Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Magda i Paulina prowadzą agencję zatrudniającą pomoce domowe. Współpracują również z fundacją prowadzoną przez leciwą damę z pretensjami. Każda z ich pracownic i każdy z klientów ma własną historię, bo w każdym domu - jak to w życiu - coś się dzieje. A i w życiu Magdy nie wszystko układa się zgodnie z planem.
Zwykła codzienność szybko okazuje się pełna niespodzianek. Zaginięcia, pożary, morderstwa, biżuteria ze szlachetnymi kamieniami i fałszerze skutecznie komplikują życie bohaterom. A wszystko to pod czujnym okiem kamer.
Czy nieprzemyślany weekendowy wyjazd z przystojnym mężczyzną zachwieje małżeństwem Magdy? Czy problemy pozostałych bohaterów uda się szczęśliwie rozwiązać? I jak łatwo można dać się oszukać, kupując biżuterię z niesprawdzonych źródeł?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 233
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Anna M. Brengos Copyright © 2026 by Lucky
Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz
Źródło obrazu: Sopacha i Nur (elementy AI, stock.adobe.com)
Skład i łamanie: Michał Bogdański
Redakcja i korekta: Halina Bogusz
Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom
Dystrybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54
e-mail: [email protected]
Wydanie I
Radom 2026
ISBN 978-83-68684-93-3
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Przedstawiam Państwu przyjaciółki i wspólniczki: Magdę i Paulinę. Od kilku lat z sukcesem prowadzą agencję pomocy domowych. Zatrudniają osoby sprzątające i złotą rączkę w osobie Ryśka Waligóry, który pojawia się, gdy coś się psuje, czyli rzadko.
Na stałe w agencji pracują:
Sylwia – rozsądna dziewczyna, mająca za partnera życiowego Zbyszka. Uczciwa i prostolinijna, dbająca o dobro agencji jak o własne.
Sylwia pracuje w domu państwa Grochowiaków. Państwo Grochowiakowie przez cały dzień siedzą przy komputerze. Jest to ich narzędzie pracy (często zdalnej) i rozrywki. Są nim całkowicie pochłonięci, podobnie jak ich nastoletni syn.
Dorota – choć związana z poczciwym Maćkiem, dla prawdziwej miłości gotowa popełnić każdą zbrodnię.
Jest zatrudniona u Boreckich mieszkających w pięknej willi z tarasem. Pan Borecki jest zapracowanym biznesmenem. Pani Bogumiła dla odmiany nie musi pracować. „Leży i pachnie”, chociaż mogłaby z powodzeniem wykorzystywać swoją znajomość języków obcych.
Iza – choć wywiązuje się ze swoich obowiązków, to chętnie wszystko by robiła, żeby nic nie robić.
Ma stałe zlecenie w domu Konrada Rudeckiego. To zamożny młody człowiek, trochę szpaner. Chociaż potrafi używać życia i uchodzi za lekkoducha, to w interesach jest nadzwyczaj uczciwy. Tej uczciwości wymaga też od otoczenia, sprawując „dyskretną” kontrolę.
Gabryśka – ma męża nieroba, na którego musi pracować. Swoją pracę traktuje zadaniowo. Robi swoje, nie wchodząc w bliższe relacje ze zleceniodawcami. Początkowo pomagała panu Skowrońskiemu, ale niezbyt im się układało. Na zastępstwo za Majkę przeszła do Kownackich.
Majka – rozdarta między pracą w mieście a chorą mamą na wsi.
Zajmuje się domem państwa Kownackich. Głowa rodziny ciężko tyra, prowadząc interesy, by spłacać kredyt. Rozpieszcza małżonkę i obsypuje ją drogimi prezentami. Państwo Kownaccy mają małego synka Kazia zwanego przez wszystkich Glutkiem. Glutek właśnie nauczył się chodzić i wszędzie go pełno.
Warto poznać również osoby związane z fundacją, dla której przyjaciółki czasem pracują.
Prezeską jest pani Anastazja Goldberg, leciwa dama z pretensjami i koneksjami, chcąca za wszelką cenę zatrzymać młodość.
Jej dwie prawe ręce to Eleonora i Marceli, którego wkrótce zastąpi Gustaw.
Reszta postaci pojawiać się będzie sukcesywnie.
Zapraszam do lektury :-)
Magda siedziała na kanapie w salonie i zastanawiała się, czy nie upadła na głowę. U jej stóp stała niewielka torba podróżna z ciuchami i druga, jeszcze mniejsza, zawierająca wszystkie kobiece drobiazgi niezbędne na wyjazdach, w tym kosmetyki, scyzoryk i żel odkażający. Na kolanach nerwowo ściskała nieodłączną torebeczkę, w której spoczywały portfel, telefon i klucze.
Co ja wyprawiam? – pytała siebie już po raz enty i po raz enty nie potrafiła sobie udzielić odpowiedzi.
A co wyprawiała? Przyjęła zaproszenie na jacht. Weekend na jachcie. Brzmi, jakby to współczesny klasyk powiedział, epicko. Sympatycznie, obiecująco i zachęcająco. Magda też się dała zachęcić. Konradowi.
Kim jest Konrad Rudecki? Znajomym znajomej. To nie znaczy, że Magda go znała. W każdym razie nie na tyle, żeby z prawie obcym facetem spędzać weekend. Tym bardziej że formalnie jest zamężna. Mąż Magdy był prawie jak żona. Lubił gotować, dbał o wygląd i bez zachęty sprzątał łazienkę... Jeśli akurat był w domu, więc zwykle rzadko. Jego działalność wymagała ciągłych wyjazdów. Przy tym nie lubił mówić o swojej pracy. Nagabywany stwierdzał krótko, że dba o dobry sen. Po trzech latach małżeństwa Magda jeszcze nie rozgryzła, czy zajmuje się sprzedażą bielizny pościelowej, czy środków nasennych. W każdym razie ciągle go gdzieś wysyłali i Magda zdążyła się przyzwyczaić. Teraz też go nie było. Może gdyby był, wybiłby Magdzie z głowy nieprzemyślaną eskapadę. Może chociaż ugotowałby coś smacznego, żeby warto było zostać w domu. Ale nie. Lodówka pusta, garaż pusty, łóżko puste...
– Ło matko! – Magda aż zasłoniła usta dłonią.
Uzmysłowiła sobie, że jeśli facet (dodajmy, przystojny i samotny) zaprasza kobietę na jacht, to może i będą oglądać łabądki i zachody słońca, ale gdy to słońce w końcu zajdzie, będzie oczekiwał wdzięczności za zaproszenie. Tego nie uwzględniła w kosztach wyjazdu.
– O choleeera!
Dotarło do niej, że niewinny z założenia weekend grozi zdradą małżeńską.
Ale to nie tak miało być – pomyślała skonsternowana.
Może zdołałaby wszystko odwołać, gdyby miała więcej czasu do zastanowienia. Jej rozważania przerwał odgłos klaksonu. Drgnęła na ten dźwięk.
– A w dupie! Raz kozie śmierć! Jakoś to będzie.
Zebrała bagaże i ruszyła naprzeciw przeznaczeniu.
Już w drodze na podjazd mogła stwierdzić, że jeśli wsiądzie do samochodu Konrada, to przekroczy granice własnej bajki. Toż wystarczyło spojrzeć na jego auto – ewidentnie na anabolikach. Skrzyżowanie czołgu z karawanem. Wielkie, czarne, pokryte matowym lakierem. Ze zderzakami przeznaczonymi chyba do rozpychania ciężarówek na trasie. Z przyciemnianymi szybami, przez które nie było widać wnętrza. Do tego z reflektorami wielkości i w ilościach jakby miały oświetlić scenę na Stadionie Narodowym. A kiedy podeszła od tyłu, chcąc wstawić swój dobytek do bagażnika, zauważyła jeszcze rury wydechowe przywodzące na myśl Nord Stream 2.
Najpierw z cierpliwością, później ze zdumieniem stała przy tym bagażniku (a właściwie wrotach do piekieł), czekając, aż właściciel auta zainteresuje się jej obecnością.
Stała....
Stała...
Stała...
A kiedy już zdecydowana była odwrócić się i odejść, drzwi kierowcy otworzyły się i wysiadł ON.
– Zdzwonimy się – zakończył rozmowę i rzucił telefon na fotel.
Białe spodnie, białe skarpetki, białe zęby (bodaj licówki) i czarny T-shirt opięty na napompowanych mięśniach. Prawie czarna opalenizna zdobyta bynajmniej nie nad Bałtykiem ani na Mazurach.
– Czemu się nie pakujesz? – spytał.
Żadnego dzień dobry, przepraszam albo dziękuję, że czekałaś. Żadnego miło cię widzieć, ładnie wyglądasz, żadnego wytłumaczenia, dlaczego musiała tu sterczeć dobrych kilka chwil, ani grzecznościowego słowa powitania.
Łaskawie otworzył bagażnik, po czym rzucił się, by odebrać kolejne połączenie.
– Czego znowu? – warknął w słuchawkę.
Magda zorientowała się, że nie ma co liczyć na pomoc w umieszczeniu swoich rzeczy w aucie. Ułożyła zatem torby w bagażniku obok tłumoka nakrytego niezbyt czystą płachtą, zamknęła klapę i podeszła do drzwi pasażera. Nie wiedziała, czy tu też ma się sama obsłużyć, czy czekać na jakiś ruch ze strony gospodarza – otwarcie auta czy choćby zaproszenie.
Przyszło przez otwarte okno w formie zachęcającego machnięcia ręką, co miało oznaczać „wsiadaj”. No to wsiadła.
We wnętrzu zapach nowości nachalnie stłumiony był przez waniliowe odświeżacze. Śniadanie podjechało Magdzie do gardła. Przełknęła ślinę, zaczerpnęła świeżego powietrza i zamknęła drzwi, bacząc, by nie trzasnąć, po czym wygodnie umościła się w fotelu.
Konrad uruchomił silnik, co spowodowało automatyczne przełączenie rozmowy z telefonu na zestaw głośnomówiący. Od teraz do końca trasy Magda była świadkiem kilku, jeśli nie kilkunastu rozmów, z których jedne przebiegały w tonie „ą-ę”, a inne nafaszerowane były rynsztokiem. Jakby się słuchało dwóch różnych facetów. Słowa, które padały z ust Konrada poza rozmowami telefonicznymi, zwrócone były głównie do kierowców z sąsiednich aut, czego i tak nie słyszeli. I dobrze. Gdyby do nich dotarły wszystkie inwektywy, mogłoby dość do rękoczynów.
Mężczyzna prowadził pewnie, choć agresywnie. Co chwilę albo przyspieszenie wbijało Magdę w fotel, albo hamowanie rżnęło ją pasami w obojczyk. Zaparła się stopami w podłogę, by nie rozpłaszczyć się na przedniej szybie. Miotało nią jak kukiełką. Nie była zachwycona slalomem między autami, ale bała się zwrócić Konradowi uwagę. Bo jeśli nie tylko za kierownicą był nieobliczalny???
Po zjechaniu z trasy szybkiego ruchu zrobiło się tylko gorzej. Te mazurskie drogi budowali jeszcze Niemcy, mając w umyśle strategie wojenne.
Wąskie i kręte szosy ograniczają rajdy... Znaczy... normalnym kierowcom, bo Konrad ograniczeń nie uznawał. Wyprzedzanie na podwójnej ciągłej i wchodzenie w zakręty na pełnym gazie po kilkunastu kilometrach przestało na Magdzie robić wrażenie, poza tym że chroniła głowę przed guzami od ściany bocznej i zagłówka. Już wcześniej wyjęła spinkę, żeby w razie wypadku nie wydłubywać jej z czaszki. Spotkało się to z pełnym zachwytu „Yyyyyymmmm!”, bo rozsypanie się włosów uznane zostało za prowokacyjne. I to była jedyna oznaka, że facet w ogóle pamięta, że ma pasażera.
W krótkim czasie dotarli do mety. Oczom Magdy ukazała się ciężka brama w ogrodzeniu rodem z Sing Sing. Uzbrojona była w system kamer, które śledziły przybyłych. Naliczyła ich osiem, a domyślała się, że i tak nie wszystkie były widoczne. Po cztery z każdej strony wjazdu. Podwoje za naciśnięciem guzika w pilocie otworzyły się jak wrota Sezamu. Gdy przejechali, zatrzasnęły się automatycznie. Magda odniosła wrażenie, że znalazła się w pułapce, skąd uratować ją może tylko smok albo rycerz, który już niejednego smoka zabił. Wewnętrzna droga prowadziła pomiędzy starannie przystrzyżonymi trawnikami i wygolonymi w fantazyjne kształty żywopłotami. Po prawej stronie minęli pawilon wartowni (tak, pawilon, nie budkę). Dalej szklany dom stanowiący biuro ośrodka. Reszty nie było widać, bo niknęła za ścianami zieleni. Ponad linię drzew i krzewów nie wystawał żaden budynek, a sądząc z kilometrów płotu, powinno tu być coś więcej niż tylko biuro.
Gdy zjechali ze wzniesienia, ich oczom ukazał się port. Wąski kanał o wybetonowanych brzegach, w którym po jednej stronie zacumowane były jachty. Prawie wszystkie motorowe. Tiaaa.... jachty... Magda nie przypuszczała, że takie kolosy mogą pływać po polskich wodach śródlądowych. Niektóre wyglądały jak żelazka na anabolikach, inne jak kanonierki z przyszłej wojny, jeszcze inne stanowiły skrzyżowanie werandy z kontenerowcem. Trzy pokłady to średni standard. Większość stała osamotniona, bez załogi, bez właścicieli. No właśnie, czy właściciele to załoga? Nie było czasu się zastanowić, bo auto właśnie wjechało wprost na keję i zatrzymało się przy jednej z „kanonierek”.
Magda nie zdążyła wypiąć pasów, gdy przy samochodzie zmaterializował się młody, opalony człowiek w koszulce z logo portu. Usłużnie otworzył drzwi od strony kierowcy.
– Witamy ponownie – giął się w ukłonach.
Konrad wysiadł, przeciągnął się i od razu skierował do bagażnika. Młodzieniec podążył za nim. Magda na próżno czekała, by ktoś obsłużył jej stronę. No cóż, sama umiała użyć klamki. Po długiej jeździe bez postoju miała zdrętwiałe nogi i chętnie zrobiłaby kilka przysiadów, ale powstrzymała się. Otoczenie wpływało na nią deprymująco.
– Zatankowane? – Konrad rzucił do chłopaka.
– Pod korek – padła odpowiedź. – Przejechaliśmy karcherem cały pokład i Zuzka umyła lodówkę.
– Przyda się – skwitował łaskawie armator i niedbale zwinął płachtę zakrywającą zawartość bagażnika. Oczom Magdy ukazały się wielopaki piwa, karton wina i pojedyncze wielkogabarytowe whisky różnych marek. Chyba z pięć. Chłopak nieproszony złapał stertę zgrzewek i z wprawą przedostał się z nimi na jacht. Nim Konrad poukładał w bagażniku rozsypane drobiazgi, pomocnik wrócił po resztę pakunków. Na Magdę nikt nie zwracał uwagi, przez co czuła się trochę zagubiona. Gdy ostatnia tura maneli została przetransportowana, nie pozostawało nic innego, jak zgarnąć torebkę i podążyć za gospodarzem na pokład.
– Odstawię samochód – zaofiarował się młodzieniec. Złapał w locie rzucone przez Konrada kluczyki i odjechał, by zaraz wrócić w gotowości do pomocy.
– Rozgość się – usłyszała Magda i były to pierwsze słowa od bodaj dwóch godzin skierowane bezpośrednio do niej.
Gospodarz zaprowadził ją pod pokład i zademonstrował jedną z trzech kabin. Jego rzeczy ulokowane zostały w innej. Nie czekał, aż gość się zadomowi, bo znów odbierał kolejny telefon.
Konrad zaordynował dla nas osobne kabiny – zastanawiała się Magda, stojąc na progu. – To bardzo dobrze. – Chociaż obawiała się, że nie będą sobie mydlili oczu, po co mężczyzna wyjeżdża z kobietą na Mazury. Chyba że jadą jako delegacja z urzędu skarbowego. – A może tylko ja mam obawy? Może on traktuje to jako przyjacielski wypad na ryby? Dziwne by to było, ale powinnam chyba zakładać i taką możliwość. Generalnie, żeby nie stwarzać złudnych pozorów, trzeba zachowywać się odrobinę powściągliwie. Na tyle, żeby nie wysyłać sygnałów „chcesz mnie – bierz mnie”, ale również, żeby nie przedobrzyć w drugą stronę i nie zaprzepaścić dalszej znajomości. W końcu oprócz tego, że to znajomy znajomej, to jednak mój klient i fatalnie by było, gdyby przez nieprzemyślane zaproszenie na weekend Iza straciła zlecenie. Będziemy się martwić, jak będzie czym. Najważniejsze, że spędzę czas w pięknych okolicznościach przyrody.
Magda rozejrzała się po wnętrzu kabiny. Lwią część zajmowała koja. Nazwana tak tylko ze względu na kontekst. Tak naprawdę było to podwójne łoże okryte śnieżnobiałą pościelą ze wzorem w granatowe kotwice. Wmontowane w burtę szafeczki mogły pomieścić CAŁY dobytek kobiety, gdyby go ze sobą zabrała. Zamiast wypełniać je swoimi drobiazgami, postawiła torbę podróżną w kącie. Uznała, że zdąży rozpakować się przed snem. Wyjęła tylko lżejsze ciuchy, by przebrać się po podróży. Jedna z szafek okazała się sprytnie zagospodarowanym pomieszczeniem prysznicowym z niewielką umywalką i ekologicznym kibelkiem. Dało to możliwość szybkiego odświeżenia się.
Tak przygotowana wspięła się na pokład, gdzie Konrad właśnie kończył rozmowę.
– To co? – zwrócił się do Magdy. – Płyniemy? – bardziej stwierdził, niż zapytał.
Oczywiście nie oczekiwał odpowiedzi ani tym bardziej pozwolenia. Dał znak czekającemu w pogotowiu chłopakowi, by oddał cumy, po czym uruchomił silnik. Zawory zawyły na wysokich obrotach. Ujął gazu, wrzucił bieg i manewrując z wprawą, odbił od kei i ruszył wzdłuż kanału. Od pełnego jeziora oddzielał ich szlaban. Tak, wejście do portu było możliwe tylko dla wtajemniczonych. Jak za wypowiedzeniem zaklęcia droga uwolniła się i po chwili znaleźli się na otwartych wodach.
Konrad przesunął manetkę maksymalnie do przodu i łódź nagle przyspieszyła, przez co mało nie zgubił pasażera. Magdą rzuciło na skórzany fotel obok sternika.
– Ła! – krzyknęła odruchowo.
– Fajnie, nie? – Konrad w samozachwycie wyszczerzył do niej białe licówki.
Chociaż nie dostrzegła w tym nic fajnego, uśmiechnęła się grzecznościowo. Musiała przytrzymać się siedziska, żeby z niego nie spaść, gdy manewrował między innymi jednostkami.
Magda spojrzała do tyłu. Ich łódź ślizgała się po wodzie, ale nie na tyle gładko, żeby nie zostawiać za sobą śladu. Śladu?! Fala, jaką tworzyli, wyglądała jak po przejściu lotniskowca klasy Nimitz, siejąc spustoszenie wśród innych użytkowników toru wodnego. Rozkołysane maszty żaglówek, rollercoaster małych motorówek oraz walczący o utrzymanie się na wodzie kajakowicze – oto obraz demolki, którą powodowali swoim rajdem.
– Może zwolnij – zaproponowała nieśmiało.
– A co, boisz się? Sie pani nie obawia. Nie ma stracha. Ze mną jesteś – roześmiał się rubasznie.
Zdała sobie sprawę, że kolejną uwagą tylko doleje oliwy do ognia i skłoni go do jeszcze bardziej ryzykownych popisów.
Minęli jeden przesmyk, drugi i na kolejnym jeziorze wreszcie zwolnił. Na niskich obrotach przeszedł wzdłuż brzegu, aż zobaczyli niewielką zatokę. Tu całkiem zatrzymał łódź. Rzucił kotwicę i wyłączył silnik.
– Fajnie tu, nie? – powiódł wzrokiem po otoczeniu.
Miał rację, cokolwiek w jego mniemaniu miało znaczyć słowo „fajnie”. Było bajecznie. Zero motorówek, więc cicho, spokojnie i pięknie. Słońce rzucało złote refleksy na wodę. Trzciny lekko kołysały się na wiaterku, a sielanki dopełniała kacza rodzina, która jak na zawołanie pojawiła się tuż za rufą. W niewielkim oddaleniu od brzegu na wykoszonej łące malowniczo prezentował się domek jak z pocztówki. Na tyle daleko, że jego mieszkańcy (jeśli tam byli) nie zakłócali (i z wzajemnością) prywatności.
– To ty się relaksuj, a ja jeszcze muszę zadzwonić w kilka miejsc. Wina? – zaproponował, a dla siebie sięgnął do bakisty po pierwszą z serii butelkę piwa. Z sykiem ją otworzył i pociągnął długi łyk.
– Nie będziesz już dziś prowadził? – spytała.
– Nie przewiduję. Chyba że nam barek wyschnie, ale raczej nie przerobimy tych zapasów. Ubezpieczyłem się. – Puścił do niej oko. – To czuj się jak u siebie. – Wetknął jej w ręce napoczętą butelkę merlota. – Interesy czekają – wskazał na telefon, który mu przyrósł do ręki.
Magda nalała sobie wina i rozejrzała się w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia. Początek lata, Mazury, piękna pogoda. Zorientowała się, że nie ma co liczyć na gospodarza, więc z kieliszkiem w ręku zaczęła zwiedzać jacht. Przeszła się po pokładzie, zeszła do pomieszczeń pod nim. Obszerna messa, kabiny załogi, całkiem nieźle wyposażona kuchenka. Zajrzała do lodówki. Domyśliła się, że zawartość bagażnika na nogach stewarda dokonała telekinezy.
Przeszła do swojej kabiny i przebrała się w opalacze. Żeby nie epatować odkrytym ciałem, zarzuciła przewiewną bluzkę koszulową, która równie dobrze mogła uchodzić za szlafrok. W przelocie spojrzała w lustro wmontowane w drzwi.
– Nieźle jak na szaleństwa poranka – oceniła, poprawiając upięcie włosów.
Wróciła na pokład. Tu nic się nie zmieniło. Konrad nadal rozparty w fotelu sternika rozmawiał o interesach, w przerwie między zdaniami popijając piwo... A nie. Tu zaszła zmiana. Teraz pił whisky. Uniósł w jej kierunku szklaneczkę, niby w toaście. W rewanżu machnęła swoim ledwo tkniętym kieliszkiem.
Kurdesz, co ja tu robię? – mruknęła do siebie. – Okej, wykorzystajmy ten czas jak się da.
Rzuciła bluzkę na reling i z tylnej platformy zsunęła się do jeziora. Jakże było przyjemnie! Nagrzana słońcem woda opływała jej ciało, dając ukojenie po niedawnych stresach. Poczuła spokój i swobodę. Wprawnymi, powolnymi ruchami przemieszczała się wzdłuż kadłuba. Spojrzała w górę. Ze swojej pozycji Konrad śledził jej poczynania. W pozdrowieniu ponownie wzniósł szklankę, na co mu odmachała. Wciąż gadał. Okrążyła łódź i wdrapała się na pokład. Na mokre ciało ponownie zarzuciła nakrycie.
Zgłodniała.
Zrobiło się późne popołudnie, a ona od porannej kawy z grzanką nic nie jadła.
– No cóż, zobaczmy, co da się z tego wyczarować – westchnęła i wyciągnęła z lodówki zapasy.
Jeśli ktoś myśli, że na Mazury zabiera się konserwę turystyczną i pasztecik podlaski, to tylko częściowo ma rację. Zapasy Konrada składały się z samych delikatesów. Zatem z sałaty lodowej, krewetek, oliwek, grapefruita, melona i orzechów Magda skomponowała kolorową sałatkę. Krakersy posmarowała masełkiem czosnkowym i tak zaopatrzona pojawiła się przed mężczyzną.
Bez słowa podziękowania przyjął poczęstunek, nadal zajęty interesami. Ramieniem przytrzymał telefon przy uchu i z apetytem pochłaniał kolejne kęsy. W końcu telefon wpadł mu do talerza. Dłonią wytarł z niego majonez, po czym oblizał palce. Odłożył aparat na brzeg stołu i skupił się na jedzeniu. Na popitkę nalał sobie bursztynowego płynu prawie do pełna. Magda zauważyła, że butelka jest prawie opróżniona. Usiadła naprzeciwko i zajęła się sałatką.
Całkiem nieźle wyszła jak na wielką improwizację – pomyślała.
Przestała zwracać uwagę na gospodarza i chłonęła chwilę.
To był długi i w sumie nudny dzień. Przyłapała się na tej myśli i stwierdziła, że nie tak to sobie wyobrażała... Jeśli w ogóle sobie coś wyobrażała. Trudno się dziwić jej rozczarowaniu, gdy Konradowi telefon przyrósł do ucha. Odkładał go tylko przy jedzeniu i kiedy wchodził do wody (okej, ze dwa razy przepłynął kawałek, głównie po to, żeby się schłodzić). Raczej trudno rozmawiać z pełną buzią, więc zrozumiałe, dlaczego nie telefonował przy stole, ale co do pływania...? Skoro był tak wyposażony w gadżety najnowszej generacji, komórkę powinien mieć wodoodporną – pomyślała z sarkazmem, bo generalnie zaczęło ją to wkurzać. Zakładała, że facet prowadzi interesy, mnóstwo ludzi jest zależnych od jego decyzji i każdy oczekuje kontaktu, ale człowieku, wyjechałeś odpocząć! Do tego z gościem. Z kobietą. Zająłbyś się nią może trochę bardziej intensywnie... Byle nie za bardzo!
Tym bardziej Magda sarkała na telefony Konrada, że ze swojego nie mogła skorzystać. Nawet, o dziwo, wszędzie był zasięg – widocznie nie oddalili się zbytnio od cywilizacji, ale zabrała ze sobą wszystko oprócz ładowarki. Na ekranie widniało dziewięć procent, które wolała zostawić na czarną godzinę, gdyby taka miała nastąpić.
Trudno, wystarczy, że jedno gada.
W końcu słońce schowało się za horyzontem i lekko zaśniedziałą sielankę zaczęły zakłócać wszędobylskie komary. Nie mając nic do ochrony, postanowiła ukryć się w messie. Konrad poszedł w jej ślady, tyle że zatrzymała go lodówka. Sięgnął po następną butelkę i rozsiadł się na kanapie. Nic nie zapowiadało, że w najbliższym czasie pójdzie spać albo dołączy do Magdy. Lekko zdezorientowana, a w końcu zmęczona, postanowiła po prostu zakończyć dzień. Tym bardziej że trzy lampki wina podziałały na nią usypiająco. Uznała, że jest przepracowana i należy jej się porządny odpoczynek. Nie będzie walczyć z sennością. Gdy ostatni raz rzuciła okiem, z odchyloną głową spał na siedząco „na popielniczkę”, gromko pochrapując. Przewrócona szklanka leżała na blacie obok wreszcie martwego telefonu.
A ja się obawiałam tej nocy – zżymała się.
To nie była spokojna noc. Śniło jej się, że wyją syreny alarmowe i uczestniczy w jakimś bliżej nieokreślonym zamieszaniu. Tu? W dziczy? Na jeziorze? No cóż, jak to we śnie. Chciała się z niego wyrwać, ale zniewolone Morfeuszem ciało odmówiło współpracy. Nawet oczy nie chciały się otworzyć, by skonfrontować senną marę z realiami. Zlekceważyła doznania i pozwoliła sobie odpłynąć w niebyt.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
