Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
541 osób interesuje się tą książką
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 470
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Honor
Copyright © 2025 HONOR by Danielle Baker
Copyright © for the Polish translation by Paweł Miszuk, 2026
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka inicjująca: Joanna Jeziorna-Kramarz
Redaktorki prowadzące: Zuzanna Sołtysiak, Joanna Zalewska
Marketing i promocja: Natalia Angier
Redakcja: Patryk Białczak
Korekta: Magdalena Białek, Sandra Popławska
Ilustracje na froncie i zadruku wnętrza: Anna Niemczak
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68800-29-6
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
Gettin’ Warmed Up – Jason Aldean
If I Die Before You – Chris Lane
Wildfire – Austin Snell
World on Fire – Nate Smith
Lies, Lies, Lies – Morgan Wallen
Bulletproof – Nate Smith
Somebody’s Problem – Morgan Wallen
You Look Like You Love Me – Ella Langley & Riley Green
In Case You Didn’t Know – Brett Young
To The Men Who Love Women After Heartbreak – Kelsea Ballerini & Kelly Clarkson
Scared to Live without You – Morgan Wallen
Spin You Around – Morgan Wallen
Come Back… Be Here – Taylor Swift
Stand by Me – Lil Durk
I’m Gonna Love You – Cody Johnson & Carrie Underwood
Bring That Fire – War Hall
• Śmierć rodzica
• Śmierć małżonka
• Zespół stresu pourazowego (PTSD) / stany lękowe
• Nieplanowany poród domowy
• Lekkie podduszanie w scenach zbliżeń
Buggy (dosł. „powozik”) – w żargonie strażackim lekki samochód terenowy z miejscami do siedzenia, ale bez zbiornika na wodę. Może zabrać osiem osób, dzięki czemu umożliwia szybkie przemieszczenie się większej grupy strażaków w kierunku pożaru.
Celownica Osborne’a (ang. Osborne Fire Finder) – narzędzie (rodzaj alidady) używane w wieżach obserwacyjnych do określania kierunku, w którym widać dym z pożaru, co pozwala na zaalarmowanie ekip gaśniczych.
Chrząszcze podążające za ogniem, owady pirofilne (ang. fire-chasing beetles) – owady, takie jak ciemnik czarny (Melanophila acuminata), które dzięki receptorom ciepła potrafią wykryć pożar lasu z dużej odległości. Ogień je przyciąga, ponieważ wykorzystują świeżo spalone (a czasem jeszcze tlące się) drewno do składania jaj i rozmnażania się. Mocno gryzą, często atakując strażaków podczas pracy.
Kontrolowane wypalanie (ang. prescribed burn, controlled burn) – pożar, który jest specjalnie zaplanowany i wywoływany po to, by wypełnić określone cele zarządzania obszarami leśnymi, na przykład zmniejszyć ryzyko pożaru lasu i przywrócić naturalne ekosystemy.
Łańcuch (ang. chain) – jednostka miary powszechnie stosowana przez strażaków walczących z pożarami lasów. Osiemdziesiąt łańcuchów równa się jednej mili (około tysiąca sześciuset metrów), więc jeden łańcuch ma sześćdziesiąt sześć stóp (około dwudziestu metrów) długości.
Linia obrony przeciwpożarowej (ang. control or containment line) – każda sztuczna lub naturalna bariera służąca do powstrzymania rozprzestrzeniania się ognia.
Międzyagencyjne zespoły / grupy do zadań specjalnych, IHC (ang. Interagency Hotshot Crews, w skrócie: hotshot, hotshot crew) – specjalistyczne formacje doskonale wyszkolonych strażaków, których zadaniem jest bezpośrednia walka z ogniem na terenach leśnych, w tym przygotowywanie linii obrony przeciwpożarowej.
Nomex (ang. także Yellows) – zastrzeżona nazwa handlowa tkaniny ognioodpornej, szeroko stosowanej w przemyśle i produkcji wyposażenia przeciwpożarowego, a także potoczna nazwa żółtej koszuli noszonej przez strażaków zwalczających pożary lasów.
Pas przeciwpożarowy (ang. fire line) – pas ziemi pozbawiony roślinności (wyczyszczony do gleby mineralnej), który ma zatrzymać lub przekierować pożar. Strażacy przygotowują pasy przeciwpożarowe ręcznie, z wykorzystaniem między innymi narzędzia Pulaski, czyli toporka strażackiego.
Piarg, osypisko (ang. scree) – duża liczba małych, luźnych kamieni, która pokrywa zbocze góry.
Pojazd terenowy typu side-by-side (ang. Utility Terrain Vehicle, UTV) – pojazd przeznaczony do jazdy terenowej, zazwyczaj większy od pojazdu typu ATV (ang. All-Terrain Vehicle) i często wykorzystywany do pracy, a nie w celach rekreacyjnych.
Posusz stojący (ang. snag) – martwe, często strawione przez ogień stojące drzewo, które stwarza zagrożenie dla strażaków pracujących na ziemi.
Pożar wierzchołkowy, pożar rozprzestrzeniający się w koronach drzew (ang. crown fires) – rodzaj pożaru lasu, w którym ogień rozprzestrzenia się w koronach drzew. To często największe, najtrudniejsze do opanowania i najszybciej rozprzestrzeniające się pożary, gdyż ogień przeskakuje z jednego drzewa na drugie.
Przeciwpożar, przeciwogień (ang. backburn, backfire, burnout) – terminy określające celowe podkładanie ognia na granicy aktywnego pożaru w celu pozbawienia go dostępu do paliwa.
Racja żywnościowa (ang. Meals Ready-to-Eat, MRE) – lekka, pojedynczo zapakowana porcja odpowiednio przygotowanego (często liofilizowanego) jedzenia, zapewniająca pełnowartościowy posiłek dla jednej osoby.
Zapalarka (ang. drip torch) – ręcznie obsługiwane narzędzie służące do kontrolowanego wypalania. Podłożenie ognia następuje poprzez rozlewanie na ziemi płonącego paliwa.
Zarzewie ognia (ang. spot fire) – zjawisko, w którym żar przemieszcza się przez linie obrony przeciwpożarowej i osiada na roślinności lub innym materiale łatwopalnym, wywołując płomienie w nowej lokalizacji.
W walkę z pożarami lasów zaangażowane są tysiące osób z różnych zespołów, ale dla ułatwienia przedstawiamy jedynie te role, które wspominane są w serii Sky Ridge Hotshots.
Xander
Sześć lat temu
– Dziękuję wam za przybycie. – Mój głos brzmi jakoś pusto. Powtarzałem te słowa tak wiele razy, że straciły na znaczeniu. Mam wrażenie, że mówię w obcym języku, a na domiar złego nie jestem w nim biegły.
W całym pomieszczeniu panuje stłumiony zgiełk. Ludzie zebrali się w małe grupki, a teraz czekają, żeby oddać cześć mojemu ojcu – naczelnikowi zespołu do zadań specjalnych, Garrettowi Macombowi, który zginął podczas jednej z akcji.
Podwójne drzwi z ciemnego drewna prowadzące w głąb domu pogrzebowego są szeroko otwarte, więc bez problemu dostrzegam samotny postument, stojący na podwyższeniu. Po jednej stronie znajduje się oprawione w ramę duże zdjęcie taty, a po drugiej – złożona flaga Stanów Zjednoczonych w ozdobnym pudełku. Widzę również Pulaski ojca (narzędzie będące połączeniem topora i ciesaka), a na nim żółty hełm. Na podłodze leżą gałązki cyprysika i kilka skrzydłokwiatów. Z góry pada światło, prosto na czerwoną metalową urnę na postumencie, która wygląda teraz tak, jakby była rozżarzona. Na samym jej przodzie znajduje się złoty krzyż maltański, będący symbolem strażaków.
Widok urny mnie denerwuje, bo wiem, że została tu postawiona jedynie na pokaz. Prochy ojca są gdzieś na górze, na której poświęcił życie, żeby uratować resztę swojego zespołu.
Moja mama stoi po lewej stronie dużego zdjęcia i wpatruje się w przedstawionego na nim mężczyznę w żółtej koszuli strażackiej. Hełm opada mu na siwiejące brwi. Widać, że w pośpiechu starł z twarzy sadzę i brud, ale i tak gości na niej szeroki uśmiech. To niepozowane zdjęcie. Wciąż pamiętam dzień, w którym je zrobiono. Co prawda zostało wykadrowane, ale wiem, że tata obejmuje mnie na nim ramieniem. Ktoś cyknął tę fotkę, gdy ugasiliśmy pożar w Arizonie. Walczyliśmy z płomieniami przez ponad miesiąc. Byliśmy wykończeni, głodni i z utęsknieniem wyczekiwaliśmy prysznica, ale… cholera, to i tak był wspaniały dzień.
Mama stoi zwrócona do mnie plecami. Jest sama. Opłakuje ukochanego mężczyznę, którego właściwie straciła już niemal trzydzieści lat temu. A teraz straciła go ponownie, i to na dobre. Czuję, jak zaciska mi się gardło, gdy widzę jej roztrzęsione ramiona. Wyciąga dłoń i przesuwa palcami po policzku taty na zdjęciu, a ja z trudem powstrzymuję łzy. Poprosiła mnie i moich braci, żebyśmy dali jej chwilę na pożegnanie się z ojcem, więc tak zrobiliśmy.
Widzę na podłodze czyjś cień, unoszę głowę, a chwilę później przytulam swojego młodszego brata, Zacha. On też jest strażakiem, tyle że walczy z płomieniami w mieście. Przyszedł na pogrzeb w swoim granatowym mundurze. Mama, Zach i mój najmłodszy brat, Joel, przylecieli z Michigan. Mieszkałem tam przez dwadzieścia pięć lat, ale później poszedłem w ślady ojca i przeniosłem się do Sky Ridge w Waszyngtonie. Mama nie była zadowolona z mojej decyzji. Nie chciała, żebym poświęcał się karierze, która tak często pochłaniała tatę, a która teraz jej go odebrała.
Wszyscy dobrze znamy ryzyko, z jakim wiąże się nasza praca. Tata też je znał. Ja również. Jesteśmy strażakami do zadań specjalnych. Strzeżemy lasów. To, jak dobrze jesteśmy wyszkoleni czy jak skrupulatnie podchodzimy do naszych akcji, nie ma znaczenia w obliczu sił natury. Nigdy nie możemy mieć pewności, że wrócimy do domu.
Mama postawiła kiedyś ojcu ultimatum. Nadal pamiętam ich kłótnię. Płakała i błagała, żeby więcej nas nie zostawiał. Powiedziała, że jeżeli to zrobi, to może nie wracać, bo potrzebujemy go bardziej niż jego zespół. Miałem wtedy jedenaście lat, Zach osiem, a Joel sześć. Powtarzała, że w takim wieku potrzebujemy jego uwagi i troski. Nie myliła się… ale tata też nie.
Naprawdę kocham swoją mamę i niesamowicie jej współczuję. Straciła miłość swojego życia, bo ojciec też wybrał miłość swojego życia – pracę. Mama nie rozumie, że wszyscy strażacy i strażaczki to tak naprawdę nasza rodzina. A życia, które ratujemy… są dla nas najważniejsze. Trudno to pojąć ludziom, którzy nigdy nie byli na naszym miejscu.
Tata pocałował ją tamtego wieczoru po raz ostatni i wyszedł, bo jego zespół, jego bracia go potrzebowali. Gdy skończyłem dwadzieścia pięć lat, postanowiłem opuścić rodzinne gniazdo, nasz mały kawałek nieba w północnej części Michigan, i dołączyć do ojca w Waszyngtonie. Tam zaprowadziło mnie serce. Zapisałem się do straży w wieku dziewiętnastu lat, ale nie chciałem gasić płomieni w budynkach. Zostałem stworzony do chronienia lasów. Od zawsze czułem to w kościach, moi rodzice chyba też.
Ani razu nie podważyłem swojej decyzji, mimo że minęło już wiele lat, odkąd ją podjąłem.
Pracowałem ramię w ramię z tatą. Był wymagającym, ale sprawiedliwym dowódcą. Dawał z siebie wszystko i tego samego oczekiwał od podwładnych.
Zach kładzie mi rękę na ramieniu, wyrywając mnie z zamyślenia. Biorę głęboki wdech i wygładzam dłonią swoją żółtą koszulę strażacką. Jest czysta (powiedzmy), tak jak i moje oliwkowozielone spodnie z nomeksu. Moje buty może i są wysłużone, ale wyczyściłem je najlepiej, jak potrafiłem. Mama prawie dostała zawału, kiedy zobaczyła, że przyszedłem na pogrzeb w mundurze. Nalegała, żebym wrócił do domu i przebrał się w czarny garnitur, ale się na to nie zgodziłem.
Nasz mundur jest jak odznaka odwagi. Gdy go zakładamy, oddajemy cześć tym, których straciliśmy.
Zach wyciąga z wewnętrznej kieszeni kurtki srebrną piersiówkę, po czym mi ją podaje. Dzielimy uśmiech, a następnie wychylam ją i biorę porządny łyk ulubionej whisky taty. Czuję, jak palą mnie język i gardło. Oddaję Zachowi piersiówkę. On też upija trochę whisky, po czym chowa ją z powrotem za pazuchę.
– Naczelniku.
Gdy tylko słyszę to słowo, cały sztywnieję. Odwracam się i witam skinięciem głowy mężczyznę, który je wypowiedział – Macka Treynora, naczelnika zespołu do zadań specjalnych z Colorado. Współpracował z moim ojcem przez większość kariery. Piwne oczy Macka nie zdradzają żadnych emocji. Przygląda się mnie i Zachowi z poważnym, stoickim wyrazem twarzy.
– Wiem, że tytułowanie cię w ten sposób teraz brzmi dla ciebie potwornie – mówi przyjaciel ojca i kładzie mi rękę na ramieniu. – Garrett był wspaniałym człowiekiem. Niełatwo będzie mu dorównać, ale pamiętaj, że był dumny, że poszedłeś w jego ślady. Przykro mi, że nie dożył emerytury.
Ściska mnie w żołądku. Dwanaście tygodni. Dwanaście jebanych tygodni i przeszedłby na emeryturę. Nie odpowiedziałby na to cholerne wezwanie i nie zginąłby na tej pierdolonej górze.
Mack odchrząkuje. Najwyraźniej emocje utrudniają mu mówienie. Przenosi spojrzenie za Zacha i odzywa się ponownie:
– Był dumny z całej waszej trójki.
Obaj moi bracia są strażakami w Michigan. Zanim się wyprowadziłem, należeliśmy do jednego zespołu. Joel dołączył niedługo przed tym, jak postanowiłem się przenieść do Sky Ridge. Zach się ożenił i ma dwie najcudowniejsze córeczki pod słońcem (wcale nie jestem stronniczy, dlatego że jestem ich wujkiem) i kolejną w drodze. Nie mam pojęcia, co słychać u Joela. Wiem jedynie, że jest strasznym wrzodem na tyłku mojej mamy.
Zach potakuje, po czym odpowiada:
– Dziękujemy. Tata kochał swoją pracę ponad życie.
Mack potrząsa głową, a w jego oczach pojawia się ogromny smutek. Przenosi wzrok na naszą mamę, która nadal stoi przed zdjęciem ojca i płacze.
– Ale nie ponad wszystko. – Ściska pokrzepiająco moje ramię, po czym się odwraca i odchodzi.
Zostajemy we dwóch, ale nie na długo. Przez szklane drzwi prowadzące na zewnątrz widzę grupkę mężczyzn ubranych w mundury IHC. Kierują się w naszą stronę z parkingu. To mój zespół, moi bracia. Jest ich aż osiemnastu i trzeba się z nimi liczyć, bo to najodważniejsze skurwysyny, jakich kiedykolwiek poznałem.
Grupie przewodzi mój nowy kapitan, Callahan Woods. Tuż za nim idą Jacob Taylor i Rowan Kingsley, czyli nasi najnowsi rekruci. Są młodzi, mają co najwyżej dwadzieścia dwa lata, ale naprawdę ciężko pracują. Jack Taylor – prawa ręka mojego taty i ojciec Jacoba – podąża kilka kroków za swoim synem. Był jednym z naszych liderów chyba od samego początku mojej kariery. Przejdzie na emeryturę wraz z końcem sezonu, ale najpierw chciał jeszcze choć trochę popracować z Jacobem.
Śmierć mojego taty wstrząsnęła Jackiem. Otworzyła mu oczy na to, co sam mógłby stracić. Ma rodzinę, żonę… i chce odejść ze służby, żeby się im poświęcić. Nie winię go za to. Żona Jacka i jego córka, Violette (bliźniaczka Jacoba), też przyjechały uczcić pamięć mojego ojca. Jesteśmy jedną wielką rodziną. Zwłaszcza w takie trudne dni.
Jack idzie obok Dixona, który również jest częścią mojego zespołu. Aktualnie chodzi o kulach, bo jedną z nóg ma w gipsie. Czuję, jak serce wali mi w piersi. Znów ogarnia mnie lęk, równie silny co tamtego dnia na górze. O mały włos, a straciłbym ich wszystkich. Ta myśl będzie mnie prześladować do końca życia. Gdyby nie odwaga i umiejętności przywódcze mojego taty, zginęliby. Jestem przekonany, że gdyby ojciec znów znalazł się w tej sytuacji, to bez zawahania ponownie oddałby życie za swoją rodzinę. Taki właśnie był, aż do swojego ostatniego tchu.
Nagle drzwi się otwierają i do środka wchodzi mój zespół. Zazwyczaj są hałaśliwi i awanturniczy, ale nie dzisiaj. Dziś wszyscy są posępni. Przyjechali oddać cześć mężczyźnie, który przewodził im na niejednej akcji. Był ich szefem, przyjacielem i ojcem w jednej osobie.
Cal zatrzymuje się tuż przede mną, ściska moją dłoń i spuszcza głowę. Wiem, że cierpi. On jako ostatni wydostał się z ognistych szponów pożaru. Słyszał, jak posusz pada na ziemię, i widział ostatnie chwile życia mojego taty. Wiedział, że nie może go uratować, lecz mimo to coś w nim pękło. Chwytam go pokrzepiająco za ramię, a on odwzajemnia mój gest. Mówimy wiele, nie wypowiadając ani słowa, a potem przechodzimy w głąb domu pogrzebowego.
Rowan i Jacob wychodzą nam naprzód. Oni również ściskają dłoń ze mną i Zachem, a potem wraz z Calem przechodzą w głąb sali. Słyszę wiele kondolencji i słów uznania dla mojego taty od pozostałych członków zespołu, ale trudno jest mi się na nich skoncentrować. Mówię Kingowi, że mój ojciec był dumny z niego i Jacoba w tym sezonie. Mam wrażenie, że tracę kontakt z rzeczywistością. Niby tu jestem, ale czuję się tak, jakbym był gdzieś indziej.
Kiedy wreszcie kończę się witać z ludźmi, czuję w sercu rozdzierający ból. Jack wchodzi do środka jako ostatni i kładzie mi dłoń na ramieniu. Odpowiadam na jego gest skinieniem głowy, bo nie jestem już w stanie wydusić z siebie żadnego słowa.
Podchodzi do nas ksiądz z pobliskiej parafii, żeby poinformować, że pora zaczynać. Zach prosi zgromadzonych, żeby zajęli miejsca. Po chwili wszystkie rzędy krzeseł są już wypełnione. Sam mój zespół zajmuje aż dwa.
Ruszam w kierunku mamy, łapię ją delikatnie za ramiona i prowadzę do pierwszego rzędu. Siada między Zachiem i Joelem. Synowie od razu chwytają ją za dłonie, próbując dodać jej otuchy. Wychodzę na środek, zwracam się w stronę żałobników i odchrząkuję.
– W imieniu mojej rodziny chciałbym podziękować wszystkim za przybycie oraz za kondolencje. Miłość i wsparcie, jakie od was otrzymaliśmy, nie tylko podniosły nas na duchu, ale przypomniały nam także o tym, jak wielki wpływ nasz tata miał na innych. W imieniu mojego zespołu dziękuję za to, że wspieracie naszą społeczność i wszystkich innych, którzy również przechodzą teraz żałobę.
Jestem przytłoczony emocjami. Czuję gulę w gardle, więc ponownie odchrząkuję, po czym kontynuuję przemowę:
– Mój tata uwielbiał swoją pracę. Rok w rok ratował lasy, domy, a przede wszystkim życia. Powiedział mi kiedyś, że wszyscy ludzie rodzą się równi, ale tylko niektórzy zostają strażakami. Te słowa zostaną ze mną na zawsze. Tata umarł, robiąc to, co kochał, walcząc o tych, którzy nie mogli zrobić tego sami, i chroniąc wszystkich tych, których tylko był w stanie. Dzisiaj chcemy upamiętnić jego poświęcenie oraz uczcić jego odwagę i heroiczną śmierć. – Spuszczam głowę, bo czuję, że znowu tracę głos. Zaczynają mnie szczypać oczy od wstrzymywanych łez. – Dziękuję wam wszystkim.
Siadam po lewej stronie Zacha. Mama się nad nim nachyla, żeby chwycić moją dłoń. Gdy nasze spojrzenia się spotykają, dostrzegam, że w jej niebieskich oczach, tak bardzo podobnych do moich, wzbierają łzy, a jej usta drżą z emocji.
– Nie macie pojęcia, jak bardzo was kochał i ile to wszystko dla niego znaczyło. Jestem pewna, że właśnie w taki sposób chciałby zostać upamiętniony.
Gdy słyszę te słowa, coś we mnie pęka. Łzy, które dotąd skutecznie powstrzymywałem, spływają po moich policzkach. Widzę w oczach mamy coś, czego nie powiedziała: „Żałuję, że mnie nie kochał równie mocno; że nie kochał mnie na tyle, by ze mną zostać”.
Poprzysięgam sobie, że za wszelką cenę uczczę swojego tatę i jego odwagę.
Kontynuowanie jego misji będzie dla mnie honorem.
Xander
Teraźniejszość
O mały, kurwa, włos.
Wychodzę ze szpitala Bakersfield pewnym krokiem, ale mam spięte ramiona i mętlik w głowie.
Kieruję się do swojego samochodu. Przeciągam dłonią po twarzy i ciężko wzdycham, gdy uderzają we mnie ciepłe promienie majowego słońca. Obracam czapkę, żeby daszek chronił moje oczy przed silnym światłem.
Szlag, przez tych ludzi niedługo osiwieję.
Wszyscy wiemy, z jakim ryzykiem wiąże się ta robota, ale sama jego świadomość w niczym nie pomaga. Patrzenie, jak ktoś z twojego zespołu, jeden z twoich braci, zwija się z bólu, jest podpięty pod aparaturę i opatrzony od stóp do głów… jest przerażające. Pożar w Skykomish był okrutny i minie jeszcze sporo czasu, nim uda mi się wyrzucić z głowy obraz Kinga uwięzionego w zgliszczach.
Takie sytuacje przypominają nam, że nie jesteśmy nieśmiertelni i że bestie, z którymi walczymy, są od nas o wiele silniejsze. Ogień jest nieprzewidywalny i bezlitosny.
W każdym razie King się z tego wyliże. Jasne, trochę mu to zajmie, ale prędzej czy później dojdzie do siebie. Wyjeżdżam z parkingu i parskam śmiechem na myśl o tym, że Violette Taylor już o to zadba, by prędko stanął na nogi. Ona jest uparta, a on w niej zakochany po uszy i za nic by jej nie zawiódł. Nawet jeżeli nie zdają sobie jeszcze z tego sprawy, to oboje stracili dla siebie głowę.
Czuję w kieszeni wibracje telefonu, więc wyciągam go i odbieram przychodzące połączenie.
– Tak? – Z natury nie jestem szczególnie gadatliwy, ale co z tego?
– Co powiesz na lunch „U Shifty’ego”? – pyta bez zbędnych ceregieli mój kapitan, Callahan.
Rzucam okiem na godzinę na desce rozdzielczej. Jest wczesne popołudnie, ale czemu nie. Tym bardziej że przydałby mi się drink po tym, jak musiałem oglądać Kinga w takim stanie.
– Spoko.
– Za dziesięć minut? – pyta.
– Ta.
Niespełna pół godziny później siedzimy już w naszym ulubionym miejscowym barze. Trochę wstyd mi to przyznać, ale stał się moim drugim domem i chyba czuję się w nim lepiej niż we własnych czterech ścianach. Obaj zamówiliśmy piwo i po talerzu skrzydełek. Cieszymy się posiłkiem w ciszy. Może i Callahan nie jest moim bratem w sensie biologicznym, ale stał się nim, odkąd znaleźliśmy się w tym samym zespole – pracujemy ze sobą już od wielu lat.
– Jak tam King? – pyta, po czym bierze łyk piwa.
– Trzyma się. Niedługo go wypiszą – odpowiadam i unoszę kufel do ust. Opieram się na przedramionach o bar i wlepiam spojrzenie w swój talerz. – Jebaniutki ma farta.
Cal wzdycha i oblizuje palce z sosu.
– Oj, tak. Napędził nam niezłego stracha. Tak samo jak poprzednim razem Jacob.
Odpowiadam jedynie skinieniem głowy, bo nie mam nic do dodania.
Barman, który nas obsługuje, Lou, stawia przed nami dwa kolejne kufle.
– A tak przy okazji, chciałbym ci podziękować za pomoc przy przeprowadzce Teddy i dzieciaków – mówi Callahan, po czym odgryza spory kawał mięsa i go przeżuwa. – Teraz o wiele łatwiej mi się o nią troszczyć, bo dojazd nie zajmuje mi już czterdziestu pięciu minut.
Potakuję i wrzucam do ust kawałek marchewki.
– Jak sobie radzi?
Cal prycha, wzrusza ramionami i potrząsa głową.
– W miarę… – odpowiada, a ja czuję ścisk w żołądku. – Żałuję, że nie mam więcej czasu, żeby jej pomagać. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, przez co przechodzi. Straciła Logana, a mają kolejne dziecko w drodze. Niedługo Teddy ma urodzić i boję się, że zastanie mnie to akurat na akcji, gdy będzie trzeba zabrać ją do szpitala. Ale przynajmniej jest z nią Scottie. No i cieszy mnie, że ty mieszkasz tuż obok.
Znów potakuję i biorę łyk piwa. Siostra Cala pół roku temu straciła męża. Niedługo po tym, jak dowiedzieli się, że będą mieć trzecie dziecko. Cal jest opiekuńczym starszym bratem, więc nalegał, żeby przeprowadziła się bliżej niego i jego dziewczyny. Pomagają Teddy, ale Callahana często nie ma w domu ze względu na pracę. Może to faktycznie dobrze, że teraz mieszkam z nią drzwi w drzwi.
– Będę miał na nią oko – rzucam beznamiętnie. – Nie zostawimy jej samej.
– Dzięki, bardzo to doceniam – mówi ściszonym głosem. – Ja, eee… wiem, że się o nią troszczysz, Xander.
Przełykam ślinę i wbijam wzrok przed siebie. Dotąd nie poruszaliśmy tego tematu.
– Teddy zawsze może na mnie liczyć – przyznaję półszeptem, a Cal odpowiada mi skinieniem głowy, bo on o wszystkim wie. Nie wyznałem tego na głos i pewnie nigdy tego nie zrobię, ale przecież nie jest głupi.
Teddy
Chyba nie ma nic bardziej bezużytecznego i upierdliwego od skurczy Braxtona-Hicksa.
Obejmuję dłońmi swój zaokrąglony brzuch i ciężko wzdycham. Może i nie są potwornie bolesne, ale nie należą też do najprzyjemniejszych doznań.
– Wszystko dobrze, mamo?
Patrzę w lusterko wsteczne i uśmiecham się do swojego ośmioletniego synka, Daltona.
– Tak, wszystko gra, mały. Pasy zapięte?
Potakuje na tylnym siedzeniu i wlepia czekoladowobrązowe oczy w moje odbicie w lusterku.
– Penny upuściła kubeczek, ale zdążyłem go złapać.
– Jak zawsze jesteś super pomocny – odpowiadam i posyłam mu kolejny uśmiech, wyjeżdżając minivanem z parkingu pod sklepem spożywczym.
Zrobiliśmy ogromne zapasy, bo już za parę tygodni mam termin porodu. Zapełniłam siatkami calutki bagażnik. Nie chcę nawet myśleć o tym, jak ja je później wniosę do domu.
Bolą mnie plecy, mam spuchnięte stopy, a te durne fałszywe skurcze są tak nieprzyjemne, że reaguję na wszystko emocjonalnie. Wiem, że Dalton pomoże mi z zakupami, bo jest moim małym wsparciem, ale cięższe siatki będę musiała dźwigać sama.
Powrót ze sklepu jest krótki, a gdy parkuję pod domem, widzę, że Penny, moja czteroletnia córeczka, wgryza się w pas bezpieczeństwa, bo chciałaby już zejść z fotelika. Dalton pomaga jej się wyswobodzić, a ja wysiadam powoli z samochodu i chwytam swoją torebkę. Dziecko w brzuchu się rozciąga, więc przykładam dłoń w miejscu, w którym wyczuwam jego ruchy, a na mojej twarzy mimowolnie pojawia się szeroki uśmiech.
– Już niedługo się zobaczymy, mała – szepczę i wybucham śmiechem, gdy odpowiada mi kopnięciem.
Czuję ukłucie w sercu. Ta ciąża jest zaprawiona kroplą goryczy, choć nawet takie stwierdzenie jest niedopowiedzeniem. Nigdy nie myślałam, że będę chodzić do lekarzy, oglądać obrazy USG i słuchać dźwięków małego, bijącego serca naszej córki bez Logana.
To nie miało tak wyglądać. Nie miałam robić tego w pojedynkę.
Wciąż nie wierzę, że zostałam wdową w wieku trzydziestu jeden lat z dwojgiem ( p r a w i e t r o j g i e m) dzieci. Brakuje mi Logana. Mojego słodkiego, kochającego, żartobliwego męża, który skradł moje serce jeszcze w czasach liceum. Był najwspanialszym tatą pod słońcem. Miał serce ze złota, a do tego przedkładał dobro innych nad swoje… co kosztowało go życie. Zostałam całkiem sama, jestem przerażona i nienawidzę tego uczucia.
Ale nie chcę niczego zmieniać. Czuję się bezpiecznie w swojej obecnej rutynie.
Dzięki Bogu za mojego brata i jego dziewczynę, Scottie. No i za moich cudownych teściów. Vi, moja nowa przyjaciółka, też jest prawdziwym aniołem. Poznałyśmy się jakiś miesiąc temu, po tym, jak przeprowadziłam się do Sky Ridge, i muszę przyznać, że właśnie takiej znajomości potrzebowałam. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak bym przetrwała ostatnie sześć miesięcy bez nich wszystkich.
Dalton wciska przycisk, żeby otworzyć przesuwne drzwi samochodu, po czym wyskakuje z niego i pomaga swojej siostrze bezpiecznie zejść na ziemię. Podchodzimy do bagażnika. Chwała inżynierom za nowoczesne rozwiązania, dzięki którym nie muszę się schylać, żeby go otworzyć. To akurat by mnie przerosło.
– Wezmę parę – proponuje Dalton, wlepiając we mnie oczy.
Uśmiecham się i mierzwię mu włosy, ale chłopak szybko odskakuje i szczerzy zęby z zadowolenia.
– Co powiecie na te? – pytam, wręczając jedną lekką siatkę Penny, a drugą Daltonowi. – Zabierzesz siostrę do środka, żebym mogła zająć się pozostałymi?
– Dobrze! – odpowiadają chórem i ruszają w stronę drzwi wejściowych.
Zastanawiam się, czy wziąć tyle reklamówek, ile jestem w stanie unieść, ale szybko rezygnuję z tego pomysłu. Chwytam kilka i ruszam za swoimi dziećmi. Mieszkamy w bliźniaku. Metraż może nie powala, ale nie możemy narzekać na brak miejsca.
Najważniejsze jest to, że Cal i Scottie mieszkają zaledwie dziesięć minut stąd.
Spoglądam na drzwi po drugiej stronie ceglanej ścianki działowej i wzdycham. Założę się, że Cal tak bardzo nalegał na moją przeprowadzkę do tego konkretnego domu, dlatego że jego szef, który nawiasem mówiąc, jest też jego najlepszym przyjacielem, mieszka tuż obok i może mieć na nas oko.
Doceniam dobre intencje Cala i to, że tak się o nas troszczy… ale czy naprawdę musiał wybierać nam mieszkanie dosłownie obok lokum Xandra?
Podjazd po jego stronie jest pusty. Wzdycham z ulgą, bo nigdzie nie widzę jego czarnego pick-upa.
Ten facet mnie stresuje.
Ale nie w złym sensie… Po prostu jest nieziemsko przystojny i zawsze patrzy na mnie w taki sposób, że oblewam się rumieńcem.
Poznałam Xandra Macomba wieki temu, gdy był jeszcze współpracownikiem mojego brata, a nie jego szefem. Wydaje mi się, że parę lat temu Logan i Cal upili się razem z nim, grając w beer ponga na rodzinnym grillu. Od czasu do czasu widywałam też Xandra razem z Calem na meczach baseballu Daltona, a kilka miesięcy temu wysłał Penny pluszowego misia, po tym, jak miała usuwane migdałki.
No i był również na pogrzebie Logana.
Szczerze powiedziawszy, niewiele pamiętam z tamtego dnia. Byłam roztrzęsiona, więc gdy wracam myślami do tego tygodnia, widzę go jak przez mgłę. Zwłaszcza samą ceremonię.
Odłożywszy siatki na blat, sadzam Penny w salonie i wręczam jej tablet, żeby zająć czymś jej uwagę. Potem wracam razem z Daltonem do samochodu po resztę reklamówek. Nachylam się, żeby dosięgnąć siatki w głębi bagażnika, i wydaję z siebie zrezygnowany jęk, bo nagle słyszę znajomy warkot silnika samochodu Xandra. D l a c z e g o m u s i a ł w r ó c i ć a k u r a t t e r a z?
– Dzień dobry! – woła do niego Dalton.
Słyszę odgłos zatrzaskiwanych drzwi i znowu dopadają mnie skurcze. Wróciły ze zdwojoną siłą. Wciągam powietrze z sykiem, wyprostowuję się i kładę dłoń na brzuchu.
– Teddy? – Jego głęboki głos jest podszyty niepokojem.
Podchodzi do nas, a ja czuję, że ból powoli mija. Przygotowuję się mentalnie na to spotkanie, po czym patrzę na Xandra. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam tak niesamowitych oczu. Za każdym razem robią na mnie takie samo wrażenie. Mają barwę chłodnego, błękitnego nieba, ale na krawędziach są nieco ciemniejsze, a dookoła źrenicy usłane szarymi cętkami. Na domiar złego Xander ma ciemne, irytująco długie rzęsy i krótko przystrzyżoną brodę. Zarówno twarz, jak i ramiona ma opalone, jakby często pracował w pełnym słońcu bez koszulki.
Xander ma na sobie przylegające jeansy i stary T-shirt ze straży pożarnej w Petoskey, który uwydatnia mu klatkę piersiową. Jego ciemne włosy są gęste, ale odrobinę za długie. Końcówki wystające spod czapki z logo Detroit Tigers delikatnie się podkręcają.
– Wszystko dobrze? – pyta łagodnym głosem i podchodzi bliżej.
Obejmuje mnie wzrokiem od stóp do głów, a ja od razu się rumienię. Odpowiadam mu skinięciem głowy i zabieram dłoń z brzucha. Mała znowu się przeciąga, bo chyba nie znosi fałszywych skurczy równie mocno jak ja. Posyłam Xandrowi delikatny uśmiech, mimo że nadal czuję ciepło na swoich policzkach. D l a c z e g o musi oglądać mnie w takim stanie?
– Miałam drobny fałszywy skurcz. W tym tygodniu bardzo mnie męczą.
– To może powinnaś pojechać już do szpitala? – pyta ze zmarszczonymi brwiami.
Potrząsam głową i się śmieję.
– Nie, wszystko gra. To całkiem normalne. Miałam takie skurcze aż na dwa miesiące przed urodzeniem tego diabełka – oznajmiam, kładąc synkowi dłoń na ramieniu.
– Mamo! Zawstydzasz mnie! – żali się Dalton i ucieka spod mojej ręki.
Xander wybucha niskim, głębokim śmiechem, który działa na mnie kojąco. Chyba do tej pory nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo tęsknię za męskim śmiechem.
– Cześć, mistrzuniu! – Xander wystawia pięść, żeby zbić żółwika z moim synkiem, który od razu szczerzy się od ucha do ucha. – Co ty na to, żebyśmy pomogli twojej mamie i zanieśli resztę tych ciężkich siatek do waszego mieszkania?
– Mogę zrobić to sama… – próbuję protestować, ale Xander wbija we mnie te swoje niebieskie oczy, czym odbiera mi mowę.
– Nie na mojej warcie – mówi cicho. – Twój brat nie wybaczyłby mi, gdyby się dowiedział, że pozwoliłem ci taszczyć takie ciężary. Usiądź sobie wygodnie na kanapie, a ja i ten mały siłacz wszystkim się zajmiemy.
– Xander…
– Teddy. – Nie przyjmuje sprzeciwu, a jego głęboki, chrypliwy głos w połączeniu ze stanowczym spojrzeniem sprawiają, że znowu płonę rumieńcem. – Pozwól mi pomóc.
Wiem, że nie ma sensu się z nim spierać, więc przyjmuję jego propozycję.
– Dobrze, dziękuję.
Postanawiam wziąć chociaż kilka siatek, ale gdy po nie sięgam, Xander na mnie warczy. D o s ł o w n i e warczy.
– Ani się waż, Teddy. Ostrzegam cię.
Przewracam oczami, bo Dalton oczywiście już chichocze.
– Zachowujesz się niepoważnie, Xander.
Mężczyzna kładzie mi ręce na ramionach, odsuwa mnie od samochodu i sterty zakupów, po czym wskazuje na dom.
– Idź i sobie usiądź. Dalton i ja wszystko ogarniemy. Co nie, mistrzuniu?
– Tak! – odpowiada mój syn.
Z niedowierzaniem kręcę głową, ale już więcej nie protestuję.
Gdy wchodzę do środka, Penny prosi, żebym usiadła obok niej na kanapie. Opadam na poduszki i pozwalam jej się we mnie wtulić. Chłopaki robią kilka rundek z siatkami, aż w końcu wszystkie są już w domu. Kiedy widzę, jak Xander obejmuje spojrzeniem salon, odczuwam potworny wstyd. Po całej podłodze walają się zabawki Penny, których nie zdążyłam uprzątnąć przed wyjściem na zakupy, a w zlewie piętrzą się brudne talerze z lunchu, które powinnam była od razu przepłukać i wsadzić do zmywarki. Szykuję się, żeby wstać, ale Xander piorunuje mnie wzrokiem i kiwa palcem.
– Nie ruszaj się. Przecież mówiłem, że Dalton i ja wszystkim się zajmiemy, pamiętasz? – Nagle zwraca się do mojego synka i pyta: – Pomożesz mi pozbierać te zabawki?
– Tak! – odpowiada z uśmiechem i czuję, jak kąciki moich ust mimowolnie wędrują do góry. Dalton potrzebuje męskiego towarzystwa.
Ogarnia mnie smutek. Tęsknię za mężem, tak strasznie mi go brakuje. Czuję się dziwnie z tym, że w moim domu jest inny mężczyzna, mimo że wpadł tu tylko po to, żeby mi pomóc, i to na prośbę mojego brata.
Po krótkiej chwili wszystkie siatki są już rozpakowane, a produkty odłożone na swoje miejsca. Xander musiał zapytać mnie tylko kilka razy, gdzie coś schować, na co odpowiadałam mu z kanapy z bananem na ustach.
Na koniec Dalton pokazał Xandrowi, że mamy „reklamówkę na reklamówki” pod zlewem, i to by było na tyle. Mój syn pęka z dumy, gdy strażak ponownie zbija z nim żółwika.
– Dobra robota, mistrzuniu. Dzięki za pomoc.
Gdy tylko przesuwam się na brzeg kanapy, po czym podpieram o naramiennik i próbuję wstać, Xander podchodzi i wyciąga do mnie ręce.
Śmieję się, rumienię i wywracam oczami. Pewnie strasznie teraz wyglądam. Nigdy nie należałam do drobnych kobiet, ale w trzeciej ciąży czuję się jak wieloryb zniesiony przez fale na plażę. Podaję Xandrowi dłonie i pozwalam sobie pomóc. Rany, chciałabym, żeby mała się już urodziła. Ostatnie tygodnie są dla mnie prawdziwą katorgą. Mam wrażenie, że w poprzednich dwóch ciążach było mi łatwiej.
Mężczyzna robi krok do tyłu, żebym nie zderzyła się z nim brzuchem, i pomaga mi złapać równowagę. Jest naprawdę dobrze zbudowany. Jego mięśnie są pewnie twarde jak stal, z kolei ja jestem miękka i okrąglutka. Mam kompleksy, gdy stoję naprzeciwko faceta, który wygląda jak grecki bóg. To nie fair.
– Dziękuję – mówię szeptem, spuszczam głowę i wygładzam koszulę. Legginsy strasznie się na mnie opinają, ale całe szczęście mój top jest luźny i bez problemu zakrywa mi tyłek. – Za pomoc ze wstaniem, z zakupami i z bałaganem.
– Nie musisz robić tego wszystkiego sama, Teddy – odpowiada łagodnym głosem i robi kolejne kilka kroków w tył. – Gdybyś czegoś potrzebowała, to wiesz, gdzie mnie szukać.
Krzyżuję ramiona na piersi i odprowadzam Xandra do drzwi, cały czas się śmiejąc. Głupio mi, że Cal i jego przyjaciel myślą, że muszą mnie niańczyć. Próbuję ukrywać swój smutek. Zgrywam całkowicie samowystarczalną, ale najwyraźniej niezbyt mi to wychodzi.
– Jesteś w domu średnio raz na dwa tygodnie, Xander.
– Ale jak już jestem na miejscu, to nigdy nie odmawiam pomocy. Masz mój numer? – pyta, bacznie mi się przyglądając.
Znów chichoczę.
– Tak, mam twój numer. Cal powiedział, że mam pod niego dzwonić w razie sytuacji awaryjnych… chociaż wydaje mi się, że od tego jest dziewięćset jedenaście. Podejrzewam, że służby zjawią się tu szybciej niż ty.
Teraz to Xander się śmieje i potakuje z zakłopotaniem.
– Cóż, w każdym razie pamiętaj, że wszyscy się o ciebie troszczymy. Może nie zawsze jestem w domu, ale w razie czego możesz na mnie polegać.
– Jasne, chociaż dajemy sobie radę – zapewniam go, czując przyjemne mrowienie w klatce piersiowej.
Xander jest naprawdę przemiłym facetem. Szkoda tylko, że tak się przy nim spinam. Dlaczego nie mogę mieć za sąsiada jakiegoś poczciwego starszego pana, który nie wygląda, jakby urwał się z okładki czasopisma? Takiego, który nie patrzyłby na mnie tak ognistym wzrokiem jak Xander…
Potrząsam głową, żeby oczyścić umysł, bo czuję, że jeszcze chwila, a znowu zrobię się cała czerwona na twarzy.
– Rodzice Logana często nas odwiedzają – dodaję. – Poza tym mam zawsze w pobliżu Scottie.
Xander odpowiada skinięciem głowy, po czym rzuca na odchodne:
– Mówię serio, Teddy. Gdybyś czegokolwiek potrzebowała, w dzień czy w nocy, to śmiało dzwoń. Dobrze?
– Dobrze – zgadzam się półszeptem.
– A teraz trochę odpocznij i nie dźwigaj już nic ciężkiego.
Parskam śmiechem i teatralnie przewracam oczami. Oboje wiemy, że przesadza, ale jeśli sprawia mu to przyjemność, to nie będę mu tego wytykać.
– W porządku.
Xander wpatruje się we mnie z patio.
– Dobranoc, Teddy.
– Dobranoc, Xander – odpowiadam i zamykam drzwi.
Odgłosy jego kroków wkrótce cichną i znowu zostaję sama z dziećmi.
Xander
Nie byłem w domu prawie od tygodnia. Właśnie wróciliśmy z akcji w Wyoming, która okazała się nie lada wyzwaniem, bo działaliśmy w pomniejszonym składzie. King nadal dochodzi do siebie, ale w sumie to dobrze. Lepiej, żeby nie stawał do walki z ogniem, dopóki nie będzie w pełni sił.
Wozy strażackie zostały opróżnione i wyczyszczone, więc większość zespołu poszła do baru „U Shifty’ego” oblać zwycięstwo. Cal w drodze powrotnej z Wyoming zahaczył o dom Teddy, żeby sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku, a gdy od niej wyszedł, wystawił kciuk do góry, żebym przestał się martwić. Przeciągam dłonią po twarzy i krzywię się na widok ogromnej ilości pyłu oraz sadzy, które się na mnie osadziły. Potrzebuję gorącego prysznica. Mógłbym zmyć z siebie brud w remizie, ale zdecydowanie wolałbym to zrobić w domu.
Nie dość, że tak będzie wygodniej, to jeszcze będę miał wymówkę, żeby samemu sprawdzić, co u Teddy.
Gdy parkuję, zaczyna powoli zmierzchać. Cieszę się, bo minivan Teddy stoi na podjeździe. Zabieram plecak z fotela pasażera i wysiadam z samochodu. Widzę, że telewizor w jej salonie jest włączony, a w kuchni pali się światło.
Rany, naprawdę potrzebuję się umyć, a do tego wrzucić coś na ruszt i porządnie się wyspać.
Wchodzę do mieszkania, rzucam plecak na łóżko i kieruję się prosto do łazienki. Ściągam z siebie usmolony mundur i biorę szybki prysznic. Porządnie szoruję skórę, żeby pozbyć się całej sadzy i brudu, aż woda, która spływa po moim ciele, jest krystalicznie czysta. Staję bezpośrednio pod natryskiem i nagle zamieram, bo mam wrażenie, że z mieszkania Teddy dobiega jakiś dziwny dźwięk. Wytężam słuch, ale po chwili uznaję, że pewnie umysł płata mi figle.
Zakręcam kurek, sięgam po ręcznik i wycieram się nim na chybił trafił. Po przejściu do sypialni chwytam parę bokserek, jeansy i T-shirt, żeby w końcu włożyć coś wygodnego. Idę boso do kuchni, wyciągam z lodówki zimne piwo i biorę duży łyk.
W tej samej chwili rozlega się ciche pukanie do drzwi wejściowych. Nim zdążam odstawić butelkę, ktoś puka ponownie, a zza ściany słyszę zbolały krzyk. Serce podchodzi mi do gardła.
Otwieram i w pośpiechu niemal tratuję Daltona. Chłopak zbladł ze strachu. Po jego twarzy spływają łzy, a na jego spodniach khaki dostrzegam mokrą różową plamę. Kucam, żeby zrównać się z nim twarzą, i łapię go delikatnie za ramiona.
– Hej, co się dzieje? Coś ci się stało?
Dalton potrząsa głową i przełyka ślinę, po czym wskazuje palcem w kierunku swojego mieszkania. Gdy ciemną noc przecina kolejny jęk, wiem już, co chłopczyk zaraz powie.
– Mama, ona…
Wstaję i zakładam szybko tenisówki. Łapię Daltona za rękę, po czym biegniemy razem do drzwi po drugiej stronie ścianki działowej. Otwieram je, zatrzymuję chłopaka w progu i mówię:
– Zabierz siostrę do swojego pokoju i zamknijcie drzwi, dobrze? Masz tam telewizor? Albo tablet? Coś, co zajmie jej uwagę?
Dalton potakuje, a jego wzrok ucieka w kierunku sypialni Teddy, skąd znowu dobiega szloch. Uświadamiam sobie, że skoro skurcze następują po sobie tak szybko, to nie zostało dużo czasu, nim zacznie się poród.
– Dobra, mistrzuniu, idę pomóc twojej mamie. Musisz być dla niej odważny. Dasz radę? – pytam, na co chłopiec odpowiada skinięciem głowy.
Penny płacze, więc biorę ją na ręce, po czym ruszam korytarzem za Daltonem. Stawiam ją przed drzwiami pokoju chłopaka, nachylam się do niej i pytam:
– Gdzie twój pluszowy miś? Możesz go wziąć i mocno przytulić?
Dziewczynka pociąga nosem i łapie brata za rękę. Wyprostowuję się i zbijam z nim żółwika.
– Polegam na tobie, mistrzuniu.
Kiedy Dalton zamyka drzwi, mogę wreszcie udać się do Teddy.
– Da-Dalton…? – pyta słabym głosem, a ja czuję, że cały się spinam. – Znalazłeś mój telefon?
– To ja, Teddy – mówię łagodnie. – Mogę wejść?
– T-tak – odpowiada zdyszana. Słyszę w jej tonie nutkę niepewności, ale i tak otwieram drzwi.
Teddy stoi w wejściu do łazienki. U jej stóp widzę ręcznik, którym pewnie próbowała zmyć podłogę, gdy odeszły jej wody. Zaciska dłoń na klamce tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. Kiedy zgina się wpół, dostrzegam, jak jej brzuch się napina pod cienkim materiałem koszuli. Cholera, to musi boleć. Teddy zgrzyta zębami i ciężko dyszy.
– Przepraszam – wyrzuca z siebie, po czym przenosi na mnie wzrok. – Nie wiedziałam, że Dalton po ciebie pójdzie. Poprosiłam go, żeby znalazł mój telefon, bo chciałam zadzwonić na pogotowie.
Podchodzę do niej bliżej i lekko się uśmiecham.
– Chłopak dobrze zrobił. Zaraz zadzwonię po karetkę albo jeśli chcesz, to sam mogę zabrać cię do szpitala. Mogę też zadzwonić po Cala…
Teddy zaczyna się trząść, a gdy nadchodzi kolejny skurcz, odrzuca głowę do tyłu. Bez wahania staję za nią, żeby posłużyć jej za podporę. Wydaje z siebie kolejny krzyk, który uderza w moją czułą strunę. Czoło ma zroszone potem, podobnie zresztą jak całe ciało, i mimo że Teddy ma na sobie luźną koszulę, to teraz przylega do jej wilgotnej skóry. Legginsy ma już całkiem przemoczone.
– Mogę? – upewniam się, zanim jej dotknę.
Teddy energicznie potakuje głową, a jej ciało się rozluźnia. Otaczam ją ramionami, kładąc dłonie tuż pod ciążowym brzuchem. Opiera się plecami o moją klatkę piersiową, a jej głowa opada na moje ramię. Delikatnie unoszę ręce, pomagając jej z napięciem i ciężarem.
– Ile czasu minęło, odkąd odeszły ci wody? – pytam.
Robi serie głębokich wdechów i wydechów.
– Chyba jakieś dziesięć minut? Wszystko było w porządku. Przyszłam tu po torbę i nagle się zaczęło. Dalton próbował mi pomóc wytrzeć podłogę, ale kazałam mu znaleźć telefon…
Nadal podtrzymuję jej brzuch, gdy nagle czuję pod dłońmi kolejny skurcz. Teddy ponownie zgrzyta zębami, a z jej gardła wyrywa się potężny krzyk. Strasznie się trzęsie, a po policzkach spływają jej łzy.
– Świetnie sobie radzisz. Puszczę cię dosłownie na chwilę, żeby wyciągnąć telefon z kieszeni – mówię kojącym głosem do jej ucha.
Teddy kiwa głową na znak, że jest gotowa, żebym zabrał dłoń. Wybieram dziewięćset jedenaście na klawiaturze, przełączam się na tryb głośnomówiący i odkładam komórkę na łazienkowy blat. Już po dwóch sygnałach odzywa się znajomy głos:
– Ratownictwo medyczne, słucham.
– Hej, Laurel, z tej strony Xander Macomb. Moja sąsiadka zaczęła rodzić. Odeszły jej wody, a skurcze występują w odstępach krótszych niż minuta. Czy mogłabyś przysłać do nas karetkę?
– Oczywiście, poproszę o dokładny adres, pod którym się znajdujecie, naczelniku.
Wciąż się wzdrygam, gdy słyszę ten tytuł. Pewnie powinienem się już do niego przyzwyczaić, w końcu minęło sześć lat, odkąd zacząłem pełnić tę funkcję, ale wciąż mi się nie udało. Nadchodzi kolejny skurcz, więc upewniam Teddy, że nadal ma we mnie oparcie. Trzęsie się jeszcze mocniej niż poprzednim razem, nawet gdy jej mięśnie się rozluźniają. Podaję Laurel adres, a ona zapewnia, że niezwłocznie wyśle do nas sanitariuszy. Proszę ją, żeby pozostała na linii.
– Jak masz na imię, kochanie? – pyta dyspozytorka po drugiej stronie słuchawki.
– T-Teddy Hansen – odpowiada ciężarna, po czym z jej ust po raz kolejny wydziera się krzyk.
Trzymam ją tak mocno, jak mogę, bo boję się, że zrobi sobie krzywdę, jeżeli choć trochę poluzuję uścisk.
– Hansen? – dziwi się dyspozytorka.
Logan może i nie był miejscowym ratownikiem medycznym, ale w takich małych mieścinach jak Sky Ridge czy Cedar Valley złe wieści szybko się rozchodzą.
Spoglądam na Teddy i widzę, że zaciska powieki, a po jej twarzy spływają łzy. Kątem oka dostrzegam, że jej lewą dłoń zdobi obrączka. Trudno się dziwić temu, że nadal ją nosi.
– Jest z nami w domu dwójka dzieci – informuję Laurel, próbując się skupić, a następnie zwracam się bezpośrednio do Teddy: – Chcesz, żebym zadzwonił po Cala?
Wciąż płacząc, potrząsa przecząco głową.
– Nie wiedziałam, że wróciliście do miasta. Rodzice Logana są w Cedar Valley.
Czuję ukłucie w klatce piersiowej, gdy słyszę smutek i bezsilność w głosie Teddy. Współczuję jej, że musiała pochować męża, i tego, że została sama. Coś ściska mnie w żołądku. Niech to szlag. Łapię Teddy jeszcze mocniej, pozwalając jej oprzeć się o mnie całym swoim ciężarem.
– Jestem tu z tobą – szepczę jej do ucha, choć przychodzi mi to z trudem przez przytłaczające mnie emocje. Wiem, że moje słowa pewnie nie robią jej teraz większej różnicy, ale mam nadzieję, że choć trochę dodadzą jej otuchy. – Śmiało, oprzyj się.
Trzęsą jej się nogi, a z jej gardła wydobywa się wzbudzający współczucie jęk.
– Nie mogę, nie mogę dłużej czekać… Muszę…
Odgarnia koszulę i szuka dłońmi gumki swoich legginsów. Pomagam jej, najdelikatniej jak umiem, ściągnąć je razem z bielizną. Teddy zaciska kurczowo palce na moim przedramieniu.
– Spróbuję ułożyć cię na podłodze, dobrze?
Gdy już udaje mi się to zrobić, wstaję i podchodzę do łóżka. Zgarniam z niego wszystkie poduszki, żeby Teddy nie musiała leżeć na twardych, zimnych kafelkach łazienki, a zadbawszy o jej komfort, myję ręce w umywalce.
– Laurel, za ile przyjedzie karetka?
– Są jakieś pięć minut drogi od was – oznajmia dyspozytorka.
Klnę pod nosem i przenoszę wzrok na twarz Teddy.
– Nie zdążą – mówię do siebie, po czym klękam przed ciężarną. – Świetnie sobie radzisz.
Kręci głową i szlocha.
– Spójrz na mnie, Teddy. Słońce…
Unosi głowę, gdy ustawiam się pomiędzy jej kolanami, a jej oczy lśnią od łez. Układam pod nią ręcznik, a drugi kładę obok nas. Posyłam jej uśmiech, bo widzę już główkę dziecka.
– Odbiorę poród, dobrze? Trochę minęło od ostatniego razu, gdy to robiłem, ale znam się na tym. W porządku? Zaufasz mi?
– Nie dam rady – szepcze drżącym głosem i potrząsa głową. Zaciska powieki, ale nie jest w stanie zatamować potoku łez, które spływają jej po policzkach i spadają na jej ciemne blond włosy. – On powinien tu ze mną być.
Chwytam jej dłoń w swoją i delikatnie ją ściskam.
– Teddy, posłuchaj mnie. Na pewno dasz sobie radę. Jesteś silna. Urodzisz, a potem pojedziemy do szpitala. Gdy poczujesz kolejny skurcz, zacznij przeć. Gotowa?
Znów kręci przecząco głową, ale gdy przychodzi co do czego, staje na wysokości zadania.
– Świetnie. Tak trzymaj, Teddy. Jeszcze raz i będzie po wszystkim. Jeszcze raz. Dobrze, właśnie o to chodzi…
Kiedy z jej ust wydobywa się kolejny jęk, trzymam już w dłoniach malutkiego, wiercącego się noworodka. Opatulam go przygotowanym wcześniej ręcznikiem, a potem obracam i delikatnie klepię po pleckach, żeby udrożnić drogi oddechowe. Mija najdłuższa sekunda mojego życia i wreszcie dziecko zanosi się płaczem. Kładę je na klatce piersiowej Teddy, a ona śmieje się przez łzy.
– Dałaś radę – chwalę ją, odgarniając zbłąkane kosmyki z jej twarzy. Jest cała czerwona i spocona. Unosi swoje szkliste oczy i wbija we mnie wzrok. Tonę w nich… nie potrafię się od nich oderwać. – Jesteś niesamowita.
Teddy przełyka ślinę i już ma się odezwać, gdy nagle rozlega się pukanie do drzwi. Przenoszę spojrzenie w kierunku wejścia, bo słyszę kroki nadchodzących ratowników.
– Gdzie jesteście?
– W łazience na samym końcu domu – odpowiadam, starając się nie robić tego za głośno przez wzgląd na malutkie dziecko w ramionach mamy.
Dobiega nas charakterystyczny stukot kółeczek noszy sanitarnych mknących przez salon, a potem wzdłuż wąskiego korytarza.
– Już jesteśmy, proszę pani. Za chwilę zabierzemy was do szpitala.
– A co z moimi dziećmi? – pyta Teddy, przeskakując wzrokiem między sanitariuszami a mną. – Nie mogę zostawić ich tu samych…
– Pojadą ze mną i spotkamy się na miejscu – zapewniam, kładąc rękę na jej dłoni, którą podtrzymuje dziecko.
Patrzę na dwoje sanitariuszy, którzy właśnie pojawili się w drzwiach do sypialni, a potem wzdycham z ulgą. Dobrze, że Laurel wysłała do nas akurat Scottie, dziewczynę Cala. Odsuwam się do tyłu, żeby sanitariuszka mogła podejść do świeżo upieczonej mamy. Tuż przed tym, jak wypuszczam dłoń Teddy, czuję, że zaciska palce wokół moich, jakby jej też było trudno się ze mną rozstać.
– Czołem, siostro – zagaja Scottie do swojej przyszłej szwagierki, która szlocha, widząc jej znajomą twarz. Czuję, jak pieką mnie oczy ze wzruszenia, gdy dziewczyna Callahana obdarza Teddy promiennym uśmiechem i dodaje pełnym szacunku głosem: – Dobra robota.
– Zadzwonisz do Cala? I rodziców L-Logana, żeby któreś z nich zajęło się Daltonem i Penny…? – pyta, z trudem wyrzucając z siebie kolejne słowa przez potężne emocje.
Ponownie zamykam jej dłoń w swojej. Patrzy mi prosto w twarz.
– Hej, słońce, nie martw się już, dobrze? Pojadą ze mną i spotkamy się na miejscu – powtarzam po cichu, nie odrywając od niej wzroku. Udaje mi się ją uspokoić, więc kontynuuję: – Teddy, wiem, że trudno było ci przechodzić przez to wszystko w pojedynkę, ale już nie jesteś sama.
Delikatnie potakuje, a w jej oczach tańczą srebrzyste łzy. Ściąga usta, jakby próbowała poradzić sobie z bólem, który powrócił, gdy tylko emocje trochę opadły. Spoglądam na Scottie i drugiego ratownika, Matthew, po czym skupiam swoją uwagę z powrotem na Teddy.
– Nie jesteś sama, słońce. Jesteśmy z tobą.
Chciałbym ją jakoś pocieszyć. Przytulić. Sprawić, że uwierzy w moje słowa. Bo naprawdę jestem u jej boku. Cholera, jak dobrze, że zostałem dzisiaj w domu, zamiast dołączyć do reszty zespołu w barze. Mimowolnie ponownie ściskam dłoń Teddy, a potem daję się ponieść chwili i składam pocałunek na czubku jej głowy. Na sekundę zaciskam mocno oczy, a potem je otwieram i z powrotem się wyprostowuję.
– Jestem z ciebie mega dumny, Teddy – oznajmiam łagodnym tonem i się uśmiecham. Serce wali mi jak szalone, gdy podziwiam tę niesamowitą, odważną kobietę. – Spisałaś się na medal, słońce. Na medal.
