Na zawsze, ale z przerwą - Taylor Jenkins Reid - ebook
NOWOŚĆ

Na zawsze, ale z przerwą ebook

Taylor Jenkins Reid

4,1

184 osoby interesują się tą książką

Opis

Debiutancka powieść autorki bestsellerowych „Daisy Jones & The Six” i „Siedmiu mężów Evelyn Hugo”.

Elsie Porter to dwudziestokilkulatka, której życie składa się z monotonii, przewidywalności i pizzy z ulubionej knajpki Georgie’s Pizza. Kiedy w deszczowy pierwszy dzień nowego roku Elsie wpada odebrać swoje zamówienie, nie spodziewa się, że to właśnie teraz, w żółtych kaloszach i z mokrymi od deszczu włosami, pozna miłość swojego życia. Szybko staje się oczywiste, że Ben i Elsie byli sobie po prostu przeznaczeni.

Uczucie rozwija się błyskawicznie i para, którą w styczniowe popołudnie połączyło gorące uczucie, już w maju przysięga sobie miłość i wierność na zawsze. Kilka dni później mężczyzna ginie w tragicznym wypadku, a świat Elsie rozbija się na milion kawałków i wydaje się, że nic już nie zdoła go posklejać.

Taylor Jenkins Reid z delikatnością i wyczuciem pisze o rozpaczy i bólu po utracie ukochanej osoby, zgłębiając trudny i czasochłonny proces przepracowywania żałoby i wracania do życia na nowo.

Przygotujcie karton chusteczek. Przy tej historii nie można nie płakać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 363

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: Forever, Interrupted

Copyright © 2013 by Rabbit Reid Inc.

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Aleksandra Wolska

Marketing i promocja: Katarzyna Schinkel, Aleksandra Wolska

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Ewelina Chodakowska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt graficzny okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografia na okładce

© Rosie Hardy | Trevillion Images,

© maritime_m | Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66570-24-5

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Dla Lindy Morris

(za czytanie powieści kryminalnych

napisanych przez dwunastolatkę)

i dla Alexa Reida

(mężczyzny, którego powinien

pokochać cały świat)

Każdego dnia, kiedy się budzę, przez ułamek sekundy nie pamiętam, że cię nie ma, i chcę cię dotknąć. Natrafiam jedynie na chłodne prześcieradło po twojej stronie łóżka. Mój wzrok pada na nasze zdjęcie zrobione w Paryżu, które stoi na nocnym stoliku, i przepełnia mnie radość, że chociaż trwało to krótką chwilę, kochałem ciebie, a ty kochałaś mnie.

Ogłoszenia drobne, Chicago 2009

CZĘŚĆ PIERWSZA

CZERWIEC

– ZAMIERZASZ ZMIENIĆ NAZWISKO? – pyta mnie Ben. Siedzi na drugim końcu kanapy i masuje mi stopy. Wygląda słodko. Jak to możliwe, że znalazłam sobie takiego przystojniaka?

– Zastanawiałam się nad tym – mówię. Zastanawiałam się nie tylko nad tym. Uśmiecham się. – Chyba to zrobię.

– Serio? – upewnia się, nie kryjąc ekscytacji.

– Chciałbyś?

– Żartujesz sobie? – pyta. – To znaczy nie musisz. Jeśli uważasz, że to jest zbyt zaborcze z mojej strony lub… No nie wiem, że to odbierze ci tożsamość. Chcę, żebyś nosiła takie nazwisko, jakie chcesz mieć – mówi. – Ale jeśli wybierzesz moje – lekko się rumieni – będzie naprawdę fajnie.

Jest zbyt seksowny na męża. Mąż to ktoś gruby, łysiejący, kto wynosi śmieci. Mój mąż jest ponętny. Młody, wysoki i silny. Perfekcyjny. Zachowuję się jak idiotka. Ale przecież to nic dziwnego, prawda? Tuż po ślubie patrzy się na męża przez różowe okulary.

– Wymyśliłam, że będę się nazywać Elsie Porter Ross – mówię.

Przerywa masaż moich stóp.

– Całkiem seksownie – stwierdza.

– Dlaczego? – śmieję się.

– Nie wiem – przyznaje i powraca do masowania. – To musi mieć związek z jaskiniowcami. Po prostu podoba mi się to, że jesteśmy Rossami. Panem i panią Ross.

– Ładnie! – mówię. – Pan i pani Ross. Seksownie.

– Mówiłem!

– A więc tak będzie. Jak tylko przyjdzie akt ślubu, odeślę go do urzędu stanu cywilnego, czy gdzie tam się to odsyła.

– Rewelacyjnie – mówi i zabiera ręce. – Dobra, Elsie Porter Ross. Moja kolej.

Chwytam jego stopy. Przez chwilę milczymy, w roztargnieniu masuję jego palce przez skarpetki. Myślami błądzę gdzie indziej i po pewnym czasie zdaję sobie sprawę, że jestem głodna.

– Chce ci się jeść? – pytam.

– Teraz?

– Zachciało mi się fruity pebbles.

– Nie mamy żadnych płatków? – zastanawia się Ben.

– Mamy. Ale… mam ochotę na fruity pebbles. – W mieszkaniu są tylko zwykłe musli, kartony pełne brązowych płatków wzbogaconych błonnikiem.

– To co, idziemy je kupić? Jestem pewien, że sklep jest jeszcze otwarty i że mają fruity pebbles. A może mam iść sam?

– Nie! Nie zgadzam się. To byłby szczyt lenistwa z mojej strony.

– Może i tak, ale jesteś moją żoną, a ja cię kocham i chcę, żebyś zjadła to, na co masz ochotę. – Podnosi się.

– Nie, naprawdę, nie musisz iść.

– Idę. – Ben wychodzi z pokoju i po chwili pojawia się z rowerem i butami.

– Dziękuję! – mówię, już leżąc na kanapie i zajmując miejsce, które właśnie opuścił. Ben uśmiecha się do mnie, otwierając drzwi wyjściowe. Słyszę, że stawia rower na nóżce, i wiem, że jeszcze wróci, żeby się pożegnać.

– Kocham cię, Elsie Porter Ross – oświadcza i pochyla się, żeby mnie pocałować. Założył już kask rowerowy i rękawiczki. Uśmiecha się. – Naprawdę fajnie brzmi.

Uśmiecham się szeroko.

– Kocham cię! – mówię. – I dziękuję.

– Nie ma za co. Kocham cię! Zaraz wracam. – Zamyka za sobą drzwi.

Kładę się z książką, ale nie mogę się skupić. Tęsknię za nim. Mija dwadzieścia minut, powinien już wrócić, ale drzwi się nie otwierają. Nie słyszę nikogo na schodach.

Po upływie pół godziny dzwonię na jego komórkę. Nie odbiera. Zaczynam się zastanawiać, co się stało. Wszystkie scenariusze są naciągane i absurdalne. Poznał inną. Zatrzymał się w klubie ze striptizem. Dzwonię ponownie, a mój umysł zaczyna podsuwać bardziej realistyczne powody spóźnienia; powody, które przez to, że są realistyczne, są także przerażające. Kiedy dalej nie odbiera, schodzę z kanapy i wychodzę na zewnątrz.

Nie wiem, czego się spodziewam, ale rozglądam się po ulicy. Czy oszalałam, zastanawiając się, czy nic mu się nie stało? Nie wiem. Próbuję zachować spokój i powtarzam sobie, że na pewno utknął w jakimś korku, z którego nie może się wydostać, albo natknął się na starego znajomego. Minuty zaczynają zwalniać. Ciągną się jak godziny. Każda sekunda wydaje się wiecznością.

Syreny.

Słyszę zbliżające się syreny. Widzę błyskające światła tuż nad dachami domów przy mojej ulicy. Brzmią tak, jakby mnie wzywały. Słyszę swoje imię w powtarzającym się zawodzeniu: El-sie, El-sie.

Zaczynam biec. Gdy docieram do końca ulicy, czuję zimny beton pod stopami. Moje cienkie spodnie od dresu nie są odpowiednie na ten wiatr, ale biegnę, dopóki nie dotrę do źródła dźwięku.

Widzę dwie karetki i wóz strażacki. Kilka samochodów policyjnych zagradza dostęp. Dobiegam najbliżej, jak się da. Kogoś kładą na nosze. Na drodze leży przewrócona ciężarówka przeprowadzkowa. Ma wybite okna, wszędzie leży szkło. Przyglądam się, próbując odgadnąć, co tu się stało. I wówczas zauważam, że to nie tylko szkło. Na drodze leżą małe kawałki czegoś innego. Podchodzę bliżej i widzę jeden u swoich stóp. To fruity pebble. Rozglądam się wokoło, modląc się, żeby nie było tam tej jednej rzeczy – i wtedy ją zauważam. Przede mną – jak mogłam wcześniej tego nie widzieć? – częściowo pod ciężarówką leży rower Bena. Połamany i pogięty.

Świat milknie. Syreny znikają. Miasto się zatrzymuje. Moje serce bije tak szybko, że aż sprawia mi ból. Czuję krew pulsującą w mózgu. Jak tu gorąco. Dlaczego jest tak gorąco? Nie mogę oddychać. Wydaje mi się, że zapomniałam, jak to się robi. Przestaję oddychać.

Nie wiem, że biegnę, dopóki nie docieram do karetki. Zaczynam walić w drzwi. Podskakuję i walę w okno, do którego ledwie sięgam. Gdy to robię, słyszę chrupanie fruity pebbles pod stopami. Ilekroć podskakuję, wdeptuję je w ziemię. Rozdrabniam je na miliony kawałków.

Karetka odjeżdża. Czy on w niej jest? Czy jest tam Ben? Czy żyje? Czy nic mu nie jest? Czy jest posiniaczony? Może jest w karetce, bo przepisy mówią, że musi tam być, ale tak naprawdę nic mu nie dolega. Może jest gdzieś w pobliżu. Może w karetce znajduje się kierowca tego auta. Ten facet chyba nie żyje, prawda? Nie mógł tego przeżyć. Więc Benowi nic nie jest. Taka jest karma tego wypadku: zły facet umiera, dobry żyje.

Odwracam się i rozglądam, ale nigdzie nie widzę Bena. Zaczynam go wołać. Wiem, że nic mu nie jest. Jestem tego pewna. Po prostu pragnę, żeby to się skończyło. Chcę go zobaczyć z małym zadrapaniem i usłyszeć, że z nim wszystko w porządku i może wrócić do domu. Chodźmy do domu, Ben. Dostałam nauczkę i nigdy już nie pozwolę ci na wyświadczanie mi głupich przysług. Dostałam nauczkę; chodźmy do domu.

– Ben! – krzyczę w wieczorne niebo. Jest tak zimno. Kiedy zrobiło się tak zimno? – Ben! – krzyczę ponownie. Mam wrażenie, że biegam w kółko, dopóki nie zostaję zatrzymana przez policjanta.

– Proszę pani – mówi i chwyta mnie za ręce. Nadal krzyczę. Ben musi mnie usłyszeć. Musi wiedzieć, że tu jestem. Musi wiedzieć, że czas wracać do domu. – Proszę pani – powtarza policjant.

– Co?! – wrzeszczę mu prosto w twarz. Wyrywam się i odwracam na pięcie. Próbuję przebiec przez odgrodzony teren. Wiem, że ten, kto go odgrodził, przepuściłby mnie. Zrozumiałby przecież, że muszę znaleźć męża.

Funkcjonariusz łapie mnie ponownie.

– Proszę pani! – mówi bardziej stanowczo. – Nie powinno tu pani być. – Czy nie rozumie, że właśnie tutaj muszę teraz być?

– Muszę znaleźć męża! – odpowiadam. – Może być ranny. To jego rower. Muszę go znaleźć.

– Pani męża zabrali do Cedars-Sinai. Ma pani jak się tam dostać?

Wpatruję się w jego twarz, ale nie rozumiem, co do mnie mówi.

– Gdzie on jest? – pytam. Musi powiedzieć mi jeszcze raz. Nie rozumiem.

– Pani mąż jest w drodze do szpitala Cedars-Sinai. Został zabrany na oddział ratunkowy. Chce pani pojechać ze mną?

Nie ma go tutaj? Zastanawiam się. A więc był w tej karetce?

– Nic mu nie jest?

– Nie mogę…

– Nic mu nie jest?

Policjant patrzy na mnie. Zdejmuje czapkę z głowy i przykłada ją do piersi. Wiem, co to znaczy. Widziałam na filmach, że tak robiono na progu domów wdów wojennych. Jakby na dany znak zaczyna mi brakować powietrza.

– Muszę go zobaczyć! – krzyczę przez łzy. – Muszę go zobaczyć! Muszę być z nim! – Padam na kolana na środku drogi, pode mną kruszą się płatki śniadaniowe. – Powinnam być przy nim. Niech mi pan powie, że on jeszcze żyje.

Policjant patrzy na mnie współczująco i z poczuciem winy. Nigdy wcześniej nie widziałam tych dwóch emocji razem, ale łatwo je rozpoznać.

– Proszę pani, przykro mi. Pani mąż…

Policjant się nie spieszy; nie przepełnia go adrenalina, jak mnie. Wie, że nie ma się do czego spieszyć. Wie, że martwe ciało mojego męża może poczekać.

Nie pozwalam mu dokończyć zdania. Zdaję sobie sprawę z tego, co chce powiedzieć, i mu nie wierzę. Nie wierzę. Krzyczę na niego i walę pięściami w jego pierś. Jest potężnym mężczyzną, ma co najmniej metr osiemdziesiąt wzrostu, więc góruje nade mną. Czuję się jak dziecko. Ale to mnie nie powstrzymuje. Cały czas go uderzam. Chcę go spoliczkować. Chcę go kopnąć. Chcę, żeby zabolało go tak, jak mnie.

– Zginął w wyniku zderzenia. Przykro mi.

Wtedy padam na ziemię. Wszystko kręci się w kółko. Czuję swój puls, ale nie jestem w stanie skupić się na tym, co mówi policjant. Naprawdę nie sądziłam, że coś takiego może się stać. Byłam przekonana, że złe rzeczy przydarzają się tylko ludziom zadufanym w sobie. Nie ludziom takim jak ja, którzy wiedzą, jak kruche jest życie, ludziom, którzy szanują autorytet siły wyższej. Ale się przydarzyły. Mnie.

Moje ciało się uspokaja. Oczy schną. Twarz zastyga, a spojrzenie pada na rusztowanie i tam zostaje. Ręce tracą czucie. Nie wiem, czy stoję, czy siedzę.

– Co się stało z kierowcą? – pytam policjanta spokojnym i zrównoważonym tonem.

– Słucham?

– Co stało się z osobą, która kierowała ciężarówką?

– Nie żyje.

– Dobrze – stwierdzam jak jakaś socjopatka. Policjant tylko potakuje; być może sygnalizuje w ten sposób, że będzie udawał, że nie słyszał tego, co powiedziałam, a ja mam udawać, że nie cieszę się ze śmierci kogoś innego. Ale nie chcę przyjąć tej umowy.

Chwyta mnie za rękę i prowadzi na przednie siedzenie policyjnego auta. Włącza syrenę, żeby przejechać szybciej pomiędzy samochodami, a ja patrzę na umykające przed oczami ulice Los Angeles. Nigdy nie były takie brzydkie.

KIEDY DOCIERAMY DO SZPITALA, policjant sadza mnie w poczekalni. Trzęsę się tak bardzo, że wraz ze mną trzęsie się krzesło.

– Muszę tam wrócić – mówię do niego. – Muszę tam wrócić! – krzyczę. Zauważam plakietkę z jego nazwiskiem. Hernandez.

– Rozumiem. Dowiem się wszystkiego, co w mojej mocy. Zapewne zajmie się panią pracownik socjalny. Zaraz wracam.

Słyszę, że coś mówi, ale nie jestem w stanie zareagować. Po prostu siedzę na krześle i wbijam wzrok w przeciwległą ścianę. Czuję, że kiwa mi się głowa. Czuję, że wstaję i podchodzę do stanowiska pielęgniarek, ale przerywa mi ponowne pojawienie się Hernandeza. Towarzyszy mu niski mężczyzna w średnim wieku. Jest ubrany w niebieską koszulę z czerwonym krawatem. Założę się, że jak idiota nazywa go swoim krawatem mocy. Pewnie jest przekonany, że będzie miał dobry dzień, gdy go założy.

– Pani… Elsie? – mówi. Chyba powiedziałam Hernandezowi, jak mam na imię. Nie pamiętam, żebym to zrobiła. Wyciąga rękę, jakby chciał, żebym ją uścisnęła. Nie potrzebuję żadnych formalności w obliczu tej tragedii. Nie ujmuję jej. Przed tym wszystkim nigdy bym nie odrzuciła czyjejś wyciągniętej dłoni. Jestem miłą osobą. Czasami nawet frajerką. Nikt nie nazwałby mnie „trudną” czy „niepokorną”.

– Jest pani żoną Bena Rossa? Ma pani przy sobie prawo jazdy? – pyta mnie mężczyzna.

– Nie. Ja… wybiegłam z domu. Nie… – Patrzę na swoje stopy. Nie mam nawet butów, a ten facet sądzi, że zabrałam prawo jazdy?

Hernandez odchodzi. Widzę, że oddala się powoli, niezgrabnie. Jestem przekonana, że wydaje mu się, że jego rola już dobiegła końca. Szkoda, że nie jestem nim. Szkoda, że nie mogę odejść i wrócić do domu. Wróciłabym tam, do męża i ciepłego łóżka. Mojego męża, ciepłego łóżka i pieprzonej miseczki fruity pebbles.

– Obawiam się, że jeszcze nie możemy pani tam wpuścić – mówi facet w czerwonym krawacie.

– Dlaczego nie?

– Lekarze jeszcze pracują.

– On żyje?! – krzyczę. Jak szybko wróciła nadzieja.

– Nie. Przykro mi. – Kręci głową. – Pani mąż umarł dzisiaj wieczorem. Był zarejestrowanym dawcą organów.

Czuję się jak winda spadająca na ziemię. Zabierają mi go po kawałku i oddają go innym ludziom. Zabierają części.

Siadam na krześle, jestem martwa w środku. Część mnie chce krzyczeć na tego mężczyznę, żeby mnie tam zaprowadził. Żeby pozwolił mi go zobaczyć. Chcę przebiec przez podwójne drzwi, znaleźć go i objąć. Co oni mu robią? Ale jestem odrętwiała. Ja też jestem martwa.

Mężczyzna w czerwonym krawacie wychodzi na chwilę, po czym wraca z gorącą czekoladą i kapciami. Mam suche i zmęczone oczy. Ledwie widzę. Wszystkie moje zmysły są stłumione. Czuję się uwięziona w swoim ciele, oddzielona od wszystkich wokół.

– Czy ma pani kogoś, do kogo moglibyśmy zadzwonić? Może rodziców?

Kręcę głową.

– Ana – mówię. – Powinnam zadzwonić do Any.

Kładzie dłoń na moim ramieniu.

– Proszę napisać mi jej numer. Zadzwonię po nią.

Potakuję, a on podtyka mi kartkę i długopis. Kilka razy źle zapisuję numer, zanim przypominam sobie właściwy, ale gdy oddaję kartkę, jestem pewna, że zanotowałam dobry.

– Co z Benem? – pytam. Nie wiem, o co mi właściwie chodzi. Po prostu… nie jestem w stanie się z tym pogodzić. Nie mogę być taką osobą, którą zabiera się do domu i której się pilnuje. Trzeba walczyć, prawda? Muszę go znaleźć i ocalić. Jak mam to zrobić?

– Pielęgniarki powiadomiły najbliższą rodzinę.

– Słucham? Ja jestem jego najbliższą rodziną.

– Na jego prawie jazdy widnieje adres w Orange County. Zgodnie z przepisami musimy powiadomić rodzinę.

– Do kogo zadzwoniliście? Kto przyjedzie? – Ale już wiem, kto się zjawi.

– Sprawdzę to. Pójdę zadzwonić do Any. Zaraz wrócę, dobrze?

Potakuję.

Widzę i słyszę inne czekające rodziny. Niektóre wyglądają posępnie, ale większość dobrze się trzyma. Jest tu matka z małą dziewczynką. Czytają książeczkę. Jest młody chłopak, który trzyma lodowy kompres przy twarzy, a obok niego siedzi zirytowany ojciec. Jest para nastolatków trzymająca się za ręce. Nie wiem, po co tu przyszli, ale sądząc po ich uśmiechach oraz tym, jak ze sobą flirtują, zakładam, że to nic poważnego i… chcę na nich nakrzyczeć. Chcę powiedzieć, że izba przyjęć to miejsce dla nagłych wypadków, więc nie powinni tu siedzieć i wyglądać na szczęśliwych i beztroskich. Chcę im przekazać, by poszli do domu i byli szczęśliwi gdzie indziej, bo nie mam ochoty na nich patrzeć. Nie pamiętam, jak to jest być taką jak oni. Nie pamiętam nawet, jak to jest być sobą sprzed tego wypadku. Jedyne, co mam, to wszechobecne poczucie strachu. Oraz złość na tę parę kretynów, którym uśmiechy nie schodzą z pieprzonych gąb.

Nienawidzę ich i nienawidzę cholernych pielęgniarek, które zachowują się, jakby to nie był najgorszy dzień ich życia. Odbierają telefony, robią kopie dokumentów i piją kawę. Nienawidzę ich za to, że potrafią w takiej chwili pić kawę. Nienawidzę wszystkich w całym szpitalu za to, że nie jest im smutno.

Facet w czerwonym krawacie wraca i mówi, że Ana już jedzie. Proponuje, że poczeka ze mną. Wzruszam ramionami. Nich robi, co chce. Jego obecność nie przynosi mi pocieszenia, ale powstrzymuje mnie od wykrzyczenia ludziom w twarz, jak im nie wstyd jeść batonika w takiej chwili. Przed oczami stają mi fruity pebbles na drodze i wiem, że gdy wrócę do domu, wciąż będą tam leżeć. Wiem, że nikt ich nie uprzątnie, ponieważ nikt nie wie, jaki to okropny dla mnie widok. To byłoby zabawne, gdyby nie było takie… Nigdy nie będzie zabawne. Nie ma w tym nic zabawnego. Nawet to, że straciłam męża, bo zachciało mi się dziecięcych płatków wzorowanych na bajce o Flinstonach. Nienawidzę siebie za to. Siebie nienawidzę najbardziej.

Pojawia się spanikowana Ana. Nie wiem, co powiedział jej facet w czerwonym krawacie. Wstaje, żeby się z nią przywitać. Widzę, że rozmawiają, ale nic nie słyszę. Trwa to tylko krótką chwilę, po czym ona podchodzi i mnie obejmuje. Pozwalam jej na to, choć sama nie mam siły, by ją uściskać. Jakby obejmowała kłodę.

– Przykro mi – szepcze mi do ucha, a ja rozpadam się w jej ramionach.

Nie mam ochoty się trzymać, nie pragnę ukrywać swojego bólu. Wyję w poczekalni. Szlocham w jej biust. W każdej innej sytuacji trzymałabym się daleko od tej części jej ciała. Czułabym się niekomfortowo, mając twarz i usta tak blisko jej piersi, ale teraz seks wydaje się trywialny i głupi. Jak coś, co idioci robią z nudów. Ci szczęśliwi nastolatkowie zapewne uprawiają go dla sportu.

Mimo że mnie obejmuje, nie przynosi mi to pocieszenia. Łzy płyną mi z oczu tak, jakbym je z siebie wyduszała, ale tak nie jest. Same lecą. Nawet nie odczuwam smutku. Ten poziom rozpaczy dawno wykroczył poza łzy, więc te moje wydają się nieważne i głupie.

– Widziałaś go, Elsie? Tak mi przykro.

Nie odpowiadam. Siadamy na podłodze poczekalni. Zdaje mi się, że mijają godziny. Czasami płaczę, czasami nic nie czuję. Przez większość czasu spoczywam w objęciach Any, nie dlatego, że mam taką potrzebę, lecz po to, by na nią nie patrzeć. W końcu Ana wstaje i zostawia mnie opartą o ścianę, po czym podchodzi do stanowiska pielęgniarek i zaczyna na nie krzyczeć.

– Ile mamy jeszcze czekać na wpuszczenie do Bena Rossa?! – wrzeszczy na młodą latynoską pielęgniarkę siedzącą przy komputerze.

– Proszę pani… – zaczyna kobieta, wstając, ale Ana się odsuwa.

– Proszę mi tu nie paniować. Gdzie on jest? Proszę nas zaprowadzić.

Pojawia się facet w czerwonym krawacie i usiłuje ją uspokoić.

Rozmawiają przez kilka minut. Widzę, że próbuje dotknąć Any, żeby ją podnieść na duchu, ale ona się odsuwa. On tylko wykonuje swoją pracę. Wszyscy tu wykonują swoją pracę. Co za banda dupków.

Przez drzwi wejściowe wchodzi starsza kobieta. Ma jakieś sześćdziesiąt lat i długie, rudobrązowe włosy, układające się falami wokół jej twarzy. Po policzkach płyną jej łzy zmieszane z tuszem do rzęs, przez ramię ma przewieszoną brązową torebkę, na barkach ciemnobrązowy szal. W dłoniach ściska chusteczki higieniczne. Żałuję, że swojego smutku nie zamknęłam w chusteczkach. Wycierałam smarki w rękawy i dekolt. Moje łzy spadają na podłogę.

Podbiega do recepcji, po czym siada. Przelotnie na mnie zerka, a ja już wiem, kim ona jest. Gapię się na nią. Nie mogę oderwać od niej oczu. To moja teściowa, jakkolwiek by patrzeć, zupełnie mi obca osoba. Kilka razy widziałam jej zdjęcia w albumie fotograficznym, ale ona nie widziała mnie nigdy wcześniej.

Wstaję i idę do łazienki. Nie wiem, jak mam się jej przedstawić. Nie wiem, jak jej powiedzieć, że obie znalazłyśmy się tutaj z powodu tego samego mężczyzny. Że obie opłakujemy tę samą stratę. Staję przed lustrem i patrzę na siebie. Jestem cała czerwona i opuchnięta. Mam podkrążone oczy. Wpatruję się w swoją twarz i myślę, że miałam kogoś, kto ją kochał. A teraz go nie ma. Nikt już nie kocha mojej twarzy.

Wychodzę z łazienki, a jej już nie ma. Ana chwyta mnie za rękę.

– Możesz wejść – mówi i prowadzi mnie do faceta w czerwonym krawacie, z którym wchodzę za podwójne drzwi.

Facet zatrzymuje się przed jedną z sal i pyta, czy chcę, by ze mną wszedł. Dlaczego miałabym chcieć? Dopiero go poznałam. Nic dla mnie nie znaczy. Mężczyzna w tej sali znaczy dla mnie wszystko. Nikt nie pomoże mi się uporać ze stratą wszystkiego. Otwieram drzwi i okazuje się, że w środku są też inni ludzie, ale ja widzę tylko ciało Bena.

– Przepraszam! – mówi moja teściowa przez łzy. Łagodnie, ale stanowczo. Ignoruję ją.

Ujmuję jego twarz w dłonie. Jest zimny. Ma zamknięte oczy. Nigdy już nie zobaczę jego oczu. Dociera do mnie, że może ich nie mieć. Nie chcę na to patrzeć. Nie chcę się przekonywać. Twarz ma posiniaczoną i nie wiem, co to znaczy. Czy był bardzo pokiereszowany, zanim umarł? Umarł samotnie na ulicy? O Boże. Czy cierpiał? Słabo mi. Prześcieradło okrywa jego pierś i nogi. Boję się je odsunąć. Boję się, że odsłonię zbyt dużo Bena, że zobaczę zbyt wiele. Albo że zbyt dużo zabrano.

– Ochrona! – krzyczy ta kobieta.

Gdy trzymam dłoń Bena, w drzwiach staje ochroniarz. Patrzę na swoją teściową. Nie wie, kim jestem. Nie rozumie, co tutaj robię, ale musi wiedzieć, że kochałam jej syna. To chyba jest oczywiste.

– Proszę – błagam ją. – Proszę, Susan, nie rób tego.

Susan patrzy na mnie zaintrygowana i zdezorientowana. Samo to, że znam jej imię, mówi jej, że o czymś jeszcze nie wie. Subtelnie daje znak ochroniarzowi.

– Przepraszam. Da nam pan chwilę? – Gdy facet wychodzi, Susan patrzy na pielęgniarkę. – Pani też dziękuję. – Pielęgniarka opuszcza nas i zamyka drzwi.

Susan jest udręczona, przerażona, a mimo to trzyma się, jakby miała jeszcze dość siły, by przetrwać kolejnych pięć sekund, zanim się rozpadnie.

– Ma na ręce obrączkę – mówi do mnie. Patrzę na nią i próbuję oddychać. Powoli podnoszę swoją lewą rękę, na której mam taką samą obrączkę.

– Pobraliśmy się półtora tygodnia temu – mówię przez łzy. Kąciki moich ust się wyginają. Są takie ciężkie.

– Jak masz na imię? – pyta, drżąc.

– Elsie – odpowiadam. Bardzo się jej boję. Jest zła i zraniona, jak nastolatka, która uciekła z domu.

– Jaka Elsie? – Zatyka ją, gdy mówi.

– Elsie Ross.

Wtedy się rozkleja. Rozkleja się tak jak ja. Po chwili pada na podłogę. Nie ma tu więcej chusteczek higienicznych, więc jej łzy kapią na linoleum.

ANA SIEDZI OBOK i trzyma mnie za rękę. Ja siedzę przy Benie i szlocham. Susan opuściła salę jakiś czas temu. Facet w czerwonym krawacie wchodzi i mówi, że musimy zająć się pewnymi sprawami, należy też przenieść ciało Bena. Patrzę w jakiś punkt przed sobą, nie jestem w stanie skupić się na tym, co się dzieje, dopóki facet w krawacie nie podaje mi torebki z rzeczami Bena. Są tam jego komórka, portfel i klucze.

– Co to jest? – pytam, chociaż wiem.

Zanim facet w czerwonym krawacie zdąży odpowiedzieć, w drzwiach staje Susan. Widać po niej ból, ma czerwone oczy. Wygląda starzej niż w chwili, gdy wyszła. Wygląda na wyczerpaną.

– Co pan robi? – pyta faceta.

– Ja… Musimy zwolnić tę salę. Ciało pani syna zostanie przeniesione.

– Dlaczego jej pan to daje? – pyta Susan bez ogródek. Mówi, jakby mnie tam nie było.

– Słucham?

Susan wchodzi do sali i zabiera mi torebkę z rzeczami mojego męża.

– Ja podejmuję wszelkie decyzje dotyczące Bena i należące do niego przedmioty powinny wrócić do mnie.

– Rozumiem – mówi facet.

– Wszystkie – podkreśla Susan.

Ana wstaje i próbuje wyprowadzić mnie z sali. Chce mi oszczędzić tej poniżającej sceny, ale mimo że i ja wolałabym zniknąć, nie pozwalam się wyciągnąć z pomieszczenia. Wyrywam się Anie i patrzę na Susan.

– Czy nie powinnyśmy omówić kolejnych kroków? – pytam.

– A co tu jest do omawiania? – Susan jest zimna i opanowana.

– Miałam na myśli… – W zasadzie sama nie wiem, co miałam na myśli.

– Pani Ross… – zaczyna facet w czerwonym krawacie.

– Tak? – odpowiadamy jednocześnie.

– Przepraszam – odzywam się. – O którą panu chodziło?

– O starszą – odpowiada, patrząc na Susan. Jestem pewna, że według niego miała to być oznaka szacunku, ale ona odczuła to jak zniewagę. Susan nie chce być jedną z dwóch pań Ross, to oczywiste, ale założę się, że bardziej zabolało ją to, że nazwał ją starszą.

– Nie zamierzam wierzyć w ani jedno jej słowo – mówi ona, zwracając się do wszystkich. – Nie ma ani jednego dowodu na to, że mój syn ją znał, a co dopiero na to, że ją poślubił. Nigdy o niej nie słyszałam! Mój własny syn. Widziałam się z nim w zeszłym miesiącu. Nic mi o tym nie wspominał. A wiec nie zamierzam oddawać rzeczy należących do mojego syna jakiejś obcej osobie. Nie zgadzam się.

Ana robi krok w stronę Susan.

– Może nadeszła pora, żeby porozmawiać – sugeruje.

Susan odwraca się, jakby dopiero teraz zauważyła Anę.

– Kim pani jest? – pyta. Pyta, jakbyśmy były ufoludkami wychodzącymi z latającego spodka. Pyta, jakby miała dość wszystkich pojawiających się ludzi.

– Jestem przyjaciółką – odpowiada Ana. – I wydaje mi się, że w tej sytuacji nikt z nas nie jest w stanie zachowywać się racjonalnie, więc może dajmy sobie chwilę…

Susan odwraca się do faceta w czerwonym krawacie i przerywa Anie w pół zdania.

– Pan i ja musimy porozmawiać na osobności – warczy na niego.

– Proszę się uspokoić.

– Uspokoić? Kpi pan sobie?

– Susan… – zaczynam. Ale nie wiem, co chcę powiedzieć. Susan ma to w dupie.

– Przestań – mówi, machając ręką przed moją twarzą. To agresywny i instynktowny gest, jakby chciała ochronić się przed moimi słowami.

– Proszę pani, Elsie przyjechała tu z policją. Była na miejscu zdarzenia. Nie mam powodu, by wątpić w to, że ona i pani syn…

– Byli małżeństwem? – Susan nie wierzy.

– Tak – potwierdza facet w czerwonym krawacie.

– Dzwońcie do władz hrabstwa! Chcę zobaczyć to czarno na białym!

– Elsie, czy masz akt ślubu, żeby pokazać go pani Ross?

Czuję, że się kurczę na ich oczach. Nie chcę się kurczyć. Chcę stać z wypiętą piersią. Chcę być dumna i pewna siebie. Ale to za dużo i nie mam nic na swoją obronę.

– Nie, ale Susan… – mówię, zalewając się łzami. Czuję się taka brzydka, mała i głupia.

– Przestań tak do mnie mówić! – wrzeszczy na mnie. – Nawet mnie nie znasz. Nie mów do mnie po imieniu!

– Dobrze – odpowiadam. Patrzę gdzie indziej, na ciało mojego męża. – Zatrzymaj to sobie – dodaję. – Nie zależy mi. Możemy tu siedzieć i wydzierać się na siebie przez cały dzień, ale to niczego nie zmieni. Więc mam w dupie to, do kogo trafi jego portfel.

Stawiam krok za krokiem i wychodzę. Zostawiam z nią ciało męża. W chwili, gdy moje stopy wyprowadzają mnie do holu, w chwili, gdy Ana zamyka za nami drzwi, zaczynam żałować, że wyszłam. Powinnam była z nim zostać dopóty, dopóki nie wyrzuciłaby mnie pielęgniarka.

ANA POPYCHA MNIE do przodu.

Wsadza do samochodu. Zapina mi pas. Wiezie mnie wolno przez miasto. Parkuje na podjeździe przed moim domem. Nie pamiętam drogi. Nagle znajduję się przed drzwiami.

Kiedy wchodzę do mieszkania, nie wiem, która jest godzina. Nie mam pojęcia, ile czasu minęło od chwili, gdy siedziałam na kanapie w piżamie jak rozpuszczona dziunia i jęczałam, że mam ochotę na płatki. Mieszkanie, które pokochałam, gdy tylko w nim zamieszkałam, które było „nasze”, odkąd wprowadził się Ben, teraz mnie zdradza. Nie zmieniło się ani trochę po jego śmierci. Jakby mu nie zależało.

Nie odłożyło jego butów stojących na środku podłogi. Nie złożyło koca, którego używał. Nawet nie miało na tyle przyzwoitości, żeby schować jego szczoteczkę do zębów. Mieszkanie zachowuje się tak, jakby nic się nie zmieniło. A zmieniło się wszystko. Mówię ścianom, że już go nie ma.

– Nie żyje. Nie wróci do domu.

– Wiem, skarbie. Wiem – powtarza Ana i głaszcze mnie po plecach.

Nie wie. Nigdy się nie dowie. Wchodzę do sypialni, uderzam ramieniem o zawias, ale nic nie czuję. Kładę się na mojej stronie łóżka i wciąż go czuję. Wciąż tu jest, na pościeli. Biorę poduszkę z jego strony i wącham ją, krztusząc się łzami. Idę do kuchni, gdzie Ana podaje mi szklankę wody. Przechodzę obok niej z poduszką w ręce, wyjmuję worek na śmieci i tam ją wkładam. Zawiązuję węzeł tyle razy, że plastikowy worek pęka mi w ręce i spada na podłogę.

– Co robisz? – pyta.

– Pachnie Benem – odpowiadam. – Nie chcę, żeby zapach wywietrzał. Chcę go zachować.

– Nie wiem, czy ci się uda – mówi tak, żeby mnie nie urazić.

– Odpieprz się – odpowiadam i wracam do łóżka.

Zaczynam płakać w chwili, gdy kładę głowę na poduszce. Nienawidzę tego, jaka się stałam. Nigdy wcześniej nie kazałam się nikomu odpieprzyć, a na pewno nie Anie.

Ana została moją najlepszą przyjaciółką, gdy miałam siedemnaście lat. Poznałyśmy się pierwszego dnia college’u w kolejce do stołówki. Nie miałam z kim usiąść, a ona już próbowała unikać jakiegoś chłopaka. To była decydująca chwila dla każdej z nas. Kiedy postanowiła wyprowadzić się do Los Angeles, żeby zostać aktorką, pojechałam z nią. Nie dlatego, że miałam słabość do Los Angeles, bo nigdy wcześniej tu nie byłam; miałam słabość do niej. Ana stwierdziła:

– Możesz być bibliotekarką, gdzie zechcesz. – I miała całkowitą rację.

I oto dziewięć lat po pierwszym spotkaniu Ana patrzy na mnie tak, jakby sądziła, że podetnę sobie żyły. Gdybym nie miała takiego mętliku w głowie, powiedziałabym, że to jest właśnie sens przyjaźni, ale w tej chwili w ogóle mnie to nie obchodzi. Nic mnie nie obchodzi.

Ana wchodzi z dwiema tabletkami i szklanką wody.

– Znalazłam je w apteczce – mówi. Patrzę i rozpoznaję je. To vicodin, który Ben brał na ból pleców z zeszłym miesiącu. W zasadzie niewiele ich zażył. Chyba myślał, że branie tabletek robi z niego mięczaka.

Biorę je od niej i połykam.

– Dziękuję – mówię. Okrywa mnie kołdrą i idzie spać na kanapę. Cieszę się, że nie próbuje kłaść się do łóżka ze mną. Nie chcę, żeby zabrała mi jego zapach. Od płaczu bolą mnie oczy, jestem słaba, ale mój mózg potrzebuje vicodinu, żeby się wyłączyć. Przesuwam się na stronę Bena i powoli zasypiam.

– Kocham cię – mówię i po raz pierwszy nikt mnie nie słyszy.

BUDZĘ SIĘ I CZUJĘ SIĘ JAK na kacu. Chcę złapać Bena za rękę, tak jak każdego dnia rano, ale jego strona łóżka jest pusta. Przez chwilę myślę, że jest w łazience lub że robi śniadanie, i wtedy sobie przypominam. Wraca rozpacz, tym razem łagodniejsza, lecz mroczniejsza, okrywa mnie jak koc, wnika w moje serce przypominające kamień.

Podnoszę ręce do twarzy, żeby otrzeć łzy, ale płyną zbyt szybko, bym mogła je osuszyć. Pojawiają się jak kolejne klocki w tetrisie.

Ana wchodzi z ręcznikiem kuchennym w rękach, wyciera naczynia.

– Wstałaś – mówi zaskoczona.

– Co za spostrzegawczość. – Dlaczego jestem taka wredna? Nie jestem wrednym człowiekiem. Zachowuję się jak nie ja.

– Dzwoniła Susan. – Ignoruje moją odzywkę i jestem jej za to wdzięczna.

– Co mówiła? – Siadam i biorę szklankę z wodą, która stoi na szafce od wczoraj. – Czego ode mnie chciała?

– Nic nie powiedziała. Tylko żebyś oddzwoniła.

– Super.

– Masz jej numer na lodówce. Jakbyś chciała oddzwonić.

– Dzięki. – Piję wodę i wstaję.

– Muszę wyprowadzić Bugsy’ego. Zaraz wracam – mówi Ana. Bugsy to buldog angielski. Ślini się bez przerwy. Chcę jej powiedzieć, że Bugsy’ego nie trzeba wyprowadzać, bo jest leniwym gnojkiem, ale nie mówię tego, bo naprawdę, naprawdę nie chcę być taka niegrzeczna.

– Dobrze.

– Chcesz, żebym kupiła coś po drodze? – pyta, co przypomina mi, że poprosiłam Bena, żeby poszedł po fruity pebbles dla mnie. Wracam do łóżka.

– Nie, dziękuję.

– Jasne. Zaraz wracam. – Zastanawia się nad czymś. – Chcesz, żebym była obok, gdy będziesz do niej dzwonić?

– Nie, dzięki. Dam sobie radę.

– W porządku, gdybyś zmieniła zdanie…

– Dzięki.

Ana wychodzi, a gdy zamyka drzwi, dociera do mnie, że jestem sama. Sama w tym pokoju, sama w mieszkaniu, a co gorsza, sama w życiu. Nie potrafię tego ogarnąć. Po prostu wstaję i idę po telefon. Ściągam kartkę z numerem z drzwi lodówki i zauważam magnes z Georgie’s Pizza. Padam na podłogę, policzkiem dotykam chłodnych kafelków. Nie jestem w stanie sama wstać.

GRUDZIEŃ

BYŁ SYLWESTER, a Ana i ja miałyśmy świetny plan. Szłyśmy na imprezę, żeby spotkać się z tym facetem, z którym Ana flirtowała na siłowni, ale chciałyśmy wyjść pół godziny przed północą, żeby pojechać na plażę, razem otworzyć butelkę szampana i wejść w nowy rok w morskiej bryzie i na gazie.

Ana jednak upiła się na imprezie, zaczęła obmacywać się z facetem z siłowni i zniknęła na kilka godzin. To było typowe dla niej i w zasadzie uwielbiałam w niej to, że dosłownie nic nigdy nie szło z nią zgodnie z planem. Coś się zawsze musiało wydarzyć. Była fajną odskocznią ode mnie samej. Osoby, której wszystko zawsze wychodziło zgodnie z planem i nic nigdy się nie przydarzało. Kiedy więc tam zostałam, zdana tylko na siebie, i czekałam, aż Ana wyskoczy z sobie tylko znanej kryjówki, wcale nie byłam zła ani zaskoczona. Zakładałam, że sprawy mogą się tak potoczyć. Byłam tylko trochę wkurzona, że musiałam witać nowy rok z grupą nieznajomych. Stałam wśród nich, czując się nieswojo. Przyjaciele i znajomi całowali się, a ja gapiłam się na swój kieliszek szampana. Starałam się, żeby nie był to stracony wieczór. Rozmawiałam z fajnymi ludźmi. Próbowałam wykorzystać ten czas jak najlepiej.

Poznałam chłopaka o imieniu Fabian, który właśnie kończył medycynę, ale jego prawdziwą pasją były „dobre wino, dobre jedzenie, dobre kobiety”. Puścił do mnie oko, gdy to powiedział, a kiedy wkrótce potem próbowałam się z wdziękiem wymówić od dalszej rozmowy, Fabian poprosił mnie o numer telefonu. Dałam mu go, ale chociaż był w porządku, wiedziałam, że i tak nie odbiorę, jeśli zadzwoni. Fabian był takim facetem, który zabrałby mnie do drogiej restauracji na pierwszej randce, a gdy wyszłabym do łazienki, sprawdzałby wiadomości od innych kobiet. Był facetem, który za cel stawiał sobie przespanie się z dziewczyną. To była dla niego zabawa, a ja… nigdy nie umiałam się w nią bawić.

Natomiast Ana potrafiła korzystać z życia. Poznawała wielu ludzi. Flirtowała z nimi. Miała w sobie to coś, na co mężczyźni lecą i dla czego tracą szacunek do samych siebie. W swoich romansach to Ana miała władzę i chociaż rozumiałam sens takiego życia, z zewnątrz wyglądało na pozbawione pasji. Zbyt wyrachowane. Ja czekałam na kogoś, kto zwali mnie z nóg i sam również zostanie zwalony z nóg przeze mnie. Chciałam kogoś, kto nie będzie prowadził ze mną gierek, bo to oznaczałoby mniej czasu dla siebie nawzajem. Nie wiedziałam, czy taka osoba gdziekolwiek istnieje, ale byłam zbyt młoda, żeby się poddawać.

Znalazłam Anę śpiącą w głównej łazience. Zabrałam ją i odwiozłam taksówką do domu. Gdy dotarłam do siebie, była już druga w nocy, a mnie ogarnęło zmęczenie. Poszłam spać, nie otworzywszy butelki szampana, którą miałyśmy wypić na plaży.

Kiedy zasypiałam tej nocy, nie zmywszy dobrze kreski z oka, z czarną sukienką z cekinami leżącą na podłodze, myślałam o tym, co przyniesie ten rok, rozważałam różne możliwości, nawet te zupełnie nieprawdopodobne. A mimo to nie przyszło mi do głowy, że mogłabym wyjść za mąż przed upływem maja.

Obudziłam się w Nowy Rok sama w mieszkaniu, tak jak w każdy inny dzień, i wszystko było tak jak zawsze. Przez dwie godziny czytałam w łóżku, wzięłam prysznic, ubrałam się. Na śniadaniu spotkałam się z Aną.

Nie spałam już od trzech i pół godziny. Ona z kolei wyglądała, jakby wstała przed pięcioma minutami. Ana jest wysoka i szczupła, ma długie, brązowe włosy opadające jej na plecy i podkreślające złocisty brąz jej oczu. Urodziła się w Brazylii i mieszkała tam do trzynastego roku życia; do tej pory można to czasem wychwycić, gdy coś mówi, zwłaszcza gdy się ekscytuje. Poza tym jest całkowicie zamerykanizowana, zasymilowana i wyzbyta bagażu kulturowego. Jestem przekonana, że jej imię należy wymawiać z długim „a”, jak „aj”, ale gdzieś w szkole średniej przestała wyjaśniać różnicę i teraz jest Aną, jakkolwiek się to wymawia.

Tego ranka była ubrana w obszerne spodnie od dresu, które wcale jej nie pogrubiały, ponieważ była bardzo chuda, i bluzę na suwak, do tego miała włosy związane w kucyk. Można się było domyślić, że pod bluzą nie ma podkoszulka i zaświtało mi w głowie, że Ana robi to celowo. W ten sposób doprowadza facetów do szaleństwa. Wygląda na nagą, chociaż jest zupełnie zakryta. I nikt nie spodziewałby się, że robi to specjalnie.

– Ładna koszulka – powiedziałam, zdejmując okulary przeciwsłoneczne i siadając naprzeciw niej. Czasami się martwiłam, że moje własne, przeciętne ciało wygląda na zbyt grube w porównaniu z nią, że moje własne, zwykłe amerykańskie rysy twarzy służą jedynie uwypukleniu jej egzotycznej urody. Kiedy żartowałam sobie z tego, przypominała mi, że jestem blondyną ze Stanów Zjednoczonych. Mówiła, że blond przyćmiewa wszystko inne. Zawsze uważałam, że mam brudny odcień blond, niemal mysi, ale rozumiałam, co ma na myśli.

Chociaż Ana jest prześliczna, nigdy nie słyszałam, żeby była zadowolona ze swojego wyglądu. Kiedy mówiłam, że nie lubię swoich małych cycków, przypominała mi, że mam długie nogi i tyłek, za który można zabić. Zawsze twierdziła, że nienawidzi swoich krótkich rzęs i kolan i że jej stopy wyglądają jak u trolla. Więc pewnie jechałyśmy na tym samym wózku. Chyba wszystkie kobiety czują się jak ze zdjęcia „sprzed metamorfozy”.

Ana już rozgościła się na tarasie lokalu, zamówiła sobie muffinkę i mrożoną herbatę. Zrobiła ruch, jakby chciała wstać, kiedy ja usiadłam, ale ostatecznie objęłyśmy się na siedząco.

– Chcesz mnie zabić za wczoraj?

– Słucham? – zapytałam, przeglądając menu. Nie wiem, dlaczego w ogóle do niego zaglądałam. W każdą sobotę na śniadanie jadłam jajka po benedyktyńsku.

– Szczerze mówiąc, nawet nie pamiętam, co się stało. Mam tylko jakieś przebłyski z powrotu taksówką do domu i to, że zdjęłaś mi buty, zanim przykryłaś mnie kołdrą.

Potaknęłam.

– Dobrze pamiętasz. Straciłam cię z oczu na jakieś trzy godziny, a potem znalazłam w łazience na górze, więc nie jestem w stanie powiedzieć, jak daleko posunęliście się z tym facetem z siłowni, ale sądzę, że…

– Nie! Bzyknęłam się z Jimem?

Odłożyłam menu.

– Co takiego? Nie, z facetem z siłki.

– Taa, ma na imię Jim.

– Poznałaś na siłowni faceta o imieniu Jim? – Teoretycznie to nie była jego wina. Mężczyźni o imieniu Jim[1] mogą chodzić na siłownię, ale nie byłam w stanie przejść nad tym do porządku dziennego. Śmieszyło mnie to. – Czy to muffinka z otrębami?

Potaknęła, więc skubnęłam odrobinę.

– Prawdopodobnie jesteśmy jedynymi osobami na ziemi, którym smakują muffinki z otrębami – powiedziała i chyba miała rację. Ana i ja często znajdowałyśmy różne zaskakujące podobieństwa między nami, także w gustach kulinarnych. Nie jest ważne to, czy ty i ktoś inny lubicie tzatziki. To nie ma wpływu na to, czy się ze sobą dogadacie, czy nie, ale w pewnym sensie to, że lubiłyśmy jeść te same rzeczy, sprawiało, że nasza więź była silniejsza. Wiedziałam, że ona także zamówi jajka po benedyktyńsku.

– W każdym razie widziałam, że się obściskujesz z tym Jimem z siłki, ale nie wiem, co stało się później.

– Och, wydaje mi się, że to nie zaszło zbyt daleko, bo już mi dzisiaj rano wysłał wiadomość.

– Jest jedenasta.

– Wiem. Pomyślałam, że trochę się pospieszył. Ale nie narzekam – dodała.

– Co mam podać? – Kelnerka, która do nas podeszła, nie była tą, która zwykle nas obsługiwała. Wyglądała na starszą, bardziej doświadczoną przez życie.

– O, cześć! Chyba się jeszcze nie znamy. Jestem Ana.

– Daphne. – Ta kelnerka nie była aż tak zainteresowana zawiązywaniem znajomości z nami, jak wydawało się mojej przyjaciółce.

– Co się stało z Kimberly? – zapytała Ana.

– Oj, nie wiem. Zastępuję ją dzisiaj.

– Aha. Dobrze, więc nie będziemy grymasić. Prosimy dwa razy jajka po benedyktyńsku i dla mnie taką samą mrożoną herbatę, jak ma ona – powiedziałam.

– Już się robi.

Gdy odeszła, Ana i ja wróciłyśmy do naszej rozmowy.

– Zastanawiałam się nad postanowieniami noworocznymi – powiedziała Ana, częstując mnie swoją herbatą, ponieważ moja jeszcze nie przyszła. Odmówiłam, bo wiedziałam, że jeśli napiję się z jej szklanki, uzna, że może częstować się z mojej, kiedy ją przyniosą, i wypije mi całą cholerną herbatę. Znałam ją na tyle długo, by wiedzieć, gdzie postawić granicę i jak to zrobić tak, by nie zauważyła.

– Dobrze. I co?

– Wymyśliłam coś radykalnego.

– Radykalnego? No nie mogę.

– Celibat.

– Celibat?

– Celibat. Żadnego seksu.

– Wiem, co to znaczy. Zastanawiam się tylko dlaczego.

– Oj tam, wpadłam na to dziś rano. Mam dwadzieścia sześć lat; zeszłej nocy się upiłam i nie jestem do końca pewna, czy się z kimś przespałam, czy nie. Nie mam zamiaru upadać niżej i być taką zdzirą.

– Nie jesteś zdzirą. – Co do tego nie byłam jednak do końca przekonana.

– Nie, masz rację. Nie jestem zdzirą. Jeszcze.

– Mogłabyś przestać pić. – Miałam nietuzinkowe podejście do picia; mogłam pić, ale nie musiałam. Pić czy nie pić, nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Jak się okazywało, większość ludzi opowiadała się po jednej stronie. Ana stanowczo była za piciem.

– O czym ty mówisz?

– Wiesz. Że masz przestać pić.

– Całkiem?

– Przestać. Nie mówię o niczym niezwykłym. Wielu ludzi po prostu nie pije.

– Tak, Elsie, to alkoholicy.

Zaśmiałam się.

– Masz rację, twoim problemem nie jest picie. Tylko puszczanie się.

– Właśnie. Więc zamierzam przestać się puszczać.

– A co się stanie, gdy spotkasz kogoś, na kim naprawdę będzie ci zależało?

– Cóż, złamię zasady, jeśli do tego dojdzie. W zeszłym roku nie poznałam nikogo, kto byłby tego wart. Nie sądzę, by zmieniło się to w tym roku.

Daphne przyniosła nasze jajka po benedyktyńsku i moją mrożoną herbatę. Postawiła zamówienie na stoliku, a ja dopiero na widok jedzenia uświadomiłam sobie, jaka byłam głodna. Od razu zaczęłam pałaszować.

Ana potaknęła, przeżuwając. Kiedy mogła już coś powiedzieć, nie plując jedzeniem, dodała:

– To znaczy jeśli poznam kogoś, w kim się zakocham. Ale do tego czasu nic z tego. – Sztućcami zrobiła w powietrzu znak „x”.

– Słusznie. – Najlepsze w tej restauracji było to, że do jajek po benedyktyńsku dodawali szpinak, co czyniło z nich jajka florenckie po benedyktyńsku. – Czy to oznacza, że ja też nie mogę z nikim iść do łóżka? – zapytałam.

– Nie, ty nadal możesz. Ale nie pójdziesz. Chociaż możesz.

Wkrótce potem Ana wróciła do siebie. Mieszkała po drugiej stronie miasta, w Santa Monica, w mieszkaniu z widokiem na Pacyfik. Zazdrościłabym jej tego, gdyby co jakiś czas nie proponowała mi, żebym się do niej wprowadziła. Zawsze odmawiałam, wiedząc, że gdybym z nią zamieszkała, mogłabym ją szybko znielubić. Nigdy nie byłam w stanie zrozumieć, jak Ana mogła sobie pozwolić na takie mieszkanie, pracując dorywczo jako instruktorka jogi, ale ona zawsze zdawała się mieć dość pieniędzy na rzeczy, których potrzebowała i pragnęła.

Kiedy wyszła, wróciłam do siebie. Wiedziałam, jak chcę spędzić popołudnie. Był nowy rok, a ja zawsze uważałam, że nowy rok nie jest nowy, dopóki nie przemebluję mieszkania. Problem polegał na tym, że w ciągu dwóch lat tyle razy już przestawiałam swoje graty, że wyczerpałam wszelkie możliwości. Uwielbiałam swoje mieszkanie i ciężko pracowałam na to, by móc je zajmować i urządzić się tu po swojemu. Przesuwałam sofę od ściany do ściany, dopóki nie doszłam do wniosku, że najlepiej wyglądała na swoim pierwotnym miejscu, ale i tak odczuwałam satysfakcję. Ustawiłam regał gdzie indziej, zamieniłam miejscami stoliki i doszłam do wniosku, że wystarczy tych zmian na uczczenie nowego roku. Usiadłam na sofie, włączyłam telewizję i zasnęłam.

Była piąta po południu, kiedy się obudziłam. Był sobotni wieczór; single w sobotnie wieczory powinni udawać się do barów i klubów, żeby kogoś poderwać, ale ja wolałam oglądać telewizję, poczytać książkę i zamówić pizzę. Może ten rok będzie rokiem, kiedy będę robiła to, co, do cholery, mi się podoba, nie zważając na normy społeczne. Może.

Kiedy zaczęło padać, wiedziałam, że zostanie w domu było dobrym wyborem. Ana zadzwoniła kilka godzin później, żeby zapytać, jak spędzam dzień.

– Chciałam się upewnić, że nie siedzisz na kanapie i nie oglądasz telewizji.

– Słucham? Dlaczego nie mogę oglądać telewizji?

– Jest sobotni wieczór, Elsie. Wstań! Wyjdź! Mogłabyś iść ze mną, ale wybieram się na randkę z Jimem.

– I po celibacie.

– Co? Nie zamierzam się z nim przespać. Idziemy coś zjeść.

Roześmiałam się.

– No dobrze. Ja spędzę wieczór na kanapie. Jestem zmęczona i śpiąca…

– „Zmęczona” i „śpiąca” znaczą to samo. Przestań szukać wymówek.

– Spoko. Jestem leniwa i czasami lubię pobyć sama.

– Jasne. Przynajmniej się przyznałaś. Zadzwonię jutro. Życz mi szczęścia i trzymaj kciuki, żebym nie wyskoczyła z majtek.

– Nie ma sprawy, będziesz tego potrzebowała.

– Absolutnie nie!

– A właśnie że tak!

– Okej, porozmawiamy jutro.

– Cześć.

Od razu zamówiłam jedzenie. Kiedy zadzwoniłam do Georgie’s Pizza, kobieta po drugiej stronie telefonu powiedziała, że mogą mi je przywieźć dopiero za około półtorej godziny. Gdy zapytałam dlaczego, odpowiedziała: „Deszcz”. Stwierdziłam, że wpadnę tam za pół godziny i sama odbiorę.