Między jeziorami. Pomruk ciszy - Magdalena Wala - ebook

Między jeziorami. Pomruk ciszy ebook

Magdalena Wala

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Długo wyczekiwany powrót do krainy między jeziorami

Jest rok 1948, jeszcze nie ucichły echa II wojny światowej. Libasiowi Schimanskiemu, młodszemu bratu Amalii, udało się przeżyć ciężkie walki na froncie wschodnim. Po wypuszczeniu z niewoli sowieckiej młody Mazur wraca do rodzinnego Schönwalde. Odkrywa, że wieś bardzo się zmieniła: pozostało w niej niewielu starych mieszkańców, a jego gospodarstwo przejęli Polacy. Zmagający z się z wojenną traumą mężczyzna musi odnaleźć swoje miejsce na ziemi.

Tuż po powrocie Libaś poznaje Helenę Wesołowską, dziew­czynę z rodziny przesiedleńców spod Mariampola. Młoda kobieta nie jest szczęśliwa pod opieką despotycznego ojca. Wesołowscy są wrogo nastawieni do młodego Mazura, a wśród mieszkańców wsi nie cieszą się dobrą opinią. Czy przyjaźń z Schimanskim sprawi, że życie Heleny stanie się łatwiejsze?

Pomruk ciszy, czwarty tom serii MIĘDZY JEZIORAMI, to poruszająca opowieść o bolesnych powrotach i o łagodnej miłości w ciężkich, powojennych czasach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 311

Data ważności licencji: 3/30/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt serii i okładkiANNA SLOTORSZ / ARTNOVO.PL

Fotografie na okładce© Rekha Garton/Arcangel Images © PolishStormChaser/Adobe Stock

Koordynacja projektuALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Opieka redakcyjnaANNA HEINE

RedakcjaELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK

KorektaURSZULA WŁODARSKA

Redakcja technicznaLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Polish edition © Magdalena Wala, Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.

ISBN 978-83-271-6968-6

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Rozdział 1

Sierpień 1948

Gottlieb

Pień wdzięcznie pochylającego się nad wartko płynącą wodą jesionu obiecywał rychłe zakończenie tułaczki. To tu Libaś przybiegał w dzieciństwie w gorące letnie popołudnia, aby wraz z kolegami wspinać się po gałęziach drzew. Potem skuleni chłopcy wskakiwali do rzeki, wzbijając fontanny wody, którymi były ochlapywane chichoczące dziewczęta. Westchnął. Czasy dzieciństwa i niewinności dawno minęły, a on musiał odnaleźć się w rzeczywistości, która z ową radością nie miała nic wspólnego. Promień słońca przedarł się przez zielone liście jesionu, oświetlając jego zmizerowaną twarz. Cudem było, że po tylu latach mógł oglądać to drzewo, podobnie jak na cud zakrawało, że nadal rosło w tym miejscu, zupełnie niewzruszone upływem czasu. Jakby nadal trwały tamte beztroskie lata jego dzieciństwa.

Potrząsnął lekko głową, odwracając wzrok od jesionu, i ze zdziwieniem poczuł na policzku wilgoć. Spojrzał na prawie bezchmurne niebo i przeciągnął po skórze opuszkami palców, ścierając z niej krople wody. Jego twarzy nie ochlapał deszcz ani szemrząca przed nim rzeka. Ze zdumieniem stwierdził, że to znajomy widok wywołał wyciskające łzy wzruszenie. A był przekonany, że dawno już zapomniał o płaczu. Uważał wręcz, że jest niezdolny do łez, skoro nawet największy ból ani wyczerpanie nie potrafiły ich wywołać. Tak, potrafił zdobyć się na złorzeczenie, cierpiąc na spowodowane skrajnym zmęczeniem duszności, ale łzy? Nie złamało go bicie, rany ani wszechobecna śmierć, którą jego towarzysze witali niczym drogiego gościa, a po tylu latach zapłakał na widok znajomego kształtu drzewa. Nie spowodował tego jednak sentyment, ale nadzieja, że skoro ono przetrwało, może znajdzie w rodzinnej wsi ocalałych członków rodziny. Kogokolwiek ze swoich najbliższych.

Usiadł na brzegu rzeki i zabrał się do rozsupływania węzła sznurka, który służył mu za sznurówki przy czymś, co przy dużej dozie dobrej woli można by nazwać obuwiem. Nie powinien narzekać... Wędrówka w dziurawych butach, z których wystawały palce owinięte służącymi za skarpety gazetami, i tak była lepsza niż chodzenie boso albo poruszanie się w drewniakach. A przynajmniej tak to sobie tłumaczył, kiedy wygrał walkę ze sznurkiem i po raz pierwszy od tygodni jego stopy ujrzały światło dzienne. Syknął, kiedy po oderwaniu papieru wzmogło się bolesne pieczenie. Nie zdziwiły go zaognienia i sączący się z otarć płyn. Najbardziej bolały go jednak miejsca po dwóch palcach w lewej stopie. Tych, które utracił kilka zim wcześniej w wyniku odmrożenia. Brakowało mu ich, ale pocieszył się myślą, że mógł stracić stopę, nogę albo życie. Obcięcie palców nie okazało się nadmierną ceną, skoro wciąż chodził po tej przeklętej ziemi.

Podszedł do wody i zanurzył stopy w rzece. Rany w pierwszej chwili zapiekły, ale chwilę później poczuł ulgę. Wraz z nią pojawiła się pokusa, aby chociaż trochę zadbać o wygląd. Umyć się przynajmniej, aby matka rozpoznała go w pokrytym brudem i robactwem obszarpańcu. Odbicie dostrzeżone w lustrze wody w niczym nie przypominało radosnego młodzieńca, który lata temu wyruszył na front. Patrząc na swoją przedwcześnie postarzałą twarz, odniósł wrażenie, że od tamtej chwili dzielą go nie lata, a całe wieki.

Ściągnął z siebie sweter zrobiony przez jakąś miłosierną kobietę z rozplątanych nici konopnego sznurka, okrycie nie tyle dające ciepło, ile osłaniające ciało, i trzęsącymi się dłońmi rozpiął dwa ocalałe guziki czegoś, co w lepszych czasach można było nazwać koszulą. W obecnym stanie jego matka nie użyłaby tego nawet jako szmaty do podłogi. Jednak żebracy nie mają prawa wybrzydzać; mimo że w materiale ziały dziury, przynajmniej okrywał mu grzbiet. Jego mundur przebył z nim trudną drogę, ale w odróżnieniu od właściciela nie przetrwał do czasu wypuszczenia z niewoli. Chwilę później do kupki łachów dołączyły spodnie, które trzymały się pasa spięte agrafką, a Libaś odszedł od brzegu, aby zanurzyć się cały w rzece. Zamknął oczy, kiedy z przyjemnością poczuł, jak woda obmywa jego obolałe ciało, uwalniając go od przemieszanego z potem brudu. Potarł dłońmi odrastające włosy i nierówną szczecinę pokrywającą mu policzki.

Przez kilka minut pozwolił sobie na niemyślenie o niczym, wkrótce jednak wrócił do rzeczywistości. Musiał iść się przekonać, czy nadzieja, która pomogła mu przetrwać koszmar ostatnich lat, nie okazała się płonna. Naprawdę nie wiedział, co zrobi, jeśli Schönwalde przypomina inne mazurskie wsie mijane w czasie wędrówki. Niegdyś kwitnące, obróciły się w ruiny, które las powoli brał w posiadanie. Aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę, co przetaczający się front czynił z ludzkimi siedliskami. Kiedy zabrakło gospodarzy, przyroda z wolna upominała się o swoje.

Wolałby już zobaczyć gospodarstwo rodziców przejęte przez obcych, którzy nauczą się cenić i szanować tę ziemię, tak jak robili to Schimanscy. Cały czas tliła się w nim iskierka nadziei, że odnajdzie swoich całych i zdrowych. Albo przynajmniej dowie się, gdzie ich szukać. Wolałby jechać pociągiem do Peitschendorfu1, bo po kilku godzinach dotarłby do domu, jednak nie miał ani złotówki na bilet, a wolał nie ryzykować interwencji milicji, jeśli zostałby złapany na jeździe na gapę. Zdecydował się iść pieszo, pytając o drogę w wioskach, przez które przechodził.

Pocieszające było to, że nie wszyscy z dawnych gospodarzy zostali wysiedleni. Podczas wędrówki z Olsztyna, gdzie wysiadł z pociągu, nieraz zdarzało mu się słyszeć niemiecki. Część Mazurów również kurczowo trzymała się swoich gospodarstw, nadal uważając się za prawowitych gospodarzy tych ziem. Kiedy odzywał się do nich po mazursku, witały go szerokie uśmiechy, morze dobrych rad oraz ciepły posiłek.

W zamian za nocleg najął się u pewnej starszej Mazurki do drobnych prac. Chciała, aby został dłużej, ale niepokój gnał go do rodzinnego domu. Zrozumiała i nie nalegała więcej.

– Twoja matka zapłacze się z radości – powiedziała. – Widzisz, ja też trzech synów posłałam na wojnę. Dwóch zginęło, a po trzecim słuch zaginął. Ostatni list od niego dostałam jeszcze w czterdziestym czwartym. I od tej pory cisza.

– Walczył na wschodzie? – upewnił się Libaś. – Skoro tak, to mało prawdopodobne, żeby jakieś wieści do was dotarły.

– Tak uważasz? – zapytała zdziwiona. – Może żyć gdzieś tam na wschodzie i nawet nie próbować kontaktować się z matką?

Jeśli przebywał w którymś z obozów sowieckich, mało prawdopodobne, aby wysłano jego list. Zwykli szeregowcy nie budzili specjalnego zainteresowania służb, więc w odróżnieniu od wyższych stopniem niemieckich wojskowych zniechęcano ich do pisania listów. Nawet jeśli jakimś cudem jeniec zdobył kawałek ołówka i kartkę, to list kończył w koszu. Tylko nieliczni, zazwyczaj oficerowie, otrzymali zgodę na wysłanie wiadomości. Zwykle należeli oni do osób, na których temat NKWD gromadziło informacje, później wykorzystywane do szantażu i wymuszenia współpracy. Bardziej prawdopodobne było, że Paul spoczął w jednym z tysięcy anonimowych grobów. Libaś nie chciał jednak pozbawiać tej miłej kobiety nadziei. Może, podobnie jak on, zostanie wypuszczony z niewoli i kiedyś powróci do matki.

– Tylko raz pozwolili mi napisać do domu i nie jestem przekonany, że ten list został doręczony.

Kobieta zaklęła cicho, po czym z zawstydzeniem zasłoniła usta.

– Przepraszam. Za każdym razem, kiedy już myślę, że pogodziłam się ze śmiercią synów, dzieje się coś, co burzy mój spokój. Czasem nawet myślę, że może to i lepiej, że Paul nie wróci, bo został mi tylko ten walący się dom i kawałek pola. Nie taką przyszłość chciałam zapewnić swojemu dziecku. – Mazurka rozejrzała się po skromnie wyposażonej kuchni i wydała z siebie westchnienie. – Resztę majątku sprzedałam, bo i tak nie miałam siły obrabiać ziemi. A podatki i inne obciążenia rosną. Dam radę wytrwać rok, może dwa, a potem będę musiała pomyśleć o wyjeździe.

– Ma się pani dokąd udać?

– Moja siostra mieszka w Berlinie. Chce, abym z nią zamieszkała, ale ciągle czekam na mojego chłopca. Przeklinam godzinę, w której pozwoliłam mu wyjechać na front. Mogłam go ukryć i do diabła z konsekwencjami. Przynajmniej byłby przez jakiś czas bezpieczny...

Czyli do wejścia Armii Czerwonej do Prus Wschodnich. Chyba że zdążyliby się w porę ewakuować. Kobieta zaczęła wypytywać o wojnę, o bohaterstwo ich armii, ale Libaś nie chciał opowiadać o tych wszystkich obrazach, które pragnął wyrzucić z pamięci. Zamiast tego skupił się na wspomnieniach mogących wywołać uśmiech.

– Jednego razu leżymy na pozycjach – opowiadał – i czekamy z ostrzałem na pojawienie się wroga. Aż tu nagle widzimy, jak Ruskie podrywają się z miejsc i zaczynają tańczyć, wymachując bronią. Niektórzy obracali się wkoło, a moment później, porzuciwszy karabiny, ruszyli biegiem w naszą stronę. Co, u diabła, pomyślałem.

– Mocno nietypowe zachowanie – zauważyła kobieta. – I pewnie mające jakieś proste uzasadnienie.

– Bardzo – potwierdził Libaś. – Tak byli zajęci oganianiem się od pszczół, że nawet nie zauważyli, kiedy wpadli do wykopanych przez nas rowów strzelniczych. Nasz batalion pojmał kilkudziesięciu Sowietów, nie oddając nawet jednego strzału.

Gospodyni roześmiała się głośno i dolała Libasiowi mleka, osłodziwszy je odrobiną miodu. Na początku lata znalazła w lesie barć, a że jej ojciec był pszczelarzem, postanowiła podbierać miód, który następnie sprzedawała we wsi.

– Królowej roju należałby się medal za bohaterskie rozgromienie wroga.

Libaś z uśmiechem się z nią zgodził. To wspomnienie, w przeciwieństwie do zbyt wielu innych, potrafiło wywołać wesołość, chociaż żołnierzom na froncie zazwyczaj nie było do śmiechu. Starano się jednak podnosić ich morale, znajdując najbardziej błahe powody do radości, inaczej groziły im zwątpienie i rozpacz. Zwłaszcza w czasie, kiedy nikt z nich nie miał już nadziei, że wygrają tę wojnę. Dokładnie tak samo, jak w wypadku poprzedniej, ostatecznie nie byli w stanie prowadzić walk na kilku frontach jednocześnie.

Podczas wędrówki Libaś był świadkiem scen, które głęboko go niepokoiły. Kiedy w następnej miejscowości przechodził w pobliżu stacji kolejowej, do jego uszu dotarł hałas. Z każdym krokiem wrzaski stawały się głośniejsze, ponieważ droga prowadziła wprost do ich źródła. Libaś zwolnił i kiedy doszedł do zakrętu, przez kilka sekund szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami oglądał rozgrywającą się przed nim scenę. Szybko się wycofał i zszedł na bok, ponieważ tłum poruszał się drogą w jego kierunku. Stanął za krzewami i usiłował zrozumieć, o co chodzi, a po jego głowie błąkało się tylko jedno pytanie: Co wywołało aż taką furię?

Na stacji stali trzej dość elegancko ubrani mężczyźni otoczeni przez miejscowych uzbrojonych w kije, drągi, a nawet cegły. Tutejsi gospodarze trzymanymi w dłoniach narzędziami wygrażali miastowym, wykrzykując w ich kierunku rozmaite groźby i wyzwiska.

– Szubrawcy!

– Łajdacy!

– Zabić ich!

– Wypatroszyć i obedrzeć ze skóry!

– Heretycy!

– Ukamienować ich!

Dwa ostatnie okrzyki najbardziej go zdziwiły. Heretycy... Czyżby to oznaczało, że ma do czynienia z ewangelikami? Może nawet pastorem? Pomimo gorąca poczuł przeszywające go zimne dreszcze, zwłaszcza że tłum nie składał się z samych mężczyzn. Zauważył kilka kobiet w różnym wieku, równie rozjuszonych jak ich mężowie, bracia i ojcowie. Ludzie przemieszczali się w stronę centrum miejscowości, gdzie Libaś dostrzegł kościół oraz nieduży budynek mieszczący urząd gminy i posterunek milicji. To właśnie w jego kierunku przepychali się przez tłum przybysze. Szło im to opornie, jako że miejscowi szarpali ich, ale nikt nie odważył się uderzyć przybyłych trzymanym w dłoni narzędziem. Libaś zdawał sobie sprawę, że wystarczyłby jeden taki cios, aby inni poszli za przykładem prowodyra. Odetchnął, dopiero kiedy mężczyźni zniknęli za drzwiami posterunku, które natychmiast zostały zatrzaśnięte. Przez chwilę miał nadzieję, że zgromadzeni się rozejdą, ale, niestety, parę osób z tłumu nadal podgrzewało nastroje. Żaden ze stróżów porządku się nie kwapił, aby wyjść i rozkazać ludziom się rozejść. Libaś poczuł lekkie wyrzuty sumienia, ale nie zamierzał się dowiadywać, o co poszło. Jeszcze sam mógłby oberwać, próbując zaspokoić ciekawość. Odwrócił się i podjął przerwaną wędrówkę.

Nie oddalił się zbytnio, kiedy znów usłyszał głosy. Ponownie zszedł z drogi i przykucnął za najbliższą kępą krzaków.

– Powiedzcie proboszczowi, aby się hamował na kazaniach. O mało nie doszło do tragedii, a on wyjechał, wcześniej podżegając obywateli do przestępstwa – dobiegł go męski głos.

Libaś ostrożnie obniżył jedną z gałęzi i uzyskał widok na idącą drogą parę. Mężczyzna z wąsem w ciemnostalowym mundurze był przedstawicielem milicji, a kobieta w średnim wieku... Skoro milicjant przez nią przekazywał wiadomość proboszczowi, domyślał się, że mogła być gospodynią na plebanii. Katoliccy duchowni nie żenili się przecież i nie mieli rodzin jak ewangelicy.

– Wielkie mi mecyje... Proboszcz w ostatnią niedzielę tylko wygłosił płomienne kazanie. Nie jego wina, że niektórzy parafianie wzięli sobie do serca, że ma przyjechać kolejny pomiot szatana do tego siedliska heretyków. Nie potrzeba nam takich... – zaperzyła się kobiecina.

– To dom starców, obywatelko Gębiczkowa!

– Z samymi Niemcami w środku. Dawno powinni go spalić i rozpędzić tych heretyków na cztery wiatry! Dla takich jest miejsce w rowie, a nie w czystym łóżku. Dopóki się z nimi nie rozprawimy, nigdy tu nie będzie porządku.

– Rozumiem was doskonale, ale szkoda by było, żeby któryś z naszych krewkich obywateli poszedł siedzieć z powodu jakichś Szwabów. Proboszcz pewnie zgodnie z ewangelią umyje ręce. Wojna na szczęście się skończyła... Zostawcie tych ludzi, ci staruszkowie już i tak długo nie pociągną...

– Heretycy zaczynają od domu starców, a potem będą chcieli parafię zakładać. Jeszcze się może o kościół upomną? Lepiej te zapędy ukrócić w zarodku, jak powtarza wielebny. Niech wiedzą, że tu antychrystów nie chcemy. – Uderzyła się w piersi, akcentując swoje zdanie. – Wy, komendancie, też nie chcecie. Nieśpieszno przecież wam było, aby naszym kazać się rozejść. Raczej zmykaliście na miedzę niczym jakiś szarak.

– Liczcie się ze słowami, obywatelko. – Komendant odchrząknął głośno, marszcząc groźnie brwi. – Zwłaszcza że to wy towarzyszyliście mi na tej miedzy, zamiast na przedzie zbiegowiska nieść krzyż, jak to pewnie wyobrażał sobie proboszcz...

Ich głosy umilkły, więc Libaś wygramolił się z krzaków, mając już jako taki obraz sytuacji. W domu starców przebywali nie Niemcy, a Mazurzy, również ewangelicy. A katolickiego proboszcza gniewała nie tylko ich obecność, ale też możliwość działania na terenie, który uważał za swój, protestanckiego pastora.

– Ciężko tu chyba żyć... – mruknął do siebie i westchnął głęboko.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1 Libaś nie wiedział, że linia kolejowa przebiegająca przez Piecki została zamknięta w 1945 roku. ↩