Najsłabsze ogniwo - Robert Małecki - ebook + audiobook + książka

Najsłabsze ogniwo ebook

Robert Małecki

0,0
31,90 zł

lub
Opis

Zło czai się w każdym z nas. Dlatego wszyscy jesteśmy podejrzani.

Spokojna podtoruńska wieś i kapryśne lato 2019 roku.

Znany pisarz powieści obyczajowych, Piotr Warot, przeżywa najpotworniejsze wakacje swojego życia. W tajemniczych okolicznościach znika jego brat z dziewczyną. Policjanci podejrzewają, że Aleks i Alina wyskoczyli na krótki romantyczny urlop i odcięli się od świata. Jednak kiedy oboje milczą zbyt długo, Piotr nie ma wątpliwości, że stało się coś złego.

Tylko co stało się z Aleksem i Aliną oraz kto stoi za ich zaginięciem? I dlaczego – w tym samym czasie – nastoletni syn sąsiadów ucieka z domu? Czy to możliwe, że coś łączy obie te sprawy?

Aby poznać prawdę, Warot będzie musiał wyplątać się z pajęczyny pełnej kłamstw, którą tkają także jego najbliżsi. A w solidnym i trwałym łańcuchu tajemnic trudno trafić na jedno, Najsłabsze ogniwo

Ekscytujący thriller o sile rodzinnych więzów i o złu przekraczającym niepostrzeżenie próg każdego domu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 370

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Sortuj według:
KamilaKutkowska

Nie oderwiesz się od lektury

Supeeeeer!
00



 

 

 

 

Copyright © Robert Małecki, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

 

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Marketing i promocja: Greta Sznycer

Redakcja: Lena Marciniak-Cąkała / Słowne Babki

Korekta: Dorota Pielorz, Mirosław Krzyszkowski

Projekt typograficzny, skład i łamanie: MELES-DESIGN

Projekt okładki i stron tytułowych: Tomasz Majewski

Fotografia na okładce: © Joe Gardner, Casey Horner / Unsplash

Fotografia autora: © Zuza Krajewska / Warsaw Creatives

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66981-05-8

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zło czai się w każdym z nas.

Dlatego wszyscy jesteśmy podejrzani.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kasi, mojej kochanej żonie,

która uczyniła mnie prawdziwym szczęściarzem,

z okazji 15. rocznicy ślubu

 

 

 

 

 

DWA DNI WCZEŚNIEJ, PIĄTEK

 

 

 

Ilekroć Piotr Warot wracał myślą do tych zdarzeń, miał do siebie żal, że nie odczytał właściwie ostrzeżenia. Prostego znaku, cichego sygnału, tej krótkiej złowrogiej melodii ukrytej w poszumie wiatru błądzącego w koronie rosnącej przed domem wierzby. Że nie dostrzegł go w zachodzącym słońcu, które rozsiewało pomarańczową poświatę i kładło długie cienie. Czarne i smukłe, niczym fragmenty otchłani.

Dreszcz przebiegł mu po plecach, gdy wraz z żoną patrzyli na zbliżającą się do ogrodzenia taksówkę.

Warot już wiedział: Aleks przyjechał sam.

Beżowy mercedes zatrzymał się przy otwartej furtce.

Młodszy brat Warota wysiadł z wozu, otworzył sobie bagażnik – co nie spodobało się mrukliwemu kierowcy w sztruksowej kamizelce założonej na koszulkę polo – i wyjął z niego sporą torbę. Taksówkarzowi wcisnął wyszarpany z kieszeni wymięty stuzłotowy banknot, i nie czekając na resztę, ruszył w ich stronę.

Samochód odjechał, zostawiając za sobą chmurę pyłu.

Butelki, wypełnione świeżym kraftowym browarem, zabrzęczały radośnie. Młodszy brat uśmiechnął się łobuzersko.

– To dopiero muzyka! – krzyknął i potrząsnął z radości głową. Krótkie sprężynki blond włosów żwawo zatańczyły na jego czole.

– A gdzie masz Alinę? – Piotr odebrał piwa, sapiąc z wysiłku. Chłód rozgościł się w jego żołądku.

– Będzie więcej dla nas, bratku, co nie? – Aleks mrugnął do niego, przybił żółwia, po czym cmoknął Karolinę w policzek. – Cześć, mój ty rudzielcu przecudnej urody! – Przyjrzał się jej z uwagą i ostentacyjnie zakrył sobie oczy. – Wstydź się! W tym stroju wzbudzisz tylko gniew i zazdrość bogiń! Masz jeszcze czas, żeby się przebrać, bo inaczej biada nam! Zginiemy marnie. – Pogroził jej palcem.

Karolina uniosła oczy ku niebu, chociaż komplement jej się spodobał. Warot widział to w jej oczach.

– W przeciwieństwie do ciebie – zażartowała, lustrując brata męża z góry na dół.

– Kobito, co ci nie leży w mojej stylówce? Ikona mody i stylu, mister elegancji. – Rozłożył ramiona, jakby chciał się zaprezentować w pełnej krasie, ale nie zdążył, bo z ogrodu na tyłach domu wyłonił się trzynastoletni syn Karoliny i Piotra, Borys. Odgarnął z czoła ciemne strąki włosów.

– Wujek! – krzyknął radośnie i kopnął piłkę przed siebie.

– Borys, cycu kochany! Pierwszy strzelam karne! – Aleks rzucił się biegiem w jego kierunku.

Młody Warot roześmiał się skrzekliwie na widok pędzącego po trawie wujka w sandałach, bermudach we wszystkich kolorach tęczy i czerwonej koszulce Bayernu Monachium z numerem dziewięć i nazwiskiem „Lewandowski” na plecach. Jeszcze bardziej zaśmiewała się na ten widok siedmioletnia Nadia, która z piskiem zeskoczyła z huśtawki. Wujek przytulił chłopaka z całej siły, a po chwili dopadł do Nadii, chwycił ją w pasie, wydarł się jak niedźwiedź i podrzucił wysoko. Mała piszczała z radości, pszeniczne warkocze podskakiwały jak szalone. Potem wytarzali się razem w trawie, aż wujek się zasapał. Na koniec wyrwał kępę trawy i rzucił sobie i Nadii źdźbła na głowę. Mała krztusiła się ze śmiechu.

Piotr objął żonę i pocałował w skroń.

– Okeeej – przeciągnął wyraz. – Możemy to jeszcze odwołać.

Karolina pomasowała go pod łopatkami, a następnie odwróciła się do niego i puściła mu oczko.

– Musiałbyś oddać mu te wszystkie piwa – zauważyła z udawaną strapioną miną.

Piotr spojrzał zafrasowany na pękatą torbę.

– No dobra. Nie desperujmy – uznał. – Ten wieczór nie będzie trwał wiecznie.

– Piwożłop! – Zaśmiała się.

Aleks skończył niedawno trzydzieści cztery lata, ale Piotr wciąż się zastanawiał, czy krępy kędzierzawy blondyn w typie cesarza rzymskiego kiedykolwiek spoważnieje.

– Nie. Nie zanosi się, żeby spoważniał. Ale właśnie takiego go kochasz – rzuciła Karolina, jakby czytała mu w myślach. – Idę po kiełbaski, a ty bierz się do podpałki. Niech Rzym w końcu zapłonie – zażartowała, rozcapierzając palce i robiąc groźną minę.

Prychnął ze śmiechu i odprowadził ją wzrokiem do drzwi. Sprężysty krok, falujące włosy i wytatuowany na ramieniu niebieski koliber gotowy do lotu. Minisukienka w kwiaty, która odsłaniała jej opalone, smukłe uda. Kochał tę kobietę od chwili, gdy przyszła do redakcji odebrać nagrodę dla babci. Warot pracował jeszcze wówczas w toruńskich „Nowościach”. Pamiętał, że miał dla niej żelazko. Potem odprowadził ją do drzwi, ale tam się nie rozstali. Przeszli się po kocich łbach ulicą Podmurną do Szerokiej. Później skręcili w prawo, w stronę empiku, gdzie przyjęła zaproszenie na lody u Lenkiewicza.

Wciąż to pamiętał. Gałka pistacjowych dla niej, a dla niego piernikowe i słony karmel. Wpatrywał się w nią i jej pięknie wykrojone usta, które oblizała, kiedy skończyła deser. Nie mógł sobie przypomnieć, o czym rozmawiali, ale właśnie wtedy uznał, że ta kobieta zostanie jego żoną.

Z ogrodu dolatywały krzyki dzieciaków i brata, a także głuche uderzenia piłką o wysoki mur. Warot westchnął i dźwignął ciężką torbę z piwami, które brzęczały, gdy szedł tam, gdzie zabawa trwała w najlepsze.

Zmierzch szybko został zastąpiony przez wieczór i jeszcze szybciej ustąpił rozgwieżdżonej nocy. Grill już dawno dogasł, bryłki brykietu poszarzały, jakby ktoś obtoczył je w popiele. Dzieciaki wcześniej wróciły do domu, Nadia chciała obejrzeć kolejne odcinki Pingwinów z Madagaskaru, a Borys zamierzał rozegrać parę deathmatchów w Counter Strike’a, tuż po tym, jak udało mu się naciągnąć wujka na dwie dychy, które zamierzał wydać na nowe skiny broni. Aleks zasilił jego konto na Steamie, robiąc przelew z telefonu komórkowego.

Krótko potem, gdy ziewająca Karolina podniosła się z leżaka, Warot przyciszył muzykę. Opatulona kocem, pocałowała męża na dobranoc, pomachała Aleksowi i poszła spać, prosząc braci, by nie siedzieli za długo.

Odprowadził żonę wzrokiem do domu. Kilkanaście minut później światło w sypialni na piętrze zgasło, ale w pokoju Borysa świeciło się w najlepsze. Piotr długo wpatrywał się w okno pokoju syna.

– Boże, jak on się zmienił – zauważył Aleks, szurając bosymi stopami po równo przyciętej trawie i wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Obok leżały przewrócone sandały. – Jeszcze niedawno latał w rajtkach i wołał „bu-bu”. Co tak nazywał?

– Budyń. – Warot się roześmiał.

Doskonale pamiętał ten obraz sprzed kilku lat. Wyświetlał mu się na wielkiej połaci czarnego nieba. Po chwili zauważył Wielki Wóz, a następnie powiódł wzrokiem za poblaskiem punktów wyznaczających Wielką Niedźwiedzicę.

– Nawet nie wiem, kiedy to zleciało – odparł po chwili zamyślenia. – Dopiero co składał lego i recytował rymowanki z książek. I nagle odnoszę ważenie, jakbym wiesz, wyszedł na chwilę do garażu po piwo, a kiedy wróciłem, z uroczego przedszkolaka wyrósł nastolatek pełną gębą.

Znowu spojrzał w okna pokoju Borysa, gdzie jakby na zawołanie zgasło światło. Warot odruchowo zerknął na zegarek. Pięć po pierwszej. Po wakacjach syn nie będzie mógł się tak późno kłaść spać, pomyślał.

– He, he. I wąsik mu się sypnął – dodał Aleks.

– No.

Cykanie świerszczy stało się intensywniejsze.

– Może właśnie na tym to polega, nie? – rzucił młodszy z braci.

– Co takiego?

– Życie.

– Że niby co?

– Że jest jak sraczka. – Rozciągnął usta w uśmiechu. – Leci bez opamiętania. I dlatego trzeba to życie chwytać garściami, kurwa. Gar-ścia-mi, mój bratku. – Rozrzucił energicznie ręce. – Przecież niedawno sami byliśmy dziećmi, nie?

Aleks przystawił butelkę do ust.

Piąta albo szósta z kolei, a mimo to nie czuli się pijani. Piotrowi tylko lekko szumiało w głowie. Oczy Aleksa błyszczały.

Tuż obok na stoliku stał jeszcze talerz z zimnymi już kiełbasami. Młody chwycił jedną z nich ręką, ubabrał w plamie keczupu i odgryzł porządny kęs.

– Trochę ci zazdroszczę – odezwał się z pełnymi ustami.

– To się ożeń z Aliną, wtedy będziesz, tak jak ja, przywódcą stada, głową rodziny – zażartował Piotr, uderzając się w piersi jak goryl.

– Taaa, zaraz głową. – Aleks znacząco klepnął się w tyłek.

Warot wyrwał kępkę trawy i cisnął nią w brata.

Zarechotali i znowu zrobiło się cicho.

Piotr dopił piwo, po czym odwrócił butelkę do góry dnem. Kilka spienionych kropel skapnęło obok jego nogi.

– Jeszcze po jednym? – zapytał młody.

Piotr kiwnął głową i chciał wstać, ale Aleks wygramolił się z leżaka i już szedł boso w kierunku oświetlonego tarasu, gdzie stała lodówka samochodowa, w której chłodzili piwa. Podśpiewywał sobie cicho. Zabrał cztery butelki, jedną wcisnął sobie pod pachę.

Odkapslowali.

Piotr podsunął szyjkę pod nos i delektował się zapachem. Upił niewielki łyk napoju i przytrzymał w ustach. Kiedy przełknął, wyczuł wyraźny smak kawy. Zerknął na etykietę Browaru Zakładowego z Lublina. Kawowy extra stout. Doceniał nie tylko smak trunków, lecz przede wszystkim interesującą identyfikację wizualną. Proste rysunki przypominały grafiki z PRL-u, ale wynosiły je na wyższy poziom. Wpatrywał się w faceta siedzącego w białej filiżance wypełnionej kawą i pijącego, a jakże, piwo.

– Czemu nie przyjechałeś z Aliną? – zapytał Aleksa, który przesuwał kciukiem po ekranie smartfonu. Okrągła twarz tonęła w niebieskawej poświacie. – Stało się coś?

Brat przygryzł wargę. Potem wzruszył ramionami.

– Nie było jej w domu. Nie odbierała telefonów.

– No i?

– Co „no i”?

– No i nic nie zrobiłeś?

– A co miałem zrobić? – Wzruszył ramionami. – Ma mój numer, nie? – Odruchowo uniósł aparat. – Wie, gdzie mieszkacie, mogła wziąć taksówkę i przyjechać, gdyby jej się chciało.

– Dzwoniłeś do niej? Przecież mogło jej się coś stać.

Zaprzeczył ruchem głowy.

– Eee, szkoda gadać. – Piotr westchnął. – Odezwała się chociaż do ciebie?

– Puściłem jej esemesa, ale wciąż milczy. – Aleks przeczesał blond loki. Zmarszczki na czole stały się wyraźne.

– Między wami wszystko okej?

Brat wydął wargi.

– Nie wiem. Chyba tak.

– Chyba?

– O Jezu, Piter… – żachnął się.

– Okej, okej. Nie moja sprawa. – Piotr uniósł dłonie w geście poddania i zajął się kawowym stoutem. Doceniał głębszy bukiet smakowy i odległy finisz z dyskretnie wyczuwalnym wędzonym posmakiem.

– Bywa różnie. – Aleks wpatrywał się w swoją butelkę. Paznokciem próbował podważyć róg etykiety – Ale dogadujemy się.

Piotr wziął łyka piwa.

– Może zadzwoń do niej? – zaproponował.

– Próbowałem z kibla. Nie odbiera. Pewnie już śpi i tyle.

Warot spojrzał w niebo.

– Fajna jest – rzucił. – Pasujecie do siebie.

Aleks pokiwał głową.

Pili w ciszy, już bez muzyki, jedynie z tężejącym zza szpaleru tuj cykaniem świerszczy. Dokończyli trunki i nie tknęli kolejnych butelek.

Piotr stłumił ziewnięcie.

– Dobra, panie. Czas do wyrek.

– Idź, idź, ja sobie jeszcze posiedzę.

– Na pewno?

Aleks kiwnął głową.

– Zgasisz je? – Piotr wskazał na pochodnie.

– Jasne.

– Karolina pościeliła ci w salonie. Przymknę drzwi tarasowe, ale wystarczy, że je popchniesz.

– Starzejesz się.

– Bo się powtarzam?

– Nie nocuję tu pierwszy raz, bratku.

Piotr zrobił dwa kroki po miękkiej trawie w stronę domu, po czym się odwrócił.

– Może koc ci przynieść? Chłodno się robi.

– Taaa… Koc i może jeszcze dla rozgrzewki jakieś ładne dupcie, co? Dwie, góra trzy. – Aleks zarechotał. – Więcej w tym stanie nie zadowolę.

Warot wycelował w niego palec wskazujący i zamarkował wystrzał z rewolweru, po czym dmuchnął w opuszkę.

– Masz Alinę – przypomniał bratu. – Więc się hamuj.

– Jezu, tylko żartowałem – oburzył się młody. – A ty niby co? Taki święty?

Warot poczuł ukłucie w okolicach serca.

– Dobrej nocy, Aleks.

Odwrócił się i ruszył do domu. Był już na tarasie, gdy ponownie usłyszał głos Aleksa.

– Bratku?

– No? – Westchnął.

Aleks oparł głowę na zagłówku i wpatrywał się w gwiazdy. Nieco dalej za nim czerniała linia równo przyciętego żywopłotu z tuj, a w oddali, na tle nieba, odcinała się czarna i gęsta korona rozłożystego dębu.

– Jesteś szczęśliwy? – spytał Aleks.

Warot przewrócił oczami.

– A jebnąć ci?

Aleks nawet się nie uśmiechnął.

– Powinieneś być, bratku.

– O co ci chodzi? – Pytanie zawisło między nimi na dłuższy czas.

– Ech, o nic. Sorry, Piter. Tak sobie pierdolę bez sensu. – Aleks wsunął źdźbło trawy do ust.

– Strzel sobie mocnego browara, to ci przejdzie. A potem się odlej, tylko nie na moje tuje, bo zabiję, odmów paciorek i walnij się do wyra. Czy to jasne?

– Jak, kurwa, księżyc. – Aleks wypluł skrawek trawy i napił się piwa.

– No i super. – Piotr pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym wszedł do domu i przymknął za sobą drzwi. Nie włączył światła. W drodze do łazienki minął rozłożoną i posłaną kanapę dla Aleksa. Wyszczotkował zęby, skorzystał z toalety, po czym wziął szybki prysznic, zmywając z siebie pot oraz intensywny smród dymu z grilla, który zagnieździł się w gęstej brodzie i we włosach. Karolina pogoniłaby go z łóżka, a tego akurat wolał uniknąć.

Drzwi do pokoju Borysa były zamknięte. Nie uchylił ich. Zajrzał natomiast do Nadii. Spała zupełnie odkryta, z rozłożonymi rękoma. Gęste po matce włosy rozsypały się na poduszce. Gdy pocałował dziewczynkę w czoło, poruszyła ustami. Odczekał chwilę, po czym przykrył jej nogi letnią kołdrą i wyszedł na korytarz.

W sypialni wsunął się do łóżka i wtulił w plecy żony. Przejechał dłonią po jej ciepłym udzie.

Zamruczała.

– Skończyliście już? – wyszeptała.

– Tak. – Przesunął dłoń na jej pośladek i zaczął go masować.

– Mięso schowałeś? Bo znowu koty się zlecą.

– Niewiele już zostało. Aleks pewnie jeszcze coś skubnie. – Pocałował ją w kark, a potem koło ucha. Wyczuł wątły zapach cytrusowych perfum.

– Nie położył się? – Wydawała się zaskoczona.

– Chciał jeszcze pooddychać ciepłą nocą. Mamy więc odrobinę czasu dla siebie… – Wsunął dłoń w jej spodnie od piżamy, ale szybko zastopowała jego zamiary.

– Jestem zmęczona. – Westchnęła. – Może jutro, co?

Cofnął rękę i ułożył się na plecach.

– Jasne, śpij spokojnie. – Starał się, żeby nie wyczuła w jego głosie rozczarowania.

Dobrze wiedział, że to „jutro” nie jest obietnicą, tylko zwykłą próbą ucieczki od „dziś”.

Życie.

Mimo zmęczenia nie mógł zasnąć.

Kręcił się z boku na bok, co jakiś czas zerkał na zegarek w dekoderze telewizji cyfrowej. Nasłuchiwał też otwieranych na dole drzwi tarasowych. Na próżno.

W końcu wstał, żeby ponownie się wysikać. Spuścił wodę i poczekał, aż zbiornik się napełni, a urządzenie odetnie jej dopływ. Ostatnio zdarzyło się tak, że woda przeciekała do sedesu przez całą noc, a ten cholerny szmer wybudzał go kilkukrotnie. Chciał tego uniknąć. Potem się zorientował, że brakuje papieru toaletowego, więc wyciągnął rolkę z szafki i poskładał ubrania, które wisiały na suszarce. Odłożył je na pralkę.

Kiedy wrócił do sypialni, spojrzał w kierunku okna i przystanął. Był ciekaw, czy brat położył się już do łóżka. Podszedł i wyjrzał na zewnątrz.

Ciemno.

Pochodnie pogaszone, leżak, na którym siedział Aleks, tkwił pośrodku trawnika.

Warot zamknął drzwi do sypialni i wrócił do łóżka.

Tym razem materac ugiął się pod nim miękko i wygodnie. Powieki opadły, a pokój zawirował. Szybko wpadł w objęcia snu.

Rano obudził się pierwszy, z tępym bólem pomiędzy skroniami i parciem na pęcherz.

Karolina spała mocno, ale mimo to opuścił sypialnię na palcach, cicho zamykając za sobą drzwi. Zszedł na parter z zamiarem skorzystania z toalety i uruchomienia ekspresu do kawy, ale odpuścił, gdy tylko podeszwy jego stóp zetknęły się z chłodnymi panelami. Wzdrygnął się, bo poczuł rześki powiew poranka. Drzwi tarasowe były uchylone, pościel na łóżku nietknięta.

– Aleks? – rzucił, ale nikt mu nie odpowiedział.

 

 

Po czternastej, kiedy Borys, obrażony na cały świat, dłubał widelcem w wystudzonej zapiekance makaronowej z kurczakiem, rozdzwonił się telefon. Piotr zostawił go na stoliku kawowym w pobliżu telewizora, gdzie najedzona Nadia oglądała Pingwiny z Madagaskaru.

– Kowalski, opcje! – ryknął Skipper.

– Nadia, przycisz to. – Piotr sięgnął po aparat. Dzwonił jego ojciec.

– Oj, tato – jęknęła.

– Przycisz, proszę.

Odszukała pilot wciśnięty między oparcie a siedzisko kanapy i niechętnie spełniła jego prośbę.

Chciał w podziękowaniu pogłaskać ją po głowie, ale naburmuszona zrobiła unik.

– Cześć, tato – odezwał się wreszcie, chociaż wolałby, żeby zadzwonił Aleks. Wielokrotnie próbował się z nim skontaktować, ale bez rezultatu.

– Cześć, Piotrek, jak żyjecie? – przywitał się senior.

Karolina zeszła ze schodów, opatulona w niebieski szlafrok frotté i z turbanem z ręcznika na głowie.

– Aleks?

Odczytał jej pytanie z ruchu warg i pokręcił głową. Odwrócił się do drzwi tarasowych i wpatrywał w ogród, dokładnie w to miejsce, gdzie jeszcze niedawno zostawił brata samego, w melancholijnym nastroju, z butelką piwa w ręce i bosymi stopami.

Pogadał z ojcem o planach na ostatni weekend wakacji. Potem, najpierw z oddali, a chwilę później już z bliska, usłyszał matkę. Musiała zabrać mężowi aparat i zapytała, czy ma przygotować na niedzielę pierogi z mięsem. Oczywiście „dla wnusiów”. Nie było sensu pytać dzieciaków, bo oboje uwielbiali legendarny przysmak babci Krysi.

– A Aleks z Aliną są jeszcze u was? Bo nie mogę się do niego dodzwonić. Może im też zrobię tych pierogów, co? Jak myślisz? – spytała matka.

– Nie, nie ma go tutaj. – Piotr zerknął w stronę nierdzewnego grilla.

Nie schował go do drewutni. Miał to zrobić od razu po śniadaniu, ale zachmurzyło się i pierwsze krople deszczu uderzyły w szary kamień, którym wyłożony był taras. Patrzył, jak wiatr wywiewał popiół i niespalone resztki węgla drzewnego, a chwilę później zerwał z rusztu aluminiową tackę, która zaczepiła się o krzak forsycji i drgała jak w konwulsjach.

– Kiedy wyjechali?

– Nie wiem – odparł i zawahał się, po czym uznał, że nie ma sensu niczego ukrywać. – Aleks był sam.

Warot opowiedział matce o poprzednim wieczorze, o tym, jak siedzieli z bratem pod gołym niebem, jak Aleks bawił się z Nadią, jak grał w piłkę z Borysem. A potem, z czającym się pod sercem lękiem, wrócił myślami do pochmurnego poranka i chłodnego powiewu, który wpadł przez drzwi tarasowe. Dodał też, że łóżko było nietknięte.

– Czyli nie spał u was? – Krystyna Warot się zaniepokoiła.

– Wygląda na to, że nie. – Podrapał się po czole. – No chyba że zdrzemnął się na leżaku w ogrodzie – skłamał.

– To dziwne. Zupełnie do niego niepodobne.

Podobne, ale nie zamierzał się spierać. Młody za każdym razem spóźniał się na wszystkie rodzinne imprezy, zawsze musieli na niego czekać. Godzina w lewo, godzina w prawo, jakie to mogło mieć znaczenie? Aleks od zawsze wydeptywał własne ścieżki. Mógł zwyczajnie wrócić do domu piechotą. Robił tak wcześniej.

– No nic. – Matka westchnęła. – Daj nam tylko znać, jeśli się do ciebie odezwie – stwierdziła zasmucona.

– Nie martw się – dodał na koniec, ale nie odpowiedziała.

Przedłużająca się cisza w słuchawce dała mu do zrozumienia, że matka, zapomniawszy zapytać o wnuki, się rozłączyła.

Warot przygryzł wargę i dopiero po chwili zauważył, że Borys utkwił w nim pełen zainteresowania wzrok. Karolina zrobiła to samo, ale w jej oczach dostrzegł niepokój. Tylko Nadia śmiała się do wesołego kwartetu pingwinów migającego na ekranie.

– Co z wujkiem? – spytał syn.

W odpowiedzi Warot wzruszył ramionami.

– Nie mogę go namierzyć.

– Dzwoniłeś do niego? – Borys odłożył widelec i odsunął talerz z zapiekanką na środek stołu.

– Wynieś do kuchni, dobrze?

– Zaraz – odburknął syn i sięgnął po telefon, który leżał w pobliżu. – Może ja spróbuję? – spytał.

– Dobry pomysł – pochwalił chłopaka i czekał w napięciu.

Po kilku próbach Borys się poddał.

– Czy wujkowi coś się stało? – zaniepokoił się.

– Znasz go. Jest niezniszczalny – stwierdził Warot i mrugnął okiem.

Na twarzy Borysa pojawił się uśmiech. Ale Piotra, chociaż go odwzajemnił, przeszedł zimny dreszcz.

Do wieczora nie mieli żadnego sygnału od Aleksa. Dopiero krótko po dwudziestej zawibrowała komórka Piotra. Siedział w gabinecie pochylony nad laptopem i stukał w klawiaturę. Nadrabiał zaległości z wakacyjnego wyjazdu do Grecji, kiedy zupełnie odstawił pisanie powieści obyczajowej, dziesiątej w jego niewielkim, ale przynoszącym niezły dochód dorobku. Miał na koncie dwa seriale na motywach własnych powieści, które zapewniły mu odrobinę sławy i splendoru. Bywał w telewizjach śniadaniowych, a jego nazwisko i zdjęcie zdobiły już kilka okładek magazynów dla kobiet. Postawił właśnie kropkę w kolejnym zdaniu, gdy smartfon zamruczał cicho.

„Wszystko OK. Nie martwcie się. Mam sprawę poza miastem”.

Piotr potarł oczy i ponownie przeczytał wiadomość. Próbował połączyć się z bratem, ale po kilku długich sygnałach odpuścił. Odpisał na esemesa, prosząc o chwilę rozmowy. Raz i drugi. Potem kolejny i kolejny, wreszcie z prośbą o litość wobec zaniepokojonych rodziców.

– Aleks, do kurwy nędzy – szepnął, wysyłając kolejną wiadomość.

Zdążył wstać z fotela, zrobić kilka kroków.

Wreszcie usłyszał znajomy sygnał.

„Dobra, dam im znać”.

„A co u Aliny?”

Tym razem dłużej poczekał na nadejście odpowiedzi.

„Wszystko git. Luzuj majty. Nara”.

Odetchnął.

„Mama zrobi dla was pierogi. Podrzucę jutro, okej?” – wysłał kolejną wiadomość, a w odpowiedzi otrzymał ikonę uniesionego kciuka.

Mimo to odetchnął pełną piersią.

Nie usłyszał, kiedy do pokoju weszła Karolina. Gdy się odezwała, niemal dostał zawału.

– Jezu, nie chciałam cię wystraszyć. – Zaśmiała się.

– Powinienem spisać testament. – Złapał się za serce.

– Żebyś mnie nie pominął, zrobię to za ciebie. A ty dokończ powieść.

– Z ostatnią wolą pójdzie mi szybciej.

– Ale nikt nam za nią nie zapłaci. – Położyła mu dłonie na karku i delikatnie rozmasowała zbolałe mięśnie.

– Paskudna materialistka. – Przymknął powieki i spróbował się odprężyć.

– Nieznośny egocentryk. – Karolina pocałowała go w czubek głowy. Poczuł lekki zapach jaśminu. – Jak idzie pisanie? – spytała, ale mąż milczał.

Na ekranie migał kursor. Tuż nad nim widniało kilka linijek tekstu. Nie lubił, gdy czytała mu przez ramię, ale nic z tym nie zrobił, chociaż mógł zminimalizować okno edytora albo przymknąć laptop.

– Przed „czyli” stawiamy przecinek – stwierdziła.

Przyjrzał się tekstowi, ale nigdzie nie mógł znaleźć spójnika. W końcu nachylił się do ekranu i zmrużył oczy.

– Wyluzuj, żartowałam!

– Zabiję, zakopię w ogródku i jeszcze dostanę odszkodowanie! – Przyciągnął ją do siebie i posadził sobie na kolanach. Pocałowali się. Jej włosy łaskotały go w twarz.

– Aleks się w końcu odezwał? – spytała, gdy wciąż stykali się czołami.

– Mmm… Przysłał esemesa.

– Dobre i to. Chociaż chyba powinien z tobą pogadać.

– Jest skryty.

– Obaj tacy jesteście.

Pocałowała go w usta. Potem wstała i ruszyła w kierunku drzwi.

Odwrócił się za nią.

Stanęła tam ze zwieszoną głową. Rude włosy przysłaniały jej twarz.

– Między nimi wszystko gra? – odezwała się.

– Nie wiem – odparł. – A dlaczego pytasz?

Wzruszyła ramionami.

– Ostatnio, kiedy u nich byliśmy, miałam wrażenie, jakby nie do końca się dogadywali. Też to zauważyłeś?

Warot wrócił pamięcią do urodzin brata z początku lipca, które spędzili w jego domu. Rzeczywiście między młodymi brakowało zwykłych gestów czułości, do których oboje zdążyli ich przyzwyczaić. Uśmiechali się, ale Karolina miała rację, że w tym związku brakowało odrobiny chemii. Powiedziała mu to zresztą, gdy już wrócili do domu, ale zbył to wówczas milczeniem. Może tak się jej tylko wydawało?

– Czy Alina z tobą rozmawiała? – Głos żony przywrócił go do rzeczywistości.

– Ze mną? – Musiał być czujny i dlatego postanowił skłamać. – Nie, a czemu?

– Pytam tylko. – Westchnęła. – Najważniejsze, że Aleks się odezwał. Kamień z serca. Może po prostu zabrał Alinę do SPA na weekend? Już nieraz tak robił.

– Ma sprawę za miastem – wyjaśnił i przyjrzał się Karolinie. Zamyślona wbiła wzrok w podłogę.

– Sam? – zainteresowała się, a on wzruszył ramionami.

– Serio myślisz, że między nimi coś nie gra? – powrócił do poprzedniego wątku.

– Nie wiem. Mam nadzieję, że nie.

Pokiwał głową.

– Może po prostu wszyscy mamy swoje tajemnice – uznał.

Zmarszczyła czoło.

– Wszyscy? – spytała.

– No.

– My też?

– Co? – zreflektował się, ale było za późno. – Nie no, daj spokój, tak tylko mówię. Przecież wiesz, o co mi chodzi.

Pokiwała głową, ale nie wyglądała na przekonaną. Zapewne nigdy nie zapomniała, że kiedyś ją zawiódł. I chociaż było to dawno temu, a on naprawił szkody, to rany, nawet jeśli się zagoiły, pozostawiły po sobie szpetne blizny.

– Co zamierzasz? – spytała.

– Nic. Jutro pojadę do matki po pierogi i wtedy do niego wpadnę.

– A nie lepiej dziś?

– Napisał, że jest poza miastem. Pewnie pogonił swojego stalowego rumaka.

– Najważniejsze, że się odezwał. – Karolina posłała mu szeroki uśmiech.

 

 

 

 

 

TERAZ, NIEDZIELA

 

 

 

Tej ostatniej niedzieli wakacji, kiedy Piotr Warot zaczął tracić wszystko to, co w jego życiu było najcenniejsze, w xsarze picasso głośniki charczały od ostrych gitarowych brzmień.

Wiózł wtedy ze sobą nadzieję.

Czuł się zwycięzcą.

Eye of the Tiger.

Krótki, cięty riff, po którym następował pełny akord. Klasyka rocka, muzyczny łomot, który sprawia, że nawet zmarłym podrygują w trumnach golenie.

W głowie Warota te dźwięki wywołały wciąż tę samą sekwencję obrazów. Najpierw twarde spojrzenie Sylvestra Stallone’a, na chwilę przed gongiem rozpoczynającym kolejną walkę w ringu. A zaraz potem kilka highlightów z pojedynków pięściarskich zakończonych efektownymi nokautami. Na koniec zaś ten moment, w którym Rocky Balboa wznosi ręce, a przeciwnik wciąż jest nieprzytomny.

– Did my time, took my chances! – Warot wydarł się razem z wokalistą Survivor, a następnie skręcił w prawo w drogę gruntową, która prowadziła wprost do domu.

Wracał od rodziców, z którymi wypił kawę i zjadł placek z jabłkami. Zapakował pierogi przygotowane przez matkę zafrasowaną skąpymi informacjami od Aleksa i ruszył w drogę powrotną. Uznał, że skoro i tak jest już po porze obiadowej, to zatrzyma się najpierw u siebie, a następnie podskoczy kilka kilometrów dalej do brata.

Ale kiedy podjechał pod swój dom, lęk rozwinął macki. Zrobiło mu się słabo.

Przy furtce dostrzegł Karolinę w towarzystwie sąsiada. W pierwszej chwili sądził, że to zwykłe, niewinne spotkanie. A jednak na ten widok przyciszył muzykę, jakby miało to cokolwiek zmienić, jakby nagle dzięki temu mógł usłyszeć, o czym rozmawiają. Ale zrobił tak, bo w postawie Karoliny dostrzegł coś niepokojącego. Wyraźne napięcie.

Objęła się ramionami, chociaż ciepły, letni wieczór trwał w najlepsze. Promienie słońca rozpalały jej rude włosy, a lekki podmuch wiatru podniósł ogniste kosmyki. Po chwili z powrotem opadły na odsłonięte, opalone ramię z wytatuowanym niebieskim kolibrem zrywającym się do lotu.

Rzuciła w stronę samochodu krótkie spojrzenie, po czym dotknęła, niczym w geście podziękowania, dłoni Wojciecha Magiery, a następnie odwróciła się i szybkim krokiem schowała się do domu. Jakby Warota w ogóle nie było w tym aucie. Zmarszczył brwi.

Zajechał przed bramę, ale nie sięgnął po pilota. Miał przecież jechać dalej, wpadł tylko na chwilę zostawić pierogi od matki.

Zgasił silnik, popatrzył na drzwi wejściowe, w których zniknęła żona, a potem przeniósł wzrok na opuszczoną głowę Magiery. Sąsiad podparł się pod boki. Mrużył oczy przed oślepiającym słońcem i czekał.

Po krótkim wahaniu Piotr szarpnął klamkę i suche, ciepłe powietrze wygłaskało mu gołe łydki. Zatrzasnął citroëna, ale nie ruszył się z miejsca. Ponownie spojrzał na swój dom, na drzwi, a potem na okno w kuchni, w którym spodziewał się zauważyć Karolinę. Nie pojawiła się tam.

– Wojt, co jest grane? – spytał niepewnie sąsiada z naprzeciwka.

Magiera był ubrany w granatowy policyjny mundur. Pod pachami koszuli z krótkim rękawem wykwitały wilgotne plamy. Długi, wąski cień wypełniał nierówności drogi gruntowej.

Policjant ściągnął czapkę z daszkiem, żeby otrzeć czoło z potu i przetrzeć krótko ostrzyżone ciemne włosy. Nie nałożył jej ponownie, tylko zaczął miętosić w dłoniach.

– Wojt? – powtórzył Warot, kiedy pierwszy nieprzyjemny skurcz żołądka wykrzywił mu usta.

Magiera nabrał powietrza i wypuścił je, spoglądając spod wciąż przymrużonych powiek na dom Warotów. Piotr raz jeszcze omiótł wzrokiem budynek w kształcie litery L, z antracytowym dachem od południowej strony, panelami fotowoltaicznymi i deską elewacyjną w kolorze złotego buku wokół drzwi wejściowych. Kochał wszystko, co było w tym domu, całe swoje dobre, dostatnie życie, które wiódł razem z żoną, synem i córką.

Gliniarz cmoknął.

Warot wstrzymał oddech i przejechał dłonią po wypielęgnowanej, gęstej ciemnej brodzie.

Jego sąsiad przez chwilę milczał, potem rozorał obcasem wysuszoną ziemię obok kępy pożółkłej trawy i splunął w to miejsce gęstą śliną. Zatarł plwociny podeszwą.

– Nie wiesz tego ode mnie, okej? – odezwał się ponownie, gdy Warot spojrzał mu w oczy.

Cisza się przedłużała.

– Mów – ponaglił sąsiada, kiedy jego serce zaczęła zalewać fala strachu.

Magiera pokiwał głową.

– Jest konkretny syf – wydusił w końcu. – Zaginęła dziewczyna twojego brata.

 

 

W przestronnym, utrzymanym w nowoczesnym stylu salonie Magierów drzwi tarasowe poskrzypiwały delikatnie na skutek przeciągu. Magiera był w domu sam. Baśka przycinała dzikie wino, które oplatało tuje rosnące niemrawo w szpalerze przy ogrodzeniu. Co rusz wyciągała z żywopłotu długą wić rośliny i rzucała ją na aluminiową taczkę, w której uzbierał się wysoki kopczyk gałęzi. Pracowała z wdziękiem, podrygując rytmicznie. Z uszu zwieszały się białe kable słuchawek, które ginęły w kieszeni na piersi czerwonych ogrodniczek. Bose stopy miała wsunięte w kroksy. W końcu dostrzegła Warota, uśmiechnęła się szeroko i zamachała dłonią ukrytą w kolorowej rękawiczce, po czym wróciła do swojego zajęcia. Warot pozdrowił ją uniesieniem brody, ale nie zdążył odwzajemnić gestu.

Magiera przyniósł dwa radlery i usiadł na skórzanej sofie. Poprosił Warota, by ten zrobił to samo. Przez chwilę żaden z nich nie otworzył ust. Gospodarz skosztował piwa bezalkoholowego z oszronionej butelki. Oparł ją dnem o podłokietnik, na którym powstał nieregularny, wilgotny okrąg. Kiedy go dostrzegł, starł ręką, a następnie osuszył wnętrze dłoni o nogawkę spodni.

Warot wsunął palce we włosy, starając się zebrać myśli po tym, czego się dowiedział od policjanta. Z jego radlera nic nie ubyło. Ulatniał się jedynie gaz, a drobne krople spływały po ściance na lakierowany blat.

– Skąd wiesz o jej zaginięciu? – spytał Piotr, wodząc wzrokiem po jasnobrązowych fugach między kaflami imitującymi dębowe deski.

– Dyżurny mi powiedział. Siostra nam to zgłosiła. – Magiera upił kolejny łyk.

– Siostra?

– Tak, siostra Aliny, Wiktoria. Chyba tak ma na imię. – Policjant nachylił się i wtedy Warot dostrzegł, że gospodarz wydął wargi.

Piotr opadł na oparcie kanapy i przymknął oczy, nakrywając je ciepłymi dłońmi.

– Ale czegoś tu nie rozumiem – odezwał się po chwili.

– No, dawaj – zachęcił go sąsiad.

– Moim zdaniem to się kupy nie trzyma.

– W sensie? – Magiera westchnął, a potem wskazał na stojącego przed Warotem radlera. – Wypijesz?

– Nie, dzięki.

Sąsiad zabrał mu piwo, stękając.

– Mów, mów – zachęcił, robiąc kółka dłonią, którą następnie przetarł szyjkę butelki.

Warot westchnął.

– Nie, to się na pewno kupy nie trzyma – powtórzył z pełnym przekonaniem i omiótł wnętrze salonu Magierów.

– Ale co konkretnie masz na myśli? – Policjant uniósł brwi.

– Aleks przyjechał do nas taksówką w piątek przed osiemnastą.

– Sam?

– Tak.

– Powiedział, dlaczego nie zabrał Aliny?

– Zbył to jakimś żartem. – Warot zmarszczył czoło. – Ale potem mówił, że próbował dzwonić do niej, pisał esemesy.

– A jak się zachowywał?

– Właśnie o to mi chodzi. – Warot uniósł dłonie. – Wszystko było jak zawsze, normalnie. Znasz go, wiesz, jaki jest mój brat. Powygłupiał się z dzieciakami, poszalał w ogrodzie, wszędzie go było pełno.

Magiera skinął głową.

– Ale to jeszcze niczego nie wyklucza.

– No bez jaj! – Piotr prychnął. – Gdyby wiedział, że Alina zaginęła bez wieści, nie zachowywałby się w ten sposób! Nie przyjechałby do nas na grilla i nie szalał z dzieciakami w ogrodzie.

Magiera nachylił się, pokręcił głową i znowu wydął wargi.

– Czy jesteś tego absolutnie pewien?

– Wojt, do cholery! To jego dziewczyna.

Magiera siedział nieruchomo, zgięty jak pałąk, ze wzrokiem wbitym w butelkę, którą trzymał za szyjkę między szeroko rozłożonymi udami.

– Dobrze wiesz, bo sam mi to zresztą mówiłeś, że pisarze nie mają startu do scenariuszy, które tworzy życie.

– Eee, pieprzenie. Tak się tylko mówi – bronił się Warot.

– Twoje pieprzenie. – Sąsiad wskazał na niego palcem.

Zapadła cisza.

– To się nie trzyma kupy – powtórzył Warot.

– Nie wiesz, co się stało. Wykluczasz jedną wersję, bo nie widzisz innej.

– Nie chodzi o to, że nie widzę innej. Chodzi o to, że… – Urwał, bo nagle coś mu przyszło do głowy.

„Nic nie jest tym, czym się wydaje”. Podstawowa pisarska zasada, którą zresztą sam wykorzystywał, prowadząc zajęcia na warsztatach kreatywnego pisania. A skoro tak, to do tej pory musiał patrzeć na sprawę Aleksa ze złej perspektywy.

Momentalnie zaschło mu w gardle.

Magiera uparcie się w niego wpatrywał.

– Chyba nie zamierzasz powiedzieć, że Aleks… – Piotr zawiesił głos, a sąsiad złączył opuszkę kciuka i palca wskazującego, po czym przejechał nimi przez usta, jakby zamykał je na zamek błyskawiczny. – Że to on może stać za jej zaginięciem?

Magiera ponownie napił się piwa.

– To normalne, że w takich sprawach każda wersja musi być brana pod uwagę. Każda. Bo kto najczęściej stoi za zaginięciem kobiety?

Warot miał przed oczami okrągłą twarz młodszego brata, którego czoło przykrywały blond kędziory.

– Jej facet. – Te słowa z trudem przeszły mu przez gardło.

– No, sam widzisz. – Gospodarz wstał i otrzepał ręce.

– Na Boga, przecież znasz Aleksa. – Piotr klepnął się energicznie w uda. Czerwone placki wykwitły na skórze tuż przed strzępiącymi się nogawkami dżinsowych szortów.

– I tak już za dużo ci powiedziałem – odparł sąsiad, czekając, aż Warot się podniesie. – Ale to by pasowało, bo najpierw zaginęła ona, a teraz Aleks.

Chciał zaprotestować, ale zamiast tego sięgnął po aparat i wybrał numer brata. Młody nie odbierał. Mimo to Warot nie zamierzał przerwać połączenia. Liczył sygnały. Po dziesiątym zrezygnował.

– No widzisz – odezwał się Magiera.

– Wysyłał mi esemesy. – Piotr dźwignął się, gdy w drzwiach balkonowych stanęła żona Magiery. Wyjęła słuchawki z uszu i uśmiechnęła się do gościa.

– Cześć, Piotruś – rzuciła, przekraczając próg i ściągając z głowy słomkowy kapelusz. Potrząsnęła głową, żeby krótkie ciemne włosy wróciły do ładu.

– Hej – odparł Warot i od razu odwrócił twarz do Magiery. – Namierzyliście go?

– Tego nawet ja nie wiem.

– A dasz radę to sprawdzić?

– Nie mogę przekazywać takich informacji – rzekł twardo.

Basia spochmurniała

– Co się dzieje? – zaniepokoiła się.

– Nic. Piotr musi już iść – odparł jej mąż.

Warot poczuł, że koszulka lepi mu się do pleców. Otarł wilgotne czoło.

– Dzięki – stwierdził i przeszedł do korytarza.

Kiedy otworzył drzwi, wywołał przeciąg. Przytrzymał klamkę mocno w dłoni.

– To nie tak, jak myślisz – dodał.

Magiera dał mu znak, by się posunął, a kiedy Warot to zrobił, wyszedł na zewnątrz.

– Wojtek, przeciąg! – krzyknęła Basia, ale Magiera zdążył bezpiecznie domknąć drzwi. Wiatr się uspokoił.

– Chuj z tym, co myślę – wyszeptał mężczyzna. – Tak to po prostu wygląda. Operacyjni już na pewno działają w tej sprawie, ale nie wiem, czy namierzyli Aleksa. Nie mogę im się wpierdalać w śledztwo, przecież wiedzą, gdzie mieszkam i kto jest moim sąsiadem. Musisz to zrozumieć.

Warot popatrzył na swój dom, na xsarę picasso, na której kładł się cień wierzby płaczącej rosnącej na działce obok.

Nie słyszał głuchych uderzeń piłki o mur ani radosnych pokrzykiwań Nadii. Ta cisza brzmiała złowrogo i dlatego przeszedł go dreszcz. Jedynie wiatr szeleścił w gęstej czuprynie starego, smutnego drzewa.

W oknie łazienki na piętrze dostrzegł Karolinę. Zerkała w lewo, w kierunku drogi, którą on sam niedawno przyjechał. Przypomniał sobie tę chwilę i to, jak szybko żona skończyła rozmawiać z Magierą i schowała się w domu.

Czego się dowiedziała?

Podszedł do furtki, ale zanim do niej dotarł, coś zrozumiał. Wojtek wciąż stał na ganku, gdy Warot się do niego odwrócił.

– Moja żona – stwierdził.

Magiera wyglądał na zaskoczonego.

– O co ci chodzi?

– Na co tak zareagowała? – dopytał Piotr.

Sąsiad rozłożył ręce i uśmiechnął się sztucznie.

– Co masz na myśli?

– Nie zaczekała na mnie. A wręcz mam wrażenie, że gdy tylko dostrzegła samochód, schowała się w domu – stwierdził.

Szum drzewa narastał.

– Nie zareagowałaby tak, gdybyś powiedział jej to samo co mi – zauważył.

Wojciech wypchnął językiem górną wargę, po czym wsunął dłonie w kieszenie spodni.

– Co takiego jej powiedziałeś, co? – Piotr zbliżył się do kumpla i wtedy kątem oka dostrzegł ruch.

To nie drzewo tak szumiało. Pod ich domem zaparkowało porsche cayenne. Na czarnej karoserii układały się miękko promienie dogasającego słońca. Warot znał ten wóz doskonale. Nie mógł jednak zauważyć mężczyzny za przyciemnionymi szybami.

Silnik pracował cicho.

– Co jej powiedziałeś? – Zrobiło mu się duszno.

Magiera splunął na kostkę granitową, którą wyłożono ganek.

Dobiegł ich głuchy trzask zamykanych drzwi samochodowych.

– Zaginięcie Aliny zgłoszono w czwartek. A tego dnia sąsiadka Aleksa widziała, że jego dziewczyna wsiadła do twojego samochodu – powiedział wreszcie, wskazując brodą na xsarę. – Opisała cię dokładnie.

Warot poczuł, jak przyspiesza mu tętno. Czoło zrosił pot.

– Coś was łączy? Masz z nią romans? – spytał Magiera. – Z tą Aliną?

– Romans? Z dziewczyną brata? Zdurniałeś?

Sąsiad cmoknął i przeniósł wzrok za plecy Warota.

– A jednak wygląda na to, że ktoś próbuje zadbać o twoje bezpieczeństwo – stwierdził, po czym dodał ciszej: – Karolina szybko zadziałała.

Warot się odwrócił.

– Najdroższy mecenas w mieście. – Magiera zagwizdał cicho.

Niski, białowłosy mężczyzna skinął im głową.

Szlaka zgrzytała pod podeszwami jego butów i już po chwili jego teść wciskał przycisk domofonu.

Teść, który szczerze go nienawidził.

 

 

Warot nie wszedł do domu.

Postanowił pojechać do Aleksa, ale tuż po tym, jak nawrócił na wąskiej osiedlowej drodze, wybrał numer żony i przełączył smartfon na tryb głośnomówiący.

Połączenie zostało zerwane, więc powtórzył. Znowu nie odebrała.

Spróbował raz jeszcze, z takim samym skutkiem.

– Co jest, do cholery?

Zadzwonił do Borysa.

Syn odebrał przyciszonym głosem.

– No cześć, ojciec.

– Hej.

– Przyjedziesz?

– Tak, będę za chwilę, ale wybrałem się do wujka. Sprawdzę, co u niego, i zaraz wracam.

– Widziałeś się z nim?

– Nie, przecież mówię, że do niego jadę – starał się ukryć irytację w głosie.

– To po co przyjechałeś do domu?

– Miałem zostawić wam pierogi od babci.

– Ale nie zostawiłeś.

Warot się skrzywił.

– Zagadałem się z sąsiadem. Przyjadę za kilka minut. Mama na pewno zrobi wam coś do jedzenia.

– No i super, i znowu będziemy wpieprzać naleśniki. Świetnie, wielkie dzięki – zdenerwował się syn.

– Miarkuj się – zganił go Piotr. – I powiedz mi, czego chce dziadek. Po co przyjechał?

– Nie wiem.

– Nie widziałeś się z nim?

– Widziałem, ale jestem już na górze. Może po prostu chciał się z nami zobaczyć, nie?

„Zobaczyć z nami? To dlaczego siedzisz przed komputerem?”, Warot zezłościł się w duchu.

– Nie lubisz dziadka, co, ojciec?

Piotr podrapał się po brodzie.

– To nie tak. Po prostu w świecie dorosłych sprawy potrafią się skomplikować. – Nabrał powietrza, a kiedy je wypuścił, odezwał się ponownie: –Tolerujemy się, a to i tak nieźle, prawda?

Borys nie odpowiedział.

– No więc czego chce dziadek?

– Mówiłem, że nie wiem, bo poszedłem na górę. Gram teraz. Mama mi pozwoliła.

– Okej. Ale mam do ciebie prośbę. Zejdź na dół i poproś mamę, żeby do mnie zadzwoniła.

– Sam do niej zadzwoń.

– Dzwoniłem, nie odbiera.

– Jeez! – jęknął chłopak.

– Zejdziesz?

– Tak! – warknął.

– Najlepiej zrób to od razu – poprosił Piotr.

– Ja się zabiję! – Borys westchnął. – Dobra! Już idę.

– Trzymaj się.

– Ty też – odparł chłopak, a Warot usłyszał, jak zbiega po schodach. – I przywieź w końcu te pierogi.

Dojechał do drogi prowadzącej do Zamku Bierzgłowskiego, po czym skręcił w prawo. Po kilkuset metrach odbił w drugą stronę, w asfaltówkę wijącą się przez wysoki las. Tylko gdzieniegdzie między wąskimi pniami przebijała brązowa ziemia pobliskich pól skąpanych w zachodzącym słońcu. W oddali snuł się traktor z przyczepą.

Zerknął na ekran smartfona, który wciąż pozostawał w uśpieniu.

– No, dzwoń – zniecierpliwił się, a potem długo bębnił palcami o udo.

Kiedy zostawił las za sobą, długie cienie przydrożnych drzew wyciągały się w jego stronę, jakby chciały go złapać. Odchylił zasłonę przeciwsłoneczną i poprawił się w fotelu. Po kilku płynnych zakrętach wrzucił kierunkowskaz i skręcił w prawo, w ulicę Księżycową, gdzie parterowy dom brata od razu rzucił mu się w oczy.

Budynek stał na otwartej przestrzeni.

Warot wjechał na znajdujący się przed ogrodzeniem plac z brązowej kostki. Na klinkierowych słupach gdzieniegdzie widniały białawe zacieki. Farba ze stalowych paneli płotu miejscami się łuszczyła, odsłaniając rdzawe rany.

Wysiadł z wozu i rozejrzał się.

Na działce obok czerwone ściany cegieł pięły się w górę i sięgały ponad otwory okienne. Wokół budowy zalegały dwie góry piachu, połamane palety i osłonięta plandeką betoniarka. W pobliżu wejścia niewielki blaszany garaż zżerała rdza.

Po przeciwnej stronie drogi znajdowały się dwa dwupiętrowe szeregowce z modnymi drewnianymi wstawkami na elewacji. Każdy miał po pięć segmentów. Kilka samochodów tonęło w cieniu przed garażami.

Odwrócił się i spojrzał w okna domu Aleksa.

Żadnego ruchu.

Nacisnął domofon w chwili, gdy jego smartfon rozbrzmiał rockowym riffem.

– Gdzie jesteś? – spytała Karolina.

– Przyjechałem do Aleksa. – Podszedł do furtki. Nie była domknięta, więc ją popchnął. Uchyliła się z krótkim zgrzytem, jakby w zawiasach tkwiły ziarna piachu.

Elektromagnes bez problemu dał się odchylić na bok. Nacisnął domofon, ale nie zadziałał. Jakby do urządzenia nie dochodził prąd.

– Przecież byłeś już pod domem. Myślałam, że wejdziesz.

– A twój ojciec? – Usłyszał, jak żona wciąga powietrze. – Po co przyjechał?

Nie odpowiedziała.

– Wolałabym, żebyś tu był.

Szedł już w stronę drzwi wejściowych.

– Będę. Ale najpierw chciałbym się zobaczyć z Aleksem.

– Jest w domu?

– Obawiam się, że nie. – Zapukał głośno, aż zadudniło. – Aleks!

– Przyjedź, proszę. Musimy porozmawiać. – Karolina nie dawała za wygraną.

– O czym?

– Po prostu wróć do domu. Proszę. – Rozłączyła się.

Skonsternowany zerknął na aparat, po czym wsunął go do tylnej kieszeni szortów.

– Aleks! – zawołał ponownie i nacisnął klamkę.

Drzwi były zamknięte.

Podszedł do okna i przybliżył twarz.

Zerknął na brudne naczynia w zlewie, okruchy na stole, słoik, w którym pływało kilka ogórków. Obok leżały srebrne blistry lekarstw. Pewnie tych na niedoczynność tarczycy.

W zasadzie nic nie powinno wzbudzać jego podejrzeń, a jednak przygryzł wargę.

Kuchnia łączyła się z niewielkim salonem, ale tam również wszystko wyglądało tak, jak się tego spodziewał. Normalnie. Skotłowany koc na fotelu, kilka gazet wetkniętych w stojak na podłodze przy kominku. Na niskiej ławie przy skórzanym komplecie wypoczynkowym dostrzegł ulubiony pomarańczowy kubek Aleksa z logotypem jego ukochanej marki motocyklowej – Harley-Davidson. Dostał go od Aliny, kiedy kupił nowego softaila classic i od tamtej pory traktował go jak motocykl. Chociaż właściwie należałoby powiedzieć: jak relikwię.

Warot obszedł dom z boku i zerknął do kolejnego pokoju, w którym Aleks zorganizował sobie domową siłownię. W narożniku pomieszczenia stało biurko komputerowe, a obok – kilka regałów na książki. Pośrodku widniała stalowa konstrukcja atlasa z ławeczką i obciążnikami. Hantle i sztanga podpierały ścianę.

Do drugiego pokoju Warot nie mógł zajrzeć, bo roleta zewnętrzna była opuszczona. Tak samo jak nie mógł zerknąć do dwustanowiskowego garażu, z którego wchodziło się do pomieszczenia gospodarczego, a następnie do kuchni.

Przeszedł na tył działki. Na zadaszonym, wyłożonym deską kompozytową tarasie wszystko wyglądało tak, jak ostatnio, gdy Warot tu był. Pusty obszerny hamak wisiał rozpięty na stelażu pod oknem salonu, a bliżej zejścia na trawę stały wiklinowe fotele, kiedyś lakierowane na biało, teraz gubiły farbę i czekały na fachową renowację.

Warot bez cienia nadziei popchnął drzwi tarasowe, ale te nawet nie drgnęły. Ponownie spojrzał do wnętrza salonu, tym razem z innej perspektywy. Pomarańczowy kubek do połowy wypełniał czarny płyn. Prawdopodobnie kawa. Stąd widział też uchylone drzwi do łazienki. Miał wrażenie, że jasny trapez przed nimi to efekt włączonego światła.

Zastukał energicznie w szybę.

– Aleks!

Nic się nie wydarzyło.

Czy rzeczywiście świeciło się tam światło? Nie był tego taki pewien.

Drzwi do sypialni, której okno przesłaniała roleta, nadal były zamknięte. Przez głowę przemknęła mu myśl, że może brat śpi.

Warot nie miał kluczy do jego domu. W zasadzie żałował, że ich nie wziął od rodziców. Obaj zostawili im po jednym komplecie. Na wszelki wypadek.

Odwrócił się w stronę niewielkiego ogrodu, który stykał się bezpośrednio z zaoranymi polami i ze szpalerem dzielących miedzę topól. Wiatr głaskał liście drzew, one zaś szumiały cicho, jednostajnie. W rogu działki znajdował

się drewniany domek ogrodowy, niedawny zakup brata. Drewno pachniało świeżością. Aleks miał zabezpieczyć elewację specjalnym olejem, ale wciąż to odkładał. Obok domku, w którym brat trzymał narzędzia ogrodnicze, kosiarkę i rowery, znajdował się murowany grill. Jego dno wyściełały grudki spopielonego brykietu. Na tylnej ściance układały się czarne języki sadzy, a dawno niemyty ruszt oblepiały resztki zwęglonego mięsa.

Warot wrócił po wysokiej, dawno niestrzyżonej trawie przed front domu i wyjął telefon, żeby zadzwonić do brata. Szybko jednak odbił się od znanego mu komunikatu.

– Abonent jest poza zasięgiem.

Wybrał numer do matki. Odebrała niemal natychmiast.

– To ja – stwierdził.

– I co?

– W domu pusto – oznajmił bez ogródek.

– Telefonu też nie odbiera. – Matce zadrżał głos.

– Wiem, dzwoniłem do niego.

– Mój Boże – jęknęła matka. – Gdzie on się podziewa?

Nie miał pojęcia.

– Trzeba to zgłosić. – Usłyszał w tle podenerwowany głos ojca. – Trzeba iść na policję. Daj mi Piotra.

Antoni Warot przejął słuchawkę.

– Słuchaj, synku, trzeba to koniecznie zgłosić na policję – rzucił głosem pełnym napięcia. – To niepodobne do Aleksa. Musimy zacząć go szukać.

Piotr spiął mięśnie i poczuł, jak dreszcz przebiega mu wzdłuż kręgosłupa. Odsuwał od siebie tę myśl, ale dłużej się nie dało. Jeśli Aleks naprawdę zaginął, muszą wziąć się do roboty.

– Zajmę się tym, ale najpierw chciałbym sprawdzić jego dom. Wejść do środka. Dlatego podjadę do was po klucze, dobra?

Ojciec nie odpowiedział.

– Tato?

Antoni Warot odchrząknął.

– Może pojadę z tobą na komisariat? – zmienił temat.

– Nie, daj spokój, wiesz, ile to potrwa. Siedźcie w domu, na wypadek, gdyby Aleks się odezwał. Zresztą może byś obdzwonił rodzinę. Niewykluczone, że Aleks wsiadł na harleya i ruszył w Polskę.

– I nie dałby żadnego znaku? No chyba że… – Ojciec zawiesił głos. – Że miał wypadek.

– Jezus Maria. – Warot usłyszał zawodzenie matki.

– Spokojnie, nie panikujmy. Aleks to żywioł, z nim wszystko jest możliwe – próbował się zaśmiać, ale zabrzmiało to sztucznie.

Nie rozłączył się. Czuł, że powinien powiedzieć rodzicom to, czego dowiedział się od Magiery.

– Jest coś jeszcze – zaczął smutno.

Ojciec milczał w pełnym napięcia oczekiwaniu.

– Podobno kilka dni wcześniej zaginęła Alina. – Czekał na reakcję ojca.

– Chryste… Skąd to wiesz?

– Od Wojtka Magiery.

– Od tego policjanta? Ale to niemożliwe, przecież Aleks coś by nam powiedział!

– O tym samym pomyślałem i podzieliłem się tym z Magierą – wyjaśnił. – Ale siostra Aliny zgłosiła jej zaginięcie w czwartek.

– Rozmawiałeś…

W tle Warot usłyszał jakiś rumor.

– Rozmawiałeś z nią? – powtórzył ojciec i zaczął ciężko oddychać.

– Jeszcze nie. Ale zrobię to. Przekręcę do niej w drodze na komisariat. – Rozejrzał się wokół.

Z narożnej części szeregowca wyszła kobieta z wózkiem. Wyłoniła się z plamy cienia i przeszła wzdłuż ulicy. Miał wrażenie, że zerknęła w jego stronę.

– Piotrek?

Usłyszał, że ojciec z trudem łapał powietrze.

– Jestem, jestem. Co się dzieje, tato? Dobrze się czujesz?

– Powinieneś coś wiedzieć. – Senior zdołał wydusić z siebie kilka wyrazów między ciężkimi oddechami. – Daj mi…tylko…

W słuchawce rozległy się szmery. Warotowi zdawało się, że traci zasięg. Zrobił kilka kroków w kierunku ogrodzenia.

– Tato?

Szmery narastały, a chwilę później usłyszał donośny, ale głuchy stuk. Najgorsze przyszło jednak tuż po tym.

Wtedy rozległ się krzyk matki.

 

 

Dwie godziny później patrzył na wysoką i szczupłą kobietę, która ocierała chusteczką wilgotne policzki poprzecinane siecią zmarszczek. Worki pod oczami, szare półksiężyce, pogłębiły się jeszcze bardziej. Modnie przycięte siwe włosy oklapły i zmatowiały. A może tak mu się wydawało, może to tylko efekt niekorzystnego światła jarzeniowych lamp na szpitalnym korytarzu.

Matka siedziała zgarbiona na plastikowym krześle, pozbawiona sił, w oczekiwaniu na ostateczny cios. Krucha, bezbronna istota postawiona nad przepaścią. A przecież zawsze miał ją za silną kobietę, której nikt i nic nie zdoła złamać.

Ojciec z rozległym zawałem trafił na oddział intensywnej opieki medycznej. Wciąż nie odzyskał przytomności, a żaden lekarz nie raczył do nich wyjść. Ilekroć drzwi oddziału się otwierały, oboje nerwowo unosili głowy, spinali mięśnie. Za każdym razem trafiali jednak na pielęgniarkę. W końcu Warot zaczepił niską szatynkę w białym kitlu i z kręconymi włosami.

– Przepraszam.

– Tak? – spytała, przyglądając mu się z zainteresowaniem.

– Chciałbym zapytać o stan mojego ojca. – Nie wiedzieć czemu, zaczął niemal szeptać. – Przyjechał tu po ciężkim zawale. Antoni Warot. Chcielibyśmy wiedzieć…

Jej usta rozciągnęły się lekko w nieśmiałym uśmiechu.

Rozpoznała w nim pisarza znanego z rozmów w telewizjach śniadaniowych i okładek kobiecych pism. Był tego pewien.

– Chcielibyśmy wiedzieć, jakie są rokowania – dokończył.

– Panie Piotrze – zaczęła. – Lekarz przyjdzie do państwa, jak tylko to będzie możliwe. Na razie proszę o chwilę cierpliwości.

Przymknęła na krótko powieki.

Jej spokój mu się udzielił.

Odwróciła się i odeszła. A gdy odgłos kroków ucichł, Warot z powrotem usiadł obok matki.

– Czekać, czekać – żachnęła się kobieta przez łzy.

Syn ją objął.

– Będzie dobrze. Tata wyszedł już z niejednej opresji – stwierdził.

Zaniosła się szlochem i zadrżała, co wyczuwał pod ręką. Pogładził ją po plecach.

Nabrała powietrza w płuca i uniosła głowę.

– Tak, masz rację. Będzie dobrze. – Poklepała go po udzie. I przyłożyła głowę do jego ramienia. Otarła chusteczką nos.

Czekali, wpatrując się w ścianę naprzeciwko. Warot wodził wzrokiem po linii cięcia wykładziny i nieregularnych deseniach. Próbował odnaleźć w nich te same kształty i powtarzalność, ale stale się gubił i musiał zaczynać od nowa.

Przypomniał sobie o kilku, jeśli nie kilkunastu nieodebranych połączeniach od Karoliny. Przeprosił mamę, która raz jeszcze wytarła nos, i sięgnął po telefon. Odszedł parę kroków w stronę klatki schodowej.

– No wreszcie – warknęła żona.

– Nie złość się. Jesteśmy z mamą w szpitalu. – Znowu mówił szeptem. – Ojciec miał rozległy zawał. Jest nieprzytomny.

– O Boże, jak to? – spuściła z tonu.

Nie wiedział, co powiedzieć.

– Nikt nie chce tu z nami gadać – pożalił się.

– Ale co się stało?

– Nie wiem. Byłem wtedy u Aleksa, nie zastałem go, a potem zadzwoniłem do rodziców, żeby zdać im relację. – Patrzył, jak matka przygląda się wyprostowanym palcom swojej dłoni. Skóra na rękach była pomarszczona. Zgnieciona chusteczka leżała na podołku. – Wtedy usłyszałem rumor. Podobno tata nagle się osunął na podłogę.

– Matko Boska. – Karolina westchnęła cicho, być może nie chciała niepokoić dzieci. – To nie mogłeś do mnie zadzwonić od razu?

– Masz rację, przepraszam. Powinienem to zrobić, ale czekamy na lekarza.

– Rozumiem. Zadzwoń, jak się czegoś dowiesz, dobrze? – naciskała.

– Jasne. A co u was? Jak dzieciaki?

– Wszystko w porządku – odparła.– Dajemy sobie radę.

– A twój ojciec?

– O co pytasz?

– Czy jest w domu?

– To dlatego nie chciałeś wejść?

– Dobrze, wiesz, że to nie tak – stwierdził cicho.

– Jest i czeka na ciebie.