Notatki samobójcy - Michael Thomas Ford - ebook
Opis

Nazywam się Jeff. Mam siostrę i rodziców, którzy nadal ze sobą wytrzymują. Cała nasza czwórka mieszka w prześlicznym domku w prześlicznej okolicy w prześlicznym mieście podobnym do milionów innych miast. Rodzice nigdy nas nie bili, nie molestował mnie żaden ksiądz, koledzy w szkole nie dokuczali jakoś szczególnie. Nie słucham death metalu, nie mam obsesji na punkcie brutalnych gier wideo i nie odcinam głów małym zwierzątkom.

Piętnastoletni Jeff trafia do szpitala psychiatrycznego po nieudanej próbie samobójczej. Ma spędzić czterdzieści pięć dni na oddziale dla nastolatków i wziąć udział w terapii grupowej. Chłopak jednak uparcie odmawia rozmawiania o tym, co się wydarzyło. Nie jest szczery nawet z samym sobą. Czego wstydzi się tak bardzo, że nie chce dalej żyć?

Michael Thomas Ford jest autorem wielu książek, w tym „Notatek samobójcy”, „Lily”, „Jane bites back”, „What we remember”, „The road home”. Niektóre z nich nawet zdobyły różne nagrody.

Urodził się w Afryce, potem podróżował po całym świecie. Obecnie mieszka w sielskim stanie Maryland z siedmioma psami, pięcioma końmi i czterema kotami. Lubi psy ratowniki, karty tarota, nurkowanie, kawę, bałaganienie w kuchni, horrory z klaunami, świąteczne dekoracje, muzykę lat 80., Doktora Who i tatuaże. Nie lubi za to się golić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 205

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Michael Thomas Ford

Notatki samobójcyFragment

Przełożyła Maciejka Mazan

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Zajrzyj na strony

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebookuwww.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Dedykacja

Dla Abby McAden, która kazała mi to napisać,

dla Lexy Hillyer, która to poprawiła,

i dla Sarah Sevier, która to przejrzała.

DZIEŃ 1

Czytałem, że kiedy astronauci wracają na Ziemię z przestrzeni kosmicznej, nie mogą powstrzymać wymiotów. Powietrze cuchnie im gnijącym mięsem. My nie zauważamy tego smrodu, bo do niego przywykliśmy, a przecież w tym, czym oddychamy, są najróżniejsze zanieczyszczenia, chemikalia i pozostałe syfy, którymi skaziliśmy środowisko. Wtedy rozpylamy wokół siebie jeszcze inne świństwa, żeby ładniej pachniało. Zupełnie jakby nasza planeta była starym samochodem, w którym na lusterku wiesza się choinkę o woni runa leśnego.

W tej chwili czuję się jak ci astronauci. Przez jakiś czas dryfowałem w przestrzeni, oddychając czystym tlenem i rozmawiając z Człowiekiem z Księżyca. Potem runąłem w przestrzeń międzygwiezdną. Kiedyś się zastanawiałem, jak to jest być meteorytem. Teraz już wiem. Spadasz w nieskończoność, najpierw w próżni, potem pomiędzy chmurami. Całe ciało mrowi, bo przy wejściu w atmosferę ziemską zaczynasz płonąć. Ale pęd sprawia, że trwa to tylko chwilę. Zaraz potem widzisz zbliżający się ocean i zanosisz się śmiechem, dopóki woda nie zamknie ci się nad głową. W końcu dociera do ciebie, że nic ci nie grozi – przeżyłeś upadek – a wypływając na powierzchnię, wydmuchujesz miliony bąbelków w zielononiebieskiej wodzie.

Dopiero gdy się wynurzasz i nabierasz w płuca wielki haust cuchnącego powietrza, dociera do ciebie, że chcesz umrzeć – jesteś jak noworodek, który właśnie przyszedł na świat i pojął, że powinien zostać tam, gdzie mu nic nie groziło. Tak jest teraz ze mną. Unoszę się jak śmieć w oceanie i walczę z mdłościami.

Tylko że tak naprawdę to nie ocean, a szpital. Podobno trafiłem tu zeszłej nocy. Byłem nieprzytomny i kompletnie nie pamiętam, co się działo. Podsłuchałem, jak ktoś opowiadał, że prawie umarłem. Pewnie mało brakowało.

Miałem za to wrażenie, że unoszę się w przestrzeni kosmicznej. W każdym razie – przez chwilę. Pamiętam, jak pomyślałem, że w końcu się dowiem, czy istnieje życie na Marsie. Potem poczułem, jakby ktoś chwycił mnie za stopę i ściągnął z powrotem na Ziemię. Pamiętam swój krzyk, że nie chcę wracać, ale w próżni dźwięk się nie rozchodzi, więc nikt mnie nie usłyszał.

Teraz, kiedy już wiem, gdzie się znalazłem, chyba wolałbym umrzeć.

A może umarłem? Bo jest tak, jakbym trafił do piekła. Tkwię w jednym pomieszczeniu z ludźmi, którzy co pięć sekund sprawdzają, co ze mną. Mówiąc „ludzie”, mam na myśli pielęgniarki, a zwłaszcza siostrę Goody. Naprawdę nazywa się Goody, uwierzycie? I naprawdę jest dobra. Zawsze pyta z uśmiechem, czy mi czegoś nie potrzeba. Notorycznie mnie to wkurza, bo potrzeba mi samotności, a na to nie ma szans. Przez ten pokój przewija się tyle osób, jakbym był jakąś atrakcją turystyczną. Może siostra Goody sprzedaje bilety jak ci faceci w wesołych miasteczkach, którzy zapraszają na pokazy dziwolągów. Naganiacze, tak się chyba ich określa. Właśnie to robi siostra Goody. Stoi przed moimi drzwiami i nagania widzów.

Niewiele tu rozrywek. Nie mam telewizora. Ani towarzystwa (to chyba dobrze). Zero gazet i książek. Leżę w łóżku i gapię się w okno. Szyba jest wzmocniona zatopionym w szkle drutem, żebym czasem jej nie wybił i nie uciekł. Wokół widzę zadrapania i rysy, jakby pacjent, którego tu trzymali przede mną, próbował stłuc szybę, a kiedy nie zdołał tego zrobić, usiłował rozłupać framugę.

Moja sala czasy świetności ma za sobą. Biel ścian poszarzała, tynk popękał, a na suficie widzę dziwną brązową plamę, która przypomina twarz. Może to twarz Szatana. Jak już wspomniałem, myślę, że trafiłem do piekła. Kto więc ma tu na mnie patrzeć, jeśli nie diabeł? Czuwa nade mną z siostrą Goody. Dobro i Zło.

To zabawne. Dobro i Zło. A może tak naprawdę utknąłem w miejscu pomiędzy niebem a piekłem? Jak ono się nazywało? Czyściec. Tam, gdzie trafiają ludzie bez biletu bezpośrednio w górę albo w dół. I zdaje się – niemowlęta. Dorośli, z którymi nie wiadomo, co zrobić, i dzieci. Oto moje towarzystwo.

Jeśli tkwię w czyśćcu, to diabeł i Goody o mnie walczą. Czekają, aż zdecyduję, gdzie chcę iść. Co wybieram – niebo czy piekło. Hmm… trudny wybór. Tak serio, to chyba wolałbym piekło. Pewnie spotkałbym tam ciekawszych ludzi.

Skoro o tym mowa, to gorąco tu jak w piekle. Pod oknem jest grzejnik: wielki, stary, metalowy, dygoczący od przepływającej wody. Podejrzewam, że już dawno powinni go wymienić. Słowo daję, ten budynek musi mieć z tysiąc pięćset lat. Lada chwila rozpadnie się ze starości. Ale wtedy już mnie tu nie będzie.

Pada deszcz. Przez okno widzę kawałek lasu. Ponieważ jest zima, nie wygląda jak las, ale jak tłum szkieletów wznoszących ręce do nieba. Strugi deszczu spływają po szybach, więc kościotrupy znikają pod powierzchnią wody. Jakby tonęły. Ale czy szkielet, który i tak jest martwy, może utonąć? Nieważne, te upiorne drzewa mnie przerażają. Z każdą chwilą coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że trafiłem do piekła. Może powinienem wyjaśnić siostrze Goody, że znalazła się w niewłaściwym miejscu?

Jestem bardzo zmęczony. W kaloryferze coś stuka. Gorąco mi i boli mnie głowa. Ciągle wpatruję się w twarz diabła. Naśmiewa się ze mnie. Szkoda, że Goody nie każe mu się zamknąć. Może przestało ją obchodzić, co ze mną będzie.

W szpitalu na pewno chcieliby, żebym wyjaśnił, dlaczego to zrobiłem. No to wyjaśniam: a bo tak.

DZIEŃ 2

Robi się coraz lepiej.

Okazuje się, że to naprawdę szpital. Nie czyściec. Choć uważam, że to jednocześnie piekło. Na sto procent. Nie wsadzili mnie na zwyczajny oddział, tylko do psychiatryka. No wiecie, tam gdzie siedzą typki, co mają po szesnastu wymyślonych przyjaciół i ciągle się otrząsają z niewidzialnych robaków. Świry. Pomyleńcy. Kompletni popaprańcy.

A ja przecież nie zwariowałem. Nie rozumiem, czemu wszyscy robią wokół mnie takie wielkie halo. I ciekawe, kto mnie tu zamknął. Podejrzewam matkę. Zawsze miała skłonności do przesady.

Nie zamierzali mi powiedzieć, że wylądowałem w wariatkowie. Sam to odkryłem, kiedy Goody zostawiła moją kartę zdrowia koło łóżka i wróciła po coś do biurka. Ktoś mógłby jej wyjaśnić, że powinna uważać na takie papiery, o ile nie chce, żeby ktoś poznał zawartość.

Oczywiście wziąłem tę kartę – zawsze tak robię, kiedy ktoś zostawi w zasięgu ręki coś ciekawego – i w pierwszej linijce przeczytałem: „oddział psychiatryczny”. Najpierw pomyślałem, że karta należy do kogoś innego, ale były w niej moje personalia. Wyznam wam coś: widok własnego nazwiska obok słów „oddział psychiatryczny” potrafi człowiekowi zepsuć dzień.

Kiedy Goody zobaczyła mnie z kartą, nieodłączny uśmiech wreszcie zniknął jej z twarzy.

– Nie powinieneś tego czytać – oznajmiła, jakby oczekiwała, że się zawstydzę i przeproszę.

– To oddział dla wariatów? – spytałem.

Jednocześnie próbowałem przeczytać jak najwięcej, wiedziałem, że zaraz wyrwie mi kartę. Rzeczywiście, zrobiła to dwie sekundy później.

– Pora na leki – powiedziała.

– O, nie – ja na to. – Najpierw niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego się tu znalazłem.

– Chyba wiesz – odparła, patrząc na mnie tak, jakby była pewna, że znam odpowiedź.

– Nie zwariowałem.

– Nikt tak nie twierdzi – zapewniła mnie Goody, znów uśmiechnięta. Jakby to, co się wydarzyło przed chwilą, było tylko krótką przerwą w transmisji.

– Ale tak tu napisano – warknąłem. – Drukowanymi literami.

– Weź pigułkę – odrzekła, ignorując to, co powiedziałem. – Poczujesz się lepiej.

– Nie. Nawet nie wiem, co to za prochy.

Goody ciągle się uśmiechała. Zaczęło mnie to wkurzać.

– To lek uspokajający.

– Faszerujecie mnie prochami? Dlaczego? Co tu się dzieje, do diabła?!

Pielęgniarka cofnęła rękę z papierowym kubkiem i postawiła go na tacy przy moim łóżku.

– Powinieneś porozmawiać z doktorem Katzrupusem.

– Kac… jakim? Kacpupusem? Co to za nazwisko?

– Katzrupusem – powtórzyła. – Sprowadzę go.

Zniknęła razem z moją kartą. Gdyby o niej nie zapomniała za pierwszym razem, nie byłoby tej całej afery. Przynajmniej na razie.

Zerknąłem na pigułkę w kubeczku. Była mała i okrągła jak biedronka. Omal jej nie połknąłem, z czystej ciekawości, ale powstrzymałem się. Jeszcze Goody pomyślałaby, że potrzebuję leczenia. A przecież nie potrzebowałem.

Pielęgniarka wróciła po chwili z jakimś facecikiem: niskim, z bardzo rozczochranymi czarnymi włosami, które dawno powinien ostrzyc. Miał też parodniowy zarost. Wydawał się za młody na doktora i w pierwszej chwili myślałem, że to student. Jakbym nawet nie zasługiwał na prawdziwego lekarza.

– Jestem doktor Katzrupus – powiedział, wyciągając rękę.

– Dlaczego zamknęliście mnie w wariatkowie? – spytałem, przyglądając się jego dłoni. Nie uścisnąłem jej.

– Nie jesteś w wariatkowie – wyjaśnił doktor, cofając rękę. Poprawił zsuwające się z nosa okulary. – Tylko w szpitalu.

– Taaa. Na oddziale dla wariatów.

– To oddział psychiatryczny. A znalazłeś się tu, bo mieliśmy obawy, że coś może cię dręczyć. – Mówił bardzo spokojnie i od niechcenia, jakby informował mnie, co zjadł na obiad. Z jakiegoś powodu to mnie cholernie rozeźliło.

– Coś może mnie dręczyć – powtórzyłem, przedrzeźniając go. Potem parsknąłem śmiechem. – Niby co?

Kacodupek zrobił dziwną minę, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć. Ja przeszywałem go wzrokiem.

– Czy moi rodzice są gdzieś tutaj? – spytałem. – Bo jeśli tak, to bardzo chcę wracać do domu.

– Musimy jeszcze wykonać kilka badań. I nie, nie ma tu twoich rodziców.

Pomyślałem, że to dziwne. Chciałem spytać, dlaczego gdzieś się włóczą, gdy ich dziecko wylądowało w szpitalu, ale się powstrzymałem.

– Kiepsko mi idzie na sprawdzianach – oznajmiłem. – Zwłaszcza niezapowiedzianych. Wolałbym się trochę przygotować. Nie chciałbym zaniżyć poziomu czy coś.

Doktor przyglądał mi się przez chwilę.

– Do zobaczenia – powiedział w końcu.

I wyszedł. Pielęgniarka wróciła z drugim facetem – jak Boga kocham, wampirem. Wyciągnął ze mnie parę litrów krwi, setki próbówek. Po czwartej zaczęło mi się kręcić w głowie.

W końcu człowiek pijawka i Goody zabrali się i poszli, a do pokoju wkroczył ktoś nowy. Kobieta.

– Jestem panna Pinch1 – oznajmiła.

Nic a nic nie zmyślam. Nie wiem, co oni mają tu z tymi nazwiskami. Czy w normalnym świecie ludzie nazywają się siostra Goody, panna Pinch i dr Kacdupek? Dopadło mnie poczucie, że to jakiś sen.

– Muszę zadać ci parę pytań – zaczęła panna Pinch, przysuwając krzesło do mojego łóżka.

To był eufemizm roku. Chyba że „parę” zaczęło nagle oznaczać tysiąc pięćset sto dziewięćset.

– Brałeś kiedyś ecstasy? – spytała z uśmiechem, przechylając głowę jak ptak. Irytujący, wścibski ptaszek.

– Nie – mruknąłem, a ona odhaczyła rubrykę.

– Amfetamina? – Kiedy nie zareagowałem od razu, dodała: – Speed, amfa, feta?

– Wiem, co to jest – oznajmiłem. – I nie, nigdy tego nie brałem.

Znowu odptaszkowała rubrykę. Kokaina? Nie. Ptaszek. Alkohol? Nie. Ptaszek. Marihuana, GHB, poppersy? Nie, nie, nie. Ptaszek, ptaszek, ptaszek.

Odpowiadałem gładko, bo naprawdę nigdy nie brałem, a ona patrzyła na mnie, jakbym kłamał. Więc w końcu dla świętego spokoju przyznałem, że tak, niech będzie, parę razy zapaliłem trawę – i to ją uszczęśliwiło. Jakby na tej planecie nie mógł istnieć człowiek, który nie jara. Debilka.

– A klej? – spytała.

Skinąłem głową, a ona rozpromieniła się jak słoneczko. W każdym razie do chwili, gdy dodałem: „I jadłem ciastolinę. W przedszkolu. To brzydko, wiem. Ale już z tym zerwałem. Przysięgam. Marnie smakowała z sokiem jabłkowym”.

Muszę przyznać, że trochę mnie rozczarowała, bo nie pogniewała się bardziej. Może kiedy człowiek codziennie gada ze świrami, powoli obojętnieje. Wróciła spokojnie do pytań i odhaczania. Kiedy przebrnęliśmy przez listę wszystkich znanych nauce narkotyków, usłyszałem:

– A teraz porozmawiajmy o twoim życiu seksualnym.

– A może nie – odparłem, uśmiechając się równie szeroko jak ona.

– Czy już… – zaczęła.

– Mówię serio – przerwałem jej. – Nie. To nie pani interes.

– Chcę ci tylko pomóc – powiedziała, wciąż z uśmiechem.

– Otóż nie – warknąłem. – Wkurza mnie pani. Proszę stąd iść.

Zrobiła wielkie oczy.

– Serio – powtórzyłem. – Jazda stąd! Nic mi nie dolega. Odpowiedziałem na te głupie pytania o narkotyki i o niczym więcej nie będę rozmawiać. Więc albo sobie pani pójdzie, albo będzie tu siedzieć, a ja się zdrzemnę.

Zatrzasnęła teczkę i wstała.

– Sprowadzę doktora.

Wygląda na to, że tak tu postępują, kiedy usłyszą „nie”. Jakby lekarze byli spieszącą na odsiecz kawalerią czy czymś takim. Zatem znowu zaliczyłem wizytę dobrego, starego Kaca Dupka. Tym razem zamknął drzwi i zostaliśmy sami. Wyobraziłem sobie, że Dobra Siostra i Szczypawa stoją pod drzwiami, podsłuchując.

– Nie ułatwiasz nam zadania – powiedział lekarz.

– Przykro mi. W przedszkolu mówili, że się nie integruję.

– Chcemy ci pomóc.

– Wie pan co, wszyscy tak mówią. Ale ja podejrzewam co innego. Gdybyście chcieli mi pomóc, wypuścilibyście mnie stąd. Nic mi nie jest.

– A mnie się zdaje, że wręcz przeciwnie – oznajmił Kac Dupek.

– Nic mi nie jest. Naprawdę. Mam coś podpisać? Czy wtedy mnie wypuścicie?

– Niestety, ta opcja nie wchodzi w grę.

– A moi rodzice? Gdzie są? Proszę im powiedzieć, żeby mnie zabrali do domu.

– Twoi rodzice zgodzili się, abyś spędził tu trochę czasu.

– Nie możecie mnie tu trzymać wbrew mojej woli – uświadomiłem mu. – Jeśli pan nie wie, to wolny kraj. Ludzie mają tu prawa. Mam prawo do swobody wypowiedzi, posiadania broni oraz prawo do wyjścia z wariatkowa!

Jechałem na pewniaka. Przeczytałem konstytucję. W szóstej klasie. Co prawda już sporo zapomniałem, ale no naprawdę…

Kac Dupek przyglądał mi się przez chwilę, a potem powiedział bardzo spokojnie:

– Jesteś na oddziale psychiatrycznym, ponieważ próbowałeś popełnić samobójstwo. Może ci się wydaje, że czujesz się doskonale, ale to nieprawda. Jeśli nie chcesz o tym teraz rozmawiać, uszanujemy twoją decyzję. Możemy poczekać na rozmowę czterdzieści trzy dni. Chcesz mnie spytać o coś jeszcze?

Ogłuszył mnie tak, że byłem w stanie tylko się na niego gapić.

– Jak to czterdzieści trzy dni?! – wykrztusiłem wreszcie.

– Zostałeś poddany programowi czterdziestu pięciu dni – poinformował rzeczowo. – Jesteś mniej lub bardziej przytomny od dwóch dni, licząc z dzisiejszym, a to znaczy, że zostało jeszcze czterdzieści trzy.

– Co to za program?

– Ma określić przyczynę twoich problemów i wspomóc rekonwalescencję – wyrecytował tekst jak z broszury reklamowej. – Będziesz brał udział w indywidualnych sesjach terapeutycznych ze mną oraz w sesjach grupowych z innymi pacjentami.

– Innymi pacjentami? – podchwyciłem. – Jakimi znowu pacjentami?

– Młodymi ludźmi. Jutro ich poznasz.

– Po co? Będziemy razem śpiewać?

– Jeśli zechcecie. Ale na ogół pacjenci siadają w kółku i czekają, aż ktoś postanowi coś powiedzieć.

– Nie mam nic do powiedzenia.

– W takim razie pozostają ci czterdzieści trzy dni przyglądania się innym. Czy chcesz porozmawiać o czymś jeszcze?

– Może o środowisku? O wpływie efektu cieplarnianego na lasy deszczowe Amazonii? A może o tym, co będzie, kiedy stopnieje pokrywa lodowa? Wie pan, że niedźwiedzie polarne toną, bo nie mają na czym siedzieć?

– Może kiedy indziej. Mam obchód. Wstrzymamy badania do czasu, gdy staniesz się bardziej skłonny do współpracy.

– Powodzenia! – rzuciłem za nim.

Nawiasem mówiąc, mylił się z tym samobójstwem. To wielkie nieporozumienie. Wyjaśnię je niedługo i tyle mnie tu będą widzieli. A póki co może wezmę biedronkę. Skoro tu utknąłem, sen dobrze mi zrobi. Ciekawe, co się czuje po takim prochu. Muszę sprawdzić i opowiedzieć Szczypawie. To ją najwyraźniej kręci.

pinch (ang.) – szczypta, uszczypnięcie [wróć]

DZIEŃ 3

Jest nas pięcioro. Czubków. To znaczy takich w moim wieku. Jest też tłum dorosłych świrów, ale siedzą na swoim oddziale. My mamy własne wariackie przedszkole. Jest jak na Święcie Dziękczynienia, kiedy wszystkie dzieci są sadzane osobno przy niskim stoliku w kącie. Tyle że my nie dostajemy indyczych udek, tylko ochłapy, których nikt nie chce. Na przykład podroby.

Chcę to powiedzieć jasno: mamy tu czworo wariatów i mnie. Poznałem ich pierwszego dnia terapii grupowej. Wpierw nie chciałem w niej uczestniczyć, ale doszedłem do wniosku, że jeśli udowodnię, jaki jestem niesamowicie normalny, będą musieli mnie wypuścić.

Terapia grupowa odbywa się w świetlicy, czyli dużym pomieszczeniu z kanapami, telewizorem, grami i tak dalej. Przypuszczam, że właśnie tam zbierają się świry, kiedy nie zajmują się świrowaniem.

Usiedliśmy w kręgu na twardych, plastikowych krzesełkach. Pomarańczowych – niczym pachołki drogowe – jakby ostrzegały przechodniów: „Uwaga, rozmowy wariatów. Wskazany objazd”. Poza paskudnym wyglądem te krzesełka mają jeszcze jedną wadę: są bardzo niewygodne. Po mniej więcej pięciu minutach tyłek mi zdrętwiał i wierciłem się, żeby znaleźć jakąś w miarę komfortową pozycję. Bez skutku.

Kac Dupek przedstawił mnie wszystkim następująco:

– Słuchajcie, to jest Jeff.

A oni odpowiedzieli:

– Cześć, Jeff.

Mieli identyczne głosy, zupełnie jak zombie mamroczące: „Mmm… mózg”. Nikt na mnie nie spojrzał. Nie odpowiedziałem. Nie zakładałem, że zostanę tu na tyle, aby się z kimś zaprzyjaźnić.

Potem gapiliśmy się na siebie, tak jak wspomniał Kac Dupek. Nikt nie wykrztusił ani słowa, aż w końcu lekarz wskazał chudą dziewczynę z długimi, jasnymi włosami, obgryzającą paznokcie, i zaczął:

– Alice, może opowiesz Jeffowi o sobie?

– Mam na imię Alice – oznajmiła. A to ci niespodzianka. – Co powinieneś o mnie wiedzieć? Ostatni chłopak mamy ciągle przychodził do mojego pokoju nocą i sobie używał, więc raz zaczekałam, aż zaśnie, i poszłam do jego pokoju z benzyną do zapalniczek i zapałkami. Nie zginął, za to ja trochę się poparzyłam.

Podniosła ręce i zobaczyłem czerwone blizny na jej przedramionach. A ona się roześmiała. Potem zasłoniła twarz długimi włosami.

Nie wiem, czy mówiła prawdę. Mogła się przypadkiem poparzyć. A to o kochanku matki pewnie zmyśliła. No, w każdym razie nie zdziwiłbym się, gdyby kłamała. Przecież takie historie są o wiele ciekawsze. Gdybym ja był takim idiotą, żeby się podpalić, też bym teraz łgał.

Rzecz w tym, że jednak jakoś jej uwierzyłem. Nie wiem dlaczego. Co dziwniejsze, nie przerażało mnie to, co zrobiła. Potrafię zrozumieć, czemu podpaliła tego kolesia, co może dowodzi, że jestem tak samo porąbany jak ona. Z tym że ja bym tego nie zrobił. Może na tym polega różnica między wariatami i niewariatami?

Nie powiedziała nic więcej, więc zajęliśmy się jej sąsiadką. Dziewczyna była przeciwieństwem Alice: gruba, ruda, kędzierzawa i pyzata. Kiedy pochwyciła moje spojrzenie, uśmiechnęła się, jakbyśmy się spotkali w autobusie, a nie w szpitalu.

– Mam na imię Juliet – zaszczebiotała jak ptaszek z kreskówki. – Jestem dziewczyną Bone’a.

Zrobiła pauzę, jakbym powinien wiedzieć, co to za jeden ten Bone – jakiś raper, aktor czy inny celebryta – i jej pogratulować. Ponieważ milczałem, Juliet wskazała głową chłopaka obok mnie. Ten wbijał wzrok w swoje stopy.

– To Bone – oznajmiła tonem, jakby prezentowała nowy samochód. – Gramy razem w kapeli Seks i Przemoc Gratis. Bone to gitarzysta, ja śpiewam.

Bone, ubrany w biały podkoszulek, westchnął i założył ręce na piersi. Miał mnóstwo tatuaży, ale nie wyglądał na o wiele starszego ode mnie. Mnie rodzice nigdy by nie pozwolili na dziary, więc zrobiło to na mnie wrażenie. Ale te jego tatuaże nie były ciekawe. Masa płonących czaszek, gołych dziewczyn na motocyklach i tak dalej. Podejrzewam, że ufarbował sobie włosy, bo miały nienaturalnie ciemny odcień. Oczy Bone’a też były czarne. Nie potrafił skupić na niczym wzroku. Wyglądał jak postać z komiksu.

– Które z was to seks, a które przemoc? – spytałem.

– Co? – Uśmiech Juliet zbladł.

– Seks i Przemoc Gratis – powtórzyłem powoli, jakbym mówił do małego dziecka. – Które jest którym?

Juliet zerknęła na Bone’a, chyba prosząc o wsparcie, ale on ani drgnął. Przesunęła ręką po ustach, jakby chciała je wytrzeć. Ktoś zaczął się śmiać i raptem urwał.

– Eee… ale to… – zaczęła niepewnie. – To tylko, no wiesz, taka nazwa.

– Ona nie jest moją dziewczyną – odezwał się nagle Bone. Na chwilę podniósł głowę. – Tylko jej się tak wydaje. Nie gramy razem. Nawet jej nie znam, jasne?

Juliet zaczęła coś mówić, ale Kac jej przerwał w pół słowa.

– Może przejdźmy do następnej osoby – rzucił.

Ta cała sytuacja skojarzyła mi się ze zwiedzaniem. Chodzi się po jakimś zabytkowym obiekcie w małych grupach z przewodnikiem, który pilnuje, żeby nikt na pewno nie dotknął świecznika sprzed ośmiu milionów lat czy tam czego jeszcze. „Może przejdźmy do następnej osoby” to nie propozycja, bo nie można jej odrzucić. To tylko bardziej elegancka forma powiedzenia: „Wynocha stąd. Na korytarzu czeka kolejna banda chętna do oglądania świeczników”.

Kac przepędził więc nas z sypialni, z której Abraham Lincoln uwolnił niewolników, do kuchni, gdzie piecze się chleb jak przed dwustu laty. A tak naprawdę skinął tylko głową do następnej osoby – dziewczyny siedzącej obok Juliet.

– Nazywam się Sadie – powiedziała. – Jestem spod znaku Wagi. Lubię słońce, kocięta i uważam, że zanieczyszczenie środowiska i ludzie emanujący złą energią to dno. Aha, usiłowałam się utopić, jeden facet mnie uratował, no i żyję.

Spojrzała mi prosto w oczy, jakby rzucała wyzwanie. Miała bardzo niebieskie oczy, jak lód na biegunie północnym. Jej włosy były czarne, krótkie i najeżone, a skóra bardzo blada, przez co kolor oczu wydawał się jeszcze bardziej intensywny. Wyglądała jak złośliwy – czy raczej psotny – chochlik.

Potem miał mówić Bone, który mruknął tylko: „Jestem Bone” i znowu spuścił głowę. Miałem nadzieję, że opowie coś więcej o tej swojej-nie swojej dziewczynie albo wyjaśni, jak to jest być postacią z komiksu. Ale on pewnie uznał, że wyjawił już wystarczająco dużo.

No i przyszła kolej na mnie. Naprawdę nie miałem ochoty się wywnętrzać, ale numer z tajemniczym milczeniem wykorzystał już Bone. Gdybym zachował się tak samo, wyszedłbym na naśladowcę.

– Jestem Jeff – powiedziałem. – Wsadzili mnie tu, bo uważają, że tego mi potrzeba. Ale się mylą. Nie mam nic więcej do dodania.

– A o co chodzi z tymi bandażami?

Sadie wskazała na moje ręce. Zerknąłem na nie. Spod podwiniętego mankietu wystawał brzeżek gazy.

– Nic takiego – mruknąłem. – Mała ranka.

– Dobrze – powiedział Kac Dupek. – Jeff już was trochę poznał. A teraz chcę porozmawiać o prawdomówności.

Wtedy się wyłączyłem. Osunąłem się w ciepłe, mgliste miejsce, w którym wszystko jest odległe i pozbawione znaczenia, a głosy brzmią jak pomruk przelatujących daleko samolotów. Wiedziałem, że pozostali rozmawiają, ale ich nie słuchałem. Nie interesowało mnie to, co mają do powiedzenia. Prawdomówność? Bez kitu. Co za denny temat. Prawda wyglądała tak, że nie powinienem się tu znaleźć.

W końcu samoloty przestały latać, a do mnie dotarło, że spotkanie się skończyło. Wszyscy wstali. Kac podszedł do mnie.

– Nie udzielałeś się dzisiaj – zauważył.

– Przepraszam – powiedziałem. – Mam sporo do przemyślenia.

– Na przykład?

Wzruszyłem ramionami.

– Na przykład czy szaleństwo na punkcie boysbandów się skończyło. Wiem, że tak mówią, ale się mylą.

– Może cię oprowadzę – zaproponował. – To jest pokój wypoczynkowy. Możesz w nim przebywać w obecności kogoś z personelu. Na ogół dyżurują cztery osoby: dwie pielęgniarki i dwóch salowych, a w nocy dwie pielęgniarki i ochroniarz.

– Ochroniarz – powtórzyłem. – Brzmi groźnie. Ma nie wpuszczać fanów Seksu i Przemocy Gratis?

– Podajemy tu także posiłki – kontynuował lekarz, jakby nie słyszał pytania. Wskazał dwa długie stoły otoczone plastikowymi krzesłami. – Na początku dostawałeś jedzenie do swojej sali, ale od dziś będziesz przychodzić tutaj. Wszystko przygotowywane jest w szpitalnej stołówce.

– Jedna wielka szczęśliwa rodzina – zauważyłem, kiedy ruszyliśmy korytarzem do mojego pokoju.

– Sale są jednoosobowe. Chłopcy po tej stronie, dziewczyny po drugiej. Nie wolno ci nikomu składać wizyt bez dozoru personelu. Po obu stronach korytarza znajdują się łazienki.

– Ale tam możemy się spotykać bez dozoru personelu? A może regulamin zabrania sikania w tym samym czasie?

– Otrzymasz rozkład zajęć na każdy dzień. Podczas pobytu w szpitalu masz odrabiać lekcje. Zatroszczymy się o sprowadzenie podręczników i innych materiałów dydaktycznych z twojej szkoły.

– Powiadomicie szkołę, że mnie tu zamknęliście? – Już sobie wyobrażałem, jak dyrektor Matthews ogłasza to rano. „Dziś na obiad podajemy spaghetti z klopsikami, próba cheerleaderek odbędzie się w sali gimnastycznej na drugiej przerwie, a Jeff siedzi w wariatkowie”.

– Dyrekcja dowie się tylko, że wyjechałeś na jakiś czas. To wszystko.

– Świetnie. Chociaż myślałem, że właśnie znalazłem świetny sposób na wykręcenie się od testu z matematyki.

– Jak już wspomniałem – podjął Kac – masz brać udział w sesjach grupowych, a także indywidualnych, ze mną.

– Też z dozorem personelu? No bo jakby chciał mnie pan jakoś niefajnie dotykać albo coś…

Kac wstał i podał mi kartkę.

– To rozkład zajęć na dzisiaj. Teraz masz czas wolny. Proponuję, żebyś poświęcił go na poznanie obecnych tu osób.

– Już lecę – zapewniłem go, składając świstek, na który nawet nie spojrzałem. – Świetna ekipa.

– Daj im szansę. Mogą cię zaskoczyć.

– Ależ ja wierzę! Wie pan, jak panu nie wyjdzie z leczeniem, może pan spróbować w Disneylandzie. W oprowadzaniu wycieczek pan wymiata.

– Zobaczymy się na południowej sesji – odpowiedział, nawet nie mrugnąwszy. – Mój gabinet znajduje się na końcu drugiego korytarza za pokojem wypoczynkowym. Pielęgniarka cię tam przyprowadzi.

Wyszedł, a ja spojrzałem w końcu na kartkę. Moja sesja terapeutyczna została wyznaczona na wpół do czwartej. Sprawdziłem godzinę na zegarze ściennym. Dochodziło wpół do pierwszej, co znaczyło, że muszę jakoś zabić trzy godziny do czasu, gdy mistrz sztuk magicznych Kac Dupek spróbuje otworzyć mi głowę i zobaczyć, co w niej mam. Trzy godziny wypełnione nicnierobieniem.

– O pierwszej mam terapię zajęciową.

Obok mnie stała Sadie. Pokazała mi swoją kartkę.

– Mogę zrobić tacie portfel. Zawsze o nim marzył.

– A tak liczyłem na zajęcia z łucznictwa – powiedziałem. – A tu tylko podchody i zdobywanie flagi.

Parsknęła śmiechem.

– Witaj na Obozie Czubków, gdzie uczestnicy mają świra, a instruktorzy WYMAGAJĄ, żebyś brał prochy.

– No, akurat ten uczestnik długo tu nie pouczestniczy – mruknąłem, zgniatając w dłoni moją kartkę.

– Jak to? Masz jakiś plan?

– Jasne. – Rzuciłem kulkę papieru do kosza. – Bardzo prosty. Nie jestem wariatem.

Sadie znowu parsknęła śmiechem.

– Jasne. Jak my wszyscy.

– Mówię serio.

– Ja też. Myślisz, że jestem wariatką?

– W końcu za coś tu trafiłaś, nie?

Skinęła głową.

– Tak samo jak ty. Uważasz, że tylko co do ciebie się pomylili?

Spojrzałem jej w oczy. Mówiła całkiem serio. Potem sobie przypomniałem, jak powiedziała, że chciała się utopić. To jasne, że jej odbiło. Mam się jeszcze użerać z jej świrem?

– Muszę iść do łazienki – mruknąłem. – To na razie.

DZIEŃ 4

Oto podstawowe fakty. Nazywam się Jeff. Mam trzynastoletnią siostrę Amandę i rodziców, którzy nadal ze sobą wytrzymują. Cała nasza czwórka mieszka w prześlicznym domku w prześlicznej okolicy w prześlicznym mieście podobnym do milionów innych miast. Rodzice nigdy nas nie bili, nie molestował mnie żaden ksiądz, koledzy w szkole nie dokuczali jakoś szczególnie. Nie słucham death metalu, nie mam obsesji na punkcie brutalnych gier wideo i nie odcinam dla zabawy głów małym zwierzątkom.

Mniej więcej to powiedziałem Kacowi na dzisiejszej sesji – czyli o wiele więcej niż wczoraj, kiedy siedziałem w milczeniu, aż pozwolił mi odejść. Ale dziś zaczął stukać ołówkiem w notes, przeszywając mnie spojrzeniem. Najwyraźniej w ten sposób lekarze zmuszają pacjentów do reakcji. To działa. Im dłużej się na mnie gapił, tym bardziej chciałem zacząć mówić, byle tylko przestał stukać.

Ale nie miałem ochoty opowiadać o sobie, więc obgadałem wszystkich z grupy. Było to już po naszym drugim spotkaniu, na którym okazało się, że Alice gryzie kosmyki włosów, Juliet nadal kocha Bone’a, a Bone swoje buty. Wiekopomne fakty.

– To nie miejsce dla mnie – powiadomiłem Kaca na wypadek, gdyby sam dotąd tego nie odkrył. – Ci ludzie mają nieźle narąbane w głowach. Nie powinienem przebywać w ich towarzystwie. Jeszcze się zarażę.

Przez chwilę nie komentował, tylko stukał – puk, puk, puk – aż w końcu mu powiedziałem, że jak nie przestanie, wezmę ten ołówek i wbiję go sobie w krtań. Wtedy schował go do kieszeni.

– Dlaczego uważasz, że tu nie pasujesz? – spytał.

– A dlaczego pan uważa, że pasuję? – odpaliłem.

Znowu nie odpowiedział, tylko na mnie patrzył. Niesamowite, ten facet potrafi strasznie długo wytrzymać bez mrugania. Ja też tak próbowałem, ale od razu mi wyschły spojówki. W końcu zapytałem:

– Pan jest prawdziwym doktorem? Znaczy po studiach i tak dalej?

– Jestem psychiatrą.

– Czyli nie jest pan prawdziwym lekarzem.

– Psychiatra to także doktor medycyny. W odróżnieniu od psychologa.

– Czyli uważa pan, że jest lepszy od psychologa. To niezbyt miło. Oni pewnie też się bardzo starają.

– To dwa różne zawody.

– Gdzie pan studiował? W prawdziwej uczelni czy takiej na Karaibach? – Słyszałem, że ludzie, którzy nie dostali się na studia medyczne, wyjeżdżają na Karaiby, gdzie najwyraźniej wystarczy przez cztery lata pić drinki z parasolką i siedzieć na plaży, żeby dostać dyplom.

– Studia kończyłem na uniwersytecie w Chicago, a doktorat zrobiłem w Toronto.

– Kanada. Więc jednak musiał pan wyjechać za granicę. – Pokręciłem głową, jakby bardzo mnie rozczarował. – Przykro mi, ale nie budzi pan we mnie zaufania. Potrzebuję opinii innego specjalisty.

– Od dziesięciu lat pracuję z młodymi ludźmi – oznajmił Kac Dupek. – Zapewniam cię, że mam wystarczające kwalifikacje, żeby ci pomóc.

– Od dziesięciu? – Trochę się zdziwiłem. Nie sądziłem, że jest aż tak stary. – Poszedł pan na studia w wieku dziewięciu lat? Czy przez pracę rozumie pan jakieś wakacyjne praktyki czy coś w tym stylu?

Myślałem, że powie mi, ile ma lat, ale znowu zaczął się gapić. Rozejrzałem się po jego gabinecie, omijając go wzrokiem. Oprócz biurka w pomieszczeniu stała sofa. Były też dwa krzesła, siedziałem na jednym z nich. Nie plastikowe jak te w świetlicy, tylko z tapicerką z prawdziwej skóry, która nie odgniata człowiekowi tyłka. Pod ścianą stała biblioteczka z książkami wyglądającymi na nudne i doniczką z różowo kwitnącym kwiatkiem. Wisiał obraz. Przedstawiał czarno-białego psa z martwym ptaszkiem w pysku.

W oknie nie było szyby ze zbrojonego szkła. Pewnie nie istnieje niebezpieczeństwo, że psychiatra zechce się z niego rzucić. Zastanowiłem się, czy nie spróbować wyskoczyć, ale byliśmy na trzecim piętrze i pewnie najwyżej złamałbym nogę. Dalej tkwiłbym w domu wariatów i w dodatku w gipsie, a to już moim zdaniem lekka przesada.

– Nie pasuję do nich – oznajmiłem, gdy znudziło mnie podziwianie mebli.

– Czyli do kogo? – spytał, jakby już zapomniał, o czym rozmawialiśmy.

– Do nich. – Machnąłem rękami. – Do reszty grupy. No naprawdę. Przecież to świry.

– Czemu tak mówisz?

– Jedna usiłowała upiec faceta – zacząłem, odliczając na palcach. – Druga kocha się w chłopaku, który jej nie dostrzega i chyba nawet nie wie, gdzie się znalazł. Następna bez powodu rzuciła się do jeziora.

– I uważasz, że się od nich różnisz?

– No pewnie. Pan tak nie uważa?

– Opowiedz mi o swojej rodzinie.

Jak już wspomniałem, rodzinę mam całkiem normalną. Wiadomo, czasami się o coś kłócimy, ale na ogół się dogadujemy. Jesteśmy tak nudni, że kusiło mnie, by coś zełgać, na przykład że matka zamyka siostrę i mnie w piwnicy, bo nie smakuje nam to, co ugotowała, albo że ojciec mnie ciśnie, żebym był we wszystkim najlepszy. Ale tak naprawdę tata powtarza, że on też nie miał dobrych stopni z matmy i że piątka z angielskiego rekompensuje tróję z trygonometrii. A mama zwykle kupuje obiad na wynos w Chińskim Smoku albo Meksykańskiej Gospodzie, bo kiedy usiłuje sama coś przyrządzić, od razu w kuchni wybucha pożar.

– Jest świetna – oznajmiłem. – Niesamowicie i totalnie.

– To dlaczego chciałeś się zabić?

Facet zaczynał mi działać na nerwy swoim uporem. Zrobiłem długą pauzę, żeby pomyślał, że się głęboko zastanawiam. Potem westchnąłem.

– No dobrze. To już powiem.

Kac wyprostował się nieco. Znowu wyjął ołówek i uniósł go nad notesem, jakby chciał zapisać każde słowo historycznego przemówienia.

– Zrobiłem to, bo… – zawahałem się i lekko zamrugałem, jakbym miał lada chwila wybuchnąć płaczem. – Bo… bo nie mogę żyć na tym samym świecie co Paris Hilton.

Myślałem, że doktor na mnie nawrzeszczy, ale tylko coś zanotował. Po chwili podniósł głowę.

– Nie wydaje mi się, żeby panna Hilton była odpowiedzialna za twoje kłopoty. Oczywiście może irytować, ale o ile mi wiadomo, nie spowodowała niczyjej śmierci. Więc może po prostu wyjawisz mi prawdziwą przyczynę?

– Nie ma żadnej przyczyny – oznajmiłem. Zaczął mnie wkurzać, bo chyba mnie nie słuchał. – Zrobiłem to i już. Jestem nastolatkiem. Z nudów mi odbija. Teraz już zmądrzałem i chcę do domu.

Kac spojrzał na zegarek i oznajmił, że na dziś skończyliśmy. Chciałem jak najszybciej spadać, więc kiedy dodał, że przestaną mi podawać jeden lek i że mogę się dziś czuć trochę rozkojarzony, tylko skinąłem głową i wyszedłem, nie dopytując o szczegóły.

Rzeczywiście, kiedy Goody przyniosła kubeczek pełen śmiesznych proszków, nie znalazłem wśród nich jednej niebieskiej pigułki, którą wcześniej dostawałem. Przez parę godzin czułem się dobrze. Potem ogarnęło mnie lekkie zmęczenie, a następnie poczułem się, jakby ktoś mnie kopnął w głowę. Parę tysięcy razy.

Głupio się przekonać, że twój stan zależy od jednej małej pigułki, która wygląda jak tic tac i zawiera jakąś dziwną kombinację substancji, za sprawą których myślisz, że przeżywasz przygodę życia, choć tak naprawdę stoisz goły na środku szkolnej stołówki, a wszyscy robią ci zdjęcia. To taka przenośnia. Chyba.

DZIEŃ 5

W środku nocy obudziło mnie ohydne uczucie. Miałem zły sen, jeden z tych, które ciągną się w nieskończoność, choć właściwie nic się w nich nie dzieje. Biegłem przez wielki dom. Ktoś mnie ścigał. Uciekałem po schodach i przez labirynt korytarzy, szukając wyjścia. Cały czas ten ktoś był na tyle blisko, że słyszałem jego oddech.

W domu nie było pokojów. Żadnych kryjówek. Mogłem tylko biec. W końcu dotarłem do jakichś drzwi. Ten ktoś, kto mnie ścigał – chyba jakiś stwór – wspinał się w ślad za mną po schodach, chrobocząc pazurami. Dyszał coraz głośniej, a ja nade wszystko pragnąłem uciec, zanim odkryję, kim lub czym on jest. Obracałem gałkę, ale zamek nie ustępował.

W końcu rozległo się szczęknięcie i drzwi stanęły otworem. Wybiegłem przez nie, ale nie trafiłem do żadnego pomieszczenia. Otaczała mnie czerń. Runąłem w otchłań, jakby podłoga się rozpłynęła. Spadałem tak szybko, że nie mogłem nawet krzyknąć. Tonąłem w czerni, czując przeraźliwy chłód, a wiatr wył mi w uszach.

Potem się obudziłem i spojrzałem w twarz diabła wyszczerzonego w uśmiechu i gapiącego się na mnie z sufitu.

Usiłowałem znowu zasnąć, ale chaotyczne myśli nie dawały mi spokoju. Przez głowę przelewały mi się strumienie słów, jakbym miał w niej tysiąc różnych kanałów telewizyjnych. Leżałem tak przez jakiś czas, aż w końcu doszedłem do wniosku, że jeśli czegoś nie zrobię, oszaleję. Wstałem więc i poszedłem do pokoju wypoczynkowego. Jedna z pielęgniarek z nocnej zmiany, chyba nazywa się siostra Księżyc (no dobra, pewnie nie, nie znam jej nazwiska), siedziała przy biurku zwróconym w stronę korytarza. Rozwiązywała krzyżówkę.

– Potrzebujesz czegoś? – rzuciła z rozdrażnieniem. Chyba się wściekła, bo przeszkodziłem jej we wpisywaniu hasła trzydzieści dwa pionowo.

Pokręciłem głową.

– Chcę tylko posiedzieć.

Wskazała mi głową kanapę. Początkowo nie zauważyłem skulonej Sadie, która oglądała telewizję z wyłączonym dźwiękiem. Odblask ekranu migotał na jej twarzy. No naprawdę, chyba ją pogięło.

Na mój widok poklepała miejsce obok siebie.

– Siadaj – zaproponowała.

Posłuchałem, bo nie chciało mi się wracać.

Sadie oglądała jakiś czarno-biały film. Na ekranie mężczyzna i kobieta stali w staroświeckim salonie. Kobieta się denerwowała, a mężczyzna unikał jej wzroku.

– Jak możesz mnie zostawiać, Reginaldzie? – odezwała się Sadie smutnym głosikiem.

Spojrzałem na nią z zaskoczeniem. Patrzyła w ekran.

– Mówiłem ci, Daphne, że wyjeżdżam do Peru, żeby odnaleźć zaginione miasto Quezelacutan – dodała, zmieniając nagle głos na niski i gniewny.

Wymyślała dialogi.

Spojrzałem na ekran. Bohaterka gwałtownie chwyciła mężczyznę za rękę.

– Zabierz mnie z sobą! – rzuciła Sadie i załkała.

Mimo woli się roześmiałem.

– Ćśśś! – syknęła Sadie. – To dramat. Nie wolno się śmiać.

– Przepraszam.

– Będziesz Reginaldem.

– Nie, dzięki. To twoja zabawa.

– Nie bądź świnia. Daj się namówić.

Nie miałem ochoty się kłócić, więc się poddałem. Na ekranie aktor usiłował wyrwać się kobiecie.

– Nie mogę cię zabrać do Peru – powiedziałem szybko, gorączkowo myśląc, co dalej. – Na łodzi brakuje miejsc.

– Przecież jestem drobna – odparła Sadie. – I nie jem dużo. Widzisz, jaka jestem chuda?

– Nie, Daphne – oznajmiłem. – Peru to nie miejsce dla kobiety, nawet chudej. Dostaniesz malarii i umrzesz.

– Ale ja mówię po peruwiańsku! – zawołała Sadie. – Nauczyłam się na pensji panny Piffingham.

Reginald się ożywił.

– Dlaczego wcześniej mi nie powiedziałaś? – spytałem.

– Nie wiesz o mnie wielu rzeczy, Reginaldzie – odparła Sadie, a kobieta z filmu puściła mężczyznę i wzięła się pod boki.

Zaczęła się przerwa na reklamy. Sadie spojrzała na mnie z uśmiechem. Pokręciłem głową.

– Ale z ciebie świr – powiedziałem.

– Nieźle, co? Lubię to. Przeważnie wymyślam fajniejsze historie niż te w filmach. Tak myślę. Nigdy nie włączam dźwięku. – Znowu spojrzała na telewizor. – Nie możesz spać, tak?

Pokiwałem głową.

– Czuję się, jakby w mojej głowie mieszkały ze dwadzieścia trzy osoby.

– Tylko dwadzieścia trzy? Ty farciarzu. – Sadie zerknęła na siostrę Księżyc i pochyliła się do mnie. – Odstawili ci Lek Na Całe Zło – dodała szeptem.

– Co?

– Lek Na Całe Zło. Zaczęli ci go dawać od razu po przyjęciu, żebyś nie ześwirował i nie zrobił sobie krzywdy. Jak już się upewnili, że nic ci nie grozi, wycofali go. Grzeczny z ciebie chłopiec. Ja jechałam na nim cały tydzień.

– Wolałbym go dalej brać. Zrobiło się do bani.

– Na tym etapie chcą, żebyś sobie przypomniał, dlaczego to zrobiłeś – wyjaśniła Sadie. Zerknęła na moje przeguby. – Udało im się?

Nie zdawałem sobie sprawy, że podciągnąłem rękaw piżamy i pocierałem bandaż opasujący mi rękę. Znieruchomiałem i zasłoniłem go.

– To minie – powiedziała Sadie, odwracając się do telewizora. – To, co się dzieje w twojej głowie. Stopniowo.

W milczeniu gapiłem się w ekran.

– A ty pamiętasz? – spytałem po chwili.

Skinęła głową.

– Chciałam odpłynąć – odezwała się sennie. – Wydawało mi się, że zdołam oddychać pod wodą. Jak syrenka.

– Ale serio chciałaś umrzeć?

Roześmiała się.

– Może tak, może nie. Kto wie. A potem tamten skoczył i mnie uratował. – Spojrzała na mnie. Miała bardzo błękitne oczy. – Kto uratował ciebie?

Wzruszyłem ramionami.

– Chyba sanitariusze.

Pokręciła głową.

– Nie, oni tylko zrobili, co do nich należało. Kto uratował cię wcześniej? Kto po nich zadzwonił?

– Rodzice.

– Więc to oni cię uratowali.

O tym nie pomyślałem. Miała rację. Ale czy naprawdę mnie uratowali? Może mi tylko przeszkodzili?

– To jak, powiesz, czemu to zrobiłeś? – spytała Sadie.

Wzruszyłem ramionami. Przed chwilą fajnie się bawiliśmy, ale nie byłem w nastroju do zwierzeń. Zwłaszcza że nie miałem wiele do powiedzenia.

– W porządku – stwierdziła. – Nie musisz mi mówić. Pooglądajmy telewizję.

I tak zrobiliśmy. Nadal nie włączyliśmy dźwięku. Sami też milczeliśmy. Po chwili ogarnęło mnie wielkie zmęczenie. Pożegnałem się i wróciłem do siebie.

Ale ciągle myślałem o Sadie i o tym, że chciała się utopić. Oto, do czego doszedłem: jak to jest, że ktoś ratuje samobójcę, a potem ma do niego pretensje za zepsuty dzień? Ciągle czuję, że ludzie chcą, bym ich za coś przeprosił. Ale nie mam za co, to oni spaprali sprawę. Nie ja.

Nie prosiłem, żeby mnie ratować.

DZIEŃ 6

W siódmej klasie w ramach zajęć z WOS-u korespondowałem z pewną dziewczyną. Chodziło o to, żebyśmy poznali ludzi z różnych stron świata i zrozumieli, że nikt z nas nie planuje zamachów bombowych lub że zostanie prezydentem. Ta dziewczyna pochodziła z plemienia Masajów w Kenii. Nie podejrzewałem, że w ogóle mają tam pocztę. Napisałem, że lubię jazdę na deskorolce, malowanie i kawałki Thieving Magpies i Fun While It Lasted. Ona odpowiedziała, że mieszka w glinianej chacie, hoduje krowy i pije ich krew z mlekiem, a co niedzielę chodzi z rodziną do wioski oddalonej o piętnaście mil, żeby pooglądać u kogoś Buffy, postrach wampirów i Ostry dyżur. W ten sposób nauczyła się angielskiego.

Wysłała mi swoje zdjęcie, na którym była cała wysmarowana czerwoną glinką i spytała, czy wszyscy Amerykanie mają baseny i jasne włosy. Pamiętam, że strasznie mi się spodobały znaczki na kopercie i że zacząłem zmyślać różne rzeczy na swój temat, bo ona wydała mi się taka interesująca, a ja byłem nudny. Napisałem, że mój ojciec jest słynnym podróżnikiem i ciągle oglądamy sztuki na Broadwayu, bo matka w nich gra. Korespondowaliśmy przez prawie cały rok szkolny. Już nie pamiętam, które pierwsze zamilkło. Pewnie ja. Skończyły mi się kłamstwa.

Dziś myślałem o tym przez całe spotkanie z Kacem. Męczył mnie, żebym mu o sobie opowiadał, więc nazmyślałem. Uznałem, że to niezła zabawa. Gra w kłamstwa.

– Jesteś tu prawie tydzień – zaczął. – Jakie masz wrażenia?

– Bardzo mi się tu podoba. Naprawdę.

Kac poprawił okulary. Robi to zawsze, kiedy się zdenerwuje albo ożywi.

– Tak?

Pokiwałem głową.

– Zdecydowanie. Czterogwiazdkowy lokal. Dałbym pięć, ale woda w basenie trochę za zimna i za długo czekałem, aż mi przyniosą kanapki do pokoju. Nie narzekam, tylko informuję.

Kac odłożył notes.

– Jeff. To się nie uda, jeśli nie zaczniesz ze mną rozmawiać.

– Przecież rozmawiam. Widzi pan, poruszam ustami. Wydobywają się z nich dźwięki. Nazywamy to mówieniem.

– Jesteś inteligentnym chłopakiem. Szkoda, że nie potrafisz spożytkować tej inteligencji we własnej sprawie.

Wiedziałem, do czego zmierza. Wykorzystywał psychologiczną sztuczkę – chciał mnie sprowokować do działania, sugerując, że czegoś nie zrobię. Żałosne. Nie do wiary, że próbował mnie na to nabrać. Dlatego postanowiłem iść na całość.

– Ma pan rację – oświadczyłem, starając się, żeby to zabrzmiało bardzo serio. Okazało się to bardzo trudne. – To pewnie dlatego, że się boję.

Kac znowu wziął notatnik i sięgnął po okulary. Wiedziałem, co myśli: „Zanosi się na przełom”.

– Czego się boisz? – spytał.

Westchnąłem ciężko, jakbym z największym trudem zdobywał się na wyznania.

– Wszystkiego – wymamrotałem. – Boję się wszystkiego.

No, to go naprawdę ruszyło. Notował, aż furczało, i kiwał głową jak te pieski w samochodach.

– A czego się boisz najbardziej?

– Chyba samotności. Tego, że nikt mnie nie rozumie.

Kac podniósł głowę.

– Myślisz, że nikt cię nie rozumie?

– Ludziom wydaje się, że mnie rozumieją, ale nie mają racji. Tutaj ukrywa się ktoś zupełnie inny, ale nikt tego nie dostrzega. – Dotknąłem piersi i znowu westchnąłem.

Ta jego mina! Bezcenna. Szkoda, że nie zrobiłem zdjęcia. Normalnie wszystko kupił. Nie wiedział, że odgrywam scenę z filmu. Choć, szczerze mówiąc, dodałem coś od siebie. Nie zerżnąłem żywcem całego Problemu z Nicole.

– A kogo masz w sobie? – spytał Kac.

Odczekałem chwilę. Budowałem nastrój wielkiej tajemnicy, którą zdradzę tylko jemu. Nachyliłem się i szepnąłem:

– Baletnicę.

– Przepraszam, kogo?

– Baletnicę – powtórzyłem trochę głośniej. – Mam w sobie baletnicę.

Kac wyprostował się i spojrzał na mnie dziwnie.

– Widzi pan – zacząłem gorączkowo – kiedy miałem pięć albo sześć lat, rodzice zabrali mnie na Dziadka do orzechów. W życiu nie widziałem czegoś tak pięknego. – Zamknąłem oczy, jakbym wspominał. Nawet lekko się uśmiechnąłem. – Ta pani, co tańczyła partię Wieszczki Cukrowej, miała prześliczny kostium. Nie mogłem oderwać oczu. Chciałem być nią. – Otworzyłem oczy. – Później wyznałem to rodzicom. Śmiali się, ale ja przecież mówiłem serio. Naprawdę chciałem, i nadal chcę, nią być.

Jeszcze bardziej pochyliłem się do doktora.

– Ona jest we mnie uwięziona – szepnąłem cicho, jakbym się bał, że wróżka mnie usłyszy i się wścieknie. – I chce się uwolnić.

Kochany stary Kac stuknął ołówkiem o notes.

– Twierdzisz, że zrobiłeś sobie krzywdę, bo chcesz być baletnicą? Dobrze zrozumiałem?

– Tak. To wszystko przez nią. Ona mnie do tego zmusiła. Opętała mnie Wieszczka Cukrowa. – Dla lepszego efektu zacząłem nucić dziwną melodię, trochę przypominającą Taniec Wieszczki Cukrowej. Bo naprawdę widziałem Dziadka do orzechów. Jak wszyscy, nie?

Kac przez długą chwilę milczał. A kiedy już się odezwał, usłyszałem w jego głosie, że walczy ze zdenerwowaniem.

– Myślisz, że jestem głupi?

Pokręciłem głową.

– Nie. Pan nie może być głupi. Studiował pan w Kanadzie. Podobno mają tam o wiele wyższy poziom nauczania. A co, czuje się pan głupi?

– Są na tym oddziale osoby, które bardzo chcą się poczuć lepiej – powiedział, ignorując moje pytanie. – Jestem tu, żeby im pomóc. Nie po to, by wysłuchiwać bzdur, które pleciesz, bo nie chcesz sam przed sobą przyznać, że masz problem.

Udałem zdumienie.

– Jak to? Przecież właśnie wszystko powiedziałem. Opętała mnie Wieszczka Cukrowa. Chciała mnie zabić! Musi pan coś zrobić. Może egzorcyzmy? Albo wieszczyzmy.

– Marnujesz mój czas. Na dziś skończyliśmy – oznajmił Kac.

– A jeśli znowu będzie chciała mnie skrzywdzić? – zatroskałem się. – Albo każe mi skrzywdzić kogoś innego? Mógłbym zacząć kręcić piruety po całej świetlicy i nie wiem, jak by się to skończyło. Mogłoby dojść do wróżkowej masakry.

– Skończyłeś?

– To zależy – odparłem normalnym tonem. – Dojrzał pan, żeby mnie odesłać do domu?

– Spędzisz tu czterdzieści pięć dni. Możesz je zmarnować, jeśli chcesz, ale nie wyjdziesz przed ich upływem.

Teraz mnie wkurzył na serio.

– Myślałem, że marnuję PAŃSKI czas – warknąłem.

– Bo marnujesz. Marnujesz też własny, a także zajmujesz miejsce jakiejś osoby, która chce pomocy. Przemyśl swoje postępowanie. Do zobaczenia jutro.

Spuścił wzrok na znak, że mam odejść, więc odszedłem. I to z zadowoleniem. Nie do wiary, że robił mi wyrzuty, że zabieram jego czas, skoro trzyma mnie tu wbrew mojej woli. Wystarczyłoby przyznać, że jestem normalny, i wypisać mnie ze szpitala. Jeśli jakiś świr potrzebuje miejsca, to z największą radością mu je odstąpię. Mam serdecznie dość ludzi uważających, że wyświadczają mi wielką łaskę.

DZIEŃ 7

Tego ranka zszedłem do świetlicy i zastałem Sadie nad kartką papieru. Wyjaśniła, że pisze do przyjaciółki.

– Nie masz najlepszego przyjaciela? – spytała. – No wiesz, takiego, któremu się zwierzasz?

– Właściwie to nie – odpowiedziałem. – Nie znam się na przyjaźni.

Spojrzała na mnie dziwnie. Potem zerknęła za zegar.

– Muszę lecieć do Katzrupusa – oznajmiła, zabierając kartkę. – Zobaczymy się jeszcze?

– Jasne. Będę odrabiać lekcje. Zamknięcie u czubków nie zwalnia z obowiązku wykucia cyklu rozwojowego żab.

Znowu nakłamałem. Nie w sprawie pracy domowej, tylko przyjaciół. Mam przyjaciółkę. Nazywa się Allie. Ale nie chciałem o niej gadać.

Tak, wiem. To dziwne, żeby najlepszą przyjaciółką chłopaka była dziewczyna, ale nic na to nie poradzę.

Poznałem Allie w siódmej klasie na WOS-ie, kiedy przyprowadziła ją sekretarka dyrektora, pani Pennyfall. Allie patrzyła takim wzrokiem, jakby chciała podpalić szkołę. Jedyna wolna ławka znajdowała się koło mojej, więc musiała tam usiąść. Całą lekcję spędziła ze spuszczoną głową, bazgrząc na okładce zeszytu. Usiłowałem podejrzeć, co rysuje, ale nie chciałem, aby pomyślała, że jestem nią zainteresowany.

W końcu trochę przesunęła zeszyt i zobaczyłem, że całą jego okładkę pokryła nietoperzykami. Wyglądały, jakby się wyroiły ze środka wielką spiralną chmurą. Nie mogłem oderwać od nich oczu i Allie to zauważyła. Zasłoniła zeszyt podręcznikiem.

Po zajęciach podszedłem i powiedziałem, że świetnie jej wyszły te nietoperze.

– Nie potrzebuję przyjaciół, jasne? – warknęła. – I tak mam dość problemów.

– Jak chcesz – ja na to. – Ale ktoś powinien cię oprowadzić. Inaczej popełnisz nieodwracalny błąd i zaczniesz gadać z niewłaściwymi ludźmi, a wtedy całe twoje życie towarzyskie legnie w gruzach.

Patrzyła na mnie przez chwilę, a potem parsknęła śmiechem. I tak się to zaczęło. Razem zjedliśmy obiad, a następnego dnia znowu usiadła obok mnie na WOS-ie. Okazało się, że mamy trochę wspólnych zainteresowań – filmy SF, kolejki górskie i inne – więc zaprosiłem ją na oglądanie Bliskich spotkań trzeciego stopnia, które są najlepszym filmie na świecie, o wiele lepszym od Gwiezdnych wojen, niech sobie inni mówią, co chcą. Przyszła i tak zostaliśmy przyjaciółmi.

Jej rodzice się rozeszli. Mama przeprowadziła się z nią do naszego miasta, bo znajdowało się wystarczająco daleko od dawnego życia, ale nie na tyle, żeby córka nie mogła się spotkać z ojcem, gdyby zechciała. Jednak ona nie chciała, bo cholernie się wkurzyła na to, że zdradził matkę. Stąd ten rozwód. Mama Allie odkryła, że mąż sypia z jej przyjaciółką, i dość kiepsko na to zareagowała.

Allie widuje się z ojcem tylko wtedy, kiedy musi, na przykład w Święto Dziękczynienia. Albo czasami w lecie, jak przypomina mu się, że ma córkę i zmusza ją do wspólnego wyjazdu na wakacje ze sobą i swoją nową żoną. Nowa nieustannie podlizuje się Allie, czym ją wkurza. Ma na imię Kati – bez „e” na końcu – i ciągle powtarza: „Uważaj mnie za swoją starszą siostrę”. Allie ma ochotę puścić pawia, jak to słyszy.

Jak wspomniałem, niektórych dziwi, że przyjaźnię się z dziewczyną. Czasami sam się dziwię. Ludzie na ogół uważają nas za parę i pewnie moglibyśmy nią zostać, ale to by już było jak z filmu dla nastolatków. Chłopak i dziewczyna się przyjaźnią, są nierozłączni, nagle spoglądają sobie w oczy i – bach! – uświadamiają sobie, że przez cały ten czas łączyła ich miłość. Wszyscy się cieszą i idą na imprezę.

Allie i ja też poszliśmy raz na imprezę – taką szkolną, w ósmej klasie na wiosnę – tylko po to, żeby sprawdzić, co tak kręci ludzi. Nasze matki zrobiły z tego wielkie halo, wystroiły nas, robiły zdjęcia i tak dalej. Jedno z tych zdjęć nadal wisi u nas w salonie oprawione w ramkę. Kiedy Allie do nas przychodzi, na jego widok zawsze mówi:

– Mam włosy, jakby piorun w szczypior strzelił. Może byś to zdjął?

Ale chyba tak naprawdę się cieszy, że ono tam wisi.

Najlepsze jest to, że mogę z nią rozmawiać właściwie o wszystkim. Chciałbym jej powiedzieć, jak się czuję w tej chwili, że nie znoszę tego szpitala, tych ludzi i ich dziwnych problemów. Wiem, że by się uśmiała.

Może mógłbym napisać list, jak Sadie, ale to nie to samo. Chcę opowiedzieć Allie osobiście, jak tu jest.

Nadal o niej myślałem, kiedy wróciła Sadie. Niesamowite, że godzina upłynęła mi tak szybko.

– Jak poszło? – spytałem.

– Wiesz, że nie wolno nam rozmawiać o sesjach. Serio, może mnie to sporo kosztować. Chcesz za to odpowiadać?

– Zaryzykuję.

Trzepnęła mnie po ramieniu.

– Dzięki za taką troskę. Rozmawialiśmy o moim tacie.

– To znaczy?

Westchnęła.

– No wiesz, o tym, że moim zdaniem mnie nie kocha i że prawdopodobnie chciałam zwrócić na siebie jego uwagę.

– A chciałaś?

Spojrzała na swoje paznokcie, ogryzione niemal do zera.

– Gdyby tak było, mogłam trochę lepiej wszystko zaplanować, zważywszy, że ojciec w tamtym czasie pojechał na drugi koniec świata wykładać o architekturze średniowiecza. Jak się dowiedział, że przeżyję, zwlekał jeszcze tydzień z powrotem, bo chciał zwiedzić najpierw pewien zamek w Hiszpanii.

Nie chciało mi się wierzyć. Ojciec wykładowca architektury? Brzmiało to jak te historie, które sam zmyślam. Ale nie wiedziałem, czy Sadie lubi kłamać. Z wariatami nigdy nie wiadomo.

– Naprawdę myślisz, że cię nie kocha? – spytałem.

Wzruszyła ramionami.

– A po czym się to poznaje?

Kiedy nie odpowiedziałem, spojrzała mi w oczy.

– Pytam serio. Po czym?

Przez jakiś czas się zastanawiałem.

– Pewnie zakładasz, że kocha, dopóki cię nie wyprowadzi z błędu.

Pokręciła głową.

– Potrzebna mi większa pewność.

– Może po prostu spytaj?

– Skoro musisz o to pytać, to odpowiedź pewnie brzmi „nie”. Myślisz, że rodzice cię kochają?

Skinąłem głową.

– Aha. Może są trochę skrzywieni, ale mnie kochają.

– Powiedzieli ci to?

– Czasami mówią. Mama częściej niż tata, ale to chyba norma.

Sadie długo na mnie patrzyła.

– Masz farta – mruknęła w końcu.

Od tej pory nie mogłem przestać o tym myśleć. Naprawdę mam farta? Że nie umarłem? Że w porównaniu z ludźmi, których tu poznałem, żyje mi się całkiem nieźle? Może i tak, ale nie czuję się szczęśliwy. Przede wszystkim utknąłem w tej dziurze. A poza tym czy muszę chodzić cały ucieszony, bo nie wiedzie mi się aż tak beznadziejnie jak pozostałym? Nie można się porównywać z innymi. To po prostu bez sensu. Życie, które mnie wydaje się idealne – albo przyzwoite – dla kogoś innego okaże się nie do zniesienia.

Boże, zaczynam tu wariować. Mówię jak Kac Dupek. Zastanawiam się, jak by zareagował, gdybym opowiedział mu o Allie. Pewnie by spytał, czy ją kocham.

DZIEŃ 8

Kończy się mój pierwszy tydzień w Klubie pod Prochami. Zamiast imprezy czekała mnie inna niespodzianka: mama i tata przyszli w odwiedziny. A może przyszli, bo ktoś im kazał. W każdym razie kiedy wszedłem do gabinetu Kaca nastawiony na kolejną sesję babrania w moim mózgu i ich zobaczyłem, pomyślałem, że mam zwidy albo że wbiłem się na terapię ludzi podobnych do moich rodziców. Ale to byli oni. Siedzieli na kanapie.

Na mój widok mama wstała. Zrobiła parę kroków, po czym przystanęła. Może Kac zakazał jej gwałtownych ruchów, żeby mnie nie spłoszyć czy coś, bo spojrzała na niego, a potem na mnie. W końcu wykrztusiła tylko: „Cześć, Jeff” i usiadła obok ojca.

Bez słowa zająłem miejsce na dużym krześle naprzeciwko kanapy. Szczerze, co można powiedzieć rodzicom, po tym jak ostatnio widzieli cię na wpół martwego i musieli wezwać pogotowie? Po czymś takim nie można gładko przejść do pogawędek typu „co tam w szkole?”. Nie żebyśmy w ogóle się sobie zwierzali. Uściski to nie nasz styl.

– Jeff, czy chciałbyś coś przekazać rodzicom? – spytał Kac, przerywając ciszę, która trwała mniej więcej ze sto lat.

Czy w ogóle chciałem im coś powiedzieć? Owszem, tak. Przede wszystkim spytać: dlaczego nie pozwoliliście mi umrzeć? A potem: dlaczego musieliście wrócić wcześniej z tego głupiego przyjęcia? Dlaczego musieliście mnie zamknąć z tymi czubami?

Ale rzuciłem tylko:

– Co powiedzieliście wszystkim?

Matka splotła ręce.

– Powiadomiliśmy Amandę, że trafiłeś do szpitala, ale nie mówiliśmy dlaczego.

– Ma trzynaście lat, nie cztery. Pewnie zadawała pytania.

Znam moją siostrę. Musi wiedzieć wszystko o wszystkich: która dziewczyna ze szkoły po raz pierwszy dostała okres i która chce kogo zaprosić na imprezę. Nie ma szans, żeby nie próbowała od rodziców wyciągnąć, co się stało.

Mama spojrzała na tatę, który spuścił głowę.

– Wyjaśniliśmy twojej siostrze, że masz pewne… problemy – mruknął.

Parsknąłem śmiechem. Ubawiło mnie, że usiłowali ukryć prawdę przed Amandą. I jestem pewien, że sprzedali jej inny tekst. Ciekawe, co zaczęła podejrzewać. Że mam raka? Guza mózgu? Nie mogłem się doczekać, kiedy się dowiem.

– A inni? – spytałem. – Co powiedzieliście w szkole?

– Że przez jakiś czas cię nie będzie – wymamrotał tata. – To wszystko.

– Ktoś dzwonił, żeby spytać, co ze mną?

– Amanda przekazała, że jesteś chory – odezwała się mama.

– Chory – powtórzyłem. Więc tak o mnie myślą: chory. Biedny, chory Jeff leży w szpitalu, a lekarze główkują, co mu dolega. Wkurzyło mnie, że wszyscy się nade mną użalają.

– A Allie? – spytałem, zaskakując sam siebie.

– Nie dzwoniła – odparła mama.

Zamilkłem.

– Czy chcielibyście powiedzieć coś Jeffowi? – spytał Kac rodziców.

– Kochamy cię – oznajmiła mama.

Pokiwałem głową. Jak już wspomniałem, nie przepadam za „czułymi” scenami.

– I chcemy, żebyś poczuł się lepiej – dodał ojciec. – I wrócił do domu.

Nie będę was dłużej zanudzać. Zresztą nie wydarzyło się wiele więcej. Ogólnie rzecz biorąc, siedzieliśmy przez czterdzieści pięć minut, milcząc, chyba że doktor nas o coś pytał. Potem nastąpiło niezdarne pożegnanie, podczas którego matka złamała domowy zakaz przytulania, a ojciec poklepał mnie po plecach. I wyszli. Kac kazał mi zostać, a kiedy wrócił, odprowadziwszy ich do wyjścia, spytał o moje odczucia.

– Mógł mnie pan ostrzec – warknąłem.

– Po co? Spotkanie z nimi sprawiło, że poczułeś się zagrożony?

– Nie, ale się ich nie spodziewałem.

– I to ci przeszkadzało?

– Kiedy ostatnio się widzieliśmy, raczej nie stałem na podium ze złotym medalem.

– Kto to jest Allie?

– Co? – Udałem, że nie dosłyszałem, w duchu przeklinając się, że wymieniłem jej imię. Mogłem przewidzieć, że się do tego przyczepi.

– Allie – powtórzył. – Pytałeś rodziców, czy dzwoniła Allie.

– A, tak. Allie. Kumpela ze szkoły.

– Opowiedz mi o niej.

Wzruszyłem ramionami.

– Nie ma o czym opowiadać – rzuciłem, mam nadzieję, lekkim tonem. – Taka dziewczyna, z którą się trochę przyjaźniłem.

– Chciałbyś, żeby twój los ją interesował.

To było stwierdzenie, nie pytanie. Nie miałem ochoty odpowiadać, ale najwyraźniej Kac na to czekał.

– Tak jakby chodziliśmy ze sobą – oznajmiłem ciężko. – Rany, ale pan wścibski. Bardziej niż moja siostra.

Kac coś sobie zapisał, ale nic nie powiedział. Nie wiem, czy mi uwierzył. Zastanawiałem się, ile czasu zostało do końca sesji. Miałem nadzieję, że niewiele.

Kac przestał pisać, jakby czytał mi w myślach.

– Na dziś to wszystko. Jutro porozmawiamy znowu. Ach, od tej pory rodzice zaczną cię odwiedzać raz w tygodniu, żeby nie było, że cię nie ostrzegałem.

Prawie stamtąd wybiegłem i przez resztę dnia czułem się dziwnie. Właściwie nie wiem dlaczego. Może dlatego, że sądziłem, że bez trudu wyrwę się z tego szpitala. Ale chyba nie pójdzie tak łatwo.

DZIEŃ 9

Dziewiąty dzień, a ja mam wrażenie, że raczej setny rok. Najgorsze, że to mi się zaczyna udzielać. W sensie świr. Zwłaszcza kiedy myślę o Sadie. O tym, że chciała się zabić.

Dziwnie to brzmi: zabić się. Jakby człowiek chciał zamordować samego siebie. Ale zabijanie ludzi to coś złego, a samobójstwo według mnie – nie. To przecież moje życie, nie? Wolno mi je zakończyć, jeśli taka jest moja wola. Nie uważam tego za grzech.

Wszyscy mają jakąś obsesję na punkcie samobójstwa. No bez przesady. Utrzymujemy przy życiu ludzi w celach śmierci tylko po to, żeby ich potem zabić. Pilnujemy więźniów, żeby nie odebrali sobie życia przed procesem. To bez sensu. Dlaczego można kogoś skazać na śmierć, ale jemu samemu nie pozwala się o niej zadecydować?

Powiem wam, co o tym myślę. Myślę, że ludzie świrują, kiedy usiłujesz się zabić, bo tracą nad tobą władzę. Nie podoba im się, że kończysz życie, kiedy chcesz, i nie czekasz na to, co ci pisane. A jeśli pisane ci jest samobójstwo? Przyszło im to do głowy?

Wiem, że się gorączkuję. Po prostu mam dość tego zamknięcia i ludzi, którzy rozmawiają ze mną o moich uczuciach. Jak dzisiaj na terapii grupowej. Kac kazał nam się dobrać w pary i zrobić takie głupie ćwiczenie, w którym jedno z nas miało patrzeć, jak drugie odgrywa swoje uczucia. Nie mogliśmy nic mówić, tylko wyrażać wszystko gestami i mimiką. Przez pięć minut. Potem zamienialiśmy się rolami.

Niestety, byłem w parze z Juliet. Ona chciała Bone’a, jak zawsze, ale Kac kazał mu ćwiczyć z Alice. Ja wolałbym Sadie, ale ona dołączyła jako trzecia do grupy Bone’a i Alice.

Juliet jarała się tą zabawą dokładnie tak jak ja. Patrzyła na mnie, jakbym był ostatnią kanapką na talerzu – z nutellą i musztardą – którą musi wziąć, żeby nie umrzeć z głodu.

– Może ty pierwsza – zaproponowałem, a ona od razu się zgodziła. Spore zaskoczenie. Ta dziewczyna żyje, żeby zwracać na siebie uwagę. Serio. W życiu nie spotkałem nikogo z taką obsesją na własnym punkcie.

Zaczęliśmy. Na chwilę zamarła – pewnie zaglądając w głąb siebie, wczuwając się czy coś. Potem zrobiła gest, jakby trzymała pręty klatki. Zapatrzyła się na mnie niewidzącym wzrokiem ze smutną miną. I tak stała parę minut.

Przypomniało mi się, jak miałem cztery czy pięć lat i rodzice zabrali mnie do zoo. Chciałem zobaczyć niedźwiedzie, więc poszliśmy do ich wybiegu i przystanęliśmy z grupką gapiów. Pamiętam, że były brązowe – jakaś odmiana grizzly. Wszyscy wskazywali je palcami i gadali, a one chodziły, bawiły się wielkimi plastikowymi piłkami albo zanurzały w wodzie i zajmowały się jakimiś tam niedźwiedzimi sprawami. Wszystkie z wyjątkiem jednego, który przysiadł na trawie i spoglądał w jakiś punkt w oddali, ponad ludzkimi głowami. Wyglądał tak smutno, że zacząłem płakać. Rodzice myśleli, że się przestraszyłem, i zabrali mnie stamtąd. A mnie po prostu było go żal. Litowałem się, bo ten biedny miś musiał siedzieć w zagrodzie, wystawiony na spojrzenia idiotów, i wmawiać sobie, że jest gdzie indziej.

Tak właśnie wyglądała Juliet – jakby widziała miejsce, w którym pragnęła się znaleźć, ale nie mogła się tam dostać. Po chwili wyciągnęła rękę między niewidzialnymi prętami, jakby coś komuś podawała. Trzymała to w dłoni niczym prezent. Miałem ochotę go wziąć, ale przypomniałem sobie, że wolno mi tylko patrzeć. Spojrzałem Juliet w oczy. Utkwiła wzrok gdzieś za moim ramieniem. Odwróciłem się i zobaczyłem Bone’a. Patrzył na Alice, nie zauważając, że Juliet wyciąga do niego rękę.

Zupełnie mi jej nie żal. To żałosne kochać kogoś, kto nie jest tobą zainteresowany. Juliet powiedziała nam, że znalazła się tutaj z powodu zaburzeń odżywiania. Na chudą to ona nie wygląda. Spytałem Sadie, czy kiedykolwiek słyszała, żeby Juliet rzygała w łazience, a ona twierdzi, że nie. Dlatego uważamy, że jest inna przyczyna, o której Juliet nie wspomniała. Na razie. Bo na pewno ją zdradzi. Ale tak naprawdę mnie to nie obchodzi. Jeśli się jednak okaże, że jej wielkim problemem jest niespełniona miłość do Bone’a, to będę wściekły jak cholera. Co za strata czasu.

Jakąś minutę później Kac kazał nam się zamienić i Juliet usiadła bez słowa. Podniosłem się z krzesła i stanąłem bezradnie. Czułem się niewiarygodnie głupio. Juliet czekała na moją scenkę, ale w głowie miałem pustkę. Wciąż widziałem jej twarz, potem pysk niedźwiedzia, a później te dwa obrazy nałożyły się na siebie, jakby Juliet miała maskę zwierzęcia albo zwierzę maskę dziewczyny.

Ciągle nie miałem pomysłu. Tak naprawdę nie wiem, co czuję. Przez cały tydzień niewiele się nad tym zastanawiałem. Nawet teraz o tym nie myślę. Mówię coś, bo tego ode mnie oczekują w szpitalu. Jest jak z tą zabawą w podkładanie dialogów z Sadie – ktoś gra rolę, ale kwestie wymyśla inna osoba.

I wtedy się wkurzyłem. Wkurzyłem się, że rodzice mnie znaleźli. Że nie zrobiłem tego porządnie. Że Kac zmusza mnie do głupich zadań, w których robię z siebie idiotę na oczach Juliet.

Stałem jak kołek, a wewnątrz aż kipiałem. Ale wyglądałem jak skamieniały. Nie mogłem nawet drgnąć. Sterczałem tak przez pięć minut, do czasu gdy Kac kazał nam skończyć.

Ale dopiero wtedy się zaczęło. Musieliśmy opowiedzieć partnerowi, co dostrzegliśmy. Ja oznajmiłem, że zobaczyłem kogoś uwięzionego. Trudno by się nie domyślić. Juliet strasznie się ucieszyła. Nie dlatego, że ją zrozumiałem, ale ponieważ uznała się za świetną aktorkę. Ciągle pytała: „A podobało ci siebie, jak zrobiłam…?”. Zapewniałem, że wypadła świetnie, bo wolałem, żeby ciągle gadała o sobie. Wtedy nie starczyłoby nam już czasu na mnie.

I prawie się udało. Kac ogłosił, że zostały tylko dwie minuty, a my nie powiedzieliśmy o mnie ani słowa. Juliet jednak spojrzała na mnie i rzuciła krótko:

– Ty coś ukrywasz.

Myślałem, że podejrzewa, że coś zabrałem, więc odparłem:

– Nieprawda.

– Prawda – ona na to. – Masz w środku coś, czego nie chcesz nikomu pokazać.

Na szczęście w tym momencie zajęcia się skończyły. Juliet natychmiast pobiegła sprawdzić, co porabia Bone, a ja tkwiłem bez ruchu. Sadie stanęła obok mnie.

– Jak wam poszły te wygłupy? – spytała.

– Kiepsko – mruknąłem, starając się nie myśleć o tym, co powiedziała mi Juliet.

Sadie prychnęła.

– Zagramy w karty?

– A będziemy musieli mówić o uczuciach?

– Nie, do diabła. Jeśli choć słowem wspomnisz, co przeżywasz, znajdę sobie innego kumpla do pokera.

Dokładnie tego potrzeba mi najbardziej: ludzi, którzy niczego ode mnie nie chcą.

DZIEŃ 10

Tej nocy znowu nie mogłem spać. Przyzwyczaiłem się już do funkcjonowania bez niebieskiej pigułki, więc nie miałem koszmarów ani nic. Poszedłem do pokoju wypoczynkowego. Pomyślałem, że w końcu napiszę list do Allie albo pomogę siostrze Księżyc w rozwiązywaniu krzyżówki. W środku zastałem Sadie. Siedziała na kanapie i czytała gazetę.

– Czy ty nigdy nie sypiasz? – spytałem.

– Wiedziałeś, że tylko z połowy zapłodnionych komórek jajowych rozwijają się płody? – zapytała, odkładając pismo. – Z tego tylko osiemdziesiąt procent przychodzi na świat. Pozostałe ciąże nie są donaszane. – Zaczęła odliczać na palcach. – To znaczy, że na sto zapłodnień rodzi się tylko czterdzieścioro dzieci.

– Niezbyt duże szanse przetrwania – zauważyłem.

– W tym zestawieniu nie uwzględniają dzieci z wadami wrodzonymi – dodała Sadie. – To kolejne dziesięć procent, więc ostatecznie mamy tylko trzydzieści procent szans na to, że urodzi się zupełnie zdrowe dziecko.

– To pewnie zależy od tego, co się uważa za zdrowie.

Pokiwała głową.

– Jeśli tak na to spojrzeć, masz zero szans, że będziesz normalny. Ale zastanów się. Od samego początku los jest przeciwko tobie. Cud, że w ogóle przychodzimy na świat.

– I teraz czujesz się głupio, że chciałaś się zabić?

Wzruszyła ramionami.

– Nie myślałam o tym w ten sposób. Ale tak, chyba trochę tak.

– Żałujesz?

Sadie spojrzała za okno. Padał śnieg. Niezbyt gęsty, pojedyncze płatki. Normalnie miałbym nadzieję, że przerodzi się w śnieżycę i zajęcia w szkole zostaną odwołane. Ale kiedy człowiek i tak nie może wyjść, zamiecie tracą znaczenie.

– Nie wiem, czy żałuję – odpowiedziała Sadie. – Gdybym tego nie zrobiła, pewnie nadal siedziałabym w moim pokoju, rozpaczając i pisząc kiepskie wiersze.

– Ludzie na ogół nie uważają samobójstwa za dobre wyjście.

– Może nie. A ty? Żałujesz, że… zrobiłeś, co zrobiłeś?

– Żałuję, że mi przeszkodzili.

– Co ci się tak nie podoba w życiu? Z tego, co mówiłeś o rodzinie, nie wydaje się taka zła.

– Nie jest zła. Nie mam z nią żadnego problemu.

– W takim razie z czym?

– Ze sobą.

– A co z tobą nie tak?

– Nic. Po prostu jestem skomplikowany.

Sadie przewróciła oczami.