Namiętne ultimatum - J.L. Beck i S. Rena - ebook
NOWOŚĆ

Namiętne ultimatum ebook

J.L. Beck i S. Rena

2,7

280 osób interesuje się tą książką

Opis

Mówią, że prawda wyzwala.

To kłamstwo.

Prawda sprawiła, że niczym księżniczka z bajki zostałam uwięziona w wysokiej wieży na odludziu, zdana na łaskę mojego nowego, niebezpiecznego męża.

Jeśli chcę przetrwać, muszę sprawić, by Enzo znów się we mnie zakochał.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 318

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,7 (3 oceny)
0
0
2
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ewakr1

Całkiem niezła

bohaterowie jak dzieci we mgle a Enzo jest takim mafiozem jak z koziej du.. trąba
00



Czarno-biała fotografia przedstawia przystojnego, umięśnionego mężczyznę z zarostem, który pozuje bez koszulki, trzymając jedną dłoń za głową i patrząc bezpośrednio w obiektyw.
J.L. Beck & S. Rena; Namiętne ultimatum. Tom 4; Risky Romance; 2026

Fragment

Tytuł oryginału: Savage Vow

Przekład z języka angielskiego: Wanda Lewera

Copyright © J. L. Beck, 2026

This edition: © Risky Romance/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026

Projekt graficzny okładki: Maria Lepian

Redakcja: Anna Poinc-Chrabąszcz

Korekta: Anna Nowak

ISBN: 978-91-8076-713-2

Opracowanie e-bo­oka:Marcin Słociński / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.

Risky Romance / Gyldendal A/S Klareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K

www.gyldendal.dk

Rozdział 1

Alicja

Co ja mam teraz robić?

Co ze mną będzie?

Przed niecałą godziną miałam pocałować swojego świeżo poślubionego męża. Chociaż byłam przerażona i wstrząśnięta, jakoś przetrwałam uroczystość, czy tam miniuroczystość. Wiedziałam, co muszę zrobić, żeby wyjść z sytuacji cało, chociaż nie miałam wątpliwości, że mój rzekomy ojciec wszystko wygada i zakończy tę maskaradę, a mnie czeka katastrofa.

No i nastąpiła katastrofa, tylko nie taka, jaką sobie wyobrażałam.

Znowu siedzę uwięziona w pokoju, w którym wylądowałam na początku. Tylko że teraz mam na sobie zakrwawioną suknię ślubną. I obrączkę na palcu, symbol pseudozwiązku, który zawarłam.

Czekam, aż mąż zdecyduje, co ze mną zrobić.

Pełen żałości szloch wyrywa mi się z piersi, nie jestem w stanie go powstrzymać. Nie rozumiem, co się dzieje. Jak mogło dojść do takiej katastrofy? O co w tym wszystkim chodzi? Zmuszono mnie do tego ślubu, do udawania, że tamci ludzie są moimi rodzicami. Z moich ust padło tyle kłamstw i półprawd, że sama się w nich gubię.

Wiem, że z żadne kłamstwo mnie już nie wybawi. Ten cały Alvarez powiedział Enzowi, że nie jestem osobą, za którą mnie uważa. Jest tak samo obrzydliwy i okrutny jak cała reszta.

Myślałam, że Enzo jest lepszy. W głębi duszy wiem, że się nie mylę. Nie chciałam ujawnić swoich uczuć do niego, ale mówiłam prawdę. Kocham go. Przez te sekundy, gdy myślałam, że dosięgnie go kula, byłam przerażona. Na samą myśl o tym, że go stracę, że nie będzie go przy mnie… Nie umiem sobie tego wyobrazić. Chociaż znowu mnie uwięził. Chociaż wiem, że może mnie zabić, a wręcz jest to bardzo prawdopodobne.

Słysząc szczęknięcie zamka w drzwiach, podrywam głowę. Serce wali mi jak szalone, robi mi się tak słabo, że dostaję mdłości. Więc to już. W sumie nie sądziłam, że tyle czasu upłynie, zanim on przyjdzie wyładować na mnie gniew. Wstrzymuję oddech, pogodzona z losem, ale to nie Enzo wchodzi do pokoju. Mija dłuższa chwila, nim dociera do mnie, że to ochroniarz.

Obrzuca mnie groźnym spojrzeniem, a potem stawia na podłodze tacę z posiłkiem. I wychodzi, zanim oprzytomnieję na tyle, żeby go spytać, co się dzieje. I znowu słyszę szczęk zamka.

– Niech ktoś ze mną porozmawia! – wołam. – Błagam!

Zrywam się z łóżka, dopadam drzwi i pukam, chociaż mam ochotę walić w nie pięściami. To jednak nie byłby najlepszy pomysł. Wiem, że teraz muszę zachować spokój. Na tyle, na ile się da w takiej sytuacji.

Muszę się opanować i podnieść tacę zastawioną jedzeniem, którym mieliśmy się delektować na swoim weselu. Jeszcze jedno przypomnienie o tym, jak miał wyglądać ten dzień. I co się porobiło? Wszystko dawno wystygło, na kurczaku zakrzepł sos. Dochodzę jednak do wniosku, że nie czas wybrzydzać, zwłaszcza że nie mam pojęcia, kiedy znowu komuś przyjdzie do głowy mnie nakarmić. Co prawda głód to mój najmniejszy problem, ale wmuszam w siebie kurczaka, ziemniaki i duszone warzywa. Nie czuję ich smaku.

Gdyby nie cały ten stres, nawet bym się śmiała. Jakże daleko temu wszystkiemu do mojego wymarzonego ślubu. Wszystkie młodzieńcze złudzenia pierzchły w jednej sekundzie. Siedzę sama, zamknięta na klucz, mój jedyny kontakt ze światem to maleńkie okno. Moja suknia, której nawet sama nie wybrałam, jest zakrwawiona i pobrudzona trawą. Wmuszam w siebie zimny obiad, chociaż smakuje jak wióry. I czekam, aż wpadnie tu mój mąż, by zrealizować obietnicę, że mnie zabije.

A w głowie cały czas kłębią mi się myśli. Co mam robić? Co powiedzieć? Cokolwiek wymyślę, on mi raczej nie uwierzy, ale chyba muszę spróbować, prawda? Nie mogę tak po prostu umrzeć, nawet nie podjąwszy próby ratowania siebie.

A jeszcze to poczucie, że wróciłam do punktu wyjścia, i to w momencie, gdy Enzo zaczął mnie traktować po ludzku. Wręcz był wobec mnie słodki, czuły. Nie wydawało mi się – widziałam na jego twarzy troskę, słyszałam ją w jego głosie, kiedy sprawdzał, czy nic mi nie jest. Mógł myśleć wyłącznie o sobie, a jednak zasłonił mnie własnym ciałem. To musiało coś znaczyć.

Czy to cokolwiek teraz zmieni?

Jedno jest oczywiste: Josef Alvarez kłamał, mówiąc, że ta strzelanina to nie jego sprawka. No bo czyja, jeśli nie jego?

Im więcej o tym myślę, tym bardziej się zastanawiam, czy to wszystko nie jest po części moją winą. Mogłam od razu, na samym początku powiedzieć mu prawdę. Albo w dowolnym momencie w trakcie tego wszystkiego. Alvarez najwyraźniej myślał tylko o jednym – o narkotykach. Teraz rozumiem o wiele więcej. Strzelanina w hangarze lotniczym – ewidentnie założył, że oni przywiozą narkotyki na spotkanie, i chciał je odzyskać, nie dając nic w zamian. Czyli zabijając ludzi, którzy je przywieźli.

Tymczasem Enzo sądził, że Alvarez przyjeżdża po mnie. Teraz łatwo to przeanalizować, dostrzec wszystkie błędy i powiedzieć, jak można było ich uniknąć. Wtedy wydawało się jasne, że ratuję swoją skórę. Nigdy nie chciałam, żeby ktokolwiek zginął, nawet ten wredny dziadek.

Nie mam wątpliwości, że Enzo prędzej czy później połączy kropki. Raczej prędzej. Może jakoś zdołam go wyprzedzić. Wyznam całą prawdę, caluteńką. Niewykluczone, że zdołam do niego dotrzeć, zwłaszcza jeśli mu powiem, o co cały czas chodziło Alvarezowi. Skoro zależało mu tylko na narkotykach, wystarczy je zwrócić.

Albo… jeśli Enzo nadal ma te narkotyki, a na pewno ma, może je wykorzystać inaczej. Jeśli Alvarezowi tak strasznie zależy na ich odzyskaniu, to muszą być wyjątkowe. Ja się na tym zupełnie nie znam, ale pamiętam, jak Enzo zareagował, kiedy je zażył. Starał się z tym kryć, ale niewątpliwie coś go w nich zaintrygowało. Może sam chciałby je sprzedawać albo dowiedzieć się, gdzie są wytwarzane. Tak czy owak, jeszcze mógł na tym wszystkim zyskać.

Nie, oczywiście, nic nie zwróci życia jego dziadkowi. Ale przynajmniej Enzo miałby większe szanse na zemstę. Jestem pewna, że to właśnie chodzi mu po głowie, bo dążyłabym do tego samego, gdyby na moich oczach zamordowano człowieka, który zastępował mi ojca. Enzo chce zemsty, zemsty za śmierć ukochanego dziadka.

Mimo że ten dziadek nie był przesadnie miły, a ja czułam się przez niego jak gówno. Nigdy nie zapomnę, jak żałośnie Enzo wyglądał, kiedy zrozumiał, że nic więcej się nie da zrobić. Że człowieka, który go wychował, już nie ma. Na samo to wspomnienie pęka mi się serce. Nie powinnam myśleć o nim jako małym chłopcu, to do niczego dobrego nie doprowadzi, ale nie mogę się powstrzymać. W tej chwili Enzo był dla mnie małym chłopcem.

Jedno wiem na pewno. Nie ma mowy, żeby myślał jasno. Wiem, że jeśli teraz spróbuję przemówić mu do rozumu, on zareaguje żywą niechęcią. Mimo wszystko muszę spróbować. Muszę jakoś do niego dotrzeć. Muszę się upewnić, że pamięta o reszcie spraw i że nie zagubi się w gniewie i bólu. Nie tylko ze względu na mnie, ale przede wszystkim dla swojego dobra. Był niebezpiecznie blisko szaleństwa. Ludzie w takim stanie emocjonalnym nie podejmują mądrych decyzji.

A ja myślę o nim, chociaż mnie tu więzi. Pewnie nie powinnam. Nie chcę patrzeć, jak cierpi, Gdybym tylko umiała jakoś położyć temu kres! Wiem, że nie potrafię, mogę zrobić tylko jedno: pilnować, żeby sprawy nie przybrały jeszcze gorszego obrotu.

Nie mam pojęcia, ile czasu minęło. Wiem tylko, że światło za okienkiem się zmienia, słońce wędruje po niebie i dzień mija. Z głębi domu nie dobiega za wiele odgłosów, to mi się wydaje dziwne. Wyobrażam sobie, że Enzo ciska przedmiotami, krzyczy, grozi, że wszystko spali, jeśli natychmiast nie usłyszy odpowiedzi na swoje pytania. Cisza jest wręcz bardziej przerażająca niż to, co sobie wyobrażałam. W ciszy kryje się zbyt wiele paskudnych możliwości.

Klika zamek. Serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Żołądek podjeżdża mi do gardła, jakbym jechała kolejką górską.

Drzwi się otwierają, wchodzi Enzo. Wszystkie moje lęki tylko przybierają na sile. Jest wściekły, jego oczy miotają płomienie, włosy ma potargane, jakby ciągle je przegarniał rękami. Zwykle wygląda zdrowo, lecz teraz jest blady, wymizerowany. Nie sprawia jednak wrażenia słabego czy chorego. Raczej gotowego do mordu.

I patrzy na mnie wściekłym wzrokiem.

Wstaję z wielkim trudem, nie jestem w stanie ukryć dygotu. To nie słabość. Każdy człowiek przy zdrowych zmysłach drżałby pod jego spojrzeniem takim jak teraz. Jakby chciał mnie rozpłatać, by patrzeć, jak spływam krwią.

Czeka, aż odezwę się pierwsza? Oblizuję usta.

– Enzo… Wiem, że pewnie mi nie wierzysz, ale naprawdę bardzo mi przykro z powodu twojego dziadka. Gdybym mogła temu zapobiec, zrobiłabym to.

Szybkimi krokami przecina pokój i chwyta mnie mocno. Wbija palce w moje policzki, z moich ust wydobywa się tylko pisk. Enzo przypiera mnie do ściany. Wiem, że nie powinnam być zaskoczona, tak samo, jak nie powinno mnie to ranić. Ale rani. Rani mnie głęboko, wprost pęka mi serce. Patrzę mu w oczy, teraz oczy obcego człowieka, choć byłam taka pewna, że między nami coś się zmieniło.

– Dam ci jedną radę. – Przypomina teraz dzikie, rozwścieczone zwierzę, zęby ma obnażone, a w jego oddechu wyraźnie czuję alkohol. – Nigdy więcej nie wspominaj mojego dziadka. Nie życzę sobie, żebyś kiedykolwiek cokolwiek o nim mówiła. Nie chcę twojego współczucia. Z twoich ust płyną wyłącznie kłamstwa, wyłącznie! Więc oszczędź sobie wysiłku.

– Ale… – Gwałtownie wciągam powietrze, gdy mocniej wbija palce w moje policzki. Pali mnie ból.

Jeśli Enzo naciśnie odrobinę mocniej, połamie mi kości. I na pewno nie będzie tego nie żałował.

– Nie życzę sobie, żebyś się odzywała niepytana. Nie chcę słyszeć twojego głosu. – Cedzi słowa, ledwo hamując gniew. – Kiwnij głową, jeśli rozumiesz.

Potakuję, rozpaczliwie, na ile mogę w jego żelaznym uścisku.

– A teraz słucham. – Wykrzywia twarz z obrzydzeniem. – Powiedz mi, kim jesteś, zanim cię zabiję.

Rozdział 2

Enzo

Zapewne nie powinienem być z nią w tym pokoju. Nie teraz, kiedy czuję to, co czuję. Na pewno nie teraz, gdy tak jej dotykam, tak, że mógłbym bez trudu ją skrzywdzić. Tylko tego teraz pragnę. Skrzywdzić ją. Chcę, by krzyczała, błagała. Chcę patrzeć, jak jej krew spływa między moimi palcami.

Do diabła… muszę się skupić. Nie będzie przecież jakaś kobieta rządzić moimi emocjami.

Może ja faktycznie oszalałem? Przez chwilę słyszę w głowie głos dziadka tak wyraźnie, jakby stał teraz koło mnie.

Ale to niemożliwe. Dziadek nie żyje. Zgasł na moich oczach, na ubraniu mam jego krew. Ten garnitur to kolejny symbol farsy, która się dziś rozegrała. Kolejny symbol tego, jak łatwo mnie zwieść.

Jeszcze mocniej zaciskam chwyt na jej twarzy, czuję pod palcami delikatnie kości policzkowe. Mógłbym w ułamku sekundy zniszczyć jej urodę, zniszczyć ją samą, złamać.

– Zanim z tobą skończę – warczę, powstrzymując się przed wybuchem dosłownie resztkami silnej woli – urządzę cię tak, że cię rodzona matka nie pozna. Sama się nie poznasz.

Jest twarda, muszę jej przyznać. Albo stara się być twarda. Nawet nie mrugnie. Gwałtownie wciąga powietrze, a jej ciałem wstrząsa dreszcz, gdy jeszcze mocniej wbijam palce w jej policzki. A ona ani drgnie.

– No! – Nachylam się bliżej. Zaraz zakręci jej się w głowie od tego przyspieszonego oddechu.

Nawet nie wiem, od czego miałbym zacząć, tak bardzo chcę ją zranić, od razu całą. I muszę. To i tak ledwie część tego, na co zasłużyła.

– Niesamowite, że ty jeszcze oddychasz – szepczę, głos mi drży od ledwie powstrzymywanego gniewu. Zaraz wyjdę z siebie, prawda? Mam nadzieję. Mam nadzieję, że z gniewu stracę świadomość i potem obudzę się cały pokryty jej krwią.

Gdy sięgam w dół i dotykam jej kostki, najwyraźniej budzę ją do życia. Próbuje się odsunąć, uciec na drugą stronę łóżka, ale nogi się jej zaplątały w długiej sukni ślubnej – teraz poplamionej, zniszczonej, obcas przydepnął obrębek i go rozdarł. To idealna metafora dzisiejszego dnia, który legł w gruzach przez nią. Wszystko jest przez nią. To ona odpowiada za śmierć mojego dziadka, za koniec nadziei, że moja rodzina znajdzie w tym mieście dla siebie miejsce.

A gdzieś w głębi mojego serca, niżej niż lojalność wobec rodziny, jestem ja. Moje pragnienia, nadzieje, których nawet sam przed sobą nie ośmieliłem się nigdy wyjawić. I proszę, oto dowód, że ta powściągliwość była uzasadniona. Wiedziałem, że musi istnieć jakiś powód, dla którego nie do końca się przed nią otwieram. Dla którego nie widzę przyszłości dla naszego związku. Nigdy nie miało być żadnego związku, bo ona zawsze będzie sobą. Kłamczuchą, niczym. Zerem. I na pewno nie zasługuje na nazwisko De Luca.

Chwytam skraj jej sukienki, śmiejąc się przy tym, chociaż to nic zabawnego.

– Popatrz no. Miałaś czelność włożyć białą suknię. Co za farsa! Co za żart.

Znowu chwytam ją za kostkę i przyciągam do siebie, aż jest tak blisko, że sięgam do górnej części sukni, powyżej cycków.

– Nie zasługujesz na tę suknię. – Jedno szarpnięcie i szwy puszczają. Alicja wydaje pełen udręki krzyk, który dotyka miejsca w głębi mnie, tego, które najbardziej pragnie, by za wszystko zapłaciła. Nawet nie zacząłem dopominać się o swoje.

– Błagam, Enzo, błagam.

Jej słowa nic dla mnie nie znaczą. Oburącz chwytam suknię i rozdzieram ją ze zduszonym rykiem.

– Biała suknia. Niewinność. To było chyba najśmieszniejsze, co? – Teraz jest w strzępach, zsuwa się jej z ramion, gdy Alicja znowu próbuje się ode mnie odsunąć. Idealny symbol wszystkiego, co dziś przepadło. Zwisa w strzępach, zniszczona nieodwracalnie.

To gra, w zasadzie mi się podoba. Ściągam z niej suknię, a ona ma teraz na sobie tylko białe majteczki i stanik, bieliznę, która pewnie miała mnie kusić. I oczywiście, że by mnie skusiła. Gdyby ona była kim innym, a mój dziadek dalej by żył, mielibyśmy w tym pokoju zupełnie inne spotkanie. Czy nie fantazjowałem o tym, zanim…

Nie. Nie mogę teraz o tym myśleć. Nie będę o tym teraz myśleć. Nie będę się tym zadręczał, skoro jest tyle innych rzeczy do zrobienia. Ta kłamliwa suka? To śmieć, gówno, nigdy nie była niczym więcej. Moja wina, że postrzegałem ją inaczej, że straciłem czujność.

Więcej tego błędu nie popełnię.

– Enzo… proszę… posłuchaj mnie… – Podnosi głowę, makijaż ma rozmazany, spływa jej ze łzami, włosy, też wilgotne od łez, lepią się jej do twarzy. Tak właśnie powinna wyglądać: jak wrak człowieka. Na nic innego nie zasługuje. Bo sama tyle zniszczyła.

– Za późno na słuchanie. Miałaś tyle okazji, żeby mi wytłumaczyć. Żeby mi powiedzieć prawdę. Ale ty wolałaś kłamać. Bez końca.

– A co mogłam zrobić innego? Nie zabiłbyś mnie, gdybym ci powiedziała prawdę? Proszę, wiesz tak samo jak ja, co by się stało. Próbowałam ratować swoje życie!

– No to szkoda było twojego czasu, bo twoje życie nie jest warte ratowania.

– Wiem, że wcale tak nie myślisz!

Mnę w dłoniach resztki tkaniny, czuję, że dotykam zaschniętej krwi. Zawiodłem cię, dziadku. Wszystkich zawiodłem. Muszę się trzymać, żeby się nad nią nie zlitować. Pomimo jej płaczu i udręczonych krzyków.

– Ani się waż mówić mi, co myślę – ostrzegam ją gardłowym warknięciem. – Jeszcze raz to zrobisz, a będą to twoje ostatnie słowa, przysięgam. Jesteś dla mnie nikim. Niczym. Patrzę na ciebie i nie czuję nic. Pustka. Nie oszukuj się, jakkolwiek się tam nazywasz.

– Alicja – szepcze. – Mam na imię Alicja.

Sam prawie nie słyszę swojego głosu – w uszach mi szumi, nie ucichł też jeszcze tamten krzyk. Wydaje się teraz nierzeczywisty. To wszystko wydaje się nierzeczywiste.

– Gówno mnie to obchodzi. Jesteś nikim. Niczym. Jak dla mnie możesz tu zgnić. – Ciskam w nią resztkami sukni i wychodzę. Przy wtórze jej szlochu przekręcam klucz w zamku.

Kiedy jej nie widzę, łatwiej mi oddychać. Już mnie tak nie kusi, żeby skręcić jej kark, zmiażdżyć krtań. Słyszę ją jednak przez drzwi i w dziwny sposób cieszy mnie świadomość, że ona tam płacze, choć ja tego nie widzę. A więc nie na pokaz, nie udaje przede mną. Naprawdę jest zdruzgotana. Znakomicie.

Jej zdenerwowania i tak nie da się porównać z moim. Do śmierci będę miał tę scenę przed oczami. Jak on tam leżał, z utkwionym w niebo nic niewidzącym wzrokiem, choć jego oczy były kiedyś takie przenikliwe, takie bystre, takie mądre. Jednym spojrzeniem umiał przekazać całą historię, nieznaczne uniesienie brwi wystarczyło w jego przypadku za całą gniewną tyradę. A teraz koniec, już nigdy nie zrobi żadnej z tych rzeczy. Nic nie widzi. Nic nie wie. Została pusta skorupa, gdy mnie tak jest potrzebna jego mądrość. Porada. Co mam teraz zrobić? Jak mam tych drani rozliczyć, jak mają zapłacić za swoje czyny?

Jak to zrobić, żeby moja rodzina wyszła z tego wszystkiego jeszcze silniejsza? Bo nie ma innej opcji, to oczywiste. Nie w tym rzecz, byśmy jakoś to przetrzymali, o nie. Musimy wyjść z tego zwycięsko – lepsi i silniejsi.

A jeśli ma to oznaczać powieszenie w moim gabinecie głowy niejakiego Josefa Alvareza, to nie ma sprawy. Zapłaci mi za wszystko, co zrobił, a ja odbiorę należność z rozkoszą.

Po kolei, nie wszystko naraz. Dziadek na pewno udzieliłby mi właśnie takiej porady. Nie mogę za daleko wybiegać myślami do przodu, bo szeroki kontekst mógłby mnie przytłoczyć. I teraz, gdy robię pierwszy krok, powinienem cały czas o tym pamiętać. Z upływem czasu reszta sama się wyjaśni, ułoży, stanie się oczywista.

A co to za pierwszy krok? Tego nikt mi nie musi mówić.

Idę na dół, do kuchni. W domu panuje cisza, jeśli nie liczyć lamentów w pokoju gościnnym. Ciekawe, jak długo ona będzie płakać. I czy ktoś ją usłyszy. W kuchni patrzę na jedzenie przygotowane na nasze przyjęcie weselne, stygnące w aluminiowych pojemnikach, i mam wrażenie, że to jakiś straszny, okrutny żart. Tyle się naplanowaliśmy i co? Nic z tego nie było prawdziwe. Nawet imię panny młodej.

Ale teraz mam ważniejsze sprawy na głowie. Na przykład to piekło, które się tu rozpętało.

Muszę wszystkich przesłuchać.

W ogrodzie nikogo nie ma, na ziemi walają się tylko strzępy naszej uroczystości. Kwietny łuk leży zniszczony, trawnik jest zasłany płatkami. W miejscu, gdzie skonał mój dziadek, widnieje plama krwi. Jego ciało już wyniesiono, pewnie złożono gdzieś w domu. Od tych myśli kręci mi się w głowie, zaciskam pięści, próbując wziąć się w garść. Teraz nie czas zatracać się w emocjach. Nadejdzie dzień, gdy opłaczę człowieka, który mnie wychował, dał mi drugie życie, może nawet pierwsze, bo ten skurwiel mój ojciec życie umiał mi wyłącznie zatruwać, nie wspominając już o tym, że próbował mnie zabić.

W tej chwili mam ważniejsze sprawy na głowie. Nadal nie widzę nikogo. Wreszcie trafiam do garażu. Drzwi są otwarte na oścież, w powietrzu unosi się dym z papierosów. Nic nie słyszę – ani rozmów, ani oskarżeń. Ale to są nałogowi palacze; to nie ulega wątpliwości. Wszyscy się denerwują, i słusznie.

Gdy wchodzę, jak na komendę zrywają się na nogi. Ogromni, barczyści, brutalni mężczyźni ewidentnie są przerażeni.

Z początku nic nie mówię, w milczeniu zamykam za sobą drzwi. Wiodę wzrokiem po każdym po kolei, powoli, zdejmując przy tym marynarkę. Odwieszam ją na krzesło, z którego jeden z nich zerwał się na moje wejście.

Odpinam kołnierzyk koszuli, powoli, starannie zdejmuję spinki do mankietów. Rozglądam się co chwilę, oceniając ich reakcję. Z każdą sekundą wyczekiwania napięcie rośnie, zresztą to właśnie chciałem osiągnąć. W końcu któryś pęknie. Ten, który odpowiada za dzisiejszą masakrę.

Podwijam rękawy do łokci i w końcu się odzywam.

– Słucham – mówię cicho, wiodąc po nich wzrokiem. – Który z was mi wyjaśni, jak to się stało, że na jego zmianie zginął mój dziadek?

Rozdział 3

Alicja

Moje życie kolejny raz sprowadza się do serii szybkich zwrotów akcji – na każdą dobrą rzecz, która mnie spotyka, przypada jakieś zdarzenie rodem z koszmaru. Z pokoju wypuszczają mnie tylko na kilka chwil, żebym mogła skorzystać z łazienki. A potem wracam do mojego więzienia. Nikt ze mną nie rozmawia. W zasadzie nikogo też nie widuję, jeśli nie liczyć osoby, która otwiera drzwi, ciągnie mnie do łazienki, czeka pod wejściem, ciągnie mnie z powrotem, wpycha do pokoju i zamyka drzwi na klucz. W sumie prosta robota.

Chyba mi odwala. Po jakim czasie człowiek w takiej sytuacji zaczyna wariować?

Od ślubu minęło już kilka dni – co najmniej trzy, jeśli dobrze liczę. Nie mam nic do roboty, mogę tylko tu siedzieć i starać się jak najwięcej spać. To dla mnie jedyny sposób ucieczki – sen. Co prawda moje sny są wypełnione krzykami i krwią, nic fajnego. Czasami moją krwią, czasami Enza, ale najczęściej krwią jego dziadka. Potworności tamtego dnia są wciąż takie żywe, że gdy zamykam oczy, to momentami mam wrażenie, że znowu tam jestem. I z przerażeniem stwierdzam, że ten człowiek nie żyje, choć Enzo pragnie nade wszystko, bym go uratowała. Wiem, w tym śnie, że będę musiała złamać mu serce. I wiem, że gdyby kula pomknęła choć odrobinę innym torem, trafiłaby w Enza.

We śnie przeżywam wszystkie możliwe scenariusze. To makabryczne, ale przecież nie mam żadnego wpływu na swoją podświadomość. Pewnie w ten sposób przepracowuję tę tragedię, szukam w niej jakiegoś sensu. Ale na próżno – sensu nie da się znaleźć. Jakkolwiek patrzę na te wydarzenia, nic nie pojmuję.

Od nocy poślubnej Enzo przyszedł do mnie tylko raz. Noc poślubna! Co za absurd, że to określenie w ogóle przychodzi mi do głowy. Nasza noc poślubna. Nie tak ją sobie wyobrażałam i to samo dotyczy na pewno jego. Z pewnością nie wyobrażał sobie, że będzie opłakiwał dziadka i że wszystko, co miało połączyć na zawsze dwie rodziny, opierało się na kłamstwach, strasznych kłamstwach.

I co zrobił, jak już do mnie przyszedł? Rzucił ubrania na łóżko, po czym wyszedł i zamknął za sobą drzwi na klucz. Nie wypowiedział ani jednego słowa.

No i dalej nic nie wiem. Nie mam kontroli nad niczym – nad swoim życiem, nad tym, co się teraz stanie. Nie wiem, co on zamierza zrobić. W każdej chwili może tu wpaść i strzelić mi w głowę. Nie mam pojęcia, czy tak się stanie ani tym bardziej – kiedy taka chwila nastąpi. Moje życie nie ma sensu, ale też wiem, że nie chcę umierać. Nie, nie wiem już, czego chcę.

Moich uszu dobiega jakiś dźwięk z dołu – a ja od razu czuję strach. Coś się dzieje… Już od samego zastanawiania się tracę zmysły, a jednak nie mogę się powstrzymać. Przykładam ucho do drzwi i nasłuchuję, lecz udaje mi się wyłapać tylko stłumione odgłosy rozmowy. Nie rozumiem ani słowa.

Dość. Nie zniosę dłużej tego beznadziejnego czekania. Pukam do drzwi, modląc się, by się to nie obróciło przeciwko mnie.

– Halo?! – wołam. – Jest tam ktoś?! Halo…

Nasłuchuję, ale z początku nie słyszę nic. Mija dziesięć sekund. Dwadzieścia. Wreszcie po chwili ktoś przekręca klucz w zamku, a ja cofam się od drzwi, żeby mógł wejść.

To jeden ze strażników, patrzy na mnie z obrzydzeniem, delikatnie mówiąc.

– Chwila – mówi, po czym bez wyjaśnienia zamyka drzwi, przekręca klucz i tyle. Nadal nie mam pojęcia, co się dzieje. Nie wiem, czy powinnam się bać, czy nie. Nic nie wiem.

Mija znowu jakiś czas, ja krążę po pokoju, na przemian wyłamując palce, przygryzając wargę i obgryzając paznokcie. Rozpadam się na kawałki w tym durnym pokoiku, tym swoim krążeniem w kółko prawie wydeptuję ścieżki na wykładzinie. Muszę coś zrobić. Po prostu muszę. Nie mogę tu bezczynnie tkwić i się nakręcać.

Znów jestem blisko drzwi, gdy one otwierają się szeroko i w progu staje Enzo. Wygląda teraz lepiej, jest starannie ubrany i ogolony. Kiedy rzucał ciuchy na łóżko wczoraj… czy przedwczoraj? No w każdym razie na twarzy miał zarost, a oczy nabiegłe krwią. Teraz przynajmniej widać, że brał prysznic i w ogóle coś ogarnął. To na pewno jest dobry znak.

Dobrym znakiem nie jest natomiast to, że chwyta mnie za ramię i bez słowa wyciąga z pokoju. Nie ciągnie mnie jednak do łazienki jak zwykle, tylko po schodach i do drzwi frontowych. Czeka przed nimi samochód z otwartymi drzwiami po stronie pasażera. Enzo praktycznie wrzuca mnie do środka, a potem zatrzaskuje drzwi, obchodzi samochód i wsiada za kółko.

Boję się wydać jakikolwiek odgłos, wręcz boję się oddychać. A jednak nie jestem w stanie milczeć, skoro wygląda na to, że oto wybieram się w swoją ostatnią podróż.

– Dokąd mnie zabierasz? – pytam. – Gdzie to się stanie?

Milczy. Wyjeżdżamy z osiedla na drogę główną i dopiero wtedy się odzywa.

– Co? O czym ty gadasz?

– Dokąd mnie zabierasz? Bo wywozisz mnie gdzieś, żeby mnie zabić, prawda? Nawet rozumiem, czemu nie chciałeś tego zrobić tam. Za dużo sprzątania? I co teraz? Wsadzisz mnie do jakiegoś dołu? Chcę wiedzieć, tylko wiedzieć. Chcę się przygotować, daj mi szansę.

Bębni palcami w kierownicę, widzę, jak mu się napinają mięśnie szczęki. Chciałabym zajrzeć do wnętrza jego głowy, poznać jego myśli. Znaleźć jakąkolwiek wskazówkę, nawet najbardziej mglistą, by wiedzieć, co on myśli. Wszystko, dosłownie wszystko byłoby lepsze niż to frustrujące milczenie.

– Dużo filmów oglądasz, co? – pyta wreszcie bezbarwnym głosem.

– A to ma coś wspólnego z obecną sytuacją?

– No siedzisz i zakładasz, że cię wsadzę do jakiegoś dołu. A czy ktoś coś mówił o jakimś dole?

– No dobra, może mnie wepchniesz do bagna. W okolicy muszą być jakieś bagna, prawda?

– To by było o wiele łatwiejsze i skuteczniejsze – rzuca pod nosem. – Zwierzęta dokończyłyby dzieła. Ale nie, znowu pudło. Nic takiego nie zrobimy.

Coś we mnie pęka.

– Na miłość boską, więc co zrobimy?! Przecież możesz mi chyba powiedzieć? Czy do końca mam się męczyć w niepewności?

– Widzę, że kilka dni spędzonych w samotności ani trochę cię nie uspokoiło.

– To było kilka dni spędzonych na zadręczaniu się zgadywaniem, czy zaraz umrę. Wybacz, że zrobiłam się trochę nerwowa.

– No to możesz wyluzować. Zabieram cię do domu.

Mimowolnie głośno wciągam powietrze, zaskoczona. Do domu… Jadę do domu! Tyle szalonych scenariuszy powstało w mojej głowie, z wyjątkiem tego jednego, ponieważ wydawał się absolutnie niemożliwy. A po co miałam sobie łamać serce, myśląc o niemożliwym?

Enzo najwyraźniej czyta mi w myślach.

– Do mojego domu – wyjaśnia. – Wracamy do Włoch. Tam jest teraz nasz dom.

– Jak to? Nic nie rozumiem.

– Jestem z Włoch. Włochy to moja ojczyzna. A skoro jesteś moją żoną, należysz do mnie, więc jedziesz ze mną. Tam będziemy bezpieczniejsi. – Milknie na chwilę, po czym dodaje: – Poza tym nie mogę tu pochować dziadka. Jego miejsce jest w ojczyźnie, z rodziną… Widzisz ten samochód za nami?

Zerkam w boczne lusterko i szeroko otwieram oczy na widok jadącego za nami karawanu. Trudno mi się chyba dziwić, że umknęły mi te szczegóły, kiedy wyobrażałam sobie, że zaraz zostanę zamordowana i właśnie jadę na miejsce kaźni.

– Więc… teraz jedziemy do Włoch? Dokładnie w tej chwili?

– Dokładnie. Musimy dotrzeć na lotnisko i wsiąść do samolotu. Tak. O tym właśnie mówię.

Włochy. Jadę do Włoch.

– Nie mam przy sobie paszportu.

Po raz pierwszy od kilku dni Enzo wybucha śmiechem i bynajmniej nie jest to przyjazny, ciepły dźwięk.

– Dużo się jeszcze musisz nauczyć… Alicjo. – Moje imię wymawia jak obelgę, ze wzgardą. Równie dobrze mógłby mnie nazwać kurwą, tak samo by to zabrzmiało.

Włochy. A więc to koniec. Nie wracam do swojego życia i nikt mnie nie pytał o zdanie. Ani razu, w żadnej sprawie! Muszę po prostu się podporządkować. Enzo zabiera mnie na inny kontynent, po drugiej stronie Atlantyku, i nazywa mnie swoją żoną. To znaczy jestem jego żoną, a jednak brzmi to dziwnie.

Lotnisko ani trochę nie przypomina tamtego, które odwiedziliśmy w czasie tragicznego spotkania. Przede wszystkim jest czynne i dobrze utrzymane. Na płycie stoi samolot – domyślam się, że nasz. Czy też może raczej Enza. Niesamowite, że jego rodzina jest taka bogata. Kto by kupował bilety lotnicze, kiedy ma własny samolot?

W pobliżu czeka inny samochód, a kiedy już hamujemy, żeby się zatrzymać, wydarza się coś zdumiewającego. Z tamtego auta wysiada mężczyzna, który wygląda dokładnie tak samo jak Enzo, a za nim pojawia się śliczna dziewczyna. Stają wyczekująco, trzymając się za ręce. Wysiadamy.

– Mój brat Christian – wyjaśni Enzo, wyłączając silnik. – I jego żona Siân.

Gorączkowo przeszukuję pamięć – na próżno, nie ma tam żadnej wzmianki o tej osobie. On ma brata bliźniaka? Jest ich na świecie dwóch? Zastanawiam się, jak wygląda historia tego mężczyzny, dlaczego Enzo nigdy o nim nie wspomniał. Z jego opowieści wnioskowałam, że nie ma nikogo poza swoim dziadkiem. O co tu chodzi? Nie łudzę się, że kiedykolwiek to pojmę, a w każdym razie że pojmę to w najbliższym czasie. Może kiedyś jego stosunek do mnie się poprawi, ale to na pewno melodia przyszłości.

Enzo otwiera drzwi po mojej stronie, wysiadam, obejmuję się ramionami i podążam za nim, żeby przywitać się z jego bratem.

– Witaj, Christianie – mówi.

Tamten wita go skinieniem głowy.

– Chciałem się pożegnać z dziadkiem.

– Świetnie. Dziadek na pewno by się ucieszył.

Enzo wita się z Siân skinieniem głowy, a ona uśmiecha się do niego blado, trochę przyjaźnie, trochę zachęcająco, a może współczująco. Ciekawe, o co z nią chodzi… Czy to nie byłoby interesujące, gdyby się okazało, że pojawiła się w życiu Christiana równie dziwnie jak ja w życiu Enza? Ale nie, to niemożliwe.

Na pewno nie mogę o to wypytywać, co to, to nie. Mogę tylko patrzeć, jak z karawanu wysuwa się trumna. Jest ładna, o ile tak można nazwać trumnę, śnieżnobiała. Mieni się perłowo, gdy wsadzają ją na wózek, który potem prowadzą do samolotu. Zerkam na Enza kątem oka i widzę, że grają w nim emocje. Mięśnie szczęki ma napięte, jabłko Adama przesuwa się szybko w górę i w dół, w miarę jak Enzo nerwowo przełyka ślinę.

I chociaż tak brutalnie mnie potraktował, chciałabym teraz go przytulić. Christiana przynajmniej trzyma za rękę Siân, ale Enzo… równie dobrze mógłby tu być sam. Gdybym teraz próbowała go dotknąć, pewnie by odtrącił moją dłoń. Tak trudno mi się patrzy, jak cierpi w samotności, w milczeniu. Bardzo bym chciała coś zrobić, jakoś mu pomóc.

– Dzięki, że przyjechaliście – mówi Enzo cicho do Christiana, a do Siân dodaje: – A ty dbaj o siebie. Pamiętaj, że nosisz pod sercem mojego siostrzeńca czy siostrzenicę. Cenny ładunek, no wiesz.

Cała trójka śmieje się cicho, a ja po prostu czekam, w milczeniu, drżąca, aż ktoś mi powie, co mam robić.

Enzo nie mówi mi jednak nic, tylko wchodzi po trapie do samolotu, nawet nie obejrzawszy się na mnie. Christian i Siân wracają do samochodu, traktując mnie jak powietrze.

No i tyle, jak sądzę. Mam zacząć nowe życie w kraju, w którym moja noga nigdy nie postała, w świecie, o którym prawie nic nie wiem.

Stawiam stopę na pierwszym schodku, biorę głęboki oddech i wsiadam do samolotu.

Rozdział 4

Enzo

Ten dom pewnie należy teraz do mnie, podobnie jak ziemia, na której stoi. To wszystko jest teraz moje. Powinienem coś czuć, cokolwiek, ale jakoś nie czuję. W tej chwili, po powrocie z pogrzebu, umiem tylko się snuć po korytarzach. Koniec końców może zdołam przyswoić skutki tego wszystkiego. Fakt, że teraz ja jestem głową rodziny i że wszystko spoczywa na moich barkach.

Powinienem się skupić na godzeniu się z nową rzeczywistością, ale za bardzo mnie pochłania nienawidzenie siebie. Nie potrafię przetworzyć tego, przez co dziś przeszedłem, gdy patrzyłem, jak trumna dziadka jest opuszczana do grobu, więc muszę się zająć czymś, co od wielu dni nie daje mi spokoju.

Właśnie ja do tego doprowadziłem. Moja jedna głupia, lekkomyślna decyzja to wszystko spowodowała. Z trudem zmusiłem się do tego, żeby przywitać tych wszystkich żałobników, którzy dziś ściskali mi dłoń, przysięgali lojalność rodzinie i składali wyrazy najgłębszego współczucia z powodu utraty tego wspaniałego człowieka. A gdy oni podejmowali daremne próby pocieszenia mnie, ja przez cały czas biczowałem się w duchu. Parę razy niewiele brakowało, żebym powiedział, że to byłem ja, że to przeze mnie dziadek nie żyje, że to wszystko to skutek moich pochopnych decyzji.

Ale to byłoby śmieszne, szczeniackie, wręcz głupie. Nikt nie musi wiedzieć. Niewątpliwie każde z nich ma swoje teorie, co to mogło się stać, chociaż nie pisnąłem ani słowa na ten temat. Wystarczy twierdzić, że dopadł go ktoś z naszych wrogów i że za to zapłaci. W naszym świecie dyskrecja to podstawa. Ludzie to szanują, przyznaję.

Echo moich kroków niesie się po wielkim cichym domu. Jak ćma do światła lecę do pierwszego barku, który mi się nawija. Pierwszy łyk whisky spływa mi do gardła, pali mi przełyk. Rozkoszuję się tym doznaniem, delektuję. Na ten najpotężniejszy ogień płonący w moim wnętrzu drink nie pomaga, nie pomogłaby nawet cała butelka.

Gdyby tylko… gdyby tylko… Te słowa przemykają przez moją głowę, gdy idę do okna, wyglądam na ogrody, po których dziadek uwielbiał się przechadzać w tak rzadkich w jego przypadku chwilach świętego spokoju. Zawsze mówił, że tam, w ogrodzie, najlepiej mu się myśli, chociaż nie umiałby podać nazwy ani jednej roślinki. Cenił sobie piękno, nawet takie, którego nie rozumiał.

Gdybym tylko nie zjebał i nie wziął tej… A wystarczyło się zastanowić… Dlaczego Alvarez kazałby czekać własnej córce w magazynie? Przecież nie wysłałby jej jako łączniczki. Dlaczego jakikolwiek członek jego rodziny miałby wozić w torbie jego cenny towar, i to tak jawnie? Gdy dopadliśmy ją z Prince’em, próbowała uciekać. Nie zostawiała nikomu prochów, uciekała z nimi. No a dlaczego członek rodziny Alvarezów miałby coś takiego robić?

Zaciskam palce na szklance z taką siłą, że zaraz ją zgniotę, roztrzaskam… No ale przecież zasługuję na karę. Tylko że na o wiele sroższą niż jakieś skaleczenia. Jestem takim idiotą! I teraz niby miałbym być głową rodziny? Skoro jestem takim idiotą, ślepym, lekkomyślnym, że doprowadziłem do tego wszystkiego?!

Gdybym jej stamtąd nie zabrał… Nie przywiózł jej do domu. Co ja sobie wyobrażałem? Że odniesiemy na tym jakąś korzyść? Żałosne.

A teraz ona tu jest, w moim domu, pod kluczem, w pokoju o wiele większym niż tamten w Miami. Od przyjazdu prawie z niego nie wychodziła, widzę się z nią tylko wtedy, kiedy to konieczne. Na przykład dziś rano – wszedłem zakomunikować jej, że jadę na pogrzeb. Miała tyle rozumu, że nic nie powiedziała. Może podświadomie oczekiwałem, że złoży mi wyrazy współczucia, ale wtedy złamałbym swoje postanowienie i zabiłbym ją.

Dopijam whisky, nalewam sobie następną. Wychodzę do salonu i idę na górę. Wiadomo, dokąd się kieruję. W głowie mam tylko ją, jej obraz jest wypalony na mojej siatkówce. Żadna ilość alkoholu tego obrazu nie wymaże, tak samo jak nic nie zlikwiduje gorzkiego, palącego smaku zdrady. Nic nie ukoi gniewu.

Przekręcam klucz w zamku i powoli otwieram szeroko drzwi. Nie odzywam się. Ciekawe, na czym ją przyłapię. Nie ma tu nic, czego mogłaby użyć przeciwko mnie – wcześniej przeszukałem pokój drobiazgowo – ale to spryciula. Cwana. Gdyby nie była taka bystra, nie dałaby rady przecież tak długo mnie mamić.

Nie robi liny ze związanych prześcieradeł ani nie kleci żadnej broni. Po prostu śpi. Leży na plecach, z jedną ręką na brzuchu, drugą na poduszce, blisko twarzy. Wydaje się spokojna, żadna zmarszczka nie przecina jej twarzy. Oddycha spokojnie i równo.

Coś we mnie drgnęło. Przełykam ślinę, żeby opanować to coś, co wzbiera w mojej piersi – a na pewno nie jest to gniew. Doskonale znam to uczucie, nie ma mowy, żebym je z czymś pomylił. To nie jest żadna fala gorąca wzburzona przez ślepą furię.

To ciepło. Coś może bliskiego czułości…

A to ostatnia osoba na świecie, która by na takie moje emocje zasługiwała. Prostuję się, wysuwam podbródek, jakbym rzucał wyzwanie. Tylko komu? Czemu? Może własnej słabości. Tej samej słabości, która kazała mi tu przyjść. Tej samej słabości, przez którą zginął mój dziadek, i nieważne, kto pociągnął za spust. To przeze mnie do tego doszło. To ja włożyłem broń do ręki mordercy.

Dywan stłumił moje kroki, może dlatego Alicja ani drgnie. Odstawiam szklankę na stolik i siadam na skraju łóżka, starając się to zrobić delikatnie, żeby jej nie obudzić. Nie wiem czemu, ale chcę spędzić z nią chociaż chwilę. Chwilę spokoju. Chwilę, gdy ona nie ma pojęcia, w jakim jest niebezpieczeństwie, tylko sobie śpi. Gdy koło niej siedzi drapieżca.

Nawet nie wymagałoby to ode mnie wysiłku. Położyłbym jej dłoń na ustach. Nie poduszkę. Chciałbym widzieć jej przerażenie, gdy pozbawiałbym ją oddechu, a nie wyobrażać je sobie. Mógłbym jej zmiażdżyć krtań. Skręcić kark. Albo sięgnąć po klasyczne sposoby i strzelić jej w głowę.

Gdy te wszystkie myśli przelatują przez mój mózg, Alicja się porusza. Wyczuwa moją obecność? Pewnie nie, bo tego zaskoczenia nie zdołałaby udać. Podrywa się i rozpaczliwie usiłuje się cofnąć, byle najdalej ode mnie. Z jej oczu płyną łzy.

Ale ja jestem za szybki. Jedną ręką obejmuję ją w talii, drugą podnoszę, by zasłonić jej usta.

– Przestań ryczeć – syczę. – Rzygam już twoim ryczeniem. Czy to twój dziadek został zamordowany na twoich oczach? Jaki ty masz, kurwa, powód do rozpaczy?

Uspokaja się, usta ma ciągle zasłonięte moją dłonią. Łzy już nie płyną, a jej oddech zwolnił, nie jest tak spazmatyczny i urywany.

Zsuwam dłoń z jej ust i sięgam po swoją szklankę.

– Już po wszystkim – oznajmiam, jakby sama nie jarzyła. – Pochowaliśmy go. Gratulacje. Udało się nam. Nie żyje.

– Wiem, że to nie ma znaczenia, ale…

– Daruj sobie! – przerywam jej, wpatrując się w naczynie. Szkoda, że nie przyniosłem całej butelki. A to i tak byłoby za mało. Przyzywa mnie ciepło jej ciała. Ledwie na nią zerkam, przyglądam się kątem oka. Cholera… jej ciało ciągle ma w sobie to coś. Działa na mnie, chociaż nie chcę tego najbardziej na świecie. Nie mogę sobie pozwolić na słabość, nie mogę tego powtórzyć, a na pewno nie wobec niej. Tylko że wspomnienie jej powabu, jej słodkości jest ciągle żywe. I mam ją na wyciągnięcie ręki. Dosłownie.

Nie powinienem, ale umiem się powstrzymać. Palce mi mrowią z pożądania, zwłaszcza że jej koszulka nocna odsłoniła prawie całe uda, kiedy Alicja się ode mnie odsuwała.

Nie powinienem, ale muszę. Jej śmietankowa skóra aż się prosi o dotyk. Wierzchem palców muskam jej udo tuż nad kolanem. Alicja gwałtownie wciąga powietrze.

– A teraz – szepczę, wpatrując się w jej skórę, bo nie mam odwagi spojrzeć jej w oczy – powiesz mi wszystko, co chcę wiedzieć. Jasne?

– Tak – szepcze.

– Znakomicie. Nie muszę ci chyba mówić, co się stanie, jeśli spróbujesz mnie okłamać, a od tej chwili będę podejrzewać kłamstwo w każdym twoim słowie. Sprawdzę wszystko. Jeśli mnie okłamiesz, dowiem się o tym. Jasne?

Odrywam wzrok od jej uda i dzięki temu widzę, że kiwa głową, patrząc na mnie bez onieśmielenia.

– Jasne.

– Doskonale. Żeby nie było, że cię nie ostrzegałem. – Dopijam whisky i mówię dalej: – No więc powiedz mi, kim jesteś i skąd się wzięłaś w tym magazynie. – Jednocześnie przesuwam odrobinę dłoń na jej udzie, w milczącej przestrodze. Daję jej szansę, żeby sama wszystko powiedziała, ale gdy tylko mnie zdenerwuje, koniec.

Zadam jej ból, straszny ból. Wiem doskonale, jak to zrobić. I ona sobie z tego zdaje sprawę.

– Mam na imię Alicja, tak jak już ci mówiłam. Jestem zwyczajną dziewczyną. Zanim cię poznałam, byłam studentką, całkowicie przeciętną, naprawdę, tylko że brakowało mi pieniędzy na czesne. Gdyby skreślono mnie z listy studentów, musiałabym czekać rok na kursy, które muszę ukończyć, a nie chciałam opóźniać odbioru dyplomu. Moja sytuacja była beznadziejna. I moja przyjaciółka…

– Tak?

– Przyjaciółka powiedziała, że mogę dużo zarobić w jedną noc. To ona przysłała mnie do magazynu po paczkę. Miałam ją potem dostarczyć w inne miejsce. I to wszystko. Nie miałam pojęcia, co odbieram, ona mi nic nie powiedziała, słowo honoru. To znaczy, trochę się domyślałam, ale byłam zdesperowana. No i mówiła, że ja mam tylko to odebrać i przewieźć. To wszystko.

Wiarygodna historia.

– A kim jest ta twoja przyjaciółka?

Jej policzki oblewają się rumieńcem, po raz pierwszy ucieka wzrokiem.

– Ma na imię Elena. Znam ją tylko z uczelni. Ale jeśli dobrze zrozumiałam, ona sama wykonywała takie zadania dla swojej rodziny, i to wiele razy. W taki sposób zarabia na siebie.

– Czyli wiedziałaś, że robisz coś niebezpiecznego, a i tak się tego podjęłaś?

– Tak jak ci powiedziałam, byłam bez grosza. I chodzi nie tylko o czesne – dodaje, kiedy prycham drwiąco. – Nie mówię, że żyłam na ulicy, ale czasem niewiele brakowało. A ten dom? – Ruchem rąk wskazuje luksusowe wnętrze, w którym dopiero co spokojnie sobie spała. – Pewnie tu mieszkasz, jeśli nie jesteś w Miami. Moje mieszkanie całe by się zmieściło w tym jednym pokoju. Nigdy mi się nie przelewało. Nie stać mnie było na wyjścia z przyjaciółmi. Ubrania noszę tak długo, aż dosłownie się rozpadają. Więc owszem, nie miałam oporu, żeby zaryzykować, nawet jeśli wiązało się to z niebezpieczeństwem. Ale Elena twierdziła, że nic mi nie grozi, że sama od dawna się tym zajmuje i nikt nigdy nie miał z tym problemu, więc ja w tej desperacji i swojej głupocie się zgodziłam.

Przekonuje mnie. Naprawdę.

Ale w dużej części koncentruję się na uczuciach, które we mnie budzi. Ona jest ucieczką, wyzwoleniem. A teraz tego właśnie najbardziej potrzebuję. Nie wyjaśnień, przemyśleń, nawet nie planowania, co dalej. Muszę zapomnieć. W całym domu nie ma tyle alkoholu, żeby dać mi to zapomnienie, ale przy niej wydaje się to możliwe. Alicja. Ali. Którejkolwiek formy używa.

Gwałtownie wciąga powietrze, gdy przesuwam dłoń po jedwabiu, który wygląda, jakby oblano nim jej kształty. Muskam jej dekolt, wypukłość piersi.

– I ani razu nie przyszło ci do głowy, żeby powiedzieć mi prawdę? Że pojechałaś tam z braku kasy i że koleżanka ci to ustawiła?

– A uwierzyłbyś mi?

– To chyba nie ma znaczenia, prawda? Bo nie skorzystałaś z takiej szansy.

– Mało mnie nie udusiłeś. Zaklinałam się, że nie miałam pojęcia, co jest w tej paczce, a ty i tak mi nie wierzyłeś. Zaparłeś się przy swojej wersji. No to mi teraz powiedz: Mam jakikolwiek powód uważać, że nagle zaczniesz myśleć trzeźwo?

– Czy ja cię prosiłem o opierdol? – Zamykam dłoń na jej piersi i ściskam.

Alicja ciężko oddycha.

– Chyba zapominasz, jaka jest twoja pozycja, ale bardzo chętnie ci przypomnę.

– Niczego nie zapominam i niczego nie musisz mi przypominać – syczy przez zęby, drżąca i znieruchomiała.

To szalenie podniecające wiedzieć, że jej życie jest pod moją absolutną kontrolą. No proszę, martwiła się, że nie skończy studiów. Ciekawe, czy odkąd u mnie mieszka, choćby przez sekundę pomyślała o swojej edukacji… Niesamowite, jak szybko mogą się zmienić priorytety. Tak jak i moje się zmieniły w dniu ślubu.

Nie powinienem pragnąć tej kobiety. To słabość, na którą mnie nie stać. Podrywam się na równe nogi, próbując odzyskać kontrolę nad sobą, co wydaje się w tej chwili takie trudne.

– Dokąd idziesz? – pyta.

W zdumieniu podnoszę brew, a ona wydaje się równie jak ja zaskoczona tym swoim pytaniem. Jakby wyartykułowała je bezwiednie.

– A co cię to obchodzi?

Rumieni się i odwraca wzrok, spogląda za okno, potem na jedwabną narzutę na łóżku.

– Zastanawiałam się po prostu… Odkąd tu przyjechaliśmy, prawie cię nie widuję.

Parskam z niedowierzaniem, a ona aż się wzdryga.

– Czy moja wierna żona za mną tęskni? – pytam, przyglądając się jej bacznie. O co tu chodzi?

– Nieważne. – Krzyżuje ramiona, zasłaniając piersi.

– Chcesz coś omówić? – Jestem gotów to rozważyć. Wręcz chciałbym. Może za bardzo. Może szukam pretekstu, żeby zostać tu dłużej, wdychać jej zapach, patrzeć, jak wpadające przez okno promienie słońca pieszczą jej twarz, jej ciało. Szczęściarze. Moje ręce też by chciały.

– Niezupełnie… Tylko… No wiesz… – Wzrusza ramionami. – Myślałam, że może chciałbyś mieć kogoś przy sobie po…

Na pewno nie jest szczera. Nie ma mowy, żeby chciała spędzać ze mną czas po tym, jak ją traktowałem. Znowu mnie wkręca, tak jak wcześniej. Podstępem mnie skłania, żebym się nią przejmował. Chce, żebym zapomniał, skąd się tu wzięła. Co zrobiła.

– Po pogrzebie? Po pogrzebie mojego dziadka?

– Właśnie. – Jej twarz wykrzywia się w zbolałej minie, ale tylko na chwilę. – Po prostu… nie musisz być sam. Ja tu jestem, nigdzie się nie wybieram.

– Tu się zgodzę: nigdzie się nie wybierasz.

– Nie musisz być sam – szepcze. Ciągle nie patrzy na mnie.

Nie umiem jej rozszyfrować. Zresztą nigdy nie umiałem.

– Tylko tyle chciałam powiedzieć.

– A kto mówi, że będę sam? To ty nie zasługujesz na towarzystwo.

Wzdryga się, to dobrze. Lepiej niech pamięta, gdzie jej miejsce.

Cieszę, że przypomniała mi o moich priorytetach, zanim zrobiłem coś głupiego i na przykład usiadłem koło niej… albo jeszcze gorzej – ściągnąłem z niej koc i wszedłem do łóżka, by robić wszystko oprócz spania.

Każda spędzona z nią chwila to kolejny moment, gdy ryzykuję, że pęknę, zapomnę o swoich postanowieniach. Wychodzę więc już bez słowa, zamykam drzwi, przynajmniej tak nas rozdzielając – by choć trochę oprzeć się pokusie.

Nie mam pojęcia, co z nią zrobić, zwłaszcza że doskonale pamiętam, jak cudownie mi było, gdy w nią wchodziłem.

Rozdział 5

Alicja

Jakie to dziwne uczucie być księżniczką uwięzioną na wieży. Jakby moje życie nagle stało się bajką, taką, jakie oglądałam czy czytałam w dzieciństwie. Biedna dzielna księżniczka, która nie z własnej winy musi znosić upokorzenia i ból, marząc z całych sił, że pojawi się jakiś wybawca.

Właśnie w tej chwili byłoby super, gdyby interweniowała moja wróżka chrzestna. Może ona by mnie stąd wyciągnęła, bo na pewno sama nie dam rady się uwolnić.

Ponieważ nikt nie przychodzi mi na ratunek, mogę tylko wyglądać przez okno, krążyć po pokoju i brać długie kąpiele w głębokiej wannie. Nie mogę udawać, że to nie jest miłe – wanna jest wielka jak basen. Czasami siedzę w niej tak długo, że skórę mam już dawno pomarszczoną – byle tylko mieć jakieś zajęcie.

Stoją tu jakieś książki, ale chyba wyłącznie dla dekoracji – zakurzone stare wydania nieznanych mi tytułów, w twardej oprawie. Tak strasznie szukałam zajęcia, że niektóre przeczytałam, ale zanim dobrnęłam do końca, nie pamiętałam, co było na początku. Śledziłam wzrokiem wyrazy, rozumiałam je, ale wszystko ulatywało.

Jak ja mam się z tego wydostać? To pytanie nie daje mi spokoju, nie mogę się na niczym skupić. W tle świadomości cały czas czai się strach, że lada chwila wpadnie tu Enzo, będzie mi groził, dotykał mnie, a ja się będę czuła krucha, bezbronna, totalnie na jego łasce. To jak życie w stanie zawieszenia, ani przez chwilę nie mogę się uspokoić, odprężyć. Sypiam teraz tak płytko, że alarmuje mnie byle odgłos. A w takim wielkim starym domu ciągle coś skrzypi. Rury jęczą, szyby grzechocą przy najlżejszym powiewie. Czasami siedzę w ciemnościach i po prostu patrzę w okno, póki nie zacznę rozróżniać kształtów z nadejściem świtu.

Jeśli to potrwa dłużej, zwariuję. Może Enzowi się wcześniej wydawało, że ma ze mną kłopot – bardzo się zdziwi, kiedy naprawdę mi odwali.

Dwa dni po pogrzebie rozlega się pukanie do drzwi. Już samo to, że ktoś puka, jest dla mnie zaskoczeniem.

– Tak? – pytam głośno.

Drzwi się otwierają, a przede mną staje Enzo. Dłonie wsuwa do kieszeni spodni. Och, wolałabym, żeby nie wyglądał tak szałowo. Wolałabym, żeby moje samotne serce nie kazało mi wyciągać do niego rąk i błagać o przebaczenie. Wydawało się, że byliśmy tak blisko czegoś prawdziwego. Na pewno sobie tego nie wymyśliłam, to nie była gra wyobraźni. Nieważne, jak on się teraz zachowuje. Nie opuszcza mnie wrażenie, że tam, w Miami, ujrzałam prawdziwego Enza, a teraz ma on na sobie maskę.

A tę maskę dawno temu założył mu dziadek.

– Jesteś głodna? – pyta. – Tak sobie pomyślałem, że fajnie by było, gdybyśmy zjedli razem śniadanie na tarasie. Jest taki piękny poranek. I chciałbym, żebyś mi towarzyszyła.

Ciekawe, ile go kosztowało to zaproszenie. Mam wrażenie, że każde słowo jest dla niego udręką.

Czy to dobry znak? Chciałabym wiedzieć. Szkoda, że w kółko muszę się zastanawiać, co się kryje za każdą uwagą, za każdym zaproszeniem.

– Chętnie. Fajnie byłoby choć raz zjeść w innym miejscu niż ten pokój.

– Tak właśnie sądziłem. – Taksuje mnie wzrokiem, przez chwilę czuję nadzieję, że to dlatego, że znowu budzę jego zainteresowanie. Niestety.

– Dobrze, że kupiłem ci to wszystko w Miami. Przynajmniej masz jakieś ubrania.

– Dziękuję, że kazałeś to wszystko dla mnie przysłać.

W końcu wyjeżdżaliśmy niewątpliwie w pośpiechu, a mnie w sumie nie dano się spakować. Moje rzeczy przyjechały jednak dzień po pogrzebie, kiedy już Enzo mnie zostawił po tym, jak mu wreszcie wszystko powiedziałam. Może specjalnie z tym czekał, aż się przyznam, zanim dał mi prawo do noszenia prawdziwych ubrań. Nie mam w ogóle pojęcia, skąd wytrzasnął tę koszulę nocną, którą wcześniej nosiłam.

Muszę iść za nim z sypialni, bo ten dom jest dla mnie nieprzebytym labiryntem. Nie miałam okazji się z nim zapoznać, zwiedzić go, obejrzeć – dopiero teraz widzę, jaki jest wielki, i w głowie pojawia mi się pytanie, ile czasu minie, zanim zacznę się w nim orientować. Nikt mi nie musi mówić, skąd pochodziły pieniądze na zbudowanie takiego pałacu. Przypominają mi się narkotyki, które miałam w torbie, i zastanawiam się, na ile rodzina De Luca jest odpowiedzialna za ich dystrybucję w kraju, zresztą pewnie nie tylko.

Na dole przechodzę przez jasną, słoneczną kuchnię i trafiam na wieloskrzydłowe drzwi prowadzące na taras, gdzie mamy zjeść. Bardzo się staram zachować spokój i godność, a jednocześnie jestem czujna, ale gdy wychodzimy na zewnątrz, gwałtownie wciągam powietrze, jak jakiś prostak. No ale jestem przecież prostaczką.

Widziałam otoczenie domu z okna, lecz oglądać je z tej perspektywy to zupełnie co innego. Od oszałamiającego zapachu bajecznych kwiatów kręci mi się w głowie. Przez całą szerokość tarasu ciągnie się pergola, a nad moją głową po drewnianych listwach pnie się winorośl. Wśród kwiecia bzyczą pszczoły, leniwie krążąc od jednego okazu do drugiego.

A przede mną rozpościera się ogród jednoznacznie kojarzący się z rajskim. Drzewa owocowe, ogromne róże, wszelkiej maści inne kwiaty, których nie znam, choć bardzo bym chciała znać. Ciekawe, czy znalazłabym tu gdzieś książkę, która pomogłaby mi się w nich zorientować. Perfekcyjnie utrzymane ścieżki, których nie kala nawet jeden chwast, wiją się niemal bez celu wśród bezkresu pieczołowicie wypielęgnowanego terenu.

W oddali widać pasma wzgórz i jezioro migoczące w porannym słońcu. Wpatrując się w lśniącą jak brylanty toń, myślę sobie, jak bardzo pragnęłabym się teraz znajdować na którejś z widocznych na wodzie łódek. Chyba nigdy w życiu nie czułam takiej tęsknoty.

– Tu jest jak w bajce – szepczę, podchodząc do balustrady okalającej taras.

Odwracam się do Enza oszołomiona, z uśmiechem. I jemu drgają kąciki ust.

– Uwierzysz, że to było oczko w głowie mojego dziadka?

– No faktycznie, trudno mi… – Powinnam się ugryźć w język, żeby nie psuć nastroju, prawda? Czy on musi wiedzieć, co naprawdę myślę o tym staruchu? Oczywiście był ważną osobą dla Enza, ale był też z niego kawał gnoja.

Enzo wie, co myślę, uśmiecha się – przelotnie, ale szczerze.

– Zdziwiłabyś się, ile godzin tu spędzał, myśląc i planując. Zawsze mówił, że jak wstaje od biurka i wychodzi na dwór, lepiej mu się myśli. Usiądź sobie.

Nawet podsuwa mi krzesło, po czym zajmuje miejsce naprzeciwko mnie. Na stole czeka wybór frykasów: sery, owoce, chleb, dżemy i masło.

– Kawy? – pyta Enzo, a ja z zapałem kiwam głową.

Kawa pachnie jeszcze intensywniej niż kwiaty, ma mocny smak, nigdy w życiu nie piłam lepszej. Pewnie nie powinno mnie to dziwić.

– Zazwyczaj jadam lekkie śniadanie, ale tutaj mam wilczy apetyt, zupełnie nie wiem dlaczego. – Nakłada sobie na talerz różnych smakołyków, ja robię to samo. – Nasz piekarz jest niesamowity, nie ma sobie równych. Nie mogę się doczekać, aż spróbujesz jego deserów.

Można by odnieść wrażenie, że Enzo jest przyjazny. Zupełnie jakby nie trzymał mnie cały czas pod kluczem. Mam ochotę go spytać, o co chodzi. Jego nastrój zmienia się w zawrotnym tempie.

– Macie tu dużo personelu?

– Sporo.

Chyba nie ma ochoty odpowiadać na moje pytania. A ja chcę się po prostu zorientować, z czym mam do czynienia. Od tylu dni jestem odcięta od świata, jedynym moim zajęciem jest zamartwianie się i zastanawianie. Dobrze, że zawsze dobrze się czułam sama ze sobą. Niejeden by zwariował, gdyby tak długo musiał siedzieć w izolacji.

Enzo dolewa sobie kawy i zaczyna tłumaczyć, po co mnie tu tak naprawdę zaprosił.

– Miałem kilka dni na przemyślenia i uważam, że powinniśmy sobie parę rzeczy wyjaśnić. Ty pewnie też masz wiele pytań, na które chciałabyś poznać odpowiedzi.

– Tak, no więc...

– Odpowiem na nie, kiedy uznam za stosowne. O ile to kiedykolwiek tak się stanie.

Cieniuteńka powłoka uprzejmości spływa i siedzę naprzeciwko mężczyzny, który nie wiadomo ile razy groził, że mnie zabije.

Opada na oparcie i kroi w dłoni jabłko. Ewidentnie doskonale zdaje sobie sprawę, jakie wrażenie robi ten nóż, chociaż jest taki mały. Muszę w to zaangażować wszystkie siły, ale patrzę mu w oczy, byle się nie gapić na ostrze. Enzo wrzuca kawałek jabłka do ust i gryzie je głośno.

– Mamy problem – mówi.

Tylko jeden?

– Oficjalnie jesteśmy małżeństwem. Należysz do rodziny De Luca, na dobre i na złe. Nie ma odwrotu. Ale żadne z nas się na to nie pisało, delikatnie rzecz ujmując. – W jego głosie słychać gorycz i to chyba nic dziwnego.

Małżeństwo. Dociera do mnie, że miałam nadzieję, że możemy uznać to wszystko za niebyłe, unieważnić akt i zapomnieć. Kusi mnie, by przypomnieć, że jeszcze tego małżeństwa nie skonsumowaliśmy i moglibyśmy je anulować, ale coś mi się zdaje, że w odpowiedzi doczekałabym się ostrego rżnięcia na tym stole. Czy jakiegoś innego przypomnienia, że nie mam prawa głosu, a zwłaszcza sprzeciwu.

Enzo patrzy na ogrody, przez sekundę sprawia wrażenie smutnego czy stęsknionego.

– Na koniec dziadek miał wobec mnie tylko jedno życzenie. To jedna z ostatnich rzeczy, które powiedział do mnie przed uroczystością. Że muszę się postarać o dziedzica. W tym upatrywał jedyny cel. Nie umiem ci powiedzieć, ile razy swatał mnie z rozmaitymi kobietami, które w jego opinii stanowiły dobry materiał na żonę i na matkę. Które by mi dały tłum potomków. – Powraca wzrokiem do mnie, zaciskając usta w cienką linię. – Uważał, że ty spełniasz wymagania.

Mam nadzieję, że Enzo nie oczekuje, że uznam to za komplement. Ten człowiek widział we mnie klacz rozpłodową i tak mnie traktował, zupełnie jakby o mojej wartości decydowało to, co mam między nogami. Najwyraźniej to właśnie się dla niego liczyło.

– Biorąc to pod uwagę, chcę zawrzeć z tobą układ. – Rzuca na talerz ogryzek jabłka, ale dalej trzyma nóż.

Wiem już, jaki ma stosunek do noży, więc nie jestem tym zachwycona.

– Jaki układ? – Czy drży mi głos? Tak, drży, zdecydowanie.

A on chyba czerpie z tego przyjemność.

– Oddam ci wolność. Bez zobowiązań.

Czekam ze wstrzymanym oddechem. Ale nie wytrzymuję.

– Jeśli…? – dopytuję, bo na pewno jest jakieś „jeśli”.

– Jeśli dasz mi syna.

Takie krótkie zdanie, a powala mnie jak kula armatnia. Własnym uszom nie wierzę.

– Syna?!

– Tak. Dziecko. Tego właśnie chcę.

– Ale nie dziecka ogólnie. Tylko syna. – Nawet kiedy to wypowiadam głos, dalej trudno mi to zrozumieć.

Ściąga brwi.

– Tak. Czego nie pojmujesz? Myślałem, że masz choć odrobinę rozsądku.

Z trudem powstrzymuję wzgardliwe prychnięcie.

– A masz świadomość, że zawsze jest pięćdziesiąt procent szans, że to będzie dziewczynka, a wówczas wracam do punktu wyjścia?

– W takim wypadku będziemy dalej próbować, aż urodzi nam się chłopiec.

On zwariował. Nie ma żadnych gwarancji, że zajdę w ciążę, a jeśli nawet zajdę i wszystko będzie w porządku, nadal będzie pięćdziesiąt procent szans, że urodzi się dziewczynka. Mogę skończyć w tym cholernym małżeństwie z dziesięcioma córkami. A i to niekoniecznie go powstrzyma, będzie dalej próbował, dopóki moje ciało się nie rozpadnie.

– Co ty na to? – pyta tonem człowieka, który wie, że jest panem sytuacji. Nie ma powodu wątpić, czy się zgodzę, bo przecież wie, że nie mam wyboru.

– Co ja na to? A jest inna opcja?

Mruga z niedowierzaniem.

– Słucham?

– Pytam, czy mam jakiś wybór. Jakiś inny warunek, który mogłabym wybrać zamiast tego?

– Jasne.

Szybkim ruchem wyciąga pistolet zza paska i mierzy mi między oczy. Sztywnieję i wpatruję się w niego, wstrzymując oddech. A więc to już. Wreszcie to zrobi. Zaraz umrę.

– Opcja numer dwa: zaskakująco szybko zostanę wdowcem.

Gdyby chciał mnie zabić, to by mnie zabił. Nie wiem, skąd ta myśl, ale wybrzmiewa mi w głowie głośno i wyraźnie. On nie chce mnie zabić. Przynajmniej jeszcze nie. W tej chwili ma żonę, która musi dać mu to, czego on najbardziej w swoim mniemaniu potrzebuje. Jakby był królem i linia sukcesji byłaby zagrożona.

To nie znaczy, że mogę przegiąć. Nie chcę, żeby się wściekł i mnie jednak zastrzelił. Gdybym zniknęła bez śladu tu, tysiące kilometrów od domu, nikt by nawet nie miał pojęcia, gdzie zacząć poszukiwania. W ogóle nikt by się nie przejął.

– Więc śmiało – mówię cicho, nie odrywając wzroku od pistoletu. Nie ma sensu prosić, żeby Enzo go odłożył, tylko bym pogorszyła sprawę.

Widzę, że lufa lekko drgnęła, ledwie na ułamek sekundy.

– Nie igraj ze mną.

– A igram?

– Nie spodobają ci się konsekwencje.

– Skoro mam do wyboru bezterminowe więzienie, dopóki nie wykorzystasz mojej macicy, to cóż… – Patrzę mu teraz w oczy.

Mruży powieki. Nie chcę umierać, ale nie będę go błagać na kolanach, bo tego ewidentnie by chciał. Co najlepsze, wiem, że to go doprowadza do szału, dziwne, że z uszu mu nie dymi. Co prawda nie stać mnie na chojrakowanie. Enzo może jednak pęknąć.

– To co, porozmawiamy o tym jak dwoje rozsądnych ludzi? – Moje myśli pędzą w tempie równie szalonym jak serce, ale chyba do niego docieram. Chyba. – Bez grożenia bronią? Nienajlepiej mi się myśli, kiedy ktoś celuje mi w twarz.

– Nikt tu nie oczekuje żadnych przemyśleń – rzuca przez zęby.

– To prawda. Ale wyobrażam sobie, że da się znaleźć jakiś scenariusz, w którym każde z nas dostanie to, co chce… Oprócz tego, że zostanę przy życiu – dodaję, zanim on mi to wypomni.

Jeśli on chce dziedzica, będzie musiał się zgodzić na kompromis. Coś mi się nie wydaje, żeby mu się uśmiechał trudny rozwód i szukanie innej kobiety, która zgodzi się urodzić mu dziecko. W końcu ja mam jakąś przewagę… a w każdym razie realne szanse na przewagę.

On o tym wie. I zupełnie mu się to nie podoba.

– Niech będzie. – Opuszcza broń, a ja znowu mogę oddychać. – Chodźmy do środka. Lepiej niech to będzie coś dobrego.

Ja też mam na to nadzieję. Teraz muszę tylko jakimś cudem go przekonać do powrotu do Miami, gdzie będę miała większe szanse na odzyskanie swojego życia. Naprawdę wierzę, że to się może udać, trzeba tylko znaleźć sposób.

Rozdział 6

Enzo

Co ona kombinuje? O co tu chodzi? Jestem skłonny dać jej wolną rękę, niech rzeczywiście wymyśla wyjście korzystne dla każdego z nas, no ale moja cierpliwość ma swoje granice. I pożałuje, gorzko pożałuje, jeśli się okaże, że to tylko gra na zwłokę.

Właśnie w skupieniu, ze ściągniętymi brwiami i ustami zaciśniętymi w wąską kreskę przegląda półki wypełniające trzy ściany gabinetu. Oprócz morza książek są tu fotografie sprzed dziesięcioleci, a także niezliczone pamiątki z tych wszystkich miast, do których dziadek zawitał, załatwiając interesy kartelu. Nie w tym rzecz, że był człowiekiem sentymentalnym. Zawsze sobie wyobrażałem, że lubi patrzeć na te przedmioty i wspominać transakcje poprzedzające zdobycie ich.

Powiedziałbym jej o tym, ale nie chcę jej przerywać rozmyślania nad moją propozycją. W sumie to nie jest żadna propozycja, Alicja nie ma wyboru.

„Dlaczego nie zgodziła się od razu?” – słyszę w głowie głos dziadka, chociaż dziadek już dawno leży w grobie. Nie daje mi spokoju, podsyca wątpliwości. Każe mi analizować problem, rozbierać go na czynniki pierwsze i drążyć tak długo, aż dotrę do sedna.

A co tutaj jest sednem? To, że bez względu na to, co jej zrobię, ani trochę nie poczuję, że dzieje się sprawiedliwość. Tymczasem właśnie tego potrzebuję – czuję to wyraźnie, gdy siedzę na miejscu, które powinien zajmować dziadek. Oczywiście, chcę dziecka, chcę dziedzica, ale chcę, żeby przyszedł na świat, w którym nie ma już moich bezwzględnych wrogów. Albo jest ich jak najmniej. Świat bezpieczny.

To oznacza zniszczenie kartelu Alvareza, choćby była to ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu. Oczywiście nie dosłownie, bo wcale tego nie chcę. Zamierzam zwyciężyć. Mimo że w tej chwili nie jestem pewien, jak to zrobić.

I na pewno nie znajdę sposobu, jeśli będę siedział przy biurku dziadka i gapił się na swoją żonę, kiedy ona się obija i gra na zwłokę.

Żonę. Ciągle nie mieści mi się to w głowie. Jakoś nie mogę się z tym oswoić. Nieważne, co przed nią gram. Na dobre i na złe, dopóki śmierć nas nie rozłączy i tak dalej. Ona jest moją żoną. I ten układ da mi korzyści, na które zasługuję.

Nawet jeśli ona to wszystko pomyśleć. Jej reakcja też nie daje mi spokoju. Przecież ona nie ma się nad czym zastanawiać, nie ma wyboru. Albo przyjmie moją propozycję, albo umrze. Bo co? Będzie mi się stawiać? Wystawiać moją cierpliwość na próbę? Sprawdzać, czy mówiłem poważnie? A co się stanie, jeśli się przekona, że owszem, mówiłem śmiertelnie poważnie? Nie będzie miała szansy wyrzucać sobie głupoty, bo już nie będzie żyła.

Muszę przestać się na nią gapić i zająć głowę czymś innym, bo mnie rozsadzi. Na biurku leży teczka, którą dziadek mi pokazał, zanim wysłał mnie do Miami. Wszystkie informacje, które zebraliśmy na temat Alvareza i jego kartelu. W tej chwili zupełnie dla mnie nieprzydatne. Muszę znaleźć sposób, żeby się do nich zbliżyć, zinfiltrować ich. Paradoksalnie w tej chwili może to być łatwiejsze, bo Alvarez niewątpliwie triumfuje, świętuje zwycięstwo nad nami. Niewiele czasu z nim spędziłem, ale zdążyłem wyrobić sobie opinię, że ten człowiek jest bezgranicznie zadufany w sobie i niezbicie przekonany o swojej mądrości. Może zdołam to wykorzystać. Muszę tylko rozkminić jak.

– Przepiękny jest ten pokój. – Alicja odkłada na miejsce książkę, którą przeglądała, a potem przebiega palcami po innych tomach w tym rzędzie. – Naprawdę szałowy. To wszystko zbiory twojego dziadka? Czy babci?

– Babci nie poznałem, ale on też lubił to miejsce. To jego ulubiony pokój. Nie sądzę, żeby ją dopuścił do urządzania go.

Widzę, że drga jej kącik ust.

– No tak. Bez urazy, ale on mnie dzisiaj już drugi raz zaskakuje.

– Mężczyźni z rodu De Luca są bardzo niejednoznaczni. Nie tylko przemocowi i chciwi.

– Oczywiście. – Powoli przemierza pokój z rękami skrzyżowanymi na piersi. Nawet w tej chwili, kiedy jestem tak, kurwa, spięty, że ledwie oddycham, mimowolnie podziwiam, że Alicja emanuje taką godnością. Od samego początku to właśnie w niej podziwiałem. Może płakać i błagać, ale niełatwo ją złamać. A ja przypisywałem to wychowaniu w kartelu, dobre sobie. Teraz wiem, że ona po prostu taka jest. I niewątpliwie wszystkie trudne przejścia tylko ją wzmocniły.

Zerka na teczkę rozłożoną na biurku. Widzę, że oczy się jej rozjaśniają.

– Już wiem, jak się może udać ten plan, żebyśmy oboje mieli zysk – szepcze.

Czy słyszę w jej głosie przebiegłość i nutę ekscytacji?

Przynajmniej jest zabawna.

– A skąd pomysł, że jest jakieś pole do negocjacji i dyskusji? Albo że zależy mi na tym, żeby ktokolwiek poza mną był zadowolony? Czy nie wyraziłem się jasno? Bo bardzo bym pragnął…

Podnosi rękę i kręci głową.

– Ależ wyraziłeś się absolutnie jasno, dziękuję.

– Proszę uprzejmie – odgryzam się. – Więc? O co chodzi?

– Przedstawiłeś swoją propozycję… a ja chciałabym przedstawić kontrpropozycję. – Tylko drobne drgania mięśni szczęki zdradzają jej zdenerwowanie. Poza tym jest niewzruszona jak skała. Zimna, idealna.

Och, jakie to podniecające. Można by odnieść wrażenie, że wszystko w tej kobiecie jest stworzone po to, żeby mnie kusić, dręczyć, chociaż wiem, że to absolutnie nie jest w tej chwili dla mnie dobre

Rozsiadam się wygodnie i łączę dłonie w piramidkę pod brodą. W sumie… jeśli się tak zastanowić, to może być interesujące.

– No dobrze. A jak ta kontrpropozycja miałaby wyglądać?

Podnosi wysoko jedną brew.

– Chcesz mnie wysłuchać?

– Owszem. – Nieznacznie kiwam głową. – Ale zrozum mnie. Jeśli nie spodoba mi się to, co proponujesz, i tak wezmę to, czego chcę. I nic, co teraz powiesz, nie zmieni mojej decyzji. Ale zamieniam się w słuch, możesz mówić. Jestem ciekaw, co wymyśliłaś.

Znowu drga mięsień na jej twarzy, wiem, po prostu wiem na pewno, że ona z trudem panuje nad sobą. Teraz najbardziej chciałaby się wymądrzać, posłać mnie do diabła czy coś w tym rodzaju. Tego jednak nie zrobi, jest za bystra.

Wskazuje ręką krzesło naprzeciwko mnie, ja kiwam głową i patrzę, jak siada. A siada wyprostowana, czujna.

– Dużo myślałam o tym, jak się w to wszystko wpakowałam. Jak ci mówiłam, przyjaciółka przekazała mi informacje o tamtym magazynie, o paczce i całej reszcie. To jej wina, że w ogóle się w to wplątałam. Nie wiem, czy wrobiła mnie celowo, czy nie, ale tak czy owak, znalazłam się w tej sytuacji z jej winy. I uważam, że nie powinno jej to ujść na sucho.

Mało nie prycham z ubawienia.

– Zdecydowanie. Kontynuuj. Pragnienie zemsty to coś, co doskonale rozumiem, ale nadal nie pojmuję, co to ma wspólnego ze mną. Albo z naszą umową.

Całkowicie ignoruje moje słowa.

– Znam ją w zasadzie tylko z uczelni – ciągnie. – Tam się poznałyśmy. Poza uniwerkiem w sumie się ze sobą nie zadawałyśmy, bo jak już ci mówiłam, nigdy nie miałam kasy na życie towarzyskie. Czasu zresztą też nie miałam. – Spogląda gdzieś ponad moim ramieniem, jakby wpatrywała się w dal, wspominając dawne życie.

Dawne życie. Poprzednie.

– Mów dalej – ponaglam ją.

Potrząsa głową, jej wzrok spotyka się z moim spojrzeniem.

– A to oznacza, że jeśli chcę ją dopaść, muszę pójść na uczelnię. Muszę udawać, że nic się nie stało.

– Mam ci pozwolić wrócić na uczelnię, żebyś dorwała dziewczynę, która cię wysłała do tamtego magazynu?

– Dokładnie tak.

– A dlaczego miałbym to zrobić? Co będę z tego miał? Muszę cię mieć przy sobie, pamiętasz? Jeśli mam cię zapłodnić, musisz być blisko mnie.

Nachyla się lekko, ściąga brwi i wpatruje się we mnie spokojnie.

– Nie jestem pewna, czy to jest bratanica Josefa Alvareza, ale nieraz mówiła o wujku, choć nie wymieniła imienia ani nazwiska. A pamiętasz, za kogo mnie uważałeś, gdy powiedziałam, że mam na imię Elena?