Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Leszek, najstarszy z rodzeństwa Gdeszyńskich, zgodnie z wolą zmarłej matki, wyjeżdża na studia do Krakowa. Tam ze swym przyjacielem, Józefem Rębajłą prowadzi wesołe życie żaka. Pewnego dnia młodzieńcy poznają utalentowane artystki-bliźniaczki. Leszek ulega urokowi pieśniarki Letycji, a Józef malarki Lukrecji. Niestety oba studenckie romanse kończą się tragicznie.
Po ukończeniu Akademii Krakowskiej młody szlachcic wraca do rodzinnego dworu w Gdeszynie. W niezwykłych okolicznościach spotyka chłopkę Bogusię, wychowanicę znachorki, o której nikt we wsi nie wie, kim byli jej rodzice. Młodzi pomimo dzielących ich różnic zakochują się w sobie, ale tajemnica z przeszłości na zawsze przekreśla ich związek.
Jak potoczą się losy Bogusi? Czy wyzwoli się z zarzutów, jakie rzucają na nią chłopi ze wsi i miejscowy proboszcz?
Czy Leszek pogodzi się ze utratą ukochanej?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 329
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Monika Rzepiela Copyright © 2026 by Lucky
Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz
Źródło obrazu: A.Rod (stock.adobe.com), Gemini generated
Skład i łamanie: Michał Bogdański
Redakcja i korekta: Kornelia Dąbrowska
Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom
Dystrybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54
e-mail: [email protected]
Wydanie I
Radom 2026
ISBN 978-83-68684-70-4
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Wiedziała, że musi tam dojść. Bez względu na podłą październikową pogodę i własne osłabienie. Od rana nic nie jadła, bo gdy zaczęły się skurcze, ukryła się w szopie przed wzrokiem służby i państwa. Nigdy wcześniej nie rodziła, więc nie miała pojęcia, jak długo będą trwać bóle. Gdy jednak zbliżał się wieczór, a skurcze nie ustawały, zrozumiała, że nie może dłużej przebywać w ukryciu. Zarzuciła na siebie stary płaszcz, bo deszcz lał się z pochmurnego nieba, i opuściła majątek państwa Gdeszyńskich. Zagryzając zęby oraz podtrzymując dłońmi brzuch, pokuśtykała w stronę lasu. Wiedziała, że tam, wśród drzew, w małej chatce mieszka stara znachorka. Tylko ona mogła jej pomóc wydać dziecko na świat.
Była sierotą, która mieszkała w majątku. Jej matka umarła, gdy miała sześć lat, a ojca w ogóle nie znała. Państwo Gdeszyńscy zatrzymali małą we dworze, gdzie pomagała kucharce Klementynie w gotowaniu i pieczeniu. Tak mijały lata. A teraz, mając siedemnaście lat, była ciężarna i zupełnie nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Pozostawała jej tylko nadzieja, że znachorka odbierze dziecko i zatrzyma je w swojej chałupie. Ona nie mogła wrócić do dworu z bękartem. Do tej pory jakoś udawało jej się ukryć ciążę, bo brzuch miała niewielki i tak się ubierała, by zamaskować niechcianą wypukłość. Tak, nie chciała tego dziecka, ale nie była w stanie go zabić. Słyszała, że niektóre zdesperowane dziewki usuwały ciążę, ale ona nie potrafiła zamordować owocu swego łona, co nie znaczy, że podobne myśli nie przychodziły jej do głowy. Teraz jedyne, czego pragnęła, to by bóle wreszcie minęły, a noworodek urodził się martwy.
Wreszcie stanęła przed chatą znachorki. Była to rozpadająca się rudera z dachem krytym strzechą i drzwiami zwisającymi z zawiasów. Nie namyślając się wiele, pchnęła je, bo nawet do głowy jej nie przyszło, by zapukać. W środku panował półmrok. Tylko jedna świeca rozświetlała ciemności. W jej nikłym blasku zobaczyła, że znachorka siedzi za stołem i nawleka grzyby na dratwę.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – wymamrotała, krzywiąc się z bólu.
Stara niewiasta podniosła wzrok i przez chwilę wpatrywała się w przybyłą. Szybko jednak się opamiętała i odparła:
– Na wieki wieków. Czego chcesz, dziewczyno, i jak się zwiesz?
– Byście mi pomogli. Na imię mi Felka.
– A w czym, dziecino?
– Jestem brzemienna. Od rana mam skurcze. Schowałam się w szopie, żeby mnie nie znaleźli, ale poszłam stamtąd. Proszę, byście odebrali dziecko. Tylko do was mogę się zwrócić, bom sierota bez matki i ojca.
Niewiasta powstała z zydla i podeszła do dziewczyny. Wzięła ją pod pachy i usadowiła na jedynym łóżku, jakie znajdowało się w chacie. Szybko rozebrała ją z płaszcza i uniosła brudną spódnicę za kolana.
– No, no, stara Zdzisława zobaczy, jak się dzieciątko ma. Rozchyl uda, dziewczyno, żebym mogła sprawdzić, na ile palców jest rozwarty żywot.
Felka wykonała polecenie i wrzasnęła głośno, gdy ręka znachorki wsunęła się do jej ciała.
– No, no, na osiem palców. Wnet urodzisz, dziecino.
Bóle były nie do wytrzymania. Felka krzyczała przeraźliwie. A potem poczuła, że z jej łona wychodzi małe ciałko. Półprzytomna zobaczyła zakrwawionego noworodka, którego znachorka położyła na jej piersiach.
– Zaraz go obmyję i owinę. A teraz trzeba dać mu klapsa, by zaczęło płakać.
Zrobiła, co powiedziała, i w chacie rozległo się ciche kwilenie. Felka przez chwilę myślała, że dziecko urodziło się martwe, ale jej nadzieje okazały się płonne. Dziecko żyło i wszystko wskazywało na to, że było zdrowe.
Miała mgłę przed oczami. Niemal nie widziała znachorki, która krzątała się po chacie. Czuła się bardzo słaba, ale zmusiła się do zadania pytania, co się urodziło.
– Dziewka – odparła krótko znachorka. – Jak się będzie zwała?
– Jak...? No, Bogusława, jak jej ojciec... Pan ze dworu jest jej ojcem... uwiódł mnie...
Znachorka tylko coś mruknęła i pochyliła się nad położnicą. Pomacała jej uda i uniosła dłoń całą umazaną we krwi.
– Na wszystkich świętych! Krwawisz, dziecino... O, co ja teraz pocznę?
Felka była tak zamroczona, że nie słyszała, co powiedziała stara niewiasta. Czuła się tak, jakby życie z niej uchodziło... Nie chciała umierać. Była zbyt młoda, by zemrzeć. Chciała być jeszcze szczęśliwa. Ale myśli tłoczyły jej się w głowie. Po chwili zasnęła.
Obudziła się o świcie. Chciała się podnieść, ale nie miała siły. Krew buchała z jej łona tak obficie, że stara znachorka nie mogła jej zatamować.
Zmarła około południa. Zgasła cicho jak świeca. Znachorka owinęła ciało starym prześcieradłem. Potem wzięła szpadel i wyszła z chałupy, by wykopać płytki dół za jednym z drzew. Zmęczyła się przy tym bardzo, bo w rękach brakowało jej siły i plecy ją bolały od pochylania się. Pogrzebała Felkę i odmówiła nad jej grobem modlitwę. W mogiłę wbiła naprędce spleciony krzyż. Wszystko po to, by nie zapomnieć, gdzie pochowała ciało dziewczyny, za której duszę pragnęła się modlić.
Wróciwszy do chałupy, pochyliła się nad niemowlęciem, które cicho kwiliło.
– No, dobrze, że mam krowę, co daje mleko, bo czymś cię muszę karmić. Twa matka zeszła z tego świata, więc cię nie wykarmi. O, wszyscy święci! Co mi biednej na stare lata przyszło...
Zaczęła się krzątać. Znalazła czysty gałganek, namoczyła go mlekiem i włożyła do buzi noworodka. Nie miała pojęcia, jak inaczej mogłaby go karmić. Gdy wreszcie dziecko się uspokoiło i zasnęło, siadła za stołem i zaczęła dumać. Chociaż była chrześcijanką, do kościoła nie chodziła. Rozumiała jednak, że dziecko trzeba ochrzcić. Poszukała w kufrze gromnicy i zapaliła ją. Potem nalała wody do miski, pomodliła się nad nią i uczyniła znak krzyża.
Trzymając w jednej ręce dziecko, drugą zmoczyła mu główkę i rzekła uroczyście:
– Bogusławo, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.
A w myślach dodała: „Nosisz takie imię, jak twój ojciec, pan szlachcic”.
Przez uchylone okno wpadał do komnaty gwar wesołego miasta. Panny Firlejówny wraz z matką, panią Marią z Kutrzebów Firlejową, siedziały na stołkach i naciskając pedały kołowrotków, przędły nici. Robiły to bez specjalnego zapału, toteż pani matka trajkotała:
– Musicie się bardziej przykładać do obowiązków. Kto weźmie za żonę pannę, która nie umie utkać kłębka wełny? Macie po dwadzieścia jeden lat. W tym wieku ja już dawno byłam mężatką.
– Ale pani matko, nam się nie spieszy – rzekła Lukrecja. – Czy przyszły mąż pozwoli mi malować? Wątpię. A ja bez tego żyć nie mogę!
– Bzdury! Widział kto, żeby niewiasta malowała obrazy? – oburzyła się Firlejowa. – Obie jesteście beznadziejne. Jedna maluje, a druga gra na lutni i śpiewa. Nieustannie się zastanawiam, dlaczego Bóg obdarzył mnie takimi córkami. Widać musiałam ciężko zgrzeszyć. Ale pokuta jest niewspółmierna do przewinień!
Lukrecja i jej siostra bliźniaczka Letycja spuściły oczy. Matka codziennie przynajmniej ze dwadzieścia razy wytykała im niekobiece zajęcia.
– Czy możemy pomóc ojcu w gospodzie? – zapytała nieśmiało Letycja.
– Jeszcze czego! – prychnęła matka. – Liczę, że zajdziecie wyżej niż ja, która jestem żoną winiarza. Co prawda ojciec zarabia niemało na swej gospodzie, ale wy nie będziecie podawać gościom wina. Co to, to nie!
Letycja spojrzała spod spuszczonych rzęs na siostrę i obie się uśmiechnęły. Matka nie miała pojęcia, że nieraz pomagały ojcu obsługiwać klientów. To był ich wspólny sekret.
– Dobrze, że chociaż czytać nas kazałaś nauczyć – mruknęła Lukrecja. – Przynajmniej to nie jest niekobiece.
– Musicie umieć czytać modlitwy w książeczce – rzekła na to Firlejowa. – Ja dobrze zadbałam o wychowanie moich córek. Obyście tylko umiały odwdzięczyć się matce.
Panny milczały. Wiedziały, że odwdzięczyć się znaczyło: wyjść dobrze za mąż.
Siedziały przy kołowrotkach aż do południa. Gdy w końcu wstały ze stołków, miały zdrętwiałe dłonie. Nie śmiały się jednak skarżyć, bo wiedziały, że inaczej matka nie pozwoli im wyjść na miasto.
Ojciec Jan Chryzostom Firlej wrócił do domu na obiad o zwykłej porze. Mimo że prowadził gospodę, na życzenie małżonki posiłki spożywał razem z rodziną. Swoim zwyczajem zajął w jadalni główne miejsce przy stole i w milczeniu jadł wieprzowinę z warzywami przyprawioną pieprzem, goździkami i cynamonem. Lubił takie egzotyczne smaki, więc kucharka Gertruda często chodziła na targ, by je zakupić. Lukrecja nieraz pomagała jej w kuchni, a ponieważ podobnie jak ojciec lubiła dobrze zjeść, często eksperymentowała z przyprawami. Były one bardzo drogie, gdyż sprowadzano je statkami do Gdańska z zamorskich krajów, o których większość ludzi nigdy nie słyszała. Mało kto słyszał o odkryciu drogi morskiej do Indii. I niewielu wiedziało, gdzie leżały Wyspy Korzenne. Tylko najzamożniejsi patrycjusze mieli w domach globusy i niemieckie mapy, na które naniesiono nowo odkryte lądy. Funt indyjskiego pieprzu, zwanego czarnym złotem, kosztował sześć tysięcy groszy. Pozostałe przyprawy wcale nie były tańsze. Tylko bogaci mogli sobie na nie pozwolić. A Maria Firlejowa bardzo chciała za taką uchodzić.
– Co będziecie robić po południu? – zapytał, ocierając chusteczką usta.
– Mamy swoje plany – odparła pani Maria.
Siostry spojrzały po sobie znacząco. Wiedziały, że najpierw pójdą z matką do Sukiennic, a potem do kościoła Mariackiego na nieszpory.
Ojciec wstał zza stołu jako pierwszy. Było tradycją w tej rodzinie, że pan domu zarówno rozpoczynał, jak i kończył posiłki. Podziękowawszy za pyszny obiad, opuścił kamienicę, by udać się z powrotem do gospody Pod Złotą Lutnią. Panny natomiast poszły za potrzebą do wygódki, a matka do swej małżeńskiej komnaty. Po chwili córki do niej dołączyły.
– Lukrecjo, włożysz czerwoną, wychodną suknię z aksamitu, tę o prostokątnym dekolcie i wąskich rękawach – zarządziła matka. – Ty, Letycjo, założysz niebieską. A ja włożę brązową. Nie wypada nam bowiem pojawić się na Rynku w codziennej odzieży. Jeszcze by wszyscy pomyśleli, że nie stać nas na ubranie. Mamy pieniądze, bo wasz ojciec dobrze zarabia w gospodzie, lecz do patrycjatu nam daleko. Jesteśmy przecież winiarzami. Ale znajdę wam wysoko postawionych mężów albo nie nazywam się Maria Firlejowa.
– Matko, a wy znów swoje – jęknęła Letycja.
– To, że wy nie myślicie o zamążpójściu, nie znaczy, że nie wydam was za mąż – ucięła rodzicielka. – Jeszcze dwa lata i zostaniecie starymi pannami. Nawet pięćdziesięcioletni starzec nie będzie was chciał! A teraz prędko się ubierajcie, bo dość mam tego gadania!
Bliźniaczki otworzyły inkrustowane gdańskie kufry i wyjęły z nich odpowiednie suknie. Potem na zmianę siedziały przy lustrze. Lukrecja, która w przeciwieństwie do siostry miała proste włosy, zaplotła złoty warkocz i owinęła go wokół głowy, tworząc koronę. Potem nałożyła na nią czerwoną, przewiewną woalkę. Letycja zebrała swe jasne loki w kok, który okryła niebieską siateczką z białymi koralikami. Oba nakrycia głowy pasowały do koloru wyjściowych sukien.
– Będą się za wami na ulicy oglądać – szczebiotała pani matka. – Jesteście piękne. Z taką urodą wnet znajdziecie wysoko postawionych kawalerów!
Siostry, jak zwykle gdy matka się zapędziła, spojrzały po sobie.
– Wolę, by był niżej postawiony, ale kochał mnie i moje obrazy, a ja jego – mruknęła Lukrecja.
– Ja też chcę wyjść za mąż z miłości i wciąż grać na lutni i śpiewać – dodała Letycja.
– Farmazony gadacie! Miłość to wymysł wędrownych trubadurów, którzy pieśniami zarabiają na życie. Ja też kiedyś byłam zakochana w pewnym mężczyźnie, ale mnie porzucił, bo nie miałam posagu, który mój ojciec przegrał w kości. Moje uczucie przemieniło się w dławiącą nienawiść. Jedyne, co się liczy w małżeństwie, to pozycja i pieniądze, bo tych ludzie nigdy nie zdradzają.
Siostry westchnęły. Wiedziały, że gdy matka się na coś uprze, nie przekonają jej żadne argumenty. Jeszcze raz spojrzały w lustro, poszczypały policzki, żeby nadać im rumiany kolor, i gęsiego wyszły za rodzicielką z kamienicy.
Na ulicy wzięły się pod ręce i szły tak we trójkę, z matką w środku. Otaczał je różnobarwny tłum. Stroje mieszczan prezentowały najnowszą modę: polską, włoską, francuską i hiszpańską. Każdy ubierał się według swoich upodobań, a zwłaszcza bogate patrycjuszki, których mężów stać było na coraz wymyślniejsze stroje. Była to epoka, kiedy dopiero rodził się narodowy strój polski. Każde dziesięciolecie przynosiło ze sobą zmiany i nowinki, podchwytywane chętnie przez żądnych nowości mieszczan.
Nasze bohaterki, minąwszy gwarne ulice, znalazły się w niedługim czasie na rynku. Letycja, która była punktualniejsza od Lukrecji, spojrzała zaraz na ozdobny zegar na wieży ratuszowej, który w 1524 roku sprowadzono z Norymbergi.
– Jest godzina trzecia – oznajmiła.
– Czyli odpowiednia na spacer po Rynku – odparła matka i ukłoniła się dobrze ubranej, znajomej mieszczce.
W tym momencie dał się słyszeć odgłos hejnału, który rozlegał się co godzinę z wieży Mariackiej.
Obok bogato ubranych mieszczan nie brakowało ludzi z plebsu i żebraków. Tych jednak Maria Firlejowa nie zaszczycała nawet spojrzeniem. W przeciwieństwie do matki panny Firlejówny rzucały parę groszy najuboższym, gdyż żal im było biedaków. Rodzicielka jednak nie beształa ich za to, gdyż nieraz słyszała, jak ksiądz w kościele mówił, że jałmużna jest lekarstwem na grzechy.
Niechaj się inni leczą, ja nie będę, pomyślała, zobaczywszy mieszczkę rzucającą grosz żebrakom. Pewnie przepiją wszystko albo przegrają w kości. Tfu, z żebrakami!
Poprowadziła córki ku okazałym sukiennicom. Weszły do środka i zaraz zaczęły się rozglądać po rozłożonych przez kupców straganach z bogatymi tkaninami.
– Gdy będziecie wychodzić za mąż, kupię wam złotogłów na suknie – rzekła Firlejowa. – Nie będę wtedy na niczym oszczędzać. Moje córki wyjdą za mąż jak królewny!
– Lepiej się tak nie zapędzajcie, matko – powiedziała Lukrecja. – Jesteśmy tylko córkami winiarza.
– Po co chodzimy codziennie po sukiennicach? – zapytała zniecierpliwiona Letycja. – Dość mamy przecież sukien w kufrach. Wolałabym przygrywać gościom w gospodzie, niż przypatrywać się kupcom, którzy wrzeszczą jak opętani, zachwalając swoje towary. Bardziej cenię wrodzony talent niż nabyty strój. Nie szata zdobi człowieka.
– O tym nawet nie myśl! – skarciła ją matka. – Ładnie byśmy wyglądały, gdybyś zabawiała klientów ojca. Takie śpiewanie to niemal jak nierząd!
– Przestańcie się kłócić – ofuknęła ich Lukrecja, która jako malarka bardziej ceniła ubiór i wygląd od siostry. – Skoro już tu jesteśmy, możemy kupić sukno na nowe płaszcze. Akurat do jesieni szwaczki je uszyją.
Rodzicielka pokiwała głową i poprowadziła córki do najlepiej zaopatrzonego straganu. Kupiła dwanaście jardów najlepszego angielskiego sukna, kazała je zapakować i podała adres, pod który miał je dostarczyć posłaniec. Potem wszystkie trzy poszły do kościoła Mariackiego, gdzie tego dnia, jako że był czwartek, mogły w ciszy adorować Najświętszy Sakrament. Tuż obok świątyni stał stragan z pasztecikami. Dziewczęta zatrzymały się przed nim i ponieważ zgłodniały, poprosiły matkę, by im kupiła po trzy. Swoje pieniądze wydały wcześniej na biednych.
– Niczego wam nie kupię – odparła rodzicielka. – Jadłyście w domu obiad. Chyba nie chcecie się roztyć? Grubaski mają mniejsze szanse na zdobycie odpowiedniego kawalera.
– A wy ciągle swoje – mruknęła Lukrecja.
– Nie przestanę wam tego powtarzać, dopóki nie wydam was za mąż – powiedziała Maria Firlejowa i niemal w tej samej chwili się zatoczyła.
Lukrecja prędko podtrzymała matkę.
– Co wam? – zapytała zaniepokojona.
– Jakoś źle się poczułam... słabo mi...
– Wracamy do kamienicy – zarządziła Letycja. – Nie będziemy dziś adorować Najświętszego Sakramentu.
Jako że Maria Firlejowa nie byłaby w stanie dojść do domu o własnych siłach, wynajęła od stojących pod kościołem tragarzy trzy lektyki i kazała się zanieść wraz z córkami na Sławkowską. Gdy dotarła do kamienicy, siostry natychmiast ułożyły ją w łóżku.
– Odpocznijcie, matko – rzekła Lukrecja, patrząc z troską na bladą twarz rodzicielki.
Wzięła Letycję pod rękę i opuściły komnatę sypialną rodziców.
Wieczorem się okazało, że Maria Firlejowa zapadła na dziwną gorączkę.
Miasto było pogrążone w nocnej ciszy. Blady sierp księżyca i połyskujące gwiazdy rozjaśniały ciemne niebo, po którym płynęły szare chmury. Mieszkańcy Krakowa głęboko spali. Po opustoszałych ulicach kręciły się jedynie podejrzane typki, których nie brakowało w żadnym mieście, a którzy znikali w tętniących o tej porze życiem tawernach i zamtuzach.
Na wieży w rynku zegar wybił północ. Kwietniowy piątek niespiesznie przeszedł w trzecią sobotę miesiąca. O tej porze, po kilku dniach trawiącej ciało gorączki, dogorywała Maria z Kutrzebów Firlejowa.
Niewiasta leżała w sypialnej komnacie na piętrze w małżeńskim łożu z baldachimem, przykryta kołdrą. Jej głowa spoczywała na dwóch puchatych poduszkach. Spod szarego czepka wymykały się siwe, niemyte od wielu dni włosy, które podkreślały bladość jej pomarszczonej skóry. Brązowe oczy miała utkwione w powale, a pod nimi głębokie cienie. Zaciśnięte wąskie usta świadczyły, że bardzo cierpiała.
Maria Firlejowa miała czterdzieści dwa lata, lecz wyniszczająca gorączka sprawiła, że wyglądała na znacznie starszą. Nikt nie wiedział, na co chorowała. Nie była to dżuma ani cholera, co stwierdził medyk, ale jakaś tajemnicza słabość. Niewiasta w kilka dni wychudła na wiór, miała dreszcze i silne boleści w okolicach żołądka, a chodząc, zataczała się niczym pijana. Szybko położyła się do łóżka i już z niego nie wstała. Osłabła tak bardzo, że trzeba było ją karmić jak dziecko. Moczyła się i załatwiała pod siebie. Trzeba było ją podmywać i przekręcać na boki, by uniknąć odleżyn. Jan Chryzostom zatrudnił tęgą opiekunkę do żony. Dorota Jakubiak zajmowała się Firlejową najlepiej jak potrafiła, ale teraz znużona spała w kącie.
Wokół łóżka przy blasku świec czuwali Jan Chryzostom i córki bliźniaczki. Płomień gromnicy oświetlał ich jasne twarze i włosy. Dziewczęta były do siebie bardzo podobne. Różniły się tylko kolorem oczu oraz wzrostem. Lukrecja była wyższa i miała po matce oczy brązowe, a Letycja po ojcu niebieskie. Ponadto Letycja miała niesforne loczki, których Lukrecja w głębi duszy jej zazdrościła. Chociaż nieraz się spierały, siostry były bardzo zżyte z matką i z bólem patrzyły na jej cierpienie. Nie chciały do siebie dopuścić myśli, że rodzicielka umierała.
Nagle chora jęknęła i odwróciła głowę.
– Mężu... – szepnęła osłabiona.
Jan Chryzostom musiał się pochylić, by ją usłyszeć. Córki zrobiły to samo.
– Umieram... To już moje ostatnie chwile. Wezwijcie księdza...
Letycja przyłożyła dłonie do ust, by powstrzymać szloch. Z oczu Lukrecji płynęły łzy. Jako że była energiczniejsza od siostry, zerwała się na równe nogi i nim ojciec zdołał wykonać jakikolwiek ruch, zniknęła za drzwiami. Kamienica, w której mieszkała, była podzielona na dwie części. Na górze mieszkali Firlejowie, a na dole wujostwo Kutrzebowie. Zaczęła głośno kołatać do sąsiedniego mieszkania. Zdawało jej się, że minęła wieczność, gdy otworzono drzwi. Z ulgą stwierdziła, że zrobił to sam Marek Kutrzeba, młodszy brat matki.
– Wuju, idźcie po księdza – zawołała bez tchu. – Matka umiera.
– Teraz, w środku nocy? – mruknął Kutrzeba.
– Jesteś kościelnym, więc to twój obowiązek iść po księdza, gdy go potrzebują – odparła naburmuszona Lukrecja. – Matka nie przeżyje do rana.
– Hm, skoro tak, to idę... – mruknął Kutrzeba niechętnie i założył cieplejsze okrycie, gdyż pomimo kwietniowej pory wciąż było chłodno. Prędkim krokiem wyszedł z kamienicy.
Lukrecja, nie namyślając się wiele, czym prędzej wróciła na piętro.
Tymczasem matka w te słowa mówiła do męża:
– Drogi mój, musisz postąpić wedle mej woli i wydać córki za godnych ludzi. Dziewczęta w tym roku skończą po dwadzieścia dwa lata, najwyższa pora, by wyszły za mąż. Wydaj ich za braci Kożuchów. Wprawdzie w przeciwieństwie do mojego brata nigdy nie utrzymywaliśmy z nimi kontaktów, ale z nimi będzie im dobrze. Wiem, że ojciec zamierza ich ożenić. Jeśli nie spełnisz mej woli, będę cię prześladowała dniem i nocą.
Jan Chryzostom przyrzekł, że spełni wolę małżonki i wyda córki za wskazanych kandydatów. Zygmunt i Ludwik Kożuchowie byli synami Błażeja i Małgorzaty, dalekich krewnych Marii Firlejowej. Wiedział o nich tylko tyle, że handlowali niezwykle drogimi korzennymi przyprawami i z tej przyczyny często podróżowali po świecie, a ich ojca widywał tylko w ratuszu. Lukrecja i Letycja znały ich jedynie ze słyszenia. Firlej nie miał pojęcia, czy obecnie przebywali w Krakowie.
Czas mijał nieubłaganie. Maria Firlejowa tak się zmęczyła mówieniem, że z jej ust wydobywało się sapanie. Jan Chryzostom miał poważne obawy, czy małżonka zdoła się wyspowiadać. W blasku świec jej twarz była chorobliwie blada. Wyglądała niemal jak trup. Letycja trzymała matkę za lewą rękę, a Lukrecja z drugiej strony łóżka za prawą. Obie płakały. Dorota Jakubiak się obudziła i również przystąpiła do łoża chorej. Wszyscy czekali na księdza.
Minęła jeszcze godzina, nim Marek Kutrzeba wprowadził do komnaty sypialnej księdza proboszcza z Kościoła Mariackiego. Za nimi pojawiła się tęga postać Katarzyny Kutrzebowej. Ona też powiadomiła Zygmunta i Weronikę Wrzeszczaków, że Maria Firlej kona, więc oni także przybyli pożegnać chorą sąsiadkę.
Lukrecja i Letycja patrzyły, jak kapłan udziela matce ostatniego namaszczenia. Maria Firlejowa jakby tylko na to czekała, bo zaledwie ksiądz ją namaścił, wydała ostatnie tchnienie. Mąż z czcią zamknął jej oczy i pocałował w zimne czoło. Dziewczęta złożyły pocałunek na jej ręce. Dorota Jakubiak wykazała tyle przytomności umysłu, że jeszcze przed namaszczeniem włożyła w drugą rękę zapaloną gromnicę. Taki był odwieczny zwyczaj, że trzeba umierającemu oświecić drogę na tamten świat. Zalane łzami dziewczęta spoglądały na zmarłą, trzymając się za ręce. Obie po raz pierwszy w życiu widziały śmierć człowieka i były pewne, że do końca życia zachowają w pamięci twarz matki.
Marek Kutrzeba był smutny, ale w przeciwieństwie do Jana Chryzostoma nie uronił ani jednej łzy. Jego żona Katarzyna, choć wycierała oczy brzegiem sukni, wydawała się zupełnie spokojna. Letycja patrzyła na nich z pogardą. Nigdy szczególnie nie lubiła brata matki, a gdy przed pięcioma laty oskarżył ją o kradzież złotej broszki należącej do ich córki Hanny, wręcz go nie znosiła. Broszka się odnalazła, leżała pod łóżkiem w sypialni, ale oskarżyciel i jego żona nigdy nie przeprosili Letycji. Lukrecja również nie przepadała za Kutrzebami, ale się przyjaźniła z ich córką. Hanna w czasie karnawału wyszła za mąż za aptekarza i teraz mieszkała z nim w jego kamienicy. Kutrzebowie nie mieli więcej dzieci i zostali sami. Katarzyna z konieczności została szwaczką po tym, jak jej mąż splajtował na rodzinnym handlu jedwabiem, bo wszedł w spółkę z nieuczciwym człowiekiem. Spędzała teraz ogrom czasu na sąsiedzkich ploteczkach. Lubiła plotkować zwłaszcza z Weroniką, dwudziestosześcioletnią żoną Wespazjana Wrzeszczaka, którzy mieszkali w kamienicy obok. Młoda Wrzeszczakowa była bardzo religijna i dużo czasu spędzała na modlitwach, często chodziła do Kościoła Mariackiego w towarzystwie Marka, który był w nim kościelnym. Ani mąż Weroniki, ani żona Marka nie widzieli w tym niczego złego.
Pogrzeb Marii Firlejowej odbył się na drugi dzień w samo południe. Żałobnicy, stojąc nad mogiłą, modlili się żarliwie za zmarłą i śpiewali pogrzebowe pieśni. Wśród różnorodnych głosów wybijał się piękny, jasny i melodyjny głos Letycji Firlejówny. Jej siostra malarka również śpiewała, tyle że altem, któremu daleko było do anielskiego głosu bliźniaczki. Ten i ów zerkał na pochmurne niebo, zastanawiając się w duchu, czy ksiądz zdąży zakończyć ceremonię, zanim lunie deszcz. Pleban mówił o wielu cnotach zmarłej. Maria Firlejowa nieraz ofiarowywała świece wotywne do kościoła i szyła ornaty oraz stuły. Zasilała też kasę parafialną. Często chodziła do spowiedzi i przyjmowała Najświętszy Sakrament. Była dobrą niewiastą, która zasłużyła na niebo.
Lukrecja z Letycją nie kryły łez. Chociaż matka była apodyktyczna, kochały ją. Nieraz wprawdzie dostały od niej szturchańca, ale wiedziały, że rodzicielka, chociaż tego nie okazywała ani nie mówiła, miłowała je. Takie stosunki panowały niemal we wszystkich rodzinach. Od najmłodszych lat uczono dzieci czci wobec rodziców. Ojciec był panem, a matka była świętą. Ten, kto nie był im posłuszny, grzeszył straszliwie i zasługiwał na piekło po śmierci. Siostry zaś za nic nie chciały się tam dostać.
Z nieba zaczęły kapać pierwsze krople deszczu. Żałobnicy po skończonej ceremonii zaczęli się rozchodzić. Wielu przyjechało na cmentarz kolebami, które teraz grzęzły w kwietniowym błocie.
Firlejowie opuścili cmentarz jako ostatni. Gdy wsiadali do koleby, rozszalała się gwałtowna burza.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
