Niepokorne. Cena niewinności - Magdalena Wala - ebook

Niepokorne. Cena niewinności ebook

Magdalena Wala

4,5
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 344

Data ważności licencji: 9/30/2029

Oceny
4,5 (16 ocen)
10
4
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Lost70

Nie oderwiesz się od lektury

Wstrząsająca opowieść o dwóch dorastających dziewczynkach - pochodzą z różnych środowisk ale czyhają na nie takie same zagrożenia
00
Bogumari

Dobrze spędzony czas

Książka porusza trudne tematy ale warto ją przeczytać. Jak zwykle u Autorki widać też dbałość o realia historyczne. Jednym słowem, polecam!
00
Awa27

Nie oderwiesz się od lektury

chce wiedzieć co dalej....
00
MartaKaminski

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra książka. Czekam na 2 tom.
00
AnnaGrzybowska

Dobrze spędzony czas

Z jednej strony straszna książka, z drugiej nie można się od niej oderwać. Zostanie we mnie na długo.
00

Popularność




Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Pro­jekt okładki ANNA SLO­TORSZ/ART­NOVO.PL
Fo­to­gra­fie na okładce © Spen­cer/Adobe Stock © Ki­rill/Adobe Stock © Fe­odo­ra­_21/Adobe Stock © over­lays-te­xtu­res/Adobe Stock
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuALEK­SAN­DRA CHY­TROŃ-KO­CHA­NIEC
Re­dak­cjaELŻ­BIETA SPA­DZIŃ­SKA-ŻAK
Ko­rektaALEK­SAN­DRA WIĘK-RUT­KOW­SKA
SkładLO­REM IP­SUM - RA­DO­SŁAW FIE­DO­SI­CHIN
Po­lish edi­tion © Mag­da­lena Wala, Pu­bli­cat S.A. MMXXIV (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
All ri­ghts re­se­rved
ISBN 978-83-271-6684-5
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: ksia­znica@pu­bli­cat.pl

1

Ra­chela

Kwie­cień 1914

Ra­chela po­pra­wiła chwyt na worku z ziem­nia­kami, jed­no­cze­śnie usi­łu­jąc cia­śniej otu­lić się chustką. Jej stopy obute w trzy­ma­jące się na słowo ho­noru trze­wiki grzę­zły w bło­cie wy­mie­sza­nym z po­my­jami wy­le­wa­nymi do rynsz­toka przez miesz­kań­ców szte­tla[1]. Główna ulica mia­steczka po trwa­ją­cych kilka dni opa­dach desz­czu za­mie­niła się w grzą­skie ba­joro, w któ­rym nie­raz utknęły koła wo­zów cią­gnię­tych przez zmę­czone ko­nie. Drew­niane chod­niki po­ło­żone wprost na ziemi nieco tylko uła­twiały dziew­czynce marsz. Miała na­dzieję, że uda jej się wró­cić do domu, nie upusz­cza­jąc z tru­dem wy­bła­ga­nych u Fuksa ziem­nia­ków. Nie żeby bul­wom za­szko­dziło lą­do­wa­nie w mięk­kim błocku, oba­wiała się jed­nak, że nie uda jej się wy­zbie­rać wszyst­kich. Ukryta w za­uł­kach chłop­ska dzie­ciar­nia tylko cze­kała na ta­kie po­tknię­cia prze­chod­niów, aby czy­imś kosz­tem na­peł­nić brzu­chy wła­sne i ro­dzeń­stwa. Na przed­nówku w nędz­nych do­mach pa­no­wał głód i wszy­scy wy­pa­try­wali wio­sny.

W ta­kich chwi­lach ma­rzyła, aby oj­ciec na­resz­cie zna­lazł gdzieś za­trud­nie­nie i za­ro­bił cho­ciaż parę ru­bli. Jed­nak zimą w ich szte­tlu o ro­botę było trudno, więc człon­ko­wie ro­dziny pra­co­wali do­ryw­czo u co bo­gat­szych przed­sta­wi­cieli gminy. Po­śli­znęła się na bło­cie i przez mo­ment miała wra­że­nie, że za­raz upad­nie, ale cu­dem udało jej się ustać na no­gach. Na szczę­ście dom, w któ­rym miesz­kali, znaj­do­wał się nie­da­leko i miała na­dzieję, że bę­dzie mo­gła choć przez chwilę po­sie­dzieć przy piecu, nim po­bie­gnie na łąkę po krowy sta­rej Me­na­ke­ro­wej. Nie­śmiało li­czyła, że kiedy je opo­rzą­dzi, go­spo­dyni po­czę­stuje ją pajdą chleba. Ści­ska­nie w żo­łądku przy­po­mniało jej, że ostat­nio ja­dła wcze­snym ran­kiem. Dwa ru­ble, które mie­sięcz­nie przy­no­siła matce, nie­wiele zmie­niały w ich sy­tu­acji, ale cza­sem pani Sima ją na­kar­miła.

Chwy­ciła moc­niej wór z ziem­nia­kami i szarp­nęła za drzwi. Zna­la­zła się w odra­pa­nej sieni prze­siąk­nię­tej smro­dem ze­psu­tego je­dze­nia, wil­goci i bez­na­dziei. Cho­ciaż mia­steczko rów­nież nie było wolne od nie­przy­jem­nych za­pa­chów, za­zwy­czaj mi­jała dłuż­sza chwila, nim przy­zwy­cza­iła się do fe­toru pa­nu­ją­cego we­wnątrz nie­wiel­kiego domu. Wes­tchnęła, z tru­dem przy­trzy­mu­jąc wo­rek omdla­łymi z wy­siłku rę­kami. Jesz­cze tylko przej­dzie krót­kim ko­ry­ta­rzem w głąb ka­mie­nicy i po po­ko­na­niu kilku stopni w dół znaj­dzie się w su­te­re­nie, w któ­rej od kilku lat za­miesz­ki­wała jej ro­dzina. Po tym, jak oj­ciec uległ wy­pad­kowi w fa­bryce, a jedna z jego dłoni stała się nie­sprawna, ro­dzina zmie­niała miesz­ka­nia na co­raz lich­sze, aż w końcu utknęła w jed­nej izbie z nie­wiel­kim świe­tli­kiem miesz­czą­cym się pod su­fi­tem, która słu­żyła jed­no­cze­śnie za kuch­nię i po­kój sy­pialny. La­tem pa­no­wał tam za­duch, a zimą trudno było na­grzać po­miesz­cze­nie, na któ­rego lo­do­wa­tych ścia­nach skra­plała się woda. Po ostat­niej prze­pro­wadzce ro­dzice byli prze­ra­żeni pa­nu­ją­cymi w środku wa­run­kami i do­piero po pew­nym cza­sie prze­stali za­uwa­żać łusz­czącą się farbę, na któ­rej ro­snący grzyb two­rzył zie­lo­na­wo­bure za­cieki. Po­cząt­kowo matka z Le­ilą pro­wa­dziły wojnę skie­ro­waną prze­ciwko zie­lo­nemu na­jeźdźcy, szo­ru­jąc po­kryte na­lo­tem miej­sca, lecz wkrótce mu­siały dać za wy­graną. Grzyb wy­grał tę po­tyczkę, nic so­bie nie ro­biąc z cią­głego wy­siłku ko­biet i zaj­mu­jąc co­raz to nowe po­wierzch­nie, nie po­mi­ja­jąc na­wet sprzę­tów, które przy­wieźli ze sobą. Kiedy Ra­chela we­szła do środka, w jej noz­drza ude­rzył odór stę­chli­zny wy­mie­szany ze smro­dem go­tu­ją­cej się w garnku ka­pu­sty.

– Przy­nio­słam ziem­niaki – za­częła raźno, po czym rap­tow­nie urwała, wy­czu­wa­jąc pa­nu­jącą w izbie gro­bową at­mos­ferę.

Ro­dzina nie miała wielu po­wo­dów do oka­zy­wa­nia ra­do­ści, ale za­zwy­czaj w su­te­re­nie pa­no­wał gwar, a nie po­nure mil­cze­nie. Co się wy­da­rzyło pod­czas jej tro­chę po­nad­go­dzin­nej nie­obec­no­ści? Matka, ob­ró­cona ty­łem, ener­gicz­nie mie­szała w garnku, oj­ciec znad krza­cza­stych brwi słał groźne spoj­rze­nia w kie­runku sie­dzą­cej na zy­dlu Le­ili. Star­sza sio­stra za­sło­niła twarz dłońmi, a jej ra­miona i barki drżały w tłu­mio­nym szlo­chu. Szybki rzut oka w kie­runku łóżka uświa­do­mił Ra­cheli, że nie­do­ma­ga­jący od kilku ty­go­dni naj­młod­szy brat Ja­kub da­lej żyje. Opa­tu­lony aż pod brodę, drżał z zimna. Jego za­czer­wie­niona od go­rączki bu­zia od czasu do czasu wy­krzy­wiała się w wy­siłku, z ja­kim brał ko­lejny chra­pliwy od­dech. Na­raz mały za­niósł się moc­nym kasz­lem.

Ra­chela odło­żyła na po­lepę wo­rek z kar­to­flami, roz­tarła szyb­kimi ru­chami zmar­z­nięte ręce i po­śpie­szyła do stołu, na któ­rym stał gar­nu­szek z sy­ro­pem z ce­buli z odro­biną cu­kru. Spraw­nym ru­chem pod­nio­sła główkę brata i wlała w jego usta ły­żeczkę spe­cy­fiku. Miała na­dzieję, że cho­ciaż na chwilę przy­nie­sie mu ulgę. Za­sko­czyło ją, że ani matka, ani sio­stra w tej sy­tu­acji nie za­re­ago­wały. Na­prawdę działo się coś dziw­nego.

– Co się stało? – spy­tała, kiedy na jej wej­ście nie za­re­ago­wał nikt z ro­dziny.

– Przy­był szad­chan w spra­wie Le­ili – od­parł oj­ciec.

Swat? Ale... to prze­cież do­brze. Od ja­kie­goś roku ro­dzice za­mar­twiali się, że nie da­dzą rady wy­dać za mąż naj­star­szej córki, po­nie­waż nie mo­gli jej za­pew­nić żad­nego po­sagu. Mama sta­rała się od­kła­dać, ale uciu­łane z ta­kim tru­dem ru­ble za­zwy­czaj się roz­pły­wały, kiedy oj­ciec nie pra­co­wał na­wet do­ryw­czo. Chyba żeby za po­sag uznać pleśń, któ­rej mieli pod do­stat­kiem. Po­zo­sta­wała moż­li­wość, że szad­chan wszedł, ro­zej­rzał się po li­chej iz­debce i wy­szedł, uzna­jąc, że córka nę­dza­rza nie na­daje się na ni­czyją żonę. Zwłasz­cza sza­no­wa­nego Żyda. Z dru­giej strony ro­dzin ta­kich jak Ra­cheli nie bra­ko­wało w ich szte­tlu. Tak na­prawdę naj­więk­szą na­dzieją ojca po­zo­sta­wał Ja­kub, który był by­strym chłop­cem, chwa­lo­nym przez na­uczy­cieli. Je­śli zdo­bę­dzie do­bry za­wód, zaj­mie się star­szymi ro­dzi­cami. Tego dnia na­resz­cie prze­stało pa­dać i wy­szło słońce, ry­chło zrobi się cie­plej, a wtedy bra­ci­szek po­wi­nien wró­cić do zdro­wia.

– Nie zde­cy­do­wał się przed­sta­wić jej pro­po­zy­cji mał­żeń­stwa?

– Przed­sta­wił, a jakże! – Oj­ciec rzu­cił Le­ili ko­lejne gniewne spoj­rze­nie. – A twoja głu­pia sio­stra, za­miast ska­kać z ra­do­ści, gry­masi. Na­rze­czony jej się nie wi­dzi. A lata lecą i za nie­długo może być za stara, aby sku­sić ja­kie­go­kol­wiek kan­dy­data.

Le­ila od­sło­niła mo­krą od pła­czu twarz. Pod­puch­nięte, za­czer­wie­nione oczy i ciek­nący nos w tej chwili nie do­da­wały jej uroku.

– Oj­cze, chcę wyjść za mąż. Tylko nie za Cha­ima Mort­kego. Jest stary, gruby, cuch­nie od niego i był już dwu­krot­nie żo­naty. Prze­cież Etel jest w moim wieku.

– Cuch­nie? A u nas w domu to pach­nie kwia­tami, co? Ro­zej­rzyj się! Masz oka­zję uciec z tej nę­dzy i jesz­cze po­móc ro­dzi­nie. W ubie­głym roku Chaim do­brze wy­dał Etel za mąż i te­raz ona spo­dziewa się pierw­szego dziecka. Co do cie­bie, to nie wie­rzę, abym otrzy­mał inną, rów­nie do­brą ofertę. Jako żo­nie Cha­ima ni­czego ci nie za­brak­nie. A on do­brze się tobą za­opie­kuje. I twoim bra­tem.

Ra­chela za­drżała. Chaim Mortke był jed­nym z naj­star­szych i naj­bar­dziej sza­no­wa­nych miesz­kań­ców ich mia­steczka. Jed­nak we­dług niej bar­dziej pa­so­wał na dziadka niż na męża mło­dej dziew­czyny. Kiedy wraz z Le­ilą cza­sem na niego wpa­dały na ulicy, nie po­do­bało jej się, w jaki spo­sób wpa­try­wał się w jej sio­strę. Uśmie­szek, który po­ja­wiał się na jego wy­dat­nych war­gach, wy­da­wał jej się rów­nie obrzy­dliwy jak pleśń po­kry­wa­jąca ściany ich izby. Le­ila od­wra­cała wtedy głowę i przy­śpie­szała kroku. Na szczę­ście nie wi­działa tego, co Ra­chela: sta­rego męż­czy­zny ob­li­zu­ją­cego wargi, gła­dzą­cego tłu­stymi pal­cami na wpół siwą brodę i jed­no­cze­śnie mam­ro­czą­cego pod no­sem coś nie­zro­zu­mia­łego. Do­brze, że sto­so­wał się do za­sad i ni­gdy nie po­wa­żył się na nic wię­cej. Jej ulga po­ja­wiła się naj­wy­raź­niej przed­wcze­śnie, skoro zde­cy­do­wał się wy­słać swata. Wcale się nie dzi­wiła sprze­ci­wowi sio­stry. Jed­nak u Ży­dów wa­run­kiem ko­niecz­nym do za­war­cia związku była zgoda obojga przy­szłych mał­żon­ków. Ro­dzice nie mo­gli zde­cy­do­wać za swoje dzieci. Z dru­giej strony dys­po­no­wali sto­sow­nymi środ­kami, aby zła­mać na­wet naj­bar­dziej oporne.

– Pie­nią­dze to nie wszystko – oznaj­miła sta­now­czo Le­ila.

– Tak? – Oj­ciec wstał i się wy­pro­sto­wał. – Po­wiedz to jesz­cze raz głod­nej ma­mie i sio­strze. Po­wiedz bratu, który od ty­go­dni leży chory. Po­wiedz w końcu tej sio­strze, którą od­pro­wa­dzi­li­śmy na cmen­tarz w ubie­głą zimę. Twoje mał­żeń­stwo ozna­cza nie tylko twój do­bro­byt, ale rów­nież le­kar­stwa dla brata, opał na zimę i je­dze­nie dla nas wszyst­kich. Nie wiem, jak dasz radę spoj­rzeć matce w oczy, je­śli przez twój głupi upór cho­roba Ja­kuba bę­dzie da­lej po­stę­po­wać. Aż sta­nie się naj­gor­sze... Ta pro­po­zy­cja mał­żeń­stwa jest od­po­wie­dzią na mo­dli­twy moje i Szejmy. Bóg nas na­resz­cie wy­słu­chał.

W tym mo­men­cie Ja­kuba znów zmógł na­pad kaszlu, a Ra­chela po­kle­py­wała bra­ciszka po ple­cach, z co­raz więk­szym nie­po­ko­jem słu­cha­jąc, jak rzęzi.

– Oj­cze, pro­szę... nie zmu­szaj mnie... – bła­gała Le­ila. – Pójdę gdzieś na służbę i będę od­kła­dać wszystko, co za­ro­bię, dla Ja­kuba...

– Twój brat może nie do­żyć mo­mentu, kiedy znaj­dziesz ja­kąś ro­botę – zba­ga­te­li­zo­wał jej pro­po­zy­cję oj­ciec. – Je­steś młoda i silna, ale nie masz nic poza do­brymi chę­ciami. Nim za­czną ci do­brze pła­cić, mi­nie za wiele czasu.

Ra­chela spoj­rzała w stronę nie­wiel­kiego pieca. Matka ob­ró­ciła się ty­łem do niego i prze­stała uda­wać za­in­te­re­so­wa­nie go­tu­jącą się ka­pu­stą. Naj­wy­raź­niej do te­raz za­sta­na­wiała się nad pro­po­zy­cją mał­żeń­stwa i do­szła do wnio­sku, że naj­star­sza córka po­winna ją przy­jąć. Ra­chela nie wąt­piła, że Szejma Men­de­lo­wicz ko­chała wszyst­kie swoje dzieci, jed­nak ich bez­na­dziejne po­ło­że­nie wpły­nęło na pod­jętą przez nią de­cy­zję. Zde­cy­do­wała się po­przeć męża, a skoro tak, Le­ila nie mo­gła li­czyć na to, że sta­nie po jej stro­nie. Ra­chela po­smut­niała. W tej sy­tu­acji wy­ra­że­nie zgody przez sio­strę było tylko kwe­stią czasu. Le­ila za­wsze oka­zy­wała ro­dzi­com po­słu­szeń­stwo. To Ra­chela na­le­żała do bun­tow­ni­czek i cza­sem grze­szyła sa­mo­wolą.

– Mamo... – Głos Le­ili drżał, a w jej brą­zo­wych oczach cza­iła się roz­pacz.

– Prze­myśl to so­bie, a te­raz po­móż mi w przy­go­to­wa­niu po­siłku – po­le­ciła matka. – Two­jej sio­strze udało się zdo­być ziem­niaki.

Ra­chela wy­co­fała się z izby i z nie­chę­cią wró­ciła na za­bło­coną ulicę. Rzut oka na słońce upew­nił ją, że po­winna się po­śpie­szyć. Za ja­kąś go­dzinę za­cznie się ściem­niać, a ona wcze­śniej musi do­pro­wa­dzić krowy do obory i je wy­doić. Po­ma­so­wała ści­śnięty z głodu brzuch. Le­ila po ślu­bie nie za­zna już tego uczu­cia, ale Ra­chela uwa­żała, że sy­tość nie jest warta za­miesz­ka­nia pod jed­nym da­chem z Cha­imem. Gdyby to cho­dziło tylko o znaczną róż­nicę wieku. Mał­żeń­stwa doj­rza­łych męż­czyzn z młód­kami zda­rzały się nie­raz. W spoj­rze­niu Mort­kego, w jego wy­ra­zie twa­rzy czy ge­stach kryło się coś ta­kiego, co bar­dzo, ale to bar­dzo nie po­do­bało się Ra­cheli. Po­wo­do­wało, że go uni­kała, od kiedy jej kształty zro­biły się bar­dziej ko­biece. A te­raz praw­do­po­dob­nie zo­staną ro­dziną. Wzdry­gnęła się, ale jej dresz­cze tym ra­zem nie miały nic wspól­nego z chło­dem czy nie­przy­jem­nymi za­pa­chami.

Prze­cho­dziła wła­śnie koło karczmy, kiedy za­uwa­żyła zbli­ża­ją­cego się z na­prze­ciwka Cha­ima Mort­kego w to­wa­rzy­stwie Ma­jera Lan­daua, który w szte­tlu peł­nił funk­cję szad­chana. Obaj męż­czyźni z uśmie­chem wy­mie­niali ja­kieś uwagi. Naj­pew­niej kie­ro­wali się do karczmy, więc Ra­chela bły­ska­wicz­nie znik­nęła w naj­bliż­szym za­ułku, nie ma­jąc ochoty na spo­tka­nie. Przez krótką chwilę po otwar­ciu drzwi lo­kalu ulicę wy­peł­nił do­bie­ga­jący stam­tąd gwar. Od­cze­kała jesz­cze tro­chę, nim wy­su­nęła się zza rogu bu­dynku i pra­wie bie­giem ru­szyła w stronę le­żą­cych za mia­stecz­kiem łąk, na któ­rych pa­sły się krowy.

Ich sztetl le­żał nie­opo­dal spo­rego ma­jątku ziem­skiego Mo­rę­dowa. Kiedy wy­cho­dziła z kro­wami i sta­wała na łące, przy­pa­try­wała się ma­ja­czą­cym w od­dali za­bu­do­wa­niom fol­warku. Chci­wym spoj­rze­niem omia­tała więk­sze od ich domu bu­dynki go­spo­dar­cze, jed­nak spe­cjalne miej­sce w jej sercu zaj­mo­wał dwór. Roz­ło­żył się na nie­wiel­kim wznie­sie­niu i tym sa­mym gó­ro­wał nad po­zo­sta­łymi za­bu­do­wa­niami. Był tak piękny, że Ra­chela mo­głaby się w niego wpa­try­wać go­dzi­nami. Cały biały, z sza­rym da­chem czę­ściowo pod­par­tym wiel­kimi okrą­głymi słu­pami, które mama na­zy­wała ko­lum­nami. Kiedy dziew­czynka po raz pierw­szy o niego za­py­tała, matka ostrze­gła ją, aby ni­gdy nie za­pusz­czała się w jego po­bliże.

To nie tak, że w swoim ży­ciu nie wi­działa żad­nych wspa­nia­łych bu­dyn­ków. Wręcz prze­ciw­nie. Kiedy przed wy­pad­kiem ojca miesz­kali w du­żym mie­ście, nie­raz w po­śpie­chu prze­my­kała obok ogrom­nych, prze­pięk­nie zdo­bio­nych ka­mie­nic, jed­nak żadna z nich nie wy­warła na niej ta­kiego wra­że­nia jak ten śnież­no­biały bu­dy­nek. Nie­raz ku­siło ją, aby po­dejść bli­żej, jed­nak w ta­kich mo­men­tach za­wsze wra­cało do niej ostrze­że­nie mamy. Jej po­słu­szeń­stwo umac­niał fakt, że po pro­stu nie miała czasu na taki luk­sus jak spa­cer. Z przy­jem­no­ści po­zo­sta­wało jej tylko krót­kie zer­k­nię­cie na oto­cze­nie dworu. Przy okrą­głym traw­niku ktoś wła­śnie sa­dził kwiaty. Kiedy za­kwitną, po­my­ślała, oto­cze­nie dworu sta­nie się jesz­cze pięk­niej­sze.

Słońce zni­żało się już nad li­nią ho­ry­zontu, ode­rwała więc wzrok od za­bu­do­wań i przy­śpie­szyła kroku. Kiedy łąka stała się wi­doczna, Ra­chela ze zdzi­wie­niem od­no­to­wała obec­ność ja­kiejś osoby. Dziew­czynki mniej wię­cej w swoim wieku, która z za­cie­ka­wie­niem przy­pa­try­wała się pa­są­cym kro­wom. Jakby ta­kie zwie­rzęta wi­działa po raz pierw­szy w ży­ciu. Może i na­prawdę tak było. Ra­chela spoj­rzała na jej ele­gancki płasz­czyk, ka­pe­lu­sik na gło­wie i dło­nie odziane w białe rę­ka­wiczki. Pew­nie była go­ściem w Mo­rę­do­wie, wy­szła na spa­cer i po raz pierw­szy zo­ba­czyła by­dło. Nie­ska­zi­telna czy­stość jej stroju świad­czyła o tym, że wy­wo­dziła się z bo­ga­tej ro­dziny, może na­wet szla­chec­kiej. I na pewno nie mu­siała pra­co­wać. Za­wsty­dzona Ra­chela cof­nęła się o krok i scho­wała za­czer­wie­nione dło­nie w fał­dach chu­sty. Było jej wstyd za brud, który osiadł na jej rę­kach, i błoto po­kry­wa­jące nogi.

Śliczna nie­zna­joma ode­rwała wzrok od zwie­rząt i prze­nio­sła go na Ra­chelę. Dziew­czynka wie­działa, co za­uwa­żyła mała dama. Zsza­rzałą od wie­lo­krot­nego pra­nia chu­stę, nie­gdyś czarną su­kienkę, która po la­tach no­sze­nia przy­brała nie­okre­ślony bury ko­lor, a je­dyne wy­raźne barwy two­rzyły przy­szyte na roz­dar­ciach łaty i za­ce­ro­wane dziury. Mie­siąc temu, kiedy otrzy­mała ją od ciotki Es­tery, nie oka­zała za­chwytu, co spo­tkało się z jej kwa­śnym ko­men­ta­rzem, że że­bracy nie po­winni gry­ma­sić. Oj­ciec po­no­wił tę bo­le­sną lek­cję pa­sem, a Ra­chela przy­swo­iła so­bie, że bie­dacy po­winni oka­zać wdzięcz­ność za każdy prze­jaw do­broci, a swoje uczu­cia za­cho­wać dla sie­bie. Oka­zy­wa­nie emo­cji, po­dob­nie jak inne luk­susy, było za­re­zer­wo­wane dla za­moż­nych. Te­raz więc nie my­ślała o upo­ko­rze­niu, tylko o jak naj­szyb­szym wy­wią­za­niu się z obo­wiąz­ków. Jedna z krów za­mu­czała po­na­gla­jąco.

– Do­bry wie­czór – usły­szała za­sko­czona Ra­chela.

– Do­bry wie...czór – od­parła, odro­binę się ją­ka­jąc.

Jako dziecko cza­sami po­słu­gi­wała się pol­skim, lecz po wy­jeź­dzie z War­szawy uży­wała już tylko ji­dysz. Są­dziła, że przez te lata zdą­żyła za­po­mnieć ję­zyk Po­la­ków, ale wi­docz­nie to, czego się na­uczyła, na­dal w niej tkwiło. Może nie da rady mó­wić płyn­nie, ale przy­naj­mniej ro­zu­miała nie­zna­jomą.

– Je­stem Ja­dzia Są­gajłło-Mi­chal­czew­ska – przed­sta­wiła się ele­gancka dziew­czynka i le­ciutko dy­gnęła. – A ty?

– Ra­chela Men­de­lo­wicz – mruk­nęła i od­po­wie­działa głę­bo­kim ukło­nem. Ta­kim, jaki pod­pa­trzyła u mamy, kiedy spo­ty­kały lep­szych od sie­bie. Nie­zna­joma wszyst­kiego miała pod do­stat­kiem. Na­wet na­zwisk, po­my­ślała z za­chwy­tem.

– Ład­nie – oce­niła Ja­dzia. – Przy­je­cha­łam z mamą do wujka i po­sta­no­wi­łam ro­zej­rzeć się po oko­licy. Nie wie­dzia­łam, że w Mo­rę­do­wie spo­tkam inne dziew­czynki. Do­tych­czas wpa­da­łam na sa­mych do­ro­słych. Cie­szę się, że w oko­licy mieszka ktoś w moim wieku.

– W na­szym szte­tlu mieszka wiele dzieci. Sporo ich także na wsi le­żą­cej z dru­giej strony dworu... pa­nienko – do­dała po chwili na­my­słu. Nie przy­szłoby jej do głowy spo­ufa­lać się, mó­wiąc ele­gantce po imie­niu, jed­nak chwilę trwało, nim przy­po­mniała so­bie, jak po­praw­nie się zwra­cać do ta­kich dziew­cząt jak nie­zna­joma.

– Sztetl? A co to ta­kiego?

– Mia­steczko za­miesz­kane przez Ży­dów – wy­ja­śniła po­śpiesz­nie.

– Czyli je­steś Ży­dówką – od­ga­dła Ja­dzia.

To wła­ści­wie po­winno za­koń­czyć ich zna­jo­mość, po­nie­waż Po­lacy za­zwy­czaj nie chcieli mieć nic wspól­nego z Ży­dami. Zwłasz­cza ubo­gimi, jak Ra­chela. Nie ocią­ga­jąc się dłu­żej, po­de­szła do krowy i szarp­nęła za ko­łek, któ­rym krowi łań­cuch był przy­twier­dzony do ziemi. Kiedy uwol­niła ogniwo, z po­wro­tem wsu­nęła ka­wał że­laza w glebę. Chwilę póź­niej po­wtó­rzyła tę czyn­ność z drugą krową. Panna Ja­dzia przy­pa­try­wała jej się w mil­cze­niu.

– To fa­scy­nu­jące – stwier­dziła, naj­wy­raź­niej prze­cho­dząc do po­rządku dzien­nego nad po­cho­dze­niem Ra­cheli. – Nie po­trzeba żad­nego ogro­dze­nia, a zwie­rzę i tak nie uciek­nie. Łań­cuch jest na tyle długi, że krowa może spo­koj­nie sku­bać trawę. I od­po­cząć po je­dze­niu.

– Trzeba od czasu do czasu wra­cać i wbi­jać kołki da­lej, tam gdzie krowy wcze­śniej się nie pa­sły, aby miały do­stęp do świe­żej trawy. Je­śli nie ma się swo­jej łąki, za­zwy­czaj cho­dzi się mie­dzą po­mię­dzy po­lami, co jest bar­dziej cza­so­chłonne, bo nie można wtedy zo­sta­wić zwie­rząt – ob­ja­śniła Ra­chela, wi­dząc za­in­te­re­so­wa­nie Ja­dzi. – Mu­szę już biec, pa­nienko, po­nie­waż czeka mnie jesz­cze wie­czorny ob­rzą­dek – do­dała.

– Ro­zu­miem. By­waj zdrowa. Nie wiem, jak długo za­trzy­mamy się u wuja, ale mam na­dzieję, że jesz­cze się kie­dyś spo­tkamy. Może ze­chcesz opro­wa­dzić mnie po oko­licy.

Ra­chela po­smut­niała. Czuła ol­brzy­mią po­kusę, aby rzu­cić wszystko i wraz z pa­nienką z dworu zwie­dzać oko­licę, jed­nak zda­wała so­bie sprawę, że to nie­moż­liwe. Nie wtedy, kiedy głód ści­skał jej wnętrz­no­ści. Wie­działa, że je­śli się spóźni, wście­kła go­spo­dyni nie da jej nic do zje­dze­nia i bę­dzie mu­siała iść spać o pu­stym żo­łądku.

– Chcia­ła­bym, ale... pa­nienko, mu­szę pra­co­wać pra­wie każ­dego dnia. A w sza­bas nie wolno nam od­da­lać się od miej­sca za­miesz­ka­nia. Wy­cho­dzić poza gra­nice szte­tla.

Pra­wie się uśmiech­nęła na myśl, że na­stęp­nego dnia był już pią­tek i wie­czo­rem za­cznie się sza­bas. To ozna­czało ką­piel, czy­ste ubra­nia, a przede wszyst­kim moż­li­wość na­je­dze­nia się. Naj­uboż­szych, do któ­rych obec­nie za­li­czali się Men­de­lo­wi­cze, na so­botę za­pra­szały do sie­bie co ma­jęt­niej­sze ro­dziny i dzie­liły się świą­tecz­nymi da­niami. Dla wiecz­nie głod­nych dzieci sza­bas był tym dniem, na który szcze­gól­nie cze­kały. W naj­bliż­szą so­botę wy­bie­rali się do ciotki i Ra­chela miała na­dzieję, że ta na obiad poda czu­lent[2]. A może też zde­cy­duje się na ku­gel[3]? So­bota, poza świę­tami ży­dow­skimi, to dzień, w któ­rym w ja­dło­spi­sie jej ro­dziny po­ja­wiało się mięso. Na samo wspo­mnie­nie sma­ko­wi­tych po­traw gło­śno za­bur­czało jej w brzu­chu. Za­czer­wie­niła się ze wstydu, bo dźwięk był do­sko­nale sły­szalny.

– Ty je­steś głodna? – zdzi­wiła się Ja­dzia.

Pa­nienka się­gnęła do nieco wy­pcha­nej kie­szeni płasz­cza i wy­cią­gnęła z niej nie­wielki pa­ku­nek za­wi­nięty w ko­ron­kową chu­s­teczkę. De­li­katny ma­te­riał wy­wo­łał za­chwyt Ra­cheli, a kiedy Ja­dzia go roz­wi­nęła, dziew­czyna rap­tow­nie prze­łknęła ślinę. W środku znaj­do­wała się wy­pie­czona z bia­łej mąki bułka prze­kro­jona po­środku i prze­ło­żona cu­dow­nie pach­ną­cym mię­sem. Ja­dzia wy­cią­gnęła rękę z po­czę­stun­kiem w stronę Ra­cheli.

– Weź. Nie je­stem głodna – za­chę­ciła.

Dłoń Ra­cheli sama się­gnęła po sma­ko­łyk, ale nim dziew­czynka go do­tknęła, rap­tow­nie przy­szła jej do głowy jedna myśl. Cof­nęła rękę.

– Czy to mięso to wie­przo­wina? – spy­tała, jed­no­cze­śnie bła­ga­jąc w du­chu o za­prze­cze­nie. Bez względu na to, jak bar­dzo była głodna, nie mo­gła tknąć za­ka­za­nego mięsa.

– Pie­czony pasz­tet z gęsi...

Le­dwo pa­dła od­po­wiedź, Ra­chela chci­wie zła­pała bu­łeczkę i wbiła w nią zęby. Pierw­szy gryz prze­łknęła, pra­wie nie czu­jąc smaku, nie­mal się nim za­dła­wiła. Do­piero gdzieś w po­ło­wie bułki za­częła wol­niej prze­żu­wać, usi­łu­jąc jak naj­dłu­żej za­trzy­mać w ustach ten wspa­niały smak. Chała pie­czona przez matkę w lep­szych cza­sach albo ta, z któ­rej ciotka była taka dumna, nie umy­wały się do tego wy­pieku. Pulchna bułka z ma­słem po pro­stu roz­pły­wała się w ustach. A pasz­tet... Chyba wła­śnie zna­la­zła się w nie­bie.

– Rze­czy­wi­ście by­łaś głodna – pod­su­mo­wała Ja­dzia, przy­pa­tru­jąc się Ra­cheli uważ­nie. Ta wła­śnie pra­co­wi­cie ob­li­zy­wała palce, ba­cząc, by nie zmar­no­wał się na­wet okru­szek. – Kiedy znów przyjdę na łąki, przy­niosę coś do zje­dze­nia. Wo­la­ła­byś szy­neczkę?

– Co ta­kiego?

– Wę­dlinę ze świnki...

Ra­chela na­tych­miast po­krę­ciła prze­cząco głową. Było jej tak przy­jem­nie na żo­łądku. Tak syta czuła się w ostat­nie święto, po­nie­waż w sza­bas, bę­dąc w go­ści­nie, kosz­to­wali je­dy­nie tro­chę i ni­gdy nie je­dli do syta. Cho­ciaż i tak to było wię­cej niż w ty­go­dniu.

– Ży­dom nie wolno spo­ży­wać wie­przo­winy – wy­ja­śniła. – Na­sza re­li­gia za­bra­nia.

– Ro­zu­miem. Nam nie wolno jeść mięsa w pią­tek, więc to do­brze, że wpa­dły­śmy na sie­bie dzi­siaj. – Ja­dzia uśmiech­nęła się sze­roko. – Szkoda by było, bo pasz­tet Broni jest prze­pyszny.

– Dzię­kuję i... na­prawdę mu­szę już iść.

Ra­chelę prze­stał ob­cho­dzić gniew go­spo­dyni. Taka uczta warta była po­liczka albo i dwóch. Jed­nak nie chciała roz­gnie­wać Me­na­ke­ro­wej na tyle, aby po­ka­zała jej drzwi.

– Ja rów­nież. Ściem­nia się i moja mama bę­dzie się mar­twić. By­waj zdrowa, Ra­chelo.

Ja­dzia po­słała jej ko­lejny ra­do­sny uśmiech i ru­szyła w stronę dworu, w któ­rego oknach po­ja­wiły się świa­tła. Ra­chela ni­gdy nie prze­by­wała na pa­stwi­sku tak długo, aby na­cie­szyć oczy tym wi­do­kiem. On rów­nież wart był spo­dzie­wa­nych wy­mó­wek i ra­zów.

– By­waj zdrowa, pa­nienko! – od­krzyk­nęła i ru­szyła w stronę szte­tla.

Pa­nienka z bia­łego dworu. Jakże jej za­zdro­ściła. Za­wsze syta i po­zba­wiona trosk, ko­rzy­stała z ży­cia, nie mu­sząc przej­mo­wać się zmar­twie­niami zwy­kłych lu­dzi. A jed­nak była dla niej taka miła... Ra­chela miała na­dzieję, że kie­dyś jesz­cze bę­dzie im dane się spo­tkać.

Przy­pisy

[1] Sztetl – mia­steczko za­miesz­kane głów­nie przez Ży­dów.
[2] Czu­lent – ro­dzaj gu­la­szu z ko­szer­nego mięsa, fa­soli i ka­szy.
[3] Ku­gel – babka ziem­nia­czana (za­pie­kanka) z ce­bulą i jaj­kami.