Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Paryska dziennikarka Gaëlle Lamartine jest chodzącym magnesem na kłopoty. Rozwód, długi po byłym mężu, konflikt z aktorem-celebrytą, a w konsekwencji zwolnienie z pracy sprawiają, że ucieka ze stolicy do rodzinnej Bretanii, by choć chwilę pomyśleć w spokoju o swojej przyszłości zawodowej.
Niestety, na miejscu wpada w miłosny szał za sprawą przystojnego syna sąsiadów, który też schronił się w rodzinnej miejscowości, żeby uciec od prywatnych problemów. To się nie może skończyć dobrze. Ze złamanym po raz kolejny sercem postanawia, że nie da się już więcej oszukać żadnemu mężczyźnie.
W końcu przyjmuje od byłego szefa zlecenie ostatniej szansy – rozpracowanie tajemniczego amerykańskiego miliardera i playboya Alexandra Hughesa. Perspektywa spędzenia roku z dala od Francji i kłopotów oraz oczekiwane wynagrodzenie sprawiają, że nie myśli o zagrożeniach. Wpada na trop nowej sensacji i zamierza to wykorzystać.
Czy miliarder, który nienawidzi dziennikarzy, odkryje prawdziwą tożsamość Gaëlle? Jak daleko sięgają powiązania znanego francuskiego aktora? Ile można poświęcić dla pracy, która jest pasją?
***
„Jak ten seksoholik się nazywał? Alexander Hughes, lat trzydzieści sześć, miliarder i playboy – przypomniałam sobie. I jaki miałby być tytuł najlepszego artykułu mojego życia? Znany z tego, że jest bogaty? Westchnęłam, bo naprawdę nie ciągnęło mnie, żeby rozgryzać akurat tego gościa, który nie wsławił się niczym szczególnym poza swoim bogactwem i stylem życia. Nie on jeden odziedziczył tyle kasy, że mógł przez całe życie robić tylko to, na co miał ochotę. Nie wyróżniał się niczym szczególnym, żeby zasłużyć na mój wywiad. A przynajmniej tak myślałam, zanim zagłębiłam się w lekturę tego, co wujek Google wiedział o Hughesie”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 417
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright ©2026 by Helena Leblanc
Copyright ©2026 by Litera Inventa
Wydanie pierwsze, 2026
Redakcja: Agata Bogusławska
Pierwsza korekta: Joanna Krystyna Radosz
Druga korekta: Renata Nowak
Skład, łamanie i przygotowanie ebooka: Michał Bogdański
Projekt okładki: Agnieszka Makowska
Źródło obrazów: freepik.com
ISBN: 978-83-67355-33-9
© Wszelkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej fragmenty nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autora lub wydawcy.
© All rights reserved
studio_litera.inventa@outlook.com
Dobro narodowe. Ile razy, widząc twarz tego człowieka, zastanawialiśmy się, jak wyglądałaby francuska kinematografia bez niego? Zagrał główne postacie w najważniejszych produkcjach narodowych i wiele ważnych ról w wysokobudżetowych filmach zagranicznych. Jest rozpoznawalny na całym świecie. Jego majątek szacuje się na trzy miliardy euro. Prywatnie mąż, ojciec i dziadek trójki wnucząt, znany filantrop. To oficjalne informacje. A nieoficjalne? Oficjalnie nie wiadomo. Dominique Derennes, aktor filmowy i teatralny, biznesmen i celebryta. Urodzony w 1951 roku gwiazdor skończył właśnie siedemdziesiąt lat! Z okazji tego wyjątkowego jubileuszu chciałabym przybliżyć czytelnikom działalność pozafilmową ikonicznego wręcz geniusza francuskiego i światowego kina.
Dominique Derennes z filmem związany jest od zawsze. Za sławą i wielkimi pieniędzmi przyszły biznes i filantropia. I mógłby na tym poprzestać. Szkoda, że sławny aktor zaczął mieszać się też w politykę, bo gdyby został przy grze aktorskiej, z pewnością doczekałby się Oscara. Wszyscy mamy w pamięci tę wyjątkową galę osiem lat temu, kiedy Derennes zdobył aż pięć nominacji do najważniejszej filmowej statuetki. Dlaczego jej nie dostał? A dlatego, że zaledwie kilka miesięcy wcześniej wypiął się na swój własny kraj i przyjął obywatelstwo z rąk jednego ze współczesnych dyktatorów, Putainieva1. Nomen omen…
I to wszystko, żeby nie płacić podatków we Francji.
Ostatecznie nie byłoby w tym nic gorszącego, bo nie on jeden ucieka do rajów podatkowych, gdyby nie fakt, że tym „rajem” jest kraj, w którym demokratyczna opozycja jest prześladowana, ludzie są wtrącani do więzień i zsyłani do łagrów z powodu poglądów politycznych. I wszystko to dzieje się w Europie, kiedy przywódcy pozostałych państw, w tym Francji, udają, że nic nie widzą. Robią przecież w tym kraju biznesy.
I nadal powiedzielibyśmy, że to się dzieje poza naszym francuskim podwórkiem i naszą tradycyjną strefą wpływów, a także że nasze relacje z białym niedźwiedziem były zawsze poprawne, więc nie mamy na to wpływu. Nie mielibyśmy, gdyby nie fakt, że znany opozycjonista Alexiej Spasski został zamordowany w swoim podparyskim mieszkaniu dwa dni po tym, jak spotkał się w Paryżu z Derennes’em. Podobno miał prosić aktora o próbę wpłynięcia na dyktatora…
Gaëlle Lamartine jest dziennikarką zawodowo związaną z redakcją miesięcznika „Paris CONTEMPORAIN”.
– Gaëlle, czy ty postradałaś rozum?! – Charles wydzierał się na mnie już od dobrych kilku minut. – Czemu tak się uczepiłaś tego gwiazdora?
– Bo mam w dupie jego sławę. Jest winny! – warknęłam. – I miał coś wspólnego ze śmiercią tego rosyjskiego opozycjonisty, jestem pewna!
– Kobieto, opanuj się. Jesteś dziennikarką, do cholery! Zachowujesz się jak uparta nastolatka, a nie masz żadnych dowodów. – Charles już dawno nie udawał, że ma do mnie cierpliwość.
– Mam i zdobędę ich więcej – syknęłam.
– Nie sądzę. – Tym razem ton Charles’a był chłodny jak lodowiec w jego oczach.
Że też kiedyś podobały mi się te jego potwornie zimne tęczówki – przemknęło mi przez myśl.
– A niby dlaczego nie? – spytałam. No bo co mógł mi zrobić Derennes? Uwięzi mnie, żebym nie pisała prawdy? Jak jego rosyjski idol?
– Bo jeszcze jeden taki numer i cię zwolnię – odparł spokojnie.
Nie miałam jednak czasu na podziwianie jego opanowania.
– Nie możesz! – wydarłam się.
– Czyżby? – Charlie tylko uniósł brew. – Chyba zapominasz, że to ja jestem redaktorem naczelnym i formalnie twoim przełożonym.
I wnukiem założyciela – pomyślałam, ale zachowałam to dla siebie. Charles miał tylko stanowisko, bo i tak cała reszta władzy formalnie była w rękach akcjonariuszy, którzy jednak nie wtrącali się, dopóki spółka wypłacała im należne dywidendy.
To jednak ja utrzymywałam to pismo. Dla mojej rubryki towarzyskiej, którą prowadziłam z poświęceniem od ośmiu lat, ludzie kupowali nasz miesięcznik. „CONTEMPORAIN” notował zwyżki sprzedaży od dwóch lat, kiedy zdecydowałam, że oprócz zwykłych plotek ludziom trzeba dostarczyć trochę pikantnych szczegółów z niezbyt uczciwego życia gwiazd. I Charles był tego świadom. Ba, sam mnie do tego zachęcał, kiedy zauważył, że mój pierwszy artykuł tego typu stał się sensacją. A teraz co? Chciał się wycofać tylko dlatego, że ten stary pryk groził nam procesem o zniesławienie?
– Nie zrobisz mi tego.
– Chcesz się przekonać? – Charles wyjął z szuflady dokument i mi podał.
– Co to?
– Przeczytaj.
W trakcie lektury włosy zjeżyły mi się na głowie.
– Co to ma znaczyć?
– To będzie konsekwencja niesubordynacji, moja droga – odpowiedział groźnie.
Trzymałam w dłoniach wypowiedzenie z pracy. Po ośmiu latach!
– To na serio?
Poczułam, że pot spływa mi po karku. Nie mogłam przecież stracić pracy. To było moje jedyne źródło utrzymania. Od kiedy po rozwodzie okazało się, że z byłym mężem miałam do podziału jedynie jego długi, nie mogłam sobie pozwolić na utratę stałego dochodu ani na chwilę. Drań! Tak mnie załatwić na odchodne!
Przypomniawszy sobie tamtą sprawę, poczułam się jeszcze gorzej w obecnej sytuacji. Charlie, i ty przeciwko mnie?
– Dlaczego nie zażądała pani podziału majątku przed rozwodem? – spytała sędzia, która rozpatrywała moją sprawę.
– Bo byłam pewna, że nie ma czego dzielić i to tylko formalność. Mieszkania wynajmowaliśmy, każde z nas utrzymywało się z własnej pensji. Nie żyliśmy razem od dwóch lat – wyjaśniłam.
– I naprawdę nie wiedziała pani, co małżonek robił przez ostatnie dwa lata?
– Na szczęście nie.
– Ja nie wiem, czy to takie szczęście – wyraziła powątpiewanie sędzia. – Trzeba było się rozwieść wcześniej albo chociaż ustanowić separację i podział majątku.
– Nie rozumiem. Dlaczego mam odpowiadać za długi, których mój eksmąż narobił, jak już nie żyliśmy razem?
– Bo formalnie byli państwo małżeństwem.
– Nawet jak nie mieszkaliśmy razem?
– Przykro mi.
– Co to oznacza dla mnie? – spytałam w końcu zrezygnowana.
– Osiemdziesiąt tysięcy euro do spłaty.
– Ile?!
– Długi pani małżonka…
– Byłego!
– Długi pani byłego małżonka, powstałe w trakcie trwania małżeństwa, wynosiły w dniu rozwodu sto sześćdziesiąt tysięcy euro.
– To jakiś koszmar! Co on robił z tymi pieniędzmi?
– Nie mnie to roztrząsać, pani Lamartine. Pracuje pani, proszę wziąć kredyt, oddać pieniądze wierzycielom, żeby dług nie narastał, a potem spokojnie spłacać…
Spokojnie, rzeczywiście – żachnęłam się w myślach. Tyle kasy za nic! Jakbym chciała spłacać taki kredyt, kupiłabym sobie mieszkanie… A tak ani mieszkania, ani kasy i tylko dług!
– Rozumiem, że nie mogę już nic z tym zrobić? – Westchnęłam.
– Proszę się cieszyć, że nie odpowiada pani za całość długów męża, bo i takie przypadki widziałam. Jego wierzyciele byli wyjątkowo łaskawi.
Faktycznie. Totalna łaskawość, załatwić mnie na osiemdziesiąt kafli. Skazana za niewinność.
– Nie wiem, czy to bardzo pocieszające, ale dziękuję za dobre słowa, wysoki sądzie.
– Z powodu nieobecności pozwanego Frédérica Lamartine’a wyrok zostanie ogłoszony zaocznie.
Nie ma go, bo spierdolił za granicę przed wierzycielami.
– W porządku.
– Mówi się: „tak, wysoki sądzie”.
– Tak, wysoki sądzie.
– W imieniu Republiki Francuskiej sąd ogłasza wyrok w sprawie z powództwa Gaëlle Lamartine przeciw Frédéricowi Lamartine’owi o rozwód i podział majątku wspólnego, nabytego w trakcie trwania związku małżeńskiego. Sąd postanawia rozwiązać małżeństwo zawarte osiemnastego lipca dwa tysiące piętnastego roku przez rozwód.
Sześć lat życia.
– Czy chce pani coś dodać? – zdziwiła się sędzia.
Może rzeczywiście moja mina była niezbyt adekwatna do okoliczności, bo jednocześnie zalewałam się łzami i szeroko uśmiechałam.
– Nie, proszę kontynuować.
– Sąd orzeka rozwód i odpowiedzialność powódki Gaëlle Lamartine za połowę długów współmałżonka, powstałych w trakcie trwania małżeństwa.
Szlag by to trafił.
– Przykro mi, naprawdę. – Sędzia spojrzała na mnie z prawdziwą troską. – Może mi pani wierzyć lub nie, ale przeżyłam kiedyś to samo. Niestety, dopóki mamy takie prawo, dopóty nie mogę zrobić nic ponad jego zastosowanie.
– Nie mam pretensji do pani, tylko do tego gada, który zmarnował mi kilka lat życia. – Westchnęłam. A teraz przez kilka następnych będę musiała ponosić tego konsekwencje.
– To wszystko, pani Lamartine. Jest pani pewna, że chce zachować nazwisko po mężu? – spytała nagle sędzia, zamiast zakończyć sprawę.
– Tak, jestem pod nim znana. Pracowałam na jego rozpoznawalność od lat.
– Rozumiem. W takim razie życzę pani wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. Wyrok uprawomocni się po trzydziestu dniach.
– Dziękuję.
Wyszłam z sali rozpraw sama. Potem przeszłam długim, trochę ciemnym korytarzem i skierowałam się w stronę wyjścia z budynku sądu.
Gaëlle, jesteś rozwódką. I masz osiemdziesiąt tysięcy euro długu. Nie swojego długu. Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia, do jasnej cholery!
– Chcesz mnie zwolnić, Charlie? – powtórzyłam, nie dowierzając.
– To jest dla mnie ostateczność, Gaëlle.
Charles spojrzał na mnie miękko. W jego oczach zobaczyłam tę odrobinę ciepła, która spowodowała, że kiedyś na serio rozważałam jakąkolwiek relację pozasłużbową z tym facetem. W czasach, kiedy mój mąż robił, co chciał, i to na pewno nie ze mną. Na szczęście dawno mi przeszło. Charles był typowym karierowiczem i traktował ludzi instrumentalnie. Szybko to zauważyłam.
– Czego ode mnie oczekujesz? – spytałam w końcu, żeby zakończyć to przykre dla mnie spotkanie. Niestety nie miałam wyboru. Musiałam zrobić, co mi kazał.
– Zostawisz Dominique Derennes’a w spokoju. Napiszesz sprostowanie na łamach naszego pisma…
– Nie! Niczego nie napiszę! – zaprotestowałam gwałtownie. Na to akurat nie mogłam się zgodzić. Poświęcić dwa lata dziennikarskiego śledztwa i przyznać się do nieprawdy? Nigdy! To już wolałabym zdechnąć z głodu!
– Napiszesz. Albo ktoś inny napisze, a ty się podpiszesz.
– Nic z tego.
– Gaëlle!
– Zrozum mnie, Charles. Albo przynajmniej spróbuj zrozumieć… – W moim głosie musiała wybrzmieć desperacja, ale w tej kwestii nie zamierzałam ustąpić na krok. Nigdy nie przyznam się do kłamstwa, bo go nie było.
– To ty spróbuj zrozumieć mnie. Grozi nam bankructwo! Zamknięcie pisma! Derennes i jego prawnicy nas wykończą!
– Charlie, mogę odpuścić, mogę dać mu spokój, mogę nie napisać więcej ani jednego pierdolonego słowa na temat Derennes’a, ale nie przyznam się do zmyślania, bo wszystko, co napisałam, to szczera prawda i wynik rzetelnego śledztwa.
Charles lustrował mnie uważnie, jakby próbował znaleźć słaby punkt w moim pancerzu.
Kiedyś patrzyłeś na mnie inaczej – pomyślałam.
Frédéric, mój mąż, właśnie wyprowadził się ze wspólnie wynajmowanego mieszkania. Raczej nie miał wyboru, bo w końcu kazałam mu wypierdalać. I tak długo znosiłam zdrady. Czarę goryczy przelał telefon od jego kochanki, która „myśląc”, że to on odebrał, oznajmiła radosnym głosem, że jest z nim w ciąży. „I co, cieszysz się, misiaczku?”, zaszczebiotała ta pinda. Nie wytrzymałam i trzasnęłam słuchawką.
To ja chciałam mieć dziecko. Ja! Skończyłam trzydzieści lat, od czterech byłam żoną. Wcześnie wyszłam za mąż, bo myślałam, że spotkałam miłość swojego życia… Kariera rozwijała się po mojej myśli i co? Ten dupek zrobił dziecko innej, bo dla mnie nigdy nie miał czasu!
Kiedy wrócił z pracy, bo wtedy jeszcze pracował, rzuciłam w niego telefonem. Stacjonarnym. Sprzęt rozpadł się na kawałki, gdy upadł na podłogę. Trudno. Warto było poświęcić stary aparat dla głupiej miny tego dupka.
Fred jednak szybko otrząsnął się z zaskoczenia.
– Co się stało, kochanie? – spytał jakby nigdy nic.
– Mam dwie wiadomości – oznajmiłam, usiłując nie okazywać więcej emocji. Nie było to wcale proste.
– Dobre czy złe?
– Dla mnie dobre, bo obie oznaczają, że już więcej cię nie zobaczę, parszywa mendo!
– Ależ skarbie, skąd te nerwy?
Gnojek albo naprawdę nie wiedział, albo tak świetnie grał. W obu wypadkach zasługiwał na moją pogardę.
– Będziesz tatusiem, Fred.
– Przecież bierzesz pigułki! – przypomniał mi, święcie oburzony.
– Ale ta pinda najwyraźniej nie brała! – wrzasnęłam. – Zadzwoniła dziś do mnie, a właściwie do ciebie, ale niestety to ja odebrałam.
Frédéric dopiero wtedy zbladł.
– A więc jednak dopuszczasz do siebie taką możliwość! – warknęłam.
Mój mąż nie odpowiedział, więc kontynuowałam:
– Druga wiadomość brzmi: wyprowadzasz się jeszcze dziś. Zabieraj swoje graty, nie chcę cię tu widzieć.
– Czy możemy to przedyskutować na spokojnie? – spytał, nie okazując zbyt wielu emocji. Jakbyśmy rozmawiali o pogodzie, a nie o naszym małżeństwie, które właśnie się skończyło.
Chuj złamany!
Tydzień później w mieszkaniu nie było już śladu po wcześniejszej obecności Frédérica Lamartine’a. Wyprowadził się do swojej dziuni, która okazała się bardzo zawiedziona faktem, że ona nie wprowadzi się do apartamentu w piętnastej dzielnicy, mieszczącego się na dwudziestym piętrze wysokościowca, z oknami wychodzącymi na Sekwanę. Chyba liczyła na coś lepszego, wiążąc się z Fredem, i mocno się przeliczyła. Czy mnie to zmartwiło? Niespecjalnie. Mieszkanie nie należało do Frédérica. Nie było też moje, tylko znajomego, który pozwolił mi je zająć w zamian za opiekę nad lokalem i jego utrzymanie. Pomogłam mu kiedyś, a on pomógł mnie. Umowa najmu była dla mnie bardzo korzystna, a on miał pewność, że mieszkanie jest w dobrych rękach. Miał się po nie zgłosić dopiero za kilka lat, bo zamierzał na emeryturze osiąść z powrotem w Paryżu. No cóż, znajomości z celebrytami czasem się przydają, zwłaszcza kiedy można uczciwie poprawić czyjąś reputację i zasłużyć tym na jego wdzięczność. A jednak to mieszkanie od tamtej pory kojarzyło mi się też z nieudanym końcem mojego małżeństwa. Czy mogłam się wyprowadzić? Nie. Wynajem czegoś podobnego w centrum Paryża pochłonąłby dwie trzecie mojej pensji.
Charles był jedną z pierwszych osób, które dowiedziały się o smutnym końcu mojego związku. Starał się mnie wspierać, można nawet powiedzieć, że się zaprzyjaźniliśmy. Często zostawałam dłużej w redakcji, żeby nie siedzieć sama w pustym mieszkaniu i nie rozpamiętywać tego, co się stało. I tak, podczas jednej z wielu rozmów na temat przyszłości pisma, wpadłam na pomysł dziennikarstwa towarzysko-śledczego.
Kiedy przedstawiłam zarys idei Charliemu, zachwycił się.
– Spróbuj – zachęcił mnie. – Jeśli to się sprawdzi, będziesz miała wolną rękę w dobieraniu sobie tematów.
– Tak się cieszę! Dziękuję!
Nosiło mnie z ekscytacji! Z radości, że w końcu coś mi się udało, rzuciłam się szefowi na szyję i cmoknęłam go w policzek. Znaczy… chciałam to zrobić, ale odwrócił się w moją stronę i trafiłam w usta. Zaskakująco miękkie i przyjemne w dotyku. I wtedy stało się coś dziwnego. Charlie odchrząknął. Obawiałam się, że zaraz powie coś, co sprawi, że spalę się ze wstydu, ale wszystko potoczyło się bardzo szybko… Jedną ręką objął mnie w talii, a drugą złapał za tyłek i przyciągnął do siebie. Wtedy spojrzał na mnie z pożądaniem i pocałował namiętnie. Nie podejrzewałam mojego naczelnego o to, że umie tak całować. Poddałam się nie tyle z powodu zaskoczenia, co dlatego, że to było cholernie przyjemne. Tak dawno nie całowałam się z facetem z pasją! Dawno nie czułam się pożądana…
Zawahałam się jednak, bo przecież to mój przełożony i byliśmy w pracy. Nawet jeśli już po godzinach.
– Charles, czy my…
– Cicho, Gaëlle, nie psuj tego – mruknął, po czym obrócił się ze mną, posadził mnie na swoim biurku i pocałował jeszcze namiętniej.
Rozpływałam się pod jego dotykiem, traciłam siły. Miałam wrażenie, że w zderzeniu z jego twardością moje ciało zmieniło się w coś miękkiego. Charlie jednak zatrzymał się w momencie, kiedy próbował położyć mnie na biurku.
– Coś się stało? – spytałam zdziwiona i lekko ogłupiona jego zachowaniem.
– Tak. Masz ostatnią szansę, żeby się wycofać, Gaëlle. Jeśli powiesz „nie”, zatrzymam się w tym miejscu i zapomnimy o sprawie. – Odchrząknął znowu. – Jeśli nic nie powiesz, będę cię brał na moim biurku i nic ani nikt mi w tym nie przeszkodzi – dodał mroczniejszym głosem.
Zadrżałam niczym nastolatka przed pierwszym razem. Taka byłam na niego napalona! Czułam, jak całe ciało błaga mnie, żebym się nie odzywała. A jednak… Ja bym nic nie powiedziała?
– Odzywam się, ale nie po to, żeby ci powiedzieć „nie”. – Zachichotałam. – Pokaż, na co cię stać, Charlie – dodałam, patrząc mu prowokacyjnie prosto w oczy.
Mój naczelny przymrużył powieki i uśmiechnął się z satysfakcją.
– Nie pożałujesz tego, moja piękna – obiecał i już się nie zatrzymywał.
To był najlepszy klin, jaki mogłam sobie wymarzyć. Ja, wzgardzona i zdradzana żona, pieprzyłam się z przystojnym szefem na jego biurku, zdając sobie sprawę z tego, że to najgorsza rzecz, jaką mogłam zrobić w pracy. A jednak było coś ważniejszego niż biurowa moralność. Musiałam w końcu poczuć, że coś w moim życiu zależy ode mnie. I poczułam.
Po pierwszej rundzie Charlie zabrał mnie na kolację do restauracji Le Train Bleu, bo była najbliżej. Położony w zabytkowym dworcu Gare de Lyon lokal, przypominający kolejowy wagon z poprzedniej epoki, znajdował się dosłownie po przeciwnej stronie rue de Bercy, gdzie mieścił się nasz biurowiec, siedziba redakcji „CONTEMPORAIN”. Blisko i smacznie.
Zaraz po tym, jak zaspokoiliśmy głód, Charles zapłacił rachunek ze sporym napiwkiem i wyprowadził mnie za rękę z restauracji.
– Gdzie mnie ciągniesz? – spytałam rozbawiona.
– Do siebie. Domyślam się, że nie masz ochoty patrzeć na własne mieszkanie, a w biurze o tej porze niestety jest już firma sprzątająca. – Puścił do mnie oko i przestałam się opierać. Dałam mu się zabrać, gdzie chciał.
Pierwszy raz znalazłam się w mieszkaniu szefa, choć pracowaliśmy razem od sześciu lat.
Charlie przeleciał mnie tej nocy na wszystkie możliwe sposoby. Nawet nie wiedziałam, że tak można! Mój eksmąż ograniczał się do „z przodu”, „z tyłu” i „ty na górze” i tyle było jego inwencji. Jak na trzydziestolatkę miałam więc bardzo mało doświadczenia. Charles jednak nie narzekał, więc i ja nie narzekałam, tylko czerpałam pełnymi garściami z tego, co mi ofiarował. To było mega odkrycie.
Kiedy następnego dnia wychodziłam od niego rano, żeby wziąć prysznic i przebrać się u siebie, czułam zakwasy w mięśniach, o których istnieniu nawet nie miałam wcześniej pojęcia, i uśmiechałam się od ucha do ucha. Banan utrzymywał się też przez cały dzień pracy, a ilekroć musiałam spojrzeć na redaktora naczelnego, na policzki wychodziły mi rumieńce. Powstrzymaj się, Gaëlle, bo się skompromitujesz – ganiłam się co chwilę w myślach, ale na nic.
Na szczęście mój szef zachowywał kamienną twarz przy współpracownikach, bo ja bym nas wydała jak nic.
Spotkałam się z Charles’em jeszcze parę razy, ale już po pracy. Potrzebowałam tego. Po miesiącu oboje doszliśmy do wniosku, że nic z tego nie wyjdzie. Seks z nim wchodził na inny poziom doznań, łatwo byłoby się uzależnić, ale ja nie szukałam związku, a on, no cóż, też nie. Uznaliśmy, że lepiej pozostać współpracownikami i przyjaciółmi niż brnąć w to dalej, a potem się znienawidzić.
I tak było do dziś. Pracowaliśmy razem i ani razu nie złamaliśmy więcej żelaznej zasady współpracy: „Nie dymaj szefa swego, bo możesz mieć gorszego”. Przyjaźniliśmy się za to od tamtej pory i świetnie nam się współpracowało, a Charlie dbał o mnie jak o kurę znoszącą złote jajka, bo de facto wyrosłam na paryską dziennikarską gwiazdę rubryki towarzyskiej i zostałam dla „CONTEMPORAIN” tą złotonośną kurą. Moje zarobki znacznie wzrosły, bo stałam się rozpoznawalna. Jednocześnie moja sława okazała się kołem zamachowym sukcesu czasopisma i zaczęła nakręcać dalszą sprzedaż. Wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku.
Kiedy więc mój szef oznajmił, że mam się wycofać albo mnie zwolni, szok był niemniejszy, niż gdyby powiedział, że od jutra poprowadzę kanał kulinarny w telewizji śniadaniowej.
Charles zastanowił się przez chwilę. Podrapał kwadratową szczękę, a potem jego spojrzenie znów złagodniało. Na moje szczęście ciągle jeszcze miał do mnie jakąś słabość.
– Jesteś moją najlepszą dziennikarką, nie chcę cię zwalniać, ale nie mogę sobie pozwolić na publiczny proces o zniesławienie z gwiazdą tego formatu. Derennes jest znany na całym świecie – wyjaśnił.
– Ale jest świnią i ma konszachty z jednym ze współczesnych dyktatorów – przypomniałam mu.
– Ale jest też bogaty i może zniszczyć nasze pismo.
– To co mam zrobić? Zniknąć? – zakpiłam.
Redaktor naczelny znowu podrapał się po brodzie. Elegancką miał tę gębę, trzeba mu przyznać. Tylko co z tego, skoro chciał sprzedać mnie tej kreaturze Derennes’owi?
– A wiesz, że to jest myśl? – zapalił się nagle. – Gdyby chociaż pomyślał, że cię zwolniłem, sam napisałbym to sprostowanie i może on by się wtedy odczepił?
– Co to znaczy „pomyślał, że cię zwolniłem”? – spytałam ostrożnie.
– To znaczy, że dałbym ci nowe zadanie, incognito. Zniknęłabyś z widoku publicznego na rok, sprawę zamiecie się pod dywan, a po tym czasie wypłyniesz z nowym sensacyjnym materiałem. Co ty na to?
– Czemu mam wrażenie, że jest w tym jakieś „ale”?
– Jest, ale to niewielka cena za spokój, zachowanie pracy i możliwość powrotu po roku.
– A co miałabym robić przez ten czas? – spytałam podejrzliwie, bo słowa Charles’a zaczynały mnie martwić. Co on knuje? Mam zniknąć na rok? Jak niby miałabym to zrobić?
– To, co najbardziej lubisz, Gaëlle. Będziesz dziennikarką.
– To jak mam zniknąć? – Zaśmiałam się. – Jestem raczej rozpoznawalna w środowisku.
– Wyjedziesz za granicę.
– Tak po prostu?
– Nic nie jest proste. Żeby to się udało, potrzebna jest twoja współpraca i chęć powalczenia o to zlecenie.
Tu mnie miał. Wyzwania napędzały moją karierę. Kiedy inni się wahali, ja pędziłam do przodu jak taran. Co akurat tym razem przysporzyło mi kłopotów, ale…
– To jest coś, co lubię – musiałam przyznać.
– Chcesz poznać szczegóły czy nie?
Drań, wiedział, co działa na mnie jak wabik. Wyzwanie i tajemnica do odkrycia.
– Mów.
– Ale ostrzegam, że możesz być zaskoczona.
– Nic mnie już dziś nie zaskoczy. – Westchnęłam ostentacyjnie, a Charles przewrócił oczami.
– To może chociaż spróbuję. – Zaśmiał się, a potem odchrząknął. – Mówi ci coś nazwisko Alexander Hughes?
Niech pomyślę.
– Obiło mi się o uszy.
– A co?
– Amerykański miliarder, znany z tego, że nie przepracował w życiu ani jednego dnia, bo całą fortunę odziedziczył po rodzicach? A do tego szowinista i playboy, który zmienia kobiety jak rękawiczki?
– Ten sam – potwierdził Charlie.
– Ale on nigdy nie zgodził się na wywiad, nie wpuścił też na teren swojej posesji żadnego dziennikarza – przypomniałam.
– Dlatego to zlecenie incognito.
– Znaczy, że mam podać się za kogo? – Spojrzałam podejrzliwie na szefa.
– W przyszłym miesiącu Hughes organizuje kasting na nową asystentkę.
– Chyba sobie jaja robisz! – krzyknęłam, bo to, co proponował mi Charles, zaczynało przypominać szaleństwo.
Hughes był znany z tego, że traktował dziennikarzy dość brutalnie. Kilku pobił, wielu poszczuł psami, jednego postrzelił, a jednego nawet zepchnął z balkonu, tak że biedak całkiem się połamał. Oczywiście w myśl prawa stanu Teksas działał tylko w obronie koniecznej. W końcu „intruzi” wtargnęli na jego posesję i chcieli zadać kilka pytań lub zrobić zdjęcia… Zasada „dom moją twierdzą” w wykonaniu mieszkańców Teksasu była wyjątkowo rygorystycznie przestrzegana. A to plus pełny dostęp do broni…
– Dlatego mówię o zadaniu incognito. – Charlie przerwał moje rozmyślania na temat tej misji samobójczej.
– Myślisz, że paranoiczny miliarder nie zweryfikuje w każdy możliwy sposób potencjalnej kandydatki na asystentkę?
– Na pewno to zrobi, dlatego musisz mieć legalne dokumenty.
– Nazywam się Gaëlle Lamartine. Moje legalne dokumenty są właśnie na to nazwisko.
– Rozwiodłaś się trzy miesiące temu.
– No i?
– Wróć do panieńskiego nazwiska, wyrób nowy dowód, paszport i po krzyku.
– Totalnie cię pojebało? Wszyscy znają mnie pod nazwiskiem byłego męża!
– Właśnie o to chodzi.
– Co?
– Myśl, Gaëlle! Oficjalnie cię zwolnię, znikniesz ze świecznika, a po cichu wrócisz do panieńskiego nazwiska, zmienisz wygląd, fryzurę, styl… Nikt cię nie rozpozna.
– A na podstawie jakich kompetencji mam startować w kastingu na jego asystentkę? – spytałam, próbując znaleźć słaby punkt w rozumowaniu szefa.
Charlie parsknął śmiechem.
– Co w tym zabawnego? – oburzyłam się.
Mój naczelny odchrząknął. W jego oczach ciągle tliły się resztki rozbawienia, które próbował ukryć za poważną miną.
– Do mety, Charlie! – pogoniłam go.
– No więc jedyną „kompetencją” – Charles podkreślił to słowo w jakiś dziwny sposób – którą bierze pod uwagę pan Hughes, jest wygląd potencjalnej kandydatki… lub kandydatek.
– To znaczy?
– Gaëlle, czy ty na serio nie rozumiesz, po co temu bogatemu bucowi te wszystkie piękne kobiety? – Charlie spojrzał na mnie z niedowierzaniem. – Dyma je, aż furczy. Jedna naraz mu nie wystarcza. W jego rezydencji jest prawdziwy harem.
– Ile on ma lat?
– Trzydzieści sześć.
– No to tylko pozazdrościć mu kondycji. Chociaż ty w jego wieku też miałeś niezłe osiągi. – Zaśmiałam się prowokująco. Lubiłam denerwować Charles’a nawiązaniem do naszego krótkiego epizodu erotycznego. Dwa lata temu Charlie miał właśnie trzydzieści sześć lat.
– Nie prowokuj, bo kiedyś sobie coś obiecaliśmy – pogroził mi szef, ale oczy mu się śmiały.
– To ty nie prowokuj, bo ja dobrze pamiętam, jak niewygodne jest twoje biurko. – Wystawiłam do niego język.
– Gaëlle! – Charlie przewrócił oczami.
– Gaëlle to, Gaëlle tamto… A tam nam się dobrze razem pracowało. – Westchnęłam.
– To przecież nie koniec. Tylko na rok. Jestem pewien, że coś wyciśniesz z tego gada. Kto jak nie ty?
Tak, dalej mnie podjudzaj…
– Wiesz, czego nie rozumiem? – Postanowiłam jednak zachować resztki rozsądku.
– Wal śmiało.
– Po co chcesz mnie wysłać do tego gniazda rozpusty, skoro to po prostu bogaty seksoholik? Co w nim ciekawego?
– Poczytaj sobie w necie. – Tym razem to Charles wystawił do mnie język. – Pani dziennikarko.
– Żebyś wiedział, że poczytam.
Do tej pory mnie nie interesował, bo i powodu ku temu nie było.
– I dobrze. Masz czas do końca tygodnia na podjęcie decyzji. W piątek chcę usłyszeć, że się zgadzasz albo piszesz przeprosiny dla Derennes’a.
– Po moim trupie!
– I za to cię właśnie uwielbiam, Gali.
– Dziś jest wtorek – przypomniałam szefowi.
– Wiem. Dlatego masz aż trzy dni na podjęcie decyzji.
Zbytek łaski.
Łatwo powiedzieć „po moim trupie”. Nie miałam wyboru. Osiemdziesiąt tysięcy euro długu tylko urosło do postaci kredytu, który mój bank łaskawie udzielił mi na podstawie wspaniałej historii, a z którego spłaciłam dopiero dwie raty. Trzecia miała zejść z mojego konta po wypłacie w tym miesiącu. Gdybym straciła pracę, wpadłabym w prawdziwe tarapaty.
Wróciłam do domu i zamiast cieszyć się, że nakład „CONTEMPORAIN” z moim najnowszym artykułem wyprzedał się w pierwszym tygodniu od wydania, zaczęłam się martwić o przyszłość zawodową. O prywatnej nawet nie myślałam. Ten termin nie istniał dla mnie od dwóch lat. Moje marzenia o rodzinie zostały brutalnie zdeptane przez Frédérica. Po krótkim epizodzie z Charles’em moje życie erotyczne przestało istnieć. Pozostała mi tylko praca. Gdybym miała stracić i ją… Nie, to się nie stanie! Zrobię wszystko, żeby im pokazać, gdzie raki zimują – postanowiłam.
Przez okno w salonie spojrzałam na miasto. Co prawda nie urodziłam się w Paryżu, ale mieszkałam tu całe dorosłe życie. Od kiedy kilkanaście lat wcześniej przyjechałam na studia dziennikarskie na Université Paris XIII, miałam pewność, że to miejsce dla mnie. Po licencjacie jedna z wykładowczyń namówiła mnie na prywatną uczelnię, która reklamowała się jako najlepsza we Francji szkoła nowych zawodów komunikacji. Czesne powalało drożyzną, ale dostałam stypendium i tym sposobem nie musiałam obciążać rodziców, którym i tak niełatwo było utrzymać córkę studentkę w stolicy. Za to dwa lata później z dyplomem EFAP 2 bez problemu zostałam przyjęta na staż do „Paris CONTEMPORAIN”. A kilka miesięcy później dostałam angaż. Rozpierała mnie duma. Rodziców też, szczególnie że niedługo ogłosiliśmy z Fredem nowinę o zaręczynach i ślubie…
Osiem lat później moja kariera dziennikarska wisiała na włosku, a wszystko przez to, że mój szef miał widocznie za małe jaja i w dodatku pozwalał się za nie ciągać Derennes’owi. Taki niefart. A przecież ten artykuł miał stanowić ukoronowanie mojej dziennikarskiej kariery. Zawsze marzyłam o dziennikarstwie śledczym, ale kobieta z moim wyglądem może o tym zapomnieć. Nikt nie traktował mnie poważnie, a każdy policjant, z którym chciałam porozmawiać, zaczynał od „opowiem, ale przy dobrej kawie”. Za to rubryka towarzyska okazała się dla mnie idealna. I teraz, kiedy miałam szansę zrealizować marzenie…
Podobno życie i kariera zaczynają się po trzydziestce… U mnie jedno i drugie pierdolnęło z przytupem.
Znowu wyjrzałam przez okno i westchnęłam głęboko. Tylko Paryż pozostawał zawsze taki sam. Wiosna, lato, jesień czy zima, miasto było pełne mieszkańców, turystów oraz legalnych i nielegalnych imigrantów, a do tego zatłoczone, brudne i głośne. A jednak nie wyobrażałam sobie mieszkać gdzie indziej. Z wielkich okien na dwudziestym piętrze patrzyłam na wszystkich z góry. Mogłam podziwiać otwartą przestrzeń nad Sekwaną i zabudowane brzegi, a poniżej widziałam wewnętrzną obwodnicę Paryża, ciągnącą się wzdłuż rzeki. Na tle miejskiej panoramy łatwo było zauważyć obiekty wyróżniające się z masy innych, tak charakterystyczne dla Paryża. Życie miasta z tej wysokości wydawało się piękne. Wszystko, co brzydkie, brudne i głośne, było małe i bardzo odległe.
Poczułam głód. W domu nie miałam nic do jedzenia, więc szybko chwyciłam za telefon, żeby zamówić sobie stolik w pobliskiej restauracji. Mieściła się ona na niższym poziomie mojego osiedla, wystarczyło więc tylko zjechać windą i przejść do lokalu. Niestety wolnego miejsca nie mieli. Sfrustrowana wybrałam numer innej restauracji, w której czasem jadałam. Ta już znajdowała się trochę dalej, ale można było dojechać do niej metrem. Jedna stacja dziesiątką.
Tam na szczęście został wolny stolik, więc zamówiłam go i wyszłam z domu.
Niecałe pół godziny później byłam na miejscu. Nie miałam ochoty na nic wymyślnego, tylko zaspokoić głód i już. Kelner zaprowadził mnie do wolnego stolika i podał kartę. Wybrałam zieloną sałatę z vinaigrette na przystawkę, stek cielęcy z soczewicą jako danie główne i już miałam na tym skończyć, kiedy się okazało, że mają rambol, mój ulubiony ser z orzechami włoskimi. Skusiłam się na kawałek.
Pech chciał, że kiedy tak się opychałam pysznościami, do restauracji wszedł Charles z jakąś kobietą, a kelner posadził ich przy stoliku tuż obok mojego, który niedawno się zwolnił.
W zasadzie już kończyłam jeść, dopijałam kawę i nie miałam ochoty na ciasto, ale Charlie musiał mnie nie zauważyć, skoro migdalił się z lalą w najlepsze. Gdybym teraz wstała i wyszła, zepsułabym im całą zabawę. Naprawdę niewiele brakowało, a zrobiłby jej palcówkę pod stołem. Cholera, a może i zrobił?
Ciekawa, jak to się rozwinie, zamówiłam jeszcze porcję tarte tatin3 i perfidnie podsłuchiwałam. Szybko się dowiedziałam, między jednym a drugim kęsem ciasta, że owa palcówka to tylko wstęp i jakby zaproszenie do czegoś większego. Jak ja tej kobiecie zazdrościłam! Po raz pierwszy od dwóch lat poczułam, jak moje ciało pragnie seksu. Najlepiej z Charliem, ale przecież umowa między nami była jasna. Kiedy jednak wyobraziłam sobie, co on z nią zrobi… A niech to szlag!
Gaëlle Lamartine miała jednak czasem szczęście. Kiedy tak zaciskałam uda z frustracji, do mojego stolika podszedł młody kelner i szepnął mi do ucha, że pan, który siedzi przy stoliku naprzeciw, bardzo chciałby się przysiąść i napić ze mną dobrego wina.
Obczaiłam gościa wyjątkowo dyskretnie. Było na czym oko zawiesić. Może to nie Charlie, ale… Facet koło czterdziestki, w garniturze, drogich butach, zegarku… Kurde, wszystko ma raczej z górnej półki. I z klasą, a nie badziewne. Raczej mnie nie okradnie, bo pewnie śpi na kasie – pomyślałam. W przeciwieństwie do mnie. Szybka analiza wyszła na tak. Jeśli mam z kimś spędzić tę noc i nie będzie to mój szef, to niech to: wolę faceta na poziomie, a nie przypadkowego kolesia, z którym nie miałabym nawet o czym porozmawiać, udając, że po to się spotkaliśmy.
– Proszę przekazać temu panu, że chętnie napiję się z nim wina – szepnęłam kelnerowi, który szybko poszedł w stronę tamtego stolika.
W międzyczasie uśmiechnęłam się dyskretnie do zainteresowanego. Odpowiedział mi tym samym. Chwilę później się przysiadł.
– Fabrice Fauchard – przedstawił się. – Mów mi Fabrice, proszę.
– Gaëlle – odparłam, nie chcąc zdradzać nazwiska.
– Gaëlle? No tak, Gaëlle Lamartine! – prawie krzyknął, zaskoczony. – Wiedziałem, że skądś panią znam!
W tym momencie, dzięki absolutnemu brakowi dyskrecji mojego nowego towarzysza, Charles mnie zauważył.
– Gali, a co ty tu robisz? – spytał zdziwiony. Jego mina ewoluowała w stronę kompletnego zaskoczenia, kiedy kelner przyniósł nam dwie lampki do czerwonego wina i butelkę Châteauneuf-du-Pape rouge.
– Właśnie zamierzam napić się wina z panem Fauchardem – odparłam.
– Przedstawi mi pani swojego znajomego? – spytał wtedy Fauchard.
Pełna kultura.
– Oczywiście. Panie Fauchard, oto mój szef, redaktor naczelny „Paris CONTEMPORAIN”, Charles Delaurent.
– Bardzo mi miło. – Fauchard wstał, podszedł do stolika Charliego i podał mu rękę.
– Mnie również. – Mój szef uścisnął dłoń nieznajomego, nie ujawniając żadnych emocji. Uznałam, że lepiej, by ich nie okazywał i nie psuł wieczoru sobie ani mnie.
Fabrice Fauchard wrócił do stolika, wziął lampkę z winem i zaproponował toast:
– Za niespodziewane, ale wspaniałe spotkanie, Gaëlle.
Uniosłam swoją lampkę i upiłam łyk wina. Pyszne. Co prawda bardziej pasowałoby do obiadu niż deseru, ale nie zamierzałam narzekać. Do tego, co chciałam zrobić, wino było mi potrzebne.
– Za spotkanie, Fabrice. – Uśmiechnęłam się. Tak, zapowiada się dobry wieczór.
Okazało się, że Fabrice był adwokatem, w Paryżu przejazdem. Proponując mi wino, chyba liczył na to samo, co ja. W rzeczywistości miał czterdzieści dwa lata, o dekadę więcej ode mnie, ale w ogóle się tego nie odczuwało w rozmowie. Był bardzo zabawny i momentami wręcz niepoważny. Nie mogłam narzekać.
– Jesteś taka piękna, Gaëlle – powiedział w końcu, patrząc mi w oczy.
– Jesteś bardzo miły – odparłam i zachichotałam. Wino zrobiło mi z mózgu sieczkę, bo zdążyliśmy obalić już całą butelkę.
– Wciąż nie wierzę, że udało mi się spotkać w paryskiej restauracji taką gwiazdę.
– Ej, nie przesadzajmy. – Wystawiłam do niego język w żartach. Odczytał to jednak inaczej. – Ale to miłe – dodałam, chcąc złagodzić wrażenie.
– Mogę być bardzo miły albo trochę mniej, według życzenia, księżniczko – stwierdził, znów przeszywając mnie wzrokiem. W jego oczach czaił się jakiś mrok, ale strasznie mnie to podnieciło. Miałam cholerną ochotę wypróbować tę opcję.
– To może dla odmiany pokażesz mi, jak potrafisz być niegrzeczny? – zasugerowałam.
– Bardzo chętnie – odparł i nawet się nie zastanawiając, podniósł rękę, by przywołać kelnera.
– W czym jeszcze mogę państwu pomóc? – spytał chłopak.
– Poproszę o rachunek. Zapłacę za siebie i za panią – powiedział Fauchard, gasząc wzrokiem moją próbę protestu.
– Pani Lamartine jest naszą stałą klientką… – zaprotestował zakłopotany kelner, konsultując się ze mną wzrokiem.
Fauchard obrócił się w moją stronę i spojrzał mi w oczy.
– Pozwól, proszę.
A co mi szkodzi?
– W porządku.
Mój nowy znajomy zapłacił rachunek i wyszliśmy z restauracji, odprowadzani wzrokiem Charles’a, co wprawiło mnie w świetny humor.
– Chcesz iść ze mną do hotelu czy masz lepszą propozycję? – szepnął mi do ucha Fabrice.
– Może być lepsza – odparłam. Miałam jednak pewne obawy przed pójściem do hotelu z zupełnie obcym facetem. – Jedna stacja metrem i jesteśmy u mnie.
– Nie odmówię takiemu zaproszeniu – odpowiedział Fauchard i zaoferował mi ramię. – Ale nie wypada, żeby dama podróżowała metrem – dodał i zawołał taksówkę, która pojawiła się nagle przy nas nie wiadomo skąd.
Nie wiem, czy to był taki dobry pomysł, bo jadąc metrem, znaleźlibyśmy się na miejscu znacznie szybciej. Za to w taksówce na tylnym siedzeniu pan adwokat przestał zgrywać takiego dżentelmena i przesunął dłonią po moim udzie, patrząc mi przy tym prowokująco w oczy.
– Niecierpliwy? – spytałam, usiłując zapanować nad emocjami. Nie było to takie proste, bo wino, atmosfera, możliwość dopieczenia Charles’owi i długa abstynencja nie sprzyjały opanowaniu, kiedy prowokował mnie przystojny i interesujący facet z klasą.
– Bardzo – przyznał.
W końcu dojechaliśmy na miejsce, Fauchard zapłacił taksówkarzowi, a ja zaprowadziłam go do windy. I to był ten moment, kiedy puściły nam hamulce. Fabrice przycisnął mnie do ściany i pocałował, zagarniając moje usta, a ja oplotłam go rękami i nogami i pozwoliłam się podnieść. Dobrze, że akurat żaden z sąsiadów nie korzystał z windy, bo mogłoby wyjść trochę niezręcznie. Na szczęście szybko dojechaliśmy na dwudzieste piętro, więc nie zdążyliśmy posunąć się za daleko.
Wyciągnęłam rozpalonego faceta na korytarz. Nie musiałam nic mówić, wystarczyło, że pociągnęłam go za rękę. Wyjęłam z torebki klucz, którym otworzyłam drzwi, i wpadłam do swojego mieszkania.
– Wejdź – zaprosiłam go do środka, a kiedy skorzystał z zaproszenia, zamknęłam za nim drzwi.
– A więc to jest azyl wielkiej Gaëlle Lamartine? – spytał Fauchard retorycznie.
– Czy to ma w tej chwili jakieś znaczenie? – odpowiedziałam pytaniem, ciągnąc go za rękę do kuchni.
– Niewielkie – musiał przyznać, podążając za mną.
Po drodze zdjął marynarkę i zawiesił ją na krześle, a potem podwinął rękawy koszuli. Miał ładnie wyrzeźbione przedramiona. Jak na prawnika.
– Może chcesz jeszcze wina? – spytałam. Ja musiałam napić się czegoś bez alkoholu, to było pewne.
– Nie, ale poproszę o wodę – odparł.
No proszę, i znowu mamy coś wspólnego.
Nalałam jej do szklanek i stuknęłam swoją szklanką w jego.
– Cin4.
– Toast źródlaną? – Zaśmiał się.
– To na otrzeźwienie – wyjaśniłam, po czym wypiłam duszkiem swoją wodę.
Fabrice zrobił to samo.
– Ja bym wolał bardziej zakręcić ci w głowie – oznajmił po chwili. Uśmiechnął się szelmowsko, po czym podszedł i położył dłoń na moim biodrze.
– Do tego nie potrzebujesz alkoholu, Fabrice – przyznałam.
– A czego potrzebuję? – Objął mnie w talii.
Naprawdę musisz pytać? – pomyślałam lekko zawiedziona.
– Może muzyki? – zasugerowałam. Obróciłam się wokół własnej osi i wymknęłam z jego objęć…
Przez chwilę wyglądał na zaskoczonego. Punkt dla mnie, panie Fauchard.
Dorwałam pilota i uruchomiłam wieżę. Zaraz dotarły do nas dźwięki ostatnio słuchanej playlisty, czyli musicalu Notre Dame de Paris. Od razu humor mi się poprawił.
– A więc proszę do tańca – stwierdził Fabrice, czym błyskawicznie nadrobił stracony punkt.
No wreszcie.
– Lubisz musicale? – spytał. Obrócił mnie wokół siebie, a następnie mną wokół własnej osi. Potem, nie czekając na odpowiedź, przyciągnął mnie do siebie tak, że prawie zderzyłam się z jego torsem.
– Lubię – przyznałam.
– A ja lubię ciebie, Gaëlle. Cholernie mi się podobasz.
– To dobrze, bo ty mnie też – odpowiedziałam uczciwie. W zasadzie liczyłam tylko na ten wieczór, bo potem i tak całe moje życie miało się zawalić, ale on nie musiał o tym wiedzieć.
– To może przejdziemy do przyjemniejszych procedur? – zaproponował, poruszając zabawnie brwiami.
– Nie wniosę sprzeciwu. – Ja też zażartowałam sobie z jego prawniczej gadki.
– Bardzo mnie to cieszy, Gaëlle, bo wniósłbym o uchylenie sprzeciwu.
Takich facetów lubię. Inteligentny i z poczuciem humoru. I przystojny, do cholery! A przede wszystkim nie jest moim szefem i nic nas nie łączy zawodowo.
Fabrice mnie pocałował. Nie byłam zaskoczona, ale potrzebowałam chwili, żeby nadążyć za jego tempem. Dał mi ją, gdy zobaczył, że się waham.
– Nie stresuj się – wyszeptał mi do ucha.
– Dawno tego nie robiłam – wyznałam niechcący. Nie zamierzałam aż tak się przed nim odsłaniać, ale samo wyszło. Byłam trzydziestodwuletnią sfrustrowaną rozwódką, oto cała prawda.
– Masz tyle czasu, ile chcesz, ale błagam, nie trzymaj mnie za długo w przedpokoju. Szaleję tu przez ciebie.
– W przedpokoju? – zdziwiłam się, zupełnie nie łapiąc aluzji.
Fabrice się zaśmiał.
– Jesteś słodka. Zaraz cię schrupię – stwierdził, po czym podniósł mnie za tyłek i zaniósł do sypialni, którą widocznie już zdążył zlokalizować.
Nie protestowałam. Przecież po to go do siebie zaprosiłam.
Fabrice położył mnie na łóżku i zaczął powoli rozbierać, całując odsłaniane miejsca. Poddałam się jego inicjatywie. Nie żebym preferowała bierność w łóżku, ale zawsze wolałam dominujących mężczyzn, a poza tym byłam ciekawa, jak to się rozwinie.
Fauchard mnie nie zaskoczył, ale też świetnie odpowiedział na moje potrzeby. Musiał mieć doświadczenie, bo doskonale reagował na najlżejsze sygnały, jakby we mnie czytał. W końcu i ja zapragnęłam się trochę otworzyć. Przewróciłam go na plecy i dosiadłam, ku jego zadowoleniu.
– A więc potrafisz być też trochę niegrzeczna, Gaëlle? – spytał, kiedy przejechałam paznokciami po jego klacie.
– Tylko trochę – odpowiedziałam uczciwie. – Częściej jestem damą. – Puściłam do niego oko, a potem już nie mówiłam, tylko oddawałam się przyjemności.
Nie sądziłam nawet, że tak brakowało mi seksu. Przez ostatnie dwa lata skupiłam się na karierze i zapomniałam o tym, jak przyjemnie jest być kobietą, kiedy ma się w łóżku mężczyznę, który zna się na rzeczy.
Fabrice został na noc. Zasypiałam więc późno, we własnym łóżku, wtulona w męskie ramię, po raz pierwszy od dwóch lat. Czułam się tak dobrze, że nie myślałam o niczym. Nawet odwet na Charliem przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. To przecież głupia zazdrość. Nie obiecaliśmy sobie niczego. Nawet tego, że zawsze będziemy razem pracować. Mimo wszystko to na pracy zależało mi bardziej niż na nim i w końcu to zrozumiałam.
Na drugi dzień rano miałam lekkiego kaca moralnego. Szczególnie że obudziwszy się, odkryłam, że po przystojnym prawniku nie było już śladu nie tylko w moim łóżku, lecz także w mieszkaniu. W myślach zganiłam się za nadmierną ufność w stosunku do obcych, brak ostrożności i seksualną desperację, ale zaraz pomyślałam, że przecież miałam do tego prawo. Nic nie zginęło, nic mi się nie stało. Po prostu zaprosiłam do siebie faceta i uprawialiśmy seks. Dwoje dorosłych ludzi i nikt nikogo nie zmuszał.
Doszłam do wniosku, że nie zamierzam się dłużej tym dołować. Było mi tylko odrobinę przykro, że Fabrice nie obudził mnie przed wyjściem ani nie zaczekał, aż wstanę, żeby się pożegnać. Ale naprawdę odrobinę. On znalazł się przecież w Paryżu przejazdem, a ja nie szukałam faceta na stałe. Cel został osiągnięty i to najważniejsze. Teraz musiałam się skupić na ratowaniu kariery.
Wzięłam prysznic, wysuszyłam i starannie wyprostowałam włosy, potem włożyłam białą koronkową bieliznę, letnią kremową garsonkę i srebrne sandały na szpilkach, których nie miałam na nogach już od dawna. Całość dopełniłam starannym makijażem. Zwykle nie ubierałam się do biura aż tak elegancko. A w teren to zupełnie nie. Jedynie na spotkania z celebrytami miałam zarezerwowany ten look. Charles go uwielbiał, pewnie dlatego, że tak rzadko widywał mnie w tej odsłonie. Tym razem jednak musiałam wytoczyć najcięższe działa, bo ważyły się losy mojej zawodowej przyszłości. Jeśli do piątku nie przekonam Charliego, żeby zmienił zdanie, to już po mnie.
Do redakcji przyszłam o dziesiątej. Naczelny miał akurat zebranie, więc poszłam do swojego biura, którego okna wychodziły na Gare de Lyon. Było coś pięknego w tej industrialnej architekturze dworca. Mogłabym się na niego gapić godzinami, choć przecież zwykle nie spędzałam tyle czasu w swoim biurze. Dworzec lyoński mnie inspirował. I nie tylko mnie. Pojawił się w tylu filmach, książkach, był na obrazach, zdjęciach i pocztówkach…
Moje rozmyślania przerwał dźwięk otwieranych drzwi.
– Gaëlle, Charles prosi cię do siebie. – To była sekretarka szefa, Camélia.
– Jasne, już idę – odparłam, jednak nie od razu podniosłam się z krzesła.
Zaczekałam, aż Camélia zamknie za sobą drzwi, po czym wstałam i wzięłam głęboki wdech, żeby uspokoić nerwy. Potem powoli wypuściłam powietrze i podeszłam do lustra. Wyglądałam nieźle i to dało mi trochę mocy, mogłam iść.
Rozkład biur naszej redakcji znałam na pamięć. W końcu pracowałam tu już tyle lat… I teraz to miałoby się tak po prostu skończyć? Po moim trupie!
Weszłam do Charles’a bez pukania i od razu się uśmiechnęłam, spodziewając się zachwytu w jego oczach. Niestety tak się nie stało.
– Usiądź, Gaëlle.
Charles zawsze korzystał z okazji, żeby mi powiedzieć, jak ładnie wyglądam. ZAWSZE. Co się stało?
– Coś się stało? – spytałam, szukając logicznego wytłumaczenia.
– Tak. Właśnie odwiedził mnie jeden z prawników Derennes’a.
– I?
– W sprawie ugody, którą musiałem im zaproponować. Zarząd kazał mi próbować rozwiązać tę sprawę polubownie.
– No i? – Zdawałam sobie sprawę, że to powtarzanie się brzmi głupio, ale nienawidziłam, jak Charlie przeciągał, a chodziło o rzeczy, które miały wpływ na moją karierę.
– No cóż, zaczynam z nimi negocjować warunki ugody.
– Ale co to ma wspólnego ze mną? – warknęłam.
– Wiele. – Charles podrapał się po brodzie. Miał ten seksowny kilkudniowy zarost, który tak uwielbiałam… kiedyś.
– A jakieś szczegóły?
– Nie poganiaj mnie, Gaëlle! – zirytował się. – Naprawdę staram się przekazać ci to jak najdelikatniej.
To? Czyli co?
– Zbytek łaski – prychnęłam.
– No więc… nie muszę cię zwalniać. Zachowałabyś pracę.
Bym?
– To super wiadomość. Gdzie jest „ale”? Żadnego sprostowania nie napiszę! – zastrzegłam od razu.
– To też nie będzie konieczne. Wystarczy ogólna informacja ze strony redakcji. Nie musisz się pod nią podpisywać.
– Gdzie więc jest ten haczyk? – spytałam, czując, jakbym siedziała na szpilkach, a nie na super wygodnym fotelu w gabinecie szefa.
– Jednym z elementów ugody byłoby przekazanie stronie Derennes’a materiału, który zebrałaś w ramach swojego dziennikarskiego śledztwa – wypalił Charlie i odsunął się ode mnie, jakby się spodziewał, że rzucę się na niego z pazurami albo czymś w niego cisnę.
I słusznie.
– Po moim trupie! – wrzasnęłam tak, że pewnie usłyszała mnie cała redakcja, a może i ludzie pracujący w biurach piętro niżej. – Ty sprzedajny gnoju!
– Gali, opanuj się – warknął. – I racz się tak nie drzeć, bo jeszcze ktoś usłyszy, o czym rozmawiamy – syknął półszeptem.
– A więc to tajne przez poufne? – zakpiłam.
– Owszem. Przypominam ci, że negocjacje to taki proces, w trakcie którego strony starają się dojść do porozumienia, jednocześnie ustępując jak najmniej ze swojego stanowiska.
– Charlie, wiem, co to są negocjacje, u licha!
– Właśnie widzę – prychnął. – Ty zawsze stawiasz sprawę na ostrzu noża. Gówno wiesz o negocjacjach, psycholog z ciebie żaden, a strateg jeszcze gorszy, bo widać po tobie wszystkie emocje.
Tu niestety miał rację. Byłam kiepska w udawaniu czegokolwiek. Zwłaszcza gdy pozwalałam sobie na emocje.
– Okej. – Wzruszyłam ramionami. – Skoro tak twierdzisz. Ale za to używam rozumu i oznajmiam ci stanowczo, że nie oddam niczego, co zdobyłam w trakcie mojego śledztwa. Z bardzo prostej przyczyny.
– Jakiej? – Charlie znowu podrapał się po tej swojej cholernie przystojnej gębie. Nie był jednak aż tak bystry, za jakiego chciał uchodzić.
Pochyliłam się nad biurkiem, zbliżyłam twarz do szefa na tyle, na ile to możliwe, i cicho, ale stanowczo powiedziałam:
– Bo to byłby samostrzał w kolano.
– Co?
– Strzał we własne kolano. Wyobraź sobie, że Derennes tylko nas podpuszcza i jednak chce iść do sądu. Jak udowodniłabym, że to ja miałam rację, gdybyśmy mu wszystko oddali?
– Możesz zrobić kopie, choć to niewskazane.
– Nie. Dla sądu znaczenie mają tylko oryginalne dokumenty, zdjęcia i nagrania.
– Eee… – Charlie wyglądał, jakby przepaliły mu się styki.
Nie zamierzałam mu tego ułatwiać. A może jednak powinnam? Co bym zrobiła, żeby zachować tę pracę?
– Zapytaj go, skąd mam niby wziąć jakieś dowody, skoro utrzymują, że to wszystko były wyssane z palca pomówienia.
– Ale nie były.
– Nie, ale Derennes tak twierdzi. Niech się więc zdecyduje, czy to pomówienia, czy jednak mam dowody i mogę wygrać tę sprawę, na którą on chce wyłożyć kasę, bo w tej chwili sam sobie zaprzecza.
Charles przez chwilę wyglądał, jakby resetował mu się system operacyjny. Normalnie siedział bez ruchu i patrzył na mnie tymi swoimi pięknymi ślepiami. Jak ten kretyn mógł mi się kiedyś podobać? – pomyślałam zdesperowana.
Ale przecież Charles Delaurent to inteligentny gość. Nie zajęło mi wiele czasu domyślenie się, że coś podcięło mu skrzydła i trzymało jaja w imadle. Obstawiałam interwencję zarządu, ale przecież możliwe były też inne scenariusze. Szantaż, groźba… Dziewczyna go rzuciła, bo po palcówce nie nastąpiło nic interesującego. Wiele możliwości. Ostatnią odrzuciłam natychmiast. Mój szef nigdy nie nawalał w łóżku ani w żadnej rzeczy, której się podjął. Ktoś na niego mocno naciska.
– Charlie, ogarnij się. Spokojnie, chłopie. – Obeszłam biurko i położyłam szefowi rękę na ramieniu.
– Spokojnie? Jak mam być spokojny?
– Normalnie. Musisz tylko dobrze zagrać swoją rolę.
– Co mam im powiedzieć?
– Najlepiej to, że nic nie dostaną.
– A jak się wściekną?
– Dodasz, że nie ma żadnego materiału dowodowego. Wszystko wymyśliłam. Na pozostałe warunki się zgódź, bo coś musisz im zaoferować. Napiszesz wyjaśnienie i tak dalej…
– A co, jak pójdą do sądu?
– Jeśli pójdą. Wtedy zaczniemy się martwić.
– Ale to twój koniec w tej branży. Nikt nie będzie chciał już z tobą rozmawiać, jak wyjdzie, że nie miałaś dowodów.
Kurde, tego nie ogarnęłam. Byłam tak pewna swego, że nie wpadłam na to, jak przez pryzmat konfliktu z gwiazdą tego formatu co Dominique Derennes mogą mnie postrzegać inni celebryci.
– No to trzeba to zrobić inaczej.
– Co proponujesz?
– Przeciągać negocjacje w nieskończoność, aż temat ucichnie.
– Derennes na to nie pójdzie.
– Pójdzie, dopóki będzie myślał, że nas ma i wszystko dostanie. A po jakimś czasie ludzie o tym zapomną i jemu też nie opłaci się odgrzebywać tego spleśniałego kotleta. On ma do stracenia więcej niż my.
– Jesteś genialna, Gali.
Nieskromnie nie zaprzeczę. Nawet jeśli cholernie się boję, bo moja kariera wisi na włosku.
– Pamiętaj, że mnie też zależy na „CONTEMPORAIN”.
Pewna swego zwycięstwa, przynajmniej nad Charles’em, opuściłam gabinet redaktora naczelnego i wróciłam do swojego biura. Znowu spojrzałam przez okno na budynek dworca i przypomniałam sobie scenę z filmu Wakacje Jasia Fasoli. Parsknęłam śmiechem. Gare de Lyon poprawiał mi humor lepiej niż niejeden człowiek.
Wtedy pomyślałam o dziwnym zadaniu, które próbował mi wcisnąć Charlie. Wczoraj się tym nie zajmowałam, bo za bardzo pochłonął mnie emocjonalny i fizyczny reset, ale przecież coś musiałam robić, żeby nie zwariować. Możliwe, że mój szef miał rację i jakikolwiek konflikt z Derennes’em mógł spowodować, że inni celebryci odmówią mi wywiadów. Potrzebny był plan awaryjny.
Jak ten seksoholik się nazywał? Alexander Hughes, lat trzydzieści sześć, miliarder i playboy – przypomniałam sobie. I jaki miałby być tytuł najlepszego artykułu mojego życia? Znany z tego, że jest bogaty? Westchnęłam, bo naprawdę nie ciągnęło mnie, żeby rozgryzać akurat tego gościa, który nie wsławił się niczym szczególnym poza swoim bogactwem i stylem życia. Nie on jeden odziedziczył tyle kasy, że mógł przez całe życie robić tylko to, na co miał ochotę. Nie wyróżniał się niczym szczególnym, żeby zasłużyć na mój wywiad. A przynajmniej tak myślałam, zanim zagłębiłam się w lekturę tego, co wujek Google wiedział o Hughesie.
Zaczęłam od jego zdjęć. Oczywiście dostępne były tylko te oficjalne i autoryzowane przez jego ludzi. Z największych, najbardziej znanych imprez i zawsze w towarzystwie pięknych kobiet. Nawet z Googli pousuwał niewygodne informacje.
Brunet, karmelowe oczy, metr osiemdziesiąt cztery wzrostu, idealna sylwetka. Zwykle nosił delikatny zarost, bo kiedy się ogolił, wyglądał na dwudziestolatka. Przynajmniej na zdjęciach. No, było na czym oko zawiesić. Ale co z tego, skoro to zadufany w sobie bogaty buc, który wszystkich traktuje instrumentalnie? A szczególnie kobiety nie miały czego przy nim szukać, jeśli interesowało je cokolwiek innego niż kariera przez łóżko.
Zaczęłam czytać i mimowolnie wciągnęłam się w plotki o Hughesie.
Playboy widywany z setkami kobiet w ciągu ostatnich kilkunastu lat, to jest od kiedy zaczął się pokazywać publicznie po śmierci rodziców. Z SETKAMI. Te liczby porażały. Wychodziło na to, że w ciągu roku przez jego łóżko przewijało się nawet kilkadziesiąt kobiet. I każda jedna przepiękna. Blondynki, brunetki, szatynki, Azjatki, Mulatki, Afrykanki, wszystkie jak modelki. Gdzie mnie do nich z moim metrem sześćdziesiąt cztery i zupełnie przeciętną figurą? I jeszcze te kręcone rude kudły, które od lat farbowałam na brąz i prostowałam, żeby nikt się nie domyślił. Plan Charles’a miał jeden wielki minus. MNIE. Hughes po prostu nigdy by mnie nie zatrudnił, patrząc na kryteria, którymi zwykle się kierował przy wyborze asystentek, nie mówiąc już o kochankach. Zero szans, żeby się tam dostać incognito!
Już miałam sobie odpuścić pogoń za amerykańskim snem o dziennikarskiej sławie, kiedy moją uwagę przykuł jeden artykuł, niespecjalnie wypozycjonowany w Googlach. Albo tak dobrze ukryty, bo znajdował się dopiero na czwartej stronie listy wyszukiwania.
Znikające kobiety Hughesa. Trudno przejść obojętnie wobec takiej historii, nawet jeśli mogła być wyssana z palca. Znikające kobiety. ZNIKAJĄCE KOBIETY, do cholery! Słyszałam już o tym, jak brutalnie miliarder traktował dziennikarzy, ale żeby też własne kochanki?
Kolejna ciężarna partnerka zniknęła z otoczenia miliardera Alexandra Hughesa – brzmiał podtytuł.
Kolejna? A więc było ich więcej? – zainteresowałam się. I już czytałam dalej.
Miliarder znany jest z tego, że zmienia kobiety jak rękawiczki, ale co innego spotykać się niezobowiązująco z wieloma kobietami, a co innego wyrzucać je na bruk po kilkumiesięcznym wspólnym mieszkaniu w – nie bójmy się tego słowa – HAREMIE pana Hughesa. A jeszcze gorszą opcją jest… No właśnie: co? Jak nazwać znikanie kobiet, które były oficjalnie związane z Hughesem i z którymi pokazywał się publicznie? Wystarczyło, że pochwaliły się w social mediach widoczną ciążą, po czym zapadały się pod ziemię. Nie udało nam się dotrzeć do ani jednej z nich.
Coraz szerzej otwierałam oczy, czytając ten artykuł. To jakiś zwyrodnialec! – pomyślałam i wbrew sobie poczułam niezdrową ekscytację. Jak to się mówi o dziennikarzach? Czują pismo nosem? Tak właśnie było ze mną. Wywęszyłam sensację, jakiej nie było mi dane opisać do tej pory. Nawet Derennes i jego szemrane powiązania z dyktatorem Wszechrusi nie mogły się równać z psychopatycznym miliarderem-playboyem. I już wiedziałam, że Charlie wpuścił mnie w kanał. On doskonale wiedział, że jak zacznę o tym czytać, to będę chciała to zrobić, nie zważając na niebezpieczeństwo! – zrozumiałam.
Zanim zamknęłam służbowego laptopa, usunęłam jeszcze z przeglądarki historię i cookies, nawet jeśli zwykle pracowałam w trybie incognito. Nie miałam w zwyczaju trzymać ważnych informacji w biurze ani zdradzać nikomu następnego celu mojego dziennikarskiego śledztwa. Tym bardziej że brakowało mi przekonania, że jestem na nie gotowa. Traktowałam tę opcję jako ostateczność. Za bardzo przyzwyczaiłam się do moich: pracy, mieszkania i stylu życia, żeby tak łatwo z tego zrezygnować. Byłam jednak pewna, że jeszcze poczytam sobie o panu Alexandrze Hughesie.
Po przerwie obiadowej nie wracałam już do biura. Postanowiłam zrobić sobie wolne. Potrzebowałam spokojnej głowy, żeby to wszystko przemyśleć, tak to sobie usprawiedliwiłam. W rzeczywistości jednak wróciłam do domu i pogrążyłam się w niebycie. Zrzuciłam żakiet, sukienkę, a potem wciągnęłam na siebie krótkie legginsy i top na ramiączkach. W wygodnym stroju położyłam się na łóżku i zaczęłam czytać pierwszą książkę z mojego stosu hańby. Okazała się tak nudna, że przysnęłam po trzecim rozdziale.
Koło szesnastej zadzwonił Charles, budząc mnie z tej nieplanowanej drzemki.
– Gaëlle, jesteś w domu? – spytał bez ogródek, kiedy odebrałam.
– Jestem – odpowiedziałam szczerze, choć nie miałam pojęcia, o co może mu chodzić i czemu o to pyta.
– Przyjadę do ciebie, będę za pół godziny.
Co?
– Słucham? Ale po co?
– Musimy pogadać – odparł i po prostu się rozłączył.
Charlie nigdy u mnie nie był, nawet w czasie naszego krótkiego romansu ponad dwa lata temu. Nie miałam pojęcia, co ta jego niespodziewana wizyta może oznaczać.
Zerwałam się z łóżka, żeby się ogarnąć. No bo skoro Charles Delaurent chciał do mnie przyjechać… Zaraz jednak palnęłam się z plaskacza w czoło. Przecież miałam się już nim nie przejmować! Zwolniłam więc chaotyczne ruchy i zwyczajnie poszłam do kuchni, żeby napić się wody i zebrać myśli.
Charlie przyjechał przed siedemnastą, co oznaczało, że pokonały go popołudniowe korki w mieście. Niespecjalnie mnie to zdziwiło. Mój naczelny wyglądał jak zwykle nienagannie. Uśmiechnął się nieznacznie, kiedy zauważył, że nie mam na sobie stanika, przez co ściągnęły mi się sutki. A wcale tego nie chciałam. Skrzyżowałam ręce na piersi, żeby je zasłonić, i spojrzałam na niego pytająco.
Odchrząknął i zaraz znowu przybrał poważny wyraz twarzy.
– Cześć, Gaëlle. Mogę wejść? – spytał.
– Jasne.
– Dziękuję.
Charles zamknął za sobą drzwi i wszedł za mną aż do salonu.
– Usiądź. – Wskazałam mu fotel.
Posłuchał.
– Ty też usiądź, Gali.
– Okej. A napijesz się czegoś?
– Poproszę o wodę – odparł wystudiowanym, udającym opanowanie tonem.
Mnie jednak nie oszukał. Był zdenerwowany.
Przyniosłam nam wodę i usiadłam naprzeciw Charliego, podając mu szklankę. Sama uniosłam drugą do ust, bo jakoś dziwnie mi w nich zaschło. Nie chciałam się denerwować, ale w tej sytuacji trudno było zachować spokój.
– Gali, mamy problem – wypalił, kiedy już odstawił pustą szklankę na stolik.
– Mów.
Nie lubiłam rozwlekać takich sytuacji. Skoro przyszedł do mnie z czymś ważnym, chciałam poznać to coś jak najszybciej, żeby móc się z tym zmierzyć. Charlie chyba zauważył w moich oczach zniecierpliwienie, więc zaczął:
– Na krótko przed szesnastą w redakcji pojawił się znowu ten prawnik Derennes’a… – Wziął głębszy wdech i powoli wypuścił powietrze.
– I?
Znowu to samo!
– Muszą mieć twoje materiały. Nie odpuszczą.
– Guzik dostaną! – warknęłam, kiedy szef spuścił na mnie kolejną bombę:
– Oddałem im twój laptop służbowy, żeby pokazać naszą dobrą wolę rozwiązania tego konfliktu polubownie.
– Co zrobiłeś?! – Nie dowierzałam.
– Prawnik Derennes’a podpisał u mnie protokół przekazania sprzętu. W razie czego jesteśmy chronieni… – zauważył.
Ale ja już go nie słuchałam. Te jego tłumaczenia były chuja warte! Co za debil! Jak można zrobić coś takiego?
– Jesteś idiotą, Charlie. Sam się prosisz o to, żeby traktowali cię jak szmatę – sarknęłam, bo nie miałam już powodu, żeby mu nie ubliżać. Zero asertywności!
– Nie rozumiesz, że próbuję chronić twój tyłek, Gaëlle? – jęknął.
– Raczej swój! – wygarnęłam mu. – Derennes złapał cię za jaja i dyma od tyłu, a ty mu jęczysz, jak on zagra!
No, może trochę odjechała mi wyobraźnia, bo już jak to sobie zwizualizowałam, poczułam się zniesmaczona. Przypomniała mi się scena z jednego filmu, w którym Derennes grał sławnego pisarza i posuwał innego, młodszego, który myślał, że zrobi karierę przez łóżko. Charlie chyba przypomniał sobie to samo i poczuł się urażony tym porównaniem, bo wyraz jego twarzy z przyjaznego stał się zimny.
– Pyskata jak zawsze – syknął. – Kiedy ty się nauczysz, że pokorne cielę dwie matki ssie?
– Cielę może tak. Ja nikogo ssać nie zamierzam – odpyskowałam. – Wstałam z kolan i więcej nie wrócę do poddańczej pozycji, zwłaszcza przed facetem! Nikt nie będzie mi dyktował, co mam robić. Tak, dobrze mu powiedziałam. Ras-le-bol!5
– A jeśli to ja cię poproszę? – spytał nagle. – Na kolanach? – Charles wstał z fotela, podszedł do kanapy, na której siedziałam, uklęknął na oba kolana i spojrzał na mnie błagalnie. – Błagam, Gali, pomóż mi uratować „CONTEMPORAIN”.
