Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Przez pięć lat kochała mężczyznę, którego tak naprawdę nie znała.
Katarzyna Maj ma trzydzieści osiem lat, własną pracownię architektoniczną w Krakowie i szczęśliwe, poukładane małżeństwo. Jej mąż Michał jest człowiekiem, któremu ufa bezgranicznie. Zna jego przyzwyczajenia, słabości i marzenia. Jest przekonana, że wie o nim wszystko.
Aż pewnego wieczoru w telewizyjnym reportażu o niewyjaśnionym zabójstwie dziennikarki widzi znajomą twarz.
Twarz własnego męża.
Tyle że mężczyzna na ekranie nazywa się Paweł Wrona.
Siedem lat wcześniej był związany z centrum logistycznym, w którym podczas tragicznego pożaru zginęły trzy osoby. Później jego nazwisko pojawiło się w sprawie zamordowanej dziennikarki śledczej, próbującej ujawnić nieprawidłowości i tajemnice związane z katastrofą.
Dlaczego Michał nigdy o tym nie wspomniał? Kim naprawdę jest człowiek, z którym Katarzyna dzieli życie? I dlaczego ślady prowadzą do dokumentów pozostawionych przez jej zmarłego ojca?
Katarzyna rozpoczyna własne poszukiwania. Z każdym odkryciem coraz trudniej jej odróżnić prawdę od starannie przygotowanego kłamstwa. Dawne dokumenty, zatajone ostrzeżenia i ludzie, którzy przez lata milczeli, prowadzą ją do przerażającego wniosku:
Być może nawet ich pierwsze spotkanie nie było przypadkiem.
A kiedy ktoś zaczyna grozić jej za szukanie prawdy, Katarzyna rozumie, że historia sprzed siedmiu lat wcale się nie skończyła.
I że największe niebezpieczeństwo może kryć się nie w tym, czego nie wie o mężu, lecz w tym, co odkryje o ludziach, którym ufa najbardziej.
„Nie pytaj, kim byłem” to mroczny thriller psychologiczny o podwójnej tożsamości, małżeństwie zbudowanym na tajemnicach, manipulacji i przeszłości, przed którą nie można uciec. Pełna napięcia opowieść o miłości, zdradzie i cenie prawdy.
Bo co zrobisz, gdy odkryjesz, że człowiek, którego kochasz, od początku miał powód, żeby cię poznać?fh
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 520
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Arcady Silen
© 2026 Arcady Silen
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część tej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania ani przekazywana w jakiejkolwiek formie lub za pomocą jakichkolwiek środków bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, z wyjątkiem przypadków dozwolonych prawem.
Autor: Arcady Silen
Wydawca: ARCADIA
Wydanie elektroniczne
Niniejsza publikacja jest dziełem fikcyjnym. Nazwy, postacie, miejsca, organizacje i zdarzenia są wytworem wyobraźni autora lub zostały użyte fikcyjnie. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób lub zdarzeń jest przypadkowe.
CZĘŚĆ I — PĘKNIĘCIE
Rozdział 1 — Twarz z ekranu
Rozdział 2 — Zwykły wieczór
Rozdział 3 — Stary projekt
Rozdział 4 — Człowiek ze zdjęcia
Rozdział 5 — Najlepsza przyjaciółka
Rozdział 6 — Pytanie bez odpowiedzi
Rozdział 7 — Pierwsze kłamstwo
CZĘŚĆ II — OBCY W MOIM DOMU
Rozdział 8 — Przypadkowe spotkanie
Rozdział 9 — Archiwum ojca
Rozdział 10 — Paweł
Rozdział 11 — Czasowe wyłączenie
Rozdział 12 — Cena milczenia
Rozdział 13 — Człowiek z ochrony
Rozdział 14 — Dwie wersje
Rozdział 15 — Marta Lis
Rozdział 16 — Prawda na raty
Rozdział 17 — Nie nazywam się Michał
CZĘŚĆ III — WSZYSTKO BYŁO ZAPLANOWANE
Rozdział 18 — Powód
Rozdział 19 — Podpis ojca
Rozdział 20 — Ostatnia rozmowa
Rozdział 21 — Architektura kłamstwa
Rozdział 22 — Ostatni kontakt
Rozdział 23 — Pięć lat wcześniej
Rozdział 24 — Nie ufam ci
Rozdział 25 — Ten, który wiedział
Rozdział 26 — Część winy
Rozdział 27 — Nie był niewinny
CZĘŚĆ IV — PUŁAPKA
Rozdział 28 — Jej podpis
Rozdział 29 — E-17/B
Rozdział 30 — Ktoś prowadzi mnie za rękę
Rozdział 31 — Człowiek bez wyrzutów
Rozdział 32 — Ostrzeżenie
Rozdział 33 — Ostatni termin
Rozdział 34 — Anna wiedziała
Rozdział 35 — Dokument, którego nie było
Rozdział 36 — Ostatnie godziny Marty
Rozdział 37 — Przyjaciółka
CZĘŚĆ V — NIE PYTAJ, KIM BYŁEM
Rozdział 38 — Plan Anny
Rozdział 39 — Dwie historie jednego pożaru
Rozdział 40 — Ostrzeżenie
Rozdział 41 — Ostatnie spotkanie
Rozdział 42 — Cena prawdy
Rozdział 43 — Kto nas poznał
Rozdział 44 — Nie pytaj, kim byłem
Rozdział 45 — Po wszystkim
Spis treści
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Początek treści
Katarzyna Maj zauważyła, że coś jest nie tak, kiedy zegar na piekarniku pokazał 19:43.
Michał powinien być w domu od trzynastu minut.
Nie chodziło o samo spóźnienie. Trzynaście minut nie miało znaczenia, a jej mąż nie mógł przecież przewidzieć każdej przeszkody na drodze. Chodziło o wiadomość. Zawsze pisał, jeśli wiedział, że wróci później. Nawet gdy spóźnienie miało wynieść zaledwie pięć minut.
Spojrzała na telefon leżący obok deski do krojenia.
Ostatnia wiadomość pochodziła z 17:26.
Kończę i jadę. Kupić coś?
Odpisała, że nie. Dodała serduszko. Michał zareagował tym samym symbolem.
Teraz zbliżała się ósma.
Odłożyła nóż, którym kroiła pomidory, i otarła dłonie papierowym ręcznikiem. Na kuchennym blacie stały dwa talerze. Przy jednym leżała starannie złożona serwetka, przy drugim niedbale odsunięta na bok. Katarzyna poprawiła ją, choć wiedziała, że Michał nie zauważyłby różnicy.
Takie rzeczy robiła automatycznie.
W pracy potrafiła przez dwadzieścia minut przesuwać na ekranie linię o kilka milimetrów, dopóki proporcje projektu nie wyglądały dokładnie tak, jak powinny. Współpracownicy żartowali, że gdyby miała zaprojektować świat od początku, najpierw sprawdziłaby, czy wszystkie kąty są proste.
Nie przeszkadzało jej to.
Lubiła plany, terminarze i przedmioty odkładane na swoje miejsce. Uważała, że większości nieprzyjemnych niespodzianek można uniknąć, jeśli odpowiednio wcześnie dostrzeże się drobne nieprawidłowości.
Ojciec powtarzał jej kiedyś, że dobry projektant nie jest od tego, żeby przewidzieć wszystko. Jest od tego, żeby zauważyć, co może pójść źle.
Nie myślała o nim od kilku dni.
Teraz jego słowa wróciły bez wyraźnego powodu.
Za oknem padało. Deszcz rozmywał światła samochodów przejeżdżających ulicą. Październikowy Kraków tonął w wilgotnym chłodzie. Na kuchennej szybie osiadła para. Katarzyna przetarła ją palcem, pozostawiając wąski, przezroczysty ślad.
Na telefonie nadal nie było żadnej wiadomości.
Mogła zadzwonić.
Zamiast tego napisała:
Wszystko w porządku?
Odłożyła urządzenie.
Po chwili sięgnęła po nie ponownie, sprawdziła, czy wiadomość została dostarczona, i zirytowana własnym zachowaniem wsunęła telefon do kieszeni.
— Świetnie — mruknęła. — Jeszcze zacznij sprawdzać lokalizację.
Michał nigdy nie dał jej powodu do zazdrości. Nie ukrywał telefonu, nie znikał na całe noce ani nie wracał z wymyślnymi historiami o niespodziewanych spotkaniach służbowych. Był przewidywalny w sposób, który początkowo wydawał jej się nudny, a później stał się jedną z najbardziej kojących rzeczy w ich małżeństwie.
Wiedziała, o której pije pierwszą kawę. Jak składa koszule wyjęte z suszarki. Że nigdy nie przerywa oglądania filmu, jeśli do końca zostało mniej niż kwadrans, nawet gdy jest zmęczony.
Wiedziała też, że nie znosi wiadomości telewizyjnych.
Nazywał je codzienną porcją cudzego nieszczęścia.
Dlatego zazwyczaj nie włączała telewizora podczas kolacji.
Tego wieczoru zrobiła wyjątek.
Pilot leżał na podłokietniku kanapy. Katarzyna usiadła z kieliszkiem wody i uruchomiła telewizor, bardziej po to, żeby zagłuszyć ciszę, niż z chęci obejrzenia czegokolwiek.
Trafiła na końcówkę materiału o korkach w centrum Krakowa. Reporterka stała pod parasolem przy ruchliwej ulicy, a za nią przesuwały się czerwone światła samochodów.
Katarzyna zerknęła na telefon.
19:51.
Żadnej odpowiedzi.
Michał pewnie prowadził. Może zatrzymał się na stacji benzynowej. Może skończył pracę później, niż planował, a wiadomość napisał jeszcze przed ostatnim spotkaniem.
Wszystko dało się wyjaśnić.
Na ekranie pojawiła się zapowiedź kolejnego reportażu.
— Sześć lat temu śmierć dziennikarki śledczej wstrząsnęła krakowskim środowiskiem medialnym. Mimo wielomiesięcznego postępowania sprawa do dziś pozostaje niewyjaśniona. Czy nowe informacje pozwolą ustalić, z kim spotkała się Marta Lis w ostatnich dniach życia?
Katarzyna sięgnęła po pilot.
Nie lubiła takich programów. Nie chciała oglądać zdjęć z miejsc zbrodni ani słuchać relacji rodzin, którym odebrano kogoś bliskiego.
Już miała przełączyć kanał, kiedy na ekranie pojawiła się fotografia młodej kobiety.
Ciemne włosy, jasna koszula, szeroki uśmiech. Zwyczajne zdjęcie, prawdopodobnie wykonane w redakcji.
Pod spodem widniał napis:
MARTA LIS — 1985–2020
Katarzyna nie rozpoznawała twarzy. Nazwisko wydawało jej się znajome, ale nie potrafiła go z niczym połączyć.
Odstawiła pilot.
Materiał rozpoczął się od zdjęć Krakowa sprzed kilku lat. Potem pokazano budynek redakcji, fragmenty artykułów i krótką wypowiedź dawnego współpracownika dziennikarki.
— Marta była bardzo dokładna — mówił mężczyzna. — Jeżeli coś jej się nie zgadzało, potrafiła wracać do tego tygodniami. Nie odpuszczała tylko dlatego, że ktoś powiedział jej, żeby zostawiła sprawę w spokoju.
Katarzyna spojrzała w stronę kuchni.
Woda w garnku już nie wrzała. Makaron, który miała podać z sosem, leżał na sitku i zaczynał stygnąć.
Mogła wrócić do przygotowywania kolacji.
Nie zrobiła tego.
— W ostatnich miesiącach życia dziennikarka zajmowała się między innymi tragicznym pożarem centrum logistycznego w okolicach Krakowa — kontynuował narrator.
Na ekranie pojawiły się zdjęcia spalonego budynku.
Katarzyna wyprostowała się.
Wysoka hala, poczerniała od dymu elewacja, strażackie samochody stojące przy szerokim placu manewrowym.
Przez chwilę miała wrażenie, że widziała już tę fotografię.
Może w wiadomościach. Może w internecie. O pożarze było przecież głośno. Zginęli ludzie.
W dolnej części ekranu pojawiła się data.
17 PAŹDZIERNIKA 2019
— W wyniku pożaru zginęło troje pracowników. Śledztwo wykazało szereg nieprawidłowości, jednak część pytań dotyczących bezpieczeństwa obiektu pozostała bez jednoznacznej odpowiedzi.
Katarzyna zmarszczyła brwi.
Siedem lat wcześniej pracowała jeszcze z ojcem. Przez ich biuro przewijały się projekty hal, magazynów i niewielkich obiektów przemysłowych. Trudno było zapamiętać wszystkie nazwy.
Zresztą niektóre budynki wyglądały niemal identycznie.
Na ekranie pojawił się fragment starego artykułu.
TRAGEDIA W CENTRUM „BRAMA”. RODZINY OFIAR DOMAGAJĄ SIĘ WYJAŚNIEŃ.
Nazwa zabrzmiała znajomo.
Katarzyna próbowała przypomnieć sobie, gdzie ją słyszała.
Wtedy prowadzący powiedział:
— Marta Lis rozmawiała z pracownikami firm odpowiedzialnych za obsługę techniczną obiektu. Jednym z ważnych świadków był Paweł Wrona, specjalista związany z systemami bezpieczeństwa budynku.
Na ekranie pojawiła się fotografia mężczyzny.
Katarzyna wstrzymała oddech.
Zdjęcie było niewyraźne.
Mężczyzna stał przed budynkiem, prawdopodobnie biurowym. Miał na sobie ciemną kurtkę z podniesionym kołnierzem. Patrzył nieco w bok, jakby fotograf nacisnął spust migawki w chwili, gdy ktoś zawołał go po imieniu.
Włosy miał krótsze niż Michał. Twarz wydawała się szczuplejsza.
Ale oczy...
Katarzyna pochyliła się do przodu.
Nie.
To było niemożliwe.
Mężczyzna na fotografii miał wyraźną linię brwi, lekko skrzywiony nos i niewielką bliznę przy lewej skroni.
Michał miał taką samą.
Pamiętała, kiedy po raz pierwszy ją zauważyła. Siedzieli wtedy w restauracji, niedługo po poznaniu. Dotknęła palcem jasnej kreski na jego skórze i zapytała, skąd się wzięła.
Powiedział, że jako nastolatek przewrócił się na rowerze.
Zażartowała, że powinien częściej nosić kask.
Teraz patrzyła na tę samą bliznę na zdjęciu sprzed lat.
Kieliszek wysunął jej się z dłoni.
Nie spadł na podłogę. Uderzył w stolik, przechylił się i rozlał wodę na leżący obok magazyn wnętrzarski.
Katarzyna nawet nie drgnęła.
Wpatrywała się w ekran.
— Wrona przekazał śledczym informacje dotyczące obsługi technicznej centrum. Po zakończeniu pierwszego etapu postępowania wycofał się z życia zawodowego w dotychczasowym środowisku. Próby uzyskania jego komentarza do nowych ustaleń nie przyniosły rezultatu.
Fotografia zniknęła.
Katarzyna chwyciła pilot i nacisnęła przycisk cofania.
Nic się nie stało.
Spróbowała ponownie.
Telewizor wyświetlił informację, że funkcja nie jest dostępna dla bieżącego programu.
— Nie, nie, nie...
Przełączyła kanał i wróciła do poprzedniego, jakby w ten sposób mogła odzyskać zdjęcie.
Teraz pokazywano rozmowę z kobietą opowiadającą o Marcie Lis.
Katarzyna nie słyszała ani słowa.
Odłożyła pilot. Przycisnęła dłonie do kolan, próbując powstrzymać ich drżenie.
To tylko podobieństwo.
Ludzie bywają do siebie podobni.
Są mężczyźni z tym samym kolorem oczu, podobnym nosem, niemal identyczną linią szczęki.
Nawet blizna mogła być przypadkiem.
Przecież fotografia była niewyraźna.
Przecież człowiek potrafi dostrzec znajomą twarz tam, gdzie jej nie ma.
Wstała i podeszła bliżej telewizora, choć zdjęcia już nie pokazywano.
Na ekranie widniała teraz fotografia Marty Lis wykonana podczas konferencji prasowej.
Dziennikarka zginęła 12 czerwca 2020 roku.
Katarzyna zapamiętała tę datę bez wysiłku.
Czerwiec 2020.
Michała poznała jesienią 2021 roku.
Wcześniej go nie znała.
Nie wiedziała dokładnie, gdzie pracował w 2019 roku. Opowiadał o różnych zleceniach, wyjazdach i projektach technicznych. Nigdy nie pytała szczegółowo, ponieważ nie interesowała się jego dawnymi obowiązkami zawodowymi.
On również rzadko wracał do tamtych lat.
Mówił, że przeszłość go nie obchodzi.
Teraz po raz pierwszy zastanowiła się, dlaczego.
Telefon zawibrował na kanapie.
Katarzyna odwróciła się tak gwałtownie, że zahaczyła biodrem o stolik.
Michał.
Przepraszam. Straszny korek. Będę za dziesięć minut.
Spojrzała na godzinę.
20:06.
Nie odpisała.
Otworzyła galerię zdjęć i odnalazła fotografię z ostatnich wakacji.
Michał siedział przy stoliku nad morzem. Miał na sobie białą koszulę z podwiniętymi rękawami i okulary przeciwsłoneczne zaczepione o kołnierzyk. Uśmiechał się do niej, trochę rozbawiony, trochę zniecierpliwiony, bo zrobiła mu wtedy chyba dziesięć zdjęć.
Powiększyła fotografię.
Brwi.
Nos.
Linia ust.
Blizna.
Przymknęła oczy.
W pamięci wciąż widziała twarz z reportażu.
Była niemal pewna, że to ten sam mężczyzna.
A jednak nie potrafiła pogodzić tego z niczym, co wiedziała o własnym życiu.
Michał nigdy nie zachowywał się jak ktoś uciekający przed przeszłością.
Nie bał się policji. Nie unikał fotografowania. Miał pracę, znajomych, dokumenty i konto bankowe. Podpisywał umowy, prowadził samochód, chodził do lekarza.
Byli małżeństwem.
Trzy lata wcześniej stali w urzędzie, wymienili obrączki i podpisali dokumenty.
Wszystko było prawdziwe.
Musiało być.
Katarzyna osunęła się na podłogę obok kanapy.
Na ekranie trwał reportaż.
— Śledczy nie ustalili dotąd, kto odpowiada za śmierć Marty Lis. Według naszych informacji ponownie analizowane są niektóre materiały dotyczące jej kontaktów z osobami związanymi z pożarem.
Katarzyna podniosła głowę.
Słowa osoby związane z pożarem zabrzmiały inaczej niż przed chwilą.
Na początku materiału dotyczyły obcych ludzi.
Teraz dotyczyły człowieka, którego koszule wisiały w ich wspólnej szafie.
Człowieka, który tego ranka pocałował ją w policzek, zanim wyszedł do pracy.
Człowieka, z którym planowała spędzić resztę życia.
Podniosła się i wyciszyła telewizor.
Potrzebowała ciszy.
Chciała wszystko uporządkować.
Mogła znaleźć nagranie programu w internecie. Sprawdzić nazwisko. Porównać zdjęcia. Zapytać Michała wprost, czy znał dziennikarkę, o której właśnie mówiono.
Powinna zacząć od tego ostatniego.
Przecież byli małżeństwem.
Potrafili ze sobą rozmawiać.
Kilka miesięcy wcześniej pokłócili się o pieniądze przeznaczone na remont kuchni. Michał chciał wymienić wszystkie szafki, ona uważała to za niepotrzebny wydatek. Rozmawiali prawie dwie godziny, aż w końcu doszli do porozumienia.
To również można było wyjaśnić rozmową.
Wtedy usłyszała samochód zatrzymujący się przed budynkiem.
Podeszła do okna.
Ciemny samochód Michała właśnie zaparkował na swoim miejscu.
Silnik zgasł.
Przez kilka sekund nikt nie wysiadał.
Katarzyna patrzyła na nieruchomy pojazd, czując nieprzyjemny ucisk pod żebrami.
Potem otworzyły się drzwi kierowcy.
Michał wysiadł, sięgnął po torbę z tylnego siedzenia i ruszył w stronę wejścia.
Wyglądał zupełnie zwyczajnie.
Ten sam płaszcz, te same ruchy, ten sam sposób poprawiania paska torby na ramieniu.
Katarzyna cofnęła się od okna.
Nagle poczuła wstyd.
Co właściwie robiła?
Obserwowała własnego męża jak obcego człowieka.
Na podstawie jednej niewyraźnej fotografii.
Przecież istniało proste wyjaśnienie.
Musiało istnieć.
Usłyszała otwierane drzwi wejściowe, potem znajomy odgłos kluczy odkładanych do miseczki w przedpokoju.
— Kaśka? — zawołał Michał. — Przepraszam, naprawdę nie mogłem się wyrwać z tego korka.
Nie odpowiedziała.
— Jesteś?
Wszedł do salonu.
Miał wilgotne włosy. Na ramionach płaszcza połyskiwały krople deszczu. Uśmiechnął się przepraszająco i postawił torbę obok fotela.
— Ale pogoda. Jakby ktoś odkręcił kran nad całym Krakowem.
Spojrzał na stolik, mokry magazyn i przewrócony kieliszek.
— Co się stało?
— Nic.
Katarzyna usłyszała własny głos i zdziwiła się, jak normalnie zabrzmiał.
Michał zdjął płaszcz.
— Rozlałaś coś?
— Wodę.
— Widzę. Pytam, czy wszystko w porządku.
Podszedł bliżej i dotknął jej ramienia.
Jego dłoń była ciepła. Pachniał deszczem, chłodnym powietrzem i znajomymi perfumami.
Jeszcze godzinę wcześniej odruchowo przytuliłaby się do niego.
Teraz z trudem powstrzymała chęć odsunięcia się o krok.
— Oglądałam reportaż — powiedziała.
— Jaki?
Wzruszyła ramionami, udając obojętność.
— O jakiejś dziennikarce z Krakowa. Zabili ją kilka lat temu.
Michał spojrzał na telewizor.
Na ekranie właśnie pojawiło się archiwalne zdjęcie centrum logistycznego.
Katarzyna poczuła, że serce zaczyna jej bić szybciej.
Mąż przez moment patrzył nieruchomo.
— Kolacja gotowa? — zapytał.
Pytanie było tak zwyczajne, że przez sekundę naprawdę chciała odpowiedzieć.
Powiedzieć, że makaron wystygł, ale można go podgrzać.
Że sos jest na kuchence.
Że jutro musi wcześnie wstać.
Wrócić do życia, w którym wszystko miało swoje miejsce.
Nie zdążyła.
Michał odwrócił się w stronę kuchni. Katarzyna odruchowo sięgnęła po pilot, chcąc przywrócić dźwięk, i nacisnęła przycisk.
Właśnie kończyła się krótka przerwa reklamowa.
Z telewizora dobiegł głos prowadzącego:
— Przypomnijmy, jednym ze świadków w sprawie zabójstwa Marty Lis był Paweł Wrona...
Michał odwrócił głowę.
Na ułamek sekundy Katarzyna zobaczyła na jego twarzy coś, czego nigdy wcześniej u niego nie widziała.
Nie było to zdziwienie.
Ani ciekawość.
Wyglądał jak człowiek, który usłyszał za plecami głos kogoś, kogo od dawna nie chciał spotkać.
Sięgnął po pilot.
Wyłączył telewizor.
Ekran zrobił się czarny.
Katarzyna stała bez ruchu.
— Dlaczego to zrobiłeś? — zapytała.
Michał odłożył pilot dokładnie tam, gdzie wcześniej leżał.
Dopiero wtedy na nią spojrzał.
— Co?
— Wyłączyłeś telewizor.
Milczał przez chwilę.
W kuchni cicho tykał zegar.
— Przecież nie lubię takich programów — odpowiedział w końcu.
Katarzyna znała tę odpowiedź.
Słyszała ją dziesiątki razy.
Jeszcze tego ranka uznałaby ją za zupełnie wystarczającą.
Teraz patrzyła na mężczyznę stojącego przed nią i próbowała przypomnieć sobie twarz ze zdjęcia.
Krótsze włosy.
Ciemna kurtka.
Blizna przy lewej skroni.
Paweł Wrona.
Jej mąż uśmiechnął się blado.
— Kaśka, co się dzieje?
Chciała go zapytać.
Naprawdę chciała.
Ale po raz pierwszy od pięciu lat nie była pewna, czy odpowiedź, którą usłyszy, będzie prawdziwa.
— Nic — odpowiedziała Katarzyna.
Michał przyglądał jej się przez chwilę.
— Jesteś blada.
— Boli mnie głowa.
Nie zaplanowała tego kłamstwa. Wypowiedziała je, zanim zdążyła rozważyć, czy naprawdę chce okłamywać własnego męża.
— Od kiedy?
— Od popołudnia.
Michał podszedł bliżej i przyłożył dłoń do jej czoła.
Znała ten gest doskonale. Robił tak zawsze, kiedy mówiła, że źle się czuje, choć wielokrotnie tłumaczyła mu, że nie każdy ból głowy oznacza gorączkę.
Tym razem nie odsunęła jego ręki.
Patrzyła na bliznę przy lewej skroni.
Niewielka, długości może centymetra. W zwykłym świetle prawie niewidoczna. Teraz, kiedy Michał pochylił głowę, dostrzegała jasną kreskę tuż przy linii włosów.
Taką samą widziała na fotografii Pawła Wrony.
— Nie masz temperatury — stwierdził.
— Wiem.
— Może powinnaś się wcześniej położyć?
Uśmiechnęła się odruchowo.
— Nie jestem dzieckiem.
— Nie powiedziałem, że jesteś.
Michał cofnął dłoń, ale nadal patrzył na nią uważnie.
Katarzyna poczuła nagłą potrzebę zadania jednego prostego pytania.
Kim jesteś?
Dwa słowa.
Wystarczyłoby je wypowiedzieć.
Wyobraziła sobie, że Michał marszczy brwi, po czym śmieje się i pyta, skąd taki pomysł. Pokazuje dowód osobisty. Przypomina ich wspólne życie.
Albo przestaje się uśmiechać.
Ta druga możliwość powstrzymała ją skuteczniej niż wszystkie rozsądne argumenty.
— Zjedzmy — powiedziała. — Wszystko wystygło.
Michał spojrzał w stronę kuchni.
— Podgrzeję. Ty usiądź.
— Poradzę sobie.
— Kaśka.
W jego głosie pojawiła się łagodna stanowczość.
— Usiądź. Pięć minut.
Posłuchała.
Nie dlatego, że potrzebowała odpoczynku.
Chciała mieć go przez chwilę przed sobą. Obserwować, co robi, kiedy nie wie, że jest obserwowany.
Michał zdjął marynarkę, podwinął rękawy koszuli i zajął się kolacją.
Poruszał się po kuchni swobodnie. Wiedział, gdzie trzymają patelnię, po który garnek sięgnąć i w której szufladzie znajdują się drewniane łyżki.
Katarzyna śledziła jego ruchy z miejsca przy stole.
Pięć lat.
Tyle upłynęło od ich pierwszego spotkania.
Przez ten czas nauczyła się rozpoznawać jego nastrój po sposobie zamykania szafek. Wiedziała, kiedy jest zmęczony, choć zapewniał, że wszystko w porządku. Potrafiła przewidzieć, czy zaproponuje spacer, czy raczej usiądzie z książką na kanapie.
A jednak nie pamiętała, żeby kiedykolwiek szczegółowo opowiedział jej o życiu przed trzydziestką piątką.
Dotąd nie wydawało jej się to dziwne.
Ludzie mieli przeszłość. Nie każdy lubił do niej wracać.
Ona sama rzadko opowiadała o ostatnich miesiącach życia ojca.
— Sos trochę zgęstniał — powiedział Michał.
— Dolej wody.
— Już dolałem.
Spojrzał przez ramię.
— Jesteś dzisiaj jakaś nieobecna.
— Miałam ciężki dzień.
— Ten projekt w Wieliczce?
Skinęła głową.
Było to wystarczająco wiarygodne, żeby nie musiała wymyślać dalszych wyjaśnień.
Michał wrócił do mieszania sosu.
— Rozmawiałaś z inwestorem?
— Tak.
— I?
— Nadal nie wie, czego chce.
— Czyli bez zmian.
Uśmiechnął się.
Katarzyna odwzajemniła uśmiech, ale mięśnie policzków miała napięte.
Czuła się tak, jakby odgrywała samą siebie.
Michał nałożył makaron na talerze, przyniósł je do stołu i wrócił po wodę.
Usiadł naprzeciwko.
— Smacznego.
— Smacznego.
Przez pierwsze minuty jedli w milczeniu.
Katarzyna nie czuła smaku potrawy. Wciąż widziała archiwalną fotografię, choć im dłużej próbowała ją sobie przypomnieć, tym bardziej obawiała się, że pamięć zaczyna dopasowywać szczegóły do twarzy męża.
Musiał istnieć sposób, żeby to sprawdzić.
— Michał?
— Hm?
— Ty kiedyś pracowałeś na Śląsku, prawda?
Uniósł wzrok znad talerza.
— Pracowałem w różnych miejscach.
— Ale na Śląsku też?
— Tak. Dlaczego pytasz?
— Przypomniała mi się rozmowa z jednym z klientów. Szuka firmy od systemów zabezpieczeń. Pomyślałam, że może kogoś znasz.
Michał odłożył widelec.
— Jakich zabezpieczeń?
— Alarmy, kontrola dostępu. Takie rzeczy.
— Do jakiego budynku?
— Magazyn.
Przez moment patrzył na nią bez słowa.
Potem pokręcił głową.
— Nie zajmuję się tym od lat. Zresztą większość ludzi, z którymi wtedy pracowałem, dawno straciłem z oczu.
— A gdzie dokładnie pracowałeś?
— W kilku firmach.
— Wiem. Pytam gdzie.
— Katowice, okolice Opola. Trochę jeździłem po Polsce.
— A w dwa tysiące dziewiętnastym?
Michał sięgnął po szklankę i wypił łyk wody.
— Głównie poza Małopolską.
— Głównie?
— Kaśka, nie pamiętam każdego zlecenia sprzed siedmiu lat.
Powiedział to spokojnie.
Nie podniósł głosu. Nie wyglądał na zdenerwowanego.
A jednak nie odpowiedział na jej pytanie.
— Jasne — powiedziała.
— Co to za klient?
Katarzyna uniosła głowę.
— Który?
— Ten od magazynu.
Wymyśliła go zaledwie minutę wcześniej.
Teraz musiała pamiętać własne kłamstwo.
— Jeszcze nie wiem, czy podpiszemy umowę.
— To może najpierw ją podpiszcie.
Uśmiechnął się.
— Potem pomogę ci kogoś znaleźć.
Wrócił do jedzenia.
Katarzyna również sięgnęła po widelec.
Nie potrafiła rozstrzygnąć, czy usłyszała zwyczajne, rozsądne wyjaśnienie, czy starannie dobraną odpowiedź człowieka, który od dawna unika konkretnych pytań.
Po kolacji Michał zebrał naczynia.
Katarzyna chciała mu pomóc, ale poprosił, żeby odpoczęła. Usiadła więc na kanapie, na której godzinę wcześniej oglądała reportaż.
Telewizor był wyłączony.
Pilot leżał dokładnie tam, gdzie odłożył go Michał.
Zastanawiała się, czy rzeczywiście usłyszał nazwisko Wrona.
Może zareagował wyłącznie na program o zabójstwie. Przecież od lat powtarzał, że nie znosi podobnych materiałów.
Problem polegał na chwili, w której wyłączył telewizor.
W kuchni szumiała woda.
Michał nucił pod nosem melodię, której nazwy nigdy nie umiała zapamiętać.
Ten dźwięk powinien ją uspokajać.
Zamiast tego zastanawiała się, czy Paweł Wrona również nucił podczas zmywania naczyń.
Poczuła do siebie obrzydzenie.
Przestań.
Nie miała żadnych dowodów.
Widziała niewyraźną fotografię mężczyzny podobnego do własnego męża. Tylko tyle.
Michał wrócił do salonu.
— Może zrobimy herbatę?
— Nie, dziękuję.
— Na pewno?
— Chyba pójdę wcześniej spać.
— To może weź coś na głowę?
— Przejdzie.
Usiadł obok niej.
Kanapa lekko się ugięła.
Katarzyna poczuła znajomy zapach jego perfum.
— Martwię się o ciebie — powiedział.
Spojrzała na niego.
— Nie ma powodu.
— Od jakiegoś czasu jesteś spięta.
— Mam dużo pracy.
— Wiem.
Przesunął palcami po jej dłoni.
— Ale nie musisz wszystkiego dźwigać sama.
Zabrzmiało to tak szczerze, że poczuła ukłucie żalu.
Jeszcze kilka godzin wcześniej opowiedziałaby mu wszystko. Powiedziałaby, że zobaczyła dziwne zdjęcie, przestraszyła się własnych skojarzeń i potrzebuje, żeby ją przytulił.
Teraz nie mogła.
Nie wiedziała, czy jego zapewnienia byłyby odpowiedzią męża, czy człowieka próbującego ochronić własny sekret.
— Wiem — powiedziała.
Michał pochylił się i pocałował ją w skroń.
Nie odsunęła się.
Ale kiedy później poszli do sypialni, po raz pierwszy od wielu miesięcy położyła się na samym brzegu łóżka.
O pierwszej siedemnaście Katarzyna nadal nie spała.
Michał leżał obok, odwrócony plecami. Oddychał równo. Jedną rękę trzymał pod poduszką, drugą na kołdrze.
Znała tę pozycję.
Wiedziała nawet, że jeśli przewróci się na drugi bok, niemal na pewno naciągnie kołdrę na jej połowę materaca.
Przyglądała się jego ramionom w słabym świetle dochodzącym z ulicy.
Potem ostrożnie odsunęła kołdrę.
Nie chciała go budzić.
Zabrała telefon i wyszła z sypialni.
W salonie usiadła przy stole. Zamiast włączać główne światło, zapaliła niewielką lampkę stojącą na komodzie.
Otworzyła przeglądarkę.
Wpisała:
Paweł Wrona Marta Lis Kraków.
Wyniki pojawiły się niemal natychmiast.
Pierwsze dotyczyły zabójstwa dziennikarki. Kolejne pożaru centrum logistycznego. Niektóre materiały pochodziły sprzed sześciu lat, inne były znacznie nowsze.
Otworzyła artykuł podsumowujący sprawę.
Marta Lis prowadziła śledztwo dotyczące nieprawidłowości w dokumentacji technicznej centrum „Brama”. W trakcie przygotowywania materiału rozmawiała z byłymi pracownikami i podwykonawcami.
Nazwisko Wrona pojawiało się w tekście tylko raz.
Wśród osób, z którymi kontaktowała się dziennikarka, znajdował się Paweł Wrona, związany wcześniej z obsługą systemów bezpieczeństwa obiektu.
Ani słowa o jego późniejszych losach.
Katarzyna otworzyła kolejną stronę.
Potem następną.
Znalazła krótki materiał z archiwum lokalnej telewizji. Rozpoznała fragment reportażu, który oglądała wieczorem. Film nie był kompletny, ale po kilkudziesięciu sekundach pojawiła się znajoma fotografia.
Zatrzymała odtwarzanie.
Twarz mężczyzny wypełniła ekran telefonu.
Podobieństwo było uderzające.
Powiększyła obraz.
Fotografia straciła ostrość, więc wróciła do poprzedniego rozmiaru.
Mężczyzna był młodszy, miał nieco zapadnięte policzki i krócej przycięte włosy. Ale blizna przy skroni znajdowała się dokładnie tam, gdzie u Michała.
Otworzyła zdjęcie męża z wakacji.
Przez kilka minut przełączała się między fotografiami.
W końcu odłożyła telefon na stół.
Musiała przestać patrzeć.
Nie chciała przekonać samej siebie do czegoś, co mogło nie być prawdą.
Podeszła do okna.
Deszcz ustał. Na ulicy nie było prawie nikogo. Samotny samochód przejechał przez skrzyżowanie i zniknął za budynkiem.
Katarzyna pomyślała o ich ślubie.
O dokumentach, które podpisywali.
O urzędniczce odczytującej ich imiona i nazwiska. O tym, jak zgodnie odpowiedzieli, że chcą zostać małżeństwem.
Michał Maj.
Tak brzmiało nazwisko jej męża.
Nie wydawało jej się możliwe, żeby człowiek przez pięć lat żył pod cudzym nazwiskiem i nikt tego nie zauważył.
A może nie chodziło o cudze nazwisko?
Odsunęła tę myśl.
Nie miała podstaw do podobnych przypuszczeń.
Wróciła do stołu.
Tym razem wpisała samo nazwisko Pawła Wrony.
Wyników było zaskakująco mało.
Kilka starych wpisów branżowych. Fragmenty katalogów firm. Dokumenty o tytułach, które niewiele jej mówiły.
Nie znalazła żadnego aktualnego profilu zawodowego.
Spróbowała wyszukiwania grafiki.
Przeglądała fotografie ludzi o tym samym nazwisku.
Żaden nie przypominał Michała.
Dopiero na kolejnej stronie wyników zauważyła miniaturę przedstawiającą grupę mężczyzn stojących przed halą przemysłową.
Serce zabiło jej mocniej.
Kliknęła.
Strona się nie otworzyła.
Przeglądarka wyświetliła informację o niedostępnym adresie.
Spróbowała ponownie.
Bez rezultatu.
Wróciła do wyników, ale po odświeżeniu miniatura zniknęła.
Przez chwilę patrzyła na ekran.
Potem zapisała w notatniku nazwę witryny, którą zdążyła odczytać pod zdjęciem.
Archiwum branżowe. Instalacje techniczne. 2019.
Nie wiedziała jeszcze, czy fotografia przedstawiała Pawła.
Ale po raz pierwszy miała konkretny ślad, który mogła sprawdzić.
O szóstej czterdzieści pięć obudził ją odgłos ekspresu do kawy.
Nie pamiętała, kiedy zasnęła.
Leżała na kanapie, przykryta kocem.
Telefon znajdował się na stoliku obok, a na ekranie widniało kilka otwartych kart przeglądarki.
Usiadła gwałtownie.
Michał stał w kuchni.
— Dzień dobry — powiedział.
Miał na sobie granatową koszulkę i ciemne spodnie. Wyglądał na wypoczętego.
— Zasnęłaś tutaj.
Katarzyna odruchowo sięgnęła po telefon.
— Wiem.
— Przykryłem cię, jak wstawałem.
Spojrzała na koc.
Nie pamiętała, żeby go brała.
— Dzięki.
Michał postawił przed nią kubek kawy.
— Lepiej się czujesz?
— Trochę.
Usiadł naprzeciwko.
— W nocy coś cię obudziło?
Katarzyna uniosła wzrok.
— Dlaczego?
— Wstałaś z łóżka. Myślałem, że idziesz po wodę.
— Nie mogłam spać.
— Przez głowę?
— Tak.
Michał skinął powoli.
Nie pytał dalej.
To również było do niego podobne. Zazwyczaj nie nalegał, kiedy dawała do zrozumienia, że nie chce rozmawiać.
Tym razem jego dyskrecja wydała jej się podejrzana.
Czy naprawdę pozwalał jej odpocząć?
Czy wolał nie dowiedzieć się, co robiła przez pół nocy?
— A ty jak spałeś? — zapytała.
— Normalnie.
— Nie obudziłeś się, kiedy wstawałam?
— Na chwilę.
Wziął kubek.
— Czemu pytasz?
— Bez powodu.
Nie skomentował.
Przez kilka minut rozmawiali o zwyczajnych sprawach. Michał miał rano spotkanie z klientem. Katarzyna musiała skończyć poprawki do projektu w Wieliczce.
Ustalili, że wieczorem zrobią zakupy.
Wszystko brzmiało tak samo jak poprzedniego dnia.
Tylko Katarzyna nie potrafiła już słuchać tych zdań bez zastanawiania się, ile innych rzeczy w ich życiu przyjmowała za pewnik.
Kiedy Michał wyszedł do łazienki, otworzyła telefon.
Karty przeglądarki nadal były aktywne.
Przez chwilę patrzyła na ostatnio zapisany adres.
Potem wpisała nazwę archiwum branżowego w wyszukiwarkę.
Tym razem nie korzystała z grafiki. Przeglądała zwykłe wyniki, szukając dokumentów i starych aktualności.
Po kilku minutach znalazła kopię strony przechowywaną w archiwum internetowym.
Otworzyła ją.
Na ekranie pojawił się artykuł z listopada 2019 roku.
Zakończenie projektu modernizacji systemów kontroli dostępu — zespół techniczny podwykonawcy.
Pod tekstem umieszczono fotografię.
Pięciu mężczyzn stało przed szarą halą przemysłową. Dwóch trzymało kaski ochronne. Jeden miał na sobie odblaskową kamizelkę. Pozostali byli ubrani w ciemne kurtki z niewielkim logo firmy.
Katarzyna powiększyła zdjęcie.
Mężczyzna stojący drugi od lewej miał krótkie włosy i znajomą linię szczęki.
Patrzył prosto w obiektyw.
Nie uśmiechał się.
Katarzyna poczuła chłód rozchodzący się od karku wzdłuż pleców.
To był Michał.
Tym razem fotografia była wyraźna.
Nie mogła tłumaczyć podobieństwa słabą jakością obrazu ani przypadkowym ujęciem.
Pod zdjęciem znajdował się podpis:
Zespół techniczny realizujący prace w województwie małopolskim, 2019.
Przeczytała go dwa razy.
Przypomniała sobie słowa męża z poprzedniego wieczoru.
W dwa tysiące dziewiętnastym? Głównie poza Małopolską.
To zdanie nie wykluczało pojedynczego zlecenia pod Krakowem.
Ale teraz wymagało wyjaśnienia.
Powiększyła fragment artykułu.
Wymieniono w nim obiekty, przy których pracował zespół.
Jeden z nich znajdował się w okolicach Niepołomic.
Katarzyna znała tę miejscowość. Była tam wielokrotnie.
Podniosła wzrok.
Z łazienki dobiegł szum wody.
Michał szykował się do pracy.
Ten sam człowiek, który poprzedniego wieczoru spokojnie zapewniał ją, że nie pamięta każdego zlecenia sprzed siedmiu lat.
Katarzyna zapisała fotografię w telefonie.
Potem zrobiła zrzut całej strony, tak aby zachować również datę i podpis.
Nie wiedziała jeszcze, kim naprawdę był Paweł Wrona.
Nie wiedziała, czy jej mąż miał coś wspólnego ze śmiercią Marty Lis.
Ale teraz miała przed sobą dwie fotografie z różnych lat.
I człowieka, który na obu wyglądał tak samo.
Z łazienki dobiegł głos Michała:
— Kaśka, widziałaś mój zegarek?
Katarzyna natychmiast wygasiła ekran telefonu.
— Leży na komodzie! — odpowiedziała.
Jej głos zabrzmiał zwyczajnie.
Dopiero kiedy usłyszała, że Michał otwiera szufladę w sypialni, zdała sobie sprawę, że po raz pierwszy od pięciu lat celowo ukryła przed mężem coś, co mogło zmienić całe ich życie.
W piątek rano Katarzyna po raz pierwszy od lat zapomniała, po co przyszła do własnej pracowni.
Stała przed biurkiem z kubkiem kawy w dłoni i patrzyła na otwarty na monitorze projekt przebudowy budynku w Wieliczce. Czerwonym kolorem zaznaczono ścianę, którą inwestor chciał przesunąć. Poprzedniego dnia niemal godzinę tłumaczyła mu, dlaczego taka zmiana wymaga ponownego sprawdzenia kilku rozwiązań.
Teraz nie pamiętała nawet, jakie poprawki obiecała wprowadzić.
Odstawiła kubek i usiadła.
Na ekranie telefonu czekała fotografia pięciu mężczyzn.
Nie powinna była jej otwierać.
Wystarczyło jednak, że pomyślała o twarzy drugiego mężczyzny od lewej, a wszystko inne traciło znaczenie.
Michał.
Paweł Wrona.
Dwa imiona, które od poprzedniego wieczoru uparcie łączyła z jedną twarzą.
Rano, zanim wyszli z domu, Michał zapytał, czy kupić jej coś w aptece. Odpowiedziała, że ból głowy minął. Pocałował ją w policzek, przypomniał o wieczornych zakupach i poszedł do samochodu.
Nie wydarzyło się nic niezwykłego.
Właśnie to było najgorsze.
Katarzyna odblokowała telefon i otworzyła zrzut archiwalnej strony.
Zakończenie projektu modernizacji systemów kontroli dostępu — zespół techniczny podwykonawcy.
Pod fotografią widniała data publikacji: listopad 2019 roku.
Przesunęła obraz niżej.
Wśród opisanych realizacji wymieniono obiekt przemysłowy w okolicach Niepołomic. Nazwa firmy nic jej nie mówiła, ale lokalizacja już tak.
Niepołomice.
Kiedy pracowała z ojcem, przygotowywali dokumentację dla kilku obiektów w tamtym rejonie. Większość zleceń dotyczyła przebudowy istniejących budynków, adaptacji pomieszczeń albo zmian w instalacjach.
Ojciec przyjmował niemal wszystko.
Mawiał, że mała pracownia nie może sobie pozwolić na wybieranie wyłącznie interesujących projektów.
Katarzyna otworzyła archiwum starego biura.
Po śmierci Antoniego skopiowała dokumentację z jego komputera na własny dysk. Nie chciała stracić plików, których dawni klienci mogli jeszcze potrzebować.
Nie zaglądała do nich od miesięcy.
Foldery nosiły nazwy, które ojciec uważał za oczywiste, a ona zawsze za irytujące.
HALA_NOWA.
MAG_2019.
INWESTOR_OST.
ROBOCZE_2.
Otworzyła pierwszy, potem drugi.
Przeglądała rysunki, zestawienia i stare wiadomości, lecz nie znajdowała niczego, co mogłaby jednoznacznie powiązać z fotografią.
Po dwudziestu minutach wróciła do projektu z Wieliczki.
Przesunęła ścianę na rysunku, sprawdziła odległości i zapisała plik.
Dopiero wtedy zauważyła, że naniosła poprawkę na niewłaściwą kondygnację.
Cofnęła zmianę.
— Skup się — powiedziała na głos.
W pustym biurze zabrzmiało to absurdalnie.
Wynajmowała dwa pomieszczenia w niewielkim budynku niedaleko centrum Krakowa. Większe mieściło biurko i stół do spotkań, mniejsze służyło za magazyn próbek materiałów, katalogów i części dokumentacji.
Lubiła to miejsce.
Nie przypominało dawnej pracowni ojca, w której zawsze panował bałagan, a na parapetach piętrzyły się rolki rysunków. Tutaj każdy segregator miał swoje miejsce.
Przynajmniej do tego ranka.
O jedenastej na stole leżały wydruki, notesy i dwa stare nośniki danych. Katarzyna otwierała kolejne katalogi, szukając śladu zlecenia dotyczącego centrum logistycznego „Brama”.
Nazwa nadal nie przywoływała żadnego konkretnego wspomnienia.
Może obiekt funkcjonował wcześniej pod inną nazwą?
Zdarzało się to często. Inwestor, właściciel nieruchomości i późniejszy użytkownik budynku mogli posługiwać się odmiennymi oznaczeniami.
Weszła do folderu z korespondencją dawnej pracowni i wpisała w wyszukiwarkę słowo Brama.
Brak wyników.
Spróbowała nazwy miejscowości.
Tym razem pojawiło się kilkanaście plików.
Większość dotyczyła niewielkiej hali produkcyjnej. Jeden folder zawierał dokumentację przyłączy, w kolejnym znajdowały się wyłącznie faktury.
Przy jednym z plików zauważyła nazwisko kontrahenta, które pojawiało się również w starszym katalogu dotyczącym systemów technicznych.
Otworzyła dokument.
Był to zeskanowany wykaz firm uczestniczących w uzgodnieniach dotyczących inwestycji.
Wśród osób wyznaczonych do kontaktu technicznego widniało nazwisko:
Paweł Wrona.
Katarzyna znieruchomiała.
Przeczytała je ponownie.
Obok znajdował się numer telefonu, nazwa przedsiębiorstwa i krótki opis zakresu współpracy.
Dokument nie wskazywał, że Wrona pracował bezpośrednio dla jej ojca. Wyglądał raczej na listę kontaktową przekazaną przez inwestora firmom uczestniczącym w pracach.
Ale nazwisko tam było.
W dokumentacji, która od lat znajdowała się na jej komputerze.
Oparła łokcie na biurku.
Poprzedniego wieczoru po raz pierwszy zobaczyła Pawła Wronę w telewizji.
Teraz odnalazła jego nazwisko w archiwum rodzinnej pracowni.
Przez chwilę miała ochotę zadzwonić do Michała.
Zapytać, czy znał Antoniego Maja, zanim poznali się na konferencji.
Nie zrobiła tego.
Skopiowała wykaz do osobnego folderu i otworzyła właściwości pliku. Skan pochodził z 2019 roku, ale data utworzenia kopii nie mówiła, kiedy dokument rzeczywiście trafił do pracowni.
Nie mogła na tej podstawie stwierdzić, czy ojciec osobiście kontaktował się z Pawłem.
Potrzebowała kogoś, kto pamiętał tamto zlecenie.
Numer Alicji Domańskiej znalazła w starych kontaktach służbowych.
Przez moment wahała się przed połączeniem.
Alicja pracowała u Antoniego przez kilka lat. Była młodsza od Katarzyny, ale miała znakomitą pamięć do dokumentów, terminów i ludzi.
Po śmierci ojca ich kontakt stopniowo się urwał.
Katarzyna wiedziała, że powinna była zadzwonić wcześniej. Choćby po to, żeby zapytać, co u niej słychać.
Teraz jednak nie chciała zastanawiać się nad własnym zaniedbaniem.
Alicja odebrała po piątym sygnale.
— Słucham?
— Cześć, Alicja. Katarzyna Maj.
— Kasia? — W głosie kobiety zabrzmiało zaskoczenie. — Nie poznałam numeru. Co u ciebie?
— Dobrze. Przepraszam, że dzwonię tak znienacka.
— Nic się nie stało. Wszystko w porządku?
Katarzyna spojrzała na otwarty dokument.
— Przeglądam stare archiwum taty. Muszę ustalić coś w sprawie jednego z projektów z dwa tysiące dziewiętnastego roku.
— Którego?
— Obiekt magazynowy pod Niepołomicami. Możliwe, że nazywał się „Brama”.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Pamiętam kilka takich obiektów — odpowiedziała Alicja. — Masz numer projektu?
— Właśnie próbuję go znaleźć.
— A inwestor?
Katarzyna odczytała nazwę z wykazu kontaktowego.
— Kojarzysz?
— Chyba tak. Było coś takiego. Tylko nie pamiętam, czy robiliśmy dokumentację całej inwestycji, czy same poprawki.
— Pamiętasz, kto się tym zajmował?
— Twój tata na pewno. Ty chyba też coś sprawdzałaś. Mieliśmy wtedy kilka tematów naraz, pamiętasz?
Katarzyna poczuła ucisk w żołądku.
— Co dokładnie sprawdzałam?
— Nie wiem, Kasia. Minęło siedem lat.
W słuchawce rozległ się odgłos odsuwanego krzesła.
— Pamiętam tylko, że przy jednym magazynie były jakieś uwagi do dokumentacji. Tata kazał mi przygotować dodatkowy komplet wydruków.
— Jakich uwag?
— Chyba dotyczących komunikacji. Albo ewakuacji. Nie chcę cię wprowadzać w błąd.
Katarzyna zapisała słowo ewakuacja.
— Masz jeszcze jakieś dokumenty z tamtego okresu?
— Prywatnie nie. Wszystko zostawiłam w biurze. A później, kiedy zamykaliście pracownię, część papierów trafiła chyba do magazynu.
— Wiem.
— Ale co się stało?
Katarzyna spojrzała na fotografię Pawła Wrony.
— Klient pytał o dawną dokumentację. Chcę sprawdzić, co dokładnie przygotowaliśmy.
— Rozumiem. Jeśli znajdę w mailach coś pomocnego, dam znać.
— Dzięki.
— Kasia?
— Tak?
— Ten magazyn... To nie był przypadkiem ten, w którym później wybuchł pożar?
Katarzyna zacisnęła palce na telefonie.
— Możliwe.
— Pamiętam, że tata bardzo się wtedy zdenerwował. Ale nie wiem, czy chodziło o nasz projekt.
— Nie rozmawiał ze mną o tym.
— Może nie chciał cię martwić.
Katarzyna nie odpowiedziała.
Po zakończeniu rozmowy długo patrzyła na ekran komputera.
Ojciec nigdy nie wspominał, że ich pracownia mogła mieć związek z miejscem tragicznego pożaru.
Przynajmniej ona tego nie pamiętała.
Przed trzynastą odnalazła folder MAG_2019_UZG.
Wcześniej go pominęła, ponieważ zawierał głównie pliki robocze.
Wśród nich znajdował się skan kilku stron dokumentacji z odręcznymi uwagami na marginesach.
Na pierwszej widniał rzut części magazynowej.
W prawym dolnym rogu umieszczono oznaczenie inwestycji. Nazwa „Brama” nie pojawiała się na stronie, ale numer referencyjny odpowiadał temu z wykazu kontaktów.
Katarzyna powiększyła rysunek.
Był słabo czytelny. Część opisów rozmazała się podczas skanowania, a linie instalacyjne nakładały się na oznaczenia pomieszczeń.
Rozpoznała jednak układ korytarzy prowadzących do bocznego wyjścia z hali.
Przy jednym z przejść widniał niewielki prostokąt, a obok kod:
E-17/B.
Pochyliła się bliżej monitora.
Nie wiedziała jeszcze, do czego dokładnie odnosił się ten symbol w przyjętym systemie oznaczeń. Mógł wskazywać konkretne przejście na drodze ewakuacyjnej albo element ujęty w dokumentacji bezpieczeństwa.
Na marginesie ktoś dopisał czerwonym długopisem:
Zweryfikować drożność przejścia i zgodność z dokumentacją. Nie zamykać przed odbiorem.
Odczytała zdanie dwa razy.
Słowo drożność natychmiast przywołało obraz spalonej hali i informację o trzech ofiarach.
Nie wiedziała, czy to przejście miało jakikolwiek związek z tragedią.
Nie zamierzała wyciągać podobnych wniosków na podstawie jednego rysunku.
Ale nie mogła też zignorować ostrzeżenia.
Otworzyła kolejne strony.
Na jednej znajdowała się lista drobnych korekt. Na następnej — fragment korespondencji wewnętrznej bez widocznego potwierdzenia wysłania.
Brakowało strony tytułowej, podpisu osoby przyjmującej dokumentację i informacji, czy zastrzeżenie zostało później rozpatrzone.
Katarzyna zaczęła szukać wersji końcowej.
Nie było jej w folderze.
Sprawdziła katalog nadrzędny.
Również bez rezultatu.
Znalazła za to kilka innych plików z podobnego okresu. Przeważnie były to kopie robocze, które ojciec przechowywał na komputerze, nawet kiedy gotową dokumentację dawno przekazano klientowi.
Nie wiedziała, czy brakujące strony nigdy nie zostały zeskanowane, czy po prostu znajdowały się gdzie indziej.
Spojrzała na zegar.
13:24.
Od rana niemal nie ruszyła spraw, którymi miała się zająć.
Telefon zawibrował.
Michał.
Jak głowa? Wszystko dobrze?
Katarzyna przeczytała wiadomość.
Przypomniała sobie poprzedni wieczór. Michała pochylającego się nad garnkiem. Jego dłonie, kiedy stawiał talerz na stole. Pocałunek w skroń.
A potem fotografię Pawła Wrony.
Odpisała:
Już lepiej. Dużo pracy.
Nie skłamała całkowicie.
Praca rzeczywiście się piętrzyła.
Tyle że nie chodziło już o projekt w Wieliczce.
Wydrukowała stronę z oznaczeniem E-17/B.
Papier wysunął się z drukarki z cichym szelestem.
Katarzyna położyła go na stole i przyjrzała się czerwonej uwadze.
Coś nie dawało jej spokoju.
Nie samo ostrzeżenie.
Sposób zapisania liter.
Wielkie „Z” na początku zdania miało charakterystycznie wydłużoną dolną kreskę. Cyfra siedem w oznaczeniu została przekreślona pod ostrym kątem.
Znała ten sposób pisania.
Ojciec stawiał siódemki inaczej. Zawsze zaczynał od krótkiej poziomej kreski, a przekreślenie prowadził niemal równolegle do górnej linii.
Katarzyna sięgnęła po długopis.
Na pustej kartce napisała:
E-17/B.
Potem:
Zweryfikować drożność przejścia.
Położyła kartkę obok wydruku.
Przez chwilę porównywała oba zapisy.
Nie chodziło wyłącznie o podobieństwo liter.
Na marginesie starego dokumentu, obok zdania, widniał mały trójkąt z kropką pośrodku.
Nie był to żaden oficjalny symbol projektowy.
Kiedyś sama wymyśliła taki znak. Oznaczała nim uwagi wymagające ponownego sprawdzenia, choć niekoniecznie natychmiastowej zmiany rysunku.
Używała go przez kilka lat w pracowni ojca.
Przestała dopiero wtedy, gdy założyła własne biuro i uporządkowała sposób opisywania korekt.
Wzięła wydruk do ręki.
Przypomniała sobie późne popołudnia spędzane nad rysunkami. Ojca wchodzącego do pokoju z kolejnym plikiem dokumentów. Jego zwyczaj odkładania na jej biurku najtrudniejszych spraw, bo — jak twierdził — miała lepsze oko do szczegółów.
Nie pamiętała tego konkretnego rysunku.
Nie pamiętała przejścia E-17/B.
Ale znak należał do niej.
Charakter pisma również.
Katarzyna powoli usiadła.
Jeszcze rano próbowała ustalić, dlaczego jej mąż znalazł się na fotografii wykonanej w 2019 roku pod Krakowem.
Teraz trzymała dokument związany z tą samą inwestycją.
Dokument zawierający ostrzeżenie dotyczące przejścia ewakuacyjnego.
Ostrzeżenie zapisane jej własną ręką.
Nie wiedziała, czy ktokolwiek je otrzymał.
Nie wiedziała, co później z nim zrobiono.
Nie potrafiła też przypomnieć sobie okoliczności, w których je sporządziła.
Ponownie spojrzała na oznaczenie.
E-17/B.
Siedem lat wcześniej uznała coś za wystarczająco niepokojące, żeby pozostawić pisemne ostrzeżenie.
A teraz nie pamiętała nawet, przed czym próbowała ostrzec.
W sobotę rano Michał zapytał Katarzynę, czy pojadą razem na zakupy.
Stał w drzwiach sypialni z dwoma pustymi kubkami w dłoniach. Miał na sobie szarą koszulkę, którą kupiła mu podczas wakacji, i wyglądał jak człowiek rozpoczynający spokojny weekend.
— Chciałem jeszcze podjechać po tę lampę do przedpokoju — powiedział. — Pamiętasz?
Pamiętała.
Od miesiąca planowali wymianę oświetlenia. Michał wybrał model, który jej się nie podobał, ona znalazła droższy, a potem oboje uznali, że żadna lampa nie jest warta kolejnej dyskusji.
Zwyczajny problem zwyczajnego małżeństwa.
Katarzyna spojrzała na telefon.
Na ekranie widniała wiadomość otrzymana dziewięć minut wcześniej.
Możemy porozmawiać. Dzisiaj, 12:30. Kawiarnia przy ulicy Długiej. Proszę przyjść sama.
Nadawcą był mężczyzna, do którego napisała późnym wieczorem.
— Muszę coś załatwić w mieście — odpowiedziała.
Michał postawił kubki na komodzie.
— W sobotę?
— Sprawy związane z projektem.
— Tym w Wieliczce?
— Nie.
Nie zamierzała kłamać więcej, niż było konieczne. Przez ostatnie dwa dni robiła to niemal bez przerwy.
— Długo ci zejdzie?
— Nie wiem. Może godzinę.
— To pojadę sam. Wyślę ci zdjęcia lamp.
Uśmiechnął się.
Spróbowała odwzajemnić uśmiech.
Kiedy wyszedł, odblokowała telefon i ponownie przeczytała wiadomość.
Proszę przyjść sama.
Nie podobały jej się te słowa.
Jeszcze mniej podobało jej się to, że zaczynała rozumieć, dlaczego ktoś mógł je napisać.
Kontakt do rozmówcy znalazła w piątek wieczorem.
Przeglądając wykaz techniczny z archiwum ojca, zauważyła nazwisko jednego z koordynatorów projektu. Obok widniała nazwa firmy zajmującej się instalacjami niskoprądowymi.
Nie zadzwoniła pod numer z dokumentu. Po siedmiu latach mógł należeć do kogoś innego.
Odszukała przedsiębiorstwo w publicznym rejestrze, a następnie jego dawną stronę internetową.
Firma nadal działała, choć pod zmienioną nazwą. W zakładce przedstawiającej zespół nie było już mężczyzny, którego szukała. Znalazła jednak archiwalny artykuł branżowy, w którym wymieniono go jako uczestnika konferencji poświęconej bezpieczeństwu obiektów przemysłowych.
Andrzej Wilk.
Na fotografii wyglądał na pięćdziesiąt kilka lat. Szczupły, z krótko przyciętymi siwymi włosami i twarzą człowieka, który niechętnie pozuje do zdjęć.
Pod artykułem podano służbowy adres e-mail.
Katarzyna napisała, że porządkuje dokumentację dawnej pracowni Antoniego Maja i chciałaby zweryfikować kilka informacji dotyczących realizacji z 2019 roku.
Nie wspomniała o Michale.
Ani o telewizyjnym reportażu.
Wilk odpowiedział po pół godzinie.
Jednym zdaniem.
O jaki obiekt chodzi?
Podała numer referencyjny z wykazu kontaktów i nazwę „Brama”.
Kolejna odpowiedź nadeszła dopiero po dwudziestej drugiej.
Nie zajmuję się już tą sprawą.
Przez chwilę zastanawiała się, czy na tym poprzestać.
Potem wysłała następną wiadomość.
Nie pytam o odpowiedzialność za pożar. Chcę ustalić, kto uczestniczył w uzgodnieniach technicznych i czy dokumentacja naszej pracowni została przekazana właściwym osobom.
Tego wieczoru Wilk już nie odpisał.
Rano zaproponował spotkanie.
Nie podał numeru telefonu.
Katarzyna dotarła na ulicę Długą dwadzieścia minut przed umówioną godziną.
Zaparkowała kilka przecznic dalej i resztę drogi pokonała pieszo. Powietrze było chłodne i wilgotne, choć od rana nie padało. Żółte liście przywarły do chodnika po nocnym deszczu.
Przed kawiarnią zatrzymała się przy witrynie.
W środku siedziało kilku klientów: młoda para przy oknie, starsza kobieta czytająca książkę i dwóch mężczyzn pochylonych nad laptopem.
Wilka jeszcze nie było.
Weszła, wybrała stolik przy ścianie, z którego widziała drzwi, i zamówiła czarną kawę.
Położyła telefon na stole. Otworzyła notatki.
Przygotowała siedem pytań.
Nie chciała improwizować.
Przez ostatnie dwa dni kilkakrotnie przekonała się, jak łatwo strach potrafi zmienić sposób myślenia. Gdyby zapytała Wilka wprost, czy jej mąż był Pawłem Wroną, mogłaby stracić jedyną okazję do uzyskania niezależnych informacji.
Nie wiedziała zresztą, jak uzasadnić takie pytanie.
Obok telefonu położyła wydruk wykazu kontaktowego.
Dokument z oznaczeniem E-17/B zostawiła w samochodzie. Nie chciała pokazywać nieznajomemu wszystkiego, co znalazła.
O dwunastej dwadzieścia osiem do kawiarni wszedł mężczyzna w ciemnym płaszczu.
Rozpoznała go od razu.
Był starszy niż na fotografii z konferencji. Przybyło mu siwizny, a wokół ust pojawiły się głębokie zmarszczki. Rozejrzał się po sali i zatrzymał wzrok na jej stoliku.
Podszedł.
— Pani Maj?
— Tak. Dzień dobry.
Uścisnęli sobie dłonie.
Wilk nie zdjął płaszcza.
— Mam najwyżej pół godziny.
— Rozumiem. Dziękuję, że pan przyszedł.
Usiadł naprzeciwko.
Kiedy podeszła kelnerka, zamówił espresso.
Dopiero po jej odejściu spojrzał na dokument leżący przed Katarzyną.
— Skąd pani to ma?
— Z archiwum pracowni mojego ojca.
— Tylko tyle?
— Na razie tak.
Wilk odchylił się na krześle.
— Nie wiem, w czym mógłbym pomóc.
— Chciałabym ustalić, kto odpowiadał za uzgodnienia techniczne dotyczące tego obiektu.
Przesunęła kartkę w jego stronę.
Wilk spojrzał na nazwę inwestycji.
Nie dotknął papieru.
— To było dawno.
— Siedem lat temu.
— W mojej branży siedem lat to bardzo dużo.
— A jednak pamięta pan ten obiekt.
Mężczyzna podniósł wzrok.
Katarzyna natychmiast pożałowała tonu, jakiego użyła.
— Trudno nie pamiętać — odpowiedział.
Nie musiał wyjaśniać dlaczego.
Kelnerka przyniosła espresso.
Wilk wsypał cukier i zaczął mieszać kawę. Robił to tak długo, że Katarzyna słyszała każde uderzenie łyżeczki o porcelanę.
— Pracował pan przy instalacjach bezpieczeństwa? — zapytała.
— Przy części infrastruktury technicznej. Nie odpowiadałem za cały budynek.
— Nie twierdzę, że pan odpowiadał.
— Dobrze.
Odłożył łyżeczkę.
— Bo po pożarze wszyscy nagle odpowiadali za wszystko. Przynajmniej w gazetach.
Katarzyna pozwoliła mu mówić.
— Były różne firmy — kontynuował. — Generalny wykonawca, podwykonawcy, obsługa techniczna, zarządca obiektu. Z zewnątrz wygląda to prosto. W rzeczywistości jeden człowiek zajmował się czytnikami kart, drugi centralą alarmową, trzeci dokumentacją odbiorową. I niekoniecznie wiedzieli, co robią pozostali.
— Chcę właśnie ustalić, kto zajmował się czym.
Wilk ponownie spojrzał na kartkę.
— Ten wykaz pochodzi z okresu uzgodnień. Później składy zespołów się zmieniały.
— Czyli nie daje pełnego obrazu?
— Nie.
Katarzyna wskazała jedno nazwisko.
— A ten człowiek? Paweł Wrona?
Wilk przestał obracać filiżankę.
Zmiana była niewielka, ale zauważalna.
— Co z nim?
— Jest wymieniony jako kontakt techniczny.
— Widzę.
— Znał go pan?
— Z pracy.
— Dobrze?
— Co to znaczy dobrze?
— Czy współpracowaliście bezpośrednio?
Wilk spojrzał ku oknu.
— Czasami. Wrona znał się na instalacjach. Nie był kierownikiem budowy ani dyrektorem żadnej z tych firm, jeśli o to pani pyta.
— Był podwykonawcą?
— Pracował dla firmy, która wykonywała i serwisowała część systemów. Jeździł między obiektami. Takich ludzi było wielu.
— A w „Bramie”?
— Bywał.
Katarzyna sięgnęła po filiżankę, choć kawa zdążyła wystygnąć.
— Jak często?
— Nie prowadziłem ewidencji jego wizyt.
— Rozumiem.
— Mam wrażenie, że pani nie rozumie.
Wilk pochylił się nieco nad stołem.
— Siedem lat temu zginęli tam ludzie. Potem były przesłuchania, kontrole, gazety. Przez długi czas każdy telefon od nieznanego numeru oznaczał kolejne pytania o rzeczy, na które nie znałem odpowiedzi. Nie chcę przechodzić przez to jeszcze raz.
Mówił cicho, bez agresji.
Katarzyna poczuła, że jej pytania zaczynają brzmieć inaczej.
Dla niej centrum „Brama” było dotąd nazwą z reportażu i folderu komputerowego.
Dla Wilka stanowiło część przeszłości, do której wyraźnie nie chciał wracać.
— Nie jestem dziennikarką — powiedziała.
— Wiem. Sprawdziłem pani nazwisko.
Katarzyna zesztywniała.
— Co pan sprawdził?
— Czy rzeczywiście jest pani architektką. I czy Antoni Maj prowadził pracownię.
— Dlaczego?
— Bo po tym wszystkim wolę wiedzieć, z kim rozmawiam.
Nie mogła uznać tego za nierozsądne.
Sama przecież spędziła poprzedni wieczór na sprawdzaniu jego zawodowej przeszłości.
— Znał pan mojego ojca? — zapytała.
Wilk pokręcił głową.
— Kojarzę nazwisko z dokumentów. Nie pamiętam, żebym z nim rozmawiał.
— A Paweł Wrona? Znał Antoniego Maja?
— Nie wiem.
Odpowiedział bez wahania.
Katarzyna nie miała powodu sądzić, że kłamie.
— Wspomniał pan o różnych firmach — powiedziała. — Kto odpowiadał za ochronę obiektu?
Wilk przyjrzał jej się uważniej.
— To zależy, o jaki okres pani pyta.
— Przed pożarem.
— Była firma zarządzająca. Mieli własnych ludzi od bezpieczeństwa.
— Pamięta pan jakieś nazwiska?
— Nie wszystkie.
— Kogoś konkretnego?
Wilk zawahał się.
— Damian Kurek.
Katarzyna zapisała nazwisko.
— Kim był?
— Zajmował się bezpieczeństwem obiektu. Nadzorował ochronę, procedury, takie rzeczy. Nie jestem pewien, jaki dokładnie miał tytuł stanowiska w każdym okresie.
— Znał Pawła Wronę?
— Musieli ze sobą rozmawiać. Przy takich instalacjach nie da się pracować bez uzgodnień z zarządcą i ochroną.
— A widział pan ich razem?
Wilk przez chwilę szukał czegoś w pamięci.
— Na pewno podczas co najmniej jednego spotkania technicznego.
— Kiedy?
— Przed pożarem. Dokładnej daty pani nie podam.
— O czym rozmawiali?
— Nie pamiętam.
— Pokłócili się?
Mężczyzna uniósł brwi.
— Nie powiedziałem, że się pokłócili.
— Tylko pytam.
— A ja odpowiadam. Nie pamiętam żadnej kłótni.
Katarzyna odłożyła długopis.
Zorientowała się, że zaczyna naciskać zbyt mocno.
— Przepraszam.
Wilk zerknął na zegarek.
— Zostało mi dziesięć minut.
— Jeszcze jedno pytanie.
— Słucham.
— Czy nazwisko Pawła Wrony pojawiało się w związku ze sprawą dziennikarki? Marty Lis?
Wilk odstawił filiżankę tak gwałtownie, że kawa rozlała się na spodek.
— Skąd pani o tym wie?
— Przedwczoraj był reportaż.
— Nie oglądałem.
— Wymieniono w nim Wronę jako świadka.
Mężczyzna sięgnął po serwetkę.
Starannie wytarł spodek, choć plama była niewielka.
— Był świadkiem w różnych postępowaniach. Nie wiem, co zeznał.
— Nie pytam o zeznania.
— To dobrze.
Wilk wyglądał, jakby zamierzał wstać.
Katarzyna sięgnęła po telefon.
— Chciałabym pokazać panu zdjęcie.
Spojrzał na urządzenie.
— Jakie?
— Mężczyzny, którego znam.
— Po co?
Poczuła nagły przypływ odwagi.
Otworzyła galerię i wybrała fotografię Michała znad morza.
Nie przesunęła jeszcze telefonu w stronę rozmówcy.
— Chcę wiedzieć, czy to ten sam człowiek.
Wilk przez chwilę przyglądał się jej twarzy.
Potem opuścił wzrok na ekran.
Katarzyna odwróciła telefon.
Mężczyzna nie wziął go do ręki. Pochylił się tylko nieco nad stołem.
Jego spojrzenie zatrzymało się na fotografii.
Katarzyna obserwowała reakcję rozmówcy uważniej niż samo zdjęcie.
Nie potrzebowała kolejnego obrazu.
Potrzebowała opinii człowieka, który znał Pawła.
Wilk zmrużył oczy.
— Kiedy to zrobiono?
— Niedawno.
— Gdzie?
— Nad morzem.
— Kto to jest?
Serce Katarzyny przyspieszyło.
— Najpierw proszę powiedzieć, czy go pan rozpoznaje.
Wilk wyprostował się.
— Nie będę zgadywał na podstawie jednego zdjęcia.
— Ale jest podobny?
— Do kogo?
— Do Pawła Wrony.
Mężczyzna spojrzał na fotografię jeszcze raz.
Milczał.
— Wrona miał krótsze włosy — powiedział w końcu.
— Siedem lat temu.
— Tak.
— I był szczuplejszy?
Wilk podniósł wzrok.
— Skąd pani to wie?
Katarzyna zamilkła.
Dopiero teraz zrozumiała, że sama wprowadziła szczegół, którego nie mogła znać wyłącznie z nazwiska w wykazie.
— Widziałam jego stare zdjęcie — wyjaśniła.
— W reportażu?
— Między innymi.
Wilk ponownie przyjrzał się ekranowi.
— Nie wiem, co pani chce usłyszeć.
— Prawdę.
Odpowiedziała zbyt szybko.
Mężczyzna odsunął filiżankę.
— Proszę pani, niektórych dawnych współpracowników nie rozpoznawałem nawet dwa lata po zakończeniu projektu. Minęło siedem. Nie będę poświadczał czyjejś tożsamości na podstawie fotografii z wakacji.
— Nie proszę o poświadczenie.
— Więc o co?
Nie odpowiedziała.
Nie mogła mu powiedzieć, że od dwóch dni śpi po kilka godzin, bo człowiek, którego kocha, być może przez pięć lat ukrywał przed nią własne imię.
Nie chciała też ujawniać, że znalazła ostrzeżenie techniczne, którego znaczenia nadal nie rozumiała.
Wilk spojrzał na wydrukowany wykaz kontaktów.
Potem znów na fotografię.
— Jest podobny — powiedział cicho.
Katarzyna poczuła ucisk w gardle.
— Jak bardzo?
— Na tyle, że chciałbym zobaczyć więcej zdjęć, zanim powiem coś pewniejszego.
Nie było to potwierdzenie.
Ale nie było również zaprzeczenie.
Schowała telefon.
Przez chwilę oboje milczeli.
— A Damian Kurek? — zapytała w końcu. — Nadal pracuje w tej samej firmie?
Wilk pokręcił głową.
— Nie wiem, gdzie teraz pracuje. I radziłbym pani nie szukać go tylko dlatego, że jego nazwisko pojawia się w starych dokumentach.
— Dlaczego?
— Bo nie wszyscy związani z tamtą sprawą chcą do niej wracać.
— Pan również nie chce.
— Zgadza się.
— A jednak pan przyszedł.
Wilk przez chwilę wyglądał, jakby zamierzał odpowiedzieć ostrzej.
W końcu westchnął.
— Ponieważ napisała pani, że chodzi o dokumentację pracowni ojca. Jeśli naprawdę ma pani jakieś stare materiały, powinna pani ustalić ich pochodzenie i kompletność. Nie opierać się na opowieściach ludzi spotkanych po siedmiu latach.
— Właśnie próbuję to zrobić.
— W takim razie proszę zacząć od dokumentów.
Wstał.
Tym razem Katarzyna nie próbowała go zatrzymać.
— Dziękuję za rozmowę.
Wilk wsunął ręce do kieszeni płaszcza.
Przez moment patrzył na nią w sposób, którego nie potrafiła odczytać.
— Pani Maj?
— Tak?
Wskazał ruchem głowy telefon leżący obok jej filiżanki.
— Ten człowiek ze zdjęcia...
Katarzyna zesztywniała.
Wilk zniżył głos.
— Skąd pani zna Pawła Wronę?
W niedzielę Katarzyna obudziła się z przekonaniem, że musi komuś powiedzieć prawdę.
Nie całą. Nie potrafiłaby jeszcze ułożyć jej w spójną historię. Chciała jedynie wypowiedzieć na głos to, czego od trzech dni bała się nawet pomyśleć: że mężczyzna, z którym dzieliła łóżko, mógł być kimś innym, niż twierdził.
Michał spał obok.
Przez uchylone zasłony wpadało blade światło. Na stoliku nocnym leżał jego zegarek, a na krześle wisiała koszula przygotowana na poniedziałek. Wszystko znajdowało się na swoim miejscu.
Katarzyna przez chwilę przyglądała się mężowi.
Wczoraj, po powrocie ze spotkania z Andrzejem Wilkiem, zastała go w przedpokoju. Na ekranie telefonu porównywał dwie lampy, poważnie rozważając różnicę między matowym niklem a szczotkowaną stalą.
Rozmawiali o tym prawie kwadrans.
Ona przez cały czas słyszała w głowie ostatnie pytanie Wilka.
Skąd pani zna Pawła Wronę?
Nie odpowiedziała. Zasłoniła się koniecznością sprawdzenia dokumentów i zakończyła spotkanie, zanim zdążył ponowić pytanie.
Teraz żałowała.
Mogła powiedzieć, że chodzi o jej męża. Zobaczyć reakcję człowieka, który znał Pawła siedem lat wcześniej.
Ale wtedy informacja przestałaby należeć wyłącznie do niej. Wilk mógłby skontaktować się z dawnym współpracownikiem, wspomnieć rozmowę przy przypadkowym spotkaniu albo sam zacząć zadawać pytania.
Katarzyna nie była jeszcze gotowa, żeby Michał dowiedział się o jej poszukiwaniach.
Sięgnęła po telefon i odszukała numer Anny Bieleckiej.
Masz dzisiaj czas na kawę? Muszę z tobą porozmawiać.
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
Dla ciebie zawsze. Trzynasta?
Katarzyna zamknęła oczy.
Po raz pierwszy od czwartku poczuła ulgę.
Anna spóźniła się siedem minut.
Katarzyna zauważyła to odruchowo, choć tym razem nie miało żadnego znaczenia.
Siedziała przy stoliku w niewielkiej kawiarni na Kazimierzu, mieszając kawę, której jeszcze nie spróbowała. Za oknem przechodnie mijali się w jesiennych kurtkach. Niektórzy nieśli parasole, mimo że od rana nie spadła ani kropla deszczu.
Anna weszła szybkim krokiem i rozejrzała się po sali.
Ciemne włosy miała niedbale związane z tyłu głowy. Nosiła czarny płaszcz i torbę przewieszoną przez ramię. Pod oczami widniały cienie, których nawet nie próbowała ukryć makijażem.
Zobaczywszy Katarzynę, uniosła rękę.
— Wybacz. Nie mogłam znaleźć miejsca.
Pocałowała przyjaciółkę w policzek i usiadła.
— Wyglądasz fatalnie — oznajmiła.
— Dziękuję. Ty też pięknie.
Anna uśmiechnęła się.
— Czyli naprawdę jest źle.
Znały się od ponad dziesięciu lat. Poznały się, kiedy Katarzyna pracowała jeszcze w biurze ojca, a Anna rozpoczynała karierę w komunikacji kryzysowej. Najpierw połączyła je wspólna znajoma, później kilka przypadkowych spotkań. Z czasem przyjaźń przetrwała zmiany pracy, związki i długie okresy, kiedy obie miały dla siebie zdecydowanie za mało czasu.
Anna należała do niewielu osób, przy których Katarzyna nie musiała udawać, że nad wszystkim panuje.
Przynajmniej tak było dotąd.
— Co się stało? — zapytała Anna, zdejmując płaszcz.
Katarzyna spojrzała na nią.
Zdania przygotowane w drodze do kawiarni nagle wydały jej się absurdalne.
Wydaje mi się, że mój mąż nie jest tym, za kogo się podaje.
Jak można powiedzieć coś takiego przy kawie?
— Chodzi o Michała.
Anna położyła telefon ekranem do dołu.
— Pokłóciliście się?
— Nie.
— Ktoś jest chory?
— Nie.
— To powiedz wreszcie.
Katarzyna objęła filiżankę dłońmi.
— W czwartek oglądałam reportaż.
Anna czekała.
— O Marcie Lis.
Uśmiech zniknął z jej twarzy.
Przez moment nie odezwała się ani słowem.
— O tej dziennikarce? — zapytała w końcu.
— Tak.
— Widziałam zapowiedź. Nie oglądałam całości.
Katarzyna skinęła głową.
— Pokazywali materiały związane z pożarem „Bramy”.
Anna odwróciła wzrok ku oknu.
Katarzyna natychmiast pożałowała, że zaczęła właśnie od tego.
Siedem lat wcześniej, siedemnastego października, w pożarze centrum logistycznego zginął Tomasz Bielecki.
Młodszy brat Anny.
Miał dwadzieścia siedem lat i dwoje małych dzieci. Pracował w magazynie od niespełna roku. Poprzedniego wieczoru obiecał córce, że w weekend zabierze ją do kina.
Anna opowiedziała Katarzynie o tej obietnicy podczas pogrzebu.
Nie mówiła wtedy o przyczynach pożaru. Nie pytała, dlaczego Tomasz nie zdołał wydostać się z budynku.
Powtarzała tylko, że dziewczynka przez kilka dni trzymała przy łóżku dwa bilety kupione przez matkę, wierząc, że ojciec jeszcze wróci.
Katarzyna pamiętała, jak Anna przestała odbierać telefony. Jak schudła. Jak miesiącami nie potrafiła rozmawiać o pracy, choć wcześniej właśnie na niej opierała poczucie własnej wartości.
A potem zaczęła szukać odpowiedzi.
Przez kilka lat zbierała artykuły, rozmawiała z prawnikami, uczestniczyła w spotkaniach rodzin ofiar.
Katarzyna wiedziała o części tych działań, ale nie wypytywała o szczegóły. Uważała, że przyjaciółka sama powie jej tyle, ile będzie chciała.
Teraz siedziała naprzeciwko kobiety, której brat zginął w katastrofie, i zamierzała opowiedzieć o fotografii człowieka związanego z tamtym miejscem.
Człowieka, który poprzedniej nocy spał obok niej.
— Przepraszam — powiedziała.
Anna spojrzała na nią.
— Za co?
— Wczoraj była rocznica.
— Wiem, jaki był wczoraj dzień.
Nie zabrzmiało to jak wyrzut.
Raczej jak stwierdzenie czegoś, o czym żadna z nich nie mogła zapomnieć.
Kelnerka podeszła do stolika. Anna zamówiła herbatę.
Dopiero kiedy odeszła, przyjaciółka odezwała się ponownie.
— Byłam rano u mamy. Nie chciała jechać na cmentarz. Powiedziała, że była wczoraj i wystarczy.
Katarzyna milczała.
— Chyba ma rację — dodała Anna. — To, że minęło siedem lat, nie znaczy, że trzeba co roku przeżywać wszystko od początku.
Spojrzała na Katarzynę.
— Ale nie po to mnie zaprosiłaś. Mów.
Katarzyna opowiedziała o reportażu.
O fotografii Pawła Wrony. O bliznie przy skroni. O tym, jak Michał wyłączył telewizor, kiedy padło nazwisko.
Starała się trzymać faktów. Nie dodawała niczego, czego nie była pewna.
Anna słuchała bez przerywania.
Dopiero kiedy Katarzyna wspomniała o archiwalnej fotografii pracowników, pochyliła się nad stolikiem.
— Masz ją?
Katarzyna wyjęła telefon i otworzyła zapisany obraz.
— Ten drugi od lewej.
Anna wzięła urządzenie.
Przez dłuższą chwilę przyglądała się zdjęciu.
— To Michał?
— Tak mi się wydaje.
— Jest bardzo podobny.
— Właśnie.
Anna powiększyła obraz.
— Kiedy je zrobiono?
— W dwa tysiące dziewiętnastym. Artykuł opublikowano w listopadzie.
— Czyli po pożarze.
— Tak.
Anna przeczytała podpis.
— To firma, która tam pracowała?
— Jedna z firm technicznych. Jeszcze nie wiem dokładnie, jakie miała zlecenia.
— A Michał co mówi?
— Nic.
Anna podniosła wzrok.
— Nie zapytałaś go?
Katarzyna pokręciła głową.
— Nie wprost.
— Dlaczego?
To pytanie okazało się trudniejsze, niż przypuszczała.
— Bo boję się odpowiedzi.
Anna oddała jej telefon.
Przez chwilę obie milczały.
— Kaśka, możesz się mylić — powiedziała w końcu.
— Wiem.
— Ludzie bywają podobni. Nawet bardzo.
— Wiem.
— Ale skoro rozpoznałaś go na dwóch zdjęciach, trzeba to sprawdzić.
Katarzyna spojrzała na przyjaciółkę z wdzięcznością.
Nie usłyszała, że przesadza albo wymyśla problemy. Anna nie zbagatelizowała jej obaw.
— Wczoraj rozmawiałam z jednym z dawnych współpracowników — powiedziała.
Opowiedziała o Andrzeju Wilku, jego niechęci do spotkania i ostrożnym potwierdzeniu podobieństwa.
Pominęła tylko to, że pokazała mu aktualne zdjęcie Michała, nie wyjaśniając, kim jest dla niej fotografowany mężczyzna.
— I znał Wronę? — zapytała Anna.
— Tak. Powiedział, że Paweł pracował przy instalacjach. Nie należał do kierownictwa.
— Wymienił kogoś jeszcze?
— Damiana Kurka. Człowieka odpowiedzialnego za bezpieczeństwo obiektu.
Anna opuściła wzrok na filiżankę.
— To nazwisko chyba pojawiało się kiedyś w materiałach o pożarze — powiedziała po chwili.
— Znasz go?
— Nie osobiście.
Nie dodała nic więcej.
Katarzyna poczuła się nieco lżej.
Samo opowiedzenie wydarzeń sprawiło, że zaczęły układać się w zrozumiałą kolejność.
Fotografia.
Nazwisko.
Dawna praca.
Człowiek, który znał Wronę.
To nadal nie dowodziło, że Michał ją oszukał. Ale przestało być wyłącznie lękiem, którego nie umiała nikomu wyjaśnić.
— Jest jeszcze coś — powiedziała.
Anna spojrzała na nią uważnie.
— Znalazłam nazwisko Wrony w starych dokumentach taty.
— W dokumentach Antoniego?
— Tak.
— Jakich?
Katarzyna zawahała się.
— W wykazie osób uczestniczących w uzgodnieniach technicznych. Chyba dotyczących tego samego obiektu.
Anna przez moment nie odrywała od niej wzroku.
— A oryginały?
— Co?
— Masz oryginalne dokumenty czy tylko skany?
Katarzyna zmarszczyła brwi.
— Skany. Dlaczego?
— Bo jeśli to dokumentacja sprzed pożaru, oryginały mogą być ważne. Daty, podpisy, odręczne adnotacje. Sama wiesz najlepiej.
— Jeszcze nie wiem, czy mają jakikolwiek związek z tragedią.
— Wiem. Mówię tylko, żebyś niczego nie wyrzucała.
Katarzyna przyjrzała się jej uważniej.
— Nawet nie powiedziałam ci, co dokładnie znalazłam.
Anna uniosła dłonie w uspokajającym geście.
— Pracuję z ludźmi, którzy muszą odtwarzać dawne zdarzenia. Pierwsze, czego się nauczyłam, to żeby nie polegać wyłącznie na pamięci.
Brzmiało rozsądnie.
Anna od lat zajmowała się komunikacją kryzysową. Wiedziała, jak łatwo niepotwierdzona informacja może zacząć funkcjonować jako fakt.
Katarzyna upiła łyk wystygłej kawy.
— Znalazłam też fragment rysunku.
— Jakiego?
— Dotyczącego drogi ewakuacyjnej.
Anna znieruchomiała na krótką chwilę.
Potem odsunęła filiżankę.
— Co było na tym rysunku?
— Oznaczenie przejścia. E-17/B. I notatka, że trzeba sprawdzić jego drożność.
— Kto ją napisał?
Katarzyna spojrzała w bok.
— Chyba ja.
Anna nie odpowiedziała od razu.
— Pamiętasz to? — zapytała ciszej.
— Nie. Rozpoznaję swoje pismo. Nawet specjalny znak, którego kiedyś używałam. Ale samego dokumentu nie pamiętam.
Anna pochyliła się do przodu.
— Kaśka, to nie znaczy, że zrobiłaś coś złego.
— Nie powiedziałam, że zrobiłam.
— Ale właśnie o tym myślisz.
Katarzyna zacisnęła usta.
Przez moment patrzyły na siebie ponad stolikiem.
Potem Anna wyciągnęła rękę i przykryła dłonią jej palce.
— Mój brat nie zginął dlatego, że ktoś napisał uwagę na marginesie rysunku.
Katarzyna poczuła pieczenie pod powiekami.
— Nie wiem, czy ktokolwiek tę uwagę przeczytał.
— Więc to trzeba ustalić.
Przez następne kilka minut rozmawiały o Antonim.
Katarzyna wyjaśniła, że po jego śmierci skopiowała dane z komputera, ale nie przeglądała dokładnie wszystkich folderów.
Wiele plików miało przypadkowe nazwy. Część dokumentów występowała w kilku wersjach. Niektóre skany były niekompletne.
— A papierowe archiwum? — zapytała Anna.
— Jest w magazynie.
— Nadal?
— O ile nikt niczego nie przenosił.
— Kto ma do niego dostęp?
— Ja. Właściciel pomieszczenia, jeśli musi coś sprawdzić. Nie wiem, czy ktoś jeszcze.
— Powinnaś tam pojechać.
Katarzyna skinęła głową.
— Myślałam o tym.
— Kiedy?
— W przyszłym tygodniu. Mam sporo pracy.
Anna spojrzała na nią tak, jak patrzyła zawsze, gdy uważała, że przyjaciółka próbuje schować się za obowiązkami.
— Kaśka, jeśli od trzech dni prawie nie śpisz, to chyba ważniejsze niż kolejny projekt.
— Nie mogę zostawić klientów.
— Nie mówię, żebyś rzucała wszystko. Wyznacz sobie jeden dzień.
Katarzyna milczała.
Właśnie tego potrzebowała: kogoś, kto zamiast podsuwać coraz bardziej przerażające możliwości, pomoże zamienić chaos w kilka konkretnych działań.
— Mogłabyś ze mną pojechać? — zapytała.
Anna uśmiechnęła się lekko.
— Jasne.
— Naprawdę?
— Przecież nie pozwolę ci samej przerzucać kilkunastu kartonów. Przy ostatniej przeprowadzce prawie połamałaś sobie plecy.
Katarzyna roześmiała się po raz pierwszy od czwartku.
Krótko, nieco nerwowo.
Ale szczerze.
Kiedy wychodziły z kawiarni, było już po piętnastej.
Na ulicy zrobiło się chłodniej. Anna zapięła płaszcz pod samą szyję, a Katarzyna schowała telefon do kieszeni.
Przez kilka minut szły razem w kierunku przystanku.
