Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ktoś mówi: „Świetnie wyglądasz”, a ty natychmiast odpowiadasz, że to tylko dobre światło. Szef chwali twoją prezentację, więc czym prędzej tłumaczysz, że właściwie zrobił ją cały zespół, komputer i korzystny układ planet. Partner mówi, że jest z ciebie dumny, a ty informujesz go, że jeszcze nie ma z czego.
Jeśli zwykłe „dziękuję” po komplemencie wydaje ci się podejrzanie aroganckie, ta książka jest właśnie o tym.
„Nie umiem przyjmować komplementów” to praktyczny, konkretny i mocno humorystyczny poradnik o tym, dlaczego tak wiele osób bez problemu wierzy w krytykę, ale każdą pochwałę traktuje jak informację wymagającą natychmiastowego sprostowania.
Max Paradox pokazuje, skąd bierze się automatyczne umniejszanie własnych osiągnięć, dlaczego skromność nie oznacza obowiązku publicznego obniżania swojej wartości oraz jak odróżnić zdrowy dystans do siebie od stałego sabotowania pozytywnych informacji.
W książce znajdziesz konkretne sposoby na to, jak:
• odpowiadać na komplementy bez tłumaczenia się,
• przestać automatycznie dodawać „ale”,
• przyjmować pochwały dotyczące wyglądu, pracy i charakteru,
• nie oddawać całej zasługi przypadkowi albo innym ludziom,
• reagować na komplementy, w które sam nie wierzysz,
• zachować humor bez robienia z siebie worka treningowego,
• przyjmować pochwały w pracy bez umniejszania własnych kompetencji,
• stawiać granice, kiedy komentarz jest niechciany,
• przestać potrzebować cudzej aprobaty do uznania własnego sukcesu,
• szybko zauważyć, kiedy wraca stary odruch.
Nie znajdziesz tu afirmacji przed lustrem, nakazu „pokochaj siebie” ani siedmiodniowego rytuału budowania pewności siebie przy świecy o zapachu sukcesu.
Znajdziesz za to normalne rozmowy, sytuacje z pracy, relacji i codziennego życia oraz rozwiązania, których można użyć od razu.
Bo czasem naprawdę nie potrzebujesz głębokiej przemiany osobowości.
Potrzebujesz nauczyć się, że kiedy ktoś mówi:
„Dobra robota”,
nie musisz natychmiast odpowiadać:
„No bez przesady.”
Możesz powiedzieć:
„Dziękuję.”
I nic złego się nie wydarzy.
Prawdopodobnie.
Publikacja została przygotowana z wykorzystaniem narzędzi wspomagających proces twórczy, w tym rozwiązań opartych o sztuczną inteligencję. Ostateczna koncepcja, struktura i redakcja należą do autora.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 128
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ktoś mówi ci: „Świetnie dziś wyglądasz”. Normalny człowiek podobno odpowiada: „Dziękuję”. Ty jednak nie należysz w tej chwili do normalnych ludzi. W ciągu pół sekundy uruchamiasz procedurę obronną. „Co ty, włosy mam tragiczne, ta koszula jest stara, a poza tym prawie nie spałem”. Osoba, która przed chwilą chciała powiedzieć ci coś miłego, dowiaduje się właśnie, że fatalnie ocenia rzeczywistość. Ty natomiast możesz odetchnąć. Komplement został skutecznie unieszkodliwiony.
Nie było łatwo, ale kryzys zażegnany.
Inna sytuacja. Szef mówi: „Bardzo dobra prezentacja”. Zamiast przyjąć informację, zaczynasz składać raport z okoliczności łagodzących. „No wiesz, Paweł mi pomógł z danymi, Kasia zrobiła wykresy, ja właściwie tylko to zebrałem, a slajd trzeci trochę mi nie wyszedł”. Po trzydziestu sekundach człowiek, który właśnie pochwalił twoją pracę, zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem rzeczywiście nie przecenił twojego udziału. Jeśli będziesz odpowiednio wytrwały, być może uda ci się nawet przekonać go, że prezentację wykonał przypadkowy przechodzień, a ty jedynie trzymałeś laptopa.
Komplementy bywają zaskakująco niewygodne. Krytyka? Proszę bardzo. Krytykę można analizować godzinami. Jedno lekko uniesione „hmm” podczas spotkania wystarczy, żeby wieczorem odtworzyć całą rozmowę w jakości 4K, z komentarzem reżyserskim i trzema alternatywnymi zakończeniami. Ale pochwała? Tu nagle system nie wie, co robić. „Jesteś świetny w tym, co robisz” trafia do głowy jak przesyłka bez adresata. Mózg obraca ją chwilę w rękach, po czym uznaje: podejrzane.
I właśnie dlatego wiele osób przyjmuje komplement mniej więcej tak, jak kot przyjmuje tabletkę.
Najpierw opór. Potem próba ucieczki. Na końcu wszyscy są zmęczeni.
Problem nie polega zwykle na tym, że nie rozumiesz znaczenia słowa „dziękuję”. Prawdopodobnie używasz go codziennie. Ktoś podaje ci kawę — dziękuję. Kurier wręcza paczkę — dziękuję. Człowiek przytrzymuje drzwi — dziękuję. Nikt nie musi organizować trzydniowych warsztatów pod hasłem „Wdzięczność w praktyce”. Sytuacja komplikuje się dopiero wtedy, gdy dobre słowo dotyczy bezpośrednio ciebie. Nagle proste „dziękuję” zaczyna brzmieć we własnej głowie jak: „Tak, wiem. Jestem niezwykły. Proszę ustawić się w kolejce po autograf”.
Więc się bronisz. Umniejszasz. Żartujesz z siebie. Odbijasz piłeczkę. „Ładnie wyglądasz.” — „Ty chyba potrzebujesz okularów.” „Dobra robota.” — „Przypadkiem wyszło.” „Masz świetne mieszkanie.” — „Tylko nie patrz na listwy za kanapą.” Komplement dostaje około czterech sekund życia, zanim udowodnisz wszystkim obecnym, że pojawił się wskutek błędu pomiarowego.
Czasem robimy to z fałszywie pojętej skromności. Chcemy uniknąć wrażenia, że jesteśmy zarozumiali, więc wybieramy drugi koniec skali i zaczynamy aktywnie przekonywać świat, że właściwie nie ma czego chwalić. Jakby istniały tylko dwie możliwości: albo na komplement odpowiadasz „dzięki”, albo wspinasz się na stół i ogłaszasz, że od dziś należy zwracać się do ciebie „Wasza Doskonałość”.
Na szczęście istnieje jeszcze środek.
Możesz uważać, że zrobiłeś coś dobrze, i nadal nie być nieznośnym człowiekiem. Możesz wiedzieć, że dobrze wyglądasz, bez zamawiania własnego pomnika. Możesz przyjąć pochwałę za projekt, nawet jeśli ktoś ci pomógł. Możesz usłyszeć „jesteś świetnym rodzicem”, „dobrze sobie z tym poradziłeś”, „masz talent”, „świetnie to powiedziałaś”, „ładnie dziś wyglądasz” i nie rozpoczynać natychmiast śledztwa mającego wykazać, że osoba chwaląca została wprowadzona w błąd.
To wydaje się drobiazgiem, ale sposób przyjmowania komplementów potrafi powiedzieć sporo o tym, jak traktujemy samych siebie. Jeśli każdą pozytywną informację musisz natychmiast pomniejszyć, wyjaśnić, podważyć albo obrócić w żart, trudno będzie ci zbudować realistyczny obraz własnych mocnych stron. Krytyczne dane przyjmujesz bez kontroli granicznej. Pozytywne zatrzymujesz na lotnisku i pytasz, czy mają ważną wizę.
Nie chodzi przy tym o przechodzenie na drugą stronę barykady i rozpoczęcie codziennego rytuału przed lustrem: „Rafale, jesteś drapieżnikiem sukcesu, ludzie czują twoją energię, a gospodarka rośnie, kiedy wchodzisz do pokoju”. Spokojnie. Nie będziemy budować poczucia własnej wartości metodą reklamy suplementu diety. Chodzi o znacznie mniej spektakularną umiejętność: nauczyć się tolerować fakt, że ktoś może powiedzieć o tobie coś dobrego, a ty nie musisz natychmiast tego unieważniać.
W tej książce zajmiemy się właśnie tym dziwnym odruchem, który każe człowiekowi dostać prezent i natychmiast próbować go zwrócić. Zobaczymy, dlaczego komplement może wywoływać skrępowanie, dlaczego samokrytyka bywa społecznie wygodniejsza niż zwykłe uznanie własnej wartości oraz skąd bierze się przekonanie, że przyjęcie pochwały automatycznie oznacza brak skromności. Przyjrzymy się też temu, co dzieje się w rozmowie, kiedy nieustannie odrzucasz dobre słowa — bo czasem wydaje ci się, że okazujesz pokorę, podczas gdy druga osoba słyszy: „Twoja opinia jest błędna i zaraz ci to szczegółowo wyjaśnię”.
Będzie też konkretnie. Nauczysz się reagować na zwykłe komplementy bez robienia z tego ceremonii wręczenia Oscara. Zobaczysz, co powiedzieć, kiedy pochwała naprawdę cię krępuje, jak przyjmować uznanie w pracy, jak nie odbierać sobie zasług tylko dlatego, że inni również mieli udział w sukcesie i jak reagować wtedy, gdy ktoś komplementuje cechę, z którą sam masz trudną relację. Będzie też miejsce na sytuacje bardziej skomplikowane: komplementy przesadzone, niezręczne, dwuznaczne albo takie, które wcale nie brzmią jak prezent.
Bo „świetnie wyglądasz jak na swój wiek” nie jest dokładnie tym samym produktem co „świetnie wyglądasz”.
Opakowanie podobne. Skład trochę gorszy.
Nie będziemy próbować zamienić cię w człowieka, który po każdym miłym zdaniu uśmiecha się jak ambasador luksusowej marki zegarków. Nie chodzi o pozowanie do życia. Chodzi o to, żeby twoja pierwsza reakcja na uznanie nie polegała automatycznie na samoponiżeniu. Żebyś potrafił powiedzieć: „Dziękuję, miło mi”, i przeżyć kolejne pięć sekund bez dopowiedzenia: „Ale tak naprawdę to nic wielkiego”.
Na początku może być dziwnie. Możesz czuć, że jesteś nienaturalny, zarozumiały albo że rozmówca oczekuje jeszcze jakiegoś wyjaśnienia. Nie oczekuje. Najczęściej powiedział coś miłego i chciał, żebyś to usłyszał. To wszystko. Nie trzeba przedstawiać kontrargumentów, świadków ani opinii biegłego.
Masz prawo przyjąć dobrą opinię o sobie bez składania apelacji.
I właśnie tego będziemy się uczyć.
Koleżanka patrzy na ciebie i mówi: „Naprawdę świetnie ci w tej marynarce”. Sytuacja powinna być prosta. Dwa słowa, lekki uśmiech, koniec transmisji. Tymczasem twoja głowa zachowuje się tak, jakby właśnie poproszono cię o ustne wyjaśnienie budżetu państwa bez wcześniejszego przygotowania. „Eee, stara jest. Kupiłem na wyprzedaży. W ogóle trochę za ciasna. Z tyłu chyba źle leży”.
Gratulacje. W trzy sekundy udało ci się przeprowadzić pełny audyt marynarki.
To ciekawe, bo komplement sam w sobie nie stawia przed tobą żadnego zadania. Nie musisz go naprawiać, rozwijać ani zasłużyć na niego w czasie rzeczywistym. Ktoś przekazuje ci pozytywną opinię. Tyle. A jednak wiele osób odczuwa wtedy niewygodę, która domaga się natychmiastowego działania. Trzeba coś powiedzieć. Wyjaśnić. Pomniejszyć. Odbić. Cokolwiek, byle nie pozostać przez chwilę z prostym faktem, że ktoś właśnie dobrze cię ocenił.
Dlaczego?
Jednym z powodów jest konflikt pomiędzy tym, co słyszysz, a tym, co sam o sobie myślisz. Jeżeli masz w głowie obraz siebie jako osoby przeciętnej w pracy, a ktoś mówi: „Masz naprawdę talent do prowadzenia zespołu”, pojawia się zgrzyt. Informacja nie pasuje do istniejącej dokumentacji. Mózg ma wtedy dwa wyjścia: poprawić trochę własny obraz siebie albo uznać, że rozmówca najwyraźniej nie zna wszystkich faktów.
Drugie rozwiązanie jest często szybsze.
„Gdyby wiedział, jak często improwizuję, nie mówiłby tego.”
„Gdyby widziała mnie rano, nie powiedziałaby, że dobrze wyglądam.”
„Gdyby wiedzieli, ile razy poprawiałem ten raport, nie chwaliliby mnie za kompetencje.”
To trochę tak, jakbyś posiadał tajne archiwum kompromitujących materiałów na własny temat i uważał, że każdy komplement wynika wyłącznie z tego, że pozostali ludzie nie dostali jeszcze dostępu do folderu.
Ty masz dostęp administratora.
Oni widzą tylko wersję publiczną.
Problem polega na tym, że twoja wersja „pełna” niekoniecznie jest bardziej obiektywna. Znasz wszystkie swoje wahania, pomyłki, gorsze dni, nieudane próby, teksty napisane i skasowane, spotkania, podczas których przez dwadzieścia minut udawałeś, że wiesz, dokąd zmierza dyskusja. Innych ludzi oceniasz głównie po rezultatach. Siebie — również po kulisach.
Widzisz kogoś, kto wygłosił świetną prezentację, i myślisz: „Ale jest dobry”. Wygłaszasz świetną prezentację i myślisz: „Gdyby widzieli mnie wczoraj o 23:40, jak przesuwałem ten sam wykres o dwa piksele w lewo i zastanawiałem się nad sensem życia, byliby mniej zachwyceni”.
Nie byliby.
Najwyżej zapytaliby, dlaczego przesuwałeś go o dwa piksele.
Dochodzi jeszcze kwestia wychowania i norm społecznych. Wielu z nas od małego słyszało, że nie należy się chwalić, zadzierać nosa ani uważać za lepszego. Sama zasada jest rozsądna. Problem zaczyna się wtedy, gdy „nie wywyższaj się” zamienia się w „nigdy nie przyznawaj, że zrobiłeś coś dobrze”. Skromność zostaje pomylona z obowiązkiem natychmiastowego umniejszania wszystkiego, co mogłoby wskazywać na jakąkolwiek wartość.
Dostałeś piątkę?
„Test był łatwy.”
Awansowałeś?
„Miałem szczęście.”
Ktoś chwali twoje mieszkanie?
„Jeszcze trzeba zrobić łazienkę.”
Wygrałeś maraton?
„Trasa była właściwie z górki.”
Przy odpowiednim zaangażowaniu możesz doprowadzić do sytuacji, w której zdobycie Nagrody Nobla skomentujesz słowami: „No, akurat w tym roku konkurencja chyba była słabsza”.
Skromność nie wymaga jednak fałszowania rzeczywistości. Możesz powiedzieć: „Dziękuję, dużo nad tym pracowałem” i nie stajesz się przez to narcyzem. Możesz przyznać, że coś ci wyszło, bez drukowania wizytówek z napisem „człowiek sukcesu”. Możesz nawet być z siebie zadowolony. Żadna międzynarodowa komisja do spraw pokory nie odbierze ci certyfikatu przyzwoitego człowieka.
Inny mechanizm jest bardziej subtelny: umniejszanie komplementu daje poczucie bezpieczeństwa. Jeśli sam szybko powiesz o sobie coś negatywnego, inni nie zdążą zrobić tego pierwsi. To rodzaj prewencyjnego ataku na własną reputację.
„Świetne zdjęcie.”
„Ta, tylko światło dobre.”
W ten sposób zabezpieczasz się przed hipotetycznym scenariuszem, w którym rozmówca miałby nagle odpowiedzieć: „Rzeczywiście, po dokładniejszym przyjrzeniu się odwołuję komplement”.
Co, nawiasem mówiąc, dzieje się niezwykle rzadko.
Wyobraź sobie taką rozmowę:
— Świetnie wyglądasz.
— Dziękuję.
— Chwileczkę. Przyjąłeś komplement bez umniejszenia sobie?
— Tak.
— W takim razie wycofuję. Popełniłem błąd.
Raczej nie.
Odruch odrzucania pochwały często działa automatycznie. Nie planujesz go. Nie wstajesz rano z postanowieniem: „Dzisiaj przy pierwszej okazji skutecznie podważę każdą pozytywną opinię na swój temat”. Po prostu wypracowałeś odpowiedź, która pojawia się szybciej niż refleksja.
I to jest dobra wiadomość.
Skoro to nawyk, można go zmienić.
Najpierw warto rozpoznać swoje najczęstsze strategie. Zwykle powtarzamy kilka tych samych.
Pierwsza to umniejszenie.
„Świetnie ci poszło.”
„E tam, nic takiego.”
Druga to przeniesienie całej zasługi.
„Naprawdę dobry projekt.”
„To właściwie wszystko Marta.”
Nawet jeśli Marta dostarczyła trzy liczby w Excelu i powiedziała: „Zrób z tym coś”.
Trzecia to kontratak na siebie.
„Ładnie wyglądasz.”
„Tylko dopóki nie zdejmę kurtki.”
Czwarta to natychmiastowe oddanie komplementu.
„Masz świetne włosy.”
„Ty też!”
Nie ma nic złego w odwzajemnianiu życzliwości, ale jeśli robisz to automatycznie, komplement zaczyna przypominać gorącego ziemniaka. Dostałeś — szybko oddaj, zanim zacznie parzyć.
Piąta strategia to przesłuchanie rozmówcy.
„Naprawdę tak uważasz?”
„Serio?”
„Nie mówisz tego tylko dlatego, że jesteśmy znajomymi?”
Jeśli ktoś jest szczególnie cierpliwy, możesz poprosić jeszcze o pisemne uzasadnienie w trzech egzemplarzach.
Pierwszym praktycznym krokiem nie jest więc nauczenie się idealnej odpowiedzi. Jest nim zauważenie własnego automatu. Przez kilka najbliższych sytuacji nie próbuj niczego naprawiać na siłę. Złap moment, w którym pojawia się potrzeba wyjaśnienia komplementu.
Ktoś mówi coś miłego.
Co pojawia się w głowie jako pierwsze?
„Muszę zaprzeczyć”?
„Przesadza”?
„Nie zna prawdy”?
„Teraz wyjdę na zarozumiałego”?
„Trzeba powiedzieć coś miłego o nim”?
Samo zauważenie tej reakcji daje ci kilka dodatkowych sekund. A kilka sekund to już luksus. Większość katastrof komplementowych wydarza się w pierwszych dwóch.
Następnie zastosuj najprostszą możliwą metodę: nie poprawiaj cudzej pozytywnej opinii o sobie.
Nie musisz jej potwierdzać.
Nie musisz w nią wierzyć.
Nie musisz od razu poczuć głębokiej samoakceptacji.
Masz tylko nie prowadzić natychmiastowej kampanii przeciwko niej.
Jeżeli ktoś mówi: „Świetnie dziś wyglądasz”, wystarczy:
„Dziękuję.”
Możesz dodać:
„Miło mi.”
Albo:
„Dzięki, fajnie to usłyszeć.”
Koniec.
Nie musisz uzupełniać:
„…ale światło tutaj robi robotę.”
Nie.
Światło poradzi sobie bez rzecznika prasowego.
Jeśli samo „dziękuję” brzmi dla ciebie sztucznie, użyj wersji przejściowej: „Dziękuję, miło że tak mówisz”. To dobra odpowiedź, bo nie wymaga od ciebie pełnego przyjęcia oceny. Nie mówisz: „Tak, jestem wybitny”. Przyjmujesz po prostu intencję drugiej osoby.
To ważna różnica.
Możesz nie uważać, że wyglądasz wyjątkowo dobrze, a mimo to docenić, że ktoś chciał powiedzieć ci coś miłego. Możesz mieć zastrzeżenia do własnej pracy i jednocześnie przyjąć, że ktoś zauważył jej mocne strony. Komplement nie jest wyrokiem sądu. Nie trzeba ustalać obiektywnej prawdy ponad wszelką wątpliwość.
To informacja od człowieka.
Czasem po prostu ją przyjmij.
Jeśli dziś masz energię mniej więcej na poziomie ziemniaka, twoje zadanie jest jeszcze prostsze: przy następnym komplementcie nie dodawaj zdania zaczynającego się od „ale”.
„Świetnie zrobiłeś ten raport.”
„Dzięki.”
Nie:
„Dzięki, ale…”
Właśnie to „ale” jest często małym przyciskiem kasującym wszystko, co wydarzyło się wcześniej.
„Dziękuję, ale to nic wielkiego.”
„Dziękuję, ale miałem szczęście.”
„Dziękuję, ale każdy by to zrobił.”
Naprawdę każdy?
Sprawdzałeś?
Przeprowadziłeś badanie na reprezentatywnej próbie?
Jeżeli nie, pozostawmy „każdego” w spokoju.
Na tym etapie nie musisz jeszcze kochać komplementów. Wystarczy przestać je natychmiast demolować. Potraktuj „dziękuję” nie jako zgodę na twierdzenie, że jesteś najwspanialszym stworzeniem chodzącym po Ziemi, ale jako zwykłe przyjęcie czyjejś życzliwości.
To pierwszy krok.
I jest podejrzanie krótki.
Na firmowym spotkaniu kończysz prowadzić trudny projekt. Wynik jest dobry, klient zadowolony, termin dotrzymany, nikt nie uciekł do lasu. Dyrektor mówi przy kilku osobach: „Świetnie to poprowadziłeś”. Odpowiadasz: „To zasługa całego zespołu”.
Brzmi dobrze.
I często rzeczywiście jest dobrą odpowiedzią.
Problem zaczyna się chwilę później.
„Ja właściwie niewiele zrobiłem.”
Nieprawda.
„Oni wykonali całą pracę.”
Też nie.
„Miałem po prostu szczęście.”
Oczywiście. Projekt najwyraźniej sam się zarządzał, terminy przypadkiem się zgadzały, konflikty rozwiązały się dzięki korzystnemu ustawieniu planet, a ty byłeś tam tylko dekoracyjnie.
Witamy w przedziwnym miejscu, w którym skromność przestaje być eleganckim uznaniem roli innych ludzi, a zaczyna przypominać fałszowanie protokołu.
Skromność ma dobrą reputację i słusznie. Nikt nie marzy o pracy z człowiekiem, który po wspólnym sukcesie wchodzi do pokoju i mówi: „Tak, zespół też trochę pomógł”. Nie chodzi więc o to, żebyś zaczął zagarniać wszystkie zasługi. Chodzi o coś bardziej normalnego: nie oddawaj swoich.
Można dzielić sukces bez znikania z własnej historii.
To zdanie warto zapamiętać, bo wiele osób funkcjonuje według dziwnej zasady: jeśli uznam swój wkład, odbiorę coś innym. Jakby uznanie miało stałą pojemność. Jest jeden tort pochwały i każde „dziękuję, dużo nad tym pracowałem” zabiera komuś kawałek kremu.
Nie zabiera.
Możesz powiedzieć:
„Dzięki. Zespół zrobił świetną robotę i cieszę się, że udało mi się to dobrze poprowadzić.”
W jednym zdaniu pomieścili się wszyscy.
Nikt nie został ranny.
Jeszcze trudniej robi się wtedy, gdy komplement dotyczy cechy, którą sam uważasz za coś zwyczajnego. „Masz świetne podejście do ludzi.” „No co ty, przecież po prostu z nimi rozmawiam.” „Bardzo dobrze tłumaczysz skomplikowane rzeczy.” „To nic specjalnego.” „Jesteś niesamowicie zorganizowana.” „Nie widziałaś mojej szuflady z kablami.”
Szuflada z kablami nie jest miarodajnym narzędziem psychometrycznym.
To, co przychodzi ci naturalnie, może być realną umiejętnością. Właśnie dlatego często jej nie zauważasz. Nie widzisz własnej łatwości jako czegoś szczególnego, bo mieszkasz z nią na stałe. Jeśli bez większego wysiłku wyłapujesz błędy, dobrze negocjujesz, uspokajasz napięte sytuacje, gotujesz, organizujesz podróże albo potrafisz rozmawiać z dziećmi tak, że rzeczywiście ci odpowiadają, możesz uznać: „Przecież to normalne”.
Nie dla każdego.
Człowiek, który świetnie gotuje, często mówi: „Przecież to tylko makaron”. Tymczasem inny człowiek potrafi przypalić wodę niemal wyłącznie siłą charakteru.
Przyjmowanie komplementów wymaga więc nie tylko nauczenia się odpowiedniej odpowiedzi. Trzeba także przestać traktować własne kompetencje jak powietrze: skoro są stale dostępne, najwyraźniej nie mają wartości.
Mają.
Nie wszystko, co przychodzi ci łatwo, jest łatwe dla wszystkich.
Skąd jednak bierze się obawa przed wyjściem na osobę zadufaną? Często z tego, że mylimy uznanie faktu z przechwalaniem się. Tymczasem różnica jest duża.
„Tak, dobrze sobie z tym radzę” to uznanie faktu.
„Nikt nie robi tego tak dobrze jak ja” to już coś innego.
„Dziękuję, jestem zadowolony z efektu” jest normalną odpowiedzią.
„Tak, też uważam, że moje kompetencje są wyjątkowym darem dla tej organizacji” może wymagać odrobiny regulacji.
Nie musisz jednak bać się pierwszego zdania tylko dlatego, że istnieje drugie.
To trochę tak, jakbyś unikał używania soli z obawy, że możesz kiedyś zjeść całą solniczkę.
