Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
155 osób interesuje się tą książką
Michalina traci pracę. I to z jakiego powodu? Ktoś inny zajmuje miejsce, które powinno być jej. Blond piękność zdecydowanie wygrywa w starciu z nieśmiałą, nie wyróżniającą się z tłumu dziewczyną.
Miśka wpada na szalony pomysł. Rozpoczyna eksperyment, który śledzą jej liczni obserwatorzy w sieci. Przechodzi spektakularną metamorfozę, która zgodnie z jej postanowieniem ma objąć też jej charakter... Czy to jest w ogóle możliwe?
Wszystko idzie świetnie. Nowa praca marzeń jest już prawie na wyciągnięcie ręki. A wtedy na horyzoncie pojawia się ON. Ten, który brał udział w jej zwolnieniu. Budzący postrach, zdystansowany do otoczenia, nieziemsko przystojny i jak się okazuje... Redaktor naczelny portalu, w którym Miśka pragnie zdobyć pracę.
Czy jej się uda?
Co z eksperymentem?
Czy zostanie zdemaskowana?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 342
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja: Ewelina Dobosz – ig: ta.od.przecinkow
Korekta: Katarzyna Bieńkowska, Magdalena Płonka
Skład: Klaudia Szczepański
Okładka: Klaudia Szczepański
ISBN: 978-83-960662-6-8
Copyright © by Justyna Chrobak, 2026
Wydanie I, Kozy 2026
Zapraszamy na autorskie social media: facebook.com/justynachrobakprofilautorski instagram.com/j_chrobak_
Wszelkie prawa do publikacji zastrzeżone.
Zezwala się na rozpowszechnianie okładki i fragmentów tekstu w związku z promocją w mediach.
Powielanie i rozpowszechnianie całości z wykorzystaniem jakichkolwiek technik zabronione.
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Michalina
Siedziałam na niewygodnym, drewnianym krześle i starałam się uspokoić przyspieszony oddech. Nigdy nie potrafiłam być spokojna w takiej sytuacji, a zwłaszcza w tym miejscu. Nerwy ściskały moje wnętrzności, a cały organizm zalewała fala paniki. Za każdym razem, gdy byłam wzywana do szefa na dywanik, czułam się jak dzieciak, który ma zaraz usłyszeć wszystkie swoje przewinienia i przyznaną za nie karę. Niby nie miałam nic na sumieniu, a jednak nie potrafiłam reagować inaczej.
Wszystko przez mojego przełożonego. Wyglądem przypominał miłego i sympatycznego dziadka, jednak gdy tylko się odzywał, znikały wszelkie wyobrażenia o jego łagodnym usposobieniu. Był oschły i wymagający. Raczej trzymał się zasady kija, a nie marchewki. Tak oto wszyscy pracownicy tego przybytku strachu musieli znosić go na co dzień już od kilkudziesięciu lat. Ja pracowałam tu zaledwie od trzech miesięcy, a już nie wyrabiałam ze stresem – co dopiero będzie się ze mną działo za rok czy dwa.
Do tej pory, choć minęło niewiele czasu, byłam w tym gabinecie już kilkanaście razy. Szef potrafił być bardzo drobiazgowy i wymagający, lubił zwracać uwagę na nieperfekcyjne wykonanie obowiązków, nawet wtedy, gdy pracownik myślał, że zrobił wszystko, jak należało. Był jedną z dwóch osób w firmie, które generowały we mnie ogrom stresu, paniki i wszystkich innych kataklizmów, które kumulowały się w moim nie aż tak drobnym ciele.
– Moje drogie panie, dziś ostatni dzień waszego stażu. – Czy wspomniałam już o tym, że dzisiaj miałam podpisać umowę o pracę? – Odbyliśmy razem interesującą podróż pełną wzlotów i upadków. – Władysław zamiast spojrzeć, choć przez ułamek sekundy, w moje oczy, ciągle zerkał w kierunku Kaśki. To powodowało u mnie dziecięcą zazdrość. Czułam się przeźroczysta. – Mieliśmy przyjąć do naszego biura dwie asystentki, jednak w ostatnim czasie wiele się zmieniło.
Drzwi do gabinetu się otwarły, choć uprzednio nikt nie zapukał. Już wiedziałam, co to oznacza i kto zaraz pojawi się w pomieszczeniu. Pracowałam tylko trzy miesiące, ale mój wyostrzony zmysł obserwacji sprawił, że już sobie wszystko poukładałam, jeżeli chodzi o hierarchię panującą w firmie. Tak jak przypuszczałam, w gabinecie pojawił się ON. Nieziemsko przystojny, jakby żywcem wyjęty z modowej sesji Karla Lagerfelda czy Christiana Diora. Wysoki, z szerokimi, ale proporcjonalnymi ramionami, zawsze modnie ubrany w ciemne, eleganckie i zarazem drogie rzeczy – ON.
Jeżeli szef był zdystansowany i oschły, to ON bił go na głowę. Miałam wrażenie, że zazwyczaj tylko przemykał korytarzami, z nikim nie rozmawiając i tworząc wokół siebie atmosferę napięcia i stresu. Jeśli chodzi o strukturę władzy, był kimś bezpośrednio pod naszym szefem. Ale kim? Tego nie wiedział nikt. Nikt też nie wiedział, czym ON dokładnie się zajmował. Ponoć pojawił się w firmie kilka tygodni przede mną. Każdego dnia ślęczał w swoim biurze, analizując dokumenty, które każdy na jego zawołanie miał mu dostarczyć – w trybie pilnym. Nie ważne jak trudne było ich skompletowanie. Wiem to, ponieważ jako stażystka, która bardzo dobrze radzi sobie z dokumentacją, nagminnie byłam proszona, a wręcz błagana o pomoc w szybkim zebraniu brakujących dla niego papierów. Kilkakrotnie wymuszono na mnie – prawie siłą lub podłym szantażem, wiążącym się z jakimś pysznym wynagrodzeniem – bym te dokumenty dostarczyła do jaskini lwa.
Oj, co to były za chwile. Niezwykle ciężkie dla mojej psychiki, zmysłów – i w ogóle dla całej mnie. Nadmienię tylko, że na co dzień pozostawałam w wieloletnim związku, który był oparty na przyjaźni, zaufaniu, zgodzie i... mówiłam już o zaufaniu?
No właśnie.
Ufałam sobie zawsze i wszędzie. Ale ON był jedynym, powtarzam: jedynym, który kiedykolwiek wpływał na mnie w TEN sposób. Samo wejście do jego biura było atakiem na moje zmysły. Wystarczył zapach wyjątkowych, nieznanych mi perfum, których używał. Nie musiałam znajdować się nawet szczególnie blisko niego, wszak zawsze oddzielało nas wielkie dębowe biurko, przy którym pracował. A to wystarczało, żeby moje tętno podskakiwało do zawrotnych wartości, krew wrzała, rumieńce piekły i pulsowały, a oddech stawał się płytki i przyspieszony. Stres łapał mnie w swoje szpony już przed wejściem do gabinetu – właściwie w momencie, gdy godziłam się tam pójść. Całość tej zatrważającej operacji trwała zazwyczaj nie dłużej niż minutę. Pukałam do drzwi, powoli je otwierałam, a gdy słyszałam niski pomruk „proszę”, wchodziłam do pieczary. Po dotarciu do biurka, trzęsącymi się rękami kładłam na nim idealnie ułożony plik dokumentów. W odpowiedzi udawało mi się usłyszeć krótkie „dziękuję” od mężczyzny, który nawet na moment nie odrywał wzroku od laptopa. Potem następował szybki odwrót i ucieczka z gabinetu.
Ktoś może stwierdzić, że przesadzam. I tak, może mieć rację. Ale czy już wspominałam, że jestem cholernie zakompleksioną kobietą, nie mającą żadnego poczucia własnej wartości, która poza murami własnego mieszkania raczej przemyka przez życie, niż idzie z wysoko uniesioną głową? Więc wyobraźcie sobie siebie z takimi cechami i sytuację, o której przed chwilą opowiadałam? Jak byście się czuli w takich momentach? No właśnie.
Wróćmy jednak do rzeczywistości. Młody mężczyzna usiadł obok mojego podstarzałego szefa, nie odzywając się ani słowem. Zerknął tylko w przelocie na mnie i Kaśkę. Jego zapach już dotarł do mojego nosa, co wywołało dziwny skurcz w moim ciele. Jego broda była jak zawsze idealnie przystrzyżona, tak jak boki jego głowy, a reszta włosów, znacznie dłuższych, była ciasno związana w mały kok z tyłu głowy. Wyglądał pięknie. Pracę modela dostałby wszędzie. Od ręki. Bez sesji próbnej. I za najwyższą stawkę... Ale pomijając wszystko.
Skup się, Miśka! Co on tu, do cholerki, mógł robić?
– Biuro w trybie pilnym przejdzie reorganizację – kontynuował po chwili ciszy szef. – Musimy ciąć koszty i możemy sobie pozwolić na zatrudnienie tylko jednej z was. Pani Katarzyna z nami zostaje. – W tym momencie w końcu łaskawie przeniósł na mnie spojrzenie i poświęcił mi dokładnie trzy sekundy swojej uwagi. – Pani Michalino, musimy się pożegnać. Wystawimy odpowiednie referencje przez wzgląd na nakład energii, który włożyła pani w pełnienie obowiązków. Życzę powodzenia w dalszej karierze.
Przez chwilę siedziałam oniemiała, jakby słowa tego starego piernika, nie do końca potrafiły dotrzeć do mojego mózgu. Życzymy powodzenia? I tyle? Trzy miesiące wykonywania wszystkich, nawet najgłupszych, zleceń i usługiwanie wszystkim pracownikom jak jakiś niewolnik, i teraz co? Koniec? Tak po prostu?
– Proszę spakować swoje rzeczy. W dziale kadr będą czekały na panią dokumenty do odbioru.
Nie potrafiłam się odezwać. Czułam, że gardło wypełniła nieprzyjemna gula, i gdybym teraz chciała powiedzieć choć słowo, zamiast zwykłego głosu mógłby się ze mnie wydobyć jedynie pisk. Tak bardzo chciałam szefowi wygarnąć wszystko, czym podpadł mi przez ostatnie kilkanaście tygodni. Nie zrobiłam jednak nic. Przelotnie zerknęłam na drugiego mężczyznę, chyba chcąc sprawdzić, czy przypatruje się tej żenującej dla mnie scenie, ale na szczęście skupiony był na jakichś dokumentach.
– Dziękuję szefie, czy to wszystko? – Siedząca obok mnie Kaśka odezwała się przesłodzonym głosem, którego używała prawie zawsze. Prawie, bo nie licząc momentów, gdy byłyśmy same.
Nie wiedzieć czemu ubzdurała sobie, że skoro zostałyśmy przyjęte na staż tego samego dnia, automatycznie stałyśmy się bliższymi kumpelami i że przy mnie może wyrzucać z siebie wszystkie bolączki, jakie dopadały ją w tym miejscu. Przy innych pracownikach była chodzącą perfekcją, znającą się doskonale na wszystkich swoich obowiązkach, na dodatek wiecznie uśmiechniętą i zawsze zgadzającą się ze zdaniem osoby, z którą rozmawiała. Zapomniałam dodać, że była platynową blondynką z włosami za ramiona, jej błękitne oczy otaczały gęsto dolepione sztuczne rzęsy, a obfity biust dyskretnie wynurzał się z idealnie dopasowanych strojów, nad doborem których musiała spędzać długie godziny. Miała zaledwie dwadzieścia dwa lata, a już sprawiała wrażenie osoby wiedzącej, jak się zachować i jak wyglądać, by mieć wpływ na to, co ktoś o niej myśli i jak ją postrzega. Jej strategia działała idealnie. Było to widać właśnie w tym momencie. Ona została w firmie, a ja na lodzie.
– Umowa zostanie dziś przygotowana w późniejszym czasie. Jest pani wolna. Zresztą obie panie są.
Tak oto po prostu, swoim zwyczajem, zakończył rozmowę, otwierając leżącego tuż przed nim laptopa. To był jego znak rozpoznawczy i sygnał, po którym jakikolwiek komentarz bądź pytanie było już mocno nie na miejscu.
Miałam wielką ochotę zrobić coś, by mnie zapamiętał. Nie chciałam być przeźroczystą, niewartą zapamiętania stażystką, którą zatrudnił, a potem zwolnił przy drugiej osobie, jakby bał się sam na sam przekazać niemiłe wieści. Największą frajdę przyniosłoby mi chwycenie, w drżące ze złości ręce, jego laptopa i wyrzucenie go przez otwarte na oścież okno, które miało dawać w ten upalny dzień odrobinę chłodu. Jednak przy panujących na zewnątrz temperaturach nie spełniało ono swojego zadania w żaden sposób.
A jak się zachowałam? Dokładnie tak, jak zawsze w trudnych momentach w moim życiu. Opuściłam głowę i bez słowa wstałam, a potem ruszyłam w kierunku przeszklonych drzwi za Kaśką, która sunęła po wysłużonym parkiecie w niebotycznie wysokich szpilkach. Cieszyłam się, że mogę zaczerpnąć powietrza, które nie pachniało mężczyzną tak przedziwnie na mnie działającym. Zwłaszcza że nawet nie wiedział o moim istnieniu. Ledwo zamknęły się za nami drzwi, a koleżanka odwróciła się do mnie z promiennym uśmiechem, obrysowanym bordową szminką, która cudem utrzymywała się na jej ustach od rana do popołudnia.
– Chodź na fajkę.
– Mam się stąd zwijać, nie słyszałaś?
– Miśka, daj spokój. Pięć minut na fajce chyba nikogo nie zbawi.
Nie trawiłam, gdy mówiła do mnie Miśka. Tak mówili do mnie tylko najbliżsi.
Nie miałam najmniejszej ochoty jej towarzyszyć. Sama stroniłam od tej używki, z wyjątkiem momentów, gdy zdarzało mi się wypić za dużo alkoholu. Jednak zamiast grzecznie odmówić, ruszyłam za nią do windy. Wsiadłyśmy od razu i stanęłyśmy przodem do wielkiego, wypucowanego lustra, które zajmowało jedną ścianę. Koło zjawiskowej blond piękności stałam ja. Zaprasowane w kant beżowe spodnie lekko pływały na moich nogach. Kupiłam odrobinę za duże, ale akurat takie znalazłam w lumpeksie. Wystarczyło mocniej ściągnąć w pasie i już odpowiednio się trzymały, zakrywając równocześnie zbyt obfite uda, których nie zamierzałam odsłaniać nawet w tak upalne dni jak dziś. Gdybym była Kaśką, z jej wzrostem i smukłą sylwetką, zapewne ubierałabym się inaczej, a tak, wolałam ten zachowawczy styl, który co poniektórzy zapewne mogliby nazwać bezguściem. Do kompletu ze spodniami miałam na sobie białą bluzkę z krótkim rękawem, której odcień daleki był od śnieżnej bieli znanej z reklam, zakończoną przy dekolcie kilkuwarstwową falbaną. Całość dopełniały ciemnobrązowe włosy, gładko zaczesane w wysoki koński ogon, oraz odrobina pudru matującego na twarzy. Oczu nie malowałam – tak dla zasady. Lubiłam naturalność i nie miałam najmniejszej ochoty tego u siebie zmieniać. Wątpliwości nachodziły mnie tylko w momentach, gdy stawałam obok egzemplarzy takich jak Kaśka i czułam się jak totalne zero.
Kilka chwil później wpatrywałam się w nią, jak wypalała swojego cienkiego Marlboro, trajkocząc nieustannie, z krótkimi przerwami na zaciąganie się i powolne wypuszczanie paskudnego dymu.
– Mówię ci, Miśka. Nie masz się co łamać. – Zassała paskudztwo do płuc. – Nie ta robota, to inna. – Wypuściła paskudztwo na zewnątrz. – Ogłoszeń jest pełno. Po prostu się na tobie nie poznali. Może trochę w siebie zainwestuj. – Zassała paskudztwo.
Co takiego?
– Co takiego? – Usłyszałam swój głos.
Kaśka zmierzyła mnie oceniającym spojrzeniem, które było kwintesencją tego, co zawsze sobie wmawiałam, słusznie lub też nie: Ludzie patrzą, oceniają, widzą każdy mankament i krytykują.
– W dzisiejszych czasach nie liczy się tylko twoja praca. Wiem, co mówię. – I tu się z nią jak najbardziej zgadzałam. Gdy ja zapieprzałam między piętrami z papierkową robotą, ona piła kawkę za kawką w socjalnym, nawiązując coraz więcej kontaktów ze współpracownikami. – W robocie muszą cię widzieć. Ty musisz dać się zobaczyć, usłyszeć, zapamiętać. Musisz się spodobać. A jak do tego jeszcze umiesz robić dobre wrażenie, to już sukces. – Wyrzuciła wypalonego papierosa i zdeptała go, nie zważając na to, że stoi tuż obok popielniczki.
Nie miałam pojęcia, czym zasłużyłam na to, by stać i wysłuchiwać kogoś całkowicie mi obojętnego – kogoś, kto mnie nie lubił, nie znał i zapewne w najmniejszym stopniu nie przejmował się tym, że właśnie zostałam na lodzie. Przytakiwałam, starając się utrzymać na twarzy lekki, niezmącony żadnymi smutkami uśmiech. Nie zamierzałam dać jej satysfakcji, że te słowa mnie dość mocno zabolały. Nie miałam ochoty na tę rozmowę. Na szczęście zdeptany nieszczęśnik był znakiem, że nasza pracownicza „przyjaźń” powoli zbliżała się ku końcowi. Mogłyśmy wrócić do biura, które mieściło się na ostatnim piętrze lekko podstarzałego biurowca.
Pięć pięter, które w powolnym tempie pokonywałyśmy starą, rozklekotaną windą, zmusiło mnie do tego, by znów patrzeć w to samo lustro. Nie potrafiłam nie porównywać się ze stojącą obok mnie dziewczyną, to było ode mnie silniejsze. W głowie słyszałam ciągle jej słowa, jakimi próbowała mnie podnieść na duchu, choć jej o to nie prosiłam. Dwadzieścia osiem lat to jeszcze nie tak dużo. Wygląd w każdej chwili mogę zmienić. Muszę popracować nad aparycją. Muszę się bardziej starać. A może po prostu powinnam poszukać mniej wymagającej pracy?
Tak, złote rady Kaśki były bezcenne i zdecydowanie działały pocieszająco i budująco.
Na naszym piętrze rozstałyśmy się bez słowa – każda poszła w swoją stronę. Dotarłam do biurka i zapakowałam kilka osobistych rzeczy do obszernej, materiałowej torebki. Pod pachą niosłam dwa segregatory z notatkami zbieranymi przez ostatnie tygodnie, po czym ruszyłam po resztę dokumentów. Pół godziny później wsiadałam już do autobusu. Po zbyt długiej jeździe, w której tłoczyłam się między spoconą masą ludzi, wysiadłam na moim osiedlu i, ciesząc się większą ilością tlenu niż w zatłoczonym pojeździe, ruszyłam do mieszkania.
Weszłam do małej klitki, czując unoszący się w powietrzu zapach niewyniesionych śmieci bio, którego mój przeczulony nos nie akceptował. Nie zamierzałam chwytać się za coś, co już dawno powinno zostać zrobione przez mojego mężczyznę. Adaś siedział w swoim pokoju, zamknięty na cały świat. Nawet nie usłyszał, że wróciłam. Zrzuciłam z nóg lekkie sandałki i podeszłam do drzwi jego pracowni. Uchyliłam lekko wrota do informatycznej pieczary i wcisnęłam do środka głowę. Pochylona postać w ciszy i skupieniu śledziła to, co działo się na trzech wielkich monitorach. Programowanie było dla mnie czarną magią i nigdy nawet nie próbowałam ogarnąć tego, czym zajmował się mój facet.
– Cześć, kochanie – powiedziałam głośno, by wyrwać go ze świata, w którym obecnie znajdowały się jego myśli.
– Cześć, Miśka – odpowiedział automatycznie, nie obracając się w moim kierunku. – Potrzebuję jeszcze dwóch lub trzech godzin do skończenia projektu. Potem jestem twój.
Westchnęłam i wycofałam się z jaskini mojego programisty. Ruszyłam do sypialni. Materiałowa torba i dwa segregatory opadły na podłogę tuż przy moich bosych stopach. Usiadłam, oparłam ręce na kolanach i zapatrzyłam się w paproch leżący na panelach.
Dopiero wtedy wszystko do mnie dotarło. Praca przepadła. Znów zostałam na lodzie. Znów moje starania okazały się kompletną porażką. I znów miałam wrażenie, że byłam nic nie warta.
– Do dupy z tym wszystkim – warknęłam pod nosem i wygrzebałam z torebki swoją komórkę. Wybrałam odpowiedni numer i cierpliwie odczekałam kilka sygnałów.
– Misia? Co tam? Przerwa w pracy?
– Grażka... Musimy się spotkać – wyszeptałam przez ściśnięte gardło, czując na policzku pierwszą gorącą łzę.
Michalina
Od trzech godzin siedziałyśmy w jednym z barów na starówce. Grażka znała każdy lokal w naszym mieście. Kilka razy w tygodniu szwendała się po ulubionych miejscach i aktualizowała bazę danych. Jej ranking najfajniejszych knajpek był niezawodny.
Ja, w przeciwieństwie do niej, wychodziłam bardzo rzadko. Wolałam spędzić miły wieczór z moim facetem, zamiast łazić gdzieś bez celu i udawać, że bawi mnie podpite towarzystwo czy picie kolorowych drinków lub hektolitrów piwa. Byłam domatorką, a moja przyjaciółka prawdziwym zwierzem towarzyskim, uwielbiającym przesiadywać w przeróżnych miejscach. Jej pasję podzielał mój Adaś, na szczęście nie w takim stopniu. Potrafił zachować równowagę między czasem wolnym spędzanym ze mną w domu a chwilami, gdy ruszał w miasto ze znajomymi. Od święta zdarzało się, że wychodziliśmy gdzieś razem, ale dziś go z nami nie było. Wyszłam z mieszkania, nawet go o tym nie informując. Skoro był taki zajęty, to po co mu przeszkadzać. Na rozmowę o dzisiejszych wydarzeniach przyjdzie jeszcze czas.
– Więc po prostu zakończył rozmowę?! Dwa zdania na krzyż i nara?! – Grażka kręciła głową, nie mogąc pojąć tego, jak zostałam potraktowana w firmie. – Kurwa, co za chamstwo! Pieprzyć tę robotę! Do dupy z tym wszystkim. Potraktuj to jak szansę. W końcu znajdziesz coś, co cię fascynuje, co będzie cię mobilizować do działania, stawiać ci wyzwania. Może cieplutka, spokojna posada za biurkiem nie jest dla ciebie?
– No... – fuknęłam pod nosem i dopiłam drugą Warkę Strong z podwójnym sokiem malinowym. O niczym nie marzyłam tak bardzo, jak o zwykłej, spokojnej pracy za biurkiem. Choć posada asystentki działu marketingu wcale taka monotonna nie była. Jasne dyspozycje od przełożonych, ścisłe zadania do wykonania i działanie w pojedynkę było moim marzeniem. – Grażka, tak bardzo się starałam. Robiłam wszystko, co chcieli. Nawet więcej. Wysługiwali się mną przez trzy miesiące. Byłam miła i uśmiechnięta. A oni wybrali tę odjebaną każdego dnia gazelę. Serio jest ze mną aż tak źle? I na dodatek obecność tego faceta przy zwalnianiu...
– Że ty mu nie zrobiłaś zdjęcia, żebym mogła sprawdzić, czy serio jest tak kosmicznie przystojny. Jakby nie patrzeć, masz specyficzny gust.
– Co to ma niby oznaczać? – zaśmiałam się szczerze. Delikatnie odczuwałam wpływ procentów na głośność dźwięków wydobywających się z gardła.
– Nic, nic... Przecież wiesz, że żartuję. Kocham Adama jak brata i złego słowa nie śmiem o nim powiedzieć. A tym przystojniakiem się nie przejmuj. Zapewne widziałaś go ostatni raz w życiu, więc co się martwisz. Ty go już nie zobaczysz, on nawet nie wie o twoim istnieniu. Koniec kropka.
– To jest bardzo trafne spostrzeżenie. Nawet nie zauważył mojego istnienia... Już o to pytałam, ale powtórzę. Co jest ze mną nie tak?! – jęknęłam, przygryzając słomkę.
– Miśka, kochanie ty moje... – Przyjaciółka popatrzyła na mnie wzrokiem zarezerwowanym dla wzruszających filmików o psach i kotach. Grażka oglądała je maniakalnie i najczęściej wysyłała mi ich kilka dziennie, pragnąc, bym razem z nią odczuwała ból istnienia tych zwierzaków. – Nie jest z tobą tak źle!
– Nie jest tak źle? Czyli że co? Tylko trochę źle? – Razem ze słodkim smakiem piwa, po moim ciele rozlała się gorycz dzisiejszych wydarzeń. Dawkę alkoholu zagryzłam dwoma kawałkami czekolady z karmelem, która zawsze była przy mnie w gorszych chwilach. W sumie w tych lepszych też była tuż obok. – To może gazela miała rację... – fuknęłam zrezygnowana.
Asymetryczna grzywka Grażki zakrywała bok jej twarzy, reszta długich włosów, jak zawsze związanych w wysoki kok, nie śmiała się wychylać z jej fryzury. Patrząc na nią, zawsze zastanawiało mnie, czy kiedykolwiek zobaczę jej rozpuszczone, od lat nieścinane włosy. Wypiła dużego łyka swojego kolorowego drinka i dopiero po dłuższym czasie spojrzała na mnie lekko zmrużonymi oczami. Jej mina była niepewna, jakby szykowała się do słów, które mogły przynieść naszej rozmowie nieoczekiwany obrót.
– Wiesz, że cię kocham? – Zaczęła łagodnie, wymownie zerkając w kierunku mojej ręki, sięgającej po kolejną dawkę słodyczy. – Jednak może coś jest w tym wszystkim?
– Możesz jaśniej? – zapytałam spokojnie, patrząc, jak znów chwyta ustami plastikową rurkę.
– Jesteś trochę, jak by to delikatnie nazwać, oderwana od rzeczywistości. Przesiadujesz dużo w domu, nie przywiązujesz wagi do swojego wyglądu. Ma ci być dobrze i wygodnie. I to jest okej! Ale inni ludzie mogą patrzeć na to troszkę inaczej.
Nie skomentowałam jej słów. Próbowałam je na spokojnie przetrawić. Przecież wiedziałam, że wszystko, co mówiła Grażka, było prosto z serca. Przyjaciółka zawsze była ze mną szczera i na nikim innym nie mogłam polegać tak, jak na niej.
– Prowadzisz to swoje konto incognito. Fani mogą podziwiać świetne zdjęcia twoich poczynań. Pokazujesz ludziom, jak mogą planować te kropkowane notesiki, ogarniać w łatwy sposób swoją rzeczywistość, majstrować z różnymi „zrób to sam”, i mogłabym tak jeszcze długo wymieniać. Pełno masz tych pasji, ale gdzie w tym wszystkim jesteś ty? Nigdy nie pokazujesz siebie. Ukrywasz się. Może gdzieś podświadomie czujesz, że dla kogoś z zewnątrz, to co sobą reprezentujesz, niekoniecznie musi być atrakcyjne. – Napiła się i po chwili kontynuowała. – Chowasz się. Boisz się ujawnić. Boisz się wszelkiej krytyki, oceny kogoś z zewnątrz. I to w sumie jest bardzo powszechny problem wielu osób. Wszystko się komplikuje, gdy przychodzi moment, w którym ktoś obcy ma w nosie wszystkie twoje mocne strony, zamiast tego ocenia twój zewnętrzny wygląd. Może właśnie w takich zawodach, niestety, ale nie masz szans. Dzisiejszy świat już taki jest. Liczy się to, co na zewnątrz. Liczy się to, co pokazujesz... – urwała w pół zdania, przyglądając mi się badawczo i czekając na jakąkolwiek reakcję.
– Mów dalej. – Część mnie chciała zaprotestować i stanąć w obronie naturalnego wyglądu i walki z wszędobylską sztucznością, ale rozsądek, w który uderzyła Grażka, chciał słuchać pozostałej części jej wykładu. Niestety, przyjaciółka miała podobne zdanie do Kaśki...
– Wyobraź sobie. Piszesz nowy post. Pracujesz długo nad treścią, starasz się, wiesz, że jest to coś dobrego. I... – Grażka wzięła głęboki oddech, a ja czekałam na finał tego, co próbowała mi przekazać. – I wklejasz do tej treści brzydkie zdjęcie.
Wpatrywałam się w nią i analizowałam jej słowa. Do jasnej cholery, miała trochę racji. Niestety, nawet więcej niż trochę. Moja przyjaciółka była socjologicznym geniuszem. Podeszła mnie jak szczwany lis.
– Grażka, ty jesteś genialna – powiedziałam głośno, zważając na gwar, który nagle zapanował wokół nas. Ktoś odpalił głośniejszą muzykę i wszyscy w klubie zaczęli pokrzykiwać. Popijany przeze mnie alkohol zaczął rozpływać się leniwie po moim ciele. Mój umysł, wspomagany procentami, pracował na niespotykanym u mnie zbyt często, oderwanym od rzeczywistości poziomie. Słowa przyjaciółki we mnie buzowały, łącząc się ze słowami byłej współpracownicy...
Zazwyczaj byłam kobietą mocno stąpającą po ziemi. Analizowałam ryzyko, podejmowałam tylko słuszne i przemyślane decyzje. Rzadko ryzykowałam. Stan lekkiego upojenia wyzwolił we mnie uśpioną część mojej osobowości, która nagle między jednym a drugim zdaniem naszej rozmowy, przejęła nade mną kontrolę.
Wróciłyśmy do lżejszych tematów, jednak myślami ciągle krążyłam wokół tego, co kilka chwil wcześniej uświadomiła mi przyjaciółka.
– Grażka...
– Co, słońce?
– Chyba mam pomysł. Wiem, co zrobię.
– Mam się bać? Opowiadaj.
– Nie. Muszę się jeszcze napić i dopracować szczegóły. Jak mój genialny plan nabierze konkretnych kształtów, wtedy ci powiem.
– Czyli mam się bać. Niech ci będzie. – Uśmiechnęła się promiennie, ciesząc się, że zmusiła mnie do przemyślenia kilku spraw. Kiwnęła na barmana i zadowolona poprosiła o kolejną partię alkoholu. A ja, sięgając po kolejny kawałek czekolady, walczyłam, by nie dać się porwać wizjom, które już szalały w mojej głowie.
Kilka godzin później, kiedy niektórzy dopiero wychodzili na imprezy, ja wysiadałam z taksówki i chwiejnym krokiem ruszałam w kierunku mojego bloku. Wdrapałam się na czwarte piętro i klęłam pod nosem, jak zawsze, na brak windy. Weszłam do mieszkania, lekko się zataczając i zipiąc, jakbym przebiegła maraton, na co z kuchni wychyliła się czupryna Adasia. Zaczesał na bok niesforną grzywę, którą od kilku miesięcy uparcie zapuszczał, nie słuchając moich sprzeciwów, i przyglądnął mi się badawczym wzrokiem.
– Misiek, a gdzieś ty była?
– Kochanie, musimy porozmawiać – odezwałam się, całkowicie ignorując jego pytanie. Chciałam brzmieć najbardziej trzeźwo, jak tylko byłam w stanie, ale zdradzieckie czknięcie gwałtownie mi w tym przeszkodziło.
– Oho! Co ty nie powiesz? – Adaś wytarł mokre ręce w kuchenny ręcznik i podszedł do mnie, kiedy walczyłam z pozbyciem się drugiego buta z opuchniętej po upalnym dniu stopy.
– Wywalili mnie. Ale wiedz, że to nie porażka, tylko szansa. – Zarzuciłam mu ręce na szyję i zawisłam na nim, zatapiając swoje usta w jego wargach, które już rozchyliły się by zadać pytanie, którego nie miałam najmniejszej ochoty słyszeć. – Wiem, co muszę zrobić, by zmienić moją złą passę. Będę piękną fotografią do mądrego posta. Zauważą mnie. Docenią. Zobaczysz, ten plan jest idealny.
Adam musiał wyczuć, że opieram się na nim całym ciężarem – nogi zaczęły mi odmawiać posłuszeństwa. Chciałam mu opowiedzieć dokładnie, co i jak, ale język zaczął mi się coraz bardziej plątać, nie pozwalając przekazać chłopakowi wszystkich myśli, które teraz rozbijały się w mojej głowie. Mój rycerz wziął mnie na ręce. Mogłabym stwierdzić, że uniósł mnie, jakbym nic nie ważyła, gdyby nie fakt, że stęknął ciężko i z widoczną trudnością powlókł się do naszej sypialni.
– To może ja nie będę teraz wypytywał o szczegóły utraty pracy, a ty poczekasz z opowieścią o nowym pomyśle do rana.
Jego pomysł mi się spodobał. Mogłam poczekać. Mogłam też zająć się teraz czymś zupełnie innym niż rozmowa. Nie wiedzieć skąd poczułam przypływ nowej energii i zapragnęłam przeżyć kilka upojnych chwil. Z przykrością stwierdzam, że to zdarzało nam się bardzo rzadko. Tyle lat razem, a teraz nasz związek był w większej mierze przyjacielski niż gorący... Na co dzień, z trzeźwą głową, nigdy mi to nie przeszkadzało. Nie przeszkadzało mi, że przy swoim chłopaku nie czuję większych skoków podniecenia. Tak naprawdę nie pamiętałam seksu, który przeżyłam z prawdziwym uniesieniem... Wszystko było takie... ciepłe, miłe, bezpieczne i przytulne. Nie było mowy o gorących doznaniach.
Co innego teraz...
– Poczekam, ale żeby osłodzić nam ten czas, możemy w międzyczasie zająć się czymś zdecydowanie ciekawszym – wymruczałam mu do ucha, chwilę przed tym, jak niezbyt delikatnie rzucił mnie na miękkie, wysłużone łóżko, które pamięta jeszcze czasy wynajętej kawalerki.
– Nabrałaś chęci na jakieś niecne czyny po alkoholu? – zapytał zaskoczony, unosząc wysoko brwi.
– Nabrałam – wymruczałam seksownym, niskim głosem, a przynajmniej wydawało mi się, że brzmiał właśnie w ten sposób.
– To ja skoczę szybko do łazienki, a ty tu, upojony kociaku, chwilkę poczekaj. – Mój mężczyzna zauważył, że to jedna z niewielu chwil, gdy między nami iskrzyło inaczej niż zwykle.
– To czekam – wyszeptałam, walcząc z ziewnięciem.
Adam znikł za drzwiami, a ja wyłożyłam się wygodnie na całej długości łóżka. Po kilku sekundach obróciłam się na bok i skuliłam w pozycji embrionalnej, wtulając głowę w chłodną, miękką poduszkę. Ochota na małe co nieco zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Wierzyłam, że chwila uniesienia wróci za jedną lub dwie minutki, bo odpocznę, gdy będę czekała na mojego przystojniaka. Jednak zdecydowanie przeliczyłam swoje możliwości.
NieOgarnięta
Obserwujący: 1217
Data: 12 sierpnia 2024
Witajcie, Moi Drodzy,
nie było mnie przez kilka dni. Wszystko dlatego, że przez moje życie przeszedł zawodowy tajfun.
Wiem, że jesteście tutaj głównie dla pięknych zdjęć i że podglądacie, co tam ciekawego nakreśliłam w notesie...
Niektórzy z Was śledzą kolejne szablony, by zgarnąć coś na własne karty... Inni znów lubią moje posty o porządkach, planowaniu i ogarnianiu rzeczywistości.
Uwielbiam moje konto, ale zostałam uświadomiona, że prowadząc je, chowam się za fotografiami, bezpiecznie siedząc po drugiej stronie ekranu. Nawet jeżeli coś się Wam tu nie spodoba, nie zaboli mnie to, bo wy nie wiecie, że ja to ja. Nie wiecie, jak wyglądam, i tego zapewne nie będę zmieniać. Nie o to mi chodzi. Ale chciałabym, żebyśmy się lepiej poznali. Będziecie świadkami mojej małej metamorfozy.
Chcę Wam opowiedzieć, co u mnie słychać. Bo dzieje się obecnie dość dużo. Zacznę może jednak od początku.
W ostatnim czasie chciałam ustabilizować swoją drogę zawodową. Ukończyłam szkołę policealną na kierunku Technik administracji – egzamin zdałam śpiewająco. Zrobiłam kilka dodatkowych kursów i zaczęłam szukać pracy biurowej, w której mogłabym wykorzystać nowe umiejętności. Wszystko po to, by wyrwać się z dotychczasowej pracy w gastronomii, w której nie do końca się dobrze czułam.
Początkowo wszystko szło świetnie. Dostałam się na staż, miałam obiecaną pracę na stałe, zaczęłam się czuć dobrze w nowym miejscu i liczyłam na to, że to będzie trwać. A musicie wiedzieć, że bardzo ciężko oswajać mi się z nowymi miejscami czy ludźmi. Jestem introwertyczką z wieloma kompleksami, która ma bardzo niską samoocenę i boi się tego, co inni o niej powiedzą. Tak więc, jak już się przemogłam i lekko oswoiłam z czymś nowym... kilka dni temu wszystko się zepsuło. Praca przepadła. Okazało się, że biorę udział w wyścigu, o którym nie wiedziałam.
Zapytacie, w czym problem. Może to mylne wrażenie, ale odważę się postawić tezę, że w moim przypadku zadecydował wygląd zewnętrzny, a nie umiejętności. Kobieta z pewnością siebie zbudowaną na atrakcyjności wygrała z zakompleksioną szarą myszką. Nie łatwo mi tak o sobie pisać, ale zdaję sobie sprawę, że właśnie tak jestem postrzegana.
Czy mam rację, że moja ostatnia praca przepadła przez warunki fizyczne? Tego się nie dowiem. Jednak zdecydowałam się sprawdzić na sobie coś, co zaczęło mnie od kilku dni mocno zastanawiać. Czy naszym życiem rządzi wygląd zewnętrzny? Czy ładniejsi, bardziej zrobieni, lepiej ubrani, mają się faktycznie lepiej? Czy atrakcyjność fizyczna poprawia samoocenę i sprawia, że czujemy się pewniejsi siebie?
Zapytacie, jak chcę to sprawdzić. Ano w bardzo prosty sposób. Zaczynam szukać pracy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale podczas tych poszukiwań chcę wyjść poza ramy swojego wyglądu, który towarzyszył mi do tej pory. Wyglądu, który nie poprawiał mojej pewności siebie. Wyglądu, który sprawiał, że wolałam siedzieć cicho i nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Chcę być inną osobą. O mój wygląd zadba moja najdroższa, zwariowana przyjaciółka, przez którą wpadłam na tak pokręcony pomysł. Co do zachowania i poczucia własnej wartości, nad tym będę musiała popracować sama.
Wejdę w rolę kogoś, kim nie jestem i sprawdzę, czy „inna ja” będzie miała w życiu łatwiej. Czy jej się uda? Czy dostanie pracę marzeń? Czy będzie popularna i rozpoznawalna? Czy zmieniając wygląd, można zmienić swoje życie?
Ciekawi Was to? Jeśli tak, to wpadajcie tu częściej. Oprócz tego co do tej pory, będę zdawała relację z poszukiwania pracy.
Dajcie znać, co o tym sądzicie!
Wasza NieOgarnięta
Polubienia: 216 Komentarze: 67
Najpopularniejsze komentarze:
Myszka – Brzmi ciekawie. Czekam na relacje. Szkoda, że nie wstawisz foty przed i po zmianie. Powodzenia.
RE: Myszka – Pomyślę nad jakąś tajemniczą fotką przed i po, żeby pokazać ogrom planowanej metamorfozy, ale nie stracić tego błogiego poczucia anonimowości... Pozdrowionka! NieOgarnięta
Fajerek – Chyba Ci się nudzi. No, ale każdy robi, co lubi. Miłego zmieniania wyglądu, nie zapomnij o notesach! Wpadam tu głównie po jedyne w swoim rodzaju pomysły na rozkładówki...
Re: Fajerek – Spokojnie, notesy na pewno nie znikną, za bardzo to lubię. :) NieOgarnięta
Andzia – Poczucie własnej wartości albo się ma, albo nie. Zmiana wyglądu gówno Ci da, jak teraz jest z Ciebie taki cichociemny egzemplarz!
Re: Andzia – Może i jestem cichociemna, ale wierzę w to, że każdy może się zmienić... A mój eksperyment pomoże mi sprawdzić jak bardzo. Więcej wiary w człowieka! ;) NieOgarnięta
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
