie, bo mózg trak­tu­je cu­kier jak na­gro­dę.Spo­ży­wa­nie wy­so­ko prze­two­rzo­nej żyw­no­ści – np. go­to­wych dań, kon­serw. Szcze­gól­nie szko­dzą do­da­wa­ne do je­dze­nia kon­ser­wan­ty, sztucz­ne barw­ni­ki, po­lep­sza­cze sma­ku, emul­ga­to­ry, sub­stan­cje che­micz­ne prze­dłu­ża­ją­ce trwa­łość i inne cu­dow­ne do­dat­ki ulep­sza­ją­ce wy­gląd pro­duk­tów. Wszyst­kie te sub­stan­cje są dla je­lit za­gro­że­niem, bo za­nie­czysz­cza­ją i ra­nią ślu­zów­kę je­li­to­wą, a prze­ni­ka­jąc do krwi, mogą czy­nić spu­sto­sze­nia w in­nych or­ga­nach. Są bo­wiem cia­ła­mi ob­cy­mi, alie­na­mi, nie­roz­po­zna­ny­mi skład­ni­ka­mi, z któ­ry­mi przez ty­sią­ce lat ewo­lu­cji or­ga­nizm nie miał kon­tak­tu i nie bar­dzo wie, jak je spo­żyt­ko­wać. Cza­sem trak­tu­je je jak wro­ga i nie­po­trzeb­nie mar­nu­je siły, żeby z nimi wal­czyć, cza­sem ca­ły­mi mie­sią­ca­mi ku­mu­lu­je we krwi albo na­rzą­dach. Do żyw­no­ści prze­two­rzo­nej po­win­ni­śmy być może za­li­czać już nie tyl­ko pa­rów­ki czy ciast­ka o dwu­let­nim okre­sie przy­dat­no­ści do spo­ży­cia, ale też wa­rzy­wa i owo­ce pro­du­ko­wa­ne prze­my­sło­wo. W cza­sie swo­je­go wzro­stu wie­le z nich jest pry­ska­nych na­wet kil­ka­na­ście razy, przez co nie­rzad­ko za­wie­ra­ją wy­so­kie stę­że­nia ra­ko­twór­cze­go ar­se­nu, kad­mu czy gli­fo­sa­tu.Spo­ży­wa­nie ole­jów ro­ślin­nych pro­du­ko­wa­nych na go­rą­co w tem­pe­ra­tu­rze 160–200°C. Za­war­te w nich kwa­sy tłusz­czo­we nie­na­sy­co­ne w tak wy­so­kiej tem­pe­ra­tu­rze zmie­nia­ją się w tzw. tłusz­cze trans. Są one znacz­nie trwal­sze (to one po­zwa­la­ją cze­ko­lad­kom la­ta­mi le­żeć na pół­kach i wy­glą­dać tak samo ku­szą­co jak w dniu pro­duk­cji). Są nie­ak­tyw­ne bio­lo­gicz­nie, przez co or­ga­nizm ma pro­blem z ich tra­wie­niem, i groź­ne, bo dzia­ła­ją pro­za­pal­nie. Ku­ra­cje an­ty­bio­ty­ko­we – an­ty­bio­ty­ki za­bi­ja­ją wszyst­kie bak­te­rie, tak­że te na­le­żą­ce do ko­rzyst­nej flo­ry je­li­to­wej. Zwłasz­cza leki o sze­ro­kim spek­trum dzia­ła­nia. Po­pu­la­cja mi­kro­flo­ry zmniej­sza się wów­czas o ok. 25–50%, a nie­do­bit­ki są znacz­nie mniej róż­no­rod­ne niż przed te­ra­pią. Żeby przy­wró­cić je­li­tom stan sprzed an­ty­bio­ty­ko­wej ma­sa­kry, po­trze­ba na­wet kil­ku mie­się­cy lub lat zdro­wej die­ty plus wspar­cia ku­ra­cją pro­bio­tycz­ną, a i tak uwa­ża się, że nie uda się od­two­rzyć wszyst­kich ro­dza­jów wy­bi­tych bak­te­rii. Co waż­ne: na dzia­ła­nie an­ty­bio­ty­ków na­ra­ża­my się też nie­świa­do­mie, na przy­kład je­dząc mię­so zwie­rząt kar­mio­nych pa­szą z do­dat­kiem le­ków. Inne ku­ra­cje: che­mio­te­ra­pia, ra­dio­te­ra­pia, le­cze­nie ste­ry­do­we i hor­mo­nal­ne. Wszyst­kie leki, któ­re lą­du­ją w na­szych je­li­tach, mają wpływ na flo­rę je­li­to­wą i in­ge­ru­ją w pro­ce­sy od­por­no­ścio­we. Na­wet te osła­bia­ją­ce wy­dzie­la­nie kwa­su żo­łąd­ko­we­go (IPP), blo­ke­ry hi­sta­mi­ny, a tak­że prze­ciw­za­pal­ne mogą pro­wa­dzić do za­pa­le­nia za­ni­ko­we­go, pę­ka­nia na­czyń, krwa­wień, wrzo­dów żo­łąd­ka czy dwu­nast­ni­cy, a psy­cho­tro­po­we – do zmian skła­du mi­kro­flo­ry je­li­to­wej. Wpływ na mi­kro­biom mają rów­nież leki hor­mo­nal­ne, na przy­kład an­ty­kon­cep­cyj­ne, choć nie zna­my jesz­cze peł­ne­go ob­ra­zu wy­wo­ły­wa­nych przez nie zmian. Wie­my jed­nak, że osła­bia­ją od­por­no­ścio­wą rolę pra­cę je­lit – są ba­da­nia, któ­re wy­ka­zu­ją, że ko­bie­ty sto­su­ją­ce an­ty­kon­cep­cję hor­mo­nal­ną są o ok. 20% bar­dziej na­ra­żo­ne na in­fek­cje grzy­bi­cze.Stres – bo pro­wa­dzi do za­ci­ska­nia się drob­nych na­czyń krwio­no­śnych (przez to na­gle ro­bi­my się bla­dzi). Ale skurcz nie do­ty­czy tyl­ko skó­ry, ale tak­że ślu­zów­ki je­lit. Przez to nie do­pły­wa do nich do­sta­tecz­na ilość krwi, a nie­do­krwio­ne je­li­ta spo­wal­nia­ją pra­cę swo­jej mi­kro­flo­ry. Może to po­wo­do­wać po­wsta­wa­nie nad­że­rek i wrzo­dów. Sil­ny stres nie­rzad­ko pro­wa­dzi do wy­stą­pie­nia bie­gu­nek lub za­parć, a wszyst­ko ra­zem wpły­wa nie­ko­rzyst­nie na przy­swa­ja­nie wi­ta­min i mi­ne­ra­łów.Pa­le­nie ty­to­niu – zwięk­sza stę­że­nie ra­ko­twór­cze­go kad­mu i ar­se­nu. Ba­da­nia opu­bli­ko­wa­ne kil­ka lat temu w na­uko­wym cza­so­pi­śmie „Ga­stro­en­te­ro­lo­gy” wy­ka­za­ły, że pa­le­nie pa­pie­ro­sów po­dwa­ja ry­zy­ko wy­stą­pie­nia po­li­pów w je­li­cie gru­bym. Obie­go­we my­śle­nie, że pa­pie­ro­sy, ow­szem, są tok­sycz­ne, ale sprzy­ja­ją pro­ce­som tra­wien­nym, jest błęd­ne: fak­tycz­nie zmu­sza­ją or­ga­nizm do przy­spie­sze­nia me­ta­bo­li­zmu, ale żeby jak naj­szyb­ciej po­zbyć się uwie­ra­ją­cej go tru­ci­zny. Je­śli stę­że­nie ar­se­nu czy kad­mu prze­kro­czy bez­piecz­ny pu­łap (moż­na to zba­dać!), to przy osła­bio­nej od­por­no­ści może po­ja­wić się no­wo­twór, naj­czę­ściej jest to rak płuc.

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej