Mroczna melodia - Pam Godwin - ebook
BESTSELLER

Mroczna melodia ebook

Pam Godwin

4,5

83 osoby interesują się tą książką

Opis

Melodia, której on ją uczy, jest oparta na skali, o której bała się myśleć.

Ivory ma wielki talent i jeszcze większą nadzieję, że prestiżowa szkoła muzyczna pozwoli jej go rozwijać. Choć nie jest łatwo, bo w przeciwieństwie do innych uczniów pochodzi z biednej, patologicznej rodziny, nie załamuje się i ciężko pracuje na swój sukces.

Emeric to arogancki, autorytarny i piekielnie przystojny nauczyciel muzyki. Jego pojawienie się w szkole zachwieje światem Ivory i sprawi, że wygrywane przez nią melodie od tej pory będą w tonacji pożądania. Uczennicę i nauczyciela połączy mroczna relacja, w której tylko muzyka pozostanie bez skazy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 517

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
KinMos

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka
20
LucynaKorfel

Nie oderwiesz się od lektury

Super! Czekam na kolejne wydania tej autorki.
00
kiniamisia

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka.
00
KatarzynaBakMrowa

Nie oderwiesz się od lektury

Wielkie łał i mam nadzieję, że więcej książek tej autorki zostanie wydanych:)
00
Klaudiaaa16

Nie oderwiesz się od lektury

Świetnaaaa!!!!
00

Popularność




Ivory

Bieda.

Kiedyś było łatwiej.

Może dlatego, że nie zapamiętałam jej z dzieciństwa. Bo byłam szczęśliwa.

Teraz zostały mi tylko nieopłacone rachunki, smutek i wrzask.

Mam siedemnaście lat i niewiele wiem o świecie, niemniej uważam, że bycie niechcianą i nieszczęśliwą trudniej znieść niż brak jedzenia.

Węzeł w żołądku się zaciska. Może jeśli zwymiotuję przed wyjściem z domu, przestanę się tak denerwować i rozjaśni mi się w głowie. Tyle że nie mogę sobie pozwolić na utratę kalorii.

Robię głęboki wdech, aby się upewnić, że guziki w najładniejszej bluzce się trzymają, a mój wydatny biust pozostaje skromnie zasłonięty. Spódnica do kolan leży na mnie lepiej niż w sklepie z używaną odzieżą, a balerinki… Najlepiej o tym zapomnieć. Nic nie poradzę na popękane podeszwy i przetarcia na noskach. Mam tylko te jedne buty.

Wychodzę z łazienki, przemykam na palcach przez kuchnię, przeczesując włosy drżącymi palcami. Mokre kosmyki opadają mi na plecy i moczą bluzkę. „Cholera, czy spod mokrego materiału prześwieca stanik?” Trzeba było upiąć włosy albo je wysuszyć, lecz nie wystarczy mi czasu, przez co żołądek zaciska mi się jeszcze bardziej.

Jezu, nie powinnam się tak denerwować. To tylko pierwszy dzień roku szkolnego. Mam ich wiele za sobą.

Ten jest jednak ostatni.

Zadecyduje o reszcie mojego życia.

Jeden błąd – egzamin końcowy zdany ciut gorzej niż perfekcyjnie, pogwałcenie dress code’u, minimalne naruszenie zasad – przekieruje uwagę z mojego talentu na fakt, że jestem biedną dziewczyną z Tremé. Z każdym krokiem po marmurowym holu Akademii Le Moyne staram się wykazać, że jestem kimś więcej niż tą dziewczyną.

Le Moyne należy do najbardziej uznanych, elitarnych i drogich liceów artystycznych w kraju, co mnie onieśmiela. Cholernie przeraża. I nie ma znaczenia to, że jestem najlepszą pianistką w Nowym Orleanie. Od pierwszego roku akademia szuka powodu, żeby mnie wyrzucić i na moje trudne do zdobycia miejsce upchnąć kogoś obdarzonego talentem oraz kapitałem.

Odór zatęchłego dymu sprowadza mnie do rzeczywistości. Naciskam włącznik na ścianie i światło zalewa sterty zgniecionych puszek po piwie i pustych pudełek po pizzy. W zlewie walają się zaschnięte brudne naczynia, podłoga pstrzy się niedopałkami. „A to co, u diabła?” Pochylam się nad blatem i mrużąc oczy, przyglądam się przypalonym resztkom w zagłębieniu łyżki.

„O ja pierdolę”. Mój brat wykorzystał nasze najlepsze sztućce do podgrzewania cracku? W przypływie złości wrzucam łyżkę do śmieci.

Shane twierdzi, że nie może opłacać rachunków, ale ten bezrobotny wałkoń zawsze ma kasę na imprezowanie. Nie dość na tym. Kuchnia wyglądała nienagannie, kiedy kładłam się spać, z pominięciem grzyba kwitnącego na ścianach i łuszczącego się laminatu blatów. To jest nasz dom, do diaska. Tylko to nam zostało. Shane i mama nie mają pojęcia, co musiałam przejść, żebyśmy nie zalegali ze spłatą kredytu. Mam nadzieję, że dla ich dobra nigdy się nie dowiedzą.

Miękkie futro muska mi kostkę, ściągając moją uwagę w dół. Ogromne złote oczy patrzą na mnie z rudego pręgowanego pyszczka i natychmiast rozluźniają mi się barki.

Schubert przekrzywia łepek i łaskocze mnie wąsikami w nogę, wymachując przy tym ogonem. Zawsze wie, kiedy potrzebuję czułości. Czasem mi się wydaje, że jest jedyną miłością, jaka została w tym domu.

– Muszę lecieć, słodziaku – szepczę i pochylam się, żeby podrapać go za uszami. – Bądź grzecznym kotkiem, dobrze?

Wyciągam ostatni kawałek chleba bananowego z ukrycia w głębi szafki przepełniona ulgą, że Shane go nie znalazł. Zawijam chleb w papierowy ręcznik i próbuję jak najciszej przemknąć się do drzwi wyjściowych.

Nasz walący się dom ma szerokość jednego pokoju i długość pięciu. Nie ma w nim przedpokoju. Z pomieszczeń przechodzi się drzwiami ustawionymi w jednej linii – mogłabym stanąć przy końcu i strzelić z pistoletu w kierunku wejścia, a kula nie przebiłaby żadnej ściany.

Mogłabym postrzelić Shane’a. Celowo. Bo jest pieprzonym ciężarem i marnuje życie. Jest też moim o dziewięć lat starszym i blisko osiemdziesiąt kilogramów cięższym jedynym bratem.

Stuletnie deski na podłodze skrzypią pod moimi stopami. Wstrzymuję oddech w oczekiwaniu na pijacki ryk Shane’a.

Cisza. „Dziękuję ci, Jezu”.

Przyciskam zawinięty kawałek chleba do piersi i najpierw przechodzę przez pokój mamy. Trzydzieści minut temu szłam tędy do łazienki, zaspana i powłócząc nogami w ciemności. Teraz wpada tu światło z kuchni i wybrzuszenie na łóżku wyraźnie przypomina ludzką postać.

Potykam się zaskoczona i usiłuję sobie przypomnieć, kiedy to widziałam ją ostatnio. Dwa… trzy tygodnie temu?

Serce mi trzepocze pod mostkiem. Może wróciła do domu, żeby życzyć mi powodzenia pierwszego dnia?

Docieram do łóżka w trzech krótkich krokach. Pokoje na planie prostokąta są ciasne i wąskie, za to wysokie na co najmniej trzy i pół metra. Tata mawiał, że ta wysokość i rozkład domu służą wentylacji, dzięki której jego miłość może tędy przepływać.

Taty już nie ma, a w domu krąży wyłącznie zbutwiały, dławiący oddech okien.

Pochylam się nad łóżkiem i w cieniu próbuję wypatrzyć krótkie włosy mamy. Natykam się jednak na gorzki smród piwa i trawki. „Oczywiście”. Przynajmniej jest sama. Nie mam ochoty poznawać faceta miesiąca, z którym się akurat pieprzyła.

Powinnam ją obudzić? Instynkt podpowiada mi, żebym tego nie robiła, ale niech to – tak bardzo pragnę poczuć jej objęcia.

– Mamo – szepczę.

Wybrzuszenie się porusza i spod koca wydobywa się głęboki pomruk. Męski, znany mi przeraźliwie dobrze.

Wzdłuż kręgosłupa przebiega mi chłód, gdy cofam się niezdarnie. Co najlepszy kumpel mojego brata robi w łóżku mamy?

Lorenzo unosi grubą rękę i jego dłoń chwyta mnie za kark i przyciąga.

Upuszczam chleb, próbując się odepchnąć, on jednak jest silniejszy, podły i nie reaguje na „nie”.

– Nie – mówię mimo wszystko. Boję się podnieść głos. Tętniąca krew szumi mi w uszach. – Przestań!

Wciąga mnie do łóżka i kładzie twarzą do dołu pod swoim spoconym cielskiem. Dusi mnie cuchnący piwem gorący oddech. Potem czuję jego ciężar, ręce… Boże, jego erekcję. Szturcha mnie kutasem w tyłek, podciąga mi spódnicę, dyszy szorstko w ucho.

– Złaź ze mnie! – Wiję się wściekle i gorączkowo chwytam koc palcami, niczego nie uzyskując. – Nie chcę tego. Proszę, nie…

Zasłania mi usta dłonią, a jego siła mnie unieruchamia.

Moje ciało robi się zimne, bezwładne, zapada się jak martwe, oddziela się od głowy. Pozwalam sobie odlecieć, skupić się na bezpieczeństwie, które znam, które kocham; otulam całe swoje istnienie ponurą atmosferą, lekkimi uderzeniami w klawisze fortepianu, atonalną muzyką. To Dziewiąta sonata Skriabina. Wyobrażam sobie swoje palce tańczące po klawiaturze, słyszę niepokojącą melodię i czuję, jak każda rozedrgana nuta wciąga mnie coraz głębiej w czarną otchłań. Z dala od pokoju. Od mojego ciała. Od Lorenza.

Dłoń przesuwa się na moją klatkę piersiową, ściska pierś, ciągnie za bluzkę, ja jednak zatopiłam się w dysharmonijnych nutach, odtwarzam je pieczołowicie, odwracam swoją uwagę. Nie może mnie skrzywdzić. Nie w towarzystwie muzyki. Już nigdy więcej.

Zmienia pozycję, wciska dłoń między moje pośladki, pod majtki, i bada brutalnie otwór z tyłu, który zawsze rozkrwawia.

Sonata rozpada się w mojej wyobraźni, a ja staram się poskładać dźwięki. Jego palce są jednak nieustępliwe, dłoń dławi mój krzyk. Łapię powietrze i gorączkowo macham nogami w pobliżu szafki nocnej. Uderzam stopą w lampkę i zrzucam ją z łoskotem na podłogę.

Lorenzo zamiera i mocniej przyciska dłoń do moich ust.

Ściana przy mojej głowie pulsuje głośnym waleniem – to Shane uderza w nią pięścią w swoim pokoju. Krew we mnie tężeje.

– Ivory! – ryczy mój brat zza ściany. – Obudziłaś mnie, kurwa, ty bezwartościowa pizdo!

Lorenzo zrywa się na równe nogi i staje w świetle wpadającym z kuchni do pokoju. Plemienne tatuaże czernią jego tors, a workowate dresy zsuwają się z wąskich bioder. Jakaś naiwna osoba mogłaby uznać jego mocną sylwetkę i latynoskie rysy twarzy za atrakcyjne. Lecz pozory mylą i pod powłoką znajduje się przegniła dusza.

Zsuwam się z łóżka, obciągam spódnicę i podnoszę zawinięty chleb z podłogi. Aby dotrzeć do drzwi wejściowych, muszę przejść przez pokój Shane’a, a potem dzienny. Może jeszcze się nie wygramolił spod koca.

Z mocno bijącym sercem wpadam w smolistą czeluść pokoju brata i… łup! Odbijam się od jego gołej klaty.

Spodziewając się jego reakcji, schodzę z toru pierwszego ciosu, lecz tym samym odsłaniam policzek, w który uderza drugą dłonią z taką siłą, że cofam się do pokoju mamy. Shane mnie nie odstępuje, powieki ma ciężkie od alkoholu i narkotyków.

Pomyśleć, że kiedyś był podobny do taty. To było, zanim… Z każdym dniem linia jego blond włosów cofa się coraz bardziej, policzki zapadają się w ziemistej twarzy, a brzuch wisi mu coraz niżej nad żenującymi sportowymi spodenkami.

Nie pracuje, odkąd zdezerterował z marines cztery lata temu. W owym roku nasze życie zamieniło się w bagno.

– DLACZEGO DO KURWY NĘDZY – odzywa się, przysuwając twarz do mojej twarzy – budzisz cały pieprzony dom o piątej rano?

W zasadzie zbliża się szósta i muszę coś szybko załatwić, zanim wyruszę w czterdziestopięciominutową drogę.

– Idę do szkoły, dupku. – Prostuję się, chociaż w żołądku czuję potworny strach. – Powinieneś raczej spytać, dlaczego Lorenzo śpi w łóżku mamy, dlaczego mnie obłapia i dlaczego się darłam, żeby przestał.

Wiodę wzrokiem za spojrzeniem Shane’a lądującym na jego przyjacielu. Wyblakły tusz pnie się po bokach twarzy Lorenza, niewidoczny pod ciemnymi bokobrodami. Świeży tatuaż na szyi, głoszący „Destroy*”, jarzy się taką samą czernią jak jego oczy. Z tego, jak patrzą, wnioskuję, że to obietnica.

– Znowu do mnie przyszła. – Wpatruje się we mnie intensywnie, a wyraz jego twarzy odzwierciedla złe zamiary. – Nie daje mi spokoju. Jak tylko nie patrzysz, ściąga ze mnie ciuchy i…

Shane chwyta mnie za kark i pcha twarzą w kierunku ościeżnicy. Próbuję zrobić unik i szarpię się z siłą jego gniewu, mimo to uderzam ustami w ostry kant.

Czuję przeszywający ból. Smak krwi każe mi unieść brodę, żeby nie pobrudzić ubrania.

Shane mnie puszcza. Ciężkie powieki przysłaniają jego mętne oczy, lecz nienawiść brata jest silniejsza niż kiedykolwiek.

– Jeśli jeszcze kiedyś będziesz machała cyckami przed moimi przyjaciółmi, odetnę ci je. Słyszysz?

Przystawiam dłoń do mostka i serce mi zamiera, gdy czuję pod nią ziejący dekolt bluzki. Brakuje co najmniej dwóch guzików. „Cholera!” Akademia to zanotuje albo co gorsza, zostanę wyrzucona. Rozpaczliwie rozglądam się po łóżku i podłodze w poszukiwaniu plastikowych kropek w morzu porozrzucanych ciuchów. Nigdy ich nie znajdę, a jeśli nie wyjdę natychmiast, znowu poleje się krew i stracę więcej guzików.

Odwracam się i przebiegam przez pokój Shane’a; przyspieszam, słysząc jego wściekły wrzask. W pokoju dziennym zgarniam torbę z kanapy, na której śpię, i wypadam za drzwi. Oddycham z ulgą w stronę szarego nieba. Słońce wstanie za godzinę, a na pustej ulicy panuje cisza.

Gdy przemierzam trawnik przed domem, staram się usunąć minione dziesięć minut i upchnąć je w walizce. Takiej starego typu, z brązowej skóry i z małymi sprzączkami. Wyobrażam sobie, że zostawiam ją na werandzie, bo więcej nie udźwignę.

Podbiegam na przystanek dziewięćdziesiątkijedynki. Jeśli się pospieszę, zdążę zajrzeć do Stogiego, zanim przyjedzie autobus.

Lawirując pomiędzy dziurami na majestatycznych, wysadzanych drzewami ulicach, mijam rzędy domów pomalowanych na wszelkie możliwe kolory i ozdobionych w charakterystyczny dla głębokiego Południa sposób. Barierki z kutego żelaza, lampy gazowe, gilotynowe okna i szczyty z misternie wyrzeźbionymi spiralnymi ornamentami nadal są tu obecne, jeśli umie się ignorować widok zapadających się werand, graffiti i gnijących śmieci. Co rusz widać też puste zarośnięte działki, jakbyśmy potrzebowali przypomnienia o ostatnim huraganie. Dawne Tremé rezonuje jednak w żyznej ziemi, kulturowej historii i zmęczonych uśmiechach ludzi nazywających tę część miasta swoim domem.

Ludzi takich jak Stogie.

Naciskam klamkę u zakratowanych drzwi sklepu muzycznego i stwierdzam, że nie są zamknięte. Pomimo niedostatku klientów Stogie otwiera interes, gdy tylko się obudzi. Przecież z tego żyje.

Dzwonek nad moją głową brzęczy, a ja czuję przymus, by spojrzeć na stare pianino Steinway stojące w rogu. Odkąd pamiętam, każdego lata bębniłam w jego klawiaturę, aż bolały mnie plecy i traciłam czucie w palcach. W końcu te wizyty doprowadziły do zatrudnienia mnie. Zajmuję się klientami, księgowością, remanentem, czymkolwiek w zależności od potrzeb. Lecz tylko latem, gdy nie mogę czerpać zysków ze swojego innego źródła.

– Ivory? – Chrapliwy baryton Stogiego rozlega się śpiewnie w pomieszczeniu.

Kładę chleb bananowy na szklanej ladzie i wołam w kierunku zaplecza:

– Przyniosłam ci śniadanie.

Szuranie kapci oznajmia, że mężczyzna się zbliża i jego przygarbiona sylwetka wyłania się z części mieszkalnej w głębi. Ma dziewięćdziesiąt lat, a wciąż porusza się szybko i przemierza sklep, jakby jego kruchego ciała nie trawił artretyzm.

Chociaż przymglony blask ciemnych oczu zdradza kiepski wzrok, to gdy podchodzi bliżej, natychmiast dostrzega brakujące guziki przy mojej bluzce i rozciętą opuchniętą wargę. Zmarszczki pod daszkiem jego bejsbolówki się pogłębiają. Widział już dzieło Shane’a i jestem mu wdzięczna, że o nic nie pyta i nie użala się nade mną. Może i jestem jedyną białą dziewczyną w okolicy, a na pewno jedynym dzieciakiem uczącym się w prywatnej szkole, ale różnice na tym się kończą. Dźwigany przeze mnie bagaż jest tak powszechny w Tremé jak widok porozrzucanych koralików na Bourbon Street po święcie Mardi Gras**.

Stogie ogląda mnie od stóp do głów, drapie się po wąsach, których biel mocno kontrastuje z czarną jak smoła skórą. Wyraźne drżenie wstrząsa jego rękami; prostuje barki, niewątpliwie usiłując ukryć ból. Od miesięcy obserwuję, jak pogarsza się jego zdrowie, i nie mogę temu zaradzić. Nie wiem, jak go wesprzeć i ulżyć mu w cierpieniu, co mnie powoli dobija.

Znam jego sytuację finansową. Nie stać go na leki, wizyty lekarskie lub choćby podstawowe rzeczy w rodzaju jedzenia. A z pewnością nie może sobie pozwolić na pracownika, przez co moje dochody z poprzedniego lata zaprawiła kropla goryczy. Gdy na wiosnę skończę naukę w Le Moyne, wyjadę z Tremé i Stogie nie będzie się czuł zobligowany do troszczenia się o mnie.

Lecz kto zaopiekuje się nim?

Wyciąga chusteczkę z kieszeni koszuli i podnosi dygoczącą rękę w kierunku moich ust.

– Wyglądasz wysoce elegancko. – Nie odrywa ode mnie przenikliwego spojrzenia. – I wydajesz się zdenerwowana.

Zamykam oczy, kiedy ściera krew. Już wie, że moja największa sprzymierzeńczyni w akademii zrezygnowała z roli głównej nauczycielki muzyki. Moja relacja z panną McCracken rozwijała się przez trzy lata. Ta kobieta była moją jedyną popleczniczką w Le Moyne. Bez jej poparcia w kwestii stypendium czuję się, jakbym zaczynała od nowa.

– Został mi tylko rok. – Otwieram oczy i patrzę na Stogiego. – Rok na zaimponowanie nowemu nauczycielowi.

– Wystarczy ci chwila. Tylko musisz się tam znaleźć.

Złapię dziewięćdziesiątkęjedynkę kilka przecznic dalej. Podróż autobusem trwa dwadzieścia pięć minut. Potem idzie się dwadzieścia minut do kampusu. Zerkam na zegarek. Dotrę tam bez guzików i z zakrwawioną wargą, ale ze sprawnymi palcami. Sprawię, że liczyć się będzie każdy moment.

Dotykam rozcięcia językiem i wzdrygam się, gdy muskam opuchniętą skórę.

– Widać?

– Tak. – Spogląda na mnie spod zmrużonych powiek. – Lecz twój uśmiech jest bardziej widoczny.

Kąciki ust same podjeżdżają mi do góry, bez wątpienia zgodnie z jego intencją.

– Czaruś z ciebie.

– Tylko wtedy, gdy dziewczyna jest tego warta. – Otwiera szufladę ze szpargałami, przy której stoi, i szpera rozdygotaną ręką pośród kostek gitarowych, stroików, nakładek na palce… Czego szuka?

„Och!” Chwytam agrafkę spoczywającą przy jego palcu i szukam kolejnej.

– Masz więcej?

– Tylko tę jedną.

Jakoś udaje mi się spiąć przód bluzki. Posyłam Stogiemu pełen wdzięczności uśmiech.

On poklepuje mnie delikatnie po głowie i gestem daje znać, żebym się zbierała.

– Zmykaj. Jedź tam.

Tak naprawdę mówi, żebym jechała do szkoły, aby móc się wyrwać z tego domu. Z Tremé. Uciec od tego życia.

– Taki mam plan. – Podsuwam mu chleb po blacie.

– Och, nie. Ty go weź.

– Dadzą mi jedzenie w szkole.

Wiem, że wyczuwa kłamstwo, niemniej przyjmuje dar.

Gdy odwracam się do wyjścia, ściska mnie za nadgarstek z większą siłą, niż mogłabym go podejrzewać.

– Mają fuksa, że u nich jesteś. – Jego ciemne oczy lśnią. – Szczęściarze z tych skurwieli. Nie pozwól im o tym zapomnieć.

Ma rację. To, że mojej rodziny nie stać na duże datki i nie mamy imponujących koneksji, nie czyni mnie żebraczką. Kiedy miałam dziesięć lat, wpłacono za mnie czesne za cztery lata z góry, w wieku czternastu lat przeszłam wymagane przesłuchania jak pozostali rówieśnicy. O ile nadal będę przyćmiewać innych w sferze prac okresowych, recitali, esejów i zachowania, akademia może nie dążyć tak uparcie do wyrzucenia mnie.

Cmokam Stogiego w pomarszczony policzek i idę na przystanek. Nie udaje mi się powstrzymać strachu powracającego do żołądka. A jeśli nie spodobam się nowemu nauczycielowi muzyki i odmówi prowadzenia mnie lub nie udzieli mi wsparcia w procesie rekrutacji na studia? Tatuś by się załamał. Boże, to mnie męczy najbardziej. Czy tatuś mnie obserwuje? Widział, co robiłam, żeby związać koniec z końcem? Co będę musiała robić znowu już dzisiaj wieczorem? Czy tęskni za mną tak bardzo jak ja za nim?

Czasem ta straszna dziura, którą po sobie pozostawił, boli wręcz nie do zniesienia. Zdarza się, że mam ochotę ulec bólowi i dołączyć do taty, gdziekolwiek jest.

Dlatego przenoszę swoje największe wyzwanie na początek listy zadań.

Dzisiaj będę się uśmiechać.

* Po angielsku „zniszczyć” (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

** Mardi Gras – święto obchodzone w różnych częściach świata we wtorek przed środą popielcową. Z tej okazji odbywają się rozmaite parady i festiwale uliczne. Na Bourbon Street w najstarszej części Nowego Orleanu w dniu kończącym karnawał panuje zwyczaj obrzucania koralikami kobiet, jeśli zdecydują się odsłonić publicznie biust, i mężczyzn, gdy pokażą przyrodzenie.

Emeric

Poranne zebranie nauczycieli dobiega końca i moi znakomici nowi koledzy i koleżanki wychodzą z biblioteki spowici monochromem wykrochmalonych garniturów i przy akompaniamencie stukających obcasów. Siedzę nadal przy stole i czekam, aż to stadko się rozproszy, a równocześnie kątem oka obserwuję Beverly Rivard.

Siedząc u szczytu stołu, przez cały czas utrzymywała autorytarną postawę i obdarzyła mnie spojrzeniem tylko raz, kiedy mnie przedstawiała na początku zebrania. Lecz popatrzy na mnie, gdy tylko pomieszczenie opustoszeje. Niewątpliwie ma jeszcze jedną kwestię do przedyskutowania. Na osobności.

– Panie Marceaux. – Strzela oczami w moją stronę, sunąc po marmurowej posadzce zaskakująco cicho w swoich pretensjonalnych szpilkach. Zamyka drzwi za ostatnim pracownikiem. – Dwa słowa, zanim pan wyjdzie.

To będzie więcej niż dwa słowa, niemniej nie wykorzystuję semantyki w celu wytrącenia jej z przewagi, którą jak się jej wydaje, ma nade mną. Istnieje dużo więcej bardziej pomysłowych sposobów na rzucenie jej na kolana.

Siadam wygodniej na skórzanym krześle, splatam dłonie na kolanach, opierając się łokciem o stół, i zakładam nogę na nogę. Patrzę na nią z pełną mocą, bo ta kobieta od każdego czegoś chce – czegoś potężnego, czym mogłaby manipulować zgodnie ze swoją wolą i wizją. Na razie obdarzam ją wyłącznie uwagą. Beverly obchodzi niespiesznie długi stół. Skromny kostium podkreśla jej szczupłą sylwetkę. Jest ode mnie starsza o dwadzieścia lat, ale nosi się z nadzwyczajną elegancją. Wysokie wydatne kości policzkowe. Wąska arystokratyczna twarz. Na bladej cerze nie widać żadnej zmarszczki.

Trudno stwierdzić, czy włosy upięte nad karkiem są blond czy siwe. Założę się, że nigdy ich nie rozpuszcza. Przyciąganie uwagi mężczyzn nie jest jej głównym powodem do dumy. Nie. Jej żarliwa pycha wynika z poczucia wyższości towarzyszącego wydawaniu poleceń i obserwowaniu, jak podwładni się przepychają, by całować jej tyłek.

Nasze pierwsze i jedyne spotkanie twarzą w twarz latem częściowo odsłoniło jej naturę. Resztę wydedukowałem. Nie została dyrektorką Le Moyne dzięki dobroci serca czy stronieniu od rywalizacji.

Wiem z doświadczenia, jak to jest kierować prywatnym liceum takim jak to.

Wiem również, jak łatwo stracić tę pozycję.

Idzie ku mnie, a jej bystre oczy lustrują zakamarki między mahoniowymi regałami, puste biurko bibliotekarki i kanapy w głębi. „Tak, Beverly. Jesteśmy sami”.

Siada na krześle obok mnie, zakłada nogę na nogę i przygląda mi się z wyrachowanym uśmiechem.

– Urządził się pan już w nowym domu?

– Nie udawajmy, że to panią obchodzi.

– W porządku. – Przesuwa krótko obciętymi paznokciami po spódnicy. – Skontaktował się ze mną prawnik Barb McCracken. Okazuje się, że postanowiła nie odchodzić w ciszy.

To nie mój problem. Wzruszam ramieniem.

– Powiedziała pani, że to załatwi.

Być może Beverly nie jest tak kompetentna, jak zakładałem.

Warczy. Uśmiech nie znika z jej twarzy, chociaż staje się bardziej spięty.

– Załatwiłam to.

– Wydała pani na to więcej pieniędzy?

Uśmiech gaśnie.

– Więcej, niż przewiduje umowa, zachłanna dzi… – Zaciska usta, odchylając się na krześle i patrząc przed siebie. – W każdym razie mamy sprawę z głowy.

Rozluźniam usta w półuśmiechu, celowym sygnale rozbawienia.

– Ma pani wątpliwości co do naszej umowy?

Wraca do mnie spojrzeniem.

– Pańskie zachowanie jest ryzykowne, panie Marceaux. – Jej oczy zamieniają się w drobiny lodu, gdy przestawia krzesło tak, by siedzieć naprzeciwko mnie. – Ile propozycji pracy dostał pan od fiaska w Shreveport? Hm?

Jej drwina budzi gwałtowny przypływ gniewu i poczucia zdrady, przez co przyspiesza mi puls. W gardle piecze mnie chęć krzyku, jednak tylko unoszę brew.

– No tak. Cóż. – Pociąga nosem z pogardą. A może niepewnością. Pewnie jednym i drugim. – Le Moyne cieszy się niedoścignioną reputacją, za której utrzymanie odpowiadam. Odejście McCracken i moja chęć zatrudnienia pana na jej miejsce wzbudziły niepożądane podejrzenia.

Chociaż Shreveport zniszczyło moją zawodową reputację, nie podano do publicznej wiadomości powodu mojej rezygnacji. Tyle że ludzie gadają. Podejrzewam, że większość nauczycieli i rodzin uczniów z Le Moyne usłyszy pogłoski. Wolałbym wyjawić prawdę, zamiast zdawać się na ocenę opartą na wypaczonych plotkach. Niestety w zamian za propozycję pracy Beverly żąda ode mnie milczenia.

– Proszę pamiętać o ustaleniach. – Przyciska łokcie do boków, oczy lśnią jej przesadnie, robią się niemal szkliste. – Niech pan trzyma język za zębami i pozwoli mi kierować owieczkami i ich frywolną paplaniną.

Wygłasza to tak, jakby jej nieetyczne praktyki biznesowe miały mi zaimponować. Tymczasem niechcący odsłoniła karty. Jej strach jest namacalny. Niesłusznie zwolniła etatową nauczycielkę i zapłaciła jej za milczenie, by sprowadzić mnie tutaj dla osobistych zysków. Gdyby naprawdę panowała nad sytuacją, nie czułaby potrzeby inicjowania tej rozmowy. Ma dość zimnej krwi, żeby niszczyć ludziom życie, ale to nie znaczy, że jest gotowa uprawiać tę grę. Moją grę.

Pocieram górną wargę kciukiem, upajając się tym, jak jej oczy niechętnie podążają za moim ruchem.

Skóra nad jej zapiętym kołnierzykiem się rumieni.

– Najważniejsze są pańskie osiągnięcia w edukacji. – Unosi brodę. – Oczekuję, że da pan zawodowy przykład w klasie…

– Proszę mi nie mówić, jak mam wykonywać pracę. – Byłem szanowanym instruktorem, zanim wspiąłem się po szczeblach administracyjnej drabiny. Pieprzyć ją i jej pyszałkowatą bezczelność.

– Jak większość nauczycieli zdaje się pan mieć problem z uczeniem się. Więc radzę uważać. – Pochyla się do przodu, mówi cicho, z akcentem wyższych sfer. – Nie pozwolę, by pańskie perwersje odbiły się na mojej szkole. Jeżeli powtórzy pan swoje niewłaściwe postępowanie ze Shreveport, zrywam umowę.

Wspomnienie tego, co straciłem, roznieca ogień w mojej piersi.

– Już po raz drugi napomknęła pani o Shreveport. Dlaczego? Jest pani ciekawa? – Posyłam jej wyzywające spojrzenie. – Śmiało, Beverly. Niech pani zada palące pytania.

Odwraca wzrok, kark jej sztywnieje.

– Nie zatrudnia się męskiej dziwki po to, by słuchać o jej wyczynach.

– Och, teraz jestem dziwką? Zmienia pani warunki umowy?

– Nie, panie Marceaux. Wie pan, dlaczego pana zatrudniłam. – Jej głos rośnie o oktawę. – Postawiłam panu jednoznaczny warunek, że nie dojdzie do żadnych wybryków. – Ścisza ton. – Nie chcę słyszeć ani słowa więcej na ten temat.

Pozwoliłem jej na przewagę, odkąd się ze mną skontaktowała. Pora sprawdzić, jak sobie poradzi z odrobiną upokorzenia. Pochylam się do przodu, chwytam podłokietniki jej krzesła i zamykam ją jak w klatce.

– Kłamie pani, Beverly. Sądzę, że chce pani poznać wszystkie brudne szczegóły moich wybryków. Mam opisać zastosowane pozycje, odgłosy przez nią wydawane, rozmiar mojego kutasa…?

– Niech pan przestanie! – Łapie powietrze i przyciska rozdygotaną dłoń do klatki piersiowej. Dopiero po chwili zaciska pięść i przywdziewa dystyngowany wyraz twarzy, jaki pokazuje światu. – Jest pan odrażający.

Chichoczę i opieram się wygodnie na krześle.

Zrywa się na równe nogi i patrzy na mnie gniewnie.

– Proszę się trzymać z daleka od nauczycieli, zwłaszcza od zatrudnianych przeze mnie kobiet.

– Zapoznałem się z ofertą podczas porannego zebrania. Powinna pani odświeżyć skład.

Widziałem kilka szczupłych nauczycielek, zarejestrowałem mnóstwo zaciekawionych spojrzeń w moim kierunku, ale nie po to tu jestem. Dziesiątki kobiet tylko czekają na moje wezwanie, a błąd popełniony w Shreveport… Zaciskam szczęki. Już nigdy go nie powtórzę.

– Pani natomiast… – Pozwalam sobie omieść wzrokiem jej sztywną sylwetkę. – Pani chyba dobrze by zrobiło ostre pieprzenie.

– Przekracza pan granice. – Jej ostrzegawczy ton traci efekt wskutek pełnego wahania stukotu obcasów.

Odwraca się i ucieka w stronę szczytu stołu. Im bardziej się oddala, tym pewniej stąpa. Po kilku kolejnych krokach zerka na mnie przez ramię, jakby oczekiwała, że będę się gapił na jej płaski tyłek. Wzdrygam się. Ta arogancka suka naprawdę myśli, że jestem zainteresowany.

Podnoszę się, wsuwam dłoń do kieszeni spodni i ruszam ku niej.

– Pan Rivard nie zaspokaja pani potrzeb w sypialni?

Dociera do końca stołu i zbiera papiery. Unika mojego wzroku.

– Jeśli będzie się pan dalej tak zachowywał, zadbam o to, żeby już nigdy nie wszedł pan do klasy.

Jej złudzenie kontroli piekielnie mi utrudnia panowanie nad sobą.

Wkraczam w jej prywatną sferę, napieram na nią.

– Jeszcze raz mi zagrozisz, a pożałujesz skutków.

– Odsuń się.

Pochylam się i muskam jej ucho oddechem.

– Każdy ma swoje sekrety.

– Ja nie…

– Pan Rivard zabawia się w innym łóżku?

Strzelam na ślepo, ale lekkie drżenie jej dłoni podpowiada mi, że wpadłem na coś. Prycha.

– Oburzające.

– A pani perfekcyjny synek? Co zrobił, że postawił panią w tak ryzykownej sytuacji?

– Nie zrobił nic złego!

Nie byłoby mnie tutaj, gdyby mówiła prawdę.

– Pani się trzęsie, Beverly.

– Kończymy tę rozmowę. – Omija mnie wpatrzona w drzwi i ucieka.

Traci równowagę, dokumenty wylatują jej z dłoni i upada na kolana przede mną. „Idealnie”.

Posyła mi przestraszone spojrzenie i dociera do niej, że nie ruszyłem się, by ją podtrzymać. Jej skierowana do góry twarz skromnie czerwienieje.

Przenosi gwałtownie spojrzenie na podłogę i zbiera swoje rzeczy pełnymi wściekłości ruchami.

– Zatrudnienie pana to błąd.

Staję na kartce, po którą sięga, i patrzę surowo na czubek jej głowy.

– To niech mnie pani zwolni.

– Ja… – Spogląda na wytłaczaną na wzór wężowej skórę moich martensów i przygnębiona mówi ściszonym głosem: – Proszę wykorzystać swoje koneksje.

Żeby jej synalek dostał się niezasłużenie do Leopoldu, najwyżej cenionej uczelni muzycznej w kraju. O to chodzi.

Zaoferowała mi posadę nauczyciela, której nikt inny nie chciał, a ja wypełnię swoją część umowy. Nie będę jednak się kłaniał ani kulił jak jej pozostali podwładni. Ona nie wie, z kim ma do czynienia. Ale się dowie.

Podsuwam stopą kartkę w kierunku jej palców, nadal ją przytrzymując.

– Chyba jasno zdefiniowaliśmy warunki. – Podnoszę stopę, żeby mogła pochwycić papier. – Jak również nasze pozycje.

Sztywnieje i zwiesza głowę jeszcze bardziej.

Upokorzona w pełni.

Odwracam się i wychodzę z biblioteki.

Ivory

– Słyszałam, że wypycha stanik.

– Co za dziwka.

– Nie chodziła w tych butach w ubiegłym roku?

W zatłoczonym korytarzu rozlegają się szepty wypowiedziane zza zadbanych palców tak, żeby jednak dotarły do moich uszu. Że też po trzech latach te dziewczyny nie wymyśliły czegoś nowego!

Gdy mijam ich plotkarski zlepek sławnych marek, limitowanych edycji iPhone’ów i czarnych kart American Express, uśmiecham się jeszcze szerzej na myśl o tym, że pomimo różnic zasługuję na obecność tutaj.

– Ciekawe, z czyjego łóżka wyszła dzisiaj.

– Serio, aż tu czuję jej zapach.

Ich komentarze mnie nie ruszają. To tylko słowa. Pozbawione wyobraźni, niedojrzałe, puste słowa.

Kogo ja oszukuję? Niektóre z tych uwag to prawda, a wypowiedziana z taką nienawiścią zapiera mi dech w piersi. Nauczyłam się jednak, że łzy tylko je podjudzają.

– Prescott mówił, że musiał trzy razy brać prysznic po tym, jak się z nią zadawał.

Zatrzymuję się na środku korytarza. Mijający mnie tłumek się rozstępuje, kiedy robię głęboki wdech i ruszam w kierunku ich grupki.

Kilka dziewczyn pryska na mój widok. Ann i Heather zostają i przyglądają mi się z taką samą chorobliwą ciekawością, z jaką turyści patrzą na moich bezdomnych sąsiadów. Nie mrugają, mają sztywne plecy, a nogi tancerek ani drgną pod spódnicami do kolan.

– Hej. – Opieram się o szafki obok nich i posyłam im uśmiech, gdy wymieniają spojrzenia. – Powiem wam coś, ale musicie zachować to dla siebie.

Spoglądają na mnie zmrużonymi oczami, ale z zainteresowaniem. Uwielbiają plotki.

– Tak naprawdę… – wskazuję na swoje piersi – nienawidzę ich. Trudno znaleźć odpowiednie bluzki – „oraz pieniądze na nie” – a kiedy mi się to uda, tylko spójrzcie. – Pstrykam agrafkę palcem. – Guziki strzelają. – Obrzucam wzrokiem ich płaskie klatki piersiowe i chociaż zazdroszczę im dziewczęcych sylwetek, ukrywam to za sarkastycznym tonem. – Na pewno fajnie jest nie mieć czym się martwić.

Wyższa z nich, Ann, prycha z oburzeniem. Taka szczupła, pełna gracji i pewności siebie jest najlepszą tancerką w Le Moyne. Jest też niebywale piękna z tymi oczami o krytycznym spojrzeniu i pełnymi ustami w ciemnobrązowej twarzy o chłodnym odcieniu północy.

Gdyby w Le Moyne urządzano oficjalne potańcówki, byłaby królową balu. I z jakiegoś powodu od zawsze mnie nienawidzi. Nawet nie dała szansy na to, żeby było inaczej.

Obok niej stoi jej pomagierka. Nie wątpię, że to Heather skomentowała moje buty, ale jest bardziej bojaźliwa i zbyt delikatna, aby okazać mi okrucieństwo wprost.

Podnoszę stopę i obracam tak, żeby zobaczyły dziury w plastiku.

– Nosiłam je w ubiegłym roku. I w poprzednim. A także rok wcześniej. W rzeczywistości nigdy nie widziałyście mnie w innych butach.

Heather muska palcami długi brązowy warkocz i przygląda się znoszonym podeszwom ze ściągniętymi brwiami.

– Jaki nosisz rozmiar? Mogę ci dać…

– Nie chcę niczego po tobie.

Chcę, lecz za nic się do tego nie przyznam. Wystarczy, że muszę się bronić w tych murach. Na pewno mi się to nie uda w pożyczonych butach.

Od pierwszego dnia odpowiadałam na ich zaczepki bezpośredniością i szczerością. Tak właśnie postąpiłby tata. Oto zaczyna się nowy rok, a one szydzą ze mnie z jadowitością przeżerającą mi skórę. Postanawiam więc wypróbować inną taktykę – niewinne kłamstwo, by je uciszyć.

– Te buty należały do mojej babki. Były jedyną rzeczą, jaką miała, gdy przybyła do Stanów. Podarowała je mojej matce, a ona mnie, jako symbol siły i wytrwałości.

Nie mam babki, lecz poczucie winy malujące się na twarzy Heather podpowiada mi, że być może przebiłam się przez jej cenną złotą otoczkę.

Po moich plecach rozlewa się fala triumfu.

– Zanim znowu otworzycie swoje protekcjonalne usta, pomyślcie o tym, że gówno wiecie.

Heather wciąga głośno powietrze, jakbym to ja ją obraziła.

– Powiem więcej. – Pochylam się w ich stronę. – Na temat Prescotta Rivarda… – Rozglądam się po zatłoczonym korytarzu, jakbym się przejmowała, że ktoś może mnie usłyszeć. – Ma problem z seksem. Jak wszyscy chłopcy. Chcą tego, a jeśli im nie dajesz, sami biorą. Rozumiecie?

Ann i Heather patrzą na mnie pustymi oczami. Nie mają pojęcia. No bo skąd miałyby wiedzieć? Poprawiam pasek torby na ramieniu. Skóra mnie swędzi w związku z wyjawianą prawdą.

– Ktoś musi chłopaków uszczęśliwić. Przyczyniam się do tego, że w szkole nie ma przemocy na tle seksualnym. Powinnyście mi dziękować.

Zabrzmiało to bardziej ofiarnie, niż jest w rzeczywistości. Robię to, co robię, żeby przetrwać. Pieprzyć innych.

Ann patrzy na mnie gniewnie ze zmarszczonym nosem.

– Dziwka z ciebie.

Ta etykieta towarzyszy mi od pierwszego roku. Nigdy nie wyprowadzałam ich z błędu. Niewłaściwe prowadzenie się trzeba udowodnić. O ile nic się nie dzieje na terenie szkoły i nie pokażę się tu w ciąży, nie mogą mnie usunąć. Pogłoski, rzecz jasna, brukają moją i tak odrażającą reputację, ale też odciągają uwagę od prawdziwej przyczyny, dla której spędzam czas z chłopakami z Le Moyne. Bo ten powód doprowadziłby do wyrzucenia mnie w jednej chwili.

– Dziwka? – Zniżam głos do konspiracyjnego szeptu. – Nie uprawiałam seksu od pewnego czasu. Chyba od czterdziestu ośmiu godzin. – Odwracam się, czekam na ich zdławione okrzyki, po czym zerkam przez ramię na Ann. – Ale twój tatuś obiecał wynagrodzić mi dzisiaj tę przerwę.

– O Boże. – Ann zwija się wpół, łapie za brzuch i zasłania rozdziawione usta dłonią. – Ohyda!

Jej ojciec? Nie wiem, jaki jest, za to seks jako taki jest obrzydliwy. Okropny. Nieznośny.

I spodziewany.

Porzucam je zszokowane i milczące i prześlizguję się przez pierwszą połowę dnia z uśmiechem na twarzy. Poranki w Le Moyne mijają szybko. Składają się na nie takie zajęcia blokowe, jak: angielski z historią, fizyka z matematyką i języki świata. W południe mamy godzinną przerwę na lunch i ćwiczenia fizyczne przed udaniem się na zajęcia kierunkowe.

Codzienna porcja ruchu i jedzenie są niezbędnymi elementami zrównoważonej diety muzycznej, tyle że to drugie jest kłopotliwe, zważywszy na fakt, że nie mam ani pożywienia, ani pieniędzy.

Gdy stoję przy swojej szafce, pustka w żołądku odzywa się burkliwie. Na głód nakłada się zbita kula strachu. Albo ekscytacji.

Nie. Zdecydowanie strachu.

Patrzę na wydruk planu popołudniowych zajęć.

Teoria muzyki

Seminarium pianistyczne

Interpretacja

Lekcje indywidualne

Drugą połowę dnia spędzam w Crescent Hall. Sala 1A. Wszystkie zajęcia prowadzi Marceaux.

Na angielskim podsłuchałam, jak dziewczyny gadały o atrakcyjności pana Marceaux, ale nie zdobyłam się na to, żeby zajrzeć do Crescent Hall.

Trzewia zaciskają mi się jeszcze bardziej, gdy mruczę:

– Dlaczego to musi być on?

Drzwi szafki obok mnie się zamykają i Ellie zagląda mi przez ramię, żeby przeczytać plan.

– Jest naprawdę przystojny, Ivory.

Odwracam się do niej energicznie.

– Widziałaś go?

– Przelotnie. – Kręci swoim mysim noskiem. – Dlaczego płeć ma znaczenie?

Bo czuję się swobodniej w obecności kobiet. Nie przytłaczają mnie muskulaturą i rozmiarami. Bo mężczyźni są roszczeniowi. Odbierają mi odwagę, siłę, pewność siebie. Bo interesuje ich tylko jedno, a nie jest to moja umiejętność zagrania ostatnich taktów Etiudy Transcendentalnej nr 2.

Nie mogę się tym podzielić z Ellie, moją słodką, wychowywaną pod kloszem przyjaciółką z rygorystycznej chińskiej rodziny. Chyba mogę nazywać ją przyjaciółką. Nigdy tego nie ustaliłyśmy, niemniej zawsze jest dla mnie miła.

Wrzucam plan do torby.

– Miałam nadzieję na kogoś w rodzaju pani McCracken.

Może pan Marceaux okaże się inny. Może jest delikatny i bezpieczny jak tatuś i Stogie.

Niższa ode mnie o głowę Ellie przygładza kruczoczarne włosy nad czołem i podskakuje na palcach. Pewnie chce się wydawać wyższa, ale wygląda, jakby chciało jej się siku. Jest taka drobniutka i urocza, że mam ochotę pociągnąć ją za kucyk. I robię to.

Odtrąca moją rękę, uśmiecha się do mnie i opada na pięty.

– Nie przejmuj się Marceaux. Będzie dobrze. Zobaczysz.

Łatwo jej mówić. Już ma zapewnione na przyszły rok miejsce wiolonczelistki w konserwatorium muzycznym w Bostonie. Jej przyszłość nie zależy od tego, czy spodoba się Marceaux czy nie.

– Idę na siłownię. – Wciąga na ramię plecak połowy swojego wzrostu. – Idziesz?

Zamiast organizować lekcje wychowania fizycznego, Le Moyne zapewnia uczniom centrum fitnessu z osobistymi trenerami oraz mnóstwo dodatkowych zajęć w rodzaju jogi i kick-boxingu.

Wolałabym odciąć sobie piąty, czwarty i trzeci palec, zamiast skakać w lustrzanej sali z pełnymi dezaprobaty dziewczynami.

– Nie. Pobiegam po torze.

Żegnamy się, lecz ciekawość każe mi za nią zawołać:

– Ellie? Jak bardzo jest przystojny?

Odwraca się i idzie tyłem.

– Szokująco. Tylko rzuciłam okiem, ale mówię ci, poczułam to tutaj. – Klepie się po brzuchu i otwiera szerzej skośne oczy. – No, może trochę niżej.

Ściska mnie w klatce piersiowej. Najładniejsi mają najpaskudniejsze wnętrza.

„Ja też jestem ładna, prawda?” Przynajmniej tak słyszę – rzadziej od ludzi, do których mam zaufanie, a znacznie częściej od tych, którym nie ufam.

Może też mam paskudne wnętrze.

Gdy Ellie oddala się w podskokach i posyła mi przez ramię śliczny uśmiech, koryguję swoje uogólnienia. W Ellie nie ma niczego paskudnego.

Przebieram się w szatni w szorty i koszulkę na ramiączkach, po czym wychodzę na tor okalający kampus o powierzchni ośmiu hektarów.

Z powodu wilgotności powietrza większość z trzystu uczniów stroni o tej porze roku od wychodzenia z klimatyzowanych pomieszczeń, niemniej kilka osób siedzi leniwie na ławkach w parku, śmieje się i je lunch. Kilka tancerek ćwiczy synchroniczną rozgrzewkę pod imponującymi wieżami Centrum Kampusu.

Gdy rozciągam nogi w cieniu dużego dębu, patrzę na porośnięty bujną zielenią teren i tartanowe ścieżki. Przechadzałam się tędy z tatą, kiedy ledwie dorastałam mu do biodra. Wciąż czuję, jak moja ręka tonęła w jego dużej dłoni podczas tych spacerów. Jego uśmiech promieniał słońcem, a on pokazywał mi przypominającą katedrę konstrukcję Crescent Hall i mówił o wspaniałości znajdujących się wewnątrz sal.

Le Moyne było marzeniem taty wykraczającym poza możliwości jego rodziców. Nie wydawał się tym nigdy smucić. Nie był bowiem roszczeniowy, nawet w marzeniach. Zamiast tego przekazał swoje marzenie mnie.

Pochylam się, sięgam do palców stóp i pozwalam, żeby siła rozciągania rozgrzała ścięgna podkolanowe, podczas gdy wspomnienia ogrzewają mi krew. Ciemne włosy i oczy odziedziczyłam po mamie, ale uśmiech mam taty. Tak bym chciała, żeby mógł mnie teraz widzieć stojącą na terenie kampusu, realizującą jego marzenie i uśmiechniętą jak on.

Uśmiecham się szerzej, bo jego marzenie, jego uśmiech… są też moje.

– Matko Boska, jak ja tęskniłem za tą dupą.

Podnoszę się, już bez uśmiechu, a ciało sztywnieje mi za bardzo, żebym mogła się odwrócić w kierunku głosu, przez który barki podjeżdżają mi pod uszy.

– Czego chcesz, Prescott?

– Ciebie. Nagiej. Na moim kutasie.

Ściska mnie w żołądku, po skroni spływa mi kropelka potu. Prostuję kręgosłup.

– Mam lepszy pomysł. Może byś wcisnął sobie fiuta między nogi, zatańczył jak Buffalo Bill i sam zrobił sobie dobrze?

– Jesteś obrzydliwa – stwierdza Prescott rozbawionym tonem i zakrada się w moje pole widzenia.

Zatrzymuje się w stosownej odległości, lecz nie dość daleko. Cofam się.

Włosy sięgają mu do linii szczęki, blond kosmyki pojaśniały od karaibskiego albo innego słońca, gdziekolwiek spędzał wakacje. Jeśli dusi się w koszuli zapiętej pod szyję i krawacie, to nie pokazuje tego po sobie. Wyprowadza mnie z równowagi, wodząc po mnie niespiesznie wzrokiem.

Nie rozumiem, dlaczego dziewczyny z Le Moyne walczą o niego. Ma za długi nos, krzywe przednie zęby, a jego jęzor wije się jak glista za każdym razem, gdy wciska go w moje usta.

– Jezu, Ivory. – Skupia uwagę na mojej klatce piersiowej, aż parzy mnie skóra pod koszulką. – Cycki urosły ci latem jeszcze o rozmiar.

Zmuszam barki, by się rozluźniły.

– Jeżeli prosisz mnie o pomoc w tym roku, spróbuj jeszcze raz.

Nie odrywa wzroku od mojego torsu i zaciska długie palce na torbie z lunchem.

– Pragnę cię.

– Chcesz, żebym odrabiała za ciebie prace domowe.

– To też.

Na dźwięk jego chrapliwego głosu wstrząsa mną dreszcz. Oplatam się rękami. Nienawidzę tego, jak bardzo moje piersi są widoczne, jak on wyraźnie się na nie gapi, jaka jestem od niego zależna.

Wreszcie przenosi spojrzenie w górę i zauważa moje usta.

– Co ci się stało? Zahaczyłaś o pierścień na kutasie?

Wzruszam ramionami.

– To był bardzo duży… pierścień.

Twarz mu pochmurnieje z zazdrości, co również budzi moją nienawiść.

– Powinieneś sobie taki sprawić. – Przekrzywiam głowę, słysząc jego wymuszony śmiech. – A czemu nie? Nasila przyjemność. – Nie znam się na piercingu, ale nie daruję sobie okazji, żeby mu dokopać. – Gdybyś taki miał, może udałoby ci się doprowadzić dziewczynę do szczytowania.

Kaszel przerywa jego napięty śmiech.

– Chwila. Że co? – Wzrok mu twardnieje. – Przecież cię doprowadzam.

Seks z nim przypomina wyjmowanie tamponu. Szybkie pociągnięcie, po którym następuje odrażający chaos, wyrzucany przeze mnie z pamięci do kolejnego razu. Nie mówię mu tego. Może to wyczytać z mojego gniewnego spojrzenia.

– Bzdura. – Rzuca się do przodu i przekracza granicę, która może sugerować postronnym widzom, że prowadzimy przyjacielską rozmowę.

Gdy wyciąga rękę w stronę mojego ramienia, zerkam na budynek Centrum Kampusu i stwierdzam, że w oknie dyrektorki nikogo nie ma.

– Twoja mama patrzy.

– Kłamliwa z ciebie suka. – Nie odwraca się, ale opuszcza rękę.

– Jeśli chcesz mojej pomocy, będę potrzebowała zaliczki.

Parska zdegustowanym śmiechem.

– Zapomnij.

– Nie ma sprawy. – Ruszam sprintem po trawie wzdłuż toru, żeby nie poparzyć sobie bosych stóp.

Po kilku sekundach długonogi Prescott mnie dogania.

– Czekaj, Ivory. – Na jego twarzy pojawia się pot, kiedy biegnie obok mnie w koszuli. – Zatrzymasz się na moment?

Zwalniam, wciskam pięści w biodra i czekam, aż złapie oddech.

– Posłuchaj, nie mam przy sobie gotówki. – Szarpie kieszenie spodni. – Ale zapłacę ci dzisiaj wieczorem.

„Dzisiaj wieczorem”. Ściska mnie w żołądku, lecz mimo to się uśmiecham i wyszarpuję mu torebkę z lunchem z ręki.

– To mi na razie wystarczy.

W zasadzie lunch był jedyną zaliczką, jakiej potrzebowałam. On ma otwarty nieograniczony kredyt w stołówce, więc nie będzie głodował.

Patrzy na moje bose stopy, na papierową torebkę w moim ręku i zatrzymuje wzrok na skaleczonej wardze. Chociaż ma problemy z matmą, nie jest głupi. Raczej niezainteresowany. Moimi problemami. Programem nauczania.

Żadne z nas nie uczęszcza tu, żeby zgłębiać zagadnienia równań kwadratowych albo biologii komórki. Zależy nam na programie artystycznym, tańcu, śpiewie, grze na instrumentach i żeby przyjęto nas do wybranego przez nas konserwatorium muzycznego. Prescott woli poświęcać czas na pieprzenie się i grę na gitarze klasycznej, a nie na pisanie referatów historycznych en français. Na szczęście nie musi się przejmować pracami okresowymi. O ile może mi zapłacić za pisanie ich za niego.

Nie jest jedynym ważnym fiutem w Le Moyne, ja jednak ograniczam świadczenie usług do tych, którzy mają najgrubsze portfele i najwięcej do stracenia. Wszyscy znamy ryzyko. Jeśli jedno z nas wpadnie, pociągnie resztę. Niestety mój mały krąg oszustów tworzą głównie Prescott i jego kumple.

Czasami biorą więcej niż to, za co płacą.

Zaglądam do torebki i ślinię się na widok pieczonej wołowiny w chrupiącym chlebie, winogron i ciastek czekoladowych.

– Gdzie?

– Tam gdzie zwykle.

Zgarnie mnie z ulicy dziesięć przecznic od szkoły, zaparkuje samochód na pustym parkingu i zrobi nie tylko pracę domową. Lecz to ja ustaliłam zasady. Żadnej wymiany na terenie szkoły lub w miejscach publicznych. To zbyt niebezpieczne, tym bardziej że dyrektorka obserwuje synalka.

– Do zobaczenia w klasie. – Oddala się. Jego uwagę przykuło okno dyrektorki i spowita cieniem sylwetka.

Prescott przysięga, że jego matka niczego nie podejrzewa, ona jednak ma mnie na celowniku, odkąd wystąpiła w roli matki przełożonej, gdy byłam w drugiej klasie. Może przyczyną jest moja reputacja puszczalskiej albo brak majątku. A może wybór college’u.

Leopold Conservatory w Nowym Jorku to najbardziej selektywna uczelnia w kraju, która przyjmuje tylko jednego muzyka z Le Moyne w roku. O ile w ogóle zdecyduje się przyjąć kogokolwiek z nas. Zgłosiły się dziesiątki moich rówieśników, w tym Prescott, ale pani McCracken powiedziała, że to ja jestem najlepsza. To mnie zamierzała rekomendować. Przez co jestem największą rywalką Prescotta. A przynajmniej byłam. Bo bez referencji znalazłam się w punkcie wyjścia.

Skulona pod drzewem pożeram lunch Prescotta i przekonuję się, że nie muszę się nim przejmować. Spodobam się Marceaux. Zorientuje się, że zasługuję na to miejsce. A dzisiaj… Dzisiaj nie wsiądę do samochodu Prescotta. Omówimy jego zadania na chodniku, a jeśli będzie miał z tym problem, odejdę. Pozwolę mu zawalić pracę okresową i pozbawić się szansy na Leopolda. Znajdę sobie innego obiboka, żeby załatać dziurę w budżecie.

W czasie biegu po trzymilowym torze wijącym się po porośniętej drzewami nieruchomości umacniam umysł i ciało w postanowieniu realizacji planu.

Dzwonek sygnalizujący, że zajęcia zaczną się za pięć minut, rozlega się, kiedy jestem już po prysznicu, ubrana i lawiruję przez tłum w Crescent Hall z zaciśniętym żołądkiem.

„Wystarczy ci chwila”.

Wiara Stogiego we mnie przydaje lekkości krokom, lecz to wspomnienie o tacie daje mi energię do uniesienia kącików warg. Gdyby znalazł się na moim miejscu i kroczył korytarzami, o których marzył, nuciłby pod nosem z niepohamowanego entuzjazmu i wdzięczności. Czuję ten jego zaraźliwy dynamizm krążący w moich żyłach i każący mi wejść pospiesznie do sali 1A – tej, w której spędziłam ubiegły rok.

Pod ścianą w głębi znajduje się imponująca kolekcja instrumentów dętych, strunowych i perkusyjnych. Grupka muzyków siedzi przy ławkach pośrodku ogromnego pomieszczenia na planie litery L. Za rogiem dostrzegłabym fortepian Bösendorfer ustawiony we wnęce. Moją uwagę przykuwa jednak mężczyzna z przodu sali.

Przycupnął na krawędzi biurka, splótł ręce na piersi i przygląda się grupie uczniów z ponurą zirytowaną miną. Dzięki Bogu jeszcze mnie nie zauważył, bo jakoś nie mogę odkleić stóp od podłogi i oderwać wzroku od niego.

Jest niespodziewanie młody – nie w wieku ucznia, ale może mojego brata. Jego profil ma surowe linie, szczęka jest gładko ogolona, chociaż tak ciemna, że pewnie najostrzejsza żyletka nie zdołałaby usunąć z niej tego cienia.

Im dłużej mu się przyglądam, tym wyraźniej dostrzegam, że to nie twarz nadaje mu młodzieńczy wygląd. To jego styl, tak bardzo odbiegający od konserwatywnych garniturów i skromnych postaw innych nauczycieli.

Czarne włosy ma przycięte krótko po bokach, a długie i zmierzwione na górze, jakby przeczesał je palcami i pozwolił im opadać na czoło w perfekcyjnym chaosie. Długie nogi zdają się obleczone ciemnymi dżinsami, jednak baczniejsze przyjrzenie się im pozwala stwierdzić, że są to spodnie garniturowe skrojone jak dżinsy. Rękawy kraciastej koszuli podwinął do łokci, a krawat w inną kratkę niby nie pasuje do koszuli, a jednak prezentuje się idealnie. Brązowa dopasowana kamizelka jest w rodzaju tych, które mężczyzna nosi pod marynarką. Tyle że on nie włożył na siebie marynarki.

Prezentuje się z kosmopolityczną swobodą, profesjonalnie, ale z pazurem, rzucając dress code’owi wyzwanie bez gwałcenia go.

– Siadaj. – Jego donośny głos wibruje w pomieszczeniu i przeszywa moje trzewia, lecz nie jest skierowany do mnie.

Oddycham z ulgą, on zaś odwraca się w moją stronę. Widzę, jak poruszają się jego błękitne oczy. Dłońmi ściska skraj biurka, gdy pokazuje mi całą twarz. „O ja pierdolę”. Słowa w rodzaju „szokująco przystojny” nie są wystarczające, by opisać oddziaływanie jego wyglądu. Owszem, na pierwszy rzut oka jest się w szoku, niemniej chodzi nie tylko o atrakcyjność tego mężczyzny. To jego postawa, projekcja pewności siebie i opanowanie sprawiają, że czuję się zdezorientowana i pozbawiona tchu, naprawdę cholernie dziwnie aż do cna.

Patrzy na mnie przez ciągnącą się wieki sekundę, bez wyrazu, a jego ciemne brwi tworzą literę „V”.

– Jest pani…? – Wygląda na korytarz za mną i przenosi wzrok z powrotem na moją twarz. – Nie było pani na zebraniu nauczycieli dzisiaj rano.

– Na zebraniu? – Olśnienie spada na mnie z siłą ciosu w brzuch.

Myśli, że jestem nauczycielką, i patrzy na mnie tak jak inni faceci. Omiata moje ciało wzrokiem, przez co czuję mdlące mrowienie w brzuchu. Przypomina mi o tym, jak bardzo różnię się od dziewczyn w moim wieku i jak bardzo tych różnic nienawidzę.

Przyciskam torbę do piersi, żeby zasłonić najbardziej widoczne części ciała.

– Nie jestem… – Chrząkam i zmuszam stopy do tego, by zaprowadziły mnie do najbliższej ławki. – Jestem uczennicą. Fortepian.

– Oczywiście. – Wstaje, wsuwa dłonie do kieszeni. – Siadaj – dodaje szorstko.

Jego oczy o twardym lodowatym spojrzeniu wodzą za mną. Jasna cholera, nie chcę, żeby mnie onieśmielały. Staram się tchnąć w szybkie kroki pewność siebie, z jaką tu wchodziłam, ale nogi uginają się pode mną.

Gdy stawiam torbę obok pustej ławki, jego zniecierpliwienie staje się głośniejsze, ostrzejsze.

– Pospiesz się!

Opadam na krzesło, ręce mi drżą, a bicie serca rozbrzmiewa w głowie jak uderzenia młotem. Gdybym była silniejsza, pewniejsza siebie, nie przejmowałabym się tym jego świdrującym spojrzeniem, przez które puls mi przyspiesza.

Gdybym była silniejsza, mogłabym odwrócić wzrok.

Emeric

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
1. Ivory
2. Emeric
3. Ivory
4. Emeric
5. Ivory
6. Emeric
7. Ivory
8. Emeric
9. Ivory
10. Ivory
11. Emeric
12. Emeric
13. Ivory
14. Emeric
15. Ivory
16. Emeric
17. Ivory
18. Emeric
19. Ivory
20. Emeric
21. Ivory
22. Emeric
23. Emeric
24. Ivory
25. Emeric
26. Ivory
27. Emeric
28. Ivory
29. Emeric
30. Emeric
31. Ivory
32. Ivory
33. Ivory
34. Emeric
35. Ivory
36. Emeric
37. Ivory

TYTUŁ ORYGINAŁU:

Dark Notes

Redaktorka prowadząca: Ewelina Kapelewska

Wydawczynie: Agnieszka Fiedorowicz, Milena Buszkiewicz

Redakcja: Ewa Kosiba

Korekta: Bożena Sęk

Projekt okładki: Pam Godwin

Opracowanie graficzne okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © chaoss/Shutterstock.com

Copyright © 2013 Beneath the Burn by Pam Godwin

Copyright © 2021 for the Polish edition by Niegrzeczne Książki

an imprint of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Patrycja Wyszogrodzka-Gaik, 2021

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2021

ISBN 978-83-66815-46-9

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek