NieOgarnięta Nowy Rozdział - Justyna Chrobak - ebook
NOWOŚĆ

NieOgarnięta Nowy Rozdział ebook

Justyna Chrobak

4,4

464 osoby interesują się tą książką

Opis

On kazał jej zniknąć.
Ona zaczęła wszystko od nowa.

A teraz ich ścieżki ponownie się krzyżują.

Michalina nie chce wracać do przeszłości. Po wszystkim, co wydarzyło się między nią a Artemem, najbardziej potrzebuje spokoju. Nowe mieszkanie, nowa praca i przyjaźń z Martyną miały pomóc jej poukładać życie bez niego.

Los ma jednak zupełnie inny plan.

Kiedy Wojtek proponuje Michalinie pracę w nowym portalu internetowym, dziewczyna staje przed najtrudniejszym wyzwaniem. Jak codziennie pracować u boku mężczyzny, którego tak bardzo próbowała wyrzucić z własnego serca?

Artem już wie, że popełnił błąd.

Tylko czy Michalina pozwoli mu go naprawić?

Czasem druga szansa pojawia się wtedy, kiedy najmniej się jej spodziewamy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 293

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (9 ocen)
6
1
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
beatamamutek

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
00
Daga03

Całkiem niezła

Pierwsza część zdecydowanie lepsza
00



Redakcja: Ewelina Dobosz – IG: @ta.od.przecinkow

Korekta: Magdalena Płonka, Katarzyna Bieńkowska

Skład: Klaudia Szczepański

Okładka: Klaudia Szczepański

ISBN: 978-83-960662-7-1

Copyright © by Justyna Chrobak, 2026

Wydanie I, Kozy 2026

Zapraszamy na autorskie social media: facebook.com/justynachrobakprofilautorski instagram.com/j_chrobak_

Wszelkie prawa do publikacji zastrzeżone.

Zezwala się na rozpowszechnianie okładki i fragmentów tekstu w związku z promocją w mediach.

Powielanie i rozpowszechnianie całości z wykorzystaniem jakichkolwiek technik zabronione.

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

ROZDZIAŁ I

Michalina

Pip... pip... pip...

Jak do tego doszło?

To było najczęściej zadawane przeze mnie pytanie w minionych tygodniach.

Problem nie polegał na tym, że chodziłam i narzekałam na swój los. W końcu to ja zdecydowałam, że znajduję się teraz w takim, a nie innym miejscu. No dobra, przynajmniej jeśli chodzi o wybór tej konkretnej pracy. Inne rzeczy w moim życiu działy się ostatnio jakoś tak... samoistnie.

Pip... pip... pip...

To, że nagle zamieszkałam pod jednym dachem z dziewczyną, która mnie nie znosiła, a przynajmniej tak to odbierałam, zdecydowanie nie było moim wyborem. A jednak. Jak się okazało, nie taka Martyna straszna, jak chciałaby być. Ma jedyny w swoim rodzaju, zadziorny charakterek, dzięki któremu pokazuje się światu w kiepskim świetle i usilnie stara się być wredną i lepszą od innych. Lecz w najgorszym dla mnie momencie pokazała, że jej nieprzychylne, delikatnie mówiąc, zachowania były tylko grą. Czyż nie każdy z nas udaje, pokazując innym takie oblicze, jakie chciałby, by w nim widzieli? Moja współlokatorka może i jest wygadana oraz uszczypliwa, ale jest też przepełniona empatią. Nie boi się szybko podejmować trudnych decyzji, by komuś pomóc, a jak się również okazało podczas naszego pierwszego wspólnego wieczoru, potrafi świetnie słuchać. Sama nosi w sercu własne rany, z którymi na co dzień stara się walczyć.

Tamtego pamiętnego dnia, gdy przyjechałyśmy z moimi rzeczami do jej mieszkania, stanęłyśmy na kilka chwil w kuchni i w ciszy mierzyłyśmy się spojrzeniami. Jej wzrok był pochmurny, jakby coś analizowała, a mój podłamany, niewyrażający absolutnie nic oprócz zagubienia. Wtedy Martyna powiedziała jedno słowo, od którego nasza znajomość stała się całkiem inna: „przepraszam”. W jej ustach zabrzmiało to niepewnie; ten wyraz nie pasował do obrazu Martyny, jaki stworzyłam w głowie. A jednak to było szczere i otworzyło na oścież drzwi, które wydawały się zamknięte na cztery spusty. Do tej pory uśmiecham się na wspomnienie tamtej chwili, bo to dzięki tej kobiecie i jej wsparciu zaczęłam powoli stawać na nogi.

Pip... pip... pip...

Po kilku najgorszych wydarzeniach w moim życiu, które na moje nieszczęście zadziały się jedno po drugim, usuwając mi cały grunt spod nóg, pomału sama budowałam nową ścieżkę, cegiełka po cegiełce. A przynajmniej się starałam. Byłam w trakcie robienia kursu z prowadzenia social mediów. Nie ma to jak walczyć o papierek potwierdzający umiejętności, które już masz i które zdobyłaś, ucząc się samodzielnie. Wiem, co potrafię, ale chciałam mieć tego potwierdzenie. Nawet podłapałam już kilka kontaktów i nieśmiało się rozkręcałam w prowadzeniu kont trzech małych przedsiębiorców, którzy w natłoku zajęć nie mieli na to czasu. Jednak nie była to jeszcze pełnoetatowa praca, dlatego musiałam być tu, gdzie byłam...

Pip... pip... pip...

Nie każdy miał takie spokojne miejsce pracy jak ja. Niektórzy tkwili tam, skąd mnie wywalono. Na przykład Martyna. Trzymała się tej posady, choć rządziła tam teraz kobieta, która przyczyniła się do mojej obecnej sytuacji. Nie lubiłam wracać myślami do tej pani. To jeszcze zbyt świeże... Po tamtej aferze zbyt wiele rzeczy zostało rozkopanych i zostawionych na pastwę losu. To wciąż były dla mnie żywe rany, z którymi nie potrafiłam sobie poradzić. Choć nie powinno mnie to pocieszać, nie tylko ja miałam obecnie średnią sytuację życiową.

Wystarczyło popatrzeć na Grażkę, która pomimo tego, co się wydarzyło, zdobyła się na napisanie do mnie kilku lakonicznych wiadomości. W jednej przepraszała, w drugiej napisała, że o mnie myśli, a w trzeciej oznajmiła, że zwolniła się z pracy, bo nie chciała już współpracować z kimś, przez kogo zadziałała na moją niekorzyść. Nie tylko szefowa Grażki wpłynęła na jej zachowanie. Sama Grażka była odpowiedzialna za to, co się wydarzyło, zwłaszcza w jej życiu prywatnym. Tak samo jak ja byłam odpowiedzialna za pewne rzeczy, które mi się przytrafiły. Odpowiedzialny był też Adam. Mój Adam, którego zachowanie tak naprawdę najmniej mnie zabolało. Od kiedy między nami zadziało się to wszystko, nie widzieliśmy się ani razu. Wszystkie formalne kwestie, które wymagały jakiejś decyzji, były przez nas bardzo dojrzale przegadywane w lakonicznych SMS-ach. Prawda była taka, że on pisał, a ja się zgadzałam. Nie chciałam i nie oczekiwałam od niego niczego. Moje wszystkie rzeczy już jakiś czas temu przetransportowałam do Martyny. Niczego więcej nie potrzebowałam.

Nadal nie potrafiłam zrozumieć, jak łatwo utrata naszej relacji przestała mieć dla mnie znaczenie. Szkoda tylko, że towarzyszące temu okoliczności dalej bolały. Na szczęście każdego dnia mniej.Jakbym coraz bardziej rozumiała fakt, że to wszystko się posypało, bo po prostu musiało. Nikt o ten związek nie dbał. Żyliśmy obok siebie. Każdy szukał czegoś innego. Żałuję tylko, że on znalazł to u mojej najlepszej przyjaciółki...

Wracając do Grażki, tęskniłam za naszą przyjaźnią znacznie bardziej niż za byłym facetem. Był to dla mnie pocieszający znak, że wszystko, co się zadziało, miało jakiś sens. I choć było to straszne, jakaś naiwna część mnie wierzyła, mimo że nie chciałam się do tego przyznać, że może niektóre rzeczy, niektóre relacje, da się jeszcze naprawić. Nie będę ukrywać, cieszyły mnie SMS-y od Grażki. Też tęskniłam, choć jeszcze nie byłam gotowa, by do niej napisać.

Pip... pip... pip...

Skończyłam kasować produkty, które ledwo mieściły się w największym wózku, a drobna starsza pani trzęsącą się ręką przyłożyła kartę do czytnika, by zapłacić za ten stos rzeczy. Zakupy wystarczą jej na cały miesiąc albo wykarmi nimi jakąś sporą rodzinę. Posłałam jej uśmiech na pożegnanie i życzyłam miłego dnia. Przeniosłam wzrok na kolejnego klienta. Był to młody chłopak, raczej niepełnoletni, który zapewne nie zamierzał nawiązywać ze mną żadnego kontaktu, skoro nie zdjął z uszu wielkich, modnych wśród tej grupy wiekowej słuchawek. Zanim chwyciłam do ręki jedną z kilkunastu przekąsek wybranych przez młodzieńca, do mojego nosa dotarł zapach, który sprawił, że wszystkie zakończenia nerwowe w moim ciele zadrżały w takt najgłośniejszego sygnału alarmowego rozbrzmiewającego teraz w mojej głowie. Odruchowo poderwałam głowę, znów zerkając na młodego klienta, który przecież nie mógł tak pachnieć...

Dokładnie tak, jak...

Zerknęłam na kolejną osobę stojącą w kolejce do kasy. Upuściłam butelkę gazowanego napoju prosto na skaner wbudowany w ladę. Napotkałam to spojrzenie, którego najmniej się spodziewałam – dziś, jutro i już zawsze...

Uciekłam wzrokiem, łapiąc turlujący się towar, i z drżącymi rękami wróciłam do pracy.

Pip... pip... pip...

Kasowałam starannie i powoli, obawiając się momentu, w którym góra słodyczy się skończy, chłopak zapłaci, a ja będę musiała obsłużyć kolejnego klienta. Czułam, jak moje dłonie drżą, a oddech niepokojąco się spłyca, co z kolei powodowało, że obawiałam się rychłej utraty przytomności. Co on tu robił?! Ze wszystkich cholernych sklepów w tym mieście musiał wybrać ten tak bardzo oddalony od jego dzielnicy?! On był tu specjalnie. Musiał się dowiedzieć, że tu pracuję. Kiedy to do mnie dotarło, zestresowałam się jeszcze bardziej, o ile to było możliwe.

Obsługiwany przeze mnie chłopak wrzucił ostatnie produkty do sfatygowanego plecaka, zapłacił zbliżeniowo, przysuwając telefon do czytnika, i zniknął w mroku zimowego wieczoru. Choćbym chciała się zachowywać profesjonalnie i przywitać ze stojącym przede mną mężczyzną, nie byłam w stanie tego zrobić. Z moim ciałem działo się coś, na co nie miałam absolutnie żadnego wpływu. Modliłam się, by nie było widać, jak bardzo się trzęsę. Czułam, że zdradziecka czerwień wypełza na moje policzki, szyję i dekolt, czego nie pozwalały ukryć opadające na moją pochyloną twarz włosy. Nikt mnie nie zmusi do podniesienia głowy. Nikt mnie nie zmusi do przywitania się z nim...

Pip... pip... pip...

Woda mineralna, białe wino, cebula, ser gorgonzola, makaron, łosoś. Zapewne planował wieczór z wykwintną kolacją. Może nawet przy świecach... Stop. Nie rób sobie tego. To cię nie obchodzi, to cię nie dotyczy. On jest urywkiem twojego życia, o którym już wkrótce nie będziesz pamiętać. To klient jak każdy inny. Bądź ponad to i, do jasnej cholery, podnieś tę głowę!

– Sto czterdzieści dziewięć złotych i siedemnaście groszy. Karta czy gotówka? – Uniosłam spojrzenie, co gorsza, skierowałam je wprost na jego oczy, przypłacając to lekką arytmią.

Widziałam tylko cień przelatującego uśmiechu, który równie dobrze mógł być grymasem błądzącym po jego ustach, lekko ukrytych za brodą, która jak zawsze wyglądała idealnie – tak samo jak kilka tygodni temu, podczas naszego ostatniego spotkania. Zrozumiał moją postawę i nie próbował nawiązać rozmowy z kimś, z kim jego ścieżki się rozeszły i raczej już nigdy nie zejdą. Sam tak zdecydował. Brutalnie wyrzucił mnie ze swojego życia, nie dając szansy na jakąkolwiek obronę. Nie przyjął żadnego ze słów naprędce wyrzuconych z moich ust, kiedy próbowałam przeprosić i wyjaśnić tamtą cholerną sytuację... Sytuację łamiącą moje serce.

Obserwowałam, jak przykłada kartę do czytnika i wbija nieśpiesznie PIN. Niepotrzebnie znów na niego spojrzałam i zobaczyłam, że się we mnie wpatruje. Hipnotyzujący wzrok, który od zawsze przyciągał mnie do siebie, równocześnie powodując palpitacje zbyt nieśmiałego serca, teraz był jakby przygaszony. Może nawet odrobinę smutny? Niepewny? Coś w jego postawie było innego, coś się zmieniło, ale to było zbyt ulotne, by te ułamki sekund, które połączyły nasze spojrzenia, pozwoliły mi to zrozumieć. Ciągle uciekałam. Nie byłam w stanie znieść ciężaru jego obecności tak blisko mnie. Po takim czasie miał nade mną taką samą przewagę, jak w dniu, w którym twardym głosem powiedział do mnie, że mam zniknąć z jego życia.

Położyłam paragon w wyznaczonym miejscu, choć zazwyczaj podawałam go klientom do ręki. Nie zamierzałam ryzykować. Artem jednak był szybki i sięgnął po niego tak, że zdążył musnąć moje palce. Ten dotyk, choć tak przelotny, oparzył moją skórę. Szarpnęłam dłonią, by jak najszybciej zwiększyć dystans między nami.

Artem chwycił reklamówkę z zakupami i ruszył w kierunku wyjścia. A ja nie mogłam oderwać wzroku od jego pleców, jakby właśnie nawiedził mnie duch, który wyrwał mnie z rzeczywistości i nie pozwolił do niej wrócić.

ROZDZIAŁ II

Kilka godzin wcześniej

Artem

Głośne pukanie do drzwi przerwało trans, w jaki wpadłem, rozmyślając nad wszystkimi plusami i minusami tego, co od kilku tygodni siedziało mi w głowie i ciągle zmieniało swój kształt, nie do końca składając się w odpowiadającą mi całość. Zerwałem się z zawalonej przeróżnymi papierami sofy i ruszyłem do drzwi. Domyślałem się, kto może znajdować się na progu mojego mieszkania, zwłaszcza że naprawdę niewiele osób znało kod do domofonu. Zgodnie z przypuszczeniami, do środka wpadł Wojtek, a wraz z nim smakowity zapach żarcia, które musiał dla nas przynieść.

– Cześć, mistrzu, jak tam na urlopie? – Mój przyjaciel zaśmiał się, darując sobie dodatkowe powitania.

Od kiedy straciłem pracę, wpadał do mnie regularnie co dwa lub trzy dni, żeby sprawdzić mój nastrój. Uważałem, że to całkowicie niepotrzebne, ale oczywiście pozytywne. Kumpel troszczył się o mnie, co doceniałem. Donosił mi też jedzenie, o które nie prosiłem, ale nie mogłem zaprzeczyć, że to bardzo miłe. Jedyne, czego nie lubiłem, to owego powitania i hasła, które zawsze brzmiały identycznie i niezmiennie mnie wkurwiały.

– Znalazłeś już pracę? – rzucił, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem, biorąc się od razu za rozkładanie jedzenia.

– Czy ja to mam dla ciebie spisać na papierze? Nie. Szukam. Roboty.

– Ale wiesz, że powinieneś? – Zasiadł do stołu i dopiero wtedy popatrzył na mnie, wyczekując, aż do niego dołączę.

– A wiesz, że mam odrobinę inny plan, tylko potrzebuję na jego realizację trochę czasu i... – Zastanowiłem się, bo sam do końca nie wiedziałem, czego brakuje mi w mojej cholernej wizji, żeby zacząć działać i ją zrealizować. Weny? Odwagi? Motywacji? Nie miałem zamiaru przyznawać się na głos, że cholernie się boję wykonać pewien krok, bo jak już powiem na głos, co planuję, jak już zacznę cokolwiek realizować, to przecież nie będzie odwrotu. Nigdy nie wycofywałem się z raz rzuconego słowa, pomysłu, zamiaru. Nie zamierzałem tego zmieniać. Dlatego ciągle planowałem, doszlifowywałem wizję, zmieniałem pewne punkty, by uzyskać ideał, o którym nie wiedziałem, czy był możliwy do osiągnięcia.

– Wiem, bo mówisz mi o tym za każdym razem, kiedy się widzimy. Ale jeszcze nie zdradziłeś szczegółów, więc jak by to powiedzieć... Póki nie wiem, co ci chodzi po głowie, będę pytał o nową pracę. Jak już w końcu zdradzisz mi swoją wizję, może zacznę być mniej upierdliwy w moich dociekaniach.

– Na to już chyba za późno. – Zaśmiałem się, siadając przy stole, równocześnie zaciągając się zapachem aromatycznej chińszczyzny. – Ale dowozisz żarcie, więc ci wybaczam.

Zabraliśmy się za jedzenie, a Wojtek streszczał pokrótce, co tam u niego słychać. Choć można by powiedzieć, że byłem prawie na bieżąco, bo co też się mogło zmienić przez ostatnie trzy dni.

– No i generalnie wariactwo. Ludzie trochę pękają. Kilka osób jawnie mówi o tym, że szuka pracy. Nie tak łatwo po prostu rzucić robotę, ale myślę, że niektórzy koniec końców się na to zdecydują...

– A ty? – zapytałem między jednym a drugim kęsem.

– Co ja? – Wojtek popatrzył na mnie, jakbym zadał jakieś wzięte z kosmosu pytanie.

– Czy też myślisz o zwolnieniu?

– Generalnie... – Zawiesił się na chwilę, patrząc gdzieś przed siebie. – Faktycznie jest inaczej. Twoja była jest nie do zniesienia, ale ja się jej nie boję, więc po mnie to spływa. Na pewno miejsce się zmieniło i już nie jest tak jak z tobą. Jakbym miał jakąś fajną opcję, to pewnie bym skorzystał, ale żeby rozpaczać i szukać pracy ot tak, to nie...

– Mhm... – przytaknąłem, myśląc o tym, kiedy w końcu zbiorę się w sobie i powiem mu o moich planach. Kiedy w ogóle ogarnę się na tyle, by zacząć je realizować?

– A jeszcze à propos pracy. – Jego głos był dziwnie rozbawiony. – Ostatnio podsłuchałem w socjalnym małego newsa...

Nie zapytałem, o co konkretnie chodzi, choć widziałem, że bardzo się cieszy na to, co ma za chwilę przekazać. Zauważyłem jego dwuznaczną minę, błysk w oku oraz ekscytację. Miałem dziwne przeczucie, że nie do końca może mi się to spodobać.

– Nawet twoja była asystentka ma już nową robotę. – Wojtek się zaśmiał. – Nie żebym krytykował czy coś, ale myślałem, że skończy trochę lepiej. Serio mi zaimponowała tym, jak śmigała w redakcji. No i to jej zacięcie z socialami, wróżyłem nam duży ruch...

Zapatrzyłem się na swoją porcję jedzenia, przez chwilę czując nieprzyjemny ucisk w klatce na dźwięk słów dotyczących Michaliny.

To, co się między nami wydarzyło, wszystkie przykre rzeczy, jakie jej powiedziałem; to, że zostawiliśmy naszą relację w bardzo złym stanie; to, że jej nie przeprosiłem za mój wybuch; to, że poczułem się jak idiota, gdy dotarło do mnie, że ona faktycznie nie zrobiła przeciwko mnie nic złego... To wszystko wisiało wokół mnie, tworząc duszącą atmosferę. Nie chciałem o tym rozmyślać, odsunąłem to od siebie. Ale to ciągle było tuż przy mnie. Wracało w myślach, we wspomnieniach i w snach. Ona do mnie wracała. Zniknęła z mojego życia dokładnie tak, jak jej rozkazałem. Jak ostatni chuj nawet przez chwilę nie pomyślałem, że jej wersja wydarzeń może cokolwiek wyjaśnić w tym całym cholerstwie, jakie się zadziało.

– Ale żeby na kasie... Generalnie szanuję każdą pracę, ale żeby aż tak...

– Co powiedziałeś? – Ocknąłem się z rozmyślań, bo dopiero teraz dotarł do mnie sens jego słów.

– Michalina siedzi na kasie, w spożywczaku. Nie słuchasz mnie w ogóle? Myślałem, że cię to zainteresuje. – Ewidentnie był zaskoczony moją opóźnioną odpowiedzią.

Nie miałem zamiaru okazywać mu nadmiernego zainteresowania tą sprawą. Sam przed sobą nie chciałem do końca przyznać, jak ta informacja mnie w środku rozmontowała. Michalina pracowała w sklepie? Ze swoimi predyspozycjami?

– Nawet wiem, który sklep... – Wojtek z zaciekawieniem obserwował moją reakcję. Czasem miałem go dość, ale wiedziałem, że zna mnie zbyt dobrze i chyba nie było sensu ukrywać tego, co chodziło mi po głowie.

– Który to sklep? – zapytałem najspokojniej, jak potrafiłem, resztkami sił udając umiarkowane zainteresowanie poruszonym tematem. On tylko uśmiechnął się triumfalnie i jakby nigdy nic wrócił do jedzenia. Dopiął swego i potwierdził swoje przypuszczenia.

Miał do cholery rację. Oczywiście, że mnie to interesowało. Ona mnie interesowała. I choć zadziało się to wszystko, czego nie potrafiłem już z naszego życia wykasować, i powinienem się trzymać tego, co sam na niej wymogłem, to nie byłem na nią obojętny, choćbym nie wiem, jak chciał to ukryć.

Kilka godzin później wchodziłem już do spożywczaka, o którym powiedział mi Wojtek, mając w głowie całkowitą pustkę. Nie wiedziałem, jaki mam cel. Rzadko tak działałem, zazwyczaj wyglądało to kompletnie inaczej. Zawsze wiedziałem, czego chcę lub co muszę osiągnąć, wiedziałem nawet, jaką drogą dotrę do celu. Teraz nie wiedziałem nic. Chciałem ją zobaczyć, a nawet do końca nie miałem pewności, czy ją spotkam.

Czy to jej zmiana? Czy będzie gdzieś na kasie, czy między regałami? Mam chodzić i się rozglądać, czy też po prostu kogoś zapytać?

Problem rozwiązał się sam.

Ledwo przekroczyłem próg sklepu, zobaczyłem, że siedziała przy jedynej otwartej kasie. Jej kolor włosów był zupełnie inny niż wtedy, gdy się poznaliśmy. Jasnobrązowe pukle opadały miękko na ramiona. Jej grzywka zdecydowanie urosła i teraz rozchodziła się na boki, delikatnie okalając twarz. Byłem zbyt daleko, by zauważyć kolor oczu, ale miałem prawie sto procent pewności, że nie miała już założonych niebieskich kontaktów. Była bez mocnego makijażu i bez sztucznych rzęs. Wyglądała pięknie. Naturalnie. Wyglądała jak Michalina, tylko bez tej otoczki, która od pierwszego dnia naszej znajomości tak bardzo mi do niej nie pasowała. Zgarnąłem z regałów kilka produktów, które mogły mi posłużyć na najbliższą kolację i skierowałem się tam, gdzie ciągnęła się kilkuosobowa kolejka.

Uśmiechała się sympatycznie do każdego klienta, jednak kasując kolejne produkty, wzrok miała jakby nieobecny.

Gdzie błądzisz myślami, Miśka? Gdzie teraz jesteś? Bo na pewno nie tutaj.

Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Wpatrywałem się w jej profil, zbliżając się co chwilę o kolejne centymetry. Gdy obsługiwała chłopaka stojącego bezpośrednio przede mną, nagle zesztywniała, wybudzając się z letargu, w jakim trwała. Młody klient czekał na swoje zakupy, a ona podniosła spojrzenie, które po szybkim zlustrowaniu najbliższego otoczenia, spoczęło na mnie. Na kilka długich sekund wszystko wokoło nas zniknęło. Moja obecność ją zszokowała i wybiła z rytmu. Nie była w stanie ukryć swojej reakcji, choć zapewne bardzo się starała. Z tego, co widziałem, na pewno nie ucieszyła się, że mnie zobaczyła. Nie zadziało się nic, czego bym się nie spodziewał. W sumie zasłużyłem nawet na gorszą reakcję.

Nadeszła moja kolej. Unikając mojego spojrzenia, szybkim tempem kasowała wszystkie produkty. Starała się, jak mogła, by obsłużyć mnie w jak najkrótszym czasie i by nie dać mi zbyt wiele możliwości na jakąkolwiek interakcję. Ale to, co zobaczyłem, mi wystarczyło. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała szybciej, niż powinna. Na policzki wypełzł zdradliwy rumieniec, choć nie byłem do końca pewien, czy był on oznaką zawstydzenia, czy też bardziej targających nią na mój widok nerwów. Odezwała się suchym tonem, by podać mi kwotę do zapłaty. Przez kilka krótkich chwil wpatrywała się w moje oczy, a ja nie mogłem zrobić nic, by zatrzymać jej spojrzenie na dłużej. Karmelowy odcień tęczówek przypominał mi nadzienie czekolady, którą uwielbiała i którą specjalnie kupiłem kiedyś z zapasem, gdy mieszkała u mnie. Od kiedy zniknęła, nie tknąłem ani jednej z nich...

Sięgnąłem po paragon i ledwo musnąłem jej palce, których nie zdążyła wystarczająco szybko zabrać z lady. Ten dotyk ponownie przypomniał mi wszystkie te rzeczy, o których tak często rozmyślałem, choć nie powinienem. Sam ją odepchnąłem i teraz ponosiłem tego konsekwencje. Te dłonie już raczej nie dotkną mnie w żaden inny sposób niż właśnie właśnie tak – przypadkowo i przelotnie. Choć te wypływające z niej emocje dawały pewien cień szansy na to, że być może i ona równie często wracała myślami do tego, co zostało za nami. Może jakimś cudem nie były to jedynie negatywne myśli.

Z tornadem emocji w sercu opuściłem sklep, nie chcąc jej dodatkowo stresować w pracy. Już chyba wystarczyło samo moje przyjście. Teraz tylko musiałem znaleźć odpowiedź na pytanie, po co ja się tu w ogóle pojawiłem i po co jej się pokazałem. Co chciałem tym ugrać? Na co liczyłem? Czy zachowywanie się jak nastolatek, który jest wewnątrz rozchwiany emocjonalnie i szuka kontaktu z dziewczyną, który jeszcze bardziej go wewnętrznie rozwala, naprawdę było właśnie tym, co powinienem teraz wyczyniać? Rozmyślania po wizycie w sklepie doprowadziły mnie do jednego konkretnego wniosku – nie mogę pozwolić sobie na to, by to powtórzyć. I wcale nie chodziło tu o mnie. Ona nie zasługiwała na to, żebym w tak bezsensowny sposób rozwalał jej świat. Znowu.

.

NieOgarnięta

15 stycznia 2025

Obserwujący 27414

Z lekkim opóźnieniem, ale witajcie w nowym roku! Od ostatniego razu, kiedy tu zaglądałam, przybyła Was zatrważająca dla mnie liczba. Tylko mi nie mówcie, że przyszliście tutaj po moim pijackim poście, który powinnam wykasować, a jednak zostawiłam go na pamiątkę moich nieprzemyślanych poczynań... No i nie oszukujmy się, ale pomijając kilka zbyt osobistych szczegółów (oraz, wiadomo, błędów), to w moim ostatnim opublikowanym poście jest sporo prawdy. Teraz z perspektywy czasu, bez buzujących we mnie w tamtym czasie emocji, mogę ze spokojem odezwać się do was i wyjaśnić/podsumować kilka rzeczy.

Milczałam, bo musiałam się uporać ze wszystkim, co się zadziało. Jak już wspomniałam, mój nieogarnięty eksperyment został zakończony. Nie żałuję, że go rozpoczęłam. Bardzo dużo mnie to nauczyło i podtrzymuję to, co już pisałam ostatnio. Jeśli wkładasz na twarz maskę, nigdy nie wiesz, czy ktoś, kto cię zauważa i docenia, tak samo by na ciebie zareagował, gdyby poznał twoją prawdziwą twarz. Teraz po czasie wiem, że wolę być niewidoczna niż zauważona tylko przez moje nieprawdziwe atuty – fizyczne czy też nie.

Jestem spokojna, jestem nudna, przewidywalna; jestem domatorką, doceniam otaczające mnie małe rzeczy, nie potrzebuję wiele, by uznać mijający dzień za pozytywny. W pewnym momencie zapragnęłam więcej, tylko to więcej okazało się czymś bardzo złudnym. Nie chcę żyć złudzeniami, magiczną, ulotną otoczką. Chcę być prawdziwa, chcę, by ci, którzy są ze mną blisko, właśnie taką mnie widzieli i, co więcej, żeby mój sposób bycia był dla nich czymś okej. Dokładnie tak, jak jest dla mnie. A jeżeli przez to, jaka jestem, nie zdobywam wybitnych stanowisk w szanowanych firmach lub nie jestem zapraszana na wszystkie spotkania towarzyskie... cóż z tego? Niby nic. A jednak bardzo wiele. Bardzo wiele dla mnie.

W trakcie trwania eksperymentu w mojej głowie szalała wojna dwóch zupełnie innych wersji mnie. Wiem, że tej nowej już nie ma. Ale czy mogę w stu procentach powiedzieć, że jestem taka jak przed eksperymentem? No nie. Eksperyment dużo mnie nauczył, coś się we mnie zmieniło, ciągle to oswajam, poznaję siebie na nowo. To bardzo fajny proces... Jestem cierpliwa.

Czy ja się za bardzo nie rozpisałam? Nie popłynęłam z rozmyślaniami? Czasem mi się to zdarza, ale tym razem dzielę się tą burzą w mojej głowie z Wami, więc wolałabym być zrozumiana. Jeżeli wszystko jest jasne, to możemy jechać dalej.

Minęło kilka tygodni. Moja poprzednia praca to już tylko wspomnienie. Ale dobrze jest, jak jest. Teraz mam coś stabilnego, choć nie ukrywam, że nie jest to coś, co chciałabym robić przez lata. Szkolę się w kierunku tego, co bardzo mnie ciekawi i czym chciałabym się zajmować. Mam nadzieję, że pracując w jednym miejscu, małymi kroczkami przybliżę się do znalezienia pracy moich marzeń, w której będę mogła robić to, co teraz dogłębnie poznaję. Szukajcie swoich pasji. Szukajcie czegoś, czego będziecie się uczyć z ciekawością i radochą. Życzę Wam i sobie, żeby każdy z nas pracował w miejscu, w którym czuje się dobrze, niezależnie od tego, czym się zajmuje.

Na koniec, chciałabym przeprosić wszystkich tych, którzy przybyli na mój profil w poszukiwaniu sensacji, jaką przez chwilę było moje eksperymentalne podwójne życie. Wracam na stare tory. Z uśmiechem na twarzy zajmę się na nowo treściami, na jakich byłam skupiona wcześniej. Oczywiście, jak tylko poczuję taką potrzebę, na pewno napiszę Wam, co tam u mnie ciekawego słychać. Mam nadzieję, że większość z Was zostanie ze mną na dłużej. Trochę ciekawych rzeczy można tutaj znaleźć :)

Do usłyszenia.

Wasza Miśka

Polubienia: 617 Komentarze: 314

Najpopularniejsze komentarze:

Myszka – Jak ja się cieszę, że dzielisz się z nami taką lekcją. Brawo ty!

Oli – Czyli będzie wiać nudą?

Anoniiiiim – Trochę to wszystko bez sensu...

Gość – Zaraz ci stąd połowa zwieje, nikt nie lubi oglądać, jak ktoś bazgrze po zeszytach...

Stopper – a gdzie jakieś rozjaśnienie sercowych zawirowań?

Fanka – No właśnie! Sercowe szczegóły! Kim jest Artem?! Bardzo mnie to zaciekawiło.

ROZDZIAŁ III

Michalina

Zamknęłam laptopa, wzięłam głęboki wdech i uśmiechnęłam się sama do siebie. Byłam dumna, że w końcu się przełamałam i odezwałam do tej rzeszy ludzi, których tam zostawiłam na tak długi czas bez wyjaśnienia. Niby nie powinnam się przejmować obcymi osobami z Internetu, ale czułam, że chciałabym im dać znać, że to, co się wtedy zadziało, że ten pijacki post, to nie był koniec tej historii, że to wszystko miało swój ciąg dalszy. I ten ciąg dalszy właśnie się rozkręcał.

Wokół mnie panowała cisza. Rozglądnęłam się po niezbyt przestronnym salonie. Dobrze się czułam w tym miejscu. Choć lubiłam moje chwile samotności, kiedy Martyna była w pracy, to nie ukrywam, że ten specyficzny rodzaj hałasu, który panował w tym mieszkaniu, kiedy jego właścicielka była na miejscu, był uroczy i do niego też już się zdążyłam przyzwyczaić.

Kto by pomyślał, że Martyna w tak krótkim czasie stanie się dla mnie kimś bliskim. Przegadałyśmy mnóstwo wieczorów, wypiłyśmy już wspólnie niejedną butelkę wina. Choć na początku Martyna się pilnowała i zachowywała w grzeczny i wyważony sposób, z czasem zaczęłam odkrywać jej prawdziwą twarz. Było zupełnie inaczej niż wtedy, gdy razem pracowałyśmy i była wobec mnie złośliwa. Jest to wygadana, uśmiechnięta, świetnie czytająca ludzi i ich emocje kobieta. Tylko uparła się kryć to wszystko, co tak cenne, za maską, z którą, jak sama powiedziała, chyba nie była gotowa i nawet nie chciała się żegnać. Ona po prostu uwielbiała taka być dla ludzi z pracy.

Rozmawiałyśmy o tym. Opowiedziałam jej, jak się czułam, kiedy w redakcji na każdym kroku mnie wkurzała, jak źle to na mnie działało... ale niestety nie zmieniło to w magiczny sposób jej zachowania. Pocieszałam się tym, że od moich czasów w redakcji nikt jej aż tak nie podpadł. Żal mi było tego, kto czymś sobie na takie jej traktowanie zasłuży.

Usłyszałam otwieranie drzwi, a po moich plecach przebiegł chłodny powiew powietrza.

Jest i ona, moja współlokatorka i obecnie najbliższa osoba na świecie.

Mój czas na rozmyślanie o tym, co się dziś wydarzyło pod koniec zmiany, właśnie się skończył. Znając Martynę, to w kilku zdaniach wychwyci w moim głosie, że coś się stało. Nie obawiałam się tego, znała sytuację, a co ważniejsze, poznała mnie już i wiedziała, jak najlepiej ze mną rozmawiać. Może właśnie tego dzisiaj potrzebowałam? Wyrzucenia wszystkiego z siebie, a nie udawania, że nic się nie stało.

Jakie to dziwne, że pewne rzeczy w życiu potrafią się tak nagle pozmieniać... Że coś, czego nigdy byśmy dla siebie nie wymyślili, nagle się po prostu dzieje. Na przykład przyjaźń z najwredniejszą koleżanką z pracy...

– Dziś na kolację carbonara! – rzuciła Martyna od progu.

To była kolejna rzecz, której się o niej dowiedziałam. Jedzenie grało w jej życiu niezwykłą rolę. Była szczupłą kobietą, która wyglądała jak ktoś mający rewelacyjne geny lub będący stale na restrykcyjnej diecie. Raczej ta pierwsza opcja. Ona uwielbiała jeść, ale jadła zdrowo, smacznie i dokładnie tak, jak chciała. Próbowałam się tym od niej zarazić. Naśladowałam ją, szukałam swoich ulubionych smaków. I niestety powinnam wykluczyć czekoladę karmelową, bo raczej nie zalicza się do pożywnego jedzenia. Wierzyłam, że jak będę smacznie i odżywczo jadła, nie będę mieć wilczych napadów głodu i nie będę w siebie wrzucać jedzenia jak do śmietnika. Bywało różnie, ale ciągle się starałam. Nie ograniczać restrykcyjnie, nie zabraniać sobie czegoś w stu procentach, ale myśleć, co robię i czy to, co robię, jest dla mnie dobre. Jak mówiła Martyna, efekty ponoć były już u mnie widoczne, w czym zdecydowanie pomagał ruch w pracy, ale ja jakoś tego nie zauważałam.

– Carbonara brzmi świetnie. – Powitałam ją uśmiechem, gdy wpadła z przedpokoju do salonu połączonego z kuchnią. – Pomóc?

– Nie, nie. Ja ogarnę. Jesteś pewnie bardziej zmęczona ode mnie. Chciałabym mieć trochę więcej ruchu w pracy, ale to, jak ty się nalatasz w tym sklepie przy rozładunku towaru, to w życiu... U mnie dziś spokojnie, nawet bym powiedziała, że wiało nudą, poza małym newsem, ale to może za momencik. Jak dzisiejszy dzień?

Zawahałam się przez chwilę. Zbliżał się moment, w którym miałam powiedzieć coś o swoim dniu. Przecież nic takiego się nie stało, a jednak mój budowany cegiełka po cegiełce świat mocno się dziś zachwiał.

– Nie dali mi aż takiego wycisku, sporo siedziałam na kasie. Było całkiem fajnie, ale... – zaczęłam i po chwili urwałam, nie kończąc myśli.

– Całkiem fajnie, ale? – Martyna zwietrzyła coś w wypowiedzianych przeze mnie słowach, zatrzymała się w miejscu i wlepiła we mnie świdrujące spojrzenie. – Czy chcesz jakoś konkretniej to rozwinąć, Nieogarku?

Zawsze mnie bawiło, jak tak do mnie mówiła, ale nie dziś. Tak, Martyna domyślała się, a raczej podejrzewała z dużą dawką pewności, że mogę być NieOgarniętą, jak jeszcze był to fakt nikomu nieznany. Teraz uznała, że skoro zgadła, ma prawo tak do mnie mówić i ten, ponoć słodki, skrót będzie jej wyjątkowym hasłem w nagrodę za to, że mnie rozszyfrowała. No cóż...

Wytrzymałam jej wzrok przez kilka długich chwil i spuściłam głowę, czując, jak sytuacja ze sklepu uderza we mnie na nowo. Nie chciałam tego aż tak przeżywać. Przecież wiedziałam, że to się kiedyś wydarzy. Zawsze sobie wyobrażałam, że jak go spotkam, to nie poczuję zupełnie nic, ani zdenerwowania, ani innych emocji. Było jednak zupełnie inaczej.

– Jednym z moich klientów na koniec zmiany był dziś nasz były szef – wyburczałam pod nosem, nie chcąc się mierzyć z wypowiedzeniem jego imienia.

Martyna się wyprostowała, odłożyła trzymane w dalszym ciągu zakupy i pospiesznym tempem ruszyła w moim kierunku, zgrabnie wskakując obok mnie na sofę.

– Nasz były szef? Wpadł sobie akurat do sklepu, w którym pracujesz? Na zakupy? – powtórzyła po mnie opływającym w wątpliwości i ironię głosem.

– Mhm... – odpowiedziałam nad wyraz elokwentnie jak na mnie.

– Jaja sobie ze mnie robisz? – Wiadomość, jaką jej przekazałam, chyba nie do końca do niej dotarła.

Witaj w klubie, miałam podobnie.

– Nie – skwitowałam, dokładając do tego jednego stanowczego słowa przeczący ruch głowy.

– No dobra... – Martyna wzięła głęboki wdech i opadła plecami na oparcie. – Musiał się dowiedzieć od Wojtka, gdzie pracujesz. Pewnie ktoś Wojtkowi powiedział jako życiową ciekawostkę albo po prostu podsłuchał. Roboty ma mało, bo wszystko u nas leży, to łazi po redakcji, zagaduje i nadstawia uszu, gdzie nie trzeba. Jak go lubię, tak czasem potrafi mnie wkurwić. Czasem jest gorszy od niejednej baby.

Słuchałam jej wywodu, ale nawet nie podjęłam rozmowy. Milczałam, nie bardzo wiedząc, co mam więcej powiedzieć. Martyna znów skupiła na mnie swoją uwagę i mrużąc oczy, zaczęła swoje maglowanie. Maglowanie w dobrej wierze, oczywiście.

– Gadaliście?

– Nie.

– Nie zagadał do ciebie?

– Nie.

– To po cholerę tam polazł?

– Nie mam pojęcia. Nie zamierzam dzwonić i pytać.

– No wiadomo! – uniosła się moja współlokatorka. – Chociaż w sumie? Może...

Teraz to ja zgromiłam ją wzrokiem, niszcząc wszystkie zalążki głupich pomysłów w jej głowie.

– Żartuję, żartuję. – Wyciągnęła ręce przed siebie w obronnym geście, ale chwilę później rozbawienie ją opuściło i zadała już całkiem poważnie pytanie. – Jak się z tym czujesz? Jak przetrwałaś?

– Jeśli mam być szczera, to spanikowałam, jak tylko poczułam jego perfumy, a kiedy go zobaczyłam, to myślałam tylko o tym, czy lepiej będzie zemdleć, czy uciec ze stanowiska pracy. – Westchnęłam zrezygnowana. – Wyobrażałam to sobie tyle razy. Że jego widok nie zrobi na mnie żadnego wrażenia, że będę ponad to, co się między nami zadziało. Ale nie. On jest górą. Przyszedł do mnie z tą swoją beznamiętną miną i pełnym samozadowolenia uśmieszkiem, którego nie potrafił ukryć, kiedy zobaczył, jak jestem na jego widok speszona. Nie wiem, po co przyszedł, ale to było dla mnie o wiele za dużo. I jeśli mam być szczera, mam nadzieję, że taka spontaniczna wizyta już się nie powtórzy.