Na tropie sensacji - Helena Leblanc - ebook
NOWOŚĆ

Na tropie sensacji ebook

Leblanc Helena

4,9

97 osób interesuje się tą książką

Opis

Paryska dziennikarka Gaëlle Lamartine jest chodzącym magnesem na kłopoty. Rozwód, długi po byłym mężu, konflikt z aktorem-celebrytą, a w konsekwencji zwolnienie z pracy sprawiają, że ucieka ze stolicy do rodzinnej Bretanii, by choć chwilę pomyśleć w spokoju o swojej przyszłości zawodowej.

Niestety, na miejscu wpada w miłosny szał za sprawą przystojnego syna sąsiadów, który też schronił się w rodzinnej miejscowości, żeby uciec od prywatnych problemów. To się nie może skończyć dobrze. Ze złamanym po raz kolejny sercem postanawia, że nie da się już więcej oszukać żadnemu mężczyźnie.

W końcu przyjmuje od byłego szefa zlecenie ostatniej szansy – rozpracowanie tajemniczego amerykańskiego miliardera i playboya Alexandra Hughesa. Perspektywa spędzenia roku z dala od Francji i kłopotów oraz oczekiwane wynagrodzenie sprawiają, że nie myśli o zagrożeniach. Wpada na trop nowej sensacji i zamierza to wykorzystać.

Czy miliarder, który nienawidzi dziennikarzy, odkryje prawdziwą tożsamość Gaëlle? Jak daleko sięgają powiązania znanego francuskiego aktora? Ile można poświęcić dla pracy, która jest pasją?

 

***

„Jak ten seksoholik się nazywał? Alexander Hughes, lat trzydzieści sześć, miliarder i playboy – przypomniałam sobie. I jaki miałby być tytuł najlepszego artykułu mojego życia? Znany z tego, że jest bogaty? Westchnęłam, bo naprawdę nie ciągnęło mnie, żeby rozgryzać akurat tego gościa, który nie wsławił się niczym szczególnym poza swoim bogactwem i stylem życia. Nie on jeden odziedziczył tyle kasy, że mógł przez całe życie robić tylko to, na co miał ochotę. Nie wyróżniał się niczym szczególnym, żeby zasłużyć na mój wywiad. A przynajmniej tak myślałam, zanim zagłębiłam się w lekturę tego, co wujek Google wiedział o Hughesie”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 417

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,9 (13 ocen)
12
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna historia pełna zawirować❤️🥹Polecam
20
Melania22

Nie oderwiesz się od lektury

Niesamowicie wciągająca historia, pełna zwrotów akcji i tajemnic.Czyta się bardzo szybko i przyjemnie... polecam bardzo 🧡🧡
10
polii_book_ksiazkara

Nie oderwiesz się od lektury

,,Na tropie sensacji" Paryżanki#1 to pełen chemii romans w klimacie enemies to lovers, w którym sekrety i wątek kryminalny trzymają w napięciu do ostatniej strony. Idealna pozycja dla fanek wyrazistych i silnych bohaterek. Polecam wszystkim czytajcie❤
10
kdmybooknow

Nie oderwiesz się od lektury

🪽Recenzja Ambasadorska 🪽 „Na tropie sensacji” to jedna z tych historii, przy których trudno zdecydować, co wciąga bardziej — tajemnica, bohaterowie czy dialogi. Helena pisze tak, że zapiera dech, czasem serce zatrzymuje się na kilka sekund i nie wiesz czy ją masz za to kochać czy ścigać z wiązką pokrzyw? 🤣 Gaëlle od pierwszych stron zdobyła moją sympatię. To bohaterka z charakterem, która potrafi walczyć o swoje, nie boi się mówić tego, co myśli i nawet w najtrudniejszych sytuacjach nie traci ciętego języka. Nie jest idealna, popełnia błędy, bywa impulsywna, ale właśnie dzięki temu wydaje się jak najbardziej prawdziwa. Ogromnym zaskoczeniem okazał się dla mnie Alexander Hughes. Przy pierwszym spotkaniu trudno go polubić. Jest bezczelny, prowokujący i zdecydowanie za bardzo pewny siebie. Jednak z każdą kolejną sceną coraz lepiej widać, że pod tą maską kryje się coś więcej. A jego słowne pojedynki z Gaëlle należą do moich ulubionych momentów w całej książce. Autorka świetnie połączyła...
00
Mbotka_56

Dobrze spędzony czas

Dobrze spędzony czas. Polecam
00



Co­py­ri­ght ©2026 by He­le­na Le­blanc

Co­py­ri­ght ©2026 by Li­te­ra In­ven­ta

Wy­da­nie pierw­sze, 2026

Re­dak­cja: Aga­ta Bo­gu­sław­ska

Pierw­sza ko­rek­ta: Jo­an­na Kry­sty­na Ra­dosz

Dru­ga ko­rek­ta: Re­na­ta No­wak

Skład, ła­ma­nie i przy­go­to­wa­nie ebo­oka: Mi­chał Bog­da­ński

Pro­jekt okład­ki: Agniesz­ka Ma­kow­ska

Źró­dło ob­ra­zów: fre­epik.com

ISBN: 978-83-67355-33-9

© Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ksi­ążka ani jej frag­men­ty nie mogą być prze­dru­ko­wy­wa­ne ani w ża­den inny spo­sób re­pro­du­ko­wa­ne lub od­czy­ty­wa­ne w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu bez pi­sem­nej zgo­dy au­to­ra lub wy­daw­cy.

© All ri­ghts re­se­rved

stu­dio­_li­te­ra.in­ven­ta@outlo­ok.com

Prolog

„Paris CONTEMPORAIN”, numer 6/2021

Do­bro na­ro­do­we. Ile razy, wi­dząc twarz tego czło­wie­ka, za­sta­na­wia­li­śmy się, jak wy­gląda­ła­by fran­cu­ska ki­ne­ma­to­gra­fia bez nie­go? Za­grał głów­ne po­sta­cie w naj­wa­żniej­szych pro­duk­cjach na­ro­do­wych i wie­le wa­żnych ról w wy­so­ko­bu­dże­to­wych fil­mach za­gra­nicz­nych. Jest roz­po­zna­wal­ny na ca­łym świe­cie. Jego ma­jątek sza­cu­je się na trzy mi­liar­dy euro. Pry­wat­nie mąż, oj­ciec i dzia­dek trój­ki wnu­cząt, zna­ny fi­lan­trop. To ofi­cjal­ne in­for­ma­cje. A nie­ofi­cjal­ne? Ofi­cjal­nie nie wia­do­mo. Do­mi­ni­que De­ren­nes, ak­tor fil­mo­wy i te­atral­ny, biz­nes­men i ce­le­bry­ta. Uro­dzo­ny w 1951 roku gwiaz­dor sko­ńczył wła­śnie sie­dem­dzie­si­ąt lat! Z oka­zji tego wy­jąt­ko­we­go ju­bi­le­uszu chcia­ła­bym przy­bli­żyć czy­tel­ni­kom dzia­łal­no­ść po­za­fil­mo­wą iko­nicz­ne­go wręcz ge­niu­sza fran­cu­skie­go i świa­to­we­go kina.

Do­mi­ni­que De­ren­nes z fil­mem zwi­ąza­ny jest od za­wsze. Za sła­wą i wiel­ki­mi pie­ni­ędz­mi przy­szły biz­nes i fi­lan­tro­pia. I mó­głby na tym po­prze­stać. Szko­da, że sław­ny ak­tor za­czął mie­szać się też w po­li­ty­kę, bo gdy­by zo­stał przy grze ak­tor­skiej, z pew­no­ścią do­cze­ka­łby się Osca­ra. Wszy­scy mamy w pa­mi­ęci tę wy­jąt­ko­wą galę osiem lat temu, kie­dy De­ren­nes zdo­był aż pięć no­mi­na­cji do naj­wa­żniej­szej fil­mo­wej sta­tu­et­ki. Dla­cze­go jej nie do­stał? A dla­te­go, że za­le­d­wie kil­ka mie­si­ęcy wcze­śniej wy­pi­ął się na swój wła­sny kraj i przy­jął oby­wa­tel­stwo z rąk jed­ne­go ze wspó­łcze­snych dyk­ta­to­rów, Pu­ta­inie­va1. No­men omen…

I to wszyst­ko, żeby nie pła­cić po­dat­ków we Fran­cji.

Osta­tecz­nie nie by­ło­by w tym nic gor­szące­go, bo nie on je­den ucie­ka do ra­jów po­dat­ko­wych, gdy­by nie fakt, że tym „ra­jem” jest kraj, w któ­rym de­mo­kra­tycz­na opo­zy­cja jest prze­śla­do­wa­na, lu­dzie są wtrąca­ni do wi­ęzień i zsy­ła­ni do ła­grów z po­wo­du po­glądów po­li­tycz­nych. I wszyst­ko to dzie­je się w Eu­ro­pie, kie­dy przy­wód­cy po­zo­sta­łych pa­ństw, w tym Fran­cji, uda­ją, że nic nie wi­dzą. Ro­bią prze­cież w tym kra­ju biz­ne­sy.

I na­dal po­wie­dzie­li­by­śmy, że to się dzie­je poza na­szym fran­cu­skim po­dwór­kiem i na­szą tra­dy­cyj­ną stre­fą wpły­wów, a ta­kże że na­sze re­la­cje z bia­łym nie­dźwie­dziem były za­wsze po­praw­ne, więc nie mamy na to wpły­wu. Nie mie­li­by­śmy, gdy­by nie fakt, że zna­ny opo­zy­cjo­ni­sta Ale­xiej Spas­ski zo­stał za­mor­do­wa­ny w swo­im pod­pa­ry­skim miesz­ka­niu dwa dni po tym, jak spo­tkał się w Pa­ry­żu z De­ren­nes’em. Po­dob­no miał pro­sić ak­to­ra o pró­bę wpły­ni­ęcia na dyk­ta­to­ra…

Ga­ël­le La­mar­ti­ne jest dzien­ni­kar­ką za­wo­do­wo zwi­ąza­ną z re­dak­cją mie­si­ęcz­ni­ka „Pa­ris CON­TEM­PO­RA­IN”.

Rozdział I

Ultimatum

Czerwiec 2021, siedziba redakcji „CONTEMPORAIN”, Paryż, Francja

– Ga­ël­le, czy ty po­stra­da­łaś ro­zum?! – Char­les wy­dzie­rał się na mnie już od do­brych kil­ku mi­nut. – Cze­mu tak się ucze­pi­łaś tego gwiaz­do­ra?

– Bo mam w du­pie jego sła­wę. Jest win­ny! – wark­nęłam. – I miał coś wspól­ne­go ze śmier­cią tego ro­syj­skie­go opo­zy­cjo­ni­sty, je­stem pew­na!

– Ko­bie­to, opa­nuj się. Je­steś dzien­ni­kar­ką, do cho­le­ry! Za­cho­wu­jesz się jak upar­ta na­sto­lat­ka, a nie masz żad­nych do­wo­dów. – Char­les już daw­no nie uda­wał, że ma do mnie cier­pli­wo­ść.

– Mam i zdo­będę ich wi­ęcej – syk­nęłam.

– Nie sądzę. – Tym ra­zem ton Char­les’a był chłod­ny jak lo­do­wiec w jego oczach.

Że też kie­dyś po­do­ba­ły mi się te jego po­twor­nie zim­ne tęczów­ki – prze­mknęło mi przez myśl.

– A niby dla­cze­go nie? – spy­ta­łam. No bo co mógł mi zro­bić De­ren­nes? Uwi­ęzi mnie, że­bym nie pi­sa­ła praw­dy? Jak jego ro­syj­ski idol?

– Bo jesz­cze je­den taki nu­mer i cię zwol­nię – od­pa­rł spo­koj­nie.

Nie mia­łam jed­nak cza­su na po­dzi­wia­nie jego opa­no­wa­nia.

– Nie mo­żesz! – wy­da­rłam się.

– Czy­żby? – Char­lie tyl­ko unió­sł brew. – Chy­ba za­po­mi­nasz, że to ja je­stem re­dak­to­rem na­czel­nym i for­mal­nie two­im prze­ło­żo­nym.

I wnu­kiem za­ło­ży­cie­la – po­my­śla­łam, ale za­cho­wa­łam to dla sie­bie. Char­les miał tyl­ko sta­no­wi­sko, bo i tak cała resz­ta wła­dzy for­mal­nie była w rękach ak­cjo­na­riu­szy, któ­rzy jed­nak nie wtrąca­li się, do­pó­ki spó­łka wy­pła­ca­ła im na­le­żne dy­wi­den­dy.

To jed­nak ja utrzy­my­wa­łam to pi­smo. Dla mo­jej ru­bry­ki to­wa­rzy­skiej, któ­rą pro­wa­dzi­łam z po­świ­ęce­niem od ośmiu lat, lu­dzie ku­po­wa­li nasz mie­si­ęcz­nik. „CON­TEM­PO­RA­IN” no­to­wał zwy­żki sprze­da­ży od dwóch lat, kie­dy zde­cy­do­wa­łam, że oprócz zwy­kłych plo­tek lu­dziom trze­ba do­star­czyć tro­chę pi­kant­nych szcze­gó­łów z nie­zbyt uczci­we­go ży­cia gwiazd. I Char­les był tego świa­dom. Ba, sam mnie do tego za­chęcał, kie­dy za­uwa­żył, że mój pierw­szy ar­ty­kuł tego typu stał się sen­sa­cją. A te­raz co? Chciał się wy­co­fać tyl­ko dla­te­go, że ten sta­ry pryk gro­ził nam pro­ce­sem o znie­sła­wie­nie?

– Nie zro­bisz mi tego.

– Chcesz się prze­ko­nać? – Char­les wy­jął z szu­fla­dy do­ku­ment i mi po­dał.

– Co to?

– Prze­czy­taj.

W trak­cie lek­tu­ry wło­sy zje­ży­ły mi się na gło­wie.

– Co to ma zna­czyć?

– To będzie kon­se­kwen­cja nie­sub­or­dy­na­cji, moja dro­ga – od­po­wie­dział gro­źnie.

Trzy­ma­łam w dło­niach wy­po­wie­dze­nie z pra­cy. Po ośmiu la­tach!

– To na se­rio?

Po­czu­łam, że pot spły­wa mi po kar­ku. Nie mo­głam prze­cież stra­cić pra­cy. To było moje je­dy­ne źró­dło utrzy­ma­nia. Od kie­dy po roz­wo­dzie oka­za­ło się, że z by­łym mężem mia­łam do po­dzia­łu je­dy­nie jego dłu­gi, nie mo­głam so­bie po­zwo­lić na utra­tę sta­łe­go do­cho­du ani na chwi­lę. Drań! Tak mnie za­ła­twić na od­chod­ne!

Przy­po­mniaw­szy so­bie tam­tą spra­wę, po­czu­łam się jesz­cze go­rzej w obec­nej sy­tu­acji. Char­lie, i ty prze­ciw­ko mnie?

Trzy miesiące wcześniej, marzec 2021

– Dla­cze­go nie za­żąda­ła pani po­dzia­łu ma­jąt­ku przed roz­wo­dem? – spy­ta­ła sędzia, któ­ra roz­pa­try­wa­ła moją spra­wę.

– Bo by­łam pew­na, że nie ma cze­go dzie­lić i to tyl­ko for­mal­no­ść. Miesz­ka­nia wy­naj­mo­wa­li­śmy, ka­żde z nas utrzy­my­wa­ło się z wła­snej pen­sji. Nie ży­li­śmy ra­zem od dwóch lat – wy­ja­śni­łam.

– I na­praw­dę nie wie­dzia­ła pani, co ma­łżo­nek ro­bił przez ostat­nie dwa lata?

– Na szczęście nie.

– Ja nie wiem, czy to ta­kie szczęście – wy­ra­zi­ła po­wąt­pie­wa­nie sędzia. – Trze­ba było się roz­wie­ść wcze­śniej albo cho­ciaż usta­no­wić se­pa­ra­cję i po­dział ma­jąt­ku.

– Nie ro­zu­miem. Dla­cze­go mam od­po­wia­dać za dłu­gi, któ­rych mój eks­mąż na­ro­bił, jak już nie ży­li­śmy ra­zem?

– Bo for­mal­nie byli pa­ństwo ma­łże­ństwem.

– Na­wet jak nie miesz­ka­li­śmy ra­zem?

– Przy­kro mi.

– Co to ozna­cza dla mnie? – spy­ta­łam w ko­ńcu zre­zy­gno­wa­na.

– Osiem­dzie­si­ąt ty­si­ęcy euro do spła­ty.

– Ile?!

– Dłu­gi pani ma­łżon­ka…

– By­łe­go!

– Dłu­gi pani by­łe­go ma­łżon­ka, po­wsta­łe w trak­cie trwa­nia ma­łże­ństwa, wy­no­si­ły w dniu roz­wo­du sto sze­śćdzie­si­ąt ty­si­ęcy euro.

– To ja­kiś kosz­mar! Co on ro­bił z tymi pie­ni­ędz­mi?

– Nie mnie to roz­trząsać, pani La­mar­ti­ne. Pra­cu­je pani, pro­szę wzi­ąć kre­dyt, od­dać pie­ni­ądze wie­rzy­cie­lom, żeby dług nie na­ra­stał, a po­tem spo­koj­nie spła­cać…

Spo­koj­nie, rze­czy­wi­ście – żach­nęłam się w my­ślach. Tyle kasy za nic! Jak­bym chcia­ła spła­cać taki kre­dyt, ku­pi­ła­bym so­bie miesz­ka­nie… A tak ani miesz­ka­nia, ani kasy i tyl­ko dług!

– Ro­zu­miem, że nie mogę już nic z tym zro­bić? – Wes­tchnęłam.

– Pro­szę się cie­szyć, że nie od­po­wia­da pani za ca­ło­ść dłu­gów męża, bo i ta­kie przy­pad­ki wi­dzia­łam. Jego wie­rzy­cie­le byli wy­jąt­ko­wo ła­ska­wi.

Fak­tycz­nie. To­tal­na ła­ska­wo­ść, za­ła­twić mnie na osiem­dzie­si­ąt ka­fli. Ska­za­na za nie­win­no­ść.

– Nie wiem, czy to bar­dzo po­cie­sza­jące, ale dzi­ęku­ję za do­bre sło­wa, wy­so­ki sądzie.

– Z po­wo­du nie­obec­no­ści po­zwa­ne­go Frédéri­ca La­mar­ti­ne’a wy­rok zo­sta­nie ogło­szo­ny za­ocz­nie.

Nie ma go, bo spier­do­lił za gra­ni­cę przed wie­rzy­cie­la­mi.

– W po­rząd­ku.

– Mówi się: „tak, wy­so­ki sądzie”.

– Tak, wy­so­ki sądzie.

– W imie­niu Re­pu­bli­ki Fran­cu­skiej sąd ogła­sza wy­rok w spra­wie z po­wódz­twa Ga­ël­le La­mar­ti­ne prze­ciw Frédéri­co­wi La­mar­ti­ne’owi o roz­wód i po­dział ma­jąt­ku wspól­ne­go, na­by­te­go w trak­cie trwa­nia zwi­ąz­ku ma­łże­ńskie­go. Sąd po­sta­na­wia roz­wi­ązać ma­łże­ństwo za­war­te osiem­na­ste­go lip­ca dwa ty­si­ące pi­ęt­na­ste­go roku przez roz­wód.

Sze­ść lat ży­cia.

– Czy chce pani coś do­dać? – zdzi­wi­ła się sędzia.

Może rze­czy­wi­ście moja mina była nie­zbyt ade­kwat­na do oko­licz­no­ści, bo jed­no­cze­śnie za­le­wa­łam się łza­mi i sze­ro­ko uśmie­cha­łam.

– Nie, pro­szę kon­ty­nu­ować.

– Sąd orze­ka roz­wód i od­po­wie­dzial­no­ść po­wód­ki Ga­ël­le La­mar­ti­ne za po­ło­wę dłu­gów wspó­łma­łżon­ka, po­wsta­łych w trak­cie trwa­nia ma­łże­ństwa.

Szlag by to tra­fił.

– Przy­kro mi, na­praw­dę. – Sędzia spoj­rza­ła na mnie z praw­dzi­wą tro­ską. – Może mi pani wie­rzyć lub nie, ale prze­ży­łam kie­dyś to samo. Nie­ste­ty, do­pó­ki mamy ta­kie pra­wo, do­pó­ty nie mogę zro­bić nic po­nad jego za­sto­so­wa­nie.

– Nie mam pre­ten­sji do pani, tyl­ko do tego gada, któ­ry zmar­no­wał mi kil­ka lat ży­cia. – Wes­tchnęłam. A te­raz przez kil­ka na­stęp­nych będę mu­sia­ła po­no­sić tego kon­se­kwen­cje.

– To wszyst­ko, pani La­mar­ti­ne. Jest pani pew­na, że chce za­cho­wać na­zwi­sko po mężu? – spy­ta­ła na­gle sędzia, za­miast za­ko­ńczyć spra­wę.

– Tak, je­stem pod nim zna­na. Pra­co­wa­łam na jego roz­po­zna­wal­no­ść od lat.

– Ro­zu­miem. W ta­kim ra­zie ży­czę pani wszyst­kie­go naj­lep­sze­go na no­wej dro­dze ży­cia. Wy­rok upra­wo­moc­ni się po trzy­dzie­stu dniach.

– Dzi­ęku­ję.

Wy­szłam z sali roz­praw sama. Po­tem prze­szłam dłu­gim, tro­chę ciem­nym ko­ry­ta­rzem i skie­ro­wa­łam się w stro­nę wy­jścia z bu­dyn­ku sądu.

Ga­ël­le, je­steś roz­wód­ką. I masz osiem­dzie­si­ąt ty­si­ęcy euro dłu­gu. Nie swo­je­go dłu­gu. Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go na no­wej dro­dze ży­cia, do ja­snej cho­le­ry!

Znowu czerwiec 2021, redakcja „CONTEMPORAIN”

– Chcesz mnie zwol­nić, Char­lie? – po­wtó­rzy­łam, nie do­wie­rza­jąc.

– To jest dla mnie osta­tecz­no­ść, Ga­ël­le.

Char­les spoj­rzał na mnie mi­ęk­ko. W jego oczach zo­ba­czy­łam tę odro­bi­nę cie­pła, któ­ra spo­wo­do­wa­ła, że kie­dyś na se­rio roz­wa­ża­łam ja­kąkol­wiek re­la­cję po­za­słu­żbo­wą z tym fa­ce­tem. W cza­sach, kie­dy mój mąż ro­bił, co chciał, i to na pew­no nie ze mną. Na szczęście daw­no mi prze­szło. Char­les był ty­po­wym ka­rie­ro­wi­czem i trak­to­wał lu­dzi in­stru­men­tal­nie. Szyb­ko to za­uwa­ży­łam.

– Cze­go ode mnie ocze­ku­jesz? – spy­ta­łam w ko­ńcu, żeby za­ko­ńczyć to przy­kre dla mnie spo­tka­nie. Nie­ste­ty nie mia­łam wy­bo­ru. Mu­sia­łam zro­bić, co mi ka­zał.

– Zo­sta­wisz Do­mi­ni­que De­ren­nes’a w spo­ko­ju. Na­pi­szesz spro­sto­wa­nie na ła­mach na­sze­go pi­sma…

– Nie! Ni­cze­go nie na­pi­szę! – za­pro­te­sto­wa­łam gwa­łtow­nie. Na to aku­rat nie mo­głam się zgo­dzić. Po­świ­ęcić dwa lata dzien­ni­kar­skie­go śledz­twa i przy­znać się do nie­praw­dy? Ni­g­dy! To już wo­la­ła­bym zdech­nąć z gło­du!

– Na­pi­szesz. Albo ktoś inny na­pi­sze, a ty się pod­pi­szesz.

– Nic z tego.

– Ga­ël­le!

– Zro­zum mnie, Char­les. Albo przy­naj­mniej spró­buj zro­zu­mieć… – W moim gło­sie mu­sia­ła wy­brzmieć de­spe­ra­cja, ale w tej kwe­stii nie za­mie­rza­łam ustąpić na krok. Ni­g­dy nie przy­znam się do kłam­stwa, bo go nie było.

– To ty spró­buj zro­zu­mieć mnie. Gro­zi nam ban­kruc­two! Za­mkni­ęcie pi­sma! De­ren­nes i jego praw­ni­cy nas wy­ko­ńczą!

– Char­lie, mogę od­pu­ścić, mogę dać mu spo­kój, mogę nie na­pi­sać wi­ęcej ani jed­ne­go pier­do­lo­ne­go sło­wa na te­mat De­ren­nes’a, ale nie przy­znam się do zmy­śla­nia, bo wszyst­ko, co na­pi­sa­łam, to szcze­ra praw­da i wy­nik rze­tel­ne­go śledz­twa.

Char­les lu­stro­wał mnie uwa­żnie, jak­by pró­bo­wał zna­le­źć sła­by punkt w moim pan­ce­rzu.

Kie­dyś pa­trzy­łeś na mnie ina­czej – po­my­śla­łam.

Dwa lata wcześniej

Frédéric, mój mąż, wła­śnie wy­pro­wa­dził się ze wspól­nie wy­naj­mo­wa­ne­go miesz­ka­nia. Ra­czej nie miał wy­bo­ru, bo w ko­ńcu ka­za­łam mu wy­pier­da­lać. I tak dłu­go zno­si­łam zdra­dy. Cza­rę go­ry­czy prze­lał te­le­fon od jego ko­chan­ki, któ­ra „my­śląc”, że to on ode­brał, oznaj­mi­ła ra­do­snym gło­sem, że jest z nim w ci­ąży. „I co, cie­szysz się, mi­siacz­ku?”, za­szcze­bio­ta­ła ta pin­da. Nie wy­trzy­ma­łam i trza­snęłam słu­chaw­ką.

To ja chcia­łam mieć dziec­ko. Ja! Sko­ńczy­łam trzy­dzie­ści lat, od czte­rech by­łam żoną. Wcze­śnie wy­szłam za mąż, bo my­śla­łam, że spo­tka­łam mi­ło­ść swo­je­go ży­cia… Ka­rie­ra roz­wi­ja­ła się po mo­jej my­śli i co? Ten du­pek zro­bił dziec­ko in­nej, bo dla mnie ni­g­dy nie miał cza­su!

Kie­dy wró­cił z pra­cy, bo wte­dy jesz­cze pra­co­wał, rzu­ci­łam w nie­go te­le­fo­nem. Sta­cjo­nar­nym. Sprzęt roz­pa­dł się na ka­wa­łki, gdy upa­dł na podło­gę. Trud­no. War­to było po­świ­ęcić sta­ry apa­rat dla głu­piej miny tego dup­ka.

Fred jed­nak szyb­ko otrząsnął się z za­sko­cze­nia.

– Co się sta­ło, ko­cha­nie? – spy­tał jak­by ni­g­dy nic.

– Mam dwie wia­do­mo­ści – oznaj­mi­łam, usi­łu­jąc nie oka­zy­wać wi­ęcej emo­cji. Nie było to wca­le pro­ste.

– Do­bre czy złe?

– Dla mnie do­bre, bo obie ozna­cza­ją, że już wi­ęcej cię nie zo­ba­czę, par­szy­wa men­do!

– Ależ skar­bie, skąd te ner­wy?

Gno­jek albo na­praw­dę nie wie­dział, albo tak świet­nie grał. W obu wy­pad­kach za­słu­gi­wał na moją po­gar­dę.

– Będziesz ta­tu­siem, Fred.

– Prze­cież bie­rzesz pi­gu­łki! – przy­po­mniał mi, świ­ęcie obu­rzo­ny.

– Ale ta pin­da naj­wy­ra­źniej nie bra­ła! – wrza­snęłam. – Za­dzwo­ni­ła dziś do mnie, a wła­ści­wie do cie­bie, ale nie­ste­ty to ja ode­bra­łam.

Frédéric do­pie­ro wte­dy zbla­dł.

– A więc jed­nak do­pusz­czasz do sie­bie taką mo­żli­wo­ść! – wark­nęłam.

Mój mąż nie od­po­wie­dział, więc kon­ty­nu­owa­łam:

– Dru­ga wia­do­mo­ść brzmi: wy­pro­wa­dzasz się jesz­cze dziś. Za­bie­raj swo­je gra­ty, nie chcę cię tu wi­dzieć.

– Czy mo­że­my to prze­dys­ku­to­wać na spo­koj­nie? – spy­tał, nie oka­zu­jąc zbyt wie­lu emo­cji. Jak­by­śmy roz­ma­wia­li o po­go­dzie, a nie o na­szym ma­łże­ństwie, któ­re wła­śnie się sko­ńczy­ło.

Chuj zła­ma­ny!

Ty­dzień pó­źniej w miesz­ka­niu nie było już śla­du po wcze­śniej­szej obec­no­ści Frédéri­ca La­mar­ti­ne’a. Wy­pro­wa­dził się do swo­jej dziu­ni, któ­ra oka­za­ła się bar­dzo za­wie­dzio­na fak­tem, że ona nie wpro­wa­dzi się do apar­ta­men­tu w pi­ęt­na­stej dziel­ni­cy, miesz­czące­go się na dwu­dzie­stym pi­ętrze wy­so­ko­ściow­ca, z okna­mi wy­cho­dzący­mi na Se­kwa­nę. Chy­ba li­czy­ła na coś lep­sze­go, wi­ążąc się z Fre­dem, i moc­no się prze­li­czy­ła. Czy mnie to zmar­twi­ło? Nie­spe­cjal­nie. Miesz­ka­nie nie na­le­ża­ło do Frédéri­ca. Nie było też moje, tyl­ko zna­jo­me­go, któ­ry po­zwo­lił mi je za­jąć w za­mian za opie­kę nad lo­ka­lem i jego utrzy­ma­nie. Po­mo­głam mu kie­dyś, a on po­mó­gł mnie. Umo­wa naj­mu była dla mnie bar­dzo ko­rzyst­na, a on miał pew­no­ść, że miesz­ka­nie jest w do­brych rękach. Miał się po nie zgło­sić do­pie­ro za kil­ka lat, bo za­mie­rzał na eme­ry­tu­rze osi­ąść z po­wro­tem w Pa­ry­żu. No cóż, zna­jo­mo­ści z ce­le­bry­ta­mi cza­sem się przy­da­ją, zwłasz­cza kie­dy mo­żna uczci­wie po­pra­wić czy­jąś re­pu­ta­cję i za­słu­żyć tym na jego wdzi­ęcz­no­ść. A jed­nak to miesz­ka­nie od tam­tej pory ko­ja­rzy­ło mi się też z nie­uda­nym ko­ńcem mo­je­go ma­łże­ństwa. Czy mo­głam się wy­pro­wa­dzić? Nie. Wy­na­jem cze­goś po­dob­ne­go w cen­trum Pa­ry­ża po­chło­nąłby dwie trze­cie mo­jej pen­sji.

Char­les był jed­ną z pierw­szych osób, któ­re do­wie­dzia­ły się o smut­nym ko­ńcu mo­je­go zwi­ąz­ku. Sta­rał się mnie wspie­rać, mo­żna na­wet po­wie­dzieć, że się za­przy­ja­źni­li­śmy. Często zo­sta­wa­łam dłu­żej w re­dak­cji, żeby nie sie­dzieć sama w pu­stym miesz­ka­niu i nie roz­pa­mi­ęty­wać tego, co się sta­ło. I tak, pod­czas jed­nej z wie­lu roz­mów na te­mat przy­szło­ści pi­sma, wpa­dłam na po­my­sł dzien­ni­kar­stwa to­wa­rzy­sko-śled­cze­go.

Kie­dy przed­sta­wi­łam za­rys idei Char­lie­mu, za­chwy­cił się.

– Spró­buj – za­chęcił mnie. – Je­śli to się spraw­dzi, będziesz mia­ła wol­ną rękę w do­bie­ra­niu so­bie te­ma­tów.

– Tak się cie­szę! Dzi­ęku­ję!

No­si­ło mnie z eks­cy­ta­cji! Z ra­do­ści, że w ko­ńcu coś mi się uda­ło, rzu­ci­łam się sze­fo­wi na szy­ję i cmok­nęłam go w po­li­czek. Zna­czy… chcia­łam to zro­bić, ale od­wró­cił się w moją stro­nę i tra­fi­łam w usta. Za­ska­ku­jąco mi­ęk­kie i przy­jem­ne w do­ty­ku. I wte­dy sta­ło się coś dziw­ne­go. Char­lie od­chrząk­nął. Oba­wia­łam się, że za­raz po­wie coś, co spra­wi, że spa­lę się ze wsty­du, ale wszyst­ko po­to­czy­ło się bar­dzo szyb­ko… Jed­ną ręką ob­jął mnie w ta­lii, a dru­gą zła­pał za ty­łek i przy­ci­ągnął do sie­bie. Wte­dy spoj­rzał na mnie z po­żąda­niem i po­ca­ło­wał na­mi­ęt­nie. Nie po­dej­rze­wa­łam mo­je­go na­czel­ne­go o to, że umie tak ca­ło­wać. Pod­da­łam się nie tyle z po­wo­du za­sko­cze­nia, co dla­te­go, że to było cho­ler­nie przy­jem­ne. Tak daw­no nie ca­ło­wa­łam się z fa­ce­tem z pa­sją! Daw­no nie czu­łam się po­żąda­na…

Za­wa­ha­łam się jed­nak, bo prze­cież to mój prze­ło­żo­ny i by­li­śmy w pra­cy. Na­wet je­śli już po go­dzi­nach.

– Char­les, czy my…

– Ci­cho, Ga­ël­le, nie psuj tego – mruk­nął, po czym ob­ró­cił się ze mną, po­sa­dził mnie na swo­im biur­ku i po­ca­ło­wał jesz­cze na­mi­ęt­niej.

Roz­pły­wa­łam się pod jego do­ty­kiem, tra­ci­łam siły. Mia­łam wra­że­nie, że w zde­rze­niu z jego twar­do­ścią moje cia­ło zmie­ni­ło się w coś mi­ęk­kie­go. Char­lie jed­nak za­trzy­mał się w mo­men­cie, kie­dy pró­bo­wał po­ło­żyć mnie na biur­ku.

– Coś się sta­ło? – spy­ta­łam zdzi­wio­na i lek­ko ogłu­pio­na jego za­cho­wa­niem.

– Tak. Masz ostat­nią szan­sę, żeby się wy­co­fać, Ga­ël­le. Je­śli po­wiesz „nie”, za­trzy­mam się w tym miej­scu i za­po­mni­my o spra­wie. – Od­chrząk­nął zno­wu. – Je­śli nic nie po­wiesz, będę cię brał na moim biur­ku i nic ani nikt mi w tym nie prze­szko­dzi – do­dał mrocz­niej­szym gło­sem.

Za­drża­łam ni­czym na­sto­lat­ka przed pierw­szym ra­zem. Taka by­łam na nie­go na­pa­lo­na! Czu­łam, jak całe cia­ło bła­ga mnie, że­bym się nie od­zy­wa­ła. A jed­nak… Ja bym nic nie po­wie­dzia­ła?

– Od­zy­wam się, ale nie po to, żeby ci po­wie­dzieć „nie”. – Za­chi­cho­ta­łam. – Po­każ, na co cię stać, Char­lie – do­da­łam, pa­trząc mu pro­wo­ka­cyj­nie pro­sto w oczy.

Mój na­czel­ny przy­mru­żył po­wie­ki i uśmiech­nął się z sa­tys­fak­cją.

– Nie po­ża­łu­jesz tego, moja pi­ęk­na – obie­cał i już się nie za­trzy­my­wał.

To był naj­lep­szy klin, jaki mo­głam so­bie wy­ma­rzyć. Ja, wzgar­dzo­na i zdra­dza­na żona, pie­przy­łam się z przy­stoj­nym sze­fem na jego biur­ku, zda­jąc so­bie spra­wę z tego, że to naj­gor­sza rzecz, jaką mo­głam zro­bić w pra­cy. A jed­nak było coś wa­żniej­sze­go niż biu­ro­wa mo­ral­no­ść. Mu­sia­łam w ko­ńcu po­czuć, że coś w moim ży­ciu za­le­ży ode mnie. I po­czu­łam.

Po pierw­szej run­dzie Char­lie za­brał mnie na ko­la­cję do re­stau­ra­cji Le Tra­in Bleu, bo była naj­bli­żej. Po­ło­żo­ny w za­byt­ko­wym dwor­cu Gare de Lyon lo­kal, przy­po­mi­na­jący ko­le­jo­wy wa­gon z po­przed­niej epo­ki, znaj­do­wał się do­słow­nie po prze­ciw­nej stro­nie rue de Ber­cy, gdzie mie­ścił się nasz biu­ro­wiec, sie­dzi­ba re­dak­cji „CON­TEM­PO­RA­IN”. Bli­sko i smacz­nie.

Za­raz po tym, jak za­spo­ko­ili­śmy głód, Char­les za­pła­cił ra­chu­nek ze spo­rym na­piw­kiem i wy­pro­wa­dził mnie za rękę z re­stau­ra­cji.

– Gdzie mnie ci­ągniesz? – spy­ta­łam roz­ba­wio­na.

– Do sie­bie. Do­my­ślam się, że nie masz ocho­ty pa­trzeć na wła­sne miesz­ka­nie, a w biu­rze o tej po­rze nie­ste­ty jest już fir­ma sprząta­jąca. – Pu­ścił do mnie oko i prze­sta­łam się opie­rać. Da­łam mu się za­brać, gdzie chciał.

Pierw­szy raz zna­la­złam się w miesz­ka­niu sze­fa, choć pra­co­wa­li­śmy ra­zem od sze­ściu lat.

Char­lie prze­le­ciał mnie tej nocy na wszyst­kie mo­żli­we spo­so­by. Na­wet nie wie­dzia­łam, że tak mo­żna! Mój eks­mąż ogra­ni­czał się do „z przo­du”, „z tyłu” i „ty na gó­rze” i tyle było jego in­wen­cji. Jak na trzy­dzie­sto­lat­kę mia­łam więc bar­dzo mało do­świad­cze­nia. Char­les jed­nak nie na­rze­kał, więc i ja nie na­rze­ka­łam, tyl­ko czer­pa­łam pe­łny­mi ga­rścia­mi z tego, co mi ofia­ro­wał. To było mega od­kry­cie.

Kie­dy na­stęp­ne­go dnia wy­cho­dzi­łam od nie­go rano, żeby wzi­ąć prysz­nic i prze­brać się u sie­bie, czu­łam za­kwa­sy w mi­ęśniach, o któ­rych ist­nie­niu na­wet nie mia­łam wcze­śniej po­jęcia, i uśmie­cha­łam się od ucha do ucha. Ba­nan utrzy­my­wał się też przez cały dzień pra­cy, a ile­kroć mu­sia­łam spoj­rzeć na re­dak­to­ra na­czel­ne­go, na po­licz­ki wy­cho­dzi­ły mi ru­mie­ńce. Po­wstrzy­maj się, Ga­ël­le, bo się skom­pro­mi­tu­jesz – ga­ni­łam się co chwi­lę w my­ślach, ale na nic.

Na szczęście mój szef za­cho­wy­wał ka­mien­ną twarz przy wspó­łpra­cow­ni­kach, bo ja bym nas wy­da­ła jak nic.

Spo­tka­łam się z Char­les’em jesz­cze parę razy, ale już po pra­cy. Po­trze­bo­wa­łam tego. Po mie­si­ącu obo­je do­szli­śmy do wnio­sku, że nic z tego nie wyj­dzie. Seks z nim wcho­dził na inny po­ziom do­znań, ła­two by­ło­by się uza­le­żnić, ale ja nie szu­ka­łam zwi­ąz­ku, a on, no cóż, też nie. Uzna­li­śmy, że le­piej po­zo­stać wspó­łpra­cow­ni­ka­mi i przy­ja­ció­łmi niż brnąć w to da­lej, a po­tem się znie­na­wi­dzić.

Znowu czerwiec 2021, redakcja „CONTEMPORAIN”

I tak było do dziś. Pra­co­wa­li­śmy ra­zem i ani razu nie zła­ma­li­śmy wi­ęcej że­la­znej za­sa­dy wspó­łpra­cy: „Nie dy­maj sze­fa swe­go, bo mo­żesz mieć gor­sze­go”. Przy­ja­źni­li­śmy się za to od tam­tej pory i świet­nie nam się wspó­łpra­co­wa­ło, a Char­lie dbał o mnie jak o kurę zno­szącą zło­te jaj­ka, bo de fac­to wy­ro­słam na pa­ry­ską dzien­ni­kar­ską gwiaz­dę ru­bry­ki to­wa­rzy­skiej i zo­sta­łam dla „CON­TEM­PO­RA­IN” tą zło­to­no­śną kurą. Moje za­rob­ki znacz­nie wzro­sły, bo sta­łam się roz­po­zna­wal­na. Jed­no­cze­śnie moja sła­wa oka­za­ła się ko­łem za­ma­cho­wym suk­ce­su cza­so­pi­sma i za­częła na­kręcać dal­szą sprze­daż. Wszyst­ko dzia­ła­ło jak w szwaj­car­skim ze­gar­ku.

Kie­dy więc mój szef oznaj­mił, że mam się wy­co­fać albo mnie zwol­ni, szok był nie­mniej­szy, niż gdy­by po­wie­dział, że od ju­tra po­pro­wa­dzę ka­nał ku­li­nar­ny w te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej.

Char­les za­sta­no­wił się przez chwi­lę. Po­dra­pał kwa­dra­to­wą szczękę, a po­tem jego spoj­rze­nie znów zła­god­nia­ło. Na moje szczęście ci­ągle jesz­cze miał do mnie ja­kąś sła­bo­ść.

– Je­steś moją naj­lep­szą dzien­ni­kar­ką, nie chcę cię zwal­niać, ale nie mogę so­bie po­zwo­lić na pu­blicz­ny pro­ces o znie­sła­wie­nie z gwiaz­dą tego for­ma­tu. De­ren­nes jest zna­ny na ca­łym świe­cie – wy­ja­śnił.

– Ale jest świ­nią i ma kon­szach­ty z jed­nym ze wspó­łcze­snych dyk­ta­to­rów – przy­po­mnia­łam mu.

– Ale jest też bo­ga­ty i może znisz­czyć na­sze pi­smo.

– To co mam zro­bić? Znik­nąć? – za­kpi­łam.

Re­dak­tor na­czel­ny zno­wu po­dra­pał się po bro­dzie. Ele­ganc­ką miał tę gębę, trze­ba mu przy­znać. Tyl­ko co z tego, sko­ro chciał sprze­dać mnie tej kre­atu­rze De­ren­nes’owi?

– A wiesz, że to jest myśl? – za­pa­lił się na­gle. – Gdy­by cho­ciaż po­my­ślał, że cię zwol­ni­łem, sam na­pi­sa­łbym to spro­sto­wa­nie i może on by się wte­dy od­cze­pił?

– Co to zna­czy „po­my­ślał, że cię zwol­ni­łem”? – spy­ta­łam ostro­żnie.

– To zna­czy, że da­łbym ci nowe za­da­nie, in­co­gni­to. Znik­nęła­byś z wi­do­ku pu­blicz­ne­go na rok, spra­wę za­mie­cie się pod dy­wan, a po tym cza­sie wy­pły­niesz z no­wym sen­sa­cyj­nym ma­te­ria­łem. Co ty na to?

– Cze­mu mam wra­że­nie, że jest w tym ja­kieś „ale”?

– Jest, ale to nie­wiel­ka cena za spo­kój, za­cho­wa­nie pra­cy i mo­żli­wo­ść po­wro­tu po roku.

– A co mia­ła­bym ro­bić przez ten czas? – spy­ta­łam po­dejrz­li­wie, bo sło­wa Char­les’a za­czy­na­ły mnie mar­twić. Co on knu­je? Mam znik­nąć na rok? Jak niby mia­ła­bym to zro­bić?

– To, co naj­bar­dziej lu­bisz, Ga­ël­le. Będziesz dzien­ni­kar­ką.

– To jak mam znik­nąć? – Za­śmia­łam się. – Je­stem ra­czej roz­po­zna­wal­na w śro­do­wi­sku.

– Wy­je­dziesz za gra­ni­cę.

– Tak po pro­stu?

– Nic nie jest pro­ste. Żeby to się uda­ło, po­trzeb­na jest two­ja wspó­łpra­ca i chęć po­wal­cze­nia o to zle­ce­nie.

Tu mnie miał. Wy­zwa­nia na­pędza­ły moją ka­rie­rę. Kie­dy inni się wa­ha­li, ja pędzi­łam do przo­du jak ta­ran. Co aku­rat tym ra­zem przy­spo­rzy­ło mi kło­po­tów, ale…

– To jest coś, co lu­bię – mu­sia­łam przy­znać.

– Chcesz po­znać szcze­gó­ły czy nie?

Drań, wie­dział, co dzia­ła na mnie jak wa­bik. Wy­zwa­nie i ta­jem­ni­ca do od­kry­cia.

– Mów.

– Ale ostrze­gam, że mo­żesz być za­sko­czo­na.

– Nic mnie już dziś nie za­sko­czy. – Wes­tchnęłam osten­ta­cyj­nie, a Char­les prze­wró­cił ocza­mi.

– To może cho­ciaż spró­bu­ję. – Za­śmiał się, a po­tem od­chrząk­nął. – Mówi ci coś na­zwi­sko Ale­xan­der Hu­ghes?

Niech po­my­ślę.

– Obi­ło mi się o uszy.

– A co?

– Ame­ry­ka­ński mi­liar­der, zna­ny z tego, że nie prze­pra­co­wał w ży­ciu ani jed­ne­go dnia, bo całą for­tu­nę odzie­dzi­czył po ro­dzi­cach? A do tego szo­wi­ni­sta i play­boy, któ­ry zmie­nia ko­bie­ty jak ręka­wicz­ki?

– Ten sam – po­twier­dził Char­lie.

– Ale on ni­g­dy nie zgo­dził się na wy­wiad, nie wpu­ścił też na te­ren swo­jej po­se­sji żad­ne­go dzien­ni­ka­rza – przy­po­mnia­łam.

– Dla­te­go to zle­ce­nie in­co­gni­to.

– Zna­czy, że mam po­dać się za kogo? – Spoj­rza­łam po­dejrz­li­wie na sze­fa.

– W przy­szłym mie­si­ącu Hu­ghes or­ga­ni­zu­je ka­sting na nową asy­stent­kę.

– Chy­ba so­bie jaja ro­bisz! – krzyk­nęłam, bo to, co pro­po­no­wał mi Char­les, za­czy­na­ło przy­po­mi­nać sza­le­ństwo.

Hu­ghes był zna­ny z tego, że trak­to­wał dzien­ni­ka­rzy dość bru­tal­nie. Kil­ku po­bił, wie­lu po­szczuł psa­mi, jed­ne­go po­strze­lił, a jed­ne­go na­wet ze­pchnął z bal­ko­nu, tak że bie­dak ca­łkiem się po­ła­mał. Oczy­wi­ście w myśl pra­wa sta­nu Tek­sas dzia­łał tyl­ko w obro­nie ko­niecz­nej. W ko­ńcu „in­tru­zi” wtar­gnęli na jego po­se­sję i chcie­li za­dać kil­ka py­tań lub zro­bić zdjęcia… Za­sa­da „dom moją twier­dzą” w wy­ko­na­niu miesz­ka­ńców Tek­sa­su była wy­jąt­ko­wo ry­go­ry­stycz­nie prze­strze­ga­na. A to plus pe­łny do­stęp do bro­ni…

– Dla­te­go mó­wię o za­da­niu in­co­gni­to. – Char­lie prze­rwał moje roz­my­śla­nia na te­mat tej mi­sji sa­mo­bój­czej.

– My­ślisz, że pa­ra­no­icz­ny mi­liar­der nie zwe­ry­fi­ku­je w ka­żdy mo­żli­wy spo­sób po­ten­cjal­nej kan­dy­dat­ki na asy­stent­kę?

– Na pew­no to zro­bi, dla­te­go mu­sisz mieć le­gal­ne do­ku­men­ty.

– Na­zy­wam się Ga­ël­le La­mar­ti­ne. Moje le­gal­ne do­ku­men­ty są wła­śnie na to na­zwi­sko.

– Roz­wio­dłaś się trzy mie­si­ące temu.

– No i?

– Wróć do pa­nie­ńskie­go na­zwi­ska, wy­rób nowy do­wód, pasz­port i po krzy­ku.

– To­tal­nie cię po­je­ba­ło? Wszy­scy zna­ją mnie pod na­zwi­skiem by­łe­go męża!

– Wła­śnie o to cho­dzi.

– Co?

– Myśl, Ga­ël­le! Ofi­cjal­nie cię zwol­nię, znik­niesz ze świecz­ni­ka, a po ci­chu wró­cisz do pa­nie­ńskie­go na­zwi­ska, zmie­nisz wy­gląd, fry­zu­rę, styl… Nikt cię nie roz­po­zna.

– A na pod­sta­wie ja­kich kom­pe­ten­cji mam star­to­wać w ka­stin­gu na jego asy­stent­kę? – spy­ta­łam, pró­bu­jąc zna­le­źć sła­by punkt w ro­zu­mo­wa­niu sze­fa.

Char­lie par­sk­nął śmie­chem.

– Co w tym za­baw­ne­go? – obu­rzy­łam się.

Mój na­czel­ny od­chrząk­nął. W jego oczach ci­ągle tli­ły się reszt­ki roz­ba­wie­nia, któ­re pró­bo­wał ukryć za po­wa­żną miną.

– Do mety, Char­lie! – po­go­ni­łam go.

– No więc je­dy­ną „kom­pe­ten­cją” – Char­les pod­kre­ślił to sło­wo w ja­kiś dziw­ny spo­sób – któ­rą bie­rze pod uwa­gę pan Hu­ghes, jest wy­gląd po­ten­cjal­nej kan­dy­dat­ki… lub kan­dy­da­tek.

– To zna­czy?

– Ga­ël­le, czy ty na se­rio nie ro­zu­miesz, po co temu bo­ga­te­mu bu­co­wi te wszyst­kie pi­ęk­ne ko­bie­ty? – Char­lie spoj­rzał na mnie z nie­do­wie­rza­niem. – Dyma je, aż fur­czy. Jed­na na­raz mu nie wy­star­cza. W jego re­zy­den­cji jest praw­dzi­wy ha­rem.

– Ile on ma lat?

– Trzy­dzie­ści sze­ść.

– No to tyl­ko po­zaz­dro­ścić mu kon­dy­cji. Cho­ciaż ty w jego wie­ku też mia­łeś nie­złe osi­ągi. – Za­śmia­łam się pro­wo­ku­jąco. Lu­bi­łam de­ner­wo­wać Char­les’a na­wi­ąza­niem do na­sze­go krót­kie­go epi­zo­du ero­tycz­ne­go. Dwa lata temu Char­lie miał wła­śnie trzy­dzie­ści sze­ść lat.

– Nie pro­wo­kuj, bo kie­dyś so­bie coś obie­ca­li­śmy – po­gro­ził mi szef, ale oczy mu się śmia­ły.

– To ty nie pro­wo­kuj, bo ja do­brze pa­mi­ętam, jak nie­wy­god­ne jest two­je biur­ko. – Wy­sta­wi­łam do nie­go język.

– Ga­ël­le! – Char­lie prze­wró­cił ocza­mi.

– Ga­ël­le to, Ga­ël­le tam­to… A tam nam się do­brze ra­zem pra­co­wa­ło. – Wes­tchnęłam.

– To prze­cież nie ko­niec. Tyl­ko na rok. Je­stem pe­wien, że coś wy­ci­śniesz z tego gada. Kto jak nie ty?

Tak, da­lej mnie pod­ju­dzaj…

– Wiesz, cze­go nie ro­zu­miem? – Po­sta­no­wi­łam jed­nak za­cho­wać reszt­ki roz­sąd­ku.

– Wal śmia­ło.

– Po co chcesz mnie wy­słać do tego gniaz­da roz­pu­sty, sko­ro to po pro­stu bo­ga­ty sek­so­ho­lik? Co w nim cie­ka­we­go?

– Po­czy­taj so­bie w ne­cie. – Tym ra­zem to Char­les wy­sta­wił do mnie język. – Pani dzien­ni­kar­ko.

– Że­byś wie­dział, że po­czy­tam.

Do tej pory mnie nie in­te­re­so­wał, bo i po­wo­du ku temu nie było.

– I do­brze. Masz czas do ko­ńca ty­go­dnia na pod­jęcie de­cy­zji. W pi­ątek chcę usły­szeć, że się zga­dzasz albo pi­szesz prze­pro­si­ny dla De­ren­nes’a.

– Po moim tru­pie!

– I za to cię wła­śnie uwiel­biam, Gali.

– Dziś jest wto­rek – przy­po­mnia­łam sze­fo­wi.

– Wiem. Dla­te­go masz aż trzy dni na pod­jęcie de­cy­zji.

Zby­tek ła­ski.

Ła­two po­wie­dzieć „po moim tru­pie”. Nie mia­łam wy­bo­ru. Osiem­dzie­si­ąt ty­si­ęcy euro dłu­gu tyl­ko uro­sło do po­sta­ci kre­dy­tu, któ­ry mój bank ła­ska­wie udzie­lił mi na pod­sta­wie wspa­nia­łej hi­sto­rii, a z któ­re­go spła­ci­łam do­pie­ro dwie raty. Trze­cia mia­ła ze­jść z mo­je­go kon­ta po wy­pła­cie w tym mie­si­ącu. Gdy­bym stra­ci­ła pra­cę, wpa­dła­bym w praw­dzi­we ta­ra­pa­ty.

Wró­ci­łam do domu i za­miast cie­szyć się, że na­kład „CON­TEM­PO­RA­IN” z moim naj­now­szym ar­ty­ku­łem wy­prze­dał się w pierw­szym ty­go­dniu od wy­da­nia, za­częłam się mar­twić o przy­szło­ść za­wo­do­wą. O pry­wat­nej na­wet nie my­śla­łam. Ten ter­min nie ist­niał dla mnie od dwóch lat. Moje ma­rze­nia o ro­dzi­nie zo­sta­ły bru­tal­nie zdep­ta­ne przez Frédéri­ca. Po krót­kim epi­zo­dzie z Char­les’em moje ży­cie ero­tycz­ne prze­sta­ło ist­nieć. Po­zo­sta­ła mi tyl­ko pra­ca. Gdy­bym mia­ła stra­cić i ją… Nie, to się nie sta­nie! Zro­bię wszyst­ko, żeby im po­ka­zać, gdzie raki zi­mu­ją – po­sta­no­wi­łam.

Przez okno w sa­lo­nie spoj­rza­łam na mia­sto. Co praw­da nie uro­dzi­łam się w Pa­ry­żu, ale miesz­ka­łam tu całe do­ro­słe ży­cie. Od kie­dy kil­ka­na­ście lat wcze­śniej przy­je­cha­łam na stu­dia dzien­ni­kar­skie na Uni­ver­si­té Pa­ris XIII, mia­łam pew­no­ść, że to miej­sce dla mnie. Po li­cen­cja­cie jed­na z wy­kła­dow­czyń na­mó­wi­ła mnie na pry­wat­ną uczel­nię, któ­ra re­kla­mo­wa­ła się jako naj­lep­sza we Fran­cji szko­ła no­wych za­wo­dów ko­mu­ni­ka­cji. Cze­sne po­wa­la­ło dro­ży­zną, ale do­sta­łam sty­pen­dium i tym spo­so­bem nie mu­sia­łam ob­ci­ążać ro­dzi­ców, któ­rym i tak nie­ła­two było utrzy­mać cór­kę stu­dent­kę w sto­li­cy. Za to dwa lata pó­źniej z dy­plo­mem EFAP 2 bez pro­ble­mu zo­sta­łam przy­jęta na staż do „Pa­ris CON­TEM­PO­RA­IN”. A kil­ka mie­si­ęcy pó­źniej do­sta­łam an­gaż. Roz­pie­ra­ła mnie duma. Ro­dzi­ców też, szcze­gól­nie że nie­dłu­go ogło­si­li­śmy z Fre­dem no­wi­nę o za­ręczy­nach i ślu­bie…

Osiem lat pó­źniej moja ka­rie­ra dzien­ni­kar­ska wi­sia­ła na wło­sku, a wszyst­ko przez to, że mój szef miał wi­docz­nie za małe jaja i w do­dat­ku po­zwa­lał się za nie ci­ągać De­ren­nes’owi. Taki nie­fart. A prze­cież ten ar­ty­kuł miał sta­no­wić uko­ro­no­wa­nie mo­jej dzien­ni­kar­skiej ka­rie­ry. Za­wsze ma­rzy­łam o dzien­ni­kar­stwie śled­czym, ale ko­bie­ta z moim wy­glądem może o tym za­po­mnieć. Nikt nie trak­to­wał mnie po­wa­żnie, a ka­żdy po­li­cjant, z któ­rym chcia­łam po­roz­ma­wiać, za­czy­nał od „opo­wiem, ale przy do­brej ka­wie”. Za to ru­bry­ka to­wa­rzy­ska oka­za­ła się dla mnie ide­al­na. I te­raz, kie­dy mia­łam szan­sę zre­ali­zo­wać ma­rze­nie…

Po­dob­no ży­cie i ka­rie­ra za­czy­na­ją się po trzy­dzie­st­ce… U mnie jed­no i dru­gie pier­dol­nęło z przy­tu­pem.

Zno­wu wyj­rza­łam przez okno i wes­tchnęłam głębo­ko. Tyl­ko Pa­ryż po­zo­sta­wał za­wsze taki sam. Wio­sna, lato, je­sień czy zima, mia­sto było pe­łne miesz­ka­ńców, tu­ry­stów oraz le­gal­nych i nie­le­gal­nych imi­gran­tów, a do tego za­tło­czo­ne, brud­ne i gło­śne. A jed­nak nie wy­obra­ża­łam so­bie miesz­kać gdzie in­dziej. Z wiel­kich okien na dwu­dzie­stym pi­ętrze pa­trzy­łam na wszyst­kich z góry. Mo­głam po­dzi­wiać otwar­tą prze­strzeń nad Se­kwa­ną i za­bu­do­wa­ne brze­gi, a po­ni­żej wi­dzia­łam we­wnętrz­ną ob­wod­ni­cę Pa­ry­ża, ci­ągnącą się wzdłuż rze­ki. Na tle miej­skiej pa­no­ra­my ła­two było za­uwa­żyć obiek­ty wy­ró­żnia­jące się z masy in­nych, tak cha­rak­te­ry­stycz­ne dla Pa­ry­ża. Ży­cie mia­sta z tej wy­so­ko­ści wy­da­wa­ło się pi­ęk­ne. Wszyst­ko, co brzyd­kie, brud­ne i gło­śne, było małe i bar­dzo od­le­głe.

Po­czu­łam głód. W domu nie mia­łam nic do je­dze­nia, więc szyb­ko chwy­ci­łam za te­le­fon, żeby za­mó­wić so­bie sto­lik w po­bli­skiej re­stau­ra­cji. Mie­ści­ła się ona na ni­ższym po­zio­mie mo­je­go osie­dla, wy­star­czy­ło więc tyl­ko zje­chać win­dą i prze­jść do lo­ka­lu. Nie­ste­ty wol­ne­go miej­sca nie mie­li. Sfru­stro­wa­na wy­bra­łam nu­mer in­nej re­stau­ra­cji, w któ­rej cza­sem ja­da­łam. Ta już znaj­do­wa­ła się tro­chę da­lej, ale mo­żna było do­je­chać do niej me­trem. Jed­na sta­cja dzie­si­ąt­ką.

Tam na szczęście zo­stał wol­ny sto­lik, więc za­mó­wi­łam go i wy­szłam z domu.

Nie­ca­łe pół go­dzi­ny pó­źniej by­łam na miej­scu. Nie mia­łam ocho­ty na nic wy­my­śl­ne­go, tyl­ko za­spo­ko­ić głód i już. Kel­ner za­pro­wa­dził mnie do wol­ne­go sto­li­ka i po­dał kar­tę. Wy­bra­łam zie­lo­ną sa­ła­tę z vi­na­igret­te na przy­staw­kę, stek cie­lęcy z so­cze­wi­cą jako da­nie głów­ne i już mia­łam na tym sko­ńczyć, kie­dy się oka­za­ło, że mają ram­bol, mój ulu­bio­ny ser z orze­cha­mi wło­ski­mi. Sku­si­łam się na ka­wa­łek.

Pech chciał, że kie­dy tak się opy­cha­łam pysz­no­ścia­mi, do re­stau­ra­cji wsze­dł Char­les z ja­kąś ko­bie­tą, a kel­ner po­sa­dził ich przy sto­li­ku tuż obok mo­je­go, któ­ry nie­daw­no się zwol­nił.

W za­sa­dzie już ko­ńczy­łam jeść, do­pi­ja­łam kawę i nie mia­łam ocho­ty na cia­sto, ale Char­lie mu­siał mnie nie za­uwa­żyć, sko­ro mig­da­lił się z lalą w naj­lep­sze. Gdy­bym te­raz wsta­ła i wy­szła, ze­psu­ła­bym im całą za­ba­wę. Na­praw­dę nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a zro­bi­łby jej pal­ców­kę pod sto­łem. Cho­le­ra, a może i zro­bił?

Cie­ka­wa, jak to się roz­wi­nie, za­mó­wi­łam jesz­cze por­cję tar­te ta­tin3 i per­fid­nie pod­słu­chi­wa­łam. Szyb­ko się do­wie­dzia­łam, mi­ędzy jed­nym a dru­gim kęsem cia­sta, że owa pal­ców­ka to tyl­ko wstęp i jak­by za­pro­sze­nie do cze­goś wi­ęk­sze­go. Jak ja tej ko­bie­cie za­zdro­ści­łam! Po raz pierw­szy od dwóch lat po­czu­łam, jak moje cia­ło pra­gnie sek­su. Naj­le­piej z Char­liem, ale prze­cież umo­wa mi­ędzy nami była ja­sna. Kie­dy jed­nak wy­obra­zi­łam so­bie, co on z nią zro­bi… A niech to szlag!

Ga­ël­le La­mar­ti­ne mia­ła jed­nak cza­sem szczęście. Kie­dy tak za­ci­ska­łam uda z fru­stra­cji, do mo­je­go sto­li­ka pod­sze­dł mło­dy kel­ner i szep­nął mi do ucha, że pan, któ­ry sie­dzi przy sto­li­ku na­prze­ciw, bar­dzo chcia­łby się przy­si­ąść i na­pić ze mną do­bre­go wina.

Ob­cza­iłam go­ścia wy­jąt­ko­wo dys­kret­nie. Było na czym oko za­wie­sić. Może to nie Char­lie, ale… Fa­cet koło czter­dziest­ki, w gar­ni­tu­rze, dro­gich bu­tach, ze­gar­ku… Kur­de, wszyst­ko ma ra­czej z gór­nej pó­łki. I z kla­są, a nie ba­dziew­ne. Ra­czej mnie nie okrad­nie, bo pew­nie śpi na ka­sie – po­my­śla­łam. W prze­ci­wie­ństwie do mnie. Szyb­ka ana­li­za wy­szła na tak. Je­śli mam z kimś spędzić tę noc i nie będzie to mój szef, to niech to: wolę fa­ce­ta na po­zio­mie, a nie przy­pad­ko­we­go ko­le­sia, z któ­rym nie mia­ła­bym na­wet o czym po­roz­ma­wiać, uda­jąc, że po to się spo­tka­li­śmy.

– Pro­szę prze­ka­zać temu panu, że chęt­nie na­pi­ję się z nim wina – szep­nęłam kel­ne­ro­wi, któ­ry szyb­ko po­sze­dł w stro­nę tam­te­go sto­li­ka.

W mi­ędzy­cza­sie uśmiech­nęłam się dys­kret­nie do za­in­te­re­so­wa­ne­go. Od­po­wie­dział mi tym sa­mym. Chwi­lę pó­źniej się przy­sia­dł.

– Fa­bri­ce Fau­chard – przed­sta­wił się. – Mów mi Fa­bri­ce, pro­szę.

– Ga­ël­le – od­pa­rłam, nie chcąc zdra­dzać na­zwi­ska.

– Ga­ël­le? No tak, Ga­ël­le La­mar­ti­ne! – pra­wie krzyk­nął, za­sko­czo­ny. – Wie­dzia­łem, że skądś pa­nią znam!

W tym mo­men­cie, dzi­ęki ab­so­lut­ne­mu bra­ko­wi dys­kre­cji mo­je­go no­we­go to­wa­rzy­sza, Char­les mnie za­uwa­żył.

– Gali, a co ty tu ro­bisz? – spy­tał zdzi­wio­ny. Jego mina ewo­lu­owa­ła w stro­nę kom­plet­ne­go za­sko­cze­nia, kie­dy kel­ner przy­nió­sł nam dwie lamp­ki do czer­wo­ne­go wina i bu­tel­kę Châte­au­neuf-du-Pape ro­uge.

– Wła­śnie za­mie­rzam na­pić się wina z pa­nem Fau­char­dem – od­pa­rłam.

– Przed­sta­wi mi pani swo­je­go zna­jo­me­go? – spy­tał wte­dy Fau­chard.

Pe­łna kul­tu­ra.

– Oczy­wi­ście. Pa­nie Fau­chard, oto mój szef, re­dak­tor na­czel­ny „Pa­ris CON­TEM­PO­RA­IN”, Char­les De­lau­rent.

– Bar­dzo mi miło. – Fau­chard wstał, pod­sze­dł do sto­li­ka Char­lie­go i po­dał mu rękę.

– Mnie rów­nież. – Mój szef uści­snął dłoń nie­zna­jo­me­go, nie ujaw­nia­jąc żad­nych emo­cji. Uzna­łam, że le­piej, by ich nie oka­zy­wał i nie psuł wie­czo­ru so­bie ani mnie.

Fa­bri­ce Fau­chard wró­cił do sto­li­ka, wzi­ął lamp­kę z wi­nem i za­pro­po­no­wał to­ast:

– Za nie­spo­dzie­wa­ne, ale wspa­nia­łe spo­tka­nie, Ga­ël­le.

Unio­słam swo­ją lamp­kę i upi­łam łyk wina. Pysz­ne. Co praw­da bar­dziej pa­so­wa­ło­by do obia­du niż de­se­ru, ale nie za­mie­rza­łam na­rze­kać. Do tego, co chcia­łam zro­bić, wino było mi po­trzeb­ne.

– Za spo­tka­nie, Fa­bri­ce. – Uśmiech­nęłam się. Tak, za­po­wia­da się do­bry wie­czór.

Oka­za­ło się, że Fa­bri­ce był ad­wo­ka­tem, w Pa­ry­żu prze­jaz­dem. Pro­po­nu­jąc mi wino, chy­ba li­czył na to samo, co ja. W rze­czy­wi­sto­ści miał czter­dzie­ści dwa lata, o de­ka­dę wi­ęcej ode mnie, ale w ogó­le się tego nie od­czu­wa­ło w roz­mo­wie. Był bar­dzo za­baw­ny i mo­men­ta­mi wręcz nie­po­wa­żny. Nie mo­głam na­rze­kać.

– Je­steś taka pi­ęk­na, Ga­ël­le – po­wie­dział w ko­ńcu, pa­trząc mi w oczy.

– Je­steś bar­dzo miły – od­pa­rłam i za­chi­cho­ta­łam. Wino zro­bi­ło mi z mó­zgu siecz­kę, bo zdąży­li­śmy oba­lić już całą bu­tel­kę.

– Wci­ąż nie wie­rzę, że uda­ło mi się spo­tkać w pa­ry­skiej re­stau­ra­cji taką gwiaz­dę.

– Ej, nie prze­sa­dzaj­my. – Wy­sta­wi­łam do nie­go język w żar­tach. Od­czy­tał to jed­nak ina­czej. – Ale to miłe – do­da­łam, chcąc zła­go­dzić wra­że­nie.

– Mogę być bar­dzo miły albo tro­chę mniej, we­dług ży­cze­nia, ksi­ężnicz­ko – stwier­dził, znów prze­szy­wa­jąc mnie wzro­kiem. W jego oczach cza­ił się ja­kiś mrok, ale strasz­nie mnie to pod­nie­ci­ło. Mia­łam cho­ler­ną ocho­tę wy­pró­bo­wać tę opcję.

– To może dla od­mia­ny po­ka­żesz mi, jak po­tra­fisz być nie­grzecz­ny? – za­su­ge­ro­wa­łam.

– Bar­dzo chęt­nie – od­pa­rł i na­wet się nie za­sta­na­wia­jąc, pod­nió­sł rękę, by przy­wo­łać kel­ne­ra.

– W czym jesz­cze mogę pa­ństwu po­móc? – spy­tał chło­pak.

– Po­pro­szę o ra­chu­nek. Za­pła­cę za sie­bie i za pa­nią – po­wie­dział Fau­chard, ga­sząc wzro­kiem moją pró­bę pro­te­stu.

– Pani La­mar­ti­ne jest na­szą sta­łą klient­ką… – za­pro­te­sto­wał za­kło­po­ta­ny kel­ner, kon­sul­tu­jąc się ze mną wzro­kiem.

Fau­chard ob­ró­cił się w moją stro­nę i spoj­rzał mi w oczy.

– Po­zwól, pro­szę.

A co mi szko­dzi?

– W po­rząd­ku.

Mój nowy zna­jo­my za­pła­cił ra­chu­nek i wy­szli­śmy z re­stau­ra­cji, od­pro­wa­dza­ni wzro­kiem Char­les’a, co wpra­wi­ło mnie w świet­ny hu­mor.

– Chcesz iść ze mną do ho­te­lu czy masz lep­szą pro­po­zy­cję? – szep­nął mi do ucha Fa­bri­ce.

– Może być lep­sza – od­pa­rłam. Mia­łam jed­nak pew­ne oba­wy przed pó­jściem do ho­te­lu z zu­pe­łnie ob­cym fa­ce­tem. – Jed­na sta­cja me­trem i je­ste­śmy u mnie.

– Nie od­mó­wię ta­kie­mu za­pro­sze­niu – od­po­wie­dział Fau­chard i za­ofe­ro­wał mi ra­mię. – Ale nie wy­pa­da, żeby dama pod­ró­żo­wa­ła me­trem – do­dał i za­wo­łał tak­sów­kę, któ­ra po­ja­wi­ła się na­gle przy nas nie wia­do­mo skąd.

Nie wiem, czy to był taki do­bry po­my­sł, bo ja­dąc me­trem, zna­le­źli­by­śmy się na miej­scu znacz­nie szyb­ciej. Za to w tak­sów­ce na tyl­nym sie­dze­niu pan ad­wo­kat prze­stał zgry­wać ta­kie­go dżen­tel­me­na i prze­su­nął dło­nią po moim udzie, pa­trząc mi przy tym pro­wo­ku­jąco w oczy.

– Nie­cier­pli­wy? – spy­ta­łam, usi­łu­jąc za­pa­no­wać nad emo­cja­mi. Nie było to ta­kie pro­ste, bo wino, at­mos­fe­ra, mo­żli­wo­ść do­pie­cze­nia Char­les’owi i dłu­ga abs­ty­nen­cja nie sprzy­ja­ły opa­no­wa­niu, kie­dy pro­wo­ko­wał mnie przy­stoj­ny i in­te­re­su­jący fa­cet z kla­są.

– Bar­dzo – przy­znał.

W ko­ńcu do­je­cha­li­śmy na miej­sce, Fau­chard za­pła­cił tak­sów­ka­rzo­wi, a ja za­pro­wa­dzi­łam go do win­dy. I to był ten mo­ment, kie­dy pu­ści­ły nam ha­mul­ce. Fa­bri­ce przy­ci­snął mnie do ścia­ny i po­ca­ło­wał, za­gar­nia­jąc moje usta, a ja oplo­tłam go ręka­mi i no­ga­mi i po­zwo­li­łam się pod­nie­ść. Do­brze, że aku­rat ża­den z sąsia­dów nie ko­rzy­stał z win­dy, bo mo­gło­by wy­jść tro­chę nie­zręcz­nie. Na szczęście szyb­ko do­je­cha­li­śmy na dwu­dzie­ste pi­ętro, więc nie zdąży­li­śmy po­su­nąć się za da­le­ko.

Wy­ci­ągnęłam roz­pa­lo­ne­go fa­ce­ta na ko­ry­tarz. Nie mu­sia­łam nic mó­wić, wy­star­czy­ło, że po­ci­ągnęłam go za rękę. Wy­jęłam z to­reb­ki klucz, któ­rym otwo­rzy­łam drzwi, i wpa­dłam do swo­je­go miesz­ka­nia.

– Wej­dź – za­pro­si­łam go do środ­ka, a kie­dy sko­rzy­stał z za­pro­sze­nia, za­mknęłam za nim drzwi.

– A więc to jest azyl wiel­kiej Ga­ël­le La­mar­ti­ne? – spy­tał Fau­chard re­to­rycz­nie.

– Czy to ma w tej chwi­li ja­kieś zna­cze­nie? – od­po­wie­dzia­łam py­ta­niem, ci­ągnąc go za rękę do kuch­ni.

– Nie­wiel­kie – mu­siał przy­znać, podąża­jąc za mną.

Po dro­dze zdjął ma­ry­nar­kę i za­wie­sił ją na krze­śle, a po­tem pod­wi­nął ręka­wy ko­szu­li. Miał ład­nie wy­rze­źbio­ne przed­ra­mio­na. Jak na praw­ni­ka.

– Może chcesz jesz­cze wina? – spy­ta­łam. Ja mu­sia­łam na­pić się cze­goś bez al­ko­ho­lu, to było pew­ne.

– Nie, ale po­pro­szę o wodę – od­pa­rł.

No pro­szę, i zno­wu mamy coś wspól­ne­go.

Na­la­łam jej do szkla­nek i stuk­nęłam swo­ją szklan­ką w jego.

– Cin4.

– To­ast źró­dla­ną? – Za­śmiał się.

– To na otrze­źwie­nie – wy­ja­śni­łam, po czym wy­pi­łam dusz­kiem swo­ją wodę.

Fa­bri­ce zro­bił to samo.

– Ja bym wo­lał bar­dziej za­kręcić ci w gło­wie – oznaj­mił po chwi­li. Uśmiech­nął się szel­mow­sko, po czym pod­sze­dł i po­ło­żył dłoń na moim bio­drze.

– Do tego nie po­trze­bu­jesz al­ko­ho­lu, Fa­bri­ce – przy­zna­łam.

– A cze­go po­trze­bu­ję? – Ob­jął mnie w ta­lii.

Na­praw­dę mu­sisz py­tać? – po­my­śla­łam lek­ko za­wie­dzio­na.

– Może mu­zy­ki? – za­su­ge­ro­wa­łam. Ob­ró­ci­łam się wo­kół wła­snej osi i wy­mknęłam z jego ob­jęć…

Przez chwi­lę wy­glądał na za­sko­czo­ne­go. Punkt dla mnie, pa­nie Fau­chard.

Do­rwa­łam pi­lo­ta i uru­cho­mi­łam wie­żę. Za­raz do­ta­rły do nas dźwi­ęki ostat­nio słu­cha­nej play­li­sty, czy­li mu­si­ca­lu No­tre Dame de Pa­ris. Od razu hu­mor mi się po­pra­wił.

– A więc pro­szę do ta­ńca – stwier­dził Fa­bri­ce, czym bły­ska­wicz­nie nad­ro­bił stra­co­ny punkt.

No wresz­cie.

– Lu­bisz mu­si­ca­le? – spy­tał. Ob­ró­cił mnie wo­kół sie­bie, a na­stęp­nie mną wo­kół wła­snej osi. Po­tem, nie cze­ka­jąc na od­po­wie­dź, przy­ci­ągnął mnie do sie­bie tak, że pra­wie zde­rzy­łam się z jego tor­sem.

– Lu­bię – przy­zna­łam.

– A ja lu­bię cie­bie, Ga­ël­le. Cho­ler­nie mi się po­do­basz.

– To do­brze, bo ty mnie też – od­po­wie­dzia­łam uczci­wie. W za­sa­dzie li­czy­łam tyl­ko na ten wie­czór, bo po­tem i tak całe moje ży­cie mia­ło się za­wa­lić, ale on nie mu­siał o tym wie­dzieć.

– To może przej­dzie­my do przy­jem­niej­szych pro­ce­dur? – za­pro­po­no­wał, po­ru­sza­jąc za­baw­nie brwia­mi.

– Nie wnio­sę sprze­ci­wu. – Ja też za­żar­to­wa­łam so­bie z jego praw­ni­czej gad­ki.

– Bar­dzo mnie to cie­szy, Ga­ël­le, bo wnió­słbym o uchy­le­nie sprze­ci­wu.

Ta­kich fa­ce­tów lu­bię. In­te­li­gent­ny i z po­czu­ciem hu­mo­ru. I przy­stoj­ny, do cho­le­ry! A przede wszyst­kim nie jest moim sze­fem i nic nas nie łączy za­wo­do­wo.

Fa­bri­ce mnie po­ca­ło­wał. Nie by­łam za­sko­czo­na, ale po­trze­bo­wa­łam chwi­li, żeby nadążyć za jego tem­pem. Dał mi ją, gdy zo­ba­czył, że się wa­ham.

– Nie stre­suj się – wy­szep­tał mi do ucha.

– Daw­no tego nie ro­bi­łam – wy­zna­łam nie­chcący. Nie za­mie­rza­łam aż tak się przed nim od­sła­niać, ale samo wy­szło. By­łam trzy­dzie­sto­dwu­let­nią sfru­stro­wa­ną roz­wód­ką, oto cała praw­da.

– Masz tyle cza­su, ile chcesz, ale bła­gam, nie trzy­maj mnie za dłu­go w przed­po­ko­ju. Sza­le­ję tu przez cie­bie.

– W przed­po­ko­ju? – zdzi­wi­łam się, zu­pe­łnie nie ła­pi­ąc alu­zji.

Fa­bri­ce się za­śmiał.

– Je­steś słod­ka. Za­raz cię schru­pię – stwier­dził, po czym pod­nió­sł mnie za ty­łek i za­nió­sł do sy­pial­ni, któ­rą wi­docz­nie już zdążył zlo­ka­li­zo­wać.

Nie pro­te­sto­wa­łam. Prze­cież po to go do sie­bie za­pro­si­łam.

Fa­bri­ce po­ło­żył mnie na łó­żku i za­czął po­wo­li roz­bie­rać, ca­łu­jąc od­sła­nia­ne miej­sca. Pod­da­łam się jego ini­cja­ty­wie. Nie że­bym pre­fe­ro­wa­ła bier­no­ść w łó­żku, ale za­wsze wo­la­łam do­mi­nu­jących mężczyzn, a poza tym by­łam cie­ka­wa, jak to się roz­wi­nie.

Fau­chard mnie nie za­sko­czył, ale też świet­nie od­po­wie­dział na moje po­trze­by. Mu­siał mieć do­świad­cze­nie, bo do­sko­na­le re­ago­wał na naj­lżej­sze sy­gna­ły, jak­by we mnie czy­tał. W ko­ńcu i ja za­pra­gnęłam się tro­chę otwo­rzyć. Prze­wró­ci­łam go na ple­cy i do­sia­dłam, ku jego za­do­wo­le­niu.

– A więc po­tra­fisz być też tro­chę nie­grzecz­na, Ga­ël­le? – spy­tał, kie­dy prze­je­cha­łam pa­znok­cia­mi po jego kla­cie.

– Tyl­ko tro­chę – od­po­wie­dzia­łam uczci­wie. – Częściej je­stem damą. – Pu­ści­łam do nie­go oko, a po­tem już nie mó­wi­łam, tyl­ko od­da­wa­łam się przy­jem­no­ści.

Nie sądzi­łam na­wet, że tak bra­ko­wa­ło mi sek­su. Przez ostat­nie dwa lata sku­pi­łam się na ka­rie­rze i za­po­mnia­łam o tym, jak przy­jem­nie jest być ko­bie­tą, kie­dy ma się w łó­żku mężczy­znę, któ­ry zna się na rze­czy.

Fa­bri­ce zo­stał na noc. Za­sy­pia­łam więc pó­źno, we wła­snym łó­żku, wtu­lo­na w męskie ra­mię, po raz pierw­szy od dwóch lat. Czu­łam się tak do­brze, że nie my­śla­łam o ni­czym. Na­wet od­wet na Char­liem prze­stał mieć ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie. To prze­cież głu­pia za­zdro­ść. Nie obie­ca­li­śmy so­bie ni­cze­go. Na­wet tego, że za­wsze będzie­my ra­zem pra­co­wać. Mimo wszyst­ko to na pra­cy za­le­ża­ło mi bar­dziej niż na nim i w ko­ńcu to zro­zu­mia­łam.

Na dru­gi dzień rano mia­łam lek­kie­go kaca mo­ral­ne­go. Szcze­gól­nie że obu­dziw­szy się, od­kry­łam, że po przy­stoj­nym praw­ni­ku nie było już śla­du nie tyl­ko w moim łó­żku, lecz ta­kże w miesz­ka­niu. W my­ślach zga­ni­łam się za nad­mier­ną uf­no­ść w sto­sun­ku do ob­cych, brak ostro­żno­ści i sek­su­al­ną de­spe­ra­cję, ale za­raz po­my­śla­łam, że prze­cież mia­łam do tego pra­wo. Nic nie zgi­nęło, nic mi się nie sta­ło. Po pro­stu za­pro­si­łam do sie­bie fa­ce­ta i upra­wia­li­śmy seks. Dwo­je do­ro­słych lu­dzi i nikt ni­ko­go nie zmu­szał.

Do­szłam do wnio­sku, że nie za­mie­rzam się dłu­żej tym do­ło­wać. Było mi tyl­ko odro­bi­nę przy­kro, że Fa­bri­ce nie obu­dził mnie przed wy­jściem ani nie za­cze­kał, aż wsta­nę, żeby się po­że­gnać. Ale na­praw­dę odro­bi­nę. On zna­la­zł się prze­cież w Pa­ry­żu prze­jaz­dem, a ja nie szu­ka­łam fa­ce­ta na sta­łe. Cel zo­stał osi­ągni­ęty i to naj­wa­żniej­sze. Te­raz mu­sia­łam się sku­pić na ra­to­wa­niu ka­rie­ry.

Wzi­ęłam prysz­nic, wy­su­szy­łam i sta­ran­nie wy­pro­sto­wa­łam wło­sy, po­tem wło­ży­łam bia­łą ko­ron­ko­wą bie­li­znę, let­nią kre­mo­wą gar­son­kę i srebr­ne san­da­ły na szpil­kach, któ­rych nie mia­łam na no­gach już od daw­na. Ca­ło­ść do­pe­łni­łam sta­ran­nym ma­ki­ja­żem. Zwy­kle nie ubie­ra­łam się do biu­ra aż tak ele­ganc­ko. A w te­ren to zu­pe­łnie nie. Je­dy­nie na spo­tka­nia z ce­le­bry­ta­mi mia­łam za­re­zer­wo­wa­ny ten look. Char­les go uwiel­biał, pew­nie dla­te­go, że tak rzad­ko wi­dy­wał mnie w tej od­sło­nie. Tym ra­zem jed­nak mu­sia­łam wy­to­czyć naj­ci­ęższe dzia­ła, bo wa­ży­ły się losy mo­jej za­wo­do­wej przy­szło­ści. Je­śli do pi­ąt­ku nie prze­ko­nam Char­lie­go, żeby zmie­nił zda­nie, to już po mnie.

Do re­dak­cji przy­szłam o dzie­si­ątej. Na­czel­ny miał aku­rat ze­bra­nie, więc po­szłam do swo­je­go biu­ra, któ­re­go okna wy­cho­dzi­ły na Gare de Lyon. Było coś pi­ęk­ne­go w tej in­du­strial­nej ar­chi­tek­tu­rze dwor­ca. Mo­gła­bym się na nie­go ga­pić go­dzi­na­mi, choć prze­cież zwy­kle nie spędza­łam tyle cza­su w swo­im biu­rze. Dwo­rzec lyoński mnie in­spi­ro­wał. I nie tyl­ko mnie. Po­ja­wił się w tylu fil­mach, ksi­ążkach, był na ob­ra­zach, zdjęciach i pocz­tów­kach…

Moje roz­my­śla­nia prze­rwał dźwi­ęk otwie­ra­nych drzwi.

– Ga­ël­le, Char­les pro­si cię do sie­bie. – To była se­kre­tar­ka sze­fa, Ca­mélia.

– Ja­sne, już idę – od­pa­rłam, jed­nak nie od razu pod­nio­słam się z krze­sła.

Za­cze­ka­łam, aż Ca­mélia za­mknie za sobą drzwi, po czym wsta­łam i wzi­ęłam głębo­ki wdech, żeby uspo­ko­ić ner­wy. Po­tem po­wo­li wy­pu­ści­łam po­wie­trze i po­de­szłam do lu­stra. Wy­gląda­łam nie­źle i to dało mi tro­chę mocy, mo­głam iść.

Roz­kład biur na­szej re­dak­cji zna­łam na pa­mi­ęć. W ko­ńcu pra­co­wa­łam tu już tyle lat… I te­raz to mia­ło­by się tak po pro­stu sko­ńczyć? Po moim tru­pie!

We­szłam do Char­les’a bez pu­ka­nia i od razu się uśmiech­nęłam, spo­dzie­wa­jąc się za­chwy­tu w jego oczach. Nie­ste­ty tak się nie sta­ło.

– Usi­ądź, Ga­ël­le.

Char­les za­wsze ko­rzy­stał z oka­zji, żeby mi po­wie­dzieć, jak ład­nie wy­glądam. ZA­WSZE. Co się sta­ło?

– Coś się sta­ło? – spy­ta­łam, szu­ka­jąc lo­gicz­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia.

– Tak. Wła­śnie od­wie­dził mnie je­den z praw­ni­ków De­ren­nes’a.

– I?

– W spra­wie ugo­dy, któ­rą mu­sia­łem im za­pro­po­no­wać. Za­rząd ka­zał mi pró­bo­wać roz­wi­ązać tę spra­wę po­lu­bow­nie.

– No i? – Zda­wa­łam so­bie spra­wę, że to po­wta­rza­nie się brzmi głu­pio, ale nie­na­wi­dzi­łam, jak Char­lie prze­ci­ągał, a cho­dzi­ło o rze­czy, któ­re mia­ły wpływ na moją ka­rie­rę.

– No cóż, za­czy­nam z nimi ne­go­cjo­wać wa­run­ki ugo­dy.

– Ale co to ma wspól­ne­go ze mną? – wark­nęłam.

– Wie­le. – Char­les po­dra­pał się po bro­dzie. Miał ten sek­sow­ny kil­ku­dnio­wy za­rost, któ­ry tak uwiel­bia­łam… kie­dyś.

– A ja­kieś szcze­gó­ły?

– Nie po­ga­niaj mnie, Ga­ël­le! – zi­ry­to­wał się. – Na­praw­dę sta­ram się prze­ka­zać ci to jak naj­de­li­kat­niej.

To? Czy­li co?

– Zby­tek ła­ski – prych­nęłam.

– No więc… nie mu­szę cię zwal­niać. Za­cho­wa­ła­byś pra­cę.

Bym?

– To su­per wia­do­mo­ść. Gdzie jest „ale”? Żad­ne­go spro­sto­wa­nia nie na­pi­szę! – za­strze­głam od razu.

– To też nie będzie ko­niecz­ne. Wy­star­czy ogól­na in­for­ma­cja ze stro­ny re­dak­cji. Nie mu­sisz się pod nią pod­pi­sy­wać.

– Gdzie więc jest ten ha­czyk? – spy­ta­łam, czu­jąc, jak­bym sie­dzia­ła na szpil­kach, a nie na su­per wy­god­nym fo­te­lu w ga­bi­ne­cie sze­fa.

– Jed­nym z ele­men­tów ugo­dy by­ło­by prze­ka­za­nie stro­nie De­ren­nes’a ma­te­ria­łu, któ­ry ze­bra­łaś w ra­mach swo­je­go dzien­ni­kar­skie­go śledz­twa – wy­pa­lił Char­lie i od­su­nął się ode mnie, jak­by się spo­dzie­wał, że rzu­cę się na nie­go z pa­zu­ra­mi albo czy­mś w nie­go ci­snę.

I słusz­nie.

– Po moim tru­pie! – wrza­snęłam tak, że pew­nie usły­sza­ła mnie cała re­dak­cja, a może i lu­dzie pra­cu­jący w biu­rach pi­ętro ni­żej. – Ty sprze­daj­ny gno­ju!

– Gali, opa­nuj się – wark­nął. – I racz się tak nie drzeć, bo jesz­cze ktoś usły­szy, o czym roz­ma­wia­my – syk­nął pó­łszep­tem.

– A więc to taj­ne przez po­uf­ne? – za­kpi­łam.

– Ow­szem. Przy­po­mi­nam ci, że ne­go­cja­cje to taki pro­ces, w trak­cie któ­re­go stro­ny sta­ra­ją się do­jść do po­ro­zu­mie­nia, jed­no­cze­śnie ustępu­jąc jak naj­mniej ze swo­je­go sta­no­wi­ska.

– Char­lie, wiem, co to są ne­go­cja­cje, u li­cha!

– Wła­śnie wi­dzę – prych­nął. – Ty za­wsze sta­wiasz spra­wę na ostrzu noża. Gów­no wiesz o ne­go­cja­cjach, psy­cho­log z cie­bie ża­den, a stra­teg jesz­cze gor­szy, bo wi­dać po to­bie wszyst­kie emo­cje.

Tu nie­ste­ty miał ra­cję. By­łam kiep­ska w uda­wa­niu cze­go­kol­wiek. Zwłasz­cza gdy po­zwa­la­łam so­bie na emo­cje.

– Okej. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. – Sko­ro tak twier­dzisz. Ale za to uży­wam ro­zu­mu i oznaj­miam ci sta­now­czo, że nie od­dam ni­cze­go, co zdo­by­łam w trak­cie mo­je­go śledz­twa. Z bar­dzo pro­stej przy­czy­ny.

– Ja­kiej? – Char­lie zno­wu po­dra­pał się po tej swo­jej cho­ler­nie przy­stoj­nej gębie. Nie był jed­nak aż tak by­stry, za ja­kie­go chciał ucho­dzić.

Po­chy­li­łam się nad biur­kiem, zbli­ży­łam twarz do sze­fa na tyle, na ile to mo­żli­we, i ci­cho, ale sta­now­czo po­wie­dzia­łam:

– Bo to by­łby sa­mo­strzał w ko­la­no.

– Co?

– Strzał we wła­sne ko­la­no. Wy­obraź so­bie, że De­ren­nes tyl­ko nas pod­pusz­cza i jed­nak chce iść do sądu. Jak udo­wod­ni­ła­bym, że to ja mia­łam ra­cję, gdy­by­śmy mu wszyst­ko od­da­li?

– Mo­żesz zro­bić ko­pie, choć to nie­wska­za­ne.

– Nie. Dla sądu zna­cze­nie mają tyl­ko ory­gi­nal­ne do­ku­men­ty, zdjęcia i na­gra­nia.

– Eee… – Char­lie wy­glądał, jak­by prze­pa­li­ły mu się sty­ki.

Nie za­mie­rza­łam mu tego uła­twiać. A może jed­nak po­win­nam? Co bym zro­bi­ła, żeby za­cho­wać tę pra­cę?

– Za­py­taj go, skąd mam niby wzi­ąć ja­kieś do­wo­dy, sko­ro utrzy­mu­ją, że to wszyst­ko były wy­ssa­ne z pal­ca po­mó­wie­nia.

– Ale nie były.

– Nie, ale De­ren­nes tak twier­dzi. Niech się więc zde­cy­du­je, czy to po­mó­wie­nia, czy jed­nak mam do­wo­dy i mogę wy­grać tę spra­wę, na któ­rą on chce wy­ło­żyć kasę, bo w tej chwi­li sam so­bie za­prze­cza.

Char­les przez chwi­lę wy­glądał, jak­by re­se­to­wał mu się sys­tem ope­ra­cyj­ny. Nor­mal­nie sie­dział bez ru­chu i pa­trzył na mnie tymi swo­imi pi­ęk­ny­mi śle­pia­mi. Jak ten kre­tyn mógł mi się kie­dyś po­do­bać? – po­my­śla­łam zde­spe­ro­wa­na.

Ale prze­cież Char­les De­lau­rent to in­te­li­gent­ny gość. Nie za­jęło mi wie­le cza­su do­my­śle­nie się, że coś pod­ci­ęło mu skrzy­dła i trzy­ma­ło jaja w ima­dle. Ob­sta­wia­łam in­ter­wen­cję za­rządu, ale prze­cież mo­żli­we były też inne sce­na­riu­sze. Szan­taż, gro­źba… Dziew­czy­na go rzu­ci­ła, bo po pal­ców­ce nie na­stąpi­ło nic in­te­re­su­jące­go. Wie­le mo­żli­wo­ści. Ostat­nią od­rzu­ci­łam na­tych­miast. Mój szef ni­g­dy nie na­wa­lał w łó­żku ani w żad­nej rze­czy, któ­rej się pod­jął. Ktoś na nie­go moc­no na­ci­ska.

– Char­lie, ogar­nij się. Spo­koj­nie, chło­pie. – Obe­szłam biur­ko i po­ło­ży­łam sze­fo­wi rękę na ra­mie­niu.

– Spo­koj­nie? Jak mam być spo­koj­ny?

– Nor­mal­nie. Mu­sisz tyl­ko do­brze za­grać swo­ją rolę.

– Co mam im po­wie­dzieć?

– Naj­le­piej to, że nic nie do­sta­ną.

– A jak się wściek­ną?

– Do­dasz, że nie ma żad­ne­go ma­te­ria­łu do­wo­do­we­go. Wszyst­ko wy­my­śli­łam. Na po­zo­sta­łe wa­run­ki się zgó­dź, bo coś mu­sisz im za­ofe­ro­wać. Na­pi­szesz wy­ja­śnie­nie i tak da­lej…

– A co, jak pój­dą do sądu?

– Je­śli pój­dą. Wte­dy za­cznie­my się mar­twić.

– Ale to twój ko­niec w tej bra­nży. Nikt nie będzie chciał już z tobą roz­ma­wiać, jak wyj­dzie, że nie mia­łaś do­wo­dów.

Kur­de, tego nie ogar­nęłam. By­łam tak pew­na swe­go, że nie wpa­dłam na to, jak przez pry­zmat kon­flik­tu z gwiaz­dą tego for­ma­tu co Do­mi­ni­que De­ren­nes mogą mnie po­strze­gać inni ce­le­bry­ci.

– No to trze­ba to zro­bić ina­czej.

– Co pro­po­nu­jesz?

– Prze­ci­ągać ne­go­cja­cje w nie­sko­ńczo­no­ść, aż te­mat ucich­nie.

– De­ren­nes na to nie pój­dzie.

– Pój­dzie, do­pó­ki będzie my­ślał, że nas ma i wszyst­ko do­sta­nie. A po ja­ki­mś cza­sie lu­dzie o tym za­pom­ną i jemu też nie opła­ci się od­grze­by­wać tego sple­śnia­łe­go ko­tle­ta. On ma do stra­ce­nia wi­ęcej niż my.

– Je­steś ge­nial­na, Gali.

Nie­skrom­nie nie za­prze­czę. Na­wet je­śli cho­ler­nie się boję, bo moja ka­rie­ra wisi na wło­sku.

– Pa­mi­ętaj, że mnie też za­le­ży na „CON­TEM­PO­RA­IN”.

Pew­na swe­go zwy­ci­ęstwa, przy­naj­mniej nad Char­les’em, opu­ści­łam ga­bi­net re­dak­to­ra na­czel­ne­go i wró­ci­łam do swo­je­go biu­ra. Zno­wu spoj­rza­łam przez okno na bu­dy­nek dwor­ca i przy­po­mnia­łam so­bie sce­nę z fil­mu Wa­ka­cje Ja­sia Fa­so­li. Par­sk­nęłam śmie­chem. Gare de Lyon po­pra­wiał mi hu­mor le­piej niż nie­je­den czło­wiek.

Wte­dy po­my­śla­łam o dziw­nym za­da­niu, któ­re pró­bo­wał mi wci­snąć Char­lie. Wczo­raj się tym nie zaj­mo­wa­łam, bo za bar­dzo po­chło­nął mnie emo­cjo­nal­ny i fi­zycz­ny re­set, ale prze­cież coś mu­sia­łam ro­bić, żeby nie zwa­rio­wać. Mo­żli­we, że mój szef miał ra­cję i ja­ki­kol­wiek kon­flikt z De­ren­nes’em mógł spo­wo­do­wać, że inni ce­le­bry­ci od­mó­wią mi wy­wia­dów. Po­trzeb­ny był plan awa­ryj­ny.

Jak ten sek­so­ho­lik się na­zy­wał? Ale­xan­der Hu­ghes, lat trzy­dzie­ści sze­ść, mi­liar­der i play­boy – przy­po­mnia­łam so­bie. I jaki mia­łby być ty­tuł naj­lep­sze­go ar­ty­ku­łu mo­je­go ży­cia? Zna­ny z tego, że jest bo­ga­ty? Wes­tchnęłam, bo na­praw­dę nie ci­ągnęło mnie, żeby roz­gry­zać aku­rat tego go­ścia, któ­ry nie wsła­wił się ni­czym szcze­gól­nym poza swo­im bo­gac­twem i sty­lem ży­cia. Nie on je­den odzie­dzi­czył tyle kasy, że mógł przez całe ży­cie ro­bić tyl­ko to, na co miał ocho­tę. Nie wy­ró­żniał się ni­czym szcze­gól­nym, żeby za­słu­żyć na mój wy­wiad. A przy­naj­mniej tak my­śla­łam, za­nim za­głębi­łam się w lek­tu­rę tego, co wu­jek Go­ogle wie­dział o Hu­ghe­sie.

Za­częłam od jego zdjęć. Oczy­wi­ście do­stęp­ne były tyl­ko te ofi­cjal­ne i au­to­ry­zo­wa­ne przez jego lu­dzi. Z naj­wi­ęk­szych, naj­bar­dziej zna­nych im­prez i za­wsze w to­wa­rzy­stwie pi­ęk­nych ko­biet. Na­wet z Go­ogli po­usu­wał nie­wy­god­ne in­for­ma­cje.

Bru­net, kar­me­lo­we oczy, metr osiem­dzie­si­ąt czte­ry wzro­stu, ide­al­na syl­wet­ka. Zwy­kle no­sił de­li­kat­ny za­rost, bo kie­dy się ogo­lił, wy­glądał na dwu­dzie­sto­lat­ka. Przy­naj­mniej na zdjęciach. No, było na czym oko za­wie­sić. Ale co z tego, sko­ro to za­du­fa­ny w so­bie bo­ga­ty buc, któ­ry wszyst­kich trak­tu­je in­stru­men­tal­nie? A szcze­gól­nie ko­bie­ty nie mia­ły cze­go przy nim szu­kać, je­śli in­te­re­so­wa­ło je co­kol­wiek in­ne­go niż ka­rie­ra przez łó­żko.

Za­częłam czy­tać i mi­mo­wol­nie wci­ągnęłam się w plot­ki o Hu­ghe­sie.

Play­boy wi­dy­wa­ny z set­ka­mi ko­biet w ci­ągu ostat­nich kil­ku­na­stu lat, to jest od kie­dy za­czął się po­ka­zy­wać pu­blicz­nie po śmier­ci ro­dzi­ców. Z SET­KA­MI. Te licz­by po­ra­ża­ły. Wy­cho­dzi­ło na to, że w ci­ągu roku przez jego łó­żko prze­wi­ja­ło się na­wet kil­ka­dzie­si­ąt ko­biet. I ka­żda jed­na prze­pi­ęk­na. Blon­dyn­ki, bru­net­ki, sza­tyn­ki, Azjat­ki, Mu­lat­ki, Afry­kan­ki, wszyst­kie jak mo­del­ki. Gdzie mnie do nich z moim me­trem sze­śćdzie­si­ąt czte­ry i zu­pe­łnie prze­ci­ęt­ną fi­gu­rą? I jesz­cze te kręco­ne rude ku­dły, któ­re od lat far­bo­wa­łam na brąz i pro­sto­wa­łam, żeby nikt się nie do­my­ślił. Plan Char­les’a miał je­den wiel­ki mi­nus. MNIE. Hu­ghes po pro­stu ni­g­dy by mnie nie za­trud­nił, pa­trząc na kry­te­ria, któ­ry­mi zwy­kle się kie­ro­wał przy wy­bo­rze asy­sten­tek, nie mó­wi­ąc już o ko­chan­kach. Zero szans, żeby się tam do­stać in­co­gni­to!

Już mia­łam so­bie od­pu­ścić po­goń za ame­ry­ka­ńskim snem o dzien­ni­kar­skiej sła­wie, kie­dy moją uwa­gę przy­kuł je­den ar­ty­kuł, nie­spe­cjal­nie wy­po­zy­cjo­no­wa­ny w Go­oglach. Albo tak do­brze ukry­ty, bo znaj­do­wał się do­pie­ro na czwar­tej stro­nie li­sty wy­szu­ki­wa­nia.

Zni­ka­jące ko­bie­ty Hu­ghe­sa. Trud­no prze­jść obo­jęt­nie wo­bec ta­kiej hi­sto­rii, na­wet je­śli mo­gła być wy­ssa­na z pal­ca. Zni­ka­jące ko­bie­ty. ZNI­KA­JĄCE KO­BIE­TY, do cho­le­ry! Sły­sza­łam już o tym, jak bru­tal­nie mi­liar­der trak­to­wał dzien­ni­ka­rzy, ale żeby też wła­sne ko­chan­ki?

Ko­lej­na ci­ężar­na part­ner­ka znik­nęła z oto­cze­nia mi­liar­de­ra Ale­xan­dra Hu­ghe­sa – brzmiał pod­ty­tuł.

Ko­lej­na? A więc było ich wi­ęcej? – za­in­te­re­so­wa­łam się. I już czy­ta­łam da­lej.

Mi­liar­der zna­ny jest z tego, że zmie­nia ko­bie­ty jak ręka­wicz­ki, ale co in­ne­go spo­ty­kać się nie­zo­bo­wi­ązu­jąco z wie­lo­ma ko­bie­ta­mi, a co in­ne­go wy­rzu­cać je na bruk po kil­ku­mie­si­ęcz­nym wspól­nym miesz­ka­niu w – nie bój­my się tego sło­wa – HA­RE­MIE pana Hu­ghe­sa. A jesz­cze gor­szą opcją jest… No wła­śnie: co? Jak na­zwać zni­ka­nie ko­biet, któ­re były ofi­cjal­nie zwi­ąza­ne z Hu­ghe­sem i z któ­ry­mi po­ka­zy­wał się pu­blicz­nie? Wy­star­czy­ło, że po­chwa­li­ły się w so­cial me­diach wi­docz­ną ci­ążą, po czym za­pa­da­ły się pod zie­mię. Nie uda­ło nam się do­trzeć do ani jed­nej z nich.

Co­raz sze­rzej otwie­ra­łam oczy, czy­ta­jąc ten ar­ty­kuł. To ja­kiś zwy­rod­nia­lec! – po­my­śla­łam i wbrew so­bie po­czu­łam nie­zdro­wą eks­cy­ta­cję. Jak to się mówi o dzien­ni­ka­rzach? Czu­ją pi­smo no­sem? Tak wła­śnie było ze mną. Wy­węszy­łam sen­sa­cję, ja­kiej nie było mi dane opi­sać do tej pory. Na­wet De­ren­nes i jego szem­ra­ne po­wi­ąza­nia z dyk­ta­to­rem Wszech­ru­si nie mo­gły się rów­nać z psy­cho­pa­tycz­nym mi­liar­de­rem-play­boy­em. I już wie­dzia­łam, że Char­lie wpu­ścił mnie w ka­nał. On do­sko­na­le wie­dział, że jak za­cznę o tym czy­tać, to będę chcia­ła to zro­bić, nie zwa­ża­jąc na nie­bez­pie­cze­ństwo! – zro­zu­mia­łam.

Za­nim za­mknęłam słu­żbo­we­go lap­to­pa, usu­nęłam jesz­cze z prze­glądar­ki hi­sto­rię i co­okies, na­wet je­śli zwy­kle pra­co­wa­łam w try­bie in­co­gni­to. Nie mia­łam w zwy­cza­ju trzy­mać wa­żnych in­for­ma­cji w biu­rze ani zdra­dzać ni­ko­mu na­stęp­ne­go celu mo­je­go dzien­ni­kar­skie­go śledz­twa. Tym bar­dziej że bra­ko­wa­ło mi prze­ko­na­nia, że je­stem na nie go­to­wa. Trak­to­wa­łam tę opcję jako osta­tecz­no­ść. Za bar­dzo przy­zwy­cza­iłam się do mo­ich: pra­cy, miesz­ka­nia i sty­lu ży­cia, żeby tak ła­two z tego zre­zy­gno­wać. By­łam jed­nak pew­na, że jesz­cze po­czy­tam so­bie o panu Ale­xan­drze Hu­ghe­sie.

Po prze­rwie obia­do­wej nie wra­ca­łam już do biu­ra. Po­sta­no­wi­łam zro­bić so­bie wol­ne. Po­trze­bo­wa­łam spo­koj­nej gło­wy, żeby to wszyst­ko prze­my­śleć, tak to so­bie uspra­wie­dli­wi­łam. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak wró­ci­łam do domu i po­grąży­łam się w nie­by­cie. Zrzu­ci­łam ża­kiet, su­kien­kę, a po­tem wci­ągnęłam na sie­bie krót­kie leg­gin­sy i top na ra­mi­ącz­kach. W wy­god­nym stro­ju po­ło­ży­łam się na łó­żku i za­częłam czy­tać pierw­szą ksi­ążkę z mo­je­go sto­su ha­ńby. Oka­za­ła się tak nud­na, że przy­snęłam po trze­cim roz­dzia­le.

Koło szes­na­stej za­dzwo­nił Char­les, bu­dząc mnie z tej nie­pla­no­wa­nej drzem­ki.

– Ga­ël­le, je­steś w domu? – spy­tał bez ogró­dek, kie­dy ode­bra­łam.

– Je­stem – od­po­wie­dzia­łam szcze­rze, choć nie mia­łam po­jęcia, o co może mu cho­dzić i cze­mu o to pyta.

– Przy­ja­dę do cie­bie, będę za pół go­dzi­ny.

Co?

– Słu­cham? Ale po co?

– Mu­si­my po­ga­dać – od­pa­rł i po pro­stu się roz­łączył.

Char­lie ni­g­dy u mnie nie był, na­wet w cza­sie na­sze­go krót­kie­go ro­man­su po­nad dwa lata temu. Nie mia­łam po­jęcia, co ta jego nie­spo­dzie­wa­na wi­zy­ta może ozna­czać.

Ze­rwa­łam się z łó­żka, żeby się ogar­nąć. No bo sko­ro Char­les De­lau­rent chciał do mnie przy­je­chać… Za­raz jed­nak pal­nęłam się z pla­ska­cza w czo­ło. Prze­cież mia­łam się już nim nie przej­mo­wać! Zwol­ni­łam więc cha­otycz­ne ru­chy i zwy­czaj­nie po­szłam do kuch­ni, żeby na­pić się wody i ze­brać my­śli.

Char­lie przy­je­chał przed sie­dem­na­stą, co ozna­cza­ło, że po­ko­na­ły go po­po­łu­dnio­we kor­ki w mie­ście. Nie­spe­cjal­nie mnie to zdzi­wi­ło. Mój na­czel­ny wy­glądał jak zwy­kle nie­na­gan­nie. Uśmiech­nął się nie­znacz­nie, kie­dy za­uwa­żył, że nie mam na so­bie sta­ni­ka, przez co ści­ągnęły mi się sut­ki. A wca­le tego nie chcia­łam. Skrzy­żo­wa­łam ręce na pier­si, żeby je za­sło­nić, i spoj­rza­łam na nie­go py­ta­jąco.

Od­chrząk­nął i za­raz zno­wu przy­brał po­wa­żny wy­raz twa­rzy.

– Cze­ść, Ga­ël­le. Mogę we­jść? – spy­tał.

– Ja­sne.

– Dzi­ęku­ję.

Char­les za­mknął za sobą drzwi i wsze­dł za mną aż do sa­lo­nu.

– Usi­ądź. – Wska­za­łam mu fo­tel.

Po­słu­chał.

– Ty też usi­ądź, Gali.

– Okej. A na­pi­jesz się cze­goś?

– Po­pro­szę o wodę – od­pa­rł wy­stu­dio­wa­nym, uda­jącym opa­no­wa­nie to­nem.

Mnie jed­nak nie oszu­kał. Był zde­ner­wo­wa­ny.

Przy­nio­słam nam wodę i usia­dłam na­prze­ciw Char­lie­go, po­da­jąc mu szklan­kę. Sama unio­słam dru­gą do ust, bo ja­koś dziw­nie mi w nich za­schło. Nie chcia­łam się de­ner­wo­wać, ale w tej sy­tu­acji trud­no było za­cho­wać spo­kój.

– Gali, mamy pro­blem – wy­pa­lił, kie­dy już od­sta­wił pu­stą szklan­kę na sto­lik.

– Mów.

Nie lu­bi­łam roz­wle­kać ta­kich sy­tu­acji. Sko­ro przy­sze­dł do mnie z czy­mś wa­żnym, chcia­łam po­znać to coś jak naj­szyb­ciej, żeby móc się z tym zmie­rzyć. Char­lie chy­ba za­uwa­żył w mo­ich oczach znie­cier­pli­wie­nie, więc za­czął:

– Na krót­ko przed szes­na­stą w re­dak­cji po­ja­wił się zno­wu ten praw­nik De­ren­nes’a… – Wzi­ął głęb­szy wdech i po­wo­li wy­pu­ścił po­wie­trze.

– I?

Zno­wu to samo!

– Mu­szą mieć two­je ma­te­ria­ły. Nie od­pusz­czą.

– Gu­zik do­sta­ną! – wark­nęłam, kie­dy szef spu­ścił na mnie ko­lej­ną bom­bę:

– Od­da­łem im twój lap­top słu­żbo­wy, żeby po­ka­zać na­szą do­brą wolę roz­wi­ąza­nia tego kon­flik­tu po­lu­bow­nie.

– Co zro­bi­łeś?! – Nie do­wie­rza­łam.

– Praw­nik De­ren­nes’a pod­pi­sał u mnie pro­to­kół prze­ka­za­nia sprzętu. W ra­zie cze­go je­ste­śmy chro­nie­ni… – za­uwa­żył.

Ale ja już go nie słu­cha­łam. Te jego tłu­ma­cze­nia były chu­ja war­te! Co za de­bil! Jak mo­żna zro­bić coś ta­kie­go?

– Je­steś idio­tą, Char­lie. Sam się pro­sisz o to, żeby trak­to­wa­li cię jak szma­tę – sark­nęłam, bo nie mia­łam już po­wo­du, żeby mu nie ubli­żać. Zero aser­tyw­no­ści!

– Nie ro­zu­miesz, że pró­bu­ję chro­nić twój ty­łek, Ga­ël­le? – jęk­nął.

– Ra­czej swój! – wy­gar­nęłam mu. – De­ren­nes zła­pał cię za jaja i dyma od tyłu, a ty mu jęczysz, jak on za­gra!

No, może tro­chę od­je­cha­ła mi wy­obra­źnia, bo już jak to so­bie zwi­zu­ali­zo­wa­łam, po­czu­łam się znie­sma­czo­na. Przy­po­mnia­ła mi się sce­na z jed­ne­go fil­mu, w któ­rym De­ren­nes grał sław­ne­go pi­sa­rza i po­su­wał in­ne­go, młod­sze­go, któ­ry my­ślał, że zro­bi ka­rie­rę przez łó­żko. Char­lie chy­ba przy­po­mniał so­bie to samo i po­czuł się ura­żo­ny tym po­rów­na­niem, bo wy­raz jego twa­rzy z przy­ja­zne­go stał się zim­ny.

– Py­ska­ta jak za­wsze – syk­nął. – Kie­dy ty się na­uczysz, że po­kor­ne cie­lę dwie mat­ki ssie?

– Cie­lę może tak. Ja ni­ko­go ssać nie za­mie­rzam – od­py­sko­wa­łam. – Wsta­łam z ko­lan i wi­ęcej nie wró­cę do pod­da­ńczej po­zy­cji, zwłasz­cza przed fa­ce­tem! Nikt nie będzie mi dyk­to­wał, co mam ro­bić. Tak, do­brze mu po­wie­dzia­łam. Ras-le-bol!5

– A je­śli to ja cię po­pro­szę? – spy­tał na­gle. – Na ko­la­nach? – Char­les wstał z fo­te­la, pod­sze­dł do ka­na­py, na któ­rej sie­dzia­łam, uklęk­nął na oba ko­la­na i spoj­rzał na mnie bła­gal­nie. – Bła­gam, Gali, po­móż mi ura­to­wać „CON­TEM­PO­RA­IN”.