Na tropie sensacji - Helena Leblanc - ebook

Na tropie sensacji ebook

Leblanc Helena

0,0

Opis

Paryska dziennikarka Gaëlle Lamartine jest chodzącym magnesem na kłopoty. Rozwód, długi po byłym mężu, konflikt z aktorem-celebrytą, a w konsekwencji zwolnienie z pracy sprawiają, że ucieka ze stolicy do rodzinnej Bretanii, by choć chwilę pomyśleć w spokoju o swojej przyszłości zawodowej.

Niestety, na miejscu wpada w miłosny szał za sprawą przystojnego syna sąsiadów, który też schronił się w rodzinnej miejscowości, żeby uciec od prywatnych problemów. To się nie może skończyć dobrze. Ze złamanym po raz kolejny sercem postanawia, że nie da się już więcej oszukać żadnemu mężczyźnie.

W końcu przyjmuje od byłego szefa zlecenie ostatniej szansy – rozpracowanie tajemniczego amerykańskiego miliardera i playboya Alexandra Hughesa. Perspektywa spędzenia roku z dala od Francji i kłopotów oraz oczekiwane wynagrodzenie sprawiają, że nie myśli o zagrożeniach. Wpada na trop nowej sensacji i zamierza to wykorzystać.

Czy miliarder, który nienawidzi dziennikarzy, odkryje prawdziwą tożsamość Gaëlle? Jak daleko sięgają powiązania znanego francuskiego aktora? Ile można poświęcić dla pracy, która jest pasją?

 

***

„Jak ten seksoholik się nazywał? Alexander Hughes, lat trzydzieści sześć, miliarder i playboy – przypomniałam sobie. I jaki miałby być tytuł najlepszego artykułu mojego życia? Znany z tego, że jest bogaty? Westchnęłam, bo naprawdę nie ciągnęło mnie, żeby rozgryzać akurat tego gościa, który nie wsławił się niczym szczególnym poza swoim bogactwem i stylem życia. Nie on jeden odziedziczył tyle kasy, że mógł przez całe życie robić tylko to, na co miał ochotę. Nie wyróżniał się niczym szczególnym, żeby zasłużyć na mój wywiad. A przynajmniej tak myślałam, zanim zagłębiłam się w lekturę tego, co wujek Google wiedział o Hughesie”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 417

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Co­py­ri­ght ©2026 by He­le­na Le­blanc

Co­py­ri­ght ©2026 by Li­te­ra In­ven­ta

Wy­da­nie pierw­sze, 2026

Re­dak­cja: Aga­ta Bo­gu­sław­ska

Pierw­sza ko­rek­ta: Jo­an­na Kry­sty­na Ra­dosz

Dru­ga ko­rek­ta: Re­na­ta No­wak

Skład, ła­ma­nie i przy­go­to­wa­nie ebo­oka: Mi­chał Bog­da­ński

Pro­jekt okład­ki: Agniesz­ka Ma­kow­ska

Źró­dło ob­ra­zów: fre­epik.com

ISBN: 978-83-67355-33-9

© Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ksi­ążka ani jej frag­men­ty nie mogą być prze­dru­ko­wy­wa­ne ani w ża­den inny spo­sób re­pro­du­ko­wa­ne lub od­czy­ty­wa­ne w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu bez pi­sem­nej zgo­dy au­to­ra lub wy­daw­cy.

© All ri­ghts re­se­rved

stu­dio­_li­te­ra.in­ven­ta@outlo­ok.com

Prolog

„Paris CONTEMPORAIN”, numer 6/2021

Do­bro na­ro­do­we. Ile razy, wi­dząc twarz tego czło­wie­ka, za­sta­na­wia­li­śmy się, jak wy­gląda­ła­by fran­cu­ska ki­ne­ma­to­gra­fia bez nie­go? Za­grał głów­ne po­sta­cie w naj­wa­żniej­szych pro­duk­cjach na­ro­do­wych i wie­le wa­żnych ról w wy­so­ko­bu­dże­to­wych fil­mach za­gra­nicz­nych. Jest roz­po­zna­wal­ny na ca­łym świe­cie. Jego ma­jątek sza­cu­je się na trzy mi­liar­dy euro. Pry­wat­nie mąż, oj­ciec i dzia­dek trój­ki wnu­cząt, zna­ny fi­lan­trop. To ofi­cjal­ne in­for­ma­cje. A nie­ofi­cjal­ne? Ofi­cjal­nie nie wia­do­mo. Do­mi­ni­que De­ren­nes, ak­tor fil­mo­wy i te­atral­ny, biz­nes­men i ce­le­bry­ta. Uro­dzo­ny w 1951 roku gwiaz­dor sko­ńczył wła­śnie sie­dem­dzie­si­ąt lat! Z oka­zji tego wy­jąt­ko­we­go ju­bi­le­uszu chcia­ła­bym przy­bli­żyć czy­tel­ni­kom dzia­łal­no­ść po­za­fil­mo­wą iko­nicz­ne­go wręcz ge­niu­sza fran­cu­skie­go i świa­to­we­go kina.

Do­mi­ni­que De­ren­nes z fil­mem zwi­ąza­ny jest od za­wsze. Za sła­wą i wiel­ki­mi pie­ni­ędz­mi przy­szły biz­nes i fi­lan­tro­pia. I mó­głby na tym po­prze­stać. Szko­da, że sław­ny ak­tor za­czął mie­szać się też w po­li­ty­kę, bo gdy­by zo­stał przy grze ak­tor­skiej, z pew­no­ścią do­cze­ka­łby się Osca­ra. Wszy­scy mamy w pa­mi­ęci tę wy­jąt­ko­wą galę osiem lat temu, kie­dy De­ren­nes zdo­był aż pięć no­mi­na­cji do naj­wa­żniej­szej fil­mo­wej sta­tu­et­ki. Dla­cze­go jej nie do­stał? A dla­te­go, że za­le­d­wie kil­ka mie­si­ęcy wcze­śniej wy­pi­ął się na swój wła­sny kraj i przy­jął oby­wa­tel­stwo z rąk jed­ne­go ze wspó­łcze­snych dyk­ta­to­rów, Pu­ta­inie­va1. No­men omen…

I to wszyst­ko, żeby nie pła­cić po­dat­ków we Fran­cji.

Osta­tecz­nie nie by­ło­by w tym nic gor­szące­go, bo nie on je­den ucie­ka do ra­jów po­dat­ko­wych, gdy­by nie fakt, że tym „ra­jem” jest kraj, w któ­rym de­mo­kra­tycz­na opo­zy­cja jest prze­śla­do­wa­na, lu­dzie są wtrąca­ni do wi­ęzień i zsy­ła­ni do ła­grów z po­wo­du po­glądów po­li­tycz­nych. I wszyst­ko to dzie­je się w Eu­ro­pie, kie­dy przy­wód­cy po­zo­sta­łych pa­ństw, w tym Fran­cji, uda­ją, że nic nie wi­dzą. Ro­bią prze­cież w tym kra­ju biz­ne­sy.

I na­dal po­wie­dzie­li­by­śmy, że to się dzie­je poza na­szym fran­cu­skim po­dwór­kiem i na­szą tra­dy­cyj­ną stre­fą wpły­wów, a ta­kże że na­sze re­la­cje z bia­łym nie­dźwie­dziem były za­wsze po­praw­ne, więc nie mamy na to wpły­wu. Nie mie­li­by­śmy, gdy­by nie fakt, że zna­ny opo­zy­cjo­ni­sta Ale­xiej Spas­ski zo­stał za­mor­do­wa­ny w swo­im pod­pa­ry­skim miesz­ka­niu dwa dni po tym, jak spo­tkał się w Pa­ry­żu z De­ren­nes’em. Po­dob­no miał pro­sić ak­to­ra o pró­bę wpły­ni­ęcia na dyk­ta­to­ra…

Ga­ël­le La­mar­ti­ne jest dzien­ni­kar­ką za­wo­do­wo zwi­ąza­ną z re­dak­cją mie­si­ęcz­ni­ka „Pa­ris CON­TEM­PO­RA­IN”.

Rozdział I

Ultimatum

Czerwiec 2021, siedziba redakcji „CONTEMPORAIN”, Paryż, Francja

– Ga­ël­le, czy ty po­stra­da­łaś ro­zum?! – Char­les wy­dzie­rał się na mnie już od do­brych kil­ku mi­nut. – Cze­mu tak się ucze­pi­łaś tego gwiaz­do­ra?

– Bo mam w du­pie jego sła­wę. Jest win­ny! – wark­nęłam. – I miał coś wspól­ne­go ze śmier­cią tego ro­syj­skie­go opo­zy­cjo­ni­sty, je­stem pew­na!

– Ko­bie­to, opa­nuj się. Je­steś dzien­ni­kar­ką, do cho­le­ry! Za­cho­wu­jesz się jak upar­ta na­sto­lat­ka, a nie masz żad­nych do­wo­dów. – Char­les już daw­no nie uda­wał, że ma do mnie cier­pli­wo­ść.

– Mam i zdo­będę ich wi­ęcej – syk­nęłam.

– Nie sądzę. – Tym ra­zem ton Char­les’a był chłod­ny jak lo­do­wiec w jego oczach.

Że też kie­dyś po­do­ba­ły mi się te jego po­twor­nie zim­ne tęczów­ki – prze­mknęło mi przez myśl.

– A niby dla­cze­go nie? – spy­ta­łam. No bo co mógł mi zro­bić De­ren­nes? Uwi­ęzi mnie, że­bym nie pi­sa­ła praw­dy? Jak jego ro­syj­ski idol?

– Bo jesz­cze je­den taki nu­mer i cię zwol­nię – od­pa­rł spo­koj­nie.

Nie mia­łam jed­nak cza­su na po­dzi­wia­nie jego opa­no­wa­nia.

– Nie mo­żesz! – wy­da­rłam się.

– Czy­żby? – Char­lie tyl­ko unió­sł brew. – Chy­ba za­po­mi­nasz, że to ja je­stem re­dak­to­rem na­czel­nym i for­mal­nie two­im prze­ło­żo­nym.

I wnu­kiem za­ło­ży­cie­la – po­my­śla­łam, ale za­cho­wa­łam to dla sie­bie. Char­les miał tyl­ko sta­no­wi­sko, bo i tak cała resz­ta wła­dzy for­mal­nie była w rękach ak­cjo­na­riu­szy, któ­rzy jed­nak nie wtrąca­li się, do­pó­ki spó­łka wy­pła­ca­ła im na­le­żne dy­wi­den­dy.

To jed­nak ja utrzy­my­wa­łam to pi­smo. Dla mo­jej ru­bry­ki to­wa­rzy­skiej, któ­rą pro­wa­dzi­łam z po­świ­ęce­niem od ośmiu lat, lu­dzie ku­po­wa­li nasz mie­si­ęcz­nik. „CON­TEM­PO­RA­IN” no­to­wał zwy­żki sprze­da­ży od dwóch lat, kie­dy zde­cy­do­wa­łam, że oprócz zwy­kłych plo­tek lu­dziom trze­ba do­star­czyć tro­chę pi­kant­nych szcze­gó­łów z nie­zbyt uczci­we­go ży­cia gwiazd. I Char­les był tego świa­dom. Ba, sam mnie do tego za­chęcał, kie­dy za­uwa­żył, że mój pierw­szy ar­ty­kuł tego typu stał się sen­sa­cją. A te­raz co? Chciał się wy­co­fać tyl­ko dla­te­go, że ten sta­ry pryk gro­ził nam pro­ce­sem o znie­sła­wie­nie?

– Nie zro­bisz mi tego.

– Chcesz się prze­ko­nać? – Char­les wy­jął z szu­fla­dy do­ku­ment i mi po­dał.

– Co to?

– Prze­czy­taj.

W trak­cie lek­tu­ry wło­sy zje­ży­ły mi się na gło­wie.

– Co to ma zna­czyć?

– To będzie kon­se­kwen­cja nie­sub­or­dy­na­cji, moja dro­ga – od­po­wie­dział gro­źnie.

Trzy­ma­łam w dło­niach wy­po­wie­dze­nie z pra­cy. Po ośmiu la­tach!

– To na se­rio?

Po­czu­łam, że pot spły­wa mi po kar­ku. Nie mo­głam prze­cież stra­cić pra­cy. To było moje je­dy­ne źró­dło utrzy­ma­nia. Od kie­dy po roz­wo­dzie oka­za­ło się, że z by­łym mężem mia­łam do po­dzia­łu je­dy­nie jego dłu­gi, nie mo­głam so­bie po­zwo­lić na utra­tę sta­łe­go do­cho­du ani na chwi­lę. Drań! Tak mnie za­ła­twić na od­chod­ne!

Przy­po­mniaw­szy so­bie tam­tą spra­wę, po­czu­łam się jesz­cze go­rzej w obec­nej sy­tu­acji. Char­lie, i ty prze­ciw­ko mnie?

Trzy miesiące wcześniej, marzec 2021

– Dla­cze­go nie za­żąda­ła pani po­dzia­łu ma­jąt­ku przed roz­wo­dem? – spy­ta­ła sędzia, któ­ra roz­pa­try­wa­ła moją spra­wę.

– Bo by­łam pew­na, że nie ma cze­go dzie­lić i to tyl­ko for­mal­no­ść. Miesz­ka­nia wy­naj­mo­wa­li­śmy, ka­żde z nas utrzy­my­wa­ło się z wła­snej pen­sji. Nie ży­li­śmy ra­zem od dwóch lat – wy­ja­śni­łam.

– I na­praw­dę nie wie­dzia­ła pani, co ma­łżo­nek ro­bił przez ostat­nie dwa lata?

– Na szczęście nie.

– Ja nie wiem, czy to ta­kie szczęście – wy­ra­zi­ła po­wąt­pie­wa­nie sędzia. – Trze­ba było się roz­wie­ść wcze­śniej albo cho­ciaż usta­no­wić se­pa­ra­cję i po­dział ma­jąt­ku.

– Nie ro­zu­miem. Dla­cze­go mam od­po­wia­dać za dłu­gi, któ­rych mój eks­mąż na­ro­bił, jak już nie ży­li­śmy ra­zem?

– Bo for­mal­nie byli pa­ństwo ma­łże­ństwem.

– Na­wet jak nie miesz­ka­li­śmy ra­zem?

– Przy­kro mi.

– Co to ozna­cza dla mnie? – spy­ta­łam w ko­ńcu zre­zy­gno­wa­na.

– Osiem­dzie­si­ąt ty­si­ęcy euro do spła­ty.

– Ile?!

– Dłu­gi pani ma­łżon­ka…

– By­łe­go!

– Dłu­gi pani by­łe­go ma­łżon­ka, po­wsta­łe w trak­cie trwa­nia ma­łże­ństwa, wy­no­si­ły w dniu roz­wo­du sto sze­śćdzie­si­ąt ty­si­ęcy euro.

– To ja­kiś kosz­mar! Co on ro­bił z tymi pie­ni­ędz­mi?

– Nie mnie to roz­trząsać, pani La­mar­ti­ne. Pra­cu­je pani, pro­szę wzi­ąć kre­dyt, od­dać pie­ni­ądze wie­rzy­cie­lom, żeby dług nie na­ra­stał, a po­tem spo­koj­nie spła­cać…

Spo­koj­nie, rze­czy­wi­ście – żach­nęłam się w my­ślach. Tyle kasy za nic! Jak­bym chcia­ła spła­cać taki kre­dyt, ku­pi­ła­bym so­bie miesz­ka­nie… A tak ani miesz­ka­nia, ani kasy i tyl­ko dług!

– Ro­zu­miem, że nie mogę już nic z tym zro­bić? – Wes­tchnęłam.

– Pro­szę się cie­szyć, że nie od­po­wia­da pani za ca­ło­ść dłu­gów męża, bo i ta­kie przy­pad­ki wi­dzia­łam. Jego wie­rzy­cie­le byli wy­jąt­ko­wo ła­ska­wi.

Fak­tycz­nie. To­tal­na ła­ska­wo­ść, za­ła­twić mnie na osiem­dzie­si­ąt ka­fli. Ska­za­na za nie­win­no­ść.

– Nie wiem, czy to bar­dzo po­cie­sza­jące, ale dzi­ęku­ję za do­bre sło­wa, wy­so­ki sądzie.

– Z po­wo­du nie­obec­no­ści po­zwa­ne­go Frédéri­ca La­mar­ti­ne’a wy­rok zo­sta­nie ogło­szo­ny za­ocz­nie.

Nie ma go, bo spier­do­lił za gra­ni­cę przed wie­rzy­cie­la­mi.

– W po­rząd­ku.

– Mówi się: „tak, wy­so­ki sądzie”.

– Tak, wy­so­ki sądzie.

– W imie­niu Re­pu­bli­ki Fran­cu­skiej sąd ogła­sza wy­rok w spra­wie z po­wódz­twa Ga­ël­le La­mar­ti­ne prze­ciw Frédéri­co­wi La­mar­ti­ne’owi o roz­wód i po­dział ma­jąt­ku wspól­ne­go, na­by­te­go w trak­cie trwa­nia zwi­ąz­ku ma­łże­ńskie­go. Sąd po­sta­na­wia roz­wi­ązać ma­łże­ństwo za­war­te osiem­na­ste­go lip­ca dwa ty­si­ące pi­ęt­na­ste­go roku przez roz­wód.

Sze­ść lat ży­cia.

– Czy chce pani coś do­dać? – zdzi­wi­ła się sędzia.

Może rze­czy­wi­ście moja mina była nie­zbyt ade­kwat­na do oko­licz­no­ści, bo jed­no­cze­śnie za­le­wa­łam się łza­mi i sze­ro­ko uśmie­cha­łam.

– Nie, pro­szę kon­ty­nu­ować.

– Sąd orze­ka roz­wód i od­po­wie­dzial­no­ść po­wód­ki Ga­ël­le La­mar­ti­ne za po­ło­wę dłu­gów wspó­łma­łżon­ka, po­wsta­łych w trak­cie trwa­nia ma­łże­ństwa.

Szlag by to tra­fił.

– Przy­kro mi, na­praw­dę. – Sędzia spoj­rza­ła na mnie z praw­dzi­wą tro­ską. – Może mi pani wie­rzyć lub nie, ale prze­ży­łam kie­dyś to samo. Nie­ste­ty, do­pó­ki mamy ta­kie pra­wo, do­pó­ty nie mogę zro­bić nic po­nad jego za­sto­so­wa­nie.

– Nie mam pre­ten­sji do pani, tyl­ko do tego gada, któ­ry zmar­no­wał mi kil­ka lat ży­cia. – Wes­tchnęłam. A te­raz przez kil­ka na­stęp­nych będę mu­sia­ła po­no­sić tego kon­se­kwen­cje.

– To wszyst­ko, pani La­mar­ti­ne. Jest pani pew­na, że chce za­cho­wać na­zwi­sko po mężu? – spy­ta­ła na­gle sędzia, za­miast za­ko­ńczyć spra­wę.

– Tak, je­stem pod nim zna­na. Pra­co­wa­łam na jego roz­po­zna­wal­no­ść od lat.

– Ro­zu­miem. W ta­kim ra­zie ży­czę pani wszyst­kie­go naj­lep­sze­go na no­wej dro­dze ży­cia. Wy­rok upra­wo­moc­ni się po trzy­dzie­stu dniach.

– Dzi­ęku­ję.

Wy­szłam z sali roz­praw sama. Po­tem prze­szłam dłu­gim, tro­chę ciem­nym ko­ry­ta­rzem i skie­ro­wa­łam się w stro­nę wy­jścia z bu­dyn­ku sądu.

Ga­ël­le, je­steś roz­wód­ką. I masz osiem­dzie­si­ąt ty­si­ęcy euro dłu­gu. Nie swo­je­go dłu­gu. Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go na no­wej dro­dze ży­cia, do ja­snej cho­le­ry!

Znowu czerwiec 2021, redakcja „CONTEMPORAIN”

– Chcesz mnie zwol­nić, Char­lie? – po­wtó­rzy­łam, nie do­wie­rza­jąc.

– To jest dla mnie osta­tecz­no­ść, Ga­ël­le.

Char­les spoj­rzał na mnie mi­ęk­ko. W jego oczach zo­ba­czy­łam tę odro­bi­nę cie­pła, któ­ra spo­wo­do­wa­ła, że kie­dyś na se­rio roz­wa­ża­łam ja­kąkol­wiek re­la­cję po­za­słu­żbo­wą z tym fa­ce­tem. W cza­sach, kie­dy mój mąż ro­bił, co chciał, i to na pew­no nie ze mną. Na szczęście daw­no mi prze­szło. Char­les był ty­po­wym ka­rie­ro­wi­czem i trak­to­wał lu­dzi in­stru­men­tal­nie. Szyb­ko to za­uwa­ży­łam.

– Cze­go ode mnie ocze­ku­jesz? – spy­ta­łam w ko­ńcu, żeby za­ko­ńczyć to przy­kre dla mnie spo­tka­nie. Nie­ste­ty nie mia­łam wy­bo­ru. Mu­sia­łam zro­bić, co mi ka­zał.

– Zo­sta­wisz Do­mi­ni­que De­ren­nes’a w spo­ko­ju. Na­pi­szesz spro­sto­wa­nie na ła­mach na­sze­go pi­sma…

– Nie! Ni­cze­go nie na­pi­szę! – za­pro­te­sto­wa­łam gwa­łtow­nie. Na to aku­rat nie mo­głam się zgo­dzić. Po­świ­ęcić dwa lata dzien­ni­kar­skie­go śledz­twa i przy­znać się do nie­praw­dy? Ni­g­dy! To już wo­la­ła­bym zdech­nąć z gło­du!

– Na­pi­szesz. Albo ktoś inny na­pi­sze, a ty się pod­pi­szesz.

– Nic z tego.

– Ga­ël­le!

– Zro­zum mnie, Char­les. Albo przy­naj­mniej spró­buj zro­zu­mieć… – W moim gło­sie mu­sia­ła wy­brzmieć de­spe­ra­cja, ale w tej kwe­stii nie za­mie­rza­łam ustąpić na krok. Ni­g­dy nie przy­znam się do kłam­stwa, bo go nie było.

– To ty spró­buj zro­zu­mieć mnie. Gro­zi nam ban­kruc­two! Za­mkni­ęcie pi­sma! De­ren­nes i jego praw­ni­cy nas wy­ko­ńczą!

– Char­lie, mogę od­pu­ścić, mogę dać mu spo­kój, mogę nie na­pi­sać wi­ęcej ani jed­ne­go pier­do­lo­ne­go sło­wa na te­mat De­ren­nes’a, ale nie przy­znam się do zmy­śla­nia, bo wszyst­ko, co na­pi­sa­łam, to szcze­ra praw­da i wy­nik rze­tel­ne­go śledz­twa.

Char­les lu­stro­wał mnie uwa­żnie, jak­by pró­bo­wał zna­le­źć sła­by punkt w moim pan­ce­rzu.

Kie­dyś pa­trzy­łeś na mnie ina­czej – po­my­śla­łam.

Dwa lata wcześniej

Frédéric, mój mąż, wła­śnie wy­pro­wa­dził się ze wspól­nie wy­naj­mo­wa­ne­go miesz­ka­nia. Ra­czej nie miał wy­bo­ru, bo w ko­ńcu ka­za­łam mu wy­pier­da­lać. I tak dłu­go zno­si­łam zdra­dy. Cza­rę go­ry­czy prze­lał te­le­fon od jego ko­chan­ki, któ­ra „my­śląc”, że to on ode­brał, oznaj­mi­ła ra­do­snym gło­sem, że jest z nim w ci­ąży. „I co, cie­szysz się, mi­siacz­ku?”, za­szcze­bio­ta­ła ta pin­da. Nie wy­trzy­ma­łam i trza­snęłam słu­chaw­ką.

To ja chcia­łam mieć dziec­ko. Ja! Sko­ńczy­łam trzy­dzie­ści lat, od czte­rech by­łam żoną. Wcze­śnie wy­szłam za mąż, bo my­śla­łam, że spo­tka­łam mi­ło­ść swo­je­go ży­cia… Ka­rie­ra roz­wi­ja­ła się po mo­jej my­śli i co? Ten du­pek zro­bił dziec­ko in­nej, bo dla mnie ni­g­dy nie miał cza­su!

Kie­dy wró­cił z pra­cy, bo wte­dy jesz­cze pra­co­wał, rzu­ci­łam w nie­go te­le­fo­nem. Sta­cjo­nar­nym. Sprzęt roz­pa­dł się na ka­wa­łki, gdy upa­dł na podło­gę. Trud­no. War­to było po­świ­ęcić sta­ry apa­rat dla głu­piej miny tego dup­ka.

Fred jed­nak szyb­ko otrząsnął się z za­sko­cze­nia.

– Co się sta­ło, ko­cha­nie? – spy­tał jak­by ni­g­dy nic.

– Mam dwie wia­do­mo­ści – oznaj­mi­łam, usi­łu­jąc nie oka­zy­wać wi­ęcej emo­cji. Nie było to wca­le pro­ste.

– Do­bre czy złe?

– Dla mnie do­bre, bo obie ozna­cza­ją, że już wi­ęcej cię nie zo­ba­czę, par­szy­wa men­do!

– Ależ skar­bie, skąd te ner­wy?

Gno­jek albo na­praw­dę nie wie­dział, albo tak świet­nie grał. W obu wy­pad­kach za­słu­gi­wał na moją po­gar­dę.

– Będziesz ta­tu­siem, Fred.

– Prze­cież bie­rzesz pi­gu­łki! – przy­po­mniał mi, świ­ęcie obu­rzo­ny.

– Ale ta pin­da naj­wy­ra­źniej nie bra­ła! – wrza­snęłam. – Za­dzwo­ni­ła dziś do mnie, a wła­ści­wie do cie­bie, ale nie­ste­ty to ja ode­bra­łam.

Frédéric do­pie­ro wte­dy zbla­dł.

– A więc jed­nak do­pusz­czasz do sie­bie taką mo­żli­wo­ść! – wark­nęłam.

Mój mąż nie od­po­wie­dział, więc kon­ty­nu­owa­łam:

– Dru­ga wia­do­mo­ść brzmi: wy­pro­wa­dzasz się jesz­cze dziś. Za­bie­raj swo­je gra­ty, nie chcę cię tu wi­dzieć.

– Czy mo­że­my to prze­dys­ku­to­wać na spo­koj­nie? – spy­tał, nie oka­zu­jąc zbyt wie­lu emo­cji. Jak­by­śmy roz­ma­wia­li o po­go­dzie, a nie o na­szym ma­łże­ństwie, któ­re wła­śnie się sko­ńczy­ło.

Chuj zła­ma­ny!

Ty­dzień pó­źniej w miesz­ka­niu nie było już śla­du po wcze­śniej­szej obec­no­ści Frédéri­ca La­mar­ti­ne’a. Wy­pro­wa­dził się do swo­jej dziu­ni, któ­ra oka­za­ła się bar­dzo za­wie­dzio­na fak­tem, że ona nie wpro­wa­dzi się do apar­ta­men­tu w pi­ęt­na­stej dziel­ni­cy, miesz­czące­go się na dwu­dzie­stym pi­ętrze wy­so­ko­ściow­ca, z okna­mi wy­cho­dzący­mi na Se­kwa­nę. Chy­ba li­czy­ła na coś lep­sze­go, wi­ążąc się z Fre­dem, i moc­no się prze­li­czy­ła. Czy mnie to zmar­twi­ło? Nie­spe­cjal­nie. Miesz­ka­nie nie na­le­ża­ło do Frédéri­ca. Nie było też moje, tyl­ko zna­jo­me­go, któ­ry po­zwo­lił mi je za­jąć w za­mian za opie­kę nad lo­ka­lem i jego utrzy­ma­nie. Po­mo­głam mu kie­dyś, a on po­mó­gł mnie. Umo­wa naj­mu była dla mnie bar­dzo ko­rzyst­na, a on miał pew­no­ść, że miesz­ka­nie jest w do­brych rękach. Miał się po nie zgło­sić do­pie­ro za kil­ka lat, bo za­mie­rzał na eme­ry­tu­rze osi­ąść z po­wro­tem w Pa­ry­żu. No cóż, zna­jo­mo­ści z ce­le­bry­ta­mi cza­sem się przy­da­ją, zwłasz­cza kie­dy mo­żna uczci­wie po­pra­wić czy­jąś re­pu­ta­cję i za­słu­żyć tym na jego wdzi­ęcz­no­ść. A jed­nak to miesz­ka­nie od tam­tej pory ko­ja­rzy­ło mi się też z nie­uda­nym ko­ńcem mo­je­go ma­łże­ństwa. Czy mo­głam się wy­pro­wa­dzić? Nie. Wy­na­jem cze­goś po­dob­ne­go w cen­trum Pa­ry­ża po­chło­nąłby dwie trze­cie mo­jej pen­sji.

Char­les był jed­ną z pierw­szych osób, któ­re do­wie­dzia­ły się o smut­nym ko­ńcu mo­je­go zwi­ąz­ku. Sta­rał się mnie wspie­rać, mo­żna na­wet po­wie­dzieć, że się za­przy­ja­źni­li­śmy. Często zo­sta­wa­łam dłu­żej w re­dak­cji, żeby nie sie­dzieć sama w pu­stym miesz­ka­niu i nie roz­pa­mi­ęty­wać tego, co się sta­ło. I tak, pod­czas jed­nej z wie­lu roz­mów na te­mat przy­szło­ści pi­sma, wpa­dłam na po­my­sł dzien­ni­kar­stwa to­wa­rzy­sko-śled­cze­go.

Kie­dy przed­sta­wi­łam za­rys idei Char­lie­mu, za­chwy­cił się.

– Spró­buj – za­chęcił mnie. – Je­śli to się spraw­dzi, będziesz mia­ła wol­ną rękę w do­bie­ra­niu so­bie te­ma­tów.

– Tak się cie­szę! Dzi­ęku­ję!

No­si­ło mnie z eks­cy­ta­cji! Z ra­do­ści, że w ko­ńcu coś mi się uda­ło, rzu­ci­łam się sze­fo­wi na szy­ję i cmok­nęłam go w po­li­czek. Zna­czy… chcia­łam to zro­bić, ale od­wró­cił się w moją stro­nę i tra­fi­łam w usta. Za­ska­ku­jąco mi­ęk­kie i przy­jem­ne w do­ty­ku. I wte­dy sta­ło się coś dziw­ne­go. Char­lie od­chrząk­nął. Oba­wia­łam się, że za­raz po­wie coś, co spra­wi, że spa­lę się ze wsty­du, ale wszyst­ko po­to­czy­ło się bar­dzo szyb­ko… Jed­ną ręką ob­jął mnie w ta­lii, a dru­gą zła­pał za ty­łek i przy­ci­ągnął do sie­bie. Wte­dy spoj­rzał na mnie z po­żąda­niem i po­ca­ło­wał na­mi­ęt­nie. Nie po­dej­rze­wa­łam mo­je­go na­czel­ne­go o to, że umie tak ca­ło­wać. Pod­da­łam się nie tyle z po­wo­du za­sko­cze­nia, co dla­te­go, że to było cho­ler­nie przy­jem­ne. Tak daw­no nie ca­ło­wa­łam się z fa­ce­tem z pa­sją! Daw­no nie czu­łam się po­żąda­na…

Za­wa­ha­łam się jed­nak, bo prze­cież to mój prze­ło­żo­ny i by­li­śmy w pra­cy. Na­wet je­śli już po go­dzi­nach.

– Char­les, czy my…

– Ci­cho, Ga­ël­le, nie psuj tego – mruk­nął, po czym ob­ró­cił się ze mną, po­sa­dził mnie na swo­im biur­ku i po­ca­ło­wał jesz­cze na­mi­ęt­niej.

Roz­pły­wa­łam się pod jego do­ty­kiem, tra­ci­łam siły. Mia­łam wra­że­nie, że w zde­rze­niu z jego twar­do­ścią moje cia­ło zmie­ni­ło się w coś mi­ęk­kie­go. Char­lie jed­nak za­trzy­mał się w mo­men­cie, kie­dy pró­bo­wał po­ło­żyć mnie na biur­ku.

– Coś się sta­ło? – spy­ta­łam zdzi­wio­na i lek­ko ogłu­pio­na jego za­cho­wa­niem.

– Tak. Masz ostat­nią szan­sę, żeby się wy­co­fać, Ga­ël­le. Je­śli po­wiesz „nie”, za­trzy­mam się w tym miej­scu i za­po­mni­my o spra­wie. – Od­chrząk­nął zno­wu. – Je­śli nic nie po­wiesz, będę cię brał na moim biur­ku i nic ani nikt mi w tym nie prze­szko­dzi – do­dał mrocz­niej­szym gło­sem.

Za­drża­łam ni­czym na­sto­lat­ka przed pierw­szym ra­zem. Taka by­łam na nie­go na­pa­lo­na! Czu­łam, jak całe cia­ło bła­ga mnie, że­bym się nie od­zy­wa­ła. A jed­nak… Ja bym nic nie po­wie­dzia­ła?

– Od­zy­wam się, ale nie po to, żeby ci po­wie­dzieć „nie”. – Za­chi­cho­ta­łam. – Po­każ, na co cię stać, Char­lie – do­da­łam, pa­trząc mu pro­wo­ka­cyj­nie pro­sto w oczy.

Mój na­czel­ny przy­mru­żył po­wie­ki i uśmiech­nął się z sa­tys­fak­cją.

– Nie po­ża­łu­jesz tego, moja pi­ęk­na – obie­cał i już się nie za­trzy­my­wał.

To był naj­lep­szy klin, jaki mo­głam so­bie wy­ma­rzyć. Ja, wzgar­dzo­na i zdra­dza­na żona, pie­przy­łam się z przy­stoj­nym sze­fem na jego biur­ku, zda­jąc so­bie spra­wę z tego, że to naj­gor­sza rzecz, jaką mo­głam zro­bić w pra­cy. A jed­nak było coś wa­żniej­sze­go niż biu­ro­wa mo­ral­no­ść. Mu­sia­łam w ko­ńcu po­czuć, że coś w moim ży­ciu za­le­ży ode mnie. I po­czu­łam.

Po pierw­szej run­dzie Char­lie za­brał mnie na ko­la­cję do re­stau­ra­cji Le Tra­in Bleu, bo była naj­bli­żej. Po­ło­żo­ny w za­byt­ko­wym dwor­cu Gare de Lyon lo­kal, przy­po­mi­na­jący ko­le­jo­wy wa­gon z po­przed­niej epo­ki, znaj­do­wał się do­słow­nie po prze­ciw­nej stro­nie rue de Ber­cy, gdzie mie­ścił się nasz biu­ro­wiec, sie­dzi­ba re­dak­cji „CON­TEM­PO­RA­IN”. Bli­sko i smacz­nie.

Za­raz po tym, jak za­spo­ko­ili­śmy głód, Char­les za­pła­cił ra­chu­nek ze spo­rym na­piw­kiem i wy­pro­wa­dził mnie za rękę z re­stau­ra­cji.

– Gdzie mnie ci­ągniesz? – spy­ta­łam roz­ba­wio­na.

– Do sie­bie. Do­my­ślam się, że nie masz ocho­ty pa­trzeć na wła­sne miesz­ka­nie, a w biu­rze o tej po­rze nie­ste­ty jest już fir­ma sprząta­jąca. – Pu­ścił do mnie oko i prze­sta­łam się opie­rać. Da­łam mu się za­brać, gdzie chciał.

Pierw­szy raz zna­la­złam się w miesz­ka­niu sze­fa, choć pra­co­wa­li­śmy ra­zem od sze­ściu lat.

Char­lie prze­le­ciał mnie tej nocy na wszyst­kie mo­żli­we spo­so­by. Na­wet nie wie­dzia­łam, że tak mo­żna! Mój eks­mąż ogra­ni­czał się do „z przo­du”, „z tyłu” i „ty na gó­rze” i tyle było jego in­wen­cji. Jak na trzy­dzie­sto­lat­kę mia­łam więc bar­dzo mało do­świad­cze­nia. Char­les jed­nak nie na­rze­kał, więc i ja nie na­rze­ka­łam, tyl­ko czer­pa­łam pe­łny­mi ga­rścia­mi z tego, co mi ofia­ro­wał. To było mega od­kry­cie.

Kie­dy na­stęp­ne­go dnia wy­cho­dzi­łam od nie­go rano, żeby wzi­ąć prysz­nic i prze­brać się u sie­bie, czu­łam za­kwa­sy w mi­ęśniach, o któ­rych ist­nie­niu na­wet nie mia­łam wcze­śniej po­jęcia, i uśmie­cha­łam się od ucha do ucha. Ba­nan utrzy­my­wał się też przez cały dzień pra­cy, a ile­kroć mu­sia­łam spoj­rzeć na re­dak­to­ra na­czel­ne­go, na po­licz­ki wy­cho­dzi­ły mi ru­mie­ńce. Po­wstrzy­maj się, Ga­ël­le, bo się skom­pro­mi­tu­jesz – ga­ni­łam się co chwi­lę w my­ślach, ale na nic.

Na szczęście mój szef za­cho­wy­wał ka­mien­ną twarz przy wspó­łpra­cow­ni­kach, bo ja bym nas wy­da­ła jak nic.

Spo­tka­łam się z Char­les’em jesz­cze parę razy, ale już po pra­cy. Po­trze­bo­wa­łam tego. Po mie­si­ącu obo­je do­szli­śmy do wnio­sku, że nic z tego nie wyj­dzie. Seks z nim wcho­dził na inny po­ziom do­znań, ła­two by­ło­by się uza­le­żnić, ale ja nie szu­ka­łam zwi­ąz­ku, a on, no cóż, też nie. Uzna­li­śmy, że le­piej po­zo­stać wspó­łpra­cow­ni­ka­mi i przy­ja­ció­łmi niż brnąć w to da­lej, a po­tem się znie­na­wi­dzić.

Znowu czerwiec 2021, redakcja „CONTEMPORAIN”

I tak było do dziś. Pra­co­wa­li­śmy ra­zem i ani razu nie zła­ma­li­śmy wi­ęcej że­la­znej za­sa­dy wspó­łpra­cy: „Nie dy­maj sze­fa swe­go, bo mo­żesz mieć gor­sze­go”. Przy­ja­źni­li­śmy się za to od tam­tej pory i świet­nie nam się wspó­łpra­co­wa­ło, a Char­lie dbał o mnie jak o kurę zno­szącą zło­te jaj­ka, bo de fac­to wy­ro­słam na pa­ry­ską dzien­ni­kar­ską gwiaz­dę ru­bry­ki to­wa­rzy­skiej i zo­sta­łam dla „CON­TEM­PO­RA­IN” tą zło­to­no­śną kurą. Moje za­rob­ki znacz­nie wzro­sły, bo sta­łam się roz­po­zna­wal­na. Jed­no­cze­śnie moja sła­wa oka­za­ła się ko­łem za­ma­cho­wym suk­ce­su cza­so­pi­sma i za­częła na­kręcać dal­szą sprze­daż. Wszyst­ko dzia­ła­ło jak w szwaj­car­skim ze­gar­ku.

Kie­dy więc mój szef oznaj­mił, że mam się wy­co­fać albo mnie zwol­ni, szok był nie­mniej­szy, niż gdy­by po­wie­dział, że od ju­tra po­pro­wa­dzę ka­nał ku­li­nar­ny w te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej.

Char­les za­sta­no­wił się przez chwi­lę. Po­dra­pał kwa­dra­to­wą szczękę, a po­tem jego spoj­rze­nie znów zła­god­nia­ło. Na moje szczęście ci­ągle jesz­cze miał do mnie ja­kąś sła­bo­ść.

– Je­steś moją naj­lep­szą dzien­ni­kar­ką, nie chcę cię zwal­niać, ale nie mogę so­bie po­zwo­lić na pu­blicz­ny pro­ces o znie­sła­wie­nie z gwiaz­dą tego for­ma­tu. De­ren­nes jest zna­ny na ca­łym świe­cie – wy­ja­śnił.

– Ale jest świ­nią i ma kon­szach­ty z jed­nym ze wspó­łcze­snych dyk­ta­to­rów – przy­po­mnia­łam mu.

– Ale jest też bo­ga­ty i może znisz­czyć na­sze pi­smo.

– To co mam zro­bić? Znik­nąć? – za­kpi­łam.

Re­dak­tor na­czel­ny zno­wu po­dra­pał się po bro­dzie. Ele­ganc­ką miał tę gębę, trze­ba mu przy­znać. Tyl­ko co z tego, sko­ro chciał sprze­dać mnie tej kre­atu­rze De­ren­nes’owi?

– A wiesz, że to jest myśl? – za­pa­lił się na­gle. – Gdy­by cho­ciaż po­my­ślał, że cię zwol­ni­łem, sam na­pi­sa­łbym to spro­sto­wa­nie i może on by się wte­dy od­cze­pił?

– Co to zna­czy „po­my­ślał, że cię zwol­ni­łem”? – spy­ta­łam ostro­żnie.

– To zna­czy, że da­łbym ci nowe za­da­nie, in­co­gni­to. Znik­nęła­byś z wi­do­ku pu­blicz­ne­go na rok, spra­wę za­mie­cie się pod dy­wan, a po tym cza­sie wy­pły­niesz z no­wym sen­sa­cyj­nym ma­te­ria­łem. Co ty na to?

– Cze­mu mam wra­że­nie, że jest w tym ja­kieś „ale”?

– Jest, ale to nie­wiel­ka cena za spo­kój, za­cho­wa­nie pra­cy i mo­żli­wo­ść po­wro­tu po roku.

– A co mia­ła­bym ro­bić przez ten czas? – spy­ta­łam po­dejrz­li­wie, bo sło­wa Char­les’a za­czy­na­ły mnie mar­twić. Co on knu­je? Mam znik­nąć na rok? Jak niby mia­ła­bym to zro­bić?

– To, co naj­bar­dziej lu­bisz, Ga­ël­le. Będziesz dzien­ni­kar­ką.

– To jak mam znik­nąć? – Za­śmia­łam się. – Je­stem ra­czej roz­po­zna­wal­na w śro­do­wi­sku.

– Wy­je­dziesz za gra­ni­cę.

– Tak po pro­stu?

– Nic nie jest pro­ste. Żeby to się uda­ło, po­trzeb­na jest two­ja wspó­łpra­ca i chęć po­wal­cze­nia o to zle­ce­nie.

Tu mnie miał. Wy­zwa­nia na­pędza­ły moją ka­rie­rę. Kie­dy inni się wa­ha­li, ja pędzi­łam do przo­du jak ta­ran. Co aku­rat tym ra­zem przy­spo­rzy­ło mi kło­po­tów, ale…

– To jest coś, co lu­bię – mu­sia­łam przy­znać.

– Chcesz po­znać szcze­gó­ły czy nie?

Drań, wie­dział, co dzia­ła na mnie jak wa­bik. Wy­zwa­nie i ta­jem­ni­ca do od­kry­cia.

– Mów.

– Ale ostrze­gam, że mo­żesz być za­sko­czo­na.

– Nic mnie już dziś nie za­sko­czy. – Wes­tchnęłam osten­ta­cyj­nie, a Char­les prze­wró­cił ocza­mi.

– To może cho­ciaż spró­bu­ję. – Za­śmiał się, a po­tem od­chrząk­nął. – Mówi ci coś na­zwi­sko Ale­xan­der Hu­ghes?

Niech po­my­ślę.

– Obi­ło mi się o uszy.

– A co?

– Ame­ry­ka­ński mi­liar­der, zna­ny z tego, że nie prze­pra­co­wał w ży­ciu ani jed­ne­go dnia, bo całą for­tu­nę odzie­dzi­czył po ro­dzi­cach? A do tego szo­wi­ni­sta i play­boy, któ­ry zmie­nia ko­bie­ty jak ręka­wicz­ki?

– Ten sam – po­twier­dził Char­lie.

– Ale on ni­g­dy nie zgo­dził się na wy­wiad, nie wpu­ścił też na te­ren swo­jej po­se­sji żad­ne­go dzien­ni­ka­rza – przy­po­mnia­łam.

– Dla­te­go to zle­ce­nie in­co­gni­to.

– Zna­czy, że mam po­dać się za kogo? – Spoj­rza­łam po­dejrz­li­wie na sze­fa.

– W przy­szłym mie­si­ącu Hu­ghes or­ga­ni­zu­je ka­sting na nową asy­stent­kę.

– Chy­ba so­bie jaja ro­bisz! – krzyk­nęłam, bo to, co pro­po­no­wał mi Char­les, za­czy­na­ło przy­po­mi­nać sza­le­ństwo.

Hu­ghes był zna­ny z tego, że trak­to­wał dzien­ni­ka­rzy dość bru­tal­nie. Kil­ku po­bił, wie­lu po­szczuł psa­mi, jed­ne­go po­strze­lił, a jed­ne­go na­wet ze­pchnął z bal­ko­nu, tak że bie­dak ca­łkiem się po­ła­mał. Oczy­wi­ście w myśl pra­wa sta­nu Tek­sas dzia­łał tyl­ko w obro­nie ko­niecz­nej. W ko­ńcu „in­tru­zi” wtar­gnęli na jego po­se­sję i chcie­li za­dać kil­ka py­tań lub zro­bić zdjęcia… Za­sa­da „dom moją twier­dzą” w wy­ko­na­niu miesz­ka­ńców Tek­sa­su była wy­jąt­ko­wo ry­go­ry­stycz­nie prze­strze­ga­na. A to plus pe­łny do­stęp do bro­ni…

– Dla­te­go mó­wię o za­da­niu in­co­gni­to. – Char­lie prze­rwał moje roz­my­śla­nia na te­mat tej mi­sji sa­mo­bój­czej.

– My­ślisz, że pa­ra­no­icz­ny mi­liar­der nie zwe­ry­fi­ku­je w ka­żdy mo­żli­wy spo­sób po­ten­cjal­nej kan­dy­dat­ki na asy­stent­kę?

– Na pew­no to zro­bi, dla­te­go mu­sisz mieć le­gal­ne do­ku­men­ty.

– Na­zy­wam się Ga­ël­le La­mar­ti­ne. Moje le­gal­ne do­ku­men­ty są wła­śnie na to na­zwi­sko.

– Roz­wio­dłaś się trzy mie­si­ące temu.

– No i?

– Wróć do pa­nie­ńskie­go na­zwi­ska, wy­rób nowy do­wód, pasz­port i po krzy­ku.

– To­tal­nie cię po­je­ba­ło? Wszy­scy zna­ją mnie pod na­zwi­skiem by­łe­go męża!

– Wła­śnie o to cho­dzi.

– Co?

– Myśl, Ga­ël­le! Ofi­cjal­nie cię zwol­nię, znik­niesz ze świecz­ni­ka, a po ci­chu wró­cisz do pa­nie­ńskie­go na­zwi­ska, zmie­nisz wy­gląd, fry­zu­rę, styl… Nikt cię nie roz­po­zna.

– A na pod­sta­wie ja­kich kom­pe­ten­cji mam star­to­wać w ka­stin­gu na jego asy­stent­kę? – spy­ta­łam, pró­bu­jąc zna­le­źć sła­by punkt w ro­zu­mo­wa­niu sze­fa.

Char­lie par­sk­nął śmie­chem.

– Co w tym za­baw­ne­go? – obu­rzy­łam się.

Mój na­czel­ny od­chrząk­nął. W jego oczach ci­ągle tli­ły się reszt­ki roz­ba­wie­nia, któ­re pró­bo­wał ukryć za po­wa­żną miną.

– Do mety, Char­lie! – po­go­ni­łam go.

– No więc je­dy­ną „kom­pe­ten­cją” – Char­les pod­kre­ślił to sło­wo w ja­kiś dziw­ny spo­sób – któ­rą bie­rze pod uwa­gę pan Hu­ghes, jest wy­gląd po­ten­cjal­nej kan­dy­dat­ki… lub kan­dy­da­tek.

– To zna­czy?

– Ga­ël­le, czy ty na se­rio nie ro­zu­miesz, po co temu bo­ga­te­mu bu­co­wi te wszyst­kie pi­ęk­ne ko­bie­ty? – Char­lie spoj­rzał na mnie z nie­do­wie­rza­niem. – Dyma je, aż fur­czy. Jed­na na­raz mu nie wy­star­cza. W jego re­zy­den­cji jest praw­dzi­wy ha­rem.

– Ile on ma lat?

– Trzy­dzie­ści sze­ść.

– No to tyl­ko po­zaz­dro­ścić mu kon­dy­cji. Cho­ciaż ty w jego wie­ku też mia­łeś nie­złe osi­ągi. – Za­śmia­łam się pro­wo­ku­jąco. Lu­bi­łam de­ner­wo­wać Char­les’a na­wi­ąza­niem do na­sze­go krót­kie­go epi­zo­du ero­tycz­ne­go. Dwa lata temu Char­lie miał wła­śnie trzy­dzie­ści sze­ść lat.

– Nie pro­wo­kuj, bo kie­dyś so­bie coś obie­ca­li­śmy – po­gro­ził mi szef, ale oczy mu się śmia­ły.

– To ty nie pro­wo­kuj, bo ja do­brze pa­mi­ętam, jak nie­wy­god­ne jest two­je biur­ko. – Wy­sta­wi­łam do nie­go język.

– Ga­ël­le! – Char­lie prze­wró­cił ocza­mi.

– Ga­ël­le to, Ga­ël­le tam­to… A tam nam się do­brze ra­zem pra­co­wa­ło. – Wes­tchnęłam.

– To prze­cież nie ko­niec. Tyl­ko na rok. Je­stem pe­wien, że coś wy­ci­śniesz z tego gada. Kto jak nie ty?

Tak, da­lej mnie pod­ju­dzaj…

– Wiesz, cze­go nie ro­zu­miem? – Po­sta­no­wi­łam jed­nak za­cho­wać reszt­ki roz­sąd­ku.

– Wal śmia­ło.

– Po co chcesz mnie wy­słać do tego gniaz­da roz­pu­sty, sko­ro to po pro­stu bo­ga­ty sek­so­ho­lik? Co w nim cie­ka­we­go?

– Po­czy­taj so­bie w ne­cie. – Tym ra­zem to Char­les wy­sta­wił do mnie język. – Pani dzien­ni­kar­ko.

– Że­byś wie­dział, że po­czy­tam.

Do tej pory mnie nie in­te­re­so­wał, bo i po­wo­du ku temu nie było.

– I do­brze. Masz czas do ko­ńca ty­go­dnia na pod­jęcie de­cy­zji. W pi­ątek chcę usły­szeć, że się zga­dzasz albo pi­szesz prze­pro­si­ny dla De­ren­nes’a.

– Po moim tru­pie!

– I za to cię wła­śnie uwiel­biam, Gali.

– Dziś jest wto­rek – przy­po­mnia­łam sze­fo­wi.

– Wiem. Dla­te­go masz aż trzy dni na pod­jęcie de­cy­zji.

Zby­tek ła­ski.

Ła­two po­wie­dzieć „po moim tru­pie”. Nie mia­łam wy­bo­ru. Osiem­dzie­si­ąt ty­si­ęcy euro dłu­gu tyl­ko uro­sło do po­sta­ci kre­dy­tu, któ­ry mój bank ła­ska­wie udzie­lił mi na pod­sta­wie wspa­nia­łej hi­sto­rii, a z któ­re­go spła­ci­łam do­pie­ro dwie raty. Trze­cia mia­ła ze­jść z mo­je­go kon­ta po wy­pła­cie w tym mie­si­ącu. Gdy­bym stra­ci­ła pra­cę, wpa­dła­bym w praw­dzi­we ta­ra­pa­ty.

Wró­ci­łam do domu i za­miast cie­szyć się, że na­kład „CON­TEM­PO­RA­IN” z moim naj­now­szym ar­ty­ku­łem wy­prze­dał się w pierw­szym ty­go­dniu od wy­da­nia, za­częłam się mar­twić o przy­szło­ść za­wo­do­wą. O pry­wat­nej na­wet nie my­śla­łam. Ten ter­min nie ist­niał dla mnie od dwóch lat. Moje ma­rze­nia o ro­dzi­nie zo­sta­ły bru­tal­nie zdep­ta­ne przez Frédéri­ca. Po krót­kim epi­zo­dzie z Char­les’em moje ży­cie ero­tycz­ne prze­sta­ło ist­nieć. Po­zo­sta­ła mi tyl­ko pra­ca. Gdy­bym mia­ła stra­cić i ją… Nie, to się nie sta­nie! Zro­bię wszyst­ko, żeby im po­ka­zać, gdzie raki zi­mu­ją – po­sta­no­wi­łam.

Przez okno w sa­lo­nie spoj­rza­łam na mia­sto. Co praw­da nie uro­dzi­łam się w Pa­ry­żu, ale miesz­ka­łam tu całe do­ro­słe ży­cie. Od kie­dy kil­ka­na­ście lat wcze­śniej przy­je­cha­łam na stu­dia dzien­ni­kar­skie na Uni­ver­si­té Pa­ris XIII, mia­łam pew­no­ść, że to miej­sce dla mnie. Po li­cen­cja­cie jed­na z wy­kła­dow­czyń na­mó­wi­ła mnie na pry­wat­ną uczel­nię, któ­ra re­kla­mo­wa­ła się jako naj­lep­sza we Fran­cji szko­ła no­wych za­wo­dów ko­mu­ni­ka­cji. Cze­sne po­wa­la­ło dro­ży­zną, ale do­sta­łam sty­pen­dium i tym spo­so­bem nie mu­sia­łam ob­ci­ążać ro­dzi­ców, któ­rym i tak nie­ła­two było utrzy­mać cór­kę stu­dent­kę w sto­li­cy. Za to dwa lata pó­źniej z dy­plo­mem EFAP 2 bez pro­ble­mu zo­sta­łam przy­jęta na staż do „Pa­ris CON­TEM­PO­RA­IN”. A kil­ka mie­si­ęcy pó­źniej do­sta­łam an­gaż. Roz­pie­ra­ła mnie duma. Ro­dzi­ców też, szcze­gól­nie że nie­dłu­go ogło­si­li­śmy z Fre­dem no­wi­nę o za­ręczy­nach i ślu­bie…

Osiem lat pó­źniej moja ka­rie­ra dzien­ni­kar­ska wi­sia­ła na wło­sku, a wszyst­ko przez to, że mój szef miał wi­docz­nie za małe jaja i w do­dat­ku po­zwa­lał się za nie ci­ągać De­ren­nes’owi. Taki nie­fart. A prze­cież ten ar­ty­kuł miał sta­no­wić uko­ro­no­wa­nie mo­jej dzien­ni­kar­skiej ka­rie­ry. Za­wsze ma­rzy­łam o dzien­ni­kar­stwie śled­czym, ale ko­bie­ta z moim wy­glądem może o tym za­po­mnieć. Nikt nie trak­to­wał mnie po­wa­żnie, a ka­żdy po­li­cjant, z któ­rym chcia­łam po­roz­ma­wiać, za­czy­nał od „opo­wiem, ale przy do­brej ka­wie”. Za to ru­bry­ka to­wa­rzy­ska oka­za­ła się dla mnie ide­al­na. I te­raz, kie­dy mia­łam szan­sę zre­ali­zo­wać ma­rze­nie…

Po­dob­no ży­cie i ka­rie­ra za­czy­na­ją się po trzy­dzie­st­ce… U mnie jed­no i dru­gie pier­dol­nęło z przy­tu­pem.

Zno­wu wyj­rza­łam przez okno i wes­tchnęłam głębo­ko. Tyl­ko Pa­ryż po­zo­sta­wał za­wsze taki sam. Wio­sna, lato, je­sień czy zima, mia­sto było pe­łne miesz­ka­ńców, tu­ry­stów oraz le­gal­nych i nie­le­gal­nych imi­gran­tów, a do tego za­tło­czo­ne, brud­ne i gło­śne. A jed­nak nie wy­obra­ża­łam so­bie miesz­kać gdzie in­dziej. Z wiel­kich okien na dwu­dzie­stym pi­ętrze pa­trzy­łam na wszyst­kich z góry. Mo­głam po­dzi­wiać otwar­tą prze­strzeń nad Se­kwa­ną i za­bu­do­wa­ne brze­gi, a po­ni­żej wi­dzia­łam we­wnętrz­ną ob­wod­ni­cę Pa­ry­ża, ci­ągnącą się wzdłuż rze­ki. Na tle miej­skiej pa­no­ra­my ła­two było za­uwa­żyć obiek­ty wy­ró­żnia­jące się z masy in­nych, tak cha­rak­te­ry­stycz­ne dla Pa­ry­ża. Ży­cie mia­sta z tej wy­so­ko­ści wy­da­wa­ło się pi­ęk­ne. Wszyst­ko, co brzyd­kie, brud­ne i gło­śne, było małe i bar­dzo od­le­głe.

Po­czu­łam głód. W domu nie mia­łam nic do je­dze­nia, więc szyb­ko chwy­ci­łam za te­le­fon, żeby za­mó­wić so­bie sto­lik w po­bli­skiej re­stau­ra­cji. Mie­ści­ła się ona na ni­ższym po­zio­mie mo­je­go osie­dla, wy­star­czy­ło więc tyl­ko zje­chać win­dą i prze­jść do lo­ka­lu. Nie­ste­ty wol­ne­go miej­sca nie mie­li. Sfru­stro­wa­na wy­bra­łam nu­mer in­nej re­stau­ra­cji, w któ­rej cza­sem ja­da­łam. Ta już znaj­do­wa­ła się tro­chę da­lej, ale mo­żna było do­je­chać do niej me­trem. Jed­na sta­cja dzie­si­ąt­ką.

Tam na szczęście zo­stał wol­ny sto­lik, więc za­mó­wi­łam go i wy­szłam z domu.

Nie­ca­łe pół go­dzi­ny pó­źniej by­łam na miej­scu. Nie mia­łam ocho­ty na nic wy­my­śl­ne­go, tyl­ko za­spo­ko­ić głód i już. Kel­ner za­pro­wa­dził mnie do wol­ne­go sto­li­ka i po­dał kar­tę. Wy­bra­łam zie­lo­ną sa­ła­tę z vi­na­igret­te na przy­staw­kę, stek cie­lęcy z so­cze­wi­cą jako da­nie głów­ne i już mia­łam na tym sko­ńczyć, kie­dy się oka­za­ło, że mają ram­bol, mój ulu­bio­ny ser z orze­cha­mi wło­ski­mi. Sku­si­łam się na ka­wa­łek.

Pech chciał, że kie­dy tak się opy­cha­łam pysz­no­ścia­mi, do re­stau­ra­cji wsze­dł Char­les z ja­kąś ko­bie­tą, a kel­ner po­sa­dził ich przy sto­li­ku tuż obok mo­je­go, któ­ry nie­daw­no się zwol­nił.

W za­sa­dzie już ko­ńczy­łam jeść, do­pi­ja­łam kawę i nie mia­łam ocho­ty na cia­sto, ale Char­lie mu­siał mnie nie za­uwa­żyć, sko­ro mig­da­lił się z lalą w naj­lep­sze. Gdy­bym te­raz wsta­ła i wy­szła, ze­psu­ła­bym im całą za­ba­wę. Na­praw­dę nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a zro­bi­łby jej pal­ców­kę pod sto­łem. Cho­le­ra, a może i zro­bił?

Cie­ka­wa, jak to się roz­wi­nie, za­mó­wi­łam jesz­cze por­cję tar­te ta­tin3 i per­fid­nie pod­słu­chi­wa­łam. Szyb­ko się do­wie­dzia­łam, mi­ędzy jed­nym a dru­gim kęsem cia­sta, że owa pal­ców­ka to tyl­ko wstęp i jak­by za­pro­sze­nie do cze­goś wi­ęk­sze­go. Jak ja tej ko­bie­cie za­zdro­ści­łam! Po raz pierw­szy od dwóch lat po­czu­łam, jak moje cia­ło pra­gnie sek­su. Naj­le­piej z Char­liem, ale prze­cież umo­wa mi­ędzy nami była ja­sna. Kie­dy jed­nak wy­obra­zi­łam so­bie, co on z nią zro­bi… A niech to szlag!

Ga­ël­le La­mar­ti­ne mia­ła jed­nak cza­sem szczęście. Kie­dy tak za­ci­ska­łam uda z fru­stra­cji, do mo­je­go sto­li­ka pod­sze­dł mło­dy kel­ner i szep­nął mi do ucha, że pan, któ­ry sie­dzi przy sto­li­ku na­prze­ciw, bar­dzo chcia­łby się przy­si­ąść i na­pić ze mną do­bre­go wina.

Ob­cza­iłam go­ścia wy­jąt­ko­wo dys­kret­nie. Było na czym oko za­wie­sić. Może to nie Char­lie, ale… Fa­cet koło czter­dziest­ki, w gar­ni­tu­rze, dro­gich bu­tach, ze­gar­ku… Kur­de, wszyst­ko ma ra­czej z gór­nej pó­łki. I z kla­są, a nie ba­dziew­ne. Ra­czej mnie nie okrad­nie, bo pew­nie śpi na ka­sie – po­my­śla­łam. W prze­ci­wie­ństwie do mnie. Szyb­ka ana­li­za wy­szła na tak. Je­śli mam z kimś spędzić tę noc i nie będzie to mój szef, to niech to: wolę fa­ce­ta na po­zio­mie, a nie przy­pad­ko­we­go ko­le­sia, z któ­rym nie mia­ła­bym na­wet o czym po­roz­ma­wiać, uda­jąc, że po to się spo­tka­li­śmy.

– Pro­szę prze­ka­zać temu panu, że chęt­nie na­pi­ję się z nim wina – szep­nęłam kel­ne­ro­wi, któ­ry szyb­ko po­sze­dł w stro­nę tam­te­go sto­li­ka.

W mi­ędzy­cza­sie uśmiech­nęłam się dys­kret­nie do za­in­te­re­so­wa­ne­go. Od­po­wie­dział mi tym sa­mym. Chwi­lę pó­źniej się przy­sia­dł.

– Fa­bri­ce Fau­chard – przed­sta­wił się. – Mów mi Fa­bri­ce, pro­szę.

– Ga­ël­le – od­pa­rłam, nie chcąc zdra­dzać na­zwi­ska.

– Ga­ël­le? No tak, Ga­ël­le La­mar­ti­ne! – pra­wie krzyk­nął, za­sko­czo­ny. – Wie­dzia­łem, że skądś pa­nią znam!

W tym mo­men­cie, dzi­ęki ab­so­lut­ne­mu bra­ko­wi dys­kre­cji mo­je­go no­we­go to­wa­rzy­sza, Char­les mnie za­uwa­żył.

– Gali, a co ty tu ro­bisz? – spy­tał zdzi­wio­ny. Jego mina ewo­lu­owa­ła w stro­nę kom­plet­ne­go za­sko­cze­nia, kie­dy kel­ner przy­nió­sł nam dwie lamp­ki do czer­wo­ne­go wina i bu­tel­kę Châte­au­neuf-du-Pape ro­uge.

– Wła­śnie za­mie­rzam na­pić się wina z pa­nem Fau­char­dem – od­pa­rłam.

– Przed­sta­wi mi pani swo­je­go zna­jo­me­go? – spy­tał wte­dy Fau­chard.

Pe­łna kul­tu­ra.

– Oczy­wi­ście. Pa­nie Fau­chard, oto mój szef, re­dak­tor na­czel­ny „Pa­ris CON­TEM­PO­RA­IN”, Char­les De­lau­rent.

– Bar­dzo mi miło. – Fau­chard wstał, pod­sze­dł do sto­li­ka Char­lie­go i po­dał mu rękę.

– Mnie rów­nież. – Mój szef uści­snął dłoń nie­zna­jo­me­go, nie ujaw­nia­jąc żad­nych emo­cji. Uzna­łam, że le­piej, by ich nie oka­zy­wał i nie psuł wie­czo­ru so­bie ani mnie.

Fa­bri­ce Fau­chard wró­cił do sto­li­ka, wzi­ął lamp­kę z wi­nem i za­pro­po­no­wał to­ast:

– Za nie­spo­dzie­wa­ne, ale wspa­nia­łe spo­tka­nie, Ga­ël­le.

Unio­słam swo­ją lamp­kę i upi­łam łyk wina. Pysz­ne. Co praw­da bar­dziej pa­so­wa­ło­by do obia­du niż de­se­ru, ale nie za­mie­rza­łam na­rze­kać. Do tego, co chcia­łam zro­bić, wino było mi po­trzeb­ne.

– Za spo­tka­nie, Fa­bri­ce. – Uśmiech­nęłam się. Tak, za­po­wia­da się do­bry wie­czór.

Oka­za­ło się, że Fa­bri­ce był ad­wo­ka­tem, w Pa­ry­żu prze­jaz­dem. Pro­po­nu­jąc mi wino, chy­ba li­czył na to samo, co ja. W rze­czy­wi­sto­ści miał czter­dzie­ści dwa lata, o de­ka­dę wi­ęcej ode mnie, ale w ogó­le się tego nie od­czu­wa­ło w roz­mo­wie. Był bar­dzo za­baw­ny i mo­men­ta­mi wręcz nie­po­wa­żny. Nie mo­głam na­rze­kać.

– Je­steś taka pi­ęk­na, Ga­ël­le – po­wie­dział w ko­ńcu, pa­trząc mi w oczy.

– Je­steś bar­dzo miły – od­pa­rłam i za­chi­cho­ta­łam. Wino zro­bi­ło mi z mó­zgu siecz­kę, bo zdąży­li­śmy oba­lić już całą bu­tel­kę.

– Wci­ąż nie wie­rzę, że uda­ło mi się spo­tkać w pa­ry­skiej re­stau­ra­cji taką gwiaz­dę.

– Ej, nie prze­sa­dzaj­my. – Wy­sta­wi­łam do nie­go język w żar­tach. Od­czy­tał to jed­nak ina­czej. – Ale to miłe – do­da­łam, chcąc zła­go­dzić wra­że­nie.

– Mogę być bar­dzo miły albo tro­chę mniej, we­dług ży­cze­nia, ksi­ężnicz­ko – stwier­dził, znów prze­szy­wa­jąc mnie wzro­kiem. W jego oczach cza­ił się ja­kiś mrok, ale strasz­nie mnie to pod­nie­ci­ło. Mia­łam cho­ler­ną ocho­tę wy­pró­bo­wać tę opcję.

– To może dla od­mia­ny po­ka­żesz mi, jak po­tra­fisz być nie­grzecz­ny? – za­su­ge­ro­wa­łam.

– Bar­dzo chęt­nie – od­pa­rł i na­wet się nie za­sta­na­wia­jąc, pod­nió­sł rękę, by przy­wo­łać kel­ne­ra.

– W czym jesz­cze mogę pa­ństwu po­móc? – spy­tał chło­pak.

– Po­pro­szę o ra­chu­nek. Za­pła­cę za sie­bie i za pa­nią – po­wie­dział Fau­chard, ga­sząc wzro­kiem moją pró­bę pro­te­stu.

– Pani La­mar­ti­ne jest na­szą sta­łą klient­ką… – za­pro­te­sto­wał za­kło­po­ta­ny kel­ner, kon­sul­tu­jąc się ze mną wzro­kiem.

Fau­chard ob­ró­cił się w moją stro­nę i spoj­rzał mi w oczy.

– Po­zwól, pro­szę.

A co mi szko­dzi?

– W po­rząd­ku.

Mój nowy zna­jo­my za­pła­cił ra­chu­nek i wy­szli­śmy z re­stau­ra­cji, od­pro­wa­dza­ni wzro­kiem Char­les’a, co wpra­wi­ło mnie w świet­ny hu­mor.

– Chcesz iść ze mną do ho­te­lu czy masz lep­szą pro­po­zy­cję? – szep­nął mi do ucha Fa­bri­ce.

– Może być lep­sza – od­pa­rłam. Mia­łam jed­nak pew­ne oba­wy przed pó­jściem do ho­te­lu z zu­pe­łnie ob­cym fa­ce­tem. – Jed­na sta­cja me­trem i je­ste­śmy u mnie.

– Nie od­mó­wię ta­kie­mu za­pro­sze­niu – od­po­wie­dział Fau­chard i za­ofe­ro­wał mi ra­mię. – Ale nie wy­pa­da, żeby dama pod­ró­żo­wa­ła me­trem – do­dał i za­wo­łał tak­sów­kę, któ­ra po­ja­wi­ła się na­gle przy nas nie wia­do­mo skąd.

Nie wiem, czy to był taki do­bry po­my­sł, bo ja­dąc me­trem, zna­le­źli­by­śmy się na miej­scu znacz­nie szyb­ciej. Za to w tak­sów­ce na tyl­nym sie­dze­niu pan ad­wo­kat prze­stał zgry­wać ta­kie­go dżen­tel­me­na i prze­su­nął dło­nią po moim udzie, pa­trząc mi przy tym pro­wo­ku­jąco w oczy.

– Nie­cier­pli­wy? – spy­ta­łam, usi­łu­jąc za­pa­no­wać nad emo­cja­mi. Nie było to ta­kie pro­ste, bo wino, at­mos­fe­ra, mo­żli­wo­ść do­pie­cze­nia Char­les’owi i dłu­ga abs­ty­nen­cja nie sprzy­ja­ły opa­no­wa­niu, kie­dy pro­wo­ko­wał mnie przy­stoj­ny i in­te­re­su­jący fa­cet z kla­są.

– Bar­dzo – przy­znał.

W ko­ńcu do­je­cha­li­śmy na miej­sce, Fau­chard za­pła­cił tak­sów­ka­rzo­wi, a ja za­pro­wa­dzi­łam go do win­dy. I to był ten mo­ment, kie­dy pu­ści­ły nam ha­mul­ce. Fa­bri­ce przy­ci­snął mnie do ścia­ny i po­ca­ło­wał, za­gar­nia­jąc moje usta, a ja oplo­tłam go ręka­mi i no­ga­mi i po­zwo­li­łam się pod­nie­ść. Do­brze, że aku­rat ża­den z sąsia­dów nie ko­rzy­stał z win­dy, bo mo­gło­by wy­jść tro­chę nie­zręcz­nie. Na szczęście szyb­ko do­je­cha­li­śmy na dwu­dzie­ste pi­ętro, więc nie zdąży­li­śmy po­su­nąć się za da­le­ko.

Wy­ci­ągnęłam roz­pa­lo­ne­go fa­ce­ta na ko­ry­tarz. Nie mu­sia­łam nic mó­wić, wy­star­czy­ło, że po­ci­ągnęłam go za rękę. Wy­jęłam z to­reb­ki klucz, któ­rym otwo­rzy­łam drzwi, i wpa­dłam do swo­je­go miesz­ka­nia.

– Wej­dź – za­pro­si­łam go do środ­ka, a kie­dy sko­rzy­stał z za­pro­sze­nia, za­mknęłam za nim drzwi.

– A więc to jest azyl wiel­kiej Ga­ël­le La­mar­ti­ne? – spy­tał Fau­chard re­to­rycz­nie.

– Czy to ma w tej chwi­li ja­kieś zna­cze­nie? – od­po­wie­dzia­łam py­ta­niem, ci­ągnąc go za rękę do kuch­ni.

– Nie­wiel­kie – mu­siał przy­znać, podąża­jąc za mną.

Po dro­dze zdjął ma­ry­nar­kę i za­wie­sił ją na krze­śle, a po­tem pod­wi­nął ręka­wy ko­szu­li. Miał ład­nie wy­rze­źbio­ne przed­ra­mio­na. Jak na praw­ni­ka.

– Może chcesz jesz­cze wina? – spy­ta­łam. Ja mu­sia­łam na­pić się cze­goś bez al­ko­ho­lu, to było pew­ne.

– Nie, ale po­pro­szę o wodę – od­pa­rł.

No pro­szę, i zno­wu mamy coś wspól­ne­go.

Na­la­łam jej do szkla­nek i stuk­nęłam swo­ją szklan­ką w jego.

– Cin4.

– To­ast źró­dla­ną? – Za­śmiał się.

– To na otrze­źwie­nie – wy­ja­śni­łam, po czym wy­pi­łam dusz­kiem swo­ją wodę.

Fa­bri­ce zro­bił to samo.

– Ja bym wo­lał bar­dziej za­kręcić ci w gło­wie – oznaj­mił po chwi­li. Uśmiech­nął się szel­mow­sko, po czym pod­sze­dł i po­ło­żył dłoń na moim bio­drze.

– Do tego nie po­trze­bu­jesz al­ko­ho­lu, Fa­bri­ce – przy­zna­łam.

– A cze­go po­trze­bu­ję? – Ob­jął mnie w ta­lii.

Na­praw­dę mu­sisz py­tać? – po­my­śla­łam lek­ko za­wie­dzio­na.

– Może mu­zy­ki? – za­su­ge­ro­wa­łam. Ob­ró­ci­łam się wo­kół wła­snej osi i wy­mknęłam z jego ob­jęć…

Przez chwi­lę wy­glądał na za­sko­czo­ne­go. Punkt dla mnie, pa­nie Fau­chard.

Do­rwa­łam pi­lo­ta i uru­cho­mi­łam wie­żę. Za­raz do­ta­rły do nas dźwi­ęki ostat­nio słu­cha­nej play­li­sty, czy­li mu­si­ca­lu No­tre Dame de Pa­ris. Od razu hu­mor mi się po­pra­wił.

– A więc pro­szę do ta­ńca – stwier­dził Fa­bri­ce, czym bły­ska­wicz­nie nad­ro­bił stra­co­ny punkt.

No wresz­cie.

– Lu­bisz mu­si­ca­le? – spy­tał. Ob­ró­cił mnie wo­kół sie­bie, a na­stęp­nie mną wo­kół wła­snej osi. Po­tem, nie cze­ka­jąc na od­po­wie­dź, przy­ci­ągnął mnie do sie­bie tak, że pra­wie zde­rzy­łam się z jego tor­sem.

– Lu­bię – przy­zna­łam.

– A ja lu­bię cie­bie, Ga­ël­le. Cho­ler­nie mi się po­do­basz.

– To do­brze, bo ty mnie też – od­po­wie­dzia­łam uczci­wie. W za­sa­dzie li­czy­łam tyl­ko na ten wie­czór, bo po­tem i tak całe moje ży­cie mia­ło się za­wa­lić, ale on nie mu­siał o tym wie­dzieć.

– To może przej­dzie­my do przy­jem­niej­szych pro­ce­dur? – za­pro­po­no­wał, po­ru­sza­jąc za­baw­nie brwia­mi.

– Nie wnio­sę sprze­ci­wu. – Ja też za­żar­to­wa­łam so­bie z jego praw­ni­czej gad­ki.

– Bar­dzo mnie to cie­szy, Ga­ël­le, bo wnió­słbym o uchy­le­nie sprze­ci­wu.

Ta­kich fa­ce­tów lu­bię. In­te­li­gent­ny i z po­czu­ciem hu­mo­ru. I przy­stoj­ny, do cho­le­ry! A przede wszyst­kim nie jest moim sze­fem i nic nas nie łączy za­wo­do­wo.

Fa­bri­ce mnie po­ca­ło­wał. Nie by­łam za­sko­czo­na, ale po­trze­bo­wa­łam chwi­li, żeby nadążyć za jego tem­pem. Dał mi ją, gdy zo­ba­czył, że się wa­ham.

– Nie stre­suj się – wy­szep­tał mi do ucha.

– Daw­no tego nie ro­bi­łam – wy­zna­łam nie­chcący. Nie za­mie­rza­łam aż tak się przed nim od­sła­niać, ale samo wy­szło. By­łam trzy­dzie­sto­dwu­let­nią sfru­stro­wa­ną roz­wód­ką, oto cała praw­da.

– Masz tyle cza­su, ile chcesz, ale bła­gam, nie trzy­maj mnie za dłu­go w przed­po­ko­ju. Sza­le­ję tu przez cie­bie.

– W przed­po­ko­ju? – zdzi­wi­łam się, zu­pe­łnie nie ła­pi­ąc alu­zji.

Fa­bri­ce się za­śmiał.

– Je­steś słod­ka. Za­raz cię schru­pię – stwier­dził, po czym pod­nió­sł mnie za ty­łek i za­nió­sł do sy­pial­ni, któ­rą wi­docz­nie już zdążył zlo­ka­li­zo­wać.

Nie pro­te­sto­wa­łam. Prze­cież po to go do sie­bie za­pro­si­łam.

Fa­bri­ce po­ło­żył mnie na łó­żku i za­czął po­wo­li roz­bie­rać, ca­łu­jąc od­sła­nia­ne miej­sca. Pod­da­łam się jego ini­cja­ty­wie. Nie że­bym pre­fe­ro­wa­ła bier­no­ść w łó­żku, ale za­wsze wo­la­łam do­mi­nu­jących mężczyzn, a poza tym by­łam cie­ka­wa, jak to się roz­wi­nie.

Fau­chard mnie nie za­sko­czył, ale też świet­nie od­po­wie­dział na moje po­trze­by. Mu­siał mieć do­świad­cze­nie, bo do­sko­na­le re­ago­wał na naj­lżej­sze sy­gna­ły, jak­by we mnie czy­tał. W ko­ńcu i ja za­pra­gnęłam się tro­chę otwo­rzyć. Prze­wró­ci­łam go na ple­cy i do­sia­dłam, ku jego za­do­wo­le­niu.

– A więc po­tra­fisz być też tro­chę nie­grzecz­na, Ga­ël­le? – spy­tał, kie­dy prze­je­cha­łam pa­znok­cia­mi po jego kla­cie.

– Tyl­ko tro­chę – od­po­wie­dzia­łam uczci­wie. – Częściej je­stem damą. – Pu­ści­łam do nie­go oko, a po­tem już nie mó­wi­łam, tyl­ko od­da­wa­łam się przy­jem­no­ści.

Nie sądzi­łam na­wet, że tak bra­ko­wa­ło mi sek­su. Przez ostat­nie dwa lata sku­pi­łam się na ka­rie­rze i za­po­mnia­łam o tym, jak przy­jem­nie jest być ko­bie­tą, kie­dy ma się w łó­żku mężczy­znę, któ­ry zna się na rze­czy.

Fa­bri­ce zo­stał na noc. Za­sy­pia­łam więc pó­źno, we wła­snym łó­żku, wtu­lo­na w męskie ra­mię, po raz pierw­szy od dwóch lat. Czu­łam się tak do­brze, że nie my­śla­łam o ni­czym. Na­wet od­wet na Char­liem prze­stał mieć ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie. To prze­cież głu­pia za­zdro­ść. Nie obie­ca­li­śmy so­bie ni­cze­go. Na­wet tego, że za­wsze będzie­my ra­zem pra­co­wać. Mimo wszyst­ko to na pra­cy za­le­ża­ło mi bar­dziej niż na nim i w ko­ńcu to zro­zu­mia­łam.

Na dru­gi dzień rano mia­łam lek­kie­go kaca mo­ral­ne­go. Szcze­gól­nie że obu­dziw­szy się, od­kry­łam, że po przy­stoj­nym praw­ni­ku nie było już śla­du nie tyl­ko w moim łó­żku, lecz ta­kże w miesz­ka­niu. W my­ślach zga­ni­łam się za nad­mier­ną uf­no­ść w sto­sun­ku do ob­cych, brak ostro­żno­ści i sek­su­al­ną de­spe­ra­cję, ale za­raz po­my­śla­łam, że prze­cież mia­łam do tego pra­wo. Nic nie zgi­nęło, nic mi się nie sta­ło. Po pro­stu za­pro­si­łam do sie­bie fa­ce­ta i upra­wia­li­śmy seks. Dwo­je do­ro­słych lu­dzi i nikt ni­ko­go nie zmu­szał.

Do­szłam do wnio­sku, że nie za­mie­rzam się dłu­żej tym do­ło­wać. Było mi tyl­ko odro­bi­nę przy­kro, że Fa­bri­ce nie obu­dził mnie przed wy­jściem ani nie za­cze­kał, aż wsta­nę, żeby się po­że­gnać. Ale na­praw­dę odro­bi­nę. On zna­la­zł się prze­cież w Pa­ry­żu prze­jaz­dem, a ja nie szu­ka­łam fa­ce­ta na sta­łe. Cel zo­stał osi­ągni­ęty i to naj­wa­żniej­sze. Te­raz mu­sia­łam się sku­pić na ra­to­wa­niu ka­rie­ry.

Wzi­ęłam prysz­nic, wy­su­szy­łam i sta­ran­nie wy­pro­sto­wa­łam wło­sy, po­tem wło­ży­łam bia­łą ko­ron­ko­wą bie­li­znę, let­nią kre­mo­wą gar­son­kę i srebr­ne san­da­ły na szpil­kach, któ­rych nie mia­łam na no­gach już od daw­na. Ca­ło­ść do­pe­łni­łam sta­ran­nym ma­ki­ja­żem. Zwy­kle nie ubie­ra­łam się do biu­ra aż tak ele­ganc­ko. A w te­ren to zu­pe­łnie nie. Je­dy­nie na spo­tka­nia z ce­le­bry­ta­mi mia­łam za­re­zer­wo­wa­ny ten look. Char­les go uwiel­biał, pew­nie dla­te­go, że tak rzad­ko wi­dy­wał mnie w tej od­sło­nie. Tym ra­zem jed­nak mu­sia­łam wy­to­czyć naj­ci­ęższe dzia­ła, bo wa­ży­ły się losy mo­jej za­wo­do­wej przy­szło­ści. Je­śli do pi­ąt­ku nie prze­ko­nam Char­lie­go, żeby zmie­nił zda­nie, to już po mnie.

Do re­dak­cji przy­szłam o dzie­si­ątej. Na­czel­ny miał aku­rat ze­bra­nie, więc po­szłam do swo­je­go biu­ra, któ­re­go okna wy­cho­dzi­ły na Gare de Lyon. Było coś pi­ęk­ne­go w tej in­du­strial­nej ar­chi­tek­tu­rze dwor­ca. Mo­gła­bym się na nie­go ga­pić go­dzi­na­mi, choć prze­cież zwy­kle nie spędza­łam tyle cza­su w swo­im biu­rze. Dwo­rzec lyoński mnie in­spi­ro­wał. I nie tyl­ko mnie. Po­ja­wił się w tylu fil­mach, ksi­ążkach, był na ob­ra­zach, zdjęciach i pocz­tów­kach…

Moje roz­my­śla­nia prze­rwał dźwi­ęk otwie­ra­nych drzwi.

– Ga­ël­le, Char­les pro­si cię do sie­bie. – To była se­kre­tar­ka sze­fa, Ca­mélia.

– Ja­sne, już idę – od­pa­rłam, jed­nak nie od razu pod­nio­słam się z krze­sła.

Za­cze­ka­łam, aż Ca­mélia za­mknie za sobą drzwi, po czym wsta­łam i wzi­ęłam głębo­ki wdech, żeby uspo­ko­ić ner­wy. Po­tem po­wo­li wy­pu­ści­łam po­wie­trze i po­de­szłam do lu­stra. Wy­gląda­łam nie­źle i to dało mi tro­chę mocy, mo­głam iść.

Roz­kład biur na­szej re­dak­cji zna­łam na pa­mi­ęć. W ko­ńcu pra­co­wa­łam tu już tyle lat… I te­raz to mia­ło­by się tak po pro­stu sko­ńczyć? Po moim tru­pie!

We­szłam do Char­les’a bez pu­ka­nia i od razu się uśmiech­nęłam, spo­dzie­wa­jąc się za­chwy­tu w jego oczach. Nie­ste­ty tak się nie sta­ło.

– Usi­ądź, Ga­ël­le.

Char­les za­wsze ko­rzy­stał z oka­zji, żeby mi po­wie­dzieć, jak ład­nie wy­glądam. ZA­WSZE. Co się sta­ło?

– Coś się sta­ło? – spy­ta­łam, szu­ka­jąc lo­gicz­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia.

– Tak. Wła­śnie od­wie­dził mnie je­den z praw­ni­ków De­ren­nes’a.

– I?

– W spra­wie ugo­dy, któ­rą mu­sia­łem im za­pro­po­no­wać. Za­rząd ka­zał mi pró­bo­wać roz­wi­ązać tę spra­wę po­lu­bow­nie.

– No i? – Zda­wa­łam so­bie spra­wę, że to po­wta­rza­nie się brzmi głu­pio, ale nie­na­wi­dzi­łam, jak Char­lie prze­ci­ągał, a cho­dzi­ło o rze­czy, któ­re mia­ły wpływ na moją ka­rie­rę.

– No cóż, za­czy­nam z nimi ne­go­cjo­wać wa­run­ki ugo­dy.

– Ale co to ma wspól­ne­go ze mną? – wark­nęłam.

– Wie­le. – Char­les po­dra­pał się po bro­dzie. Miał ten sek­sow­ny kil­ku­dnio­wy za­rost, któ­ry tak uwiel­bia­łam… kie­dyś.

– A ja­kieś szcze­gó­ły?

– Nie po­ga­niaj mnie, Ga­ël­le! – zi­ry­to­wał się. – Na­praw­dę sta­ram się prze­ka­zać ci to jak naj­de­li­kat­niej.

To? Czy­li co?

– Zby­tek ła­ski – prych­nęłam.

– No więc… nie mu­szę cię zwal­niać. Za­cho­wa­ła­byś pra­cę.

Bym?

– To su­per wia­do­mo­ść. Gdzie jest „ale”? Żad­ne­go spro­sto­wa­nia nie na­pi­szę! – za­strze­głam od razu.

– To też nie będzie ko­niecz­ne. Wy­star­czy ogól­na in­for­ma­cja ze stro­ny re­dak­cji. Nie mu­sisz się pod nią pod­pi­sy­wać.

– Gdzie więc jest ten ha­czyk? – spy­ta­łam, czu­jąc, jak­bym sie­dzia­ła na szpil­kach, a nie na su­per wy­god­nym fo­te­lu w ga­bi­ne­cie sze­fa.

– Jed­nym z ele­men­tów ugo­dy by­ło­by prze­ka­za­nie stro­nie De­ren­nes’a ma­te­ria­łu, któ­ry ze­bra­łaś w ra­mach swo­je­go dzien­ni­kar­skie­go śledz­twa – wy­pa­lił Char­lie i od­su­nął się ode mnie, jak­by się spo­dzie­wał, że rzu­cę się na nie­go z pa­zu­ra­mi albo czy­mś w nie­go ci­snę.

I słusz­nie.

– Po moim tru­pie! – wrza­snęłam tak, że pew­nie usły­sza­ła mnie cała re­dak­cja, a może i lu­dzie pra­cu­jący w biu­rach pi­ętro ni­żej. – Ty sprze­daj­ny gno­ju!

– Gali, opa­nuj się – wark­nął. – I racz się tak nie drzeć, bo jesz­cze ktoś usły­szy, o czym roz­ma­wia­my – syk­nął pó­łszep­tem.

– A więc to taj­ne przez po­uf­ne? – za­kpi­łam.

– Ow­szem. Przy­po­mi­nam ci, że ne­go­cja­cje to taki pro­ces, w trak­cie któ­re­go stro­ny sta­ra­ją się do­jść do po­ro­zu­mie­nia, jed­no­cze­śnie ustępu­jąc jak naj­mniej ze swo­je­go sta­no­wi­ska.

– Char­lie, wiem, co to są ne­go­cja­cje, u li­cha!

– Wła­śnie wi­dzę – prych­nął. – Ty za­wsze sta­wiasz spra­wę na ostrzu noża. Gów­no wiesz o ne­go­cja­cjach, psy­cho­log z cie­bie ża­den, a stra­teg jesz­cze gor­szy, bo wi­dać po to­bie wszyst­kie emo­cje.

Tu nie­ste­ty miał ra­cję. By­łam kiep­ska w uda­wa­niu cze­go­kol­wiek. Zwłasz­cza gdy po­zwa­la­łam so­bie na emo­cje.

– Okej. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. – Sko­ro tak twier­dzisz. Ale za to uży­wam ro­zu­mu i oznaj­miam ci sta­now­czo, że nie od­dam ni­cze­go, co zdo­by­łam w trak­cie mo­je­go śledz­twa. Z bar­dzo pro­stej przy­czy­ny.

– Ja­kiej? – Char­lie zno­wu po­dra­pał się po tej swo­jej cho­ler­nie przy­stoj­nej gębie. Nie był jed­nak aż tak by­stry, za ja­kie­go chciał ucho­dzić.

Po­chy­li­łam się nad biur­kiem, zbli­ży­łam twarz do sze­fa na tyle, na ile to mo­żli­we, i ci­cho, ale sta­now­czo po­wie­dzia­łam:

– Bo to by­łby sa­mo­strzał w ko­la­no.

– Co?

– Strzał we wła­sne ko­la­no. Wy­obraź so­bie, że De­ren­nes tyl­ko nas pod­pusz­cza i jed­nak chce iść do sądu. Jak udo­wod­ni­ła­bym, że to ja mia­łam ra­cję, gdy­by­śmy mu wszyst­ko od­da­li?

– Mo­żesz zro­bić ko­pie, choć to nie­wska­za­ne.

– Nie. Dla sądu zna­cze­nie mają tyl­ko ory­gi­nal­ne do­ku­men­ty, zdjęcia i na­gra­nia.

– Eee… – Char­lie wy­glądał, jak­by prze­pa­li­ły mu się sty­ki.

Nie za­mie­rza­łam mu tego uła­twiać. A może jed­nak po­win­nam? Co bym zro­bi­ła, żeby za­cho­wać tę pra­cę?

– Za­py­taj go, skąd mam niby wzi­ąć ja­kieś do­wo­dy, sko­ro utrzy­mu­ją, że to wszyst­ko były wy­ssa­ne z pal­ca po­mó­wie­nia.

– Ale nie były.

– Nie, ale De­ren­nes tak twier­dzi. Niech się więc zde­cy­du­je, czy to po­mó­wie­nia, czy jed­nak mam do­wo­dy i mogę wy­grać tę spra­wę, na któ­rą on chce wy­ło­żyć kasę, bo w tej chwi­li sam so­bie za­prze­cza.

Char­les przez chwi­lę wy­glądał, jak­by re­se­to­wał mu się sys­tem ope­ra­cyj­ny. Nor­mal­nie sie­dział bez ru­chu i pa­trzył na mnie tymi swo­imi pi­ęk­ny­mi śle­pia­mi. Jak ten kre­tyn mógł mi się kie­dyś po­do­bać? – po­my­śla­łam zde­spe­ro­wa­na.

Ale prze­cież Char­les De­lau­rent to in­te­li­gent­ny gość. Nie za­jęło mi wie­le cza­su do­my­śle­nie się, że coś pod­ci­ęło mu skrzy­dła i trzy­ma­ło jaja w ima­dle. Ob­sta­wia­łam in­ter­wen­cję za­rządu, ale prze­cież mo­żli­we były też inne sce­na­riu­sze. Szan­taż, gro­źba… Dziew­czy­na go rzu­ci­ła, bo po pal­ców­ce nie na­stąpi­ło nic in­te­re­su­jące­go. Wie­le mo­żli­wo­ści. Ostat­nią od­rzu­ci­łam na­tych­miast. Mój szef ni­g­dy nie na­wa­lał w łó­żku ani w żad­nej rze­czy, któ­rej się pod­jął. Ktoś na nie­go moc­no na­ci­ska.

– Char­lie, ogar­nij się. Spo­koj­nie, chło­pie. – Obe­szłam biur­ko i po­ło­ży­łam sze­fo­wi rękę na ra­mie­niu.

– Spo­koj­nie? Jak mam być spo­koj­ny?

– Nor­mal­nie. Mu­sisz tyl­ko do­brze za­grać swo­ją rolę.

– Co mam im po­wie­dzieć?

– Naj­le­piej to, że nic nie do­sta­ną.

– A jak się wściek­ną?

– Do­dasz, że nie ma żad­ne­go ma­te­ria­łu do­wo­do­we­go. Wszyst­ko wy­my­śli­łam. Na po­zo­sta­łe wa­run­ki się zgó­dź, bo coś mu­sisz im za­ofe­ro­wać. Na­pi­szesz wy­ja­śnie­nie i tak da­lej…

– A co, jak pój­dą do sądu?

– Je­śli pój­dą. Wte­dy za­cznie­my się mar­twić.

– Ale to twój ko­niec w tej bra­nży. Nikt nie będzie chciał już z tobą roz­ma­wiać, jak wyj­dzie, że nie mia­łaś do­wo­dów.

Kur­de, tego nie ogar­nęłam. By­łam tak pew­na swe­go, że nie wpa­dłam na to, jak przez pry­zmat kon­flik­tu z gwiaz­dą tego for­ma­tu co Do­mi­ni­que De­ren­nes mogą mnie po­strze­gać inni ce­le­bry­ci.

– No to trze­ba to zro­bić ina­czej.

– Co pro­po­nu­jesz?

– Prze­ci­ągać ne­go­cja­cje w nie­sko­ńczo­no­ść, aż te­mat ucich­nie.

– De­ren­nes na to nie pój­dzie.

– Pój­dzie, do­pó­ki będzie my­ślał, że nas ma i wszyst­ko do­sta­nie. A po ja­ki­mś cza­sie lu­dzie o tym za­pom­ną i jemu też nie opła­ci się od­grze­by­wać tego sple­śnia­łe­go ko­tle­ta. On ma do stra­ce­nia wi­ęcej niż my.

– Je­steś ge­nial­na, Gali.

Nie­skrom­nie nie za­prze­czę. Na­wet je­śli cho­ler­nie się boję, bo moja ka­rie­ra wisi na wło­sku.

– Pa­mi­ętaj, że mnie też za­le­ży na „CON­TEM­PO­RA­IN”.

Pew­na swe­go zwy­ci­ęstwa, przy­naj­mniej nad Char­les’em, opu­ści­łam ga­bi­net re­dak­to­ra na­czel­ne­go i wró­ci­łam do swo­je­go biu­ra. Zno­wu spoj­rza­łam przez okno na bu­dy­nek dwor­ca i przy­po­mnia­łam so­bie sce­nę z fil­mu Wa­ka­cje Ja­sia Fa­so­li. Par­sk­nęłam śmie­chem. Gare de Lyon po­pra­wiał mi hu­mor le­piej niż nie­je­den czło­wiek.

Wte­dy po­my­śla­łam o dziw­nym za­da­niu, któ­re pró­bo­wał mi wci­snąć Char­lie. Wczo­raj się tym nie zaj­mo­wa­łam, bo za bar­dzo po­chło­nął mnie emo­cjo­nal­ny i fi­zycz­ny re­set, ale prze­cież coś mu­sia­łam ro­bić, żeby nie zwa­rio­wać. Mo­żli­we, że mój szef miał ra­cję i ja­ki­kol­wiek kon­flikt z De­ren­nes’em mógł spo­wo­do­wać, że inni ce­le­bry­ci od­mó­wią mi wy­wia­dów. Po­trzeb­ny był plan awa­ryj­ny.

Jak ten sek­so­ho­lik się na­zy­wał? Ale­xan­der Hu­ghes, lat trzy­dzie­ści sze­ść, mi­liar­der i play­boy – przy­po­mnia­łam so­bie. I jaki mia­łby być ty­tuł naj­lep­sze­go ar­ty­ku­łu mo­je­go ży­cia? Zna­ny z tego, że jest bo­ga­ty? Wes­tchnęłam, bo na­praw­dę nie ci­ągnęło mnie, żeby roz­gry­zać aku­rat tego go­ścia, któ­ry nie wsła­wił się ni­czym szcze­gól­nym poza swo­im bo­gac­twem i sty­lem ży­cia. Nie on je­den odzie­dzi­czył tyle kasy, że mógł przez całe ży­cie ro­bić tyl­ko to, na co miał ocho­tę. Nie wy­ró­żniał się ni­czym szcze­gól­nym, żeby za­słu­żyć na mój wy­wiad. A przy­naj­mniej tak my­śla­łam, za­nim za­głębi­łam się w lek­tu­rę tego, co wu­jek Go­ogle wie­dział o Hu­ghe­sie.

Za­częłam od jego zdjęć. Oczy­wi­ście do­stęp­ne były tyl­ko te ofi­cjal­ne i au­to­ry­zo­wa­ne przez jego lu­dzi. Z naj­wi­ęk­szych, naj­bar­dziej zna­nych im­prez i za­wsze w to­wa­rzy­stwie pi­ęk­nych ko­biet. Na­wet z Go­ogli po­usu­wał nie­wy­god­ne in­for­ma­cje.

Bru­net, kar­me­lo­we oczy, metr osiem­dzie­si­ąt czte­ry wzro­stu, ide­al­na syl­wet­ka. Zwy­kle no­sił de­li­kat­ny za­rost, bo kie­dy się ogo­lił, wy­glądał na dwu­dzie­sto­lat­ka. Przy­naj­mniej na zdjęciach. No, było na czym oko za­wie­sić. Ale co z tego, sko­ro to za­du­fa­ny w so­bie bo­ga­ty buc, któ­ry wszyst­kich trak­tu­je in­stru­men­tal­nie? A szcze­gól­nie ko­bie­ty nie mia­ły cze­go przy nim szu­kać, je­śli in­te­re­so­wa­ło je co­kol­wiek in­ne­go niż ka­rie­ra przez łó­żko.

Za­częłam czy­tać i mi­mo­wol­nie wci­ągnęłam się w plot­ki o Hu­ghe­sie.

Play­boy wi­dy­wa­ny z set­ka­mi ko­biet w ci­ągu ostat­nich kil­ku­na­stu lat, to jest od kie­dy za­czął się po­ka­zy­wać pu­blicz­nie po śmier­ci ro­dzi­ców. Z SET­KA­MI. Te licz­by po­ra­ża­ły. Wy­cho­dzi­ło na to, że w ci­ągu roku przez jego łó­żko prze­wi­ja­ło się na­wet kil­ka­dzie­si­ąt ko­biet. I ka­żda jed­na prze­pi­ęk­na. Blon­dyn­ki, bru­net­ki, sza­tyn­ki, Azjat­ki, Mu­lat­ki, Afry­kan­ki, wszyst­kie jak mo­del­ki. Gdzie mnie do nich z moim me­trem sze­śćdzie­si­ąt czte­ry i zu­pe­łnie prze­ci­ęt­ną fi­gu­rą? I jesz­cze te kręco­ne rude ku­dły, któ­re od lat far­bo­wa­łam na brąz i pro­sto­wa­łam, żeby nikt się nie do­my­ślił. Plan Char­les’a miał je­den wiel­ki mi­nus. MNIE. Hu­ghes po pro­stu ni­g­dy by mnie nie za­trud­nił, pa­trząc na kry­te­ria, któ­ry­mi zwy­kle się kie­ro­wał przy wy­bo­rze asy­sten­tek, nie mó­wi­ąc już o ko­chan­kach. Zero szans, żeby się tam do­stać in­co­gni­to!

Już mia­łam so­bie od­pu­ścić po­goń za ame­ry­ka­ńskim snem o dzien­ni­kar­skiej sła­wie, kie­dy moją uwa­gę przy­kuł je­den ar­ty­kuł, nie­spe­cjal­nie wy­po­zy­cjo­no­wa­ny w Go­oglach. Albo tak do­brze ukry­ty, bo znaj­do­wał się do­pie­ro na czwar­tej stro­nie li­sty wy­szu­ki­wa­nia.

Zni­ka­jące ko­bie­ty Hu­ghe­sa. Trud­no prze­jść obo­jęt­nie wo­bec ta­kiej hi­sto­rii, na­wet je­śli mo­gła być wy­ssa­na z pal­ca. Zni­ka­jące ko­bie­ty. ZNI­KA­JĄCE KO­BIE­TY, do cho­le­ry! Sły­sza­łam już o tym, jak bru­tal­nie mi­liar­der trak­to­wał dzien­ni­ka­rzy, ale żeby też wła­sne ko­chan­ki?

Ko­lej­na ci­ężar­na part­ner­ka znik­nęła z oto­cze­nia mi­liar­de­ra Ale­xan­dra Hu­ghe­sa – brzmiał pod­ty­tuł.

Ko­lej­na? A więc było ich wi­ęcej? – za­in­te­re­so­wa­łam się. I już czy­ta­łam da­lej.

Mi­liar­der zna­ny jest z tego, że zmie­nia ko­bie­ty jak ręka­wicz­ki, ale co in­ne­go spo­ty­kać się nie­zo­bo­wi­ązu­jąco z wie­lo­ma ko­bie­ta­mi, a co in­ne­go wy­rzu­cać je na bruk po kil­ku­mie­si­ęcz­nym wspól­nym miesz­ka­niu w – nie bój­my się tego sło­wa – HA­RE­MIE pana Hu­ghe­sa. A jesz­cze gor­szą opcją jest… No wła­śnie: co? Jak na­zwać zni­ka­nie ko­biet, któ­re były ofi­cjal­nie zwi­ąza­ne z Hu­ghe­sem i z któ­ry­mi po­ka­zy­wał się pu­blicz­nie? Wy­star­czy­ło, że po­chwa­li­ły się w so­cial me­diach wi­docz­ną ci­ążą, po czym za­pa­da­ły się pod zie­mię. Nie uda­ło nam się do­trzeć do ani jed­nej z nich.

Co­raz sze­rzej otwie­ra­łam oczy, czy­ta­jąc ten ar­ty­kuł. To ja­kiś zwy­rod­nia­lec! – po­my­śla­łam i wbrew so­bie po­czu­łam nie­zdro­wą eks­cy­ta­cję. Jak to się mówi o dzien­ni­ka­rzach? Czu­ją pi­smo no­sem? Tak wła­śnie było ze mną. Wy­węszy­łam sen­sa­cję, ja­kiej nie było mi dane opi­sać do tej pory. Na­wet De­ren­nes i jego szem­ra­ne po­wi­ąza­nia z dyk­ta­to­rem Wszech­ru­si nie mo­gły się rów­nać z psy­cho­pa­tycz­nym mi­liar­de­rem-play­boy­em. I już wie­dzia­łam, że Char­lie wpu­ścił mnie w ka­nał. On do­sko­na­le wie­dział, że jak za­cznę o tym czy­tać, to będę chcia­ła to zro­bić, nie zwa­ża­jąc na nie­bez­pie­cze­ństwo! – zro­zu­mia­łam.

Za­nim za­mknęłam słu­żbo­we­go lap­to­pa, usu­nęłam jesz­cze z prze­glądar­ki hi­sto­rię i co­okies, na­wet je­śli zwy­kle pra­co­wa­łam w try­bie in­co­gni­to. Nie mia­łam w zwy­cza­ju trzy­mać wa­żnych in­for­ma­cji w biu­rze ani zdra­dzać ni­ko­mu na­stęp­ne­go celu mo­je­go dzien­ni­kar­skie­go śledz­twa. Tym bar­dziej że bra­ko­wa­ło mi prze­ko­na­nia, że je­stem na nie go­to­wa. Trak­to­wa­łam tę opcję jako osta­tecz­no­ść. Za bar­dzo przy­zwy­cza­iłam się do mo­ich: pra­cy, miesz­ka­nia i sty­lu ży­cia, żeby tak ła­two z tego zre­zy­gno­wać. By­łam jed­nak pew­na, że jesz­cze po­czy­tam so­bie o panu Ale­xan­drze Hu­ghe­sie.

Po prze­rwie obia­do­wej nie wra­ca­łam już do biu­ra. Po­sta­no­wi­łam zro­bić so­bie wol­ne. Po­trze­bo­wa­łam spo­koj­nej gło­wy, żeby to wszyst­ko prze­my­śleć, tak to so­bie uspra­wie­dli­wi­łam. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak wró­ci­łam do domu i po­grąży­łam się w nie­by­cie. Zrzu­ci­łam ża­kiet, su­kien­kę, a po­tem wci­ągnęłam na sie­bie krót­kie leg­gin­sy i top na ra­mi­ącz­kach. W wy­god­nym stro­ju po­ło­ży­łam się na łó­żku i za­częłam czy­tać pierw­szą ksi­ążkę z mo­je­go sto­su ha­ńby. Oka­za­ła się tak nud­na, że przy­snęłam po trze­cim roz­dzia­le.

Koło szes­na­stej za­dzwo­nił Char­les, bu­dząc mnie z tej nie­pla­no­wa­nej drzem­ki.

– Ga­ël­le, je­steś w domu? – spy­tał bez ogró­dek, kie­dy ode­bra­łam.

– Je­stem – od­po­wie­dzia­łam szcze­rze, choć nie mia­łam po­jęcia, o co może mu cho­dzić i cze­mu o to pyta.

– Przy­ja­dę do cie­bie, będę za pół go­dzi­ny.

Co?

– Słu­cham? Ale po co?

– Mu­si­my po­ga­dać – od­pa­rł i po pro­stu się roz­łączył.

Char­lie ni­g­dy u mnie nie był, na­wet w cza­sie na­sze­go krót­kie­go ro­man­su po­nad dwa lata temu. Nie mia­łam po­jęcia, co ta jego nie­spo­dzie­wa­na wi­zy­ta może ozna­czać.

Ze­rwa­łam się z łó­żka, żeby się ogar­nąć. No bo sko­ro Char­les De­lau­rent chciał do mnie przy­je­chać… Za­raz jed­nak pal­nęłam się z pla­ska­cza w czo­ło. Prze­cież mia­łam się już nim nie przej­mo­wać! Zwol­ni­łam więc cha­otycz­ne ru­chy i zwy­czaj­nie po­szłam do kuch­ni, żeby na­pić się wody i ze­brać my­śli.

Char­lie przy­je­chał przed sie­dem­na­stą, co ozna­cza­ło, że po­ko­na­ły go po­po­łu­dnio­we kor­ki w mie­ście. Nie­spe­cjal­nie mnie to zdzi­wi­ło. Mój na­czel­ny wy­glądał jak zwy­kle nie­na­gan­nie. Uśmiech­nął się nie­znacz­nie, kie­dy za­uwa­żył, że nie mam na so­bie sta­ni­ka, przez co ści­ągnęły mi się sut­ki. A wca­le tego nie chcia­łam. Skrzy­żo­wa­łam ręce na pier­si, żeby je za­sło­nić, i spoj­rza­łam na nie­go py­ta­jąco.

Od­chrząk­nął i za­raz zno­wu przy­brał po­wa­żny wy­raz twa­rzy.

– Cze­ść, Ga­ël­le. Mogę we­jść? – spy­tał.

– Ja­sne.

– Dzi­ęku­ję.

Char­les za­mknął za sobą drzwi i wsze­dł za mną aż do sa­lo­nu.

– Usi­ądź. – Wska­za­łam mu fo­tel.

Po­słu­chał.

– Ty też usi­ądź, Gali.

– Okej. A na­pi­jesz się cze­goś?

– Po­pro­szę o wodę – od­pa­rł wy­stu­dio­wa­nym, uda­jącym opa­no­wa­nie to­nem.

Mnie jed­nak nie oszu­kał. Był zde­ner­wo­wa­ny.

Przy­nio­słam nam wodę i usia­dłam na­prze­ciw Char­lie­go, po­da­jąc mu szklan­kę. Sama unio­słam dru­gą do ust, bo ja­koś dziw­nie mi w nich za­schło. Nie chcia­łam się de­ner­wo­wać, ale w tej sy­tu­acji trud­no było za­cho­wać spo­kój.

– Gali, mamy pro­blem – wy­pa­lił, kie­dy już od­sta­wił pu­stą szklan­kę na sto­lik.

– Mów.

Nie lu­bi­łam roz­wle­kać ta­kich sy­tu­acji. Sko­ro przy­sze­dł do mnie z czy­mś wa­żnym, chcia­łam po­znać to coś jak naj­szyb­ciej, żeby móc się z tym zmie­rzyć. Char­lie chy­ba za­uwa­żył w mo­ich oczach znie­cier­pli­wie­nie, więc za­czął:

– Na krót­ko przed szes­na­stą w re­dak­cji po­ja­wił się zno­wu ten praw­nik De­ren­nes’a… – Wzi­ął głęb­szy wdech i po­wo­li wy­pu­ścił po­wie­trze.

– I?

Zno­wu to samo!

– Mu­szą mieć two­je ma­te­ria­ły. Nie od­pusz­czą.

– Gu­zik do­sta­ną! – wark­nęłam, kie­dy szef spu­ścił na mnie ko­lej­ną bom­bę:

– Od­da­łem im twój lap­top słu­żbo­wy, żeby po­ka­zać na­szą do­brą wolę roz­wi­ąza­nia tego kon­flik­tu po­lu­bow­nie.

– Co zro­bi­łeś?! – Nie do­wie­rza­łam.

– Praw­nik De­ren­nes’a pod­pi­sał u mnie pro­to­kół prze­ka­za­nia sprzętu. W ra­zie cze­go je­ste­śmy chro­nie­ni… – za­uwa­żył.

Ale ja już go nie słu­cha­łam. Te jego tłu­ma­cze­nia były chu­ja war­te! Co za de­bil! Jak mo­żna zro­bić coś ta­kie­go?

– Je­steś idio­tą, Char­lie. Sam się pro­sisz o to, żeby trak­to­wa­li cię jak szma­tę – sark­nęłam, bo nie mia­łam już po­wo­du, żeby mu nie ubli­żać. Zero aser­tyw­no­ści!

– Nie ro­zu­miesz, że pró­bu­ję chro­nić twój ty­łek, Ga­ël­le? – jęk­nął.

– Ra­czej swój! – wy­gar­nęłam mu. – De­ren­nes zła­pał cię za jaja i dyma od tyłu, a ty mu jęczysz, jak on za­gra!

No, może tro­chę od­je­cha­ła mi wy­obra­źnia, bo już jak to so­bie zwi­zu­ali­zo­wa­łam, po­czu­łam się znie­sma­czo­na. Przy­po­mnia­ła mi się sce­na z jed­ne­go fil­mu, w któ­rym De­ren­nes grał sław­ne­go pi­sa­rza i po­su­wał in­ne­go, młod­sze­go, któ­ry my­ślał, że zro­bi ka­rie­rę przez łó­żko. Char­lie chy­ba przy­po­mniał so­bie to samo i po­czuł się ura­żo­ny tym po­rów­na­niem, bo wy­raz jego twa­rzy z przy­ja­zne­go stał się zim­ny.

– Py­ska­ta jak za­wsze – syk­nął. – Kie­dy ty się na­uczysz, że po­kor­ne cie­lę dwie mat­ki ssie?

– Cie­lę może tak. Ja ni­ko­go ssać nie za­mie­rzam – od­py­sko­wa­łam. – Wsta­łam z ko­lan i wi­ęcej nie wró­cę do pod­da­ńczej po­zy­cji, zwłasz­cza przed fa­ce­tem! Nikt nie będzie mi dyk­to­wał, co mam ro­bić. Tak, do­brze mu po­wie­dzia­łam. Ras-le-bol!5

– A je­śli to ja cię po­pro­szę? – spy­tał na­gle. – Na ko­la­nach? – Char­les wstał z fo­te­la, pod­sze­dł do ka­na­py, na któ­rej sie­dzia­łam, uklęk­nął na oba ko­la­na i spoj­rzał na mnie bła­gal­nie. – Bła­gam, Gali, po­móż mi ura­to­wać „CON­TEM­PO­RA­IN”.