Niegrzeczna miłość - Nana Bekher, Anna Bellon, Agata Czykierda-Grabowska, Michał Gołkowski, Vi Keeland, Gabriela L. Orione, Monika Skabara, Riva Scott, Alicja Skirgajłło, Ludka Skrzydlewska, Penelope Ward - ebook

Opis

Jeśli z pudełka czekoladek wybierasz tylko te z dużą dawką chili, mamy dla ciebie zestaw, którym będziesz mogła rozkoszować się w całości – dziesięć pikantnych opowiadań niegrzecznych autorek i autorów!

Tajemniczy nieznajomi, niespodziewane spotkania, gorące pocałunki, namiętności warte grzechu i ekscytujące prezenty. Uważaj, w środku zawarta jest dawka emocji większa niż na najbardziej wyczekiwanej randce!

Nie musisz czekać na specjalną okazję, by zafundować sobie prezent, ale kolejna niegrzeczna antologia to doskonały pretekst, aby ze sprawianiem sobie przyjemności nie zwlekać ani chwili dłużej!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 398

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (331 ocen)
145
92
65
26
3
Sortuj według:
angi_black

Całkiem niezła

Całkiem przyjemne opowiadaniaw środku. Kilka nie bardzo mi podeszło ale większość w niej przedstawionych chciałbym przeczytać o nich coś więcej. Pozostaje lekki niedosyt ale miło było spędzić z nią czas. Polecam 😀
00

Popularność




Ludka Skrzydlewska

Gdy opadną maski

14 lutego 2020, piątek

Jestem tu. Naprawdę tu jestem.

Miałam sporo wątpliwości, czy się na to zdecyduję, i jeden atak paniki, jeszcze w pokoju hotelowym, przez który straciłam jakiś kwadrans, zanim mogłam wrócić do przygotowań. Udało mi się jednak i oto jestem na miejscu – w sali bankietowej hotelu Arłamów, gdzie moja korpo kończy wyjazd integracyjny walentynkowym balem maskowym.

Na zewnątrz jest jakieś dziesięć stopni poniżej zera, ale tutaj, w środku, panuje raczej tropikalna aura. Światło jest przygaszone, salę nastrojowo oświetlają niebieskie punktowe lampy. Naprzeciwko wejścia znajdują się niewielka scena i parkiet, otoczone okrągłymi stolikami ustawionymi w podkowę. Dookoła mnie grzmi muzyka – zapewne przegapiłam przemowy prezesów – a przed oczami przemyka w większości czerwony tłum rozbawionych współpracowników. Cóż, taki motyw przewodni wieczornej imprezy. Mieliśmy mieć zakryte twarze i czerwone stroje.

Powoli ruszam przed siebie, wyglądając znajomych z działu, z którymi spędziłam cały dzień na zajęciach integracyjnych. Powiedziałam im, że kiepsko się czuję i nie przyjdę na wieczorną imprezę, a że mam jedynkę, spokojnie mogłam przygotowywać się do wyjścia, by ich zaskoczyć. Chciałam pokazać się w przebraniu, które sama dla siebie uszyłam, i z maską, dzięki której przynajmniej przez jeden wieczór nikt nie będzie się na mnie gapił. Motyw tej imprezy wydaje się stworzony specjalnie dla mnie.

Miałam sporo wątpliwości, czy w ogóle tu przychodzić. Zazwyczaj nie pokazuję się na imprezach integracyjnych, nie mam wystarczająco pewności siebie, by brylować wśród znajomych z pracy. Przekonałam jednak samą siebie, że nie mogę przegapić takiej okazji. Tutaj nikt nawet nie spojrzy na moją twarz.

Odruchowo dotykam lewego policzka zakrytego kawałkiem czerwonego materiału; pocieram go lekko, czując wypukłość starej blizny, szybko jednak opuszczam dłoń, próbując o tym zapomnieć. Przyszłaś się tu bawić, Amelia, rugam sama siebie w myślach. Chociaż raz zapomnij, że ludzie oceniają cię przez pryzmat tego, co masz na twarzy!

W końcu ich widzę. Moi znajomi z działu bawią się w najlepsze przy niewielkim okrągłym stoliku w pobliżu wejścia. Powoli ruszam w ich kierunku, ciągle czujnie rozglądając się dookoła. Kiedy piosenka się kończy, DJ robi sobie chwilę przerwy i podchodząc bliżej, mogę usłyszeć urywki rozmowy kolegów. Zastygam, kiedy dociera do mnie, że mówią na mój temat.

– Co z Amelią? – pyta Kamila. – Może trzeba do niej zadzwonić…

– Mówiła, że kiepsko się czuje i nie przyjdzie – odpowiada Ewa, jedyna osoba, którą w biurze mogłabym uznać za swoją przyjaciółkę. Zaczęłyśmy pracę w tym samym czasie i od początku sobie pomagałyśmy. To naprawdę fajna dziewczyna. – Może powinnam do niej zajrzeć i zobaczyć, czy wszystko z nią w porządku.

Uśmiecham się i już robię krok do przodu, żeby do nich dołączyć, gdy słyszę głos towarzyszącego im Grześka, jedynego faceta w naszym zespole:

– W sumie to szkoda. Taka impreza byłaby dla niej idealna, nie?

– Weź przestań – syczy na niego Ewa, ale on tylko robi zdziwioną minę.

– No co? Przecież mam dobre intencje – odpowiada. – Przydałoby się, żeby Melka sobie w końcu kogoś znalazła albo przynajmniej dała się przelecieć. W masce łatwiej by jej to przyszło.

Kamila parska śmiechem, a ja czuję się tak, jakby ziemia właśnie zadrżała mi pod stopami. Wpatruję się w grupkę moich znajomych całkowicie spokojnie, jakby oderwana od rzeczywistości, chociaż serce wali mi jak oszalałe, a w uszach słyszę szum.

Pewnie słowa Grześka nie powinny zrobić na mnie takiego wrażenia. Nie miał na myśli nic złego. Nic jednak nie poradzę, że tak reaguję. Jest mi niedobrze i mam ochotę natychmiast stąd zniknąć. Pomysł, żeby przyjść tu we własnoręcznie uszytym stroju i z maską na twarzy, wydaje mi się nagle absurdalny.

– To nie jest zabawne – oburza się tymczasem Ewa. – Dziewczyna ma problem, a takimi komentarzami na pewno jej nie pomożecie.

– Oczywiście, że ma problem. Trudno go nie zauważyć. – Kamila przewraca oczami. – Ale daj spokój, Ewka. Blizna na twarzy to jeszcze nie koniec świata. Gdyby zachowywała się inaczej, połowa ludzi pewnie nawet nie zwracałaby na nią uwagi, a drugą połowę powinna mieć gdzieś. Przykro mi, gdy patrzę, jak Melka zachowuje się na co dzień.

Okej, jestem cicha i staram się nie zwracać na siebie uwagi. Ale to chyba jeszcze nie powód, żeby mnie żałować.

– Dla ciebie to proste, bo wyglądasz normalnie – broni mnie Ewa, ale jej słowa i tak mnie ranią. – Mówiłabyś inaczej, gdybyś wyglądała tak jak Melka. Odczepcie się od niej. Zajrzę do niej później i zobaczę, jak się ma.

– Na pewno wcale nie poczuła się źle, tylko nie chciała przychodzić na imprezę – odpowiada Kamila krytycznie.

Ewa kiwa głową.

– Może i tak, ale to nie znaczy, że nie potrzebuje towarzystwa.

Odwracam się na pięcie i odchodzę, bo robi mi się niedobrze. Nie jestem w stanie do nich dołączyć, nie po tym, co usłyszałam.

Idę przed siebie na ślepo, nawet nie wiem, dokąd właściwie się kieruję. Potrącam po drodze jedną czy dwie osoby, nawet kogoś przepraszam, ale zupełnie nie zwracam na to uwagi; chcę jedynie znaleźć się z dala od tych ludzi.

Tak się cieszyłam na ten wieczór. Przygotowywałam się i chciałam im zrobić niespodziankę. Tymczasem teraz mam ochotę jedynie zaszyć się w swoim pokoju – czyli zrobić dokładnie to, co zazwyczaj robię w podobnych sytuacjach.

Nawet nie orientuję się, kiedy docieram do baru. Znajduje się przy nim kilka wolnych hokerów, więc siadam na jednym z nich i bez wahania proszę barmana o białe wino. Uspokój się, polecam sobie stanowczo. To nic takiego. Słyszałaś już gorsze komentarze na swój temat.

Może i tak, ale nigdy z ust znajomych, którzy w mojej obecności zachowują się dużo bardziej powściągliwie.

Mam problemy z oddychaniem i skupiam się na tym przez chwilę, ignorując otoczenie. Wdech, wydech, powtórz. Nic takiego się nie dzieje. Jesteś kwiatem lotosu. Jesteś kwiatem lotosu na imprezie walentynkowej, na którą czekałaś, odkąd ogłoszono motyw przewodni. Nie pozwól sobie tego zepsuć. Baw się, Amelia, bo innej okazji możesz nie dostać.

I właśnie wtedy przy barze pojawia się on i prosi barmana o martini.

O mało nie krztuszę się łykiem wina, które właśnie popijam. Marcel Rakoczy – menedżer działu HC, w którym pracuję, mój przełożony, z którym w życiu nie zamieniłam ani słowa.

No dobra, jest w tym odrobina mojej winy. Kiedy widzę facetów takich jak Marcel, tracę resztki pewności siebie. Od razu wyobrażam sobie, że gapią się wyłącznie na moją bliznę i nie dostrzegają nic więcej, i że po prostu muszą myśleć o mnie z pogardą. Dlatego za każdym razem, kiedy mój menedżer przechodzi przez biuro, udaję bardzo zajętą albo wręcz chowam się przed nim, żeby tylko na mnie nie patrzył. To do bólu atrakcyjny, pewny siebie facet, który w normalnych okolicznościach nawet nie spojrzałby na mnie dwa razy.

Okoliczności jednak nie są normalne.

Marcel jest wysoki, szczupły i przystojny, ma ciemne, stale rozczochrane włosy, zawsze kilkudniowy zarost, z którym jest mu bardzo do twarzy, i uwodzicielski uśmiech, który z pewnością rozpuścił serce niejednej kobiety. Marcel konsekwentnie unika romansów w pracy – wiem o tym, bo usłyszałam kiedyś, jak parę koleżanek z mojego działu narzekało na ten temat. Nic dziwnego, ten mężczyzna naprawdę przyciąga spojrzenia.

A ja? W porządku, wiem, że mam niezłą figurę i fajne włosy – długie, kręcone, o ładnym, naturalnie kasztanowym kolorze. Ponieważ jednak ten widok często mylił facetów, a gdy odwracałam się do nich przodem, nie kryli rozczarowania, nauczyłam się ukrywać moje atuty. Po biurze chodzę zazwyczaj w bezkształtnych ciuchach i z włosami spiętymi w kok.

Jednak nie dziś wieczorem.

Dostrzegam, jak Marcel spogląda na mnie kątem oka. Mam ochotę się schować, uciec gdzieś w kąt, ale dzielnie przezwyciężam ten odruch, wmawiając sobie, że przecież on mnie nie widzi. Może i złota maska, którą mam na twarzy, niespecjalnie pasuje do reszty stroju, ale przynajmniej dokładnie zakrywa bliznę. To nieco bardziej rozbudowana wersja maski weneckiej – widoczne spod niej są moje oczy, usta i podbródek, ale niewiele więcej. Na szczęście.

Za to reszta mojego ciała jest odkryta – może aż za bardzo, nawet jeśli mam na sobie długie spodnie.

Wydaje mi się, że nie jestem przesadnie przebrana. Widzę na tej imprezie sporo ludzi, którzy potraktowali ten punkt programu szalenie poważnie, zapewne dlatego, że za najlepsze przebranie przewidziano nagrodę. Przy Marcelu jednak czuję się dziwnie – może dlatego, że on ma na sobie zwykły, czarny garnitur, żadnej maski, a jedyne czerwone akcenty jego stroju to krawat i chusteczka w butonierce. Widać, że niespecjalnie się przejmuje nakazami, nawet jeśli chodzi o zasady panujące w firmie.

Jest jednak całkiem niezłym szefem. Oczywiście na tyle, na ile mogę to ocenić, skoro nigdy nie zamieniłam z nim nawet słowa. Jestem tylko szeregową pracownicą działu HC, na co dzień nawet nie muszę z nim rozmawiać.

– Czy to strój jakiejś postaci, której nie kojarzę? – słyszę jego niski, lekko zachrypnięty głos.

Wyraźnie mówi do mnie, podnoszę więc na niego wzrok i spoglądam w jego orzechowe oczy. Przez głowę przemyka mi irracjonalna myśl, że moje są o jakieś dwa tony jaśniejsze.

– Właściwie to tak – odpowiadam, zanim zdążę się ugryźć w język. – To alternatywny strój jednej z księżniczek Disneya. Dżasminy, tej z Alladyna.

Marcel podnosi brew, taksując mnie uważnym spojrzeniem.

– Co to znaczy „alternatywny”?

– Nosiła go tylko przez jakiś czas. – Wzruszam ramionami. – I nie z niego jest znana. Ale potrzebowałam czegoś czerwonego.

– Jesteś fanką Disneya? – Nie słyszę w jego głosie drwiny. Raczej zaciekawienie.

– Nie. – Uśmiecham się, a jego wzrok wędruje na moje usta. Mam ochotę je oblizać, jednak wolałabym nie zjeść mojej czerwonej szminki. – Po prostu szukałam czerwonego stroju, który mogłabym dla siebie uszyć. Ten wydał mi się odpowiedni.

Wskazuję po sobie, a wzrok Marcela dąży niespiesznie za moim gestem, aż czuję gorąco wypływające na policzki – dobrze, że tego nie zobaczy. Przebranie składa się z czerwonych spodni haremek, szerokich i sięgających kostek, oraz skąpego topu bez ramiączek, który odsłania sporo mojego brzucha.

Kiedy pierwszy raz pomyślałam o tym stroju, wątpiłam, że będę miała dość odwagi, by wyjść w nim do ludzi. Tak bardzo jednak chciałam sobie udowodnić, że potrafię, że mogę pokazać też tę inną, tak skrzętnie ukrywaną część siebie. Nie tylko atrakcyjną i seksowną, ale też – a może przede wszystkim – normalną.

Tak bardzo chciałam choć raz skupić na sobie uwagę jakiegoś mężczyzny nie dlatego, że mam bliznę na twarzy, tylko dlatego, że mu się podobam.

Było warto, sądząc po minie Marcela Rakoczego.

– Sama go uszyłaś? – dziwi się.

Kiwam głową.

– Lubię szycie. To moje hobby.

To spore niedopowiedzenie. Uwielbiam szycie. Ponieważ jednak pomagam rodzicom finansowo, nigdy nie myślałam o zaryzykowaniu i otwarciu własnego interesu. Za bardzo polegam na stałej pensji, która co miesiąc wpływa na moje konto.

– Więc co robisz w korporacji? – pyta z rozbawieniem. – Nie powinnaś zarabiać szyciem na życie? To, co masz na sobie, wygląda naprawdę świetnie. I tylko częściowo to zasługa faktu, że to ty wyglądasz w tym świetnie.

Szybko upijam łyk wina, żeby zamaskować zaskoczenie. Nie jestem przyzwyczajona do tego, że faceci zwracają się do mnie w taki sposób. Komplementy nie są stałą częścią mojego życia, nie przywykłam do nich i dlatego nie bardzo wiem, jak na nie odpowiadać. W końcu jednak uśmiecham się lekko.

– Nie wiesz, że znaczna część sukcesu kreacji zależy od modelki, która ją nosi?

– Teraz już wiem. – Bawi się swoim kieliszkiem z martini, ani na moment nie spuszczając ze mnie roziskrzonego spojrzenia. W końcu zaczynam rozumieć – ja mu się podobam! To dlatego jeszcze tu jest i rozmawia ze mną o szyciu. Nie wierzę, że robiłby to z jakiegokolwiek innego powodu. – Za to nadal nie rozumiem, dlaczego pracujesz w firmie, w dziale…?

Ciągnie mnie za język, ale nie zamierzam dać mu się podejść.

– Administracji – kłamię gładko. – Pracuję w administracji. Cóż, z tego przynajmniej są pewne pieniądze.

Kiedyś. Kiedyś na pewno odejdę z korporacji i założę własny interes. Może wtedy, gdy przestanę mieć wyrzuty sumienia, że spowodowałam wypadek, w wyniku którego ja zostałam z blizną na twarzy, a moja mama jest sparaliżowana. Znaczna część naszego domowego budżetu idzie na jej rehabilitację i pomoc medyczną. Gdyby nie to, już dawno odeszłabym z firmy.

– To dobrze, że nie pracujesz w HC. – Marcel posyła mi uśmiech, którego kompletnie nie rozpoznaję. Inny od tych, którymi czasem obdarza swoich współpracowników. Tamte są powściągliwe, nigdy tak do końca nie obejmują jego orzechowych oczu. Teraz jednak uśmiecha się naprawdę. W łobuzerski, zaraźliwy sposób, dzięki któremu i ja nieco się rozluźniam, pomimo że mężczyzna odrobinę pochyla się w moją stronę.

– Dlaczego? – drążę, wiedząc, że tego właśnie chce.

– Nie mam wielu zasad, ale jedna z nich dotyczy spotykania się z podwładnymi z mojego działu – odpowiada, na co moje serce przyspiesza. Próbuję się uspokoić, bo wolałabym nie dostać zawału w wieku dwudziestu pięciu lat, ale niewiele to daje. – Uważam to za nieetyczne i niemoralne. Dlatego to dobrze, że pracujesz gdzie indziej.

Upijam kolejny łyk wina, gorączkowo zastanawiając się nad ripostą. Mam wrażenie, że to ostatnia szansa, żeby się wycofać. Marcel już wyłożył karty na stół – teraz ja muszę zrobić to samo i albo uciec, albo pogodzić się z tym, co nadchodzi.

To ciągle nie mieści mi się w głowie. Jeszcze chwilę temu użalałam się nad sobą, a teraz flirtuję z Marcelem Rakoczym, facetem, za którym wodzę wzrokiem, odkąd tylko pojawiłam się w firmie, a który nigdy nie zwrócił na mnie uwagi. To jakaś abstrakcja!

Ale jeśli on kiedyś się dowie…

Nie dowie się, podpowiada usłużnie cichy głosik w mojej głowie. I tak nigdy nawet na ciebie nie patrzy.

– A więc teraz się spotykamy? – pytam w końcu ze zdziwieniem; te słowa wypadają z moich ust, zanim zdążę się ugryźć w język. To chyba znaczy, że decyzja została podjęta. – Nic mi o tym nie wiadomo.

– A czy będzie to dla ciebie bardziej oczywiste, kiedy poproszę cię do tańca? – Marcel wyciąga w moją stronę rękę.

Waham się tylko sekundę. Wiem, że taka okazja się nie powtórzy i że mam jedną jedyną szansę, by choć raz poczuć się jak normalna kobieta. Ujmuję więc jego dłoń i pozwalam się zaprowadzić na parkiet, gdzie do jakiegoś house’owego przeboju buja się już sporo diabłów i Czerwonych Kapturków. Pracownicy mojej korporacji, którzy przecież już od dawna są dorośli, wzięli na poważnie pomysł przebrania się na tę imprezę.

Cóż, nie byłam lepsza.

Marcel okręca mnie zgrabnie i obejmuje mocno ramieniem, przyciągając do siebie, aż biodrami ocieram się o jego biodra. Kładę mu dłonie na klatce piersiowej i pozwalam się kołysać melodii, czując, jak palce Marcela dążą w dół, ku mojej talii i niżej. Pochyla się ku mnie, a ja czuję jego gorący oddech na skroni; gdy podnoszę wzrok, stwierdzam, że wpatruje się we mnie z fascynacją.

– Jak masz na imię? – pyta tuż przy moim uchu, żeby muzyka nas nie zagłuszyła.

Nie odpowiadam; kręcę tylko głową, uśmiechając się lekko. Nie chcę podawać mu fałszywego imienia. Nie chcę, by myślał o mnie jako o Ani czy innej Kasi. Chcę być dla niego tajemniczą nieznajomą – dziewczyną, która właśnie dlatego na zawsze zapadnie mu w pamięć. Poza tym nie chcę okłamywać go bardziej niż to konieczne.

Marcel sięga palcami do mojej maski, ale uchylam się w ostatniej chwili, zanim spróbuje ją ze mnie ściągnąć. Posyłam mu ostrzegawcze spojrzenie i raz jeszcze kręcę głową. Śmieje się na moją reakcję.

– Już dobrze, nie ruszam – obiecuje. – To mnie nawet kręci. Ciebie chyba też, co?

Przesuwa palcami wzdłuż mojego kręgosłupa, na nieco dłużej zatrzymując się w miejscu, gdzie mocno wycięte części stroju odsłaniają fragment moich pleców. Przepływa przeze mnie dreszcz.

Kręci mnie wszystko, co on ze mną robi.

Z ekscytacji o mało nie unoszę się nad ziemię. Wprawdzie jakiś głosik w mojej głowie krzyczy, że to nie jest prawdziwe, że on nie widzi prawdziwej mnie, ale mam to gdzieś. Uważam, że jestem dzisiaj prawdziwsza niż przez większość czasu, który spędzam w pracy. Czuję się bardziej pewna siebie, gdy nikt nie patrzy oceniająco na moją twarz, nie próbuje mnie żałować, nie ukrywa uśmiechu lub zażenowania.

W porządku, Marcel pewnie nawet by się do mnie nie odezwał, gdyby zobaczył moją bliznę. Ludzie są wzrokowcami, przekonałam się o tym już dawno temu. Ale o to właśnie chodzi w tym wieczorze. Żeby choć raz poczuć się normalnie. Żeby się zabawić i nie myśleć o tym, co będzie jutro.

– Co jeszcze cię kręci? – pytam więc, gdy Marcel kładzie dłoń na moich nagich plecach i przyciąga jeszcze bliżej siebie.

Jego dotyk jest gorący i absolutnie elektryzujący. Czuję się tak, jakby poza nami nikogo nie było na tej sali. Jesteśmy tylko my i to magnetyczne wzajemne przyciąganie. To chemia, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczyłam.

– Dużo rzeczy, ale nie wiem, czy nie jest za wcześnie, żeby ci o tym mówić – odpowiada z lekkim uśmiechem.

Jego oczy błyszczą, gdy wpatruje się we mnie intensywnie, z pożądaniem, które rozpala mnie całą. To sprawia, że staję się jeszcze śmielsza, choć i tak już nie poznaję samej siebie.

– Sprawdź mnie. – Posyłam mu prowokujące spojrzenie.

Dłoń Marcela przesuwa się w górę moich pleców, aż dociera do karku. Spinam się w obawie, czy jednak nie spróbuje zdjąć mi maski, on jednak tylko chwyta mnie za włosy i odchyla nieco moją głowę. Pozwalam mu na to, a serce wali mi tak, jakby zamierzało uciec z piersi. Chcę mu się podporządkować. Chcę zrobić wszystko, na co będzie miał ochotę.

Zawsze tego chciałam. Kątem oka obserwowałam go w biurze, ale nigdy nie przypuszczałam, że trafi mi się taka okazja. Jedyna w swoim rodzaju – ta sytuacja się nie powtórzy, więc zamierzam czerpać z niej, ile się da.

Marcel pochyla się ku mnie, jest tak blisko, że nosem ociera się o mój policzek.

– Kręci mnie twój brzuch – mówi ku mojemu zdziwieniu; spodziewałam się czegoś innego. – Mam ochotę cały czas go dotykać. O, tak…

Wstrzymuję oddech, kiedy odwraca mnie i ponownie do siebie przyciąga, aż plecami opieram się o jego klatkę piersiową. Marcel odsuwa moje włosy i całuje skórę na karku; dotyk jego gorących ust sprawia, że dostaję ciarek. Jego dłonie wędrują na mój brzuch, palce odrobinę wsuwają się pod gumkę moich spodni. Mój oddech staje się coraz cięższy i stopniowo zamieram, przestaję nawet udawać, że ruszam się do muzyki. Marcel jednak zachęca mnie do tańca, kołysząc biodrami, aż podejmuję ten powolny, zmysłowy rytm.

Jego usta przesuwają się z karku na moją szyję, aż jęczę na tę leniwą pieszczotę. Czuję jego gorący oddech na skórze. Jego dłonie powoli gładzą mój brzuch, ale Marcel nie próbuje posunąć się dalej. To dobrze – w końcu nadal jesteśmy w miejscu publicznym. Chociaż naprawdę nie zauważam już ludzi dookoła.

– Kręci mnie też twoja szyja… – mruczy mi do ucha zachrypniętym głosem. – Chcę ją całować bez przerwy. Chcę chować w niej twarz, gdy będę w tobie dochodził.

Jezu. To tak szybko eskaluje!

Odrzucam na bok rozsądek i poddaję się chwili; to moja jedyna szansa i nie zamierzam jej zmarnować tylko dlatego, że Marcelowi zależy wyłącznie na seksie. Ja też tego chcę. Nie potrzebuję od niego niczego więcej. Tylko poczucia, że ja też mogę być seksowna i pożądana.

– Mów dalej – wyduszam przez ściśnięte gardło.

– Kręci mnie twój głos… – Marcel wargami muska płatek mojego ucha. Czuję na krzyżu, że jest podniecony. Ocieram się o niego odruchowo, stwierdzając, że sama też już jestem wilgotna. – Chciałbym słyszeć go w swoim łóżku, gdy będziesz krzyczeć moje imię, aż ochrypniesz.

– Czy to propozycja? – pytam, całkowicie oszołomiona.

Nikt nigdy do mnie w ten sposób nie mówił. Mam dwadzieścia pięć lat i pierwszą tak ekscytującą przygodę erotyczną przeżywam, gdy zasłoniłam twarz maską. Odsuwam od siebie te myśli – to nie ma znaczenia. Liczą się wyłącznie stojący za mną facet i fakt, że wyraźnie ma na mnie ochotę.

Wprawdzie to mój szef, ale – serio – jakie to ma znaczenie? On nigdy się nie dowie, że to ja. I nikt inny też nie będzie wiedział. Pozostanę sama z moją słodką tajemnicą i wspomnieniami, do których będę wracać w przyszłości, podczas kolejnych randek z moim wibratorem.

Marcel nie odpowiada, tylko naciska dłonią na mój brzuch, przyciągając mnie do siebie jeszcze bliżej, aż cała się o niego opieram. Sunie nosem po mojej szyi, więc odchylam głowę, by dać mu lepszy dostęp, a on całuje mnie i z pewnością czuje, jak szaleńczo bije mi pod skórą puls. Jego dłonie przesuwają się w górę mojego brzucha, aż palce ocierają się o dół moich piersi.

Czy w tej sali od początku było tak gorąco, czy dopiero teraz temperatura wzrosła do nieznośnie wysokiej?

– Możemy stąd w każdej chwili wyjść, jeśli tylko masz ochotę – mruczy mi do ucha, kiedy już tracę nadzieję, że się odezwie. – Masz jedynkę? 

Kręcę głową. Nie ma mowy, żebym pokazała mu swój pokój i rzeczy osobiste. Za duże prawdopodobieństwo, że w końcu domyśliłby się, kim jestem. 

– Więc możemy iść do mnie. Mam bardzo ładny pokój. Chyba że zależy ci na wynikach konkursu na najlepszy kostium. Jeśli zostaniesz, wygrasz w cuglach.

Śmieję się, ale tak naprawdę mam to gdzieś. Nie zamierzam brać udziału w konkursie na najlepszy kostium – i tak wiem, że mój jest najlepszy. Zdaję sobie sprawę, że jestem dobra w tym, co robię, i że moi współpracownicy są przebrani albo mniej oryginalnie, albo z dużo mniejszym rozmachem. Nie zależy mi na oficjalnym potwierdzeniu.

– Mam to gdzieś – przyznaję. – A ta impreza nie jest aż tak dobra, żeby tu zostawać.

– Prawdę mówiąc, zdziwiło mnie, że siedziałaś sama. – Marcel odsuwa się nieco i przenosi usta z powrotem na mój kark. Pochylam nieco głowę i cała drżę, gdy czuję jego gorące wargi. – Gdzie są twoi znajomi? Nie będą się martwić, że zniknęłaś?

Wzruszam ramionami.

– Nie jesteśmy do siebie szczególnie przywiązani – odpowiadam lekko. – Niespecjalnie ich obchodzi, co i z kim robię. Zabierz mnie do siebie.

Staram się brzmieć pewnie i chyba mi się udaje; gdy oglądam się przez ramię, widzę, jak Marcel uśmiecha się leniwie, z męską satysfakcją, która rozświetla jego oczy. Na sam ten widok czuję ekscytację.

Odsuwa się i chwyta mnie za rękę, po czym ciągnie między tańczącymi na parkiecie ludźmi ku wyjściu z sali. Prawda jest taka, że przynajmniej Ewa z pewnością się o mnie martwi, ale niewiele może zrobić. Nie mam przy sobie nic poza schowaną w kieszeni haremek kartą do pokoju hotelowego, nie wzięłam nawet telefonu, bo nie chciałam nosić ze sobą torebki. Ewa może co najwyżej zadzwonić na moją komórkę, którą zostawiłam w pokoju, albo zastukać do drzwi, które pozostaną zamknięte. Uzna, że śpię, i sobie pójdzie.

Odsuwam myśli o Ewie, gdy dążę za Marcelem do wyjścia z sali; bez żadnego problemu toruje dla nas drogę, bo ludzie praktycznie sami się przed nim rozstępują. Gdy w końcu udaje nam się wyjść na korytarz, oddycham z ulgą, bo jest tam nieco chłodniej i przestronniej. Marcel przyciąga mnie do siebie i obejmuje ramieniem; nikt nie zwraca na nas uwagi, nawet ludzie stojący w grupkach nad stołami z jedzeniem – to tutaj znajduje się bufet, do którego nawet nie zajrzałam.

Marcel prowadzi mnie szerokim korytarzem aż do windy, która ma nas zawieźć na drugie piętro. Arłamów to ogromny kompleks hotelowy, więc mam nadzieję, że trafię potem z powrotem do swojego pokoju. Na razie jednak wolę o tym nie myśleć.

– Co robiłaś do południa? – pyta lekko Marcel, gdy czekamy na windę. Chyba nie ma problemów ze small talkiem, nawet jeśli chodzi o dziewczynę, z którą zamierza się za chwilę pieprzyć. – Jakie zajęcia wybrałaś?

Nasza korporacja wymyśliła sobie do południa zajęcia rekreacyjno-integracyjne, po których mogliśmy meldować się do pokoi i przygotować do wieczornej imprezy. Uśmiecham się lekko.

– Zgadnij.

– Na pewno budowałaś domki dla biednych jeży – wypala, a ja parskam śmiechem. – No co? Wyglądasz mi na dziewczynę, która przejmuje się losem biednych jeży.

– Muszę cię rozczarować, nie budowałam domków dla jeży. W ogóle była taka aktywność? Czy jeże mieszkają w domkach?

Marcel z niewinną miną wzrusza ramionami. Uznaję za interesujące, że dobrze mi się z nim nie tylko pieści, ale też rozmawia. Odsuwam jednak te myśli, bo przecież chodzi wyłącznie o seks. Nic więcej.

– Jeździłam konno – wyjaśniam w końcu skwapliwie. – A ty?

– Jazda konna? No proszę. Musisz mieć silne nogi. Chętnie to sprawdzę – odpowiada, a ja się rumienię, czego na szczęście nie widzi. Wiem, że to aluzja seksualna. – Tym razem ty zgadnij.

Przewracam oczami.

– Grałeś w piłkę nożną.

– Skąd wiedziałaś? – Wydaje się autentycznie zaskoczony. Śmieję się. – Przyznaj się, widziałaś mnie.

Oczywiście, że go widziałam. Zakradłam się do hali sportowej dosłownie na moment, nie mogąc sobie odmówić tego widoku. Ewa rozdzielała plan zajęć jeszcze w autokarze, gdy pokonywaliśmy trasę z Krakowa do Arłamowa, więc wiedziałam, na co się zapisał. Musiałam go zobaczyć w akcji.

To był zajebisty widok. Zwłaszcza gdy po skończonym meczu spocony Marcel ściągnął koszulkę i został w samych spodniach dresowych.

– Widziałaś mnie. – Mój brak odpowiedzi tylko utwierdza go w tym przekonaniu. Uśmiecha się podstępnie i wciąga mnie do windy, gdy ta w końcu nadjeżdża. – Przyznaj się: jesteś stalkerką, Dżas?

– Dżas? – Podnoszę brew.

Marcel chwyta mnie za biodra i przestawia pod ścianę windy, po czym opiera ręce po obu stronach mojej głowy.

– W końcu masz na sobie strój Dżasminy z Alladyna – przypomina mi z rozbawieniem. – Jak inaczej mam się do ciebie zwracać, skoro nie chcesz mi zdradzić swojego imienia? Tak będę cię od teraz nazywać.

Pochyla się i zbliża do mnie powoli, dając mi czas, żebym zaprotestowała; oczywiście nie mam zamiaru tego robić. Rozchylam wargi i wychodzę mu naprzeciw, aż łączymy się w gorącym, gwałtownym pocałunku.

Marcel wsuwa mi język do ust i pogłębia pieszczotę, całując mnie zachłannie, w sposób, który sprawia, że moje serce znowu zaczyna szaleć. Dłońmi obejmuje moją szyję, ale jest to zaskakująco łagodny dotyk. Wsuwam mu palce we włosy i przyciągam do siebie bliżej; chcę go więcej, mocniej – smakuje tak obłędnie, że mogłabym się od tego uzależnić.

Niestety w następnej chwili winda zatrzymuje się na drugim piętrze.

To Marcel pierwszy odzyskuje opanowanie. Z trudem się ode mnie odrywa, chwyta mnie za rękę i wyciąga z windy. Daję mu się prowadzić kolejnymi korytarzami, nawet się nie zastanawiając, jak trafię z powrotem do własnego pokoju. To tylko hotel, niemożliwe, żebym się tu zgubiła, prawda?

Nie jestem w stanie szukać punktów orientacyjnych, gdy orzechowe oczy Marcela łapią mnie w pułapkę i już nie chcą wypuścić. Nawet nie wiem, kiedy docieramy do właściwych drzwi. Rejestruję tylko pisk zamka, kiedy przykłada do niego kartę, po czym zostaję wciągnięta do pokoju, który nie należy do mnie.

W normalnych okolicznościach pewnie już zaczęłabym się obawiać. Nie znam Marcela na tyle dobrze, by wiedzieć z całą pewnością, że nie jest jakimś świrem, który zaraz pokroi mnie na kawałki. Może pójście do jego pokoju bez poinformowania kogokolwiek o tym fakcie nie jest najmądrzejsze. A jednak jest w nim coś takiego, co każe mi ufać mu i pozwolić na wszystko, na co ma ochotę. Nic nie poradzę, że odkąd zatrudniłam się w tej firmie, mam słabość do Marcela Rakoczego.

Dobrze, że on o tym nie wie.

W pokoju jest ciemno; jedyne światło dociera do nas z dziedzińca, na który wychodzi niezasłonięte okno. Widzę przez nie nawet połówkę księżyca, który wygląda niesamowicie na usianym gwiazdami niebie. W Krakowie nie ma takiego nieba.

Zagapiam się tylko na sekundę, bo Marcel ponownie mnie do siebie przyciąga. Kolejny pocałunek jest jeszcze bardziej gwałtowny i zaborczy. Trafiam plecami na ścianę, o którą opieram się ciężko, po czym pospiesznie rozwiązuję Marcelowi krawat. Rzucam go na podłogę, zdejmuję jego marynarkę i sięgam do guzików przy koszuli, zdecydowana, by jak najszybciej pozbyć się jego ciuchów.

– Chcę, żebyś została w samej masce… – mruczy mi do ucha. – Resztę zdejmij.

Odsuwa się o krok i wyswabadza z mojego uścisku. Obserwuje mnie roziskrzonym wzrokiem, kiedy rozpina do końca koszulę i zdziera ją z siebie, po czym sięga do paska przy spodniach. Jeszcze moment, a moje walące gwałtownie serce się zatrzyma.

Na szczęście top, który mam na sobie, rozpina się z przodu dzięki wszytym guziczkom. Sięgam do nich i rozpinam je powoli, równocześnie przyglądając się, jak Marcel zrzuca z siebie spodnie razem z bielizną. Odkopuje na bok buty i już po chwili stoi przede mną nagi, nadal nie spuszczając ze mnie wzroku. W ogóle nie wydaje się skrępowany własną nagością i, wow… nic dziwnego.

Jest idealnie zbudowany. To nie kulturysta, oczywiście, tylko menedżer w korporacji, więc jest szczupły, ale wyćwiczony. Nie widzę na jego ciele ani grama zbędnego tłuszczu. Kiedy spuszczam wzrok niżej, stwierdzam, że ma imponujący wzwód i że prawdopodobnie na początku odczuję dyskomfort, kiedy we mnie wejdzie.

Jezu! Naprawdę myślę o seksie z Marcelem Rakoczym, rozbierając się w jego pokoju hotelowym?

– Możesz trochę przyspieszyć? – pyta z rozbawieniem, wskazując na siebie. – O ile chcesz, by te ciuchy przetrwały w całości. Jeśli się do nich dorwę, nie obiecuję, że nie zostaną z nich strzępy. Szkoda by było…

Ściągam top i odpinam haftki w staniku, po czym rzucam to wszystko na podłogę. Następnie wsuwam palce za gumkę spodni i zsuwam je z bioder; już po chwili zostaję w samych majtkach.

Przez sekundę żadne z nas się nie odzywa; wpatrujemy się w siebie w napięciu, a ja z każdą chwilą czuję, jak napięcie między nami rośnie. W końcu to Marcel robi pierwszy krok – jednym susem jest przy mnie, obejmuje mnie, jego dłonie lądują na moich pośladkach. Bez wahania podnosi mnie, zachęcając, żebym objęła go udami. Odwraca się i robi dwa kroki; sapię, kiedy ląduję plecami na łóżku.

– Nie ruszaj się – mówi, po czym sięga do leżącej na podłodze torby podróżnej i wyciąga paczkę prezerwatyw. Kładzie je na materacu obok nas, ale nie wyjmuje żadnej. – Na razie nie będą nam potrzebne.

Kolanem rozsuwa mi nogi i wędruje w dół mojego ciała, zostawiając za sobą gorącą ścieżkę znaczoną przez usta. Najpierw całuje piersi – skupia się na każdej z nich, wciąga między wargi sutek i ssie, póki nie jęczę i nie wsuwam mu palców we włosy, przyciągając go bliżej; wtedy się oswobadza i rusza w dalszą wędrówkę na południe, przesuwając językiem po moim brzuchu, pępku i wzgórku łonowym. Tam zatrzymuje się na chwilę.

Kiedy spoglądam w dół, widzę, że wpatruje się we mnie błyszczącymi oczami.

– Jesteś taka piękna – mówi, po czym schyla głowę, odsuwa materiał majtek i zatapia język w mojej cipce.

Wydaję z siebie kolejny przeciągły jęk i próbuję się odsunąć, ale nie pozwala mi na to, chwyta mocno moje biodra. Jego ruchliwy język pracuje we mnie niestrudzenie, pieprzy mnie w równym tempie, prowadząc na sam szczyt, budując napięcie, które grozi rychłym uwolnieniem. Wiję się pod nim i to przysuwam bliżej, to potrząsam biodrami, ale on nie przestaje ani na moment.

– Tak, och, tak… – mówię bez tchu. – Jestem tak blisko, proszę…

Ostatnie słowa przechodzą w krzyk, gdy Marcel dokłada do języka palce i popycha mnie za krawędź. Dochodzę intensywnie i długo, fale przyjemności przetaczają się przeze mnie, sprawiając, że na moment tracę kontakt z rzeczywistością.

Czy to się dzieje naprawdę, czy tylko mi się śni?

Wciąż próbuję unormować oddech, gdy Marcel podnosi się i wspina do góry, aż jego twarz znajduje się na wysokości mojej. Mrugam, żeby wyostrzyć wzrok, i dostrzegam jego uśmiech, pełny męskiej satysfakcji. Ciekawe, jak by wyglądał, gdybym mu powiedziała, że nikt nigdy nie dał mi takiego orgazmu.

– Czy teraz chcesz to zdjąć? – pyta, stukając palcem w moją maskę.

Kręcę głową, bo nadal nie czuję się na siłach, żeby odpowiedzieć. Na szczęście on ma sił za nas dwoje.

– Niech ci będzie – mamrocze. – Ale potem chcę cię zobaczyć całą, Dżas.

Odsuwa się nieco, co przyjmuję z jękiem rozczarowania, ale wtedy on chwyta mnie za biodra i zachęca, żebym przekręciła się na brzuch. Zrywa ze mnie majtki, oplata mnie ramieniem w pasie i podnosi nieco, aż opieram się na materacu na kolanach, z tyłkiem w górze. Spoglądam za siebie i mimo spadających mi na oczy włosów dostrzegam, że Marcel sięga po prezerwatywę. Z policzkiem opartym na materacu uświadamiam sobie, że chce we mnie wejść od tyłu. Nikt wcześniej tego ze mną nie robił!

Staram się ukryć niepokój, ale on chyba coś dostrzega, bo wolną ręką gładzi mnie po kręgosłupie.

– Wszystko w porządku? – mruczy miękko. – Wolisz inną pozycję?

Znowu kręcę głową. Chcę go w każdej pozycji, a im mniej kojarząca się z moim życiem przed tym wieczorem, tym lepiej. Marcel znowu się uśmiecha, a następnie się pochyla i całuje mnie w kark.

Jęczę, gdy obejmuje mnie ramionami; jedna z jego dłoni ląduje na mojej piersi, a druga zanurza się między moimi nogami. Czuję, jak jego twardy penis napiera na mnie od tyłu, i odruchowo jeszcze bardziej wypinam pośladki w jego stronę. Chyba oszaleję, jeśli zaraz we mnie nie wejdzie.

W końcu się wsuwa; opieram czoło o materac i jęczę głośno, czując, jak rozciąga mnie mocno. Wchodzi gdzieś do połowy i zastyga, a gdy próbuję go zmusić do dalszych działań, poruszając biodrami, chwyta mnie mocno i unieruchamia. Może powinnam się obawiać tego, że ten facet bez trudu może mnie przytrzymać i zrobić ze mną, co chce, ale to wydaje mi się tylko jeszcze bardziej podniecające.

– Chryste, jesteś taka ciasna… – dyszy. – Zaczekaj chwilę. Nie chcę cię skrzywdzić…

– Nie jestem ze szkła – odpowiadam, na co on zaciska palce na mojej skórze.

– Więc trzymaj się mocno.

Wycofuje się nieco, po czym ponawia ruch, uderzając we mnie biodrami. Czuję, jak zagłębia się do końca, i krzyczę, gdy rozkosz przeszywa mnie niczym prąd elektryczny. Marcel przyspiesza, pieprzy mnie coraz energiczniej, a ja zaciskam się na nim rytmicznie. Chwytam się prześcieradła, jęczę z każdym jego uderzeniem, a on posuwa mnie mocno, głęboko, jakby chciał zostawić na mnie swój ślad. Chociaż przed chwilą miałam już jeden orgazm, szybko czuję, jak zaczyna się we mnie budować kolejny.

Marcel pochyla się nade mną, ramieniem opierając się o materac obok mojej głowy; czuję jego palce na łechtaczce, jego wargi na moim karku i to sprawia, że znowu wybucham. Szczytuję, głośno jęcząc i powtarzając jego imię, i mam wrażenie, że to trwa i trwa. Jego ruchy stają się płytkie i bardzo gwałtowne. Po chwili Marcel zamiera, nadal we mnie zanurzony, i wiem, że też właśnie dochodzi.

– Och, tak… – mruczy mi do ucha. – Chryste, jesteś taka gorąca. Zaczekaj… zostań jeszcze sekundę.

Nigdzie się nie wybieram, ale na te słowa odruchowo kiwam głową. Słyszę, jak ciężko dyszy, sama również nadal próbuję się uspokoić, bo krew szumi mi w uszach i mam kłopot z zebraniem myśli. Marcel tymczasem, wciąż pozostając we mnie, przekręca się i ciągnie mnie za sobą, aż ląduję na lewym boku, przytulona do niego plecami.

Jest mi cholernie gorąco w tej kretyńskiej masce, ale oczywiście nie mam zamiaru jej zdejmować. Musiałabym chyba oszaleć!

Jego dłoń powoli przesuwa się w górę mojego ciała, by w końcu zamknąć się na jednej z piersi. Marcel chowa twarz w moich włosach.

– Skąd wiesz, jak mam na imię? – pyta nagle.

Zamieram. Cholera! Przecież on mi się nawet nie przedstawił!

Oczywiście mogę wyjaśnić, że zdaję sobie sprawę, kto jest menedżerem w dziale HC, ale… czy on w ogóle mówił mi, że pracuje w HC?

Myślę gorączkowo, nie potrafię jednak przypomnieć sobie, ile mi o sobie powiedział, a ile wiedziałam już wcześniej. Zdaję sobie sprawę, że jeśli teraz się odezwę, prędzej czy później pogubię się we własnych kłamstwach. Milczę więc, a on interpretuje to na swój sposób.

– Śpisz, Dżas? – pyta nieco ciszej. – Aż tak cię zmęczyłem?

Staram się uspokoić oddech i nieco rozluźnić, choć nadal wpatruję się przed siebie, zastanawiając się, co robić. Marcel tymczasem wzdycha i wysuwa się ze mnie, po czym obdarza kolejnym gorącym pocałunkiem w kark.

Zsuwa się z łóżka; przymykam oczy, gdy słyszę jego kroki w pokoju. Idzie do łazienki – widzę jego tyłek, kiedy dociera do drzwi. Rany, ale on ma tyłek!

Odczekuję tylko sekundę po tym, jak zamyka drzwi. Zeskakuję z łóżka i na oślep szukam moich ciuchów, starając się robić to możliwie bezszelestnie. Ręce mi się trzęsą, gdy myślę o konfrontacji z Marcelem – on nie może się dowiedzieć, że pracuję w jego dziale, bo wtedy bardzo szybko się domyśli, z kim właśnie uprawiał gorący seks. A kiedy się tego dowie, nie będzie chciał nawet na mnie spojrzeć.

Jakieś dwie sekundy zajmuje mi włożenie spodni – oczywiście na goły tyłek, bo moje majtki zostały gdzieś w jego łóżku. Kolejna sekunda – stanik i top. Nawet go nie zapinam, biorę tylko do ręki buty i uciekam z pokoju Marcela, zanim zdąży wyjść z łazienki.

Na szczęście na korytarzu jest pusto. Idąc w kierunku windy, zapinam top i wsuwam buty. Serce wali mi jak szalone, bo cały czas myślę, że on pójdzie za mną, że będzie mnie szukał, nic takiego jednak nie następuje. Dopiero kilka korytarzy dalej pozwalam sobie na ściągnięcie z twarzy maski. Czuję się bez niej bardziej odsłonięta, niż gdy leżałam nago pod Marcelem.

Zatrzymuję się tylko na moment, by przejrzeć się w lustrze wiszącym na ścianie. Moja twarz przykuwa wzrok; wpatruję się w długą bliznę szpecącą policzek. Z każdą sekundą czuję się coraz gorzej. Jestem brzydka. Wyglądam okropnie. Mogłam się przespać z Marcelem, bo tak naprawdę mnie nie widział. Gdybym nie miała maski, nigdy nawet by do mnie nie podszedł.

Co ja sobie właściwie myślałam?

Ten facet nie jest dla ciebie, Amelia, strofuję się, aż w moich oczach wzbierają łzy, a serce zdaje się pękać na pół. Ciesz się tym, co dostałaś, bo więcej nie będziesz miała takich okazji.

W końcu przestaję się torturować swoim widokiem i ruszam dalej. Dopiero pod drzwiami się orientuję, że zgubiłam gdzieś kartę do pokoju.

24 lutego 2020, poniedziałek

– Nareszcie jesteś! Dobrze się czujesz, Melka?

Uśmiecham się sztucznie do siedzącej naprzeciwko Ewy, po czym zajmuję swoje miejsce pod oknem i włączam komputer. Jest ósma dwie, a moje dwuminutowe spóźnienie wynika z faktu, że stałam pod biurem, wahając się, czy wejść do środka. Jestem taką idiotką.

Przecież on i tak mnie nie rozpozna, nawet jeśli na mnie spojrzy. Nie jestem już Dżasminą w seksownym czerwonym stroju. Jestem Amelią w rozciągniętym swetrze i boyfriendach z dziurami na kolanach.

– Świetnie – kłamię. – Przepraszam, że się przeze mnie martwiłaś.

– Kochanie, nie musisz mnie przepraszać. – Ewa potrząsa głową tak energicznie, że jej brązowe włosy przypominające sprężynki kołyszą się na wszystkie strony. – Po prostu miałam wyrzuty sumienia, że beztrosko bawiłam się na imprezie, podczas gdy ty siedziałaś w pokoju i czułaś się na tyle źle, że musiałaś potem wziąć tydzień zwolnienia.

To prawda. Stchórzyłam i poszłam na chorobowe. Na szczęście nasz lekarz nie wymaga wielu dowodów na to, że coś jest nie tak. Zazwyczaj rozmowę z pacjentem zaczyna od pytania „Na ile wypisać zwolnienie?”. Doskonale wie, po co ma gabinet tak blisko naszego biura.

Jestem pewna, że Marcel mnie nie rozpozna, ale i tak czułam się źle z myślą, że miałabym go spotkać od razu po tym, co między nami zaszło. Potrzebowałam tego czasu, żeby poukładać myśli. Jednak teraz, gdy z powrotem jestem w biurze, boję się jeszcze bardziej. Nie chcę, żeby poznał prawdę. Byłby rozczarowany i pewnie miałby do mnie pretensje, że go oszukałam. Nie mogłabym go zresztą za to winić.

Zastanawiałam się nawet nad złożeniem wypowiedzenia, ale nie mogę tego zrobić rodzicom. Opieka nad mamą wymaga sporych nakładów finansowych, więc nie mogę tak po prostu zrezygnować bez wcześniejszego zdobycia innej posady. Wysłałam wprawdzie kilka CV, ale nie dostałam jeszcze żadnej odpowiedzi.

– To nie twoja wina – odpowiadam uspokajająco. – Nie chciałam ci psuć tego wieczoru. Cieszę się, że dobrze się bawiłaś.

Ja też bawiłam się świetnie, zwłaszcza gdy musiałam tłumaczyć hotelowej recepcjonistce, że zgubiłam gdzieś kartę do pokoju. Oczywiście nie obeszło się bez kary finansowej. To było wprost idealne zwieńczenie tamtego wieczoru.

– Ale już wszystko dobrze? – dopytuje Ewa, taksując mnie uważnym spojrzeniem. – Co to właściwie było?

– Grypa. – Przykładam dłoń do ust i markuję kaszel. – Już czuję się lepiej.

Wręcz zajebiście.

Otwieram skrzynkę mailową i biorę się do pracy, szczęśliwa, że koledzy z zespołu zajęli się moimi obowiązkami, gdy byłam nieobecna. Dzięki temu nie mam zbyt dużych zaległości. Przebijam się przez maile, z każdą chwilą coraz bardziej wchodząc w mój zwykły, codzienny kierat. Kiedy zajmuję myśli pracą, nie muszę przynajmniej panikować, że na korytarzu spotkam Marcela. Zresztą on ma własne biuro, rzadko zagląda na nasz open space. Z pewnością mogę zaplanować pracę tak, żeby nie spotykać go przez kolejny rok.

Mój optymistyczny plan chwieje się w posadach, gdy około dziesiątej go dostrzegam. Idzie przez korytarz z kubkiem kawy w ręce, rozglądając się uważnie dookoła. Jak zwykle wygląda świetnie – w dopasowanym granatowym garniturze, białej koszuli i pod krawatem, porusza się zdecydowanie, ale i miękko, w sposób, który sprawia, że odruchowo przypominam sobie tamtą noc w Arłamowie. Czym prędzej odwracam wzrok w stronę monitora, klikam coś bezmyślnie i udaję, że nie dostrzegam ani jego, ani rumieńca pojawiającego się powoli na moich policzkach. Tym razem nie mam maski, żeby go zakryć.

Zresztą nie muszę. Marcel zaraz przejdzie korytarzem obok naszych biurek, nawet mnie nie zauważając, i będę mogła spokojnie wrócić do pracy.

Próbuję się zagłębić w kolejną wiadomość, ale łapię się na tym, że czytam wciąż od nowa tę samą linijkę, z której nic nie rozumiem. Ewa podnosi brew i przez chwilę mam wrażenie, że zauważa moje dziwne zachowanie – zaraz potem jednak kiwa głową, wskazując gdzieś za mnie. Zanim się orientuję, za moimi plecami rozlega się znajomy, lekko zachrypnięty męski głos:

– Czy mail z prośbą o sprawdzenie salda urlopowego naprawdę jest tak absorbujący, że nie dostrzega pani otoczenia?

Drgam gwałtownie, o mało nie przewracając kubka z herbatą prosto na moją klawiaturę. Marcel pochyla się w ostatniej chwili – skubany jest szybki niczym pieprzony wąż! – i chwyta go, po czym odsuwa, stawiając bezpiecznie na blacie. Znajduje się przy tym tak blisko mnie, że czuję jego oddech na policzku.

Zrywam się z fotela i odwracam do niego, słysząc za plecami parsknięcie Ewy. Marcel przygląda mi się bez słowa, spokojnie, i choć jego wzrok na moment koncentruje się na moim oszpeconym policzku, nie zmienia wyrazu twarzy. Dopiero po chwili odsuwa się o krok.

– Zapraszam do mojego gabinetu, pani Amelio – mówi, po czym odwraca się i odchodzi.

Z przerażeniem spoglądam na Ewę, która bezgłośnie pyta: „Co zrobiłaś?”. Rozkładam ręce, na co wzrusza ramionami – na tym kończy się nasza konspiracja, bo Marcel odwraca się i dodaje, nawet się nie zatrzymując:

– Chodźmy. Nie mam całego dnia.

W końcu niechętnie ruszam za nim, chociaż czuję się tak, jakbym szła na ścięcie. Serce znowu wali mi jak szalone, gdy przez moją głowę przebiega tylko jedna myśl. On wie, on wie, on wie! Ale skąd? Nie powinien wiedzieć!

Gabinet Marcela jest położony w rogu budynku, dzięki czemu okna wychodzą na dwie strony świata, prezentując piękny widok na panoramę Krakowa. Nie zwracam na to jednak większej uwagi, gdy wchodzę do środka i zamykam za sobą drzwi.

Spodziewam się, że usiądzie za biurkiem, on jednak nie robi nic takiego. Podchodzi do niego, przysiada na blacie, rozpinając jednocześnie marynarkę, po czym zakłada ramiona na piersi i patrzy na mnie taksująco, nieodgadnionym spojrzeniem, w którym nie potrafię rozpoznać żadnych emocji. Wskazuje, żebym podeszła bliżej, więc niepewnie robię krok w jego kierunku.

– Dlaczego… – zaczynam, ale przerywa mi:

– Myślę, że wiesz dlaczego. – A więc nagle jesteśmy na ty?

Mrugam i potrząsam głową, grając idiotkę, chociaż mam już pewność, że mnie rozpoznał. Nie wiem, w jaki sposób, ale on wie. I sądząc po tym, jak zaciska szczęki, jest wkurzony.

No jasne. Gdyby nie mój podstęp, nigdy by się ze mną nie przespał.

– Nadal nic? – prycha. – To może numerek sto dwadzieścia cztery coś ci powie?

No tak. Znalazł moją kartę do pokoju hotelowego. Pewnie dowiedział się na recepcji, kto go wynajmuje, i w ten prosty sposób poznał moje nazwisko.

Świetnie. Jestem jak pieprzony Kopciuszek, który dał się przelecieć księciu, ale zamiast pantofelka zgubił kartę do pokoju hotelowego!

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – odpowiadam uparcie.

Marcel przewraca oczami.

– Daruj sobie, Dżas – mówi ze złością. – Pamiętam twój głos. Pamiętam twoje włosy. Pamiętam, jak krzyczałaś moje imię, dochodząc. Prześladuje mnie to od ponad tygodnia. Więc po prostu, kurwa, daruj sobie!

Naprawdę jest wściekły. Powinnam coś z tym zrobić.

– Przepraszam.

Na Marcelu jednak chyba nie robi to wrażenia.

– Przepraszasz? – powtarza z niedowierzaniem. – Oszukałaś mnie. Wiesz, jakie to może mieć konsekwencje?

Jakie? Wszyscy się dowiedzą, że ich menedżer przespał się z dziewczyną z blizną na twarzy? Będzie mu głupio? Będzie się wstydził?

Na tę myśl coś ściska mnie za gardło. Nie będziesz płakać, upominam się. Nie będziesz, kurwa, płakać!

– Nikomu o niczym nie powiem – obiecuję, choć przychodzi mi to z trudem. – Możemy zapomnieć, że cokolwiek między nami się zdarzyło.

Marcel odrywa się od biurka i rusza w moją stronę. To tak niespodziewane, a do tego przygląda mi się tak natarczywie, że odruchowo cofam się o krok, dwa, aż wpadam na drzwi jego gabinetu. W kilka sekund jest przy mnie. Zamyka mnie między swoimi ramionami. Z takiej odległości znowu czuję jego oszałamiający zapach. Jezu… Mam ochotę go pocałować.

Chyba naprawdę zwariowałam. Przecież teraz, kiedy nie mam na twarzy maski, jemu nawet nie przeszłoby to przez głowę!

– Myślisz, że nie próbowałem o tym zapomnieć? – warczy, nachylając się nade mną. Czuję jego oddech na skroni i krew burzy się we mnie od tej bliskości. – Codziennie od tamtego dnia próbuję o tym nie myśleć. Próbuję rano, kiedy budzę się z erekcją, i potem, kiedy biorę prysznic. Próbuję w pracy, gdy wpatruję się w twoje puste biurko, i kiedy jadę do domu. Próbuję też, kiedy kładę się do łóżka. Cały czas próbuję i jakoś mi nie wychodzi.

Mimowolnie rozchylam usta w zdziwieniu. O czym on właściwie mówi?

– Nie rozumiem – przyznaję w końcu nieco pewniejszym głosem. – Przecież już wiedziałeś, że to ja…

– Och, zorientowałem się dopiero rano, bo inaczej użyłbym tego klucza w twoim pokoju i od razu się z tobą skonfrontował – prycha. – Było za ciemno i nie zauważyłem, że ci wypadł. A rano, kiedy znalazłem twój pokój, ciebie już nie było. Jedynkę, swoją drogą, co oznacza, że od początku chciałaś ode mnie uciec.

Oczywiście, że mnie nie było. Nie mogłam spać i wróciłam do Krakowa pierwszym busem, który o siódmej rano podstawiła pod hotel moja korporacja.

– To może lepiej byłoby udawać, że nie wiesz? – odpowiadam ze złością. – Jesteś aż tak urażony tym, że sobie poszłam? I co teraz, w zemście mnie zwolnisz?

– Nie zamierzam cię zwalniać, na litość boską. – Marcel z niedowierzaniem kręci głową. – Ale owszem, chciałbym wiedzieć, dlaczego wtedy wyszłaś.

Przewracam oczami.

– Bo kazałbyś mi w końcu zdjąć tę głupią maskę i zorientowałbyś się, że cię okłamałam!

Wstrzymuję oddech, kiedy kładzie mi dłonie na talii. Jestem zaskoczona tym faktem, bo nie spodziewałam się, że w ogóle mnie dotknie. Nadal mnie do niego ciągnie, ale próbuję wziąć się w garść i powstrzymać chęć wplecenia mu palców we włosy. Z pewnością by sobie tego nie życzył.

– Trzeba było spróbować powiedzieć mi prawdę zaraz po seksie. Byłbym milszy niż po ponad tygodniu wyobrażania sobie ciebie pod prysznicem – odpowiada, a mnie znowu brakuje języka w gębie.

On nie może mówić poważnie. Wyobraża sobie Dżas, seksowną dziewczynę z maską na twarzy, a nie Amelię z blizną na policzku. Przecież to oczywiste!

– Dlaczego to zrobiłaś? – pyta po chwili, już nieco spokojniej. – Mogłaś przecież powiedzieć mi prawdę.

– Wtedy nie wziąłbyś mnie do łóżka – wyrywa się ze mnie. – A ja naprawdę tego chciałam.

Drgam, kiedy Marcel wsuwa dłonie pod mój sweter. Pod wpływem dotyku jego palców na nagiej skórze mój oddech staje się cięższy. Porusza się powoli, jakby dawał mi czas na reakcję, ale nie reaguję. Nie chcę.

– Nic by mnie nie powstrzymało – zapewnia mnie.

Parskam nerwowym śmiechem. Absolutnie mu nie wierzę.

– Och, daj spokój. Wystarczyłoby, żebym zdjęła maskę.

Marcel marszczy brwi. Przygląda mi się tak intensywnie, że muszę zamrugać.

– Przecież nie o tym mówię – odpowiada tak, jakby to było oczywiste. – Skłamałaś, że nie pracujesz w dziale HC. Pieprzyłem się z moją podwładną. Nieważne, że zrobiliśmy to po godzinach pracy. To nie jest…

– Przestań udawać, że to jest najważniejsze! – przerywam mu ze wzburzeniem. – Gdybym nie miała maski na twarzy, nie zabrałbyś mnie do swojego pokoju. Prawda?

Waha się przez chwilę.

– Prawda – przyznaje w końcu, a ja czuję się tak, jakby ktoś kopnął mnie prosto w żołądek. – Przecież wiem, że pracujesz w moim dziale. Nigdy z tobą nie rozmawiałem, bo ilekroć chciałem podejść, żeby się przywitać, ty uciekałaś. W końcu więc dałem sobie spokój. Ale widuję cię codziennie.

– Nie o tym mówię! – Mam ochotę go uderzyć. On naprawdę zamierza udawać, że to nie ma znaczenia?! – Mam na myśli to, jak wyglądam. Nawet byś na mnie nie spojrzał, gdybym nie miała maski. Więc nie mogłam ci powiedzieć, że jestem z twojego działu, bo znasz tu wszystkich i zaraz domyśliłbyś się, że jestem dziewczyną z blizną na twarzy. – Rozpędzam się i nie zważam na dezorientację, jaką widzę w jego oczach. – Przepraszam, że ci nie powiedziałam, ale nie żałuję tego. Nie jestem tylko moją twarzą i doskonale się o tym przekonałeś, więc nie wściekaj się teraz, że…

Marcel całuje mnie, zanim zdążę dokończyć. Tak po prostu – nachyla się, chwyta moją twarz w dłonie i zamyka mi usta pocałunkiem, wsuwając język między moje wargi. W końcu realizuję moje marzenie o wpleceniu mu palców we włosy; przyciągam go do siebie bliżej, aż przyszpila mnie biodrami do drzwi. Całujemy się zachłannie, głęboko, nasze oddechy się mieszają, a Marcel chwyta mnie za włosy i odchyla nieco moją głowę, żeby dać sobie lepszy dostęp.

Nie chcę się do tego przyznać, ale tęskniłam za nim przez ten tydzień, który spędziłam na zwolnieniu lekarskim. Wiem, że to głupie, ale nic na to nie poradzę. Dlatego kiedy Marcel się do mnie zbliża, nie waham się ani sekundy. Nie mam wątpliwości i nie kwestionuję tego. Biorę, co mi daje.

– Czy teraz też myślisz, że chodzi o twoją bliznę? – dyszy, kiedy w końcu się ode mnie odrywa.

Spoglądam na niego półprzytomnie i ze zdziwieniem stwierdzam, że patrzy na mnie dokładnie tak jak wtedy. Jak w Arłamowie, gdy byłam Dżas, miałam zasłoniętą twarz i odsłonięty brzuch. Świadomość tego mnie elektryzuje. Drgam, kiedy Marcel przesuwa kciukiem po mojej bliźnie.

– Nie obchodzi mnie to – zapewnia poważnie, na co kręcę głową z niedowierzaniem. – Ale jesteś moją podwładną i powinnaś była mi powiedzieć. Pokazać twarz i zostać ze mną na noc…

– Marcel, nie jestem idiotką – przerywam mu stanowczo. – Mężczyźni tak po prostu się na mnie nie rzucają. Zrozum, ja… się wstydziłam. Nie chciałam, żebyś patrzył na mnie tak jak inni, dlatego przed tobą uciekałam. Tak już mam. Wolę się wycofać, niż usłyszeć, jak okropnie wyglądam. A w Arłamowie… Mogłam być tym, kim chciałam. Mogłam uwodzić i być uwodzoną. Nie mogłam zdjąć maski, bo wtedy czar by prysł.

Serce wali mi jak szalone, gdy Marcel przesuwa palcami po mojej bliźnie, lekko, pieszczotliwie, równocześnie cały czas wpatrując mi się w oczy.

– Nie chodzi o to, że dzięki masce miałaś zasłoniętą bliznę – odpowiada chrapliwie. – Chodzi o to, że dzięki niej czułaś się pewnie, tak jak powinnaś czuć się na co dzień. Byłaś taka seksowna, bo pewna siebie. Powiedziałem ci wtedy, że jesteś piękna, i nadal tak uważam. Tylko… musisz sobie pozwolić w to uwierzyć.

Milczę, z niedowierzaniem rozchylając wargi. Czuję przyciskające się do mnie biodra Marcela i wiem, że jest podniecony; widzę jego roziskrzone spojrzenie, zauważam sposób, w jaki spuszcza wzrok na moje wargi, gdy je oblizuję. Ja naprawdę mu się podobam i to jest całkowicie niedorzeczne.

– Ktoś cię namówił, żebyś to powiedział? To jakiś zakład? – pytam defensywnie.

Kręci głową.

– Oczywiście, że nie – zapewnia. – To mi nie przeszkadza, Amelio. Bardziej przeszkadza mi fakt, że pracujesz w moim dziale… Ale jakoś to rozwiążemy. Jeśli tylko będziesz chciała.

Jeśli tylko będę chciała? On chyba oszalał.

Nie sądziłam, że to będzie takie proste!

Marcel przesuwa dłonie w dół mojego ciała, chwyta mnie za pośladki i podnosi. Odruchowo obejmuję go udami, pozwalając, by przyszpilił mnie do drzwi. Pochyla się nade mną i znowu mnie całuje, a ja chwytam go mocno za szyję. Wydaje się, jakby jego ruchliwe dłonie były wszędzie. Gdy rozpinają mój biustonosz, dyszę pomiędzy jego pocałunkami:

– Marcel… Jesteśmy… w biurze…

– Nikt tu nie wejdzie – zapewnia mnie uspokajająco. – A to dopiero początek, Amelio. Wieczorem chcę cię widzieć w moim mieszkaniu. I w moim łóżku.

– Czy to polecenie służbowe? – droczę się z nim.

Śmieje się prosto w moje usta.

– Możesz tak to potraktować. Ale najpierw pójdziemy na kolację. A teraz przelecę cię w moim gabinecie, bo czekałem na to już zbyt długo.

Nie zamierzam więcej protestować. Pozwalam mu się pocałować, pieścić gorączkowo i odwdzięczam się tym samym. Nie chcę myśleć o tym, co będzie później, bo liczy się tylko tu i teraz. Liczą się tylko: Marcel, jego gorący dotyk, jego miękkie usta i fakt, że wciąż mnie chce. Że patrzy na mnie jak na kobietę, której należy pożądać, że jest mu bez różnicy, czy mam na sobie maskę.

Pewności siebie muszę się nauczyć sama, ale może to dobry pierwszy krok.

Może dla niego nigdy nie byłam Dżasminą. Może zawsze byłam Amelią.

Tą prawdziwą.

Anna Bellon

W rytmie

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Gdy opadną maski | Ludka Skrzydlewska
W rytmie | Anna Bellon
Tester | Michał Gołkowski
Kierunek: | Gabriela L. Orione
Pech to moje drugie imię… | Alicja Skirgajłło
Duch minionych walentynek | Agata Czykierda-Grabowska
Przewrotny los | Riva Scott
Marzenie Anny | Monika Skabara
Wyśniony | Nana Bekher
Gorąca linia | Vi Keeland i Penelope Ward
Karta redakcyjna

Redaktorka prowadząca: Ewelina Kapelewska

Wydawczynie: Milena Buszkiewicz, Joanna Pawłowska

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Zyszczak.pl Paulina Zyszczak

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © Roman Samborskyi; © Miloje / Shutterstock.com

Gdy opadną maski © 2021 by Ludka Skrzydlewska

W rytmie © 2021 by Anna Bellon

Tester © 2021 by Michał Gołkowski

Kierunek: miłość © 2021 by Gabriela L. Orione

Pech to moje drugie imię © 2021 by Alicja Skirgajłło

Duch minionych walentynek © 2021 by Agata Czykierda-Grabowska

Przewrotny los © 2021 by Riva Scott

Marzenie Anny © 2021 by Monika Skabara

Wyśniony © 2021 by Nana Bekher

Gorąca linia © 2020 FOR A GOOD TIME CALL by Vi Keeland & Penelope Ward

Copyright © 2021, Niegrzeczne Książki an imprint

of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © 2021 for the Polish edition by Niegrzeczne Książki

an imprint of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright FOR A GOOD TIME CALL © for the Polish translation

by Edyta Świerczyńska, 2021

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2021

ISBN 978-83-66815-47-6

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek