Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
33 osoby interesują się tą książką
Barwna panorama Rzeczypospolitej Obojga Narodów na przełomie XVI i XVII wieku.
Początek dynastii Wazów na polskim tronie.
We wsi Gdeszyn, położonej na terenie dawnego województwa bełskiego, w starym dworze zamieszkuje wielopokoleniowa szlachecka rodzina Gdeszyńskich, których protoplastami byli żyjący w czasach Władysława Jagiełły sławny rycerz Krystyn z Gdeszyna i jego żona Małgorzata, piękna córka królewskiego stolnika. Ich potomkowie, starostowie Bogusław i Matylda Gdeszyńscy, wiodą na ogół spokojne i szczęśliwe życie, wychowując sześcioro dzieci aż do czasu, gdy we dworze pojawia się uboga, ale przebiegła krewna Elżbieta Zającówna. Kobieta szybko zyskuje zaufanie swych chlebodawców i zostaje opiekunką do dzieci. Jednocześnie zastawia sidła na pana domu, pragnąc go uwieść.
Czy plan opiekunki się powiedzie?
Czy starościna ochroni męża?
Jak na życie na dworze wpłynie intryga Elżbiety?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 282
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Monika Rzepiela Copyright © 2026 by Lucky
Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz
Źródło obrazu: A.Rod, Tatiana Vagizova (stock.adobe.com)
Skład i łamanie: Michał Bogdański
Redakcja i korekta: Kornelia Dąbrowska
Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom
Dystrybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54
e-mail: [email protected]
Wydanie I
Radom 2026
ISBN 978-83-68684-69-8
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Słońce zniżało się na niebie. Grudniowy dzień dobiegał końca. Wiatr rozkurzał zaspy śniegu, które pokrywały zmarzniętą ziemię. Z minuty na minutę stawało się coraz zimniej. Kto nie musiał przebywać w taki czas na dworze, grzał się przy piecu w swoim domostwie.
Również we dworze Gdeszyńskich cała rodzina zebrała się przy kominku w pokoju bawialnym. Było to najcieplejsze pomieszczenie w całym domu, bo tylko tam znajdował się kominek, do którego stale dokładano opał. Teraz, gdy wieczór zapukał do drzwi, starzy i młodzi Gdeszyńscy wraz z dziećmi siedzieli na tureckich otomanach i gawędzili o minionych czasach, bo było już zbyt ciemno, by przebywać na dworze, i zarazem zbyt wcześnie, by kłaść się spać.
Matylda i Bogusław mieszkali we dworze we wsi Gdeszyn, od której ich przodkowie, starostowie grabowieccy z dziada pradziada, wzięli nazwisko Gdeszyńscy. Wieś ta znajdowała się w województwie bełskim. Oni to gospodarzyli na majątku składającym się aż z pięciu wsi w powiecie grabowieckim; Henryk i Eleonora Gdeszyńscy, rodzice Bogusława, żyli u syna na dożywociu. Starzy pilnowali wnuków, bo młodzi państwo mieli dość zajęć z prowadzeniem folwarków. Pani Matylda ponadto kierowała czeladzią dworską, co nie było łatwym zadaniem. Ona też nosiła klucze u pasa do wszystkich pomieszczeń we dworze, co oznaczało, że była najważniejszą osobą w domu zaraz po mężu.
Młodzi państwo dziedzice doczekali się pięciorga pociech, a teraz pani Matylda znów była przy nadziei. Mając dwadzieścia lat, wyszła za mąż za Bogusława Gdeszyńskiego i w rok po ślubie urodziła najstarszego syna Leszka. Cztery lata później powiła córkę Arletę, rok później Kingę, następnie po dwóch latach syna Adriana i znów po roku córkę Klarę. Obecnie miała trzydzieści lat i czuła się już za stara na rodzenie dzieci. Bóg jednak sprawił, że znów chodziła z brzuchem, a rozwiązania spodziewała się w kwietniu następnego 1587 roku.
Pani Matylda była z natury pogodną osobą, ale zdarzało jej się wpadać w gniew. Gdy tak się działo, a obiekt gniewu stanowił jej mąż Bogusław, lubiła mu przypominać, że pochodzi z magnackiego rodu Sulikowskich, a on, jako zwykły, choć zamożny szlachcic, powinien się cieszyć, że taka panna jak ona zgodziła się go poślubić. Gniew jednak szybko jej mijał i znów była pogodna i uprzejma. Wszyscy we dworze kochali panią Matyldę, od dzieci i męża poczynając, a na najmniejszej słudze kończąc.
Teraz siedziała w salonie w otoczeniu teściów, dzieci i w obecności męża. W ręku trzymała robótkę, gdyż obyczaj nakazywał, by cnotliwa i zacna matrona zawsze miała zajęte dłonie. Ona jednak często odstępowała od tej zasady, gdyż lubiła czytać książki, a ponieważ miała dużą wiedzę o świecie, zasłużyła sobie w kręgu szlacheckim na miano sawantki. Choć o sawantkach wypowiadano się niezbyt pochlebnie, starościna nic sobie z tego nie robiła. Ona też uczyła dziewięcioletniego Leszka i pięcioletnią Arletę czytania, pisania i rachunków. Pozostałe dzieci były jeszcze za małe na domową edukację, chociaż czteroletnia Kinga umiała już pacierz i dziesięć przykazań, dwuipółletni Adrian potrafił pomodlić się do anioła stróża, a najmłodszą, roczną Klarę uczono już czynić znak krzyża.
Tego wieczoru pani Matylda była zamyślona i niewiele mówiła. Jej teściowi Henrykowi natomiast usta się nie zamykały.
– Tak, drogie dziatki moje – perorował, wpatrując się w poroże jelenia wiszące nad drzwiami do salonu, którego jego przodek upolował jeszcze za czasów Jagiellonów na polskim tronie. – Smutny czas na nas przyszedł, gdyż drogi król Stefan Batory pożegnał się z tym światem. Co teraz będzie z Rzeczpospolitą, gdy zabrakło króla?
– Wybiorą następnego – rzekł jego syn Bogusław rzeczowo. – A bo to pierwsza elekcja będzie? Samiście przed jedenastu laty na Woli gardłowali, by Batorego wybrać.
– Oj, były to czasy, były – wspominał Henryk. – Tam na elekcyi poznałem twego teścia, synu, Teodora Sulikowskiego, który ku Batoremu szlachtę namawiał, i taka się między nami komitywa wywiązała, że swą córkę za ciebie wydać się zgodził.
– Dobrze o tym wiem – mruknął Bogusław, ale rozumiał, że stary ojciec lubi przeszłość wspominać.
– Dziaduniu, a opowiedzcie, jak króla wybierali – wtrącił Leszek, który nie pierwszy raz słuchał tej opowieści, ale lubił do niej wracać.
– Leszku, bez pytania się nie odzywa w obecności starszych – upomniała go jego matka. – Zapomniałeś, czego cię uczyłam?
– A nic się nie stało, że się ozwał bez zapytania – stwierdził dziadunio Henryk. – No, jak to na elekcyi było? Ano szlachta się zjechała z całego kraju na Wolę, a było ich tam jak mrówków. Oprócz Stefana Batorego o tron Polski walczyli Maksymilian II Habsburg, car Rosji Iwan Groźny i król Szwecji Jan III Waza. Ja gardłowałem za Batorym i razem z Sulikowskim innych namawiałem za wyborem tegoż. Część szlachty z poznańskiego i kaliskiego chciała jeszcze obrać rodaka Piasta królem, ale inni panowie się na to nie zgodzili. A i cesarza Habsburga nie chcieli panowie na króla. Co się tyczy Iwana Groźnego, obawiano się, że wybierając go, w wojnę z Turcją Rzeczpospolitą zaplącze. Tak więc wybrano Batorego, który pod tym warunkiem miał zostać obrany na króla, że pojmie w małżeństwo infantkę Annę.
– Królowa Anna z Jagiellonów wciąż jeszcze żyje – przypomniała pani dziedziczka.
– I niech jej Bóg da długie życie – odparł na to Henryk – ale nam króla trzeba.
Zamilkł i westchnął głośno tak, że nikt nie miał odwagi przerwać ciszy, jaka zapanowała po jego słowach. Nawet Kinga rozumiała, że siwej głowie należy się szacunek, i cichutko siedziała na sofie, trzymając za rączkę Adriana, który wspinał się matce na kolana. Klarę w ramionach trzymała starsza Gdeszyńska, pani Eleonora, która jednakże przez cały wieczór nie odezwała się ani słowem. Pani Matylda wiedziała, że świekra ma problemy z pamięcią i dlatego jest taka milkliwa. W niczym jej to jednak nie przeszkadzało.
– No, pora na wieczerzę – zarządziła szlachcianka. – Dzieci – zwróciła się do pociech – weźcie się za rączki i chodźcie do jadalni.
Tylko Leszek, jako najstarszy z rodzeństwa, nie ustawił się w szeregu. Pani Matylda wybaczyła mu to łaskawie i uśmiechnąwszy się do pociech, poprowadziła je do jadalni, gdzie służba rozstawiła już na stole duży półmisek z wieczerzą, na którą składała się zupa z soczewicy. Leszek, Arleta i Kinga samodzielnie sięgali łyżką do misy i przełykali zupę z zamkniętymi ustami jak ich nauczono, ale Adriana i Klarę trzeba było karmić. Toteż pani Matylda posadziła najmniejsze dzieci po obu swoich stronach i na zmianę wkładała im łyżki do buzi. Dopiero gdy nakarmiła maluchy, sama zjadła wieczerzę. Chociaż Bogusław już skończył kolację, czekał cierpliwie, aż żona się naje, bo według obyczaju on jako pierwszy z domowników mógł wstać od stołu. Dzieci również o tym wiedziały i siedziały jak myszki cicho za stołem.
Gdy wieczerza dobiegła końca, wszyscy powstali zza stołu i udali się na nocny spoczynek. Pani Eleonora z mężem szli do swojego alkierza z jedną świecą, a pani starościna prowadziła dzieci do sypialnego pokoju z drugą. Chociaż świece wyrabiało się w majątku, starano się je oszczędzać. W sypialnym pokoju pani Matylda pomogła się pociechom rozebrać i klęcząc z nimi, odmówiła pacierz. Potem położyła Leszka z Adrianem w jednym łóżku, a dziewczynki w drugim i nakryła ich pierzyną. Tylko Klara spała jeszcze w kołysce, gdyż matka obawiała się, że starsze córki mogłyby ją w nocy zadusić.
Małżeńskie łoże znajdowało się w tym samym pokoju, oddzielone tylko od dzieci przepierzeniem. Pani Matylda, bardzo już zmęczona, zaczęła rozpinać suknię. Bogusław poszedł jeszcze do wygódki, by się załatwić przed snem, a gdy wrócił, żona już leżała w łóżku otulona białą, długą, sztywną koszulą nocną. Bogusław nie znosił tej koszuli, ale nigdy się nie poskarżył przed małżonką. Chciał jej dotknąć, ale wiedział, że żona nie zgodzi się na żadne pieszczoty. Zdawał sobie sprawę, że nie chciała kolejnej ciąży, ale czy to była jego wina, że znalazła się w stanie błogosławionym? Przecież wszyscy wiedzieli, że dzieci dawał Bóg. No, wiadomo, w jaki sposób. Ale czy musiała karać go oziębłością?
Leżał jeszcze czas jakiś, wpatrując się w ciemny sufit, aż w końcu zasnął, nie zdając sobie sprawy, że swoim chrapaniem raz po raz wytrącał małżonkę ze snu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
