No Pucking Rules - Karolina Zielińska - ebook + książka
NOWOŚĆ

No Pucking Rules ebook

Zielińska Karolina

0,0

92 osoby interesują się tą książką

Opis

Czasem gra toczy się o coś więcej niż tylko o punkty.

Kane Wilder – gwiazda Washington Capitals, znana z brutalnych starć i gorącego temperamentu – po jednym skandalu traci miejsce w składzie i staje się obiektem hejtu. By uratować wizerunek, musi wejść w układ z trenerem… który okazuje się kimś zupełnie innym, niż chłopak zakładał.

Holly, młoda psychoterapeutka i świeżo upieczona opiekunka swojego nastoletniego brata, zapisuje go na treningi hokeja. Nie spodziewa się jednak, że instruktorem będzie najbardziej bezczelny, irytujący, a zarazem przystojny mężczyzna, jakiego poznała.

Gdy Miles nie radzi sobie na lodzie, Holly proponuje Kane’owi ryzykowny deal. To miał być prosty układ, a staje się początkiem napięcia, którego nie da się ignorować.

Między nimi iskrzy od pierwszego starcia, a cienka granica między nienawiścią a pożądaniem topnieje szybciej niż lód pod ich łyżwami.

 

Ta historia jest naprawdę SPICY. Sugerowany wiek: 18+

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 496

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redaktorka prowadząca i wydawczyni: Ewelina Kapelewska Redakcja: Justyna Yiğitler Korekta: Małgorzata Lach Projekt okładki: Adelina Sandecka Zdjęcie na okładce: © Rob; © Valerii Evlakhov; © Aleksei; © BillionPhotos.com; © dule964; © Mandrixta / Stock.Adobe.com

Copyright © 2026 by Karolina Zielińska

Copyright © 2026, Papierowe Serca an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne Białystok 2026 ISBN 978-83-8417-649-8

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Plik przygotował Woblink

woblink.com

Dla wszystkich, którzy wiedzą, że… najlepszy power play jest rozgrywany poza lodem ;)

PLAYLISTA

Purple Disco Machine, Benjamin Ingrosso, Nile Rodgers & Shenseea * Honey Boy

The Weeknd, Daft Punk * Starboy

The Weeknd * Save Your Tears

Katy Perry * Hot N Cold

Taylor Swift * CruelSummer

Taylor Swift * Style

Eminem * NotAfraid

The Score * Never Going Back

The Score * Unstoppable

Welshly Arms * Legendary

Guns N’ Roses * Welcome to the Jungle

Survivor * Eye of the Tiger

Darkest Hour * Rock the Red

Whitesnake * Here I Go Again

Lola Young * Messy

Nessa Barrett * Love Looks Pretty On You

1

Holly

Czuję na sobie wzrok Nacha, gdy biorę kęs słodkiej bułki z cynamonem. To ten niezręczny moment, w którym za cholerę nie chcę pokazywać, jakie to błogie uczucie, kiedy brązowy cukier rozpuszcza mi się na języku. Udaję więc, że się krzywię, a potem szybko sięgam po kubek z kawą i wypijam w pośpiechu parę łyków. Wiem, że przesadzam, lecz zalewają mnie wyrzuty sumienia. Naprawdę nie potrafię się ogarnąć i coraz częściej wydaje mi się, że moja przyjaciółka Tilly miała rację, że potrzebuję terapii.

To zabawne, bo jestem psychoterapeutką.

Specjalizuję się w treningu regulacji emocji, co w praktyce oznacza, że zgłaszają się do mnie osoby nieradzące sobie z nadmierną agresją. To niełatwa praca, ale przynosi satysfakcję i stabilizację finansową na takim poziomie, bym mogła bez obaw kupić sobie Thermomix i zasubskrybować pięć ulubionych platform streamingowych.

– Przez ciebie robię się miękka – burczę pod nosem, patrząc na mojego dwuipółletniego, wiecznie obślinionego berneńczyka.

Jestem szczęściarą, że mogę pracować z Nachem, choć to nie była szczególnie łatwa droga. Najpierw potrzebowaliśmy mnóstwa szkoleń, a na końcu pięknego dyplomu potwierdzającego jego kompetencje w zakresie dogoterapii. Tak, podobnie jak ja Nacho pomaga pacjentom i szczerze mówiąc, jest w tym świetny.

Nagle drzwi mojego gabinetu się uchylają i zauważam burzę rudych loków.

– Jak bardzo jesteś zajęta?

Kaylee posyła mi szatański uśmiech, który może sugerować tylko jedno: chce mi coś pokazać. Ostatnim razem, gdy uśmiechała się w ten iście diabelski sposób, musiałam oglądać zdjęcia z ostatniego pokazu mody Prady, na którym zaprezentowano torebkę wysadzaną szafirami. Nie gonię za ciuchowymi trendami, a zamiast torebki wolę plecak. Jest funkcjonalny, a moje plecy są mi ogromnie wdzięczne, że rozkładam ciężar równomiernie na oba ramiona.

– Nie mam ochoty kolejny raz oglądać anorektycznych kobiet w przebraniach grzybów i wodorostów.

– To nie były grzyby i wodorosty, tylko… – Kaylee wzdycha, gdy widzi moją uniesioną brew. – Nieważne. Chodź, to ci się spodoba.

– Będą filmiki z uroczymi kotkami?

– Nie.

– To może wyścigi emerytów na wózkach inwalidzkich?

– Co?

– Co? – odpowiadam, ledwo panując nad śmiechem. – Kaylee, skarbie, mam zaledwie dziesięć minut do kolejnego pacjenta, więc jeśli to nie jest nic ważnego, to podziękuję.

– W sieci hula filmik z twoim byłym! – Zaśmiewa się, a jej oczy płoną z ekscytacji. – Ktoś go nagrał, gdy wykłócał się o dodatkową gałkę lodów – dodaje, robiąc tajemniczą minę.

No dobra, przyznaję, wzbudziła moje zainteresowanie. Z przesadną gracją podnoszę się z miękkiego welurowego fotela, wygładzam spódnicę i zaczynam cicho chichotać. To zupełnie nie pasuje do obrazu perfekcyjnej profesjonalistki, za którą chcę uchodzić, ale pieprzyć to. Najważniejsze, że zobaczę kolejny filmik, który potwierdzi, jak wielkim kutasem jest ten zadufany w sobie facet o nieprzyzwoicie wielkim ego.

– Nigdy nie umawiaj się z aktorami. Dranie zbyt dobrze odgrywają rolę zakochanego Romea – mówię z pewną dozą rozczarowania, którego mimo wielu prób nie jestem w stanie się pozbyć. Tak to już jest, gdy rozbudzona wyobraźnia tworzy scenariusz idealnej miłości.

Byłam głupia. Wpatrzona w Gabe’a jak w obrazek nie zauważałam żadnych czerwonych flag. A było ich mnóstwo. Mogłabym zrobić z nich pelerynę. Wielką czerwoną pelerynę dla cholernie naiwnego Czerwonego Kapturka, który bezgranicznie ufał swojej babci i został skonsumowany przez wygłodniałego wilka. Jestem przekonana, że ten, kto pisał tę bajkę, przewidział mój hollywoodzki związek.

– Z aktorami? Daj spokój, ostatni facet, który mnie zaczepił, był kierowcą śmieciarki. – Kaylee prycha, przewracając oczami.

– Najważniejsze, że był miły. Bo był, prawda?

– Zaczepił mnie, bo wrzuciłam plastik do złego pojemnika.

Mrugam zaskoczona. Z jakiegoś powodu w ogóle nie wzięłam pod uwagę, że to wcale nie jest początek komedii romantycznej. Kaylee w tym czasie otwiera drzwi od sekretariatu i obie siadamy za biurkiem. Wkrótce na płaskim monitorze widzę Gabe’a. Ma na sobie marynarkę w kolorze wanilii i podniesionym głosem żąda od sprzedawcy kolejnej gałki, za którą rzekomo zapłacił. Filmik ma prawie sto tysięcy odtworzeń i nie powinien mnie bawić, ale kiedy tylko w kadrze pojawia się rozzłoszczona mina Gabe’a, nie umiem się pohamować i wybucham śmiechem. Z głośników płynie jego głos: „Chcę pistacjowe!”.

– Jest okropny! – wyduszam ledwo, ciągle się śmiejąc. – Taki roszczeniowy.

– Przypominam, że się z nim umawiałaś.

– Świetnie gotował – przyznaję z niechęcią. – I tańczył salsę.

– To nie czyni go wyjątkowym. Znam paru typów, którzy umieją świetnie tańczyć.

– Tańczył ją nago.

– Och, to zmienia postać rzeczy.

Gabe miał też wiele innych zalet, ale z czasem przemieniły się one w wady. Powinnam była uważniej słuchać swojego instynktu. Nie wiem, czy się z kimś spotyka. Pewnie tak, bo pieniądze i wygląd greckiego boga przyciągają naiwne kobiety jak magnes.

Patrzę na mężczyznę, który niedawno był całym moim światem, i jedyne, co czuję, to pogarda. Do samej siebie. Za bycie idiotką.

– Hej, myślałam, że filmik sprawi, że poczujesz przypływ zajebistości. Skąd ta smutna mina? Dziewczyno, nie rób mi tego. Ten wacuś w ogóle na ciebie nie zasługiwał.

– Wiem, spokojnie. – Wstaję z miejsca i posyłam w jej stronę lekki uśmiech. – Cały ból mam już za sobą. Przepracowałam to. – Nie dodaję, że w towarzystwie pudełka ciasteczkowych lodów od Ben & Jerry’s.

Kaylee spogląda na mnie inaczej. Jej uśmiech znika, a na twarzy pojawia się… podziw? Nie jestem pewna, czy dobrze ją rozszyfrowałam. No bo dlaczego, do cholery, miałaby mnie podziwiać? W swoim dwudziestopięcioletnim życiu jeszcze nie osiągnęłam niczego spektakularnego. No chyba że oszałamiającą liczbę wstydliwych momentów w rodzaju wejścia do zajętej sauny, w której siedziało dwóch gołych facetów, albo przypadkowego wypakowywania przy kasie w sklepie nie swoich zakupów. Nieważne, jak bardzo się staram być idealną Holly, na koniec i tak wyłazi ze mnie roztrzepana Holls, która doprowadza wszystkich do szczytu zażenowania.

A może po prostu jestem sobą. Dziewczyną mającą swoje lepsze i gorsze dni. Przeżywającą śmierć gołębia i pokonującą długie dystanse na basenie podczas weekendowych treningów. Śpiewającą pod prysznicem słodkie piosenki Taylor Swift i wrzeszczącą kibicką Reading Tigers. Jestem wszystkim po trochu i nie ma w tym żadnego problemu.

– Jesteś niesamowita. – Kaylee niespodziewanie podchodzi bliżej. – Nie dość, że miałaś odwagę wyjechać z kraju i rozpocząć studia tutaj, to jeszcze zrobiłaś wszystko, aby przejąć opiekę nad swoim młodszym bratem. I to tydzień po rozstaniu z wacusiem.

Słowa dziewczyny jak ostrze wbijają się w moje serce. Nie chciała tego i ja również wolałam tego uniknąć, ale czasami trzeba zmierzyć się z bólem. Zaakceptować go.

– Każdy zrobiłby to samo na moim miejscu – odpowiadam przekonana o prawdziwości tego zdania. Gdy nagle tracisz oboje rodziców w wypadku samochodowym, a twój niepełnoletni brat może pójść do domu dziecka, robisz wszystko, by temu zapobiec. Nie ma czasu na analizy, zastanawianie się, co będzie potem, jak się ułoży wasze życie. Trzeba zakasać rękawy, wydać mnóstwo pieniędzy na konsultacje i prawników, a następnie złożyć wniosek i walczyć w sądzie o przyznanie praw do opieki. Nie ma innej drogi. I ja cztery lata temu właśnie ją przebyłam.

– Nie, nie każdy. To, że tak myślisz, czyni cię jeszcze bardziej wyjątkową.

– Hej, daj spokój – rzucam, rumieniąc się. – Bycie wyjątkową jest strasznie przereklamowane.

– A jak Miles się czuje w nowej szkole? Odnajduje się tam?

– Nauczyciele twierdzą, że tak.

– Nauczyciele?

– Nasze rozmowy ograniczają się do: „Cześć”, „Nie rozkazuj mi” i „Pa”. Miles przechodzi bardzo trudny czas, zamyka się w sobie. Ciężko mi na to patrzeć, dlatego staję na głowie, żeby wyciągnąć go z tej skorupki. Dla niego zjadłam nawet pizzę z ananasem. Rozumiesz? Z cholernym ananasem.

– To takie dołujące. Jesteś terapeutką, a masz trudność z dotarciem do własnego brata.

– Bo jestem zbyt zaangażowana emocjonalnie. Nie umiem wygasić przy nim swoich uczuć. Zresztą nawet tego nie chcę. Już dość wycierpiał. Potrzebuje ode mnie wsparcia, a nie sesji.

– Racja. No i chyba dogaduje się z Nachem?

– Lepiej niż z ludzką populacją.

Kaylee posyła mi uśmiech w stylu: „Nie martw się, wszystko się ułoży”, ale ja wcale nie chcę go widzieć. To znaczy chcę, bo się przyjaźnimy, ale wcale nie musi mnie przekonywać, że po burzy wreszcie wyjdzie słońce. Miles może mnie nie lubić, a nawet więcej, może mieć do mnie pretensje, że wyrwałam go ze znanego mu środowiska, ale wszystko, co robię i zrobię, jest podyktowane wyłącznie jego dobrem. Znam go i choć nie wiem jak bardzo chciałby się przede mną schować, ja zawsze go odnajdę.

Wracam do swojego gabinetu i zaczynam przygotowywać się do kolejnej sesji. Uwielbiam swoją pracę. Moja babcia też była psycholożką, a ja pragnęłam kontynuować tę rodzinną tradycję. Chociaż nie tylko to skłoniło mnie do wyboru takiej ścieżki zawodowej. Kiedy byłam nastolatką, miałam bardzo krzywe zęby i nosiłam aparat ortodontyczny. Dokuczano mi z tego powodu i wyśmiewano się ze mnie. Nie chcę powiedzieć, że przez całe dzieciństwo czułam się nieakceptowana, bo były momenty, w których znajdowałam się w centrum uwagi, na przykład kiedy zostałam przewodniczącą klasy. Nie byłam szkolną pięknością ani nie miałam wysportowanego chłopaka, lecz za to odznaczałam się empatią i mądrością, które ostatecznie pokierowały moimi życiowymi wyborami.

Bycie terapeutką, poznawanie ludzi i ich problemów jest dla mnie ważne, bo chcę ich leczyć. Stopniowo pomagać dostrzec popełniane błędy i znaleźć ich rozwiązanie. W zgodzie z samym sobą. Balans w naszym zabieganym życiu jest niezwykle potrzebny, powiedziałabym, że niemal tak samo jak oddychanie.

Gdy tak się krzątam po gabinecie, Nacho łypie na mnie swoimi mądrymi ślepiami. Siada, a ja ledwo powstrzymuję śmiech, bo wygląda tak, jakby sam miał zaraz przyjąć pacjentki. Anabell przychodzi na terapię ze swoją dziewczyną Knox. Zwykle nie prowadzę terapii partnerskich, ale urzeczona ich historią zrobiłam wyjątek. Anabell wychowała się w rodzinie zastępczej, natomiast Knox była córką jej oczyma. Relacja pełna wzlotów i upadków. Płaczu, tajemnic i śmiechu. Dziewczyny padły ofiarą bezlitosnego hejtu, który zapoczątkował w nich niechęć do życia, a skutkiem ubocznym tych doświadczeń była agresja. Złość kipiała w nich do tego stopnia, że wdały się w bójkę, co z kolei zakończyło się złamaniem kości ramiennej Knox.

Wychodzę wraz z Nachem na korytarz, żeby przywitać klientki, i od razu zauważam, że Anabell znów zaszalała z kolorem włosów. Ostatnim razem były pomarańczowe z żółtymi refleksami, a teraz są całe fioletowe. Ma też kolczyk w nosie i świeży tatuaż na prawej dłoni. To chyba kwiat róży. Albo kapusta. Nie jestem pewna.

– Dzień dobry! – Uśmiecham się. – Jak wasze samopoczucie?

– Poszłyśmy na randkę na mecz hokeja – mówi Anabell. – Ale nasi przegrali i poszłyśmy się upić.

– Jesteśmy na kacu – dodaje Knox. – I możemy być niemiłe.

– Chodźcie, zapraszam – odpowiadam i wskazuję ruchem głowy otwarty gabinet. – Spróbujemy wypędzić te demony.

– Nie da się, bo Owen to cienias – mruczy Knox, wchodząc do gabinetu.

– Owen? – Nie nadążam.

– To obrońca Red Wings – wyjaśnia pospiesznie Anabell.

– Musicie mi wybaczyć, ale kompletnie nie znam się na hokeju.

– Nic dziwnego. – Knox siada na sofie i od razu chwyta za poduszkę. – W Anglii znacie tylko rugby i krykiet, co?

– Jest też parę innych sportów – rzucam, starając się nieco ukoić jej nerwy.

– Gdybym tylko spotkała tego dupka, to… – Knox jednak woli dalej się nakręcać.

– Kim jest ten „dupek”? – pytam, zastanawiając się, jaki ta osoba mogłaby mieć udział w jej złości. – Czy to ten kurier z Amazona, który nie zostawia paczek w umówionym miejscu?

– Nie. To hokeista. A konkretniej właśnie powód przegranej Red Wings. Dupek strzelił bramkę.

– Hm, okej. – Wzdycham cicho, dyskretnie zerkając na Nacha. – A co było po meczu?

– Zapijałyśmy smutki – mruczy Anabell. – Bardziej Knox, ale ja też lubię wódkę, więc nie miałam nic przeciwko.

– To może porozmawiamy o tym, co fajnego wydarzyło się przed meczem? Bo na pewno coś miłego wam się przytrafiło, prawda?

Ze wszystkich sił próbuję nie ulegać negatywnemu myśleniu swoich pacjentów, ale czuję się, jakby zamiast dziewczyn wtargnął tutaj jakiś wampir energetyczny i wyssał ze mnie ostatnią kroplę witalności. Kiedy słucham ich przygnębiającego dialogu, gdy staram się nie dopuścić do kłótni i nieco ograniczać wulgaryzmy padające z ust Knox na temat hokeisty ze znienawidzonej drużyny, co chwilę czuję na sobie przeszywające spojrzenie Nacha. Jesteśmy zmęczeni – ta sesja jest już dziś ostatnia, a nasze organizmy domagają się wytchnienia. Najlepiej gdzieś, gdzie nie ma ludzi i panuje bezwzględny spokój. Znacie takie miejsce? Nie? Cóż, ja również. Rozerwana między Milesem, treningami i pracą nie mam czasu na szukanie swojej oazy. Ale przecież mogłoby być gorzej. Trudniej i o wiele, wiele boleśniej.

Pies kładzie pysk na moje kolana, co z pewnością jest oznaką wsparcia. Idzie nam dobrze. To znaczy Anabell i Knox. Po długiej, niemal półgodzinnej, dość ostrej wymianie zdań dziewczyny dochodzą do wniosku, że jako ludzie często odczuwamy wstyd, choć popełnianie błędów jest wpisane w nasze DNA. Kiedy kończymy sesję, jestem o krok od uniesienia ramion i podziękowania wszechświatowi za to, że mnie wysłuchał. Dziewczyny żegnają się rozluźnione, a wręcz rozpromienione, co delikatnie łechta moje echo, a potem idą do Kaylee zapisać się na kolejną wizytę.

– Daliśmy radę – mówię do ziewającego Nacha. – Jesteśmy super! – dodaję, bo mocno w to wierzę.

Kiedyś w jakiejś książce przeczytałam, że powinniśmy być swoimi największymi cheerleaderkami, dlatego co najmniej raz w tygodniu chwytam za pompony i powtarzam sobie (oraz Nachowi), że wykonaliśmy kawał dobrej roboty.

Wychodzę z nowoczesnego budynku Holistic Haven i w lekkim pośpiechu pakuję psa na tylne siedzenie ukochanego Subaru. Zimny północny wiatr szarpie moim płaszczem, kiedy zamykam drzwi i obchodzę auto, a potem, gdy już odpalam silnik, na przedniej szybie zauważam krople marznącego deszczu. Cholera, nienawidzę jeździć w takich warunkach. Wciąż pamiętam ten jeden jedyny raz, gdy ciotka Matilda postanowiła odwieźć mnie do domu. Spędziłam u niej świetny czas, grałam w szachy i obserwowałam nadętego czarnego kocura. Na dworze jak zwykle było szaro i mokro i raczej nikt o zdrowych zmysłach nie wynurzał się z ciepłego mieszkania. Prawdopodobnie to był powód śmiałej decyzji ciotki. Uzbrojona w kluczyki od swojego starego Vauxhalla kazała mi zająć miejsce pasażera. Nie wspomniała nic o pasach bezpieczeństwa, więc moja ośmioletnia głowa zupełnie się nimi nie przejęła.

Drogi były śliskie i wąskie, ale to nie było przeszkodą dla ciotki, choć prawie wypadała z zakrętów. Bujało mną na wszystkie strony, do dziś mam bliznę po tym, jak z impetem przywaliłam łokciem w deskę rozdzielczą. Kiedy wreszcie dojechałyśmy do mojego domu, byłam tak zesztywniała ze strachu, że gdy ojciec otworzył drzwi, bym mogła wysiąść, wpadłam prosto w błoto. Uch, na samo wspomnienie tamtego dnia dostaję dreszczy. Dlatego nie lubię jeździć autem, gdy cokolwiek leci z nieba. A już zdecydowanie nie lubię przekraczać prędkości. Po coś w końcu są te ograniczenia, prawda?

Jadę w kierunku Maryland Avenue, myśląc o zbliżającej się kolacji. Miles nie przepada za kanapkami, choć szczerze mówiąc, mój brat nie lubi niczego, co nie jest pizzą lub mac & cheese. Czy ja też byłam taka wybredna w jego wieku? Zaciskam palce mocniej, jakbym się bała, że kierownica w każdej chwili może wykonać jakiś manewr bez mojej wiedzy, i nie zwracając uwagi na to, że połowa uczestników ruchu drogowego postanowiła mnie zatrąbić na śmierć, wlokę się do skrzyżowania i wybieram Elliott Street, która szybko przemienia się w Emerald, a potem mknę południową przecznicą Duncan i docieram na Isherwood.

Mieszkam w szeregowcu, jak dawniej w Reading. Moje drzwi są pomalowane na piękny odcień ciemnej czerwieni, a ściany wykończone białą cegłą klinkierową. Przed domem jest niewielki ogródek, w którym późną wiosną sadzę słoneczniki. Jestem zadowolona z tego, gdzie obecnie jestem, choć nie zawsze było tak dobrze. Moje początki z Waszyngtonem wołały o pomstę do nieba. Nie radziłam sobie z wielokulturowością tego miasta, przerażały mnie nieznane obyczaje i układ metropolii. Przez blisko dwa lata używałam Google Maps, by gdziekolwiek dotrzeć.

Parkuję na wyznaczonym miejscu, otwieram tylne drzwi i wyprowadzam Nacha, który niemal od razu ciągnie mnie w stronę drzew przy krawędzi chodnika. Cierpliwie czekam, aż je wszystkie obsika, i szybko przechodzimy przez ogród. Drzwi od domu są otwarte, co wcale mnie nie dziwi. Miles często zapomina je zamknąć.

– Cześć! Wróciłam! – oznajmiam, stojąc w przedpokoju, i zdejmuję płaszcz. W odpowiedzi słyszę jedynie dźwięki z włączonego PlayStation. – Jak było w szkole? – pytam, wycierając psu łapy. Nadal zero reakcji.

Nacho przekrzywia łebek i zlizuje ciepłym językiem moją marsową minę. Chowam twarz w jego gęstej sierści i wzdycham parę razy, chcąc wyrzucić z siebie te negatywne wibracje. Muszę być ostrożna, wyrozumiała i wesoła, aby wydobyć Milesa z jego twardej skorupki. Zakładam swoje ulubione różowe kapcie w kształcie uroczych króliczków i mknę do salonu.

– Co to jest za gra? – nie odpuszczam. Udając zainteresowanie, wlepiam oczy w ekran telewizora, gdzie postać sterowana przez mojego brata właśnie zabija niewinnych przechodniów i zabiera ich kosztowności. – Na czym ona polega? Oczywiście poza mordowaniem spokojnych obywateli. Czy tu w ogóle obowiązuje jakieś prawo?

– Tak, obowiązuje – odpowiada znudzonym tonem. – To prawo Milesa.

Wszystko jasne. Prawo Milesa, co w tym niezrozumiałego? Nie wiem, czy chcę wchodzić w szczegóły, więc postanawiam zająć się swoim pustym żołądkiem. Pokój jest połączony z kuchnią, więc podczas przygotowywania tortilli z serkiem śmietankowym i łososiem towarzyszą mi odgłosy wystrzeliwanych pocisków i jęki konających ofiar. Nalewam soku pomarańczowego do wysokiej szklanki i upijam łyk, zastanawiając się, jak, do cholery, nawiązać dialog z Milesem.

– Zapisałeś się na jakieś zajęcia dodatkowe?

O Boże, serio zapytałam piętnastolatka o zajęcia dodatkowe? Mam ochotę zapaść się pod ziemię. Może czas uzbroić się w porządny poradnik. Coś w stylu „Jak rozmawiać ze ścianą” albo „Sto sposobów na rozpoznanie humoru nastolatka”.

– Podoba ci się w nowej szkole? – Zaciskam powieki, kiedy po raz kolejny strzelam sobie w kolano.

– Nie – odpowiada po bardzo długiej przerwie. – Jest do kitu.

– Dlaczego?

– Bo chodzą do niej sami idioci – stwierdza oschle.

– To jedna z lepszych szkół w okolicy – zauważam. – Nie nadążasz za materiałem? Dokuczają ci?

– Nie chcę o tym gadać, okej?

– Okej – godzę się niechętnie na postawioną granicę.

Pochylona nad blatem spoglądam uparcie w kierunku Milesa. Tak bardzo chciałabym mu pomóc, wejść do jego umysłu i oczyścić go z wszelkiego zła, lecz jedyne, co mogę zrobić, to bezradnie się gapić, jak zmienia płytę z grą na konsoli. W pomieszczeniu rozbrzmiewa jakaś energiczna piosenka, a potem dołącza do niej charakterystyczne szuranie łyżew po lodzie. Nie wiem, skąd się u niego wzięła ta obsesja na punkcie hokeja. Nigdy w niego nie grał, ba, nawet nie był na lodowisku, ale z jakiegoś powodu nalegał, abym zamiast FIF-y kupiła mu NHL.

Nagle rozdzwania się mój telefon i bez namysłu wyjmuję go z tylnej kieszeni. Na wyświetlaczu miga nieznany numer. Który to już raz? Nienawidzę takich połączeń. Zwykle są to jacyś naciągacze bez sumienia albo jeszcze gorzej: wyłudzacze pieniędzy. Mimo wszystko decyduję się odebrać. Szykuję się do ataku – ściągam brwi, napinam mięśnie – ale po drugiej stronie słyszę nieznajomy męski głos:

– Cześć, Holly.

– Cześć… – odpowiadam zbita z tropu.

– Pewnie mnie nie pamiętasz, spotkaliśmy się zaledwie na parę minut.

– Nie wiem, skąd znasz moje imię ani jaką historyjkę właśnie tworzysz, ale lepiej przestań, bo nie jestem łatwowierną panienką, którą możesz nabrać – warczę, zaciskając palce na obudowie.

– Nie, nie. O Jezu, to poszło w złą stronę. Jestem Chris, wiesz… znajomy Tilly, na którego wylałaś czerwone wino podczas imprezy w The Hallow.

Moje policzki zaczynają płonąć, gdy przypominam sobie zeszły tydzień. Tak, moja przyjaciółka wyprawiła huczną imprezę z okazji swoich ostatnich urodzin z dwójką z przodu i zaprosiła paręnaście osób, z którymi świetnie się bawiłam. To był wyjątkowy weekend, podczas którego na zmianę rzygałam i ładowałam baterie. Do dziś jestem wdzięczna sąsiadce Amy, że zgodziła się zostać z Milesem. A Chris? Pamiętam go jak przez mgłę. Był wysoki, czarnowłosy, nie wydawał się szczególnie umięśniony. Miał na sobie czarny garnitur i… I okulary, przez które nazwałam go Clarkiem Kentem!

– Superman! – wypalam, gdy wreszcie łączę te wszystkie rozszalałe kropki. – Och, przepraszam za zniszczenie koszuli. To musiała być okropna plama.

– Tak, musiałem ją wyrzucić.

– O Boże, naprawdę? Przykro mi. Może mogłabym ci ją odkupić?

– Mogłabyś zjeść – odpowiada w pośpiechu. – Szlag, to znaczy… mogłabyś zjeść ze mną. – Miota się, co uważam za całkiem urocze. – Mam na myśli to, że chciałbym, żebyś zjadła ze mną kolację.

– To naprawdę miłe, ale…

– Masz kogoś? – Rozgoryczenie w jego głosie powoduje, że mimowolnie się uśmiecham. Nie zwracałam na Chrisa szczególnej uwagi, był raczej tłem. Rany, dlaczego wcześniej z nim nie porozmawiałam?

– Nie, nie. Wręcz przeciwnie, niedawno zakończyłam dość trudny związek i nie jestem gotowa na budowanie następnego.

– To tylko kolacja – mówi lekkim tonem. – Wiesz, możemy się spotkać jako znajomi.

– Clark… – Mam ochotę pacnąć się w czoło. – Chris, nie wiem, czy to dobry pomysł.

– Muszę cię zobaczyć. Od czasu imprezy non stop o tobie myślę i niemal błagałem Tilly o twój numer, więc… proszę, zgódź się. To nie musi być nic zobowiązującego. Zwykłe spotkanie dwojga kumpli, którzy chcą się lepiej poznać.

Nie wiem, co zrobić. Być może gdybym nie miała na głowie spraw związanych z Milesem, byłabym w stanie się zgodzić, ale nie mogę zakrzywić rzeczywistości. Brat jest moim priorytetem i to z nim chciałabym się lepiej poznać.

– To wszystko brzmi świetnie, ale niestety naprawdę nie mam ochoty na spotkania przy kolacji.

– Czyli nie?

– Czyli… może? Masz mój numer, a wysłanie esemesów nic nie kosztuje. Zobaczmy, co z tego wyniknie.

– Dobrze. Jasne. To napiszę do ciebie wieczorem?

– Bardziej jutro.

– Jutro. Rano?

– Brzmi wspaniale – odpowiadam, zerkając na siedzącego pod szafką Nacha. – Miłego dnia, Chris.

– Tobie również, Holly. Miłego dnia.

Uśmiecham się. Znowu. To nie tak, że od razu czuję ekscytację i motylki w brzuchu, ale to naprawdę przyjemne, gdy komuś aż tak zależy na kontakcie. Odkładam telefon na blat i wpadam na jeden z tych pomysłów, który może albo okazać się wspaniały, albo całkowicie pogrążyć mnie w oczach brata. Ryzyko jest wielkie, ale jeśli go nie podejmę, to do wieczora będę zmuszona oglądać jego grę na konsoli. Wychodzę energicznie z kuchni. Mam wrażenie, że wstąpiły we mnie nowe siły.

– Chodź, zakładaj buty i wychodzimy – mówię cała w skowronkach.

– Nie chce mi się – grzmi Miles. – Poza tym wcale nie musisz rezygnować z randek przeze mnie.

– Co?

– Umów się z tym Chrisem – rzuca obojętnie.

– To nie tak. – Podchodzę i siadam na sofie obok niego. – Nie rezygnuję z niczego przez ciebie – zapewniam, wpatrując się w jego profil. – Serio.

– Ale nie pójdziesz z nim na kolację.

– Nie muszę się od razu zgadzać – mówię, szturchając go ramieniem.

Jesteśmy całkiem do siebie podobni. Gdybym to ja była na jego miejscu, pewnie zachowałabym się podobnie. Zresztą nie tylko to nas łączy. Mamy włosy w niemal identycznym odcieniu jasnego brązu, a nasze oczy przypominają dwa węgle lub jak to kiedyś określił Gabe, kostki czekolady deserowej.

– Miles, no dawaj. – Znowu go szturcham. – Nie daj się prosić.

– Dokąd chcesz jechać? – pyta, nie odrywając wzroku od ekranu, na którym rozgrywa się mecz hokeja. – Co takiego może być lepsze od Pucharu Stanleya?

– Lodowisko? – Stawiam wszystko na jedną kartę. – Widzę, że od jakiegoś czasu interesujesz się hokejem, więc może to dobry moment, żeby odłożyć pada i spróbować swoich sił w realu?

– Przecież ja nawet nie utrzymam się na lodzie. – Prycha pod nosem. – I ty chyba też nie?

– Ja z pewnością nie, ale co tam. – Udaję, że wcale nie martwi mnie wizja łyżew, lodu i tego, ile razy się przewrócę. – To nie może być takie trudne.

– W sumie… – Miles zaczyna się wahać. – Chciałbym się nauczyć jeździć na łyżwach, żeby potem grać w hokeja.

– Gdzie uczą gry w hokeja?

– Nie wiem. – Wzrusza ramionami. – Ale gdzieś na pewno, nie? To w końcu Waszyngton.

– Dlaczego akurat ten sport? Kiedyś grałeś w piłkę nożną i myślałam, że będziesz chciał to kontynuować. W szkole wolą hokej?

– Nie, po prostu… hokeiści są super – odpowiada z lekkim rumieńcem na twarzy. – Są twardzi, szybcy i mają fajnych fanów.

– I ty też chcesz taki być?

– Nie chcę. – Podnosi się z sofy i spogląda na mnie z dziwną powagą. – Ja taki będę.

2

Kane

– Nie zgadzam się!

– Kane…

– Nie! Rozumiesz?!

– Ta decyzja przyszła z góry.

– Mogłaby przyjść od samego władcy jebanego Olimpu, a ja nadal nie będę się z nią zgadzał!

Stoję przed Darrylem i wrzeszczę mu prosto w twarz, bo nie jestem w stanie pojąć głupoty przewodniczącego Departamentu Bezpieczeństwa Zawodników NHL, który wymierzył mi karę. Ale jeszcze bardziej nie mogę pojąć, że dyrektor ligi, Brad Hawk, przystał na to i wykreślił mnie z trzech meczów rozpoczynających sezon. Jestem wściekły i ledwo panuję nad tym, żeby nie roznieść eleganckiego gabinetu trenera w pył. Zaciskając zęby, przyglądam się lśniącym złotym pucharom i medalom, które wraz z drużyną zdobyliśmy przez ostatnie trzy lata.

– Ja też nie jestem uradowany. Drużyna dużo na tym straci, ale tym razem i Departament, i Hawk mają rację. Przesadziłeś.

– Nie moja wina, że gość nie umiał się bić.

– Właśnie o tym mówię. Hokej to nie cholerny oktagon.

– Słuchaj – warczę, podchodząc do niego – nie będę przepraszał za to, że tamten okazał się za miękki. Walczyłem i wygrałem. I chcę więcej. Jestem w zajebistej formie, chłopaki też. Pozwól mi wyjść na lód i zrobić swoje.

– Nie mogę.

– Możesz! – Znowu podnoszę głos, ale trener nie wygląda na poruszonego. Wręcz przeciwnie, zachowuje stoicki spokój, co wkurwia mnie jeszcze bardziej.

– Wiesz, że z każdym sezonem przybywa ci antyfanów?

– Co to ma do rzeczy? – Nie widzę sensu, żeby przejmować się durnymi fanaberiami przewrażliwionych kibiców.

– Jesteś zbyt agresywny.

– Czy to, kurwa, jakiś żart?

– A czy nazywanie cię Bestią brzmi jak żart? Obaj wiemy, że grasz, nie stosując się do zasad. Kontuzjujesz i zastraszasz przeciwników, a tą bójką z Sandstormem tylko dolałeś oliwy do ognia.

– Ile razy mam powtarzać, że idiota wcale się nie bronił?

– To czemu nie przerwałeś?! – Darryl nie wytrzymuje i daje upust złości. – Skoro wiedziałeś, że w ogóle się nie broni, to dlaczego dalej go atakowałeś?!

Po raz pierwszy od bardzo dawna nie wiem, co odpowiedzieć. Nie jestem typem, który milczy ze zwieszoną głową, ale teraz naprawdę nie znajduję żadnych słów. Nie wiem, dlaczego wyładowałem swoją frustrację na tamtym gościu, nie mam pojęcia, czemu nie potrafiłem odejść, tylko napierdalałem go pięściami, aż nie zobaczyłem tryskającej krwi. Odsuwam się od trenera i z dziwną bezradnością opadam na skórzany fotel.

– Co z nim? – pytam, odzyskawszy spokój w głosie.

– Wypisali go ze szpitala, wrócił do domu.

– Będzie grał?

– Prawdopodobnie nie.

– To dlatego mnie zawieszają?

– To jeden z powodów. – Darryl również sprawia wrażenie zmęczonego naszym wcześniejszym brakiem porozumienia. Nie odrywając ode mnie spojrzenia, przesuwa dłonią po łysej głowie. – Co się stało? Pamiętasz, jak zaczynałeś? Byłeś taki… zadowolony.

– Nadal jestem – przekonuję. – Są jednak sprawy, które trochę tego zadowolenia ujmują.

– Jakie?

– Niezdobyte gole – odpowiadam krótko. – Nie umiem się cieszyć z czegoś, co zjebałem. A ostatnio zdarzyło mi się zmarnować parę dobrych strzałów.

– Jesteś fantastycznym hokeistą, Kane.

– Wiem.

– I wszyscy doceniają twój wkład w rozwój drużyny.

– To oczywiste.

– Masz niewiarygodną wytrzymałość i siłę, która daje naszej drużynie sporą przewagę.

– Ciężko trenuję. Byłbym zdziwiony, gdybym nie widział żadnych efektów swojej pracy.

– Ale brakuje ci delikatności.

– Nie urodziłem się, by być pieprzonym kwiatuszkiem – warczę. – Co to ma, do cholery, znaczyć? Który hokeista jest delikatny? I zanim zaczniesz wymieniać: pomiń Europę.

– Masz kolosalny problem z agresją. I nie jest to tylko zdanie Departamentu, ale wszystkich, którzy siedzą nade mną. I albo coś z tym zrobimy, albo… – Urywa i przymyka powieki. – Wolałbym, żeby nie było żadnego „albo”, bo drużyna cię potrzebuje.

– Szantażują cię? – Złoszczę się. – Dają ci pieprzone ultimatum, a jednocześnie mówią o byciu delikatnym? To cholerna hipokryzja. – Zaciskam zęby tak mocno, że zaczynają o siebie trzeć. – Zgłoś ich.

– Tu nie chodzi o nich, tylko o ciebie.

– W porządku, to ja ich zgłoszę – decyduję bez wahania.

– Naprawdę nic do ciebie nie dotarło? – Darryl wydeptuje ścieżkę od panoramicznego okna z widokiem na centrum miasta do zamkniętych drzwi. Z łatwością zauważam, jaki jest spięty. – Jesteś tak skoncentrowany na sobie, że nie dopuszczasz żadnych nieprzyjemnych faktów – mruczy, szarpiąc krawat. – Zacznij dostrzegać innych.

– Innych? – prycham, rozpierając się w fotelu. – I co oni mi dadzą? Całe życie tyram jak wół, żeby moje nazwisko coś znaczyło, a ty pieprzysz mi o jakichś innych? Nie potrzebuję ich.

– Kane. – Mężczyzna staje obok, pochyla się i chwyta mnie za ramię. – Wiesz, że szanuję cię za to, że wstawiłeś się za mną w zeszłym roku. Lubię cię i uważam za naprawdę fajnego gościa, lecz to nie wystarczy. Twoja dalsza kariera zależy wyłącznie od ciebie.

– Moja kariera zależy od wygranych, a jeśli mnie zawieszą, nie mam na nie szans.

– To początek sezonu. Wciąż jest czas, żeby ludzie przestali się ciebie bać.

– Nie może być aż tak źle. – Łypię na niego okiem. – Żadne dziecko nie ucieka z krzykiem na mój widok, a kobiety… – Na mojej twarzy pojawia się szeroki, pełen satysfakcji uśmiech. – No cóż, one akurat krzyczą.

Darryl puszcza moje ramię i znowu zaczyna kręcić się nerwowo po gabinecie.

– Nie uważam tego za coś złego – dodaję z lekkim rozbawieniem. – A ty?

– Skup się na zadaniu.

– Zawsze. Powiedz tylko słowo, a zrzucam z siebie to gówno. – Wskazuję ruchem głowy na granatową marynarkę, którą zestawiłem z białą koszulą. Nie ma co, wyglądam jak pieprzone milion dolarów. I dobrze. Nie będę przecież wykłócał się z trenerem w stroju jakiegoś obdartusa. – Wystarczy jeden znak, abym pobiegł do szatni.

– Zatrudnimy jakiegoś specjalistę od wizerunku.

– A ty dalej swoje – wzdycham poirytowany.

– Kogoś doświadczonego w pracy z nerwusami.

Gdy słyszę ostatnie słowo, zerkam na niego i wymownie unoszę brew. Wcale nie uważam się za jakiegoś agresora. Owszem, mam krótki lont, ale to chyba nie jest powód, żeby histeryzować?

– Hawkowi od tego całego weganizmu pojebało się w głowie – burczę rozdrażniony.

– To nie weganizm, tylko obawa.

– Na jedno wychodzi – rzucam, wbijając paznokcie w obicie fotela. – Dawniej facet jadł mięso i polował na jebane mamuty. A teraz, kurwa, boi się rywalizacji.

– Wiesz co? Zatrudnimy kilku specjalistów. Jeśli jeden odpadnie, zawsze będzie drugi. Nie możemy podejmować ryzyka.

– Nie zabiłem tego gościa z Bruins. Mówiłeś, że wypisali go ze szpitala, więc musi się czuć dobrze – stwierdzam, ignorując słowa trenera. – Na pewno już zapomniał o całej akcji, a wy próbujecie mnie ukarać jak jakiegoś szczeniaka.

– Całe szczęście, że poczuł się lepiej!

– Oj, nie przesadzaj. Złamany nos, wielka mi rzecz. – Przewracam oczami. – Dawaj, Darryl, skończmy tę szopkę i bierzmy się do roboty.

– Jeszcze dziś zacznę szukać odpowiednich kandydatów.

– Po co niszczyć psychikę kolejnym wrażliwym kwiatuszkom? – prycham, nie panując nad gniewem. – Nie zmienisz zdania? Jesteś tego całkowicie pewny?

– Nawet jakbym chciał, to nie mogę. Hawk jest oburzony, fani są wściekli. Jeżeli zignoruję te wszystkie czerwone flagi, to nie tylko ty wylecisz z NHL – mówi, patrząc na mnie z nadzieją, że jednak się ugnę i zaczniemy współpracować.

Biorę wdech, a potem kolejny i wstaję z fotela. Wygładzam marynarkę i podchodzę do trenera.

– Zadzwoń, gdy odzyskasz jaja – odzywam się ponurym tonem i wychodzę z gabinetu.

Nie trzaskam drzwiami, nie wyzywam jego sekretarki, która wodzi za mną swoimi wielkimi jak spodki oczami. Nie robię nic, co sugerowałoby, że jestem narwany. Chociaż czy muszę w ogóle im cokolwiek udowadniać? Jeśli chcą wierzyć w swoją prawdę, niech wierzą. Najwidoczniej lubią kłamstwa.

Idąc szerokim korytarzem wyłożonym białymi płytkami, przywołuję w pamięci ten niedawny felerny mecz. Nie pamiętam nazwiska tego gościa, ale prowokował mnie od drugiej tercji. Podjeżdżał, robił dziwne zagrywki i pokazywał, jakim jest cwaniakiem. Jednak to według Hawka nie było powodem, żeby go atakować. Od zarania dziejów hokej był brutalnym sportem i nikomu nie przeszkadzała krew na lodzie, a teraz wszyscy płaczą z powodu złamanego nosa. W jakim świecie żyjemy?

Schodzę po schodach i zerkam tęsknie w kierunku szatni. Wystarczyłoby skręcić, wejść do środka i mieć wszystkich w dupie. Ale za to zostałbym w najlepszym przypadku zawieszony w NHL.

Nie wyobrażam sobie, że mógłbym odejść z drużyny. Szlag, dokąd w ogóle miałbym odejść? Hokej jest wszystkim, co kocham. Wszystkim, na czym mi zależy i za co będę walczył. To integralna część tego, kim jestem. Chcesz pozbawić mnie miejsca w lidze narodowej? Strzel mi w serce, bo dopiero martwy ci na to pozwolę. Na mojej twarzy pojawia się ironiczny uśmiech, bo słowa, które tłuką mi się w głowie, tak bardzo przypominają słowa dziadka Keitha. Zawsze chciał, żebym wyrósł na mężczyznę, który potrafi walczyć o swoje – i oto jestem. Zrodzony z piekła jego reżimu i wyrzeczeń. Nauczony, jak wstawać z kolan po porażce i jak przyjmować nawet te najbardziej bolesne ciosy, śmiejąc się przeciwnikowi w twarz.

Jaka szkoda, że świat się zmienił i nikt nie docenia twojej nauki, Keith.

Nawet ja. W szczególności ja.

Nie przestając się uśmiechać, wsiadam do zeszłorocznego modelu Nissana G-TR i naciskam przycisk, by obudzić uśpionego potwora. Od zawsze lubiłem szybkie auta, ich siła wzbudzała we mnie podziw. Zresztą połowę dzieciństwa spędziłem w garażu Keitha. Pomagałem mu ulepszać stare rzęchy. Gdy były gotowe, zawsze wypróbowywaliśmy ich prędkość na prostej drodze parę kilometrów od domu. Odległość była kluczowa, bo żaden z nas nie chciał doprowadzić do zawału mojej matki. Czasami myślę, że fajnie byłoby mieć ją na miejscu, tu, w Waszyngtonie, ale potem pojawiają się te wszystkie męczące wspomnienia. Tego, jak się zamartwia byle zadrapaniem, jak zabrania mi chodzić na treningi hokeja, bo połamię kości. Nie. Nie mógłbym mieć jej blisko. Oboje byśmy oszaleli.

Wciskam gaz, a samochód rzuca się w przód jak rozszalałe zwierzę. Uwielbiam ten groźny pomruk silnika i to, że przechodnie odwracają się, kiedy ich mijam. Czuję się wtedy, jakbym był pieprzonym władcą, i mimo że brzmi to strasznie arogancko, nie mam zamiaru przepraszać. Do wszystkiego doszedłem ciężką pracą i poświęceniem. Zasłużyłem na to i na wiele więcej, co nieustannie staram się dowieść światu. To nie moja wina, że ludzie mnie nie rozumieją i klikają unfollow. Tak, zauważyłem znaczny spadek liczby obserwujących na moich social mediach, ale co z tego? Przecież nie będę po nich płakać. Jeżeli nie są w stanie mnie wspierać, to po chuj mieć takich fanów? Bardzo dobrze, że odeszli. I niech odejdą kolejni. Walą mnie statystki.

Nieświadomie coraz mocniej zaciskam dłonie na kierownicy. Złość przelewa się przez moje ciało, jestem sfrustrowany i tak naprawdę nie mam pojęcia, co powinienem zrobić. Moim szczęściem, celem i marzeniem jest hokej, a teraz, gdy zostałem skreślony z listy na nadchodzące mecze… Co, do cholery, mam robić? Spoglądam na wyświetlacz i krzywię się, gdy widzę, że jest ledwo dziewiąta rano. Czy czas zawsze płynął tak wolno? Mam wrażenie, że zwolnił celowo. Przejeżdżam drugi raz przez to samo durne skrzyżowanie i postanawiam rozładować część swojej energii w Red Devils. To klub bokserski, do którego należę, odkąd przeprowadziłem się z Ontario do stolicy Stanów Zjednoczonych pełnej zieleni i ważnych gmachów. Nie pamiętam jednak, czy w poniedziałek mają otwarte, i niemal całą drogę modlę się w duchu, żebym mógł wejść do środka i przywalić w parę worków. Boks jest dla mnie jak terapia, z tą różnicą, że zamiast durnych psychologicznych gier jest walka. Męczę ciało i wyrzucam z głowy wszelkie negatywne myśli.

Ze złości aż świerzbi mnie skóra, tak bardzo chciałbym wpłynąć na decyzje Departamentu, na cholernego Hawka i na wszystkich tych, którzy po analizie mojego zachowania uznali, że potrzebuję kary. Zatrzymuję się na parkingu i biegnę do drzwi, które na szczęście okazują się otwarte. Wchodzę do środka i uśmiecham się na widok Stacy. To jedna z tych cholernie gibkich blondynek, które trenują pole dance i potrafią owinąć się wokół twoich bioder jak pieprzony wąż boa. Lubię ją. Nie jest skomplikowana ani wymagająca. Podchodzę do niej i bez ostrzeżenia łapię ją w talii.

– Kane! Boże, wystraszyłeś mnie! – Fuka, zabawnie marszcząc nos.

– Nie dostanę żadnego buziaka na przywitanie? – pytam z przekorą.

Stacy spogląda na mnie błyszczącymi oczami, a potem językiem zwilża wargi.

– Pochyl się, wielkoludzie.

Tłumię śmiech, choć to nie pierwszy raz, gdy nazwano mnie w ten sposób. Mam prawie dwa metry wzrostu, co sprawia, że jestem wyższy od niemal wszystkich swoich znajomych. Mimo to nie uznaję tego za wadę. Wręcz przeciwnie. Kiedy pochylam głowę, Stacy staje na palcach i zarzuca mi ramiona na szyję. Całuję ją szybko w usta i delektuję się przedsmakiem rozkoszy, którą, jeśli się na to zdecyduję, mogę mieć. Nasz układ jest prosty. Przyjaźnimy się i uprawiamy ze sobą seks, ilekroć najdzie nas ochota. Zero problemów, zero randek i zero oczekiwań.

– Przyjechałeś na trening? – pyta, gdy się od niej odsuwam.

– Tak. – Zerkam w stronę długiego korytarza, za którym znajdują się szatnie. – Chcesz popatrzeć, jak napinam mięśnie? – pytam lekko rozbawionym tonem i mrugam do niej okiem.

– Popatrzyłabym, jak napinasz coś zupełnie innego. – Chichocze i rozgląda się po pomieszczeniu. Jesteśmy sami. Gdy wchodziłem do klubu, nie zauważyłem recepcjonistki, więc albo gdzieś wybyła, albo w ogóle nie zjawiła się w pracy. To nie moje zmartwienie, więc w pełni koncentruję się na Stacy.

– Co takiego? – Prowokuję ją.

– Coś, co daje mi wiele radości – odpowiada, sunąc czubkiem palca po klapie mojej marynarki. – Prysznice są wolne – dodaje jakby nigdy nic.

– Jestem wściekły – mówię zadziwiająco spokojnym tonem. – Jeśli teraz pójdziemy się pieprzyć, to rozwalę twoją cipkę i nie będę niczego żałował.

– Brzmi jak dobra zabawa.

Parskam śmiechem. Ma rację, to brzmi jak cholernie dobra zabawa, ale jedynie dla mnie.

– Możesz mnie użyć – szepcze, a jej dłoń szybko prześlizguje się z mojego ramienia na brzuch i powoli opada na klamrę paska. – Z chęcią poprawię ci humor.

– Jesteś pewna? – pytam ochryple, wlepiając oczy w jej sterczące sutki, które odznaczają się pod elastycznym materiałem sportowego topu. Wcześniejszy gniew miesza się z narastającym pożądaniem.

Stacy posyła mi zmysłowy uśmiech, a jej palce powoli zaciskają się na moim twardniejącym fiucie.

– Nie było cię tutaj od dwóch tygodni, co oznacza, że od ponad czternastu dni nie miałam w sobie twojego kutasa, a ty pytasz, czy jestem pewna? Tak, Kane. Jestem pewna.

Bez słowa unoszę dłoń i zaciskam pięść na jej włosach. Chciałem dać jej wybór i czas, żeby jeszcze raz to przemyślała, ale skoro w ogóle się tym nie przejęła, to tym lepiej dla mnie. Odchylam jej głowę i całuję ją mocno w wilgotne usta, a potem prowadzę długim korytarzem w kierunku szatni. Zewsząd słychać charakterystyczne odgłosy uderzania w worek treningowy oraz podeszew butów zderzających się z gumową podłogą. Otwieram drzwi od męskiej łazienki i niemal siłą wpycham Stacy do jednej z trzech zabudowanych kabin prysznicowych.

– Rozbieraj się – nakazuję, rozpinając koszulę, którą zrzucam wraz z marynarką. Nie dbam o to, czy materiał dobrze zniesie tak szorstkie traktowanie. Nie muszę. Jeśli się zniszczy, to kupię sobie kolejne ciuchy.

– Co robiłeś przez te dwa tygodnie? – pyta, zdejmując top.

– Grałem.

– A po meczu? Pozwalałeś głodnym króliczkom zjadać swoją marchewkę?

– O Boże, jesteś taka zboczona – rzucam i szybkim ruchem ściągam z niej legginsy. – To jedna z tych rzeczy, które cholernie w tobie lubię.

Stacy się śmieje, jakby już to wiedziała, a potem z błyskiem w oku spogląda na moje krocze. Wiem, że chce possać, ale nic z tego. To jedna z moich zasad. A właściwie to jedyna zasada. Nie pieprzę w usta. Nikogo. I nie dlatego, że uważam to za coś obleśnego, po prostu jeszcze żadna kobieta nie była na tyle wyjątkowa, abym mógł się wsunąć pomiędzy jej wargi. Stacy rozpina mi spodnie. Nie mam jednak chęci na powolne budowanie napięcia, więc odsuwam jej dłonie i w pośpiechu ściągam je wraz z bokserkami. Ujmuję w dłoń nabrzmiałego kutasa i każę dziewczynie się odwrócić. Zna ten schemat. Każdy nasz seks zaczyna się tak samo. Wstrzymuję oddech, gdy opiera dłonie na ścianie kabiny i wypina tyłek. Może gdybym był mniej rozdrażniony, znalazłbym czas, by skomplementować jej wysportowane ciało. Niestety nie jestem. Nadal czuję gniew, choć w momencie, gdy ustawiam się tuż za plecami Stacy i wsuwam fiuta w jej mokrą cipkę, przestaję analizować. Wypychając biodra, szarpię za blond włosy. Niewyraźne jęki dziewczyny stają się coraz głośniejsze i bez namysłu odkręcam kurek ciepłej wody. Chcę ją zagłuszyć, bo wolałbym nie ujawniać światu, że w przerwie od hokeja pieprzę kursantkę pole dance. Napinam mięśnie, a grube żyły na ramionach niemal przebijają mi skórę. Mam wrażenie, że przez moje ciało przetacza się kula wypełniona płynną lawą, która powoli spływa w dół brzucha. Każde pchnięcie jest jak balansowanie na krawędzi orgazmu.

– Dlaczego nie? – pyta zadyszana.

– Co? – Nie rozumiem i jestem przekonany, że wcale nie chcę rozumieć ani poznawać jej myśli. Nie są mi do niczego potrzebne. Szarpię ją mocno za biodra, dając w ten sposób znać, żeby przyspieszyła.

– Dlaczego nie mogę ci possać? – Mimo silnych dreszczy i drżących ud jest w stanie ciągnąć temat.

– Bo jestem jebanym dżentelmenem i nie spuszczam się w usta koleżanek – warczę i wymierzam jej dwa siarczyste klapsy w pośladek. Kwili, zaciskając cipkę, co jeszcze potęguje moje doznania. Nie mogę się powstrzymać i uderzam w drugi pośladek.

– Kurwa! – Stacy robi nagły ruch, jakby chciała się wyszarpnąć z mojego uścisku.

– Stój w miejscu! – krzyczę i wchodzę w nią mocno.

Jej całe ciało się trzęsie, nie radząc sobie z tą wszechogarniającą rozkoszą. Jęczy i dyszy, prosząc, abym się w niej spuścił, ale ja odmawiam. Tak, jestem na tyle wkurwiony i samolubny, że nie pozwalam jej dojść na swoim fiucie. Wysuwam się, na co ona protestuje przeciągłym jękiem.

– Potrzebuję cię – piszczy, ocierając się pośladkami o kutasa. – Włóż go, proszę.

– Odwróć się.

Stacy staje do mnie przodem, a ja chwytam fiuta u podstawy i wykonuje szybkie ruchy góra–dół.

– Baw się swoją cipką – mówię, przymykając powieki. – Doprowadź się do orgazmu na moich jebanych oczach.

– Och, skoro tego pragniesz… – mamrocze, wsuwając dłoń pomiędzy uda.

Nie odpowiadam. Ciepła woda spływa po naszych rozedrganych ciałach, ale zamiast ulgi czuję zniecierpliwienie. Chcę szczytować, wystrzelić na jej cycki, lecz jednocześnie robię wszystko, żeby to opóźnić, bo czerpię z seksu zbyt wielką przyjemność, aby dojść po paru minutach. Stacy porusza rytmicznie biodrami, oczy uciekają jej w głąb czaszki. Jęczy, że zaraz osiągnie orgazm. Zaciskam dłoń na twardym fiucie i gapiąc się na pogrążoną w otchłani rozkoszy dziewczynę, wykonuję kilka mocnych ruchów, które ostatecznie doprowadzają mnie do obłędu. Moje ciało staje w ogniu, szarpię biodrami, a kiedy tryskam na brzuch Stacy, z mojego gardła wybrzmiewa niski, niemal wibrujący pomruk zadowolenia.

– Tak, właśnie tak – jęczy, unosząc dłoń. Zamglonym wzrokiem śledzę jej ruchy i kiedy próbuje chwycić mojego kutasa, niemal natychmiast się odsuwam. – Nie pozwolisz mi się nim zająć? Biedaczek nieźle się napracował. Zasłużył na specjalne traktowanie.

– Wyjdź.

Stacy ignoruje moje polecenie i ponownie usiłuje mnie dotknąć.

– Powiedziałem, że masz wyjść – mówię nieprzyjemnym tonem i by podkreślić wagę słów, otwieram kabinę. – Ręcznik znajdziesz w mojej szafce.

– To żart? Wyrzucasz mnie z cholernego prysznica po tym, jak pozwoliłam ci się zerżnąć?

– Ostrzegałem, że nie będę miły.

– Wspominałeś też, że jesteś dżentelmenem.

– Kłamałem – odpowiadam z aroganckim uśmiechem na ustach. – No dalej, Stacy, weź się w garść i nie utrudniaj sytuacji.

– Gdyby nie fakt, że naprawdę lubię twojego fiuta, już dawno strzeliłabym cię w pysk.

Uśmiecham się jeszcze szerzej, a następnie delikatnie wypycham ją z kabiny. Teraz, gdy moja żądza została zaspokojona, nie potrzebuję jej obecności. Sięgam po żel i rozprowadzam go po ciele, nie przejmując się uczuciami dziewczyny. Czemu miałbym to robić? To, że dobrze się ją pieprzy, nie znaczy, że jest dla mnie kimś ważnym.

Kiedy wychodzę spod prysznica, Stacy już nie ma. Cieszę się, że zrozumiała mój przekaz i nie odstawiała scen jak jakaś gówniara. Od samego początku było jasne, że łączy nas tylko seks i co najważniejsze, ja dyktuję reguły naszej gry. Nagi podchodzę do szafki, wyjmuję ręcznik, a potem otwieram sportową torbę, w której mam ubrania. Zakładam bawełniane spodnie od dresu i zestawiam je z koszulką z logo z czerwonym diabłem. Niechętnie rozwieszam mokry garnitur na kaloryferze i opuszczam łazienkę. Jestem zmęczony i głodny, więc od razu ruszam do automatu z batonami proteinowymi. Nie muszę mieć żadnych monet czy żetonów, aby go kupić. Wystarczy, że użyję karty przeznaczonej dla elitarnych członków klubu.

– Kane! – Gdy słyszę swoje imię, odwracam się od automatu i widzę Cedricka. Unoszę dłoń w geście pozdrowienia. – Fajnie, że do nas wpadłeś. Po czy przed?

Cedrick to właściciel klubu. Nie powiem mu przecież, że nawet nie zajrzałem do sali treningowej.

– Zdecydowanie po – prycham, wspominając gorącą cipkę Stacy.

– Szkoda, myślałem, że może poboksujemy razem, wiesz, jak kiedyś. Pamiętasz nasz ostatni sparing?

Śmieję się pod nosem. W sumie nie mam planów na resztę dnia i zanim spotkałem Stacy, naprawdę chciałem iść wyładować się na workach.

– Właściwie to jednak mógłbym obić ci mordę – rzucam, po czym wgryzam się w batonika.

– Mnie obić mordę? – Cedrick parska rozbawiony. – Ktoś tu ma zajebiste poczucie humoru.

– Chcesz się założyć?

Moje oczy błyszczą jak w gorączce, kiedy wyczuwam kiełkującą rywalizację. Trudno mi ukryć podekscytowanie i nieodparte pragnienie, żeby sprawdzić swoje siły. Od dziecka uwielbiam współzawodnictwo. Keith mówił, że walkę mam we krwi. Trudno się z tym nie zgodzić. Moja niezachwiana wiara we własne możliwości i ciężka praca zawsze prowadziły mnie do sukcesu.

Zjadam batonika i wraz z Cedrickiem idziemy do sali. Red Devils to naprawdę fajne, klimatyczne miejsce oferujące jasne i przestronne pomieszczenia treningowe utrzymane w stylu lat dziewięćdziesiątych. Zerkam na mural ukazujący Roya Jonesa Juniora w trakcie finałowej rundy i napis „Trenuj jak mistrz”, a potem na ring otoczony czterema czarnymi linami.

– Jeszcze możesz zrezygnować.

– Ja nigdy nie rezygnuję – rzucam twardo i odkładam telefon na półkę obok zwiniętych skakanek i hantli.

– Boks to nie hokej.

– Testujesz moją cierpliwość?

Cedrick posyła mi jedynie łobuzerski uśmieszek, a potem przeczesuje dłonią swoje czarne włosy, czym wprawia je w totalny nieład, i wspina się na ring. Jest obrzydliwie pewny siebie i nic dziwnego, skoro ma na koncie parę ciekawych osiągnięć związanych z boksem. Choć wiem, że jest ode mnie lepszy, i tak tego nie przyznaję. Nie umiem. Dołączam do niego i obaj szybko zajmujemy odpowiednie pozycje. Mierzymy się wzrokiem i śmiejemy się, bo nie umiemy patrzeć na siebie surowo.

Wtedy Cedrick postanawia wyprowadzić pierwszy cios. Jego lewa ręka przelatuje mi tuż nad uchem, więc wykorzystuję swoją zwinność i oddalam się od niego. On jednak dopada do mnie w półdystansie i ostro atakuje. Obrywam z lewego prostego, a sekundę później z sierpowego, który posyła mnie na podłogę.

– Kończymy? – pyta, podając mi dłoń.

– Nie.

– Jesteś pewny? Rozciąłem ci łuk brwiowy, może powinieneś sobie to opatrzeć?

– Wyglądam ci na takiego, co lubi przyklejać plasterki na ranę? – warczę, wstając.

Zaczynamy od początku. Przyjmujemy pozycje wyjściowe i mimo że czuję ból, a krew płynie mi po twarzy, rzucam się na Cedricka. Wyprowadzam cios podbródkowy, który koncentruje się na jego żebrach, a potem poprawiam uderzeniem w brzuch. Mężczyzna odskakuje, znowu mamy między sobą dystans i kiedy chcę ponownie zaatakować, nagle rozlega się dźwięk mojego telefonu.

– Odbierzesz?

– Tak, daj mi pięć minut.

Wcale nie jestem zadowolony z tego, że muszę przerwać pojedynek, ale zbyt wielu ważnych ludzi ma mój numer. Zeskakuję z ringu i podbiegam do półki. Krew wraz z potem zalewają mi oczy, ściągam rękawicę i chwytam komórkę w jeszcze drżącą od wysiłku dłoń.

Darryl.

– Szybko je znalazłeś – mówię do słuchawki.

– Co znalazłem?

– Swoje jaja. – Pocieram czoło wierzchem dłoni.

– Taa, nieważne. Posłuchaj, rzuć wszystko, cokolwiek teraz robisz, i przyjedź do mnie. Mam plan.

– Jaki plan?

– Na ocieplenie twojego wizerunku.

– Myślałem, że kombinujesz, jak obejść karę od Departamentu. – Uciskam dwoma palcami nasadę nosa. – Nie będę sprzedawał babeczek ani masował stóp emerytom, więc jeśli opierasz swój genialny plan na czymś podobnym, to najlepiej zapomnijmy o tej rozmowie, okej?

– Po prostu przywlecz tu swój tyłek, Wilder.

3

Holly

Zaciskam powieki, kiedy Miles po raz czwarty ląduje na lodzie. Mój brat ma na sobie kask i ochraniacze, ale nie są one w stanie uchronić jego ugodzonej dumy. Wiem, że bardzo chce się nauczyć jazdy na łyżwach, jednak coraz częściej myślę, że ten sport nie jest dla niego. Miles jest świetny w piłkę nożną. Zdobywał najwięcej bramek w sezonie. Nie mam pojęcia, dlaczego postanowił przerzucić się na hokej. Krzywię się, gdy widzę, jak z trudem podnosi się z tafli. To nasza szósta wizyta na lodowisku w ciągu tygodnia. I na każdej Miles upadał. Martwię się, bo na jego ciele zauważyłam sporo nowych siniaków, a on mimo że odczuwa ból, chce kontynuować jazdę. Opieram się o bandę. Jestem po drugiej stronie lodowiska i nadal mam na sobie swoje wygodne buty, choć co jakiś czas nawiedza mnie myśl, aby wypożyczyć te cholerne łyżwy i jakimś cudem odholować brata do szatni.

– Dasz radę! – krzyczę z nadzieją, że w ten sposób dodam mu otuchy. – Świetnie ci idzie!

– Wcale nie! – W jego głosie słyszę ledwo powstrzymywaną rozpacz.

Miles walczy ze swoimi słabościami, a to kosztuje go niewyobrażalnie dużo energii. Chciałabym mu pomóc, lecz mogę jedynie trzymać kciuki i modlić się, abyśmy z lodowiska nie musieli pędzić do szpitala.

– To jego pierwszy raz? – dobiega mnie czyjeś pytanie. Odwracam się i widzę starszego faceta w kolorowym dresie. Oczywiście ma łyżwy na stopach oraz ironiczny uśmieszek przyklejony do pucołowatej twarzy. Wkurza mnie tym. – Powinien wziąć chodzik – dodaje, wskazując palcem na metalowe stelaże stojące przy bandzie.

– Jest coraz lepszy – mówię bez cienia wątpliwości. – Nie potrzebuje pomocy.

– Wygląda, jakby miał się zaraz rozkraczyć – parska mężczyzna, a potem mnie mija i obrzydliwie pewnym krokiem wchodzi na lód. – Zapisz go na naukę!

Przewracam oczami. Czy temu durniowi naprawdę się wydaje, że nagle oświecił mnie swoją radą? Oczywiście, że zapisałam Milesa na lekcje. Problem w tym, że instruktorzy będą dostępni dopiero pod koniec miesiąca, a mój brat nie chciał aż tyle czekać. Co jest jak najbardziej zrozumiałe. Gdybym była na jego miejscu, też nie trwałabym w zawieszeniu.

– Jasne, dzięki! – rzucam z fałszywą uprzejmością. – Obyś miał stępione ostrze w łyżwie, ty chwalipięto jeden – mamroczę wściekle pod nosem.

Zerkam na Milesa, a potem wyjmuję telefon i zaczynam przeglądać ostatnie maile. Łudzę się, że może któryś z instruktorów wysłał wiadomość, że znalazł lukę w swoim grafiku, ale niestety nic takiego się nie stało. Wciąż starając się okiełzać zdenerwowanie, wchodzę na Instagram. Mam zamiar poszukać tam osób, które umieją jeździć i byłyby chętne udzielić paru lekcji. W momencie, gdy już chcę wpisać coś w wyszukiwarkę, widzę post sponsorowany. Może nawet nie zwróciłabym na niego uwagi, gdyby nie fakt, że został polubiony przez Milesa. Okazuje się, że reklama jest kierowana do dzieci i młodzieży chcących zacząć przygodę z hokejem pod okiem gracza NHL. Chętni mają się zapisywać na podanej stronie internetowej z formularzem zgłoszeniowym. I jeśli wierzyć komentarzom pod postem, zostało już tylko pięć wolnych miejsc.

Serce bije mi coraz szybciej. Czuję, że to szansa jedna na milion. I mimo że mój brat totalnie nie radzi sobie na lodzie, klikam w link, a następnie wpisuję jego dane. Spieszę się, ponieważ w górnym prawym rogu formularza widnieje zegar, a ja mam na wykonanie wszystkich potrzebnych procedur mniej niż pięć minut. Jeśli mi się nie uda, miejsce Milesa przejmie kolejna osoba. To nie do uwierzenia, że jest aż tylu chętnych. Nie mam nic przeciwko hokejowi, być może nawet przypadkiem obejrzałam kiedyś mecz, ale żeby rozpychać się łokciami? Szaleństwo. Podaję swój numer jako kontaktowy, a następnie zostaję przekierowana na inną stronę, gdzie mogę wybrać trenera. Jest ich trzech i wszyscy są z Washington Capitals, czyli tej samej drużyny. Żałuję, że nie ma zdjęć, ale przecież ważniejsze jest doświadczenie. Mam tylko minutę na podjęcie decyzji, więc wybieram niejakiego Kane’a Wildera i Miles zostaje zakwalifikowany na trening. Swój pierwszy prawdziwy trening hokeja. Obawiam się, że brak umiejętności jazdy może być przeszkodą nie do przeskoczenia, ale nawet jeśli nie da rady zagrać, to przynajmniej pozna zawodowych sportowców. Liczę na to, że dadzą Milesowi autograf i fajne chwile, które będzie wspominał z wielkim uśmiechem na ustach. Wsuwam telefon do kieszeni. Przepełnia mnie podekscytowanie. Najchętniej wykrzyczałabym mu wszystko już teraz, ale odpowiedzialna Holly każe mi się powstrzymać.

To będzie dla niego jak spełnienie marzeń.

Tak bardzo się cieszę, że znalazłam coś, dzięki czemu umocnimy naszą więź. Coś, dzięki czemu mój brat wyjdzie ze skorupy i zacznie błyszczeć. Wyobrażam go sobie wśród innych chłopaków, których pasją jest hokej. Na pewno nawiąże przyjaźnie.

– Mam dość! Jedziemy do domu!

Kipiący gniewem głos Milesa przerywa moje rozmyślania. Spoglądam na jego poczerwieniałą twarz i dłonie zaciśnięte na bandzie.

– Dałeś z siebie wszystko – mówię, pomagając mu wyjść z lodowiska. – Byłeś wspaniały.

– Byłem do dupy – warczy, siadając na ławkę. – A ty albo ćpasz, albo oślepłaś, skoro tego nie dostrzegłaś.

– Jesteś dla siebie zbyt ostry.

– Nigdy nie nauczę się jeździć – burczy, rozwiązując łyżwy. – Widziałaś hokeistę, który nie potrafi jeździć?

– Nie.

– No właśnie.

– Posłuchaj, może lód nie jest dla ciebie. Rewelacyjnie grasz na boisku. Czemu nie chcesz tego ciągnąć?

– Już prędzej zapisałbym się na boks.

Otwieram szerzej oczy ze zdziwienia. Boks? Miles nie przepadał za sportami walki. Co, u licha, w niego wstąpiło?

– Ty nie lubisz boksu – odzywam się, gapiąc się na niego, jakbym miała przed sobą kosmitę. – Ktoś ci dokucza, prawda? Potrzebujesz się bronić? Miles, powiedz mi prawdę. Wiesz, że to załatwię.

– Nie.

– Nie kryj ich.

– Jezu, Holls, nie mam problemów. Po prostu… – Wzdycha głęboko, a następnie zawiesza wzrok na łyżwach. – Chcę być jak Kane, rozumiesz?

– Kto?

– I taka z tobą rozmowa. Nawet nie wiem, dlaczego pomyślałem, że go znasz.

– Kim on jest? – dociekam. – To twój idol, tak?

– Taa – przyznaje, nie zaszczycając mnie ani jednym spojrzeniem. – To hokeista, ale trenuje też boks i po prostu… jest zajebisty. Najlepszy z najlepszych.

Słucham każdego słowa Milesa i nieoczekiwanie zaczynam przypominać sobie post sponsorowany, a dokładniej zapisy na trening hokeja i wybór trenera.

– Jak się nazywa?

– I tak nie kojarzysz.

– Powiedz.

– Wilder, ale nie szukaj go w Google, okej?

O Boże. To on.

– Czemu?

– Bo… nie ma jakichś specjalnie ładnych zdjęć. – Miles urywa i się krzywi. – Hokej to twardy sport.

Nie muszę szukać jego zdjęć, bo zobaczę go na żywo. Oboje go zobaczymy. Mój brat pozna swojego idola, to takie wspaniałe! Z radości mogłabym latać! Tak jest, Holly. Sięgnęłaś po cholerną gwiazdkę z nieba.

– Idziemy?

Co? Ach tak, z tej całej ekscytacji nie zauważyłam, że Miles już dawno wstał z ławki i przytrzymuje dla mnie drzwi do szatni. Nie mogę się doczekać, aż powiem mu o treningu. Wtedy jego marsowa mina na pewno odejdzie w zapomnienie. Dopadam do brata w dwóch potężnych krokach, a potem otwieram naszą szafkę i wyjmuję z niej kurtki.

– Chcesz coś do picia? Fantę lub Colę? – pytam.

– Colę – odpowiada, zakładając buty. – Ale nie idź do automatu.

– Czemu?

Zerkam w tamtym kierunku i wzdycham, widząc przy maszynie kilku chłopaków w wieku Milesa.

– Zrobili ci coś?

– Nie.

– To czemu mam nie podchodzić do automatu?

– Po prostu poczekaj, aż odejdą, dobra?

Spoglądam zmartwiona na brata. Wstydzi się lub czuje niepewnie. Czy to z mojego powodu? W każdej innej sytuacji zaczęłabym rozmawiać i przekonywać do przekraczania swoich ograniczeń. Gdy pozostajemy w bezpiecznej strefie komfortu, jesteśmy tak naprawdę cieniami samych siebie. Nie dajemy z siebie stu procent. Jednak jeśli chodzi o Milesa, nie umiem być tak stanowcza, tak samo profesjonalna jak w pracy i moje uczucia zawsze komplikują sprawę. Obserwuję tamtą grupkę, lecz nie podejmuję żadnego działania. Dopiero gdy roześmiani chłopcy odchodzą od automatu, kupuję dwie Cole w puszce.

– Dzięki – mamrocze Miles i pociąga spory łyk.

– Nie masz powodu, żeby czuć się gorszy – mówię. Nie mogłam się powstrzymać.

Miles nie odpowiada.

– Hej, serio.

Nadal cisza.

– Każdy jest wyjątkowy i…

– Przestań – warczy, ściskając w dłoniach puszkę. – Nie jestem twoim pacjentem ani nie jesteśmy w twoim gabinecie, więc, kurwa, przestań.

– Okej – szepczę, walcząc z napływającymi do oczu łzami. – Przepraszam.

Wychodzimy z szatni w milczeniu. Wciąż się zastanawiam, dlaczego Miles zareagował w taki sposób na tamtych chłopaków, ale szybko dociera do mnie, że tak samo by postąpił, gdyby na ich miejscu były dziewczyny czy nawet dorośli. Co się z nim dzieje? Wcześniej tak się nie zachowywał. Był pewny siebie, roześmiany, był… szczęśliwy. Czuję bolesny ucisk w piersi, ponieważ kiedy wspominam tamten czas, myślę także o rodzicach. Ich śmierć była najtrudniejszym, z czym przyszło mi się do tej pory zmierzyć. Nie, stop. Ich śmierć była najtrudniejszym z czym nam przyszło się do tej pory zmierzyć. Zapinam kurtkę i wsuwam jedną dłoń w kieszeń. Na zewnątrz jest chłodno, wydaje mi się, że temperatura oscyluje wokół jednego–dwóch stopni. Nie lubię stycznia. Jest długi, ponury i przynosi ze sobą Blue Monday. Styczeń jest okrutny.

Otwieram klapę bagażnika i wrzucam do środka sportową torbę brata.

– Jesteś głodny?

– Nie.

– Nic nie zjadłeś.

– Nie jestem głodny – powtarza jak echo, a potem wsiada do auta.

Powinnam odpuścić i wziąć się w garść, ale prawda jest taka, że ledwo się trzymam. Właściwie wiszę nad przepaścią. I już nie wiem, co należy robić, aby nie wpaść w tę przerażającą otchłań. Powiedział, że nie jest głodny, mimo że jego ostatnim pełnowartościowym posiłkiem było śniadanie. Nie chce ze mną rozmawiać, a ja nie daję rady trwać w tej cholernej ciszy. Myślę, czy nie poinformować go o treningu z jego idolem, ale przecież nie zależy mi, aby maskować problemy i kupować jego radość. Nie chcę, by nagle zaczął mnie dostrzegać dzięki możliwości spełnienia marzenia. To byłoby okropne.

Z całym stadem nieprzyjemnych rozmyślań zajmuję miejsce w nieco wytartym fotelu i uruchamiam silnik. Powoli wyjeżdżam z parkingu, ciesząc się, że nie ma tłoku. Stresuję się gęstym ruchem na ulicach i zniecierpliwionymi kierowcami. Zerkam w bok, by spojrzeć na ponurego brata, i wytężam wszystkie siły, by przywołać uśmiech na usta.

– Może pojedziemy do kina?

– Nie.

– Zamówimy sobie wielką pizzę?

– Nie.

– Miles, proszę cię. Czy nie widzisz, że próbuję?

– Nie kazałem ci tego robić – odpowiada, marszcząc brwi.

– Nie musiałeś.

– No to do kogo masz pretensje? Czy ja wyglądam, jakbym chciał oglądać film, jeść pizzę czy w ogóle gadać? Nie. Jedźmy do domu, tam mam konsolę.

– I będziesz grał? – Wkurzam się na siebie za to, że zadrżał mi głos.

– Tak. Będę grał. To jedyne, co mi wychodzi w tym popieprzonym życiu.

– Nieprawda – zaprzeczam, czując, jak łzy spływają mi po policzkach. – To nie jest, kurwa, prawda, Miles.

– Kim jesteś, żeby decydować, co jest prawdą, a co nie? Przynajmniej jestem ze sobą szczery.

– Nie widzisz wszystkiego. Założyłeś, że po dziesięciu czy dwudziestu razach na lodowisku będziesz zasuwał jak zawodowy hokeista. Nie będziesz, nie bez odpowiedniego wsparcia. Nauka to proces, daj sobie czas.

– Chcę być w domu.

Czuję się podle, bo zostawiłam brata w czterech ścianach z włączoną konsolą i zapasem Coli. Gdy poprosił mnie, abym zawiozła go do domu, nie sprzeciwiłam się. Zniosłam ból i łzy, ale zaraz potem uciekłam.

Do Tilly. I teraz siedzę na jej sofie, dając upust emocjom.

– Nie jesteś złą siostrą, Holls – słyszę, jak mówi łagodnym tonem. Stawia na stoliku dwa kieliszki z winem. – To taki wiek. Miles dorasta i testosteron uderza mu do głowy.

– Powiedział, że do niczego się nie nadaje. To taki wspaniały chłopak, mądry i… – Pociągam nosem. – Jak ja mam do niego dotrzeć? Co powinnam zrobić?

– Napić się. I wyluzować.

– Oszalałaś? – Przyglądam się jej jedwabistym blond lokom, które opadają na odsłonięte ramiona. – Przecież prowadzę.

– Zamówię ci ubera. Słuchaj, wiem, że ostatnio dostałaś w kość. Starasz się zachowywać porządnie, ale nie jesteś pieprzonym robotem. Nikt z nas nie jest. Musisz dać sobie odpocząć, bo inaczej będzie coraz gorzej.

– Miles…

– Miles to, Miles tamto. Zawozisz go do szkoły, do lekarza, na lodowisko. Jesteś przy nim w każdej minucie. I to jest super, bo pokazuje, jak bardzo ci na nim zależy, ale gdzie jest miejsce dla Holly? Czy pomyślałaś o niej? Ona też potrzebuje twojej troski, czułości i uwagi.

– Wiem, o co ci chodzi – mruczę, chowając twarz w dłoniach. – Rany, dlaczego to musi być takie trudne?

– Bo życie to nie gra w The Sims, skarbie.

Roześmiałabym się, gdyby nie to, że przyjaciółka ma rację. Nawet nie wiem, kiedy zaczęłam żyć w ten sposób. Zaspokojenie wszystkich potrzeb mojego brata stało się dla mnie priorytetem. Dbałam o najmniejszą pierdółkę, jakbym mogła wszystko mu zagwarantować. Kiedy uświadamiam sobie, jak bardzo się pogubiłam, znowu zaczynam się rozpadać.

– Musisz odpuścić – mówi, tuląc mnie do siebie. – Nie twierdzę, że masz przestać się o niego troszczyć, ale nie wchodź w rolę matki. Bądź jego starszą siostrą i pozwól mu dorastać na jego zasadach.

– Czasami nienawidzę rodziców za to, co nam zrobili. Ale zaraz potem mam ochotę puknąć się w czoło, bo w tym przypadku nienawiść brzmi tak źle. Tak cholernie negatywnie, że nawet nie mogę o tym myśleć. Oszalałam? – Z lekką obawą odsuwam się od Tilly. – Tracę rozum, prawda?

– Tracisz siebie – odpowiada, głaszcząc mnie po włosach. – Przez to, że tak wiele dźwigasz na swoich barkach.

– Spróbuję to zmienić.

– Zuch dziewczyna. – Przyjaciółka się uśmiecha, dodając mi otuchy. – Może powinnaś pomyśleć o instruktorze dla Milesa. Nauka jazdy na łyżwach bywa wymagająca. No i wtedy ty miałabyś czas dla siebie.

– O cholera. Zapomniałam ci powiedzieć!

Szybko łapię za telefon i znajduję na poczcie maila z potwierdzeniem uczestnictwa brata w elitarnym treningu NHL. Zadowolona pokazuję Tilly wyświetlacz, na co ona gwiżdże z uznaniem.

– Zapisałaś go na trening z zawodowcami, mimo że ledwo utrzymuje się na lodzie?

– To była szansa jedna na milion. Poza tym jego trenerem będzie chłopak, w którym widzi swojego idola.

Tilly podaje mi kieliszek wina, a potem upija łyk ze swojego. Wygląda na zamyśloną, lecz ostatecznie nie krytykuje mojego odważnego pomysłu.

– Kim jest ten chłopak? Co prawda nie jestem hokejową encyklopedią, ale byłam na paru meczach i kojarzę drużyny. Niedawno do ligi dołączyli Utah Hockey Club i widziałam sporo młodych zawodników. O nich mówisz?

– Nie. – Rozkoszuję się smakiem półsłodkiego wina na języku. – Nie jestem pewna co do imienia, ale nazwisko zaczynało się na W. Wild? Coś podobnego.

– Wilder?

– Świetne jest to wino. Gdzie kupiłaś? Uwielbiam ten owocowy aromat.

– Holls, skup się. Koleś nazywa się Wilder?

– Tak, prawdopodobnie – odpowiadam zadowolona. – Czy go znasz?

– Czy ja go znam?! – wybucha, odstawiając kieliszek na stół. – Holls, jego znają wszyscy, to prawdziwa bestia.

– Bestia?

– Ty naprawdę nic nie wiesz?

– A powinnam? Byłam przekonana, że skoro NHL ogłasza treningi z hokeistami, to są to odpowiednie osoby. Boże, kim jest ten chłopak?

– Po pierwsze, to nie chłopak.

– Nie chcesz mi chyba teraz powiedzieć, że to…

Tilly w milczeniu przygryza wargę.

– Serio?! – wykrzykuję. – Jak? Przecież gra w męskiej drużynie.

– A gdzie indziej miałby grać?

– No nie wiem, ale jeśli nie jest chłopakiem, to może w żeńskiej? Skoro jest taka sytuacja, NHL powinno pomyśleć o specjalnych drużynach dla osób transpłciowych.

– Co?

– Jestem tolerancyjna. W pracy spotykam się z osobami transseksualnymi, ale byłoby fair, gdyby zwyczajnie uprzedzili.

Tilly patrzy na mnie jak na kosmitkę. Powoli podnosi kieliszek i wypija kilka dużych łyków.

– Jak mam powiedzieć piętnastolatkowi, że jego trenerem będzie osoba trans? – pytam całkiem poważnie, a Tilly najpierw zaciska powieki, po czym parska śmiechem i opluwa mnie alkoholem.

– Wilder nie jest trans – odpowiada i wyciera usta. – Nie wiem, jak, do cholery, połączyłaś moją wypowiedź z transseksualnością, ale zapewniam cię, że popłynęłaś daleko.

– Och.

Czuję, jak pieką mnie policzki. Popłynęłam. Tilly nadal się śmieje, ale poważnieje, gdy widzi plamę na mojej bluzce.

– Szlag, zdejmuj ją. Wrzucę do pralki.

– Daj spokój, jest stara.

– Ty i ta twoja wkurzająca angielska uprzejmość. – Przewraca oczami. – Ściągaj ją, zaraz dam ci coś swojego.

Nie mam siły walczyć z przyjaciółką. Ma rację, w wielu sytuacjach wykazuję się grzecznością, nawet tych, gdy powinnam krzyknąć bądź pokazać, jak bardzo jestem zdenerwowana. Tak zostałam wychowana i nadal ciężko mi się przestawić. Posłusznie zdejmuję bluzkę i podaję ją Tilly, a ta szybko wstaje z sofy i biegnie do łazienki. Kiedy zostaję sama, wspominam swoją gafę i rozbawiona wyginam usta w delikatnym uśmiechu.

– Odzywał się do ciebie Chris? – słyszę niosący się z łazienki głos przyjaciółki.

– Tak. Dzięki, że dałaś mu mój numer bez mojej wiedzy.

– Wiem, to było świńskie, ale tak bardzo mu zależało, że nie miałam serca odmówić. Poza tym chyba ci się spodobał, nie? Dużo rozmawialiście na moich urodzinach.

– Byłam pijana. – Wzdycham głęboko.

– Cholera, to nie brzmi dobrze. Umówiliście się? Wspominał mi o randce.

– Chciał się umówić – przyznaję, czując się nagle jak bezduszna suka. – Bardzo chciał, ale ja nie mogę się teraz skupiać na facetach.

– A niby czemu nie? – Tilly wpada do pokoju i mierzy mnie pełnym dezaprobaty spojrzeniem. – Uzgodniłyśmy coś, prawda? Dbasz o siebie.

– Tak, ale…

– To rób to. I bez „ale”, bo wrzucę twój numer na stronę randkową i będziesz musiała się użerać z wygłodniałymi samcami.

– Jesteś najgorsza. – Rzucam w nią poduszką, którą zadziwiająco zwinnie łapie.

– Za to mnie kochasz.

– Tak, to prawda – przyznaję, patrząc na nią z uśmiechem. – Nie ma na świecie gorszej zołzy od ciebie, Till.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Playlista

1. Holly

2. Kane

3. Holly

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie