Moralność pani Piontek - Magdalena Witkiewicz - ebook + książka

Moralność pani Piontek ebook

Magdalena Witkiewicz

4,4

19 osób interesuje się tą książką

Opis

Gertruda Poniatowska, de domo Piontek, to ekscentryczna kobieta, harpia i pirania, od której chcą trzymać się z daleka ci, których chciałaby mieć blisko. Bardzo blisko.
Pani Poniatowska pija kawę tylko z porcelanowych filiżanek, uwielbia drogie buty na obcasie. Szpilki od Louboutin planuje założyć do trumny. Wszystko w jej życiu przebiega zgodnie z planem.
Augustyn Poniatowski to 35 letni ukochany synek pani Gertrudy. Pani Poniatowska za nic nie pozwoli na to, aby usidliła go jakaś „lafirynda”. O, nie! Zbyt dużo w niego zainwestowała.
Innego zdania jest ojciec Augustyna, pan Romuald. Ale jego zdanie się nie liczy.
Pewnego dnia Augustyn podejmuje desperacką decyzję - wyprowadza się od mamy! I to natychmiast. Wynajmuje mieszkanie od uroczej pani Halinki. Bardzo uroczej. I bardzo zapobiegliwej. Starsza pani owo lokum wynajmuje także niejakiej Anuli, studentce, świeżo po zawodzie miłosnym, nagle pozbawionej pokoju w akademiku. W małym mieszkanku przetną się drogi młodej dziewczyny, ambitnego Augustyna i jego sympatycznego przyjaciela podrywacza, Cyryla. Romantyczna komedia pomyłek w najlepszym stylu Magdaleny Witkiewicz, specjalistki od szczęśliwych zakończeń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 258

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (921 ocen)
538
246
101
33
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Quantaga

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna książka. Komedia pomyłek w pisanym wydaniu. Super się czyta i humor lepszy się od tego robi. Polecam i więce takich książek Pani Magdaleno.
00
kudyk

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zwykle ciepla i wzruszajaca
00
szara_dama

Dobrze spędzony czas

Przyjemnie i lekko się ją czyta, idealna na wyrwanie myśli z codziennego biegu. Polecam jako jesienną lekturę
00
Miroska561

Nie oderwiesz się od lektury

wciągająca . . .
00
Anitapoczta

Dobrze spędzony czas

Bardzo przyjemnie się czytało.
00

Popularność




Magdalenie Fryt i Icie Radziałowskiej,

Cudownym czytelniczkom, które o „Augustyna” mnie wręcz nękały!

Bez Was pewnie by go nie było. A na pewno nie już teraz!

WSTĘP

Gertruda Poniatowska, de domo Piontek, przeżywała kryzys. Nie był to kryzys wieku średniego, bo ten przeżywała już kilka albo kilkanaście lat temu. Obecnie cierpiała na choroby poważniejsze. W pewnym wieku, jak twierdziła, przytrafiają się tylko choroby na „d” i „do d”.

Była pewna, że cierpi na depresję, demencję i jeszcze kilka innych chorób na „d”, których z racji tejże demencji nie mogła sobie przypomnieć. Życie wydawało jej się być do dupy (też na „d”).

– Wyleciało mi. – Usłyszała głos męża, spokojnego, raczej małomównego Romualda, który podniósł mętny wzrok znad krzyżówki.

– Co ci znowuż wyleciało? – zapytała nerwowo. Zresztą, co ją obchodziło wylatywanie? Przecież to jej problemy były najbardziej istotne.

– No, to… „Zabieg sanitarny polegający na tępieniu szczurów i innych szkodliwych gryzoni”.

– Deratyzacja.

– O, właśnie.

O, właśnie. Deratyzacja. Dobrze, że na to nie cierpi. Ale już „destrukcja” – tak. I demotywacja do działania. Gertruda westchnęła głośno. Oczywiście jej mąż, Romuald, nie zareagował. Wzniosła oczy ku niebu, nabrała powietrza w płuca i westchnęła jeszcze głośniej.

Znowu bez echa.

– Ja bym mogła umrzeć, a i tak nikt by nie zareagował – stwierdziła nadąsana.

– Masz rację, kochanie. – Mąż uśmiechnął się do niej serdecznie, wiedząc, że lepiej zgadzać się z żoną we wszystkim.

Akurat teraz było odwrotnie. Niestety, Romualda już to wcale nie obchodziło, bo zastanawiał się, jak naprawdę nazywała się księżna Sissi. Nie zapytał jednak o to Gertrudy, bo jakiś czas temu wybiegła z pokoju, śmiertelnie na niego obrażona. A z pewnością znałaby odpowiedź. Odkąd wyszła za człowieka z TAKIM nazwiskiem, poczuwała się do tego, by na temat arystokracji wiedzieć wszystko. A jeżeli nie wszystko, to jak najwięcej.

ROZDZIAŁ 1

O AUGUSTYNIEPONIATOWSKIM, CZYLI SYNU, KTÓREGO WYCHOWA NA LUDZI

To, że będzie miała syna, którego wychowa na ludzi, Gertruda Piontek wiedziała niemalże już od momentu urodzenia. Swojego urodzenia, dodajmy.

O tym, że Augustyn będzie Augustynem, dowiedziała się nieco później. Wcześniej zaś, w dziekanacie Akademii Medycznej w Gdańsku, przez przypadek otrzymała indeks należący do kogoś zupełnie innego. Z indeksu spoglądał na nią mężczyzna i lekko, przyjaźnie się uśmiechał. Po chwili przeczytała, że lekko uśmiechnięty mężczyzna nosił piękne nazwisko „Poniatowski” i był studentem tego samego roku co Gertruda.

Panna Piontek, przyszła pani doktor, niemal natychmiast postanowiła, że tenże Poniatowski będzie jej mężem. Doszła do wniosku, że musi Poniatowskiego zdobyć jak najszybciej. Nie zważając na żadne okoliczności. Nie zależało jej wprawdzie na nim samym, ale na jego nazwisku.

Gertruda Poniatowska.

Pięknie.

Tak, niezależnie od wyglądu i charakteru tegoż Poniatowskiego, musiała go mieć. Uśmiechnęła się, zagryzając usta.

Już wtedy Gertruda Piontek postanowiła być jego żoną oraz matką jego dzieci, a przynajmniej syna. Tego, którego wychowa na ludzi.

Jeszcze przed urodzeniem syna, a nawet przed poznaniem jego ojca, Gertruda zaplanowała swemu pierworodnemu całe życie, skupiając się przede wszystkim na karierze zawodowej. Życie rodzinne nigdy nie było dla niej zbyt ważne.

Gertruda od zawsze wiedziała, że jej syn będzie lekarzem, i to laryngologiem, jakim ona również (te czterdzieści lat temu) zamierzała zostać, spędzając długie noce na wkuwaniu łacińskich nazw wszelakiego ustrojstwa, z jakiego składa się homo sapiens.

Młoda panna Piontek, używając wdzięku i podstępu (w większej połowie tego drugiego – bo tego, że nie ma „większej połowy”, Gertruda nie przyjmowała do wiadomości), uwiodła nic nie przeczuwającego, Bogu ducha winnego Romualda Poniatowskiego, który to okazał się na tyle poczciwy, że z Gertrudą wziął ślub, czego gorzko żałował przez wszystkie lata swojego późniejszego życia.

Chwila, w której syn zaczął żałować, że jego matką jest Gertruda, nastąpiła bardzo wcześnie, bo już w momencie, gdy pani Poniatowska pognała swojego męża, by zarejestrował syna w Urzędzie jako Augustyna Zygmunta. Pośród Kubusiów, Tomków i Krzysiów, imię Augustyn brzmiało nader dziwacznie, czego chłopak doświadczał przez całe swoje dzieciństwo. Według Gertrudy do TAKIEGO nazwiska pasowało jedynie coś w tym stylu.

Augustyn Poniatowski.

Niemalże król.

A co najmniej szlachcic.

Pięknie.

O edukację Augustyna matka dbała już od najmłodszych lat. Trzy lata swojej kariery zawodowej poświęciła na jego bardzo intensywne wychowanie, po czym Augustyn poszedł do elitarnego przedszkola, załatwionego w zamian za prawie natychmiastową operację przegrody nosowej głośno chrapiącego męża dyrektorki.

Dla lepszego wykształcenia swego syna i zwiększenia jego możliwości w życiu, pewnego pięknego dnia Gertruda stała się posiadaczką małej czerwonej książeczki, świadczącej o przynależności do pewnej organizacji, dzięki której w „tamtym świecie” wiele drzwi stawało otworem.

Czerwona książeczka wywołała wielki niesmak na twarzy Romualda Poniatowskiego. Przez kilka lat życia z Gertrudą zdążył się już przyzwyczaić do tego niesmaku, ale to przelało czarę goryczy. Jeszcze żaden z Poniatowskich nie był w partii. Oczyma duszy Romuald widział swoją żonę zawierającą pakt z czerwonym diabłem, na dodatek podpisującą cyrograf własną krwią.

Przeokropny był to widok.

Nawet dla Romualda, który wiele potrafił znieść. Nawet życie z Gertrudą.

***

Gertruda Piontek (właściwie Poniatowska, ale duchem zdecydowanie Piontek) konsekwentnie wmawiała synowi, że będzie lekarzem.

Podczas gdy inni chłopcy z obdartymi kolanami i zasmarkanymi nosami oświadczali światu z dumą, że będą strażakami, policjantami i żołnierzami, Augustyn, zwany przez kolegów Gutkiem, a przez mamę Gusiem (czego szczerze nienawidził), z nosem na kwintę szeptał cicho, że będzie lekarzem. Mama Gusia spoglądała wtedy z wyższością na matki przyszłych strażaków. Na ojców przyszłych policjantów również.

Gdy przyszedł czas buntu (nie mówimy tu o buncie dwulatka, który jakimś cudem ominął Augustyna, a raczej jego rodziców), Gutek ósmoklasista stwierdził, że na pewno lekarzem nie będzie, i ku wielkiej rozpaczy mamy wybrał klasę matematyczno-fizyczną w jednym z trójmiejskich liceów z tradycją.

Ta tradycja trochę jego mamusię uspokoiła, jednakże Gertruda długo próbowała nakłonić panią dyrektor tegoż liceum do przymusowego przeniesienia Augustyna do klasy o profilu biol-chem.

Sama nazwa „biol-chem” wydawała się Gutkowi odrażająca, jednak po pierwszej lekcji fizyki z jedyną nauczycielką z tytułem doktora w całej szkole zwątpił w słuszność swojego wyboru. Była to urocza, aczkolwiek konsekwentna kobieta, u której na lekcjach podniesienie z podłogi czegokolwiek groziło śmiercią lub kalectwem. Tak przynajmniej wydawało się przerażonym pierwszoklasistom. Niemniej jednak, Gutek postanowił na przekór matce zostać inżynierem i – by skutecznie dążyć do swojego celu – usiadł w pierwszej ławce, zaraz naprzeciw srogiej nauczycielki. Do końca szkoły był najlepszy z fizyki, bo też ta pani była chyba najlepszą nauczycielką, jaką miał kiedykolwiek.

Chwile zwątpienia przeżywał również na biologii, gdzie eteryczna blondynka słodkim głosem mówiła o „chryzolaminarynie”. Długi czas śniło mu się, że trzyma ją w objęciach, szepcząc do niej czule. Chryzolaminaryna Poniatowska. Tak się nazywała. W snach.

Jednakże chęć zrobienia na złość upiornej mamuśce była silniejsza niż platoniczna miłość do Chryzolaminaryny. Augustyn dalej pilnie uczył się matematyki i fizyki, by zostać inżynierem, ku chwale ojczyzny.

Jego silne postanowienie zmieniło się za sprawą pewnej Ewy, a raczej jej zranionej nogi. Na obozie żeglarskim był zmuszony bawić się w doktora (nie żeby mu to specjalnie przeszkadzało), opatrując najdłuższą chyba na świecie nogę, należącą do Ewy, koleżanki z klasy.

Bez pamięci zakochał się zarówno w tej nodze (nie mówiąc już o jej właścicielce), jak i w czynnościach, które wykonywał przy ranie.

– Idę na medycynę – oświadczył któregoś dnia w domu.

– Alleluja! – krzyknęła matka i spojrzała na ojca z wyższością.

– Ekhm – odparł ojciec znad gazety.

Dla Gertrudy Piontek oczywistą oczywistością było to, iż jej syn pójdzie w ślady jej oraz swego ojca i będzie laryngologiem.

Kiedy Augustyn, będąc na drugim roku medycyny, zaglądał nieudolnie do nosa swojej matki, nieporadnie trzymając narzędzia niekoniecznie służące do oglądania tego organu, matka stwierdziła z przekąsem:

– Od dupy strony się do tego zabierasz, syneczku.

W tym momencie Augustyna olśniło. Już wiedział, jak być lekarzem, robiąc na złość matce. Proktologiem nie będzie, o nie. Ale od dupy strony była też ginekologia. I w ten oto sposób zostały określone przyszłe losy Gusia.

Augustyn Poniatowski wybrał specjalizację.

ROZDZIAŁ 2

O GERTRUDZIE PONIATOWSKIEJ, DE DOMOPIONTEK, SŁÓW KILKA

Gertruda Piontek urodziła się pod znakiem Skorpiona, w pewien zimny, październikowy poranek. Pięć minut po Gertrudzie na świat przyszła jej siostra Krystyna.

Jako że Gertruda na świat przyszła wcześniej – niedużo, ale zawsze – w życiu też we wszystkim musiała grać pierwsze skrzypce. Do pewnego momentu udawało jej się to, jednakże siostra dzielnie deptała jej po piętach. No i – jak się miało okazać – w niektórych, tych najbardziej istotnych kwestiach w końcu ją przegoniła.

Mimo wszechogarniającej rywalizacji siostry kochały się niezmiernie i były gotowe oddać za siebie życie.

Wychowywały się na wsi, pośród krów, kur, gęsi oraz prosiaków, i obie nie były pewne, czego bardziej nienawidzą. Od momentu, kiedy ojciec zabrał je do miasta w odwiedziny do ciotki Julki, wiedziały, że na wsi nie pozostaną. Za żadne pieniądze… Problemem było tylko to, że tych pieniędzy nikt im nie proponował…

Gdy kończyły szkołę średnią, ciotka Julka zmarła, zostawiając im mieszkanie w Gdańsku. Nie wahały się ani chwili. Porzuciły rodziców wraz z całą trzodą chlewną oraz bydłem rogatym i pojechały do Gdańska.

Jednym z najszczęśliwszych dni w życiu Gertrudy Piontek był dzień, kiedy to „Piontkiem” być przestała. Zgodnie ze ślubną modą lat siedemdziesiątych ubrana w długą, bardzo romantyczną białą suknię, dumnie kroczyła do ołtarza w Katedrze Oliwskiej, wsparta na ramieniu swojego męża, Romualda Poniatowskiego. Uśmiechy rozdawała na prawo i lewo, bacznie obserwując rodzinę męża, której nie zdążyła poznać z racji przyspieszonego ślubu.

Rodziny Gertrudy na ślubie nie było prawie wcale. Pani Poniatowska miała ze swojej strony jedynie siostrę, która – prezentując ekstremalny brzuch z potomkiem w środku – wręczyła jej olbrzymi bukiet płomiennych róż.

– Szczęścia, kochanie – wyszeptała. – Oby wszystko było po naszej myśli – dodała cicho. – Spełnienia TWOICH marzeń, pani Poniatowska! – Mrugnęła porozumiewawczo.

Za siostrą stał jej mąż, który nie mógł się dopchać do młodej pary.

– Mareczku, kochanie, nie pchaj się! – rozkazała siostra panny młodej. – Znaj, kotku, swoje miejsce… – Zmroziła męża wzrokiem.

Mareczek usunął się posłusznie. Swoje miejsce zdążył już poznać. Bardzo dokładnie.

Siostry Piontek od najmłodszych lat lubiły pokazywać wszystkim, gdzie jest ich miejsce. Gertruda była starsza, więc przodowała niemalże we wszystkim. Niemalże. Niestety, później wyszła za mąż, po czym zaszła w ciążę – ale nazwisko miała zdecydowanie lepsze, co też trochę ją uspokoiło i upewniło, że na niektóre rzeczy warto czekać.

Gertruda i Krystyna urodziły synów i zarówno jedna, jak i druga posłały ich na medycynę. Z tym, że Gusio został ginekologiem, a Mariusz, cioteczny brat Gusia – dentystą.

– No popatrz, kochana Trudko – powiedziała kiedyś Krystyna. – Mariuszek będzie zaglądał przez górną dziurę, a twój Gusio przez dolną, hihihi! – Wybuchła perlistym śmiechem.

– Hihihi – odparła sarkastycznie Gertruda, krzywiąc się paskudnie.

– Trudko, kochanie, nie jesteś zadowolona? – zapytała mama Mariuszka. – Przecież to taki dobry fach w ręku…

– Dobry, dobry, „mąszeri” – odparła Gertruda. Odkąd naczytała się literatury o francuskich arystokratach, zwracała się „mąszeri” do kogo tylko mogła. Nazwisko w końcu zobowiązuje. – Jestem zachwycona. „Mąszeri”.

W rzeczywistości Gertruda Poniatowska nie była wcale zachwycona. Zadowolona również nie.

To, że syn został ginekologiem, traktowała jako osobistą porażkę. Synem ginekologiem nawet nie można się pochwalić.

– Romualdzie, „mąszeri”, moje koleżanki w życiu do niego nie pójdą! – mówiła zmartwiona. – Dentysta, laryngolog, co innego, ale przecież żadna nie będzie się obnażać przed chłopcem, który na czworakach biegał w ich towarzystwie. – Wzdychała. – „Mąszeri”, jestem zdruzgotana. Mówiłam, przekonywałam… Toć, w razie czego, on nawet matce nie pomoże!

Romuald spojrzał znad książki.

– W razie czego – pomoże.

– Nie pomoże, nie, nie… Ech, los nas pokarał, Romualdzie, takim nieposłusznym synem!

– Gertrudo, on tylko realizuje swoje marzenia!

– Ech, „mąszeri”. Jak ja bym chciała, by ktoś moje marzenia zrealizował. Na przykład, chciałabym napić się teraz kawy – stwierdziła głośno. Nie widząc reakcji ze strony męża, dodała: – Kawy z mlekiem.

Romuald Poniatowski tylko schował się głębiej za okładkę, odczekał trzy minuty i poszedł do swojego pokoju, by w spokoju spocząć w objęciach Morfeusza.

Gertruda ostentacyjnie westchnęła, mając nadzieję, że małżonek to usłyszał, i poszła sobie zrobić kawę w porcelanowej filiżance.

Odkąd Gertruda stała się posiadaczką tak wspaniałego nazwiska, pijała kawę tylko w porcelanowej filiżance z Ćmielowa, pochodzącej z serwisu zakupionego zaraz po ślubie w Desie. No, czasem jeszcze zaplątał się jakiś Rosenthal.

– To rodowa porcelana Romualda, „mąszeri”. Od wieków w NASZEJ rodzinie – informowała przyjaciółki.

Odkąd odkryła aukcje internetowe, do rodowej porcelany dołączyły srebra i ręcznie haftowane obrusy po babci…

– Romualdzie? Twoja babcia miała na imię Józia? – krzyknęła, gdy tylko rozpakowała paczkę z płótnem pięknie zdobionym bladoróżowymi kwiatami, przyniesioną przez listonosza.

– Ehe – mruknął Romuald, jak zwykle znad gazety czy książki.

Gertruda się uśmiechnęła. Haftowane obrusy babci Józefiny.

„Żosefin”.

Znacznie lepiej brzmi. Uśmiechnęła się, spoglądając na nowy nabytek.

„Grą mer Żosefin” – pięknie!

„Mąszeri”.

ROZDZIAŁ 3

O WIELKIEJ UCIECZCE AUGUSTYNA OD HARPII I PIRANII

W dniu swoich trzydziestych piątych urodzin Augustyn Poniatowski oświadczył swojej rodzicielce, że się wyprowadza. Nie miał wprawdzie pojęcia, gdzie się wyniesie i za co utrzyma, ale był pewien jednego: od upiornej mamuśki trzeba zwiać jak najdalej. I jak najszybciej. Najlepiej jeszcze dziś. Bał się nieco, że jeżeli nie nastąpi to ekspresowo, mamuśka zrobi wszystko, by przekonać go do pozostania. Kochał ją wprawdzie, ale całym sobą czuł, że relacje między nimi będą układały się znacznie lepiej, gdy dzielić ich będzie kilka kilometrów. Najlepiej tyle, by nie można było tam dojść na piechotę. A tym bardziej wyskoczyć w kapciach.

Wyprowadzi się na jakiś czas, na początek coś wynajmie, potem rozejrzy się za kredytem, kupi coś swojego… Byle osobno… Więcej niż trzydzieści lat z własną matką, TAKĄ matką, mogłoby spowodować, że zacznie szukać pocieszenia w ramionach co ładniejszych absolwentek medycyny, interesujących się zagadnieniami psychiatrii. A pocieszenia wolał szukać u kobiet, które zachwycały go intelektem i ciałem (niekoniecznie w tej kolejności), a nie wybraną specjalizacją. Zwłaszcza gdyby była to psychiatria.

Augustyn Poniatowski zrobił specjalizację. W szpitalu na oddziale położniczym zbierał coraz więcej plusów. Nie było z tego zbyt wiele kasy, ale na pewno mu wystarczy… Da radę. Powoli, ale da radę. Może kiedyś założy własny gabinet?

– Mamo, wyprowadzam się – oznajmił, jedząc jajecznicę.

– „Mąszeri”, nie mów z pełną buzią, kochanie – zwróciła mu uwagę Gertruda ze stoickim spokojem. – Romualdzie, podaj mi proszę masło.

Romuald, podając masło, uśmiechnął się do syna i mrugnął okiem.

– Mamo, słyszałaś?

– Oj, Gusiu, gdzie ty chcesz się wyprowadzić? Źle ci z nami?

Owszem. Gusiowi było źle. A nawet bardzo źle. Przed oczyma przesuwały mu się niczym film fabularny różnorakie wspomnienia. Bardzo często niezbyt miłe. Bo czyż miło wspominać dni, kiedy matka, niczym Kargul z Pawlakiem, wparowywała do pokoju Gusia, gdy namiętnie obściskiwał się ze swoją sympatią?

Czyż miłym było przeglądanie jego osobistych rzeczy, papierów, zdjęć? Miłym było bezustanne udawanie palpitacji serca, zawałów i innych śmiertelnych chorób, gdy Gusio udawał się na noc do koleżanki, tudzież na imprezę, nie mówiąc o wyjazdach na dłużej niż trzy dni?

Nie. Gusio, czyli Augustyn Poniatowski, dalej tego nie zniesie.

– Gusiu, „mąszeri”, nie rób tego matce! Matka ma takie słabe serce! – Wzdychając, Gertruda złapała się za pierś.

– Mamo, o ile mi wiadomo, serce jest po środku. No, w zasadzie mogłabyś się łapać też po lewej stronie – stanowczo oświadczył Gutek, wstał od stołu i poszedł przygotować się do pracy.

– „Mąszeri”, no powiedz coś! – Gertruda szturchnęła męża. – Nie siedź tak obojętnie, „mąszeri”! Świat nam się wali!

– Świat by się Gutkowi zawalił, gdyby jeszcze choć chwilę z tobą pomieszkał – oświadczył ostro Romuald i zostawiając niedojedzoną kanapkę, udał się do swojego pokoju.

Gertruda była zdruzgotana. Jej jedyny, wychuchany syneczek opuszcza gniazdo rodzinne i ona, matka opiekuńcza, nie będzie miała nad nim kontroli. A co gorsza nie będzie miała kontroli nad lafiryndami, które będą do niego przychodzić, czyhając na jego nazwisko i pochodzenie! Ona już wie, do czego zdolne są kobiety, by zdobyć mężczyznę! Zołzy jedne…

Zapomniała jedynie, że wie to z autopsji…

***

O północy doktor Poniatowski był u kresu wytrzymałości. Odebrał cztery porody naturalne i trzy cesarki. Do izby przyjęć napływały coraz to nowe pacjentki, nawet nie miał jak w spokoju poczytać gazety z ogłoszeniami. I znowu telefon. Dokładnie wtedy, gdy wyciągnął się na tapczanie i chciał zmrużyć oczy. Nie ma to jak baby boom. Westchnął i poszedł do izby przyjęć.

– Panie doktorze – przywitała go rozhisteryzowana dziewczyna, ubrana w bluzeczkę odsłaniającą pępek, w którym błyszczał kolczyk. – Jestem w ciąży!

– Gratuluję – stwierdził Gutek, głośno ziewając. – A co się dzieje?

– Panie doktorze, bo ja myłam naczynia!

– Mi też się to czasem zdarza… – odparł ze stoickim spokojem. – To się chwali. I?

– Panie doktorze, czy Ludwik szkodzi? – Zrozpaczona dziewczyna złapała go za poły fartucha.

– Ludwik to pani mąż? Jak mąż, to powinien pomagać… No, ale z tym różnie bywa…

– Jaki mąż? – zapytała zdezorientowana. – Męża nie mam, to płyn do zmywania naczyń!

Doktor Poniatowski wiele już dziwnych rzeczy słyszał, jednak z takim czymś jeszcze się nie spotkał. Spojrzał na zaryczaną dziewczynę jak na zjawisko z innej planety i stwierdził:

– Ludwik bardzo szkodzi… – Dziewczyna spojrzała na niego przerażona. – Pod warunkiem, że się go wypije – dodał. – W dużych ilościach – szepnął za zamykającymi się drzwiami.

Dziewczyna już tego nie słyszała, bo wykrzykiwała coś przez telefon.

Augustyn zdążył jednak usłyszeć jeszcze jej głos dobiegający zza drzwi: „Misiu, nie szkodzi, wszystko w porządku!”. Mężczyzna po raz kolejny tego dnia westchnął. Urodziny jak cholera. No nic, na urodziny sprawi sobie prezent w postaci przeprowadzki. Sięgnął po „Anonse” – wolał wersję tradycyjną niż online, rozsiadł się w fotelu, nogi położył na biurku i zaczął przeglądać oferty, co ciekawsze zaznaczając markerem.

Była to bardzo nudna lektura. Po chwili zasnął. Był już wyćwiczony w krótkotrwałych drzemkach. Na szczęście jego dyżur dobiegał już końca. Poszedłby do domu, gdyby jakiś miał. Jednak, jak wiemy, chwilowo był człowiekiem bezdomnym i jedynym miejscem, gdzie w cieple i względnym spokoju mógł pomyśleć, był fotel w dyżurce lekarzy. Drzemka w fotelu po dyżurze była zatem jedynym możliwym sposobem na szybką regenerację.

Gdy się obudził, cały połamany, zadzwonił pod numer widniejący w pierwszym ogłoszeniu zaznaczonym różowym markerem.

„Mieszkanie: 2 pokoje, kuchnia, łazienka, wysoki standard, w starym Wrzeszczu odnajmę. Halinka”.

Uśmiechnął się i zadzwonił do pani Halinki.

Po chwili wiedział już wszystko. Cudne, dwupokojowe mieszkanie, z tym że do wynajęcia jest jeden pokój. Drugi pozostanie niezamieszkały i czy to szanownemu panu doktorowi nie przeszkadza?

Szanowny pan doktor był urzeczony panią Halinką. Czuł, że to miejsce czeka na niego. Nie musiał go nawet oglądać.

***

Zanim jednak Augustyn wynajął mieszkanie, postanowił przedyskutować sprawę z Cyrylem. W zasadzie podjął już decyzję, jednak przyzwyczajenie do omawiania z przyjacielem ważnych wyborów życiowych zostało mu do dziś.

Cyryl był przyjacielem Augustyna niemalże z czasów przedszkolnych. Chociaż wtedy nie można było tego nazwać przyjaźnią. Zdecydowanie nie.

W drugim tygodniu pobytu w przedszkolu (jak ustaliliśmy wcześniej – ekskluzywnym) Cyryl ugryzł małego Augustyna w rękę na tyle mocno, że chirurg, przy akompaniamencie łez i wyzwisk Gertrudy skierowanych ku temu „małoletniemu przestępcy”, założył dzielnemu bohaterowi trzy szwy. Gertruda nie pozostawiła zdarzenia bez echa. Najpierw stanowczo doradziła mamie Cyryla, by zaszczepiła dziecko przeciw wściekliźnie oraz kupiła mu kaganiec, a następnie prawie pół roku bezskutecznie walczyła o wydalenie przestępcy z placówki – bądź co bądź – publicznej. Jednak pani dyrektor w życiu by tego chłopca nie wyrzuciła z przedszkola. Prędzej pożegnałaby się z Augustynem.

Matka Cyryla była bardzo wpływową personą w okolicy. Nie można było się jej narazić. W żadnym wypadku.

Była kierowniczką sklepu mięsnego.

Kierownik sklepu mięsnego w tamtych czasach, kiedy w sklepach był sam ocet, zdecydowanie był KIMŚ.

A nie jakiś tam laryngolog.

Phi.

Bo ileż to razy korzysta się z pomocy laryngologa, a jak często kupuje mięso?

Nie, na wydalenie z placówki Cyryla Kowalskiego pani dyrektor nie mogła sobie pozwolić.

Gertruda Poniatowska musiała poprzestać na przeniesieniu Augustyna do wyższej grupy, a że był inteligentnym dzieckiem, to nieźle sobie poradził. Na jej nieszczęście, Cyryl również rozwijał się ponadprzeciętnie, w związku z czym także poszedł rok wcześniej do szkoły i wylądował w jednej ławce razem z Augustynem.

Chłopcy od razu przypadli sobie do gustu, puszczając w niepamięć zdarzenie z lat przedszkolnych, w przeciwieństwie do ich mam, które nadal czuły do siebie zdecydowaną niechęć. Jednak w tym wieku zakazany owoc smakuje jeszcze lepiej, więc przyjaźń nieustająco rozkwitała. Działo się tak tym bardziej, że każdy z chłopców uznał – ku swojej radości – że imię kolegi jest jeszcze głupsze od jego własnego. Przyznali się jednak sobie do tego dopiero po pijaku, oblewając dwudzieste pierwsze urodziny Cyryla prawie dwudziestoletnim domowym winem, które pili prosto z gwinta, siedząc w piwnicy.

***

Prosto ze szpitala Augustyn Poniatowski udał się więc do Cyryla, gdzie po czwartej puszce piwa ustalili wspólnie, że mieszkanie w starym Wrzeszczu zdecydowanie powinien wynająć, bo czymże jest pozostawienie jednego pokoju pani Halince do nieuciążliwego użytkowania „naprawdę bardzo rzadko” w porównaniu do powrotu do tej harpii i piranii, upiornej mamuśki Gertrudy Poniatowskiej.

Nie bacząc na stan upojenia alkoholowego, Augustyn zadzwonił ponownie do pani Halinki i powiedział jej, że mieszkanie ma dobrą energię, pozytywne feng shui i rewelacyjne wibracje, i on je chce mieć od zaraz. Halinka bardzo się uradowała i powiedziała, że klucze zostawi u sąsiadki, gdyż wyjeżdża na jakiś czas, a skoro pan doktor taki niecierpliwy, to niech się wprowadza choćby zaraz.

– Ty, a co ci z tymi wibracjami? – zapytał Cyryl, wyjmując ogórka kiszonego ze słoika z naklejką „Cyrylowi – Magda 2013”. – Agnieszka robiła lepsze. Nie były takie miękkie.

– Co miękkie?

– Ogórki miękkie.

– No tak. Miękkie – niedobre.

– To co z tymi wibracjami?

– A, coś w telewizji ostatnio oglądałem. Kobiety lubią takie rzeczy.

ROZDZIAŁ 4

O KROWIE NA TORACH, POKOJU CHIŃCZYKÓW I NOWYM DOMU

Anna Błaszkowska z uśmiechem przekroczyła próg akademika na gdańskim Przymorzu.

– Dzień dobry, pani Steniu! – przywitała portierkę serdecznie.

Pani Stenia, siwowłosa kobieta po sześćdziesiątce, podniosła oczy znad gazety, na okładce której Doda wytykała język Joli Rutowicz, a ta się jej odwzajemniała. Musiał to być jakiś bardzo stary numer. Na obu językach lśniły ponoć brylantowe kolczyki. Ania nie mogła się powstrzymać przed wysunięciem języka w stronę panny Rutowicz. Niestety, na jej języku brylant nie zabłysnął.

– Anula! – zawołała wyraźnie ucieszona portierka. – Co ty, mi język wytykasz?

– No co pani! Joli wytykam! – Wytknęła jeszcze raz. – Doda może, a ja nie? – Roześmiała się głośno.

– Miło cię widzieć, Anula. – Pani Stenia odłożyła gazetę. – Co cię do nas sprowadza?

– Jak to co? – Ania zmarszczyła brwi, powątpiewając w stan zdrowotny pani Steni. – Studia pani Steniu, piąty rok! Przecież ja tu mieszkam!

Pani Stenia badawczo spojrzała na Anię.

– Anula, ale ja nie mam ciebie na liście… – Zaczęła przeszukiwać jakieś papiery. – Sama byłam zdziwiona, że nie dostałam twojego zgłoszenia… Myślałam, że za mąż wyszłaś, albo co…

– Ja, za mąż? – Ania zrzuciła plecak na podłogę. – Jak to nie ma mnie na liście? Dorota mi mówiła, że wszystko OK! – Była wyraźnie zdenerwowana. – Pani pokaże te listy! – Wydarła papiery z rąk portierki.

– Banaszak… Bęckiewicz… Ciastowska… – mruczała, czytając nazwiska. – To musi być pomyłka! – Spojrzała z wyrzutem na panią Stenię. Ta wzruszyła tylko ramionami.

– To nie jest pomyłka, Anula. Też byłam zdziwiona…

– A Dorota? Pani zobaczy Dorotę. Jest?

– Dorota jest. W dwunastce.

– Pani Steniu, idę do niej.

– Leć, dziecko, leć, zostaw tu te klamoty… – Zatroskana portierka wyciągnęła rękę po ciężki plecak.

***

Kilka godzin później Anna Błaszkowska zalewała się łzami, siedząc po turecku przed portiernią. Dochodziła dwudziesta druga, a ona nie miała gdzie się podziać. Chlipała głośno, a pani Stenia co chwilę podsuwała jej pod nos chusteczki higieniczne. Zołza Dorota, jak nazywała swoją – zdecydowanie już byłą – przyjaciółkę, nie dostarczyła papierów Ani na czas, o czym przed chwilą beztrosko ją poinformowała. Zołza Dorota papiery te zgubiła i zapomniała powiedzieć o tym drobnym fakcie… Sama siedziała zadowolona w przytulnym, dwuosobowym pokoiku, wraz z koleżanką ze swojego roku.

– Pani Steniu, zołza jedna!

– Ano zołza, Aniu. Do Marcina nie możesz iść?

– Nie ma go jeszcze… Zresztą on u ciotki mieszka i nie bardzo…

– Hmm… Nie przejmuj się zatem, coś wymyślimy. Na razie mam jeden pokój wolny przez ten tydzień, bo jakieś Chińczyki mają przyjechać, ale to dopiero za kilka dni.

Zmartwiona Ania udała się do pokoju Chińczyków, gdzie pół nocy ubolewała nad swoim losem, a drugie pół zastanawiała się nad wybrnięciem z sytuacji. Podczas pierwszej połowy nocy, oprócz obmyślania coraz to bardziej wyrafinowanej zemsty na zołzie Dorocie, oczyma duszy widziała siebie wśród bezdomnych, wyciągającą trzęsącą się z zimna dłoń i błagającą na ulicy o kawałek chleba. Efekt porannych przemyśleń był bardziej optymistyczny. Anna Błaszkowska wstała skoro świt, narzuciła na piżamę jeansowy płaszczyk i pobiegła do kiosku po gazetę z ogłoszeniami.

***

Trzy godziny później Ania oglądała mieszkanie należące do pani Halinki. Na całe mieszkanie nie bardzo było ją stać, zatem wynajęła jeden, mniejszy pokój z używalnością kuchni i łazienki, drugi pozostawiając niezamieszkały.

– Pani Halinko, to ja dziś wieczorem przyjadę – oświadczyła.

– Dobrze dziecko. Ten większy pokój zostaje pusty, na wypadek gdyby mój syn z Niemiec przyjechał. Więc będziesz sama panią na włościach.

Przyszła pani na włościach uśmiechnęła się i pobiegła do akademika, żeby zabrać rzeczy z pokoju Chińczyków. Jej chłopak, Marcin – biedny student architektury – miał dziś przyjechać z Olsztyna, zatem wpakowała się do autobusu i pojechała do jego ciotki.

***

Biedny student architektury niestety jeszcze nie dojechał do ciotki. Drzemał w pociągu gdzieś między Iławą a Malborkiem. Pociąg stał w szczerym polu, gdyż na tory wyszła krowa i – mimo usilnych prób zepchnięcia jej z trasy pociągu pospiesznego – nie chciała z nich zejść. Maszynista wraz z konduktorem próbowali biednemu zwierzęciu przemówić do rozsądku, jednak stworzenie to, jak widać, zechciało dokonać swego żywota właśnie na trasie pociągu relacji Białystok–Szczecin.

Marcinowi zupełnie to nie przeszkadzało. Spał jak zabity, kurczowo trzymając teczkę pełną projektów, które gwarantowały mu zaliczenie czwartego roku. Ciężkie to były studia i – mimo olbrzymiego samozaparcia w trakcie roku akademickiego – Marcin połowę lata wymyślał i kreślił plany, prawdę mówiąc nie mając zbytnio czasu na jakikolwiek wyjazd z Anią. Ania lojalnie siedziała w domu, o ile „siedzeniem w domu” można nazwać leżenie na trawie i codzienną, niemalże nieustanną kąpiel w Jeziorze Mausz, do którego to miała dwa kroki z rodzinnego domu. Wypoczęła i z niecierpliwością wyczekiwała roku akademickiego, a tym samym chwili, kiedy stęskniona wpadnie w objęcia Marcina. Nie spodziewała się, że jej marzeniom zaszkodzi krowa, stojąca na trasie pociągu pospiesznego.

Pukając w drzwi mieszkania w bloku na gdańskim Przymorzu, Ania zaklęła cicho, gdyż odpowiedziało jej ino echo. Usiadła przed klatką schodową na plecaku i wpatrując się w wielki falowiec naprzeciwko, rozmyślała, co począć.

Na piątym piętrze jakaś pani wieszała pranie, na siódmym po prawej pan się przeciągnął, ukazując potężną klatę, a na trzecim inna pani trzepała obrus.

Ta z trzeciego non stop coś trzepała. Ile razy Ania ją widziała, kobieta machała to jednym obrusem, to drugim, to prześcieradłem. Od czterech lat, w ciągu których Ania prowadzała się z Marcinem i była częstym gościem mieszkania na Przymorzu, pani trzepała coś nieustannie.

Ania również strzepnęła niewidoczny pyłek ze spodni, podniosła się i stwierdziła, że niestety trzeba jechać zasiedlić mieszkanie, które dopiero co wynajęła od pani Halinki.

***

Marcin Lewandowski, prowadzający się z Anią – jak wiemy – od kilku lat, był chłopakiem potwornie inteligentnym i zapracowanym. Potwornie zapracowanym, oczywiście. Sam niemalże codziennie zastanawiał się nad tym, czy jest bardziej taki czy taki. Na początku wydawało mu się, iż był również potwornie zakochany w Ani, lecz pozostało z tego chyba jedynie to „potwornie”.

Chłopak miał cel w życiu i tym celem bynajmniej nie była panna Anna.

Jak każdemu studentowi architektury, marzyły mu się szklane domy, wyposażone jedynie w żelastwo (aluminium czy inną stal) oraz lustra. Pełny minimalizm, który – o dziwo – wbrew oczekiwaniom przytłaczał Annę.

Ona najchętniej leżałaby pod patchworkową kołderką w kwiatki, przy cieple kominka, pijąc grzańca z glinianego kubka. Ania uwielbiała wiklinę, starocie i przesyt. Nieliczne kwiaty, jakie dostawała od Marcina, suszyła. Jej pokój przypominał uroczą rupieciarnię. Stara maszyna do szycia Singer, na niej żelazko z duszą. Ba, żelazko. Każdy przedmiot w tej zbieraninie miał swoją historię i – jak twierdziła Ania – duszę.

– Nie susz dziecko kwiatków – mawiała jej babcia. – Jak suszysz kwiatki, usycha miłość.

– Phi! – prychała Anula. – Nasza nie uschnie. W żadnym wypadku.

O tym usychaniu myślała również, tachając wielki karton zasuszonych róż na wysokie drugie piętro do mieszkania pani Halinki.

Ciężkie toto nie było, ale jakie nieporęczne! No, ale róż od Marcina nie mogła wyrzucić, o nie.

– Zbierają kurz – mawiała Dorota z przekąsem.

– Ech, Dorota. – Westchnęła Anula. – Po numerze z akademikiem Dorota pozostanie tylko wspomnieniem – stwierdziła, trafiając pod drzwi z numerem trzynaście.

Dzwonek nie odpowiadał. Pani Halinki nie było.

Drzwi obok otworzyły się i wychyliła się zza nich książka, a za nią postać kobiety. Dokładnie w tej kolejności. Kobieta, zupełnie nie przerywając czytania, szepnęła na jednym oddechu:

– King-Ręka-Mistrza-Halinka-klucze-zostawiła-pani-się-rozgości-papa. – Wręczyła jej klucze, pomachała ręką i zamknęła drzwi.

– Papa – odpowiedziała Anula, również wstrzymując oddech.

Otworzyła powoli drzwi i weszła do cichego mieszkania.

Położyła karton z różami w przedpokoju, zrzuciła z siebie wielki plecak zawierający jej dobytek i weszła do pokoju.

– Moje! – szepnęła i położyła się na kanapie, opierając nogi o ścianę. – Moje. I żadne Chińczyki nie będą mi przeszkadzać. Ani nikt nie będzie chciał soli pożyczać… Ani nie będzie zakładał mojego szlafroka po kąpieli… – Uśmiechnęła się. – Moje!

Postanowiła nawet się nie rozpakowywać. Pościeliła łóżko, wzięła gorący prysznic i położyła się.

Zdążyła wyciągnąć z torby książkę, szepnąć cicho słowa sąsiadki „King-Ręka-Mistrza-Halinka-klucze-zostawiła-pani-się-rozgości-papa” i – nie doczytawszy strony do końca – zasnęła.

ROZDZIAŁ 5

O TYM, ŻE NIESPODZIEWANY WSPÓŁLOKATOR MOŻE ZBURZYĆ PLAN LATANIA PO DOMU NA GOLASA

Czwarta puszka piwa u Cyryla zamieniła się w szóstą albo i siódmą (miała rację mamusia Poniatowska, że Cyryl to zło wcielone i szatan piekielny).

– Szczenślifii puszek nie liszą… – oświadczyła przyszła sława polskiej ginekologii, ucięła w połowie zdania i wpadła w objęcia Morfeusza.

Obok niego już od dawna spał Cyryl przebrzydły, z pilotem w dłoni. Mali mężczyźni zwykle śpią z misiami, dorośli wybierają kobiety bądź piloty do telewizorów. Cyryl, z braku kobiety na stanie, musiał spędzić noc z pilotem. Na Viva TV jakaś chuda, prawie goła laska skakała w rytm umpa-umpa, ale tego już przyjaciele nie widzieli i nie słyszeli. Skakała zatem w samotności.

Umpa-umpa.

***

– Przesadziłeś, Gutek. – Cyryl otworzył jedno oko. – Po cholerę ty już wstałeś? I kto do ciebie wydzwaniał od szóstej rano?

– Ha – odpowiedział zwięźle Gutek.

– Ha?

– Mamusia.

– I?

– No nic.

– Nic?

– Nie odebrałem.

– Nie dziwne. Też bym nie odbierał. – Wzruszył ramionami. – Znam twoją mamusię. O! Teraz do mnie ktoś dzwoni. Podaj mi telefon. – Wyciągnął rękę.

Augustyn spojrzał na wyświetlacz. Przerażony szepnął:

– Mamusia.

– Moja?

– Nie, moja. – Pokiwał głową.

– Żartujesz. – Cyryl wzruszył ramionami i odebrał telefon, nie patrząc na wyświetlacz.

– Ty-Cyrylu-Przebrzydły-ty! Pewnie-znowu-sprowadzasz-mojego-Gusia-na-drogę-zła-wszelakiego!

– Dzień dobry – odparł przerażonym szeptem Cyryl. – I do widzenia – powiedział jeszcze szybciej i wyłączył telefon. – Mamusia… Twoja! – szepnął zachrypniętym głosem. – Dlaczego nie mówiłeś, że twoja dzwoni? Moją na kacu bym zniósł, ale twoja to zdecydowana przesada.

– Przecież mówiłem, że moja. Wstawaj. Bez sensu tak siedzieć. Matka ma dyżur, trzeba resztkę rzeczy wziąć i zawieźć do Wrzeszcza.

– Po tym telefonie, to już nawet kac mi przeszedł. – Cyryl wzruszył ramionami. – Jemy coś czy lecimy?

– Lecimy. Znając życie, ona zaraz wróci do domu i drzwi zastawi swoim jestestwem, bym pozostał z nią do końca swoich dni.

***

„Ona” i jej jestestwo byli zdruzgotani.

Ten Cyryl Przebrzydły rzucił słuchawką!

Gertruda się gotowała. Gotowała się w sobie. Zrobiła się cała czerwona i dygotała.

– Pani doktor, pani nie powinna chyba w takim stanie pracować… – szepnęła nieśmiało pielęgniarka.

– Kto tu jest lekarzem? – wysyczała pani Poniatowska. – Ja, czy pani? – Zaczęła chodzić od jednej ściany gabinetu do drugiej. – Był tam z Gusiem. Naprawdę. Czuję to, jakiem matka. Matka takie rzeczy czuje, wie pani?

Pielęgniarka wzruszyła ramionami.

– Nie wie pani. Pani przecież nie ma dzieci. Teraz te kobiety tylko o karierze myślą. Ja mojemu Gusiowi oddałam trzy lata mojego życia. Całe trzy lata, słyszy pani? Zero pracy, zero literatury, zero teatru. ZERO! Tylko pieluchy i dbanie o rozwój psychofizyczny dziecka! Książkowo! A on mi się tak odwdzięcza! Wszystko przez tego Cyryla. – Pokiwała głową z dezaprobatą. – Zawsze on mojego chłopaka sprowadzał na złą drogę. Ja wiem. I tym razem Cyryl Przebrzydły był z Gusiem. Albo z jakąś lafiryndą. On lafiryndy lubi. Był z nią w łóżku. – Trzy kroki do przodu, w tył zwrot, trzy kroki w stronę pielęgniarki. – Albo z Gusiem…

– Z Gusiem w łóżku? – Pielęgniarka się zaciekawiła.

– No co też pani? – Doktor Poniatowska spojrzała z wyrzutem na młodą dziewczynę. – Cyryl z Gusiem w łóżku. Też mi coś. – Złapała się za serce. – Pani ma rację. Ja naprawdę nie mogę w takim stanie pracować. Ja muszę do domu. – Zdjęła okulary, spakowała w pochewkę i włożyła do torebki. – Cyryl z Gusiem. Też mi wymysły. W łóżku. Pff.

***

Gertruda Poniatowska otwierała drzwi swojego domu dokładnie w trzy minuty po tym, jak zamknął je jej syn marnotrawny. Wchodząc do jego pokoju, zaklęła. Nie zdarzyło jej się to nigdy. No, może ostatnio w czasie porodu. Gdy rodziła Gusia. Spojrzała na ogołocone pomieszczenie i zakryła usta dłonią.

– Gusiu, co też ty zrobiłeś? Dziecko? – szepnęła sama do siebie.

Usiadła na tapczanie, nic nie widząc, i wpatrywała się w ogołocone z książek regały.

– Romualdzie – on nawet wziął swoją pierwszą encyklopedię zdrowia! Tę, którą porysował – razem z tym Cyrylem Przebrzydłym – kredkami! Romualdzie, tu jest zupełnie pusto! – szlochała w słuchawkę telefonu. – On odszedł naprawdę! Zrób coś! Na Boga! Zrób coś! Nie pozwól naszemu synowi odejść!

***

Romuald nie miał zamiaru nic „na Boga” robić, ale za to robił to Augustyn.

Augustyn wraz z Cyrylem wnosili właśnie walizki i kartony prosto do mieszkania pod numerem trzynastym.

– Tu ktoś mieszka? – zapytał Cyryl, widząc plecak na korytarzu.

– No, właścicielka mówiła, że jeden pokój sobie zostawia. Ale nie wspominała, że teraz ktoś tu będzie. – Zmarszczył brwi.

– No nic, będziesz miał towarzystwo. – Zajrzał do plecaka. – Ulala! – wykrzyknął, wyciągając koronkowy stanik. – Nieźle zaczynasz, chłopie! – Klepnął przyjaciela po plecach. – I Mark Joyner! No, no. „Prosta droga do celu”. Muszę poznać tę twoją współlokatorkę.

– Kto to Joyner?

– Guru, chłopie, guru marketingowe. Musisz to przeczytać, a z mamusią lepiej ci się ułoży.

Augustyn wzruszył ramionami.

– Gdyby ten Joyner miał taką mamusię, też by sobie nie radził…

– Joyner? – Cyryl nie przestawał czytać. – Joyner by sobie radził… – wymamrotał. – Muszę to od niej pożyczyć.

– Dobra, przestań grzebać w jej plecaku.

– OK. OK. Masz coś do picia? – Cyryl otworzył drzwi lodówki.

– Jasne – odparł Augustyn z przekąsem i wzruszył ramionami. – Przecież ja nawet nie wiedziałem, że tu jest lodówka – dodał. – Chodź, kupimy coś.

***

Podczas gdy przyjaciele wyszli z domu, by pod pretekstem zakupu hektolitrów wody (w sumie zupełnie nie wiadomo, dlaczego) zwiedzić okolicę, Anula Błaszkowska w niezbyt dobrym humorze wróciła do domu. Otworzyła drzwi wejściowe, uśmiechnęła się mimo przeciwności złego i okrutnego losu, po raz kolejny wyszeptała: „moje” i leniwie poszła do łazienki, by wziąć prysznic. Zawsze zmywała z siebie problemy długim, gorącym prysznicem. Oczywiście jeśli w pobliżu nie było jeziora. Na Anulę, jak na każde stworzenie wodne, woda działała relaksująco.

– Nowe miejsce, nowe wyzwania – powiedziała głośno, gdy wyszła spod prysznica.

Udała się do swojego pokoju. Przytargała swoje rzeczy z korytarza, wyjęła z plecaka ten sam koronkowy stanik, który tak bardzo zachwycił Cyryla, jak również i majtki do kompletu, włożyła w uszy słuchawki od empetrójki (w głośnikach Red Hot Chili Peppers zagrzewali do boju), usiadła na tapczanie i zabrała się do znienawidzonej przez niemalże wszystkie kobiety czynności, jaką jest depilacja nóg plastrami na zimno.

To sadomasochistyczne zajęcie, wzmocnione muzyką w słuchawkach, tak ją zaabsorbowało, że nie zauważyła zupełnie, jak do domu wtargnęło dwóch młodzieńców. Złożyli szafkę, jeden z nich wziął prysznic, po czym na wpół goły stanął w drzwiach jej pokoju.

***

W pierwszym momencie Anula oczywiście nie dostrzegła Cyryla, który z zachwytem spoglądał na jej nogi, które były już prawie-prawie wydepilowane.

Niestety – dla półnagiego mężczyzny – dziewczyna po chwili go zauważyła. Równie nieprzyjemną dla niego sprawą było to, że owa niewiasta miała w dłoni okrutną broń w postaci plastra z woskiem do depilacji na zimno.

Kobieta ta była porywcza i nim pomyślała, zaczęła wrzeszczeć i okładać Cyryla czym popadnie, między innymi trzymanymi w ręku plastrami, które ściśle przylgnęły do jego solidnie owłosionej męskiej klaty.

– Złodzieje!!! Mordercy!!! Gwałciciele!!! – piszczała Ania, bijąc chłopaka swoimi drobnymi pięściami po czym popadnie. Cyryl niewzruszony stał w drzwiach. Nawet nie próbował się tłumaczyć, bo widok boksującej go dziewczyny w samej tylko bieliźnie działał na niego paraliżująco. – Wynoś się! Ty, ty!

– Cyryl – przedstawił się Cyryl, próbując osłaniać się przed atakami.

– Wynoś się z mojego domu, ty Cyrylu przebrzydły!

Cyrylowi zabrzmiało to znajomo. Druga kobieta tego dnia nazwała go Cyrylem Przebrzydłym. Na jego gust to o jakieś dwie za dużo.

ROZDZIAŁ 6

O TYM, JAK ROMUALD WCHODZI NA SALONY ORAZ DEPILACJI MĘSKIEJ KLATY JAKO POCZĄTKU CZEGOŚ ZUPEŁNIE NOWEGO

Romuald Poniatowski był dumny z syna.

Dumny z syna był wielokrotnie, ale teraz szczególnie.

– Moja krew! – pomyślał, po czym zaraz się zasępił. – Kurde, kurde. Jaka moja krew? Toć ja stary nie mogę się uwolnić od niej tak długo… A, bo najpierw dzieci małe, jak małe to szkoda się uwalniać, potem dojrzewają, to z kolei nie można, bo psychikę się im zniszczy, a teraz co ja, na stare lata będę żonę zmieniał? No, ale kto tu mówi o zmianie? – zamyślił się Romuald. – Nie zmieniać, nie zmieniać, Alduś. Porzucić i cieszyć się życiem. – Spojrzał w lustro i ujrzał całkiem przystojnego pana. Starszego pana. Westchnął. – Aldzio, stary już jesteś. Cieszyć się życiem? Kiedy ona będzie płakać za tobą?

No, przecież jak ją zostawi, to ona z pewnością będzie płakać.

Aldzio Poniatowski komara by nawet nie skrzywdził. A tym bardziej żony. Komarem co prawda ona nie była, prędzej żmiją, albo – jeżeli już trzymać się kategorii owadów – złą osą.

Okropną.

– Co tu zrobić, co tu zrobić? – zasępił się Poniatowski.

To, że zabić i zakopać, przeszło mu przez myśl, ale tylko raz. I to po lekturze książek Agathy Christie. Naprawdę. Raz jedyny. Miał potem olbrzymie wyrzuty sumienia i zabrał żonę do restauracji. Marudziła cały wieczór. Ale w sumie dobrze, że marudziła, bo tym marudzeniem skutecznie zagłuszała jego wyrzuty sumienia. Wyrzuty były spore, ale marudzenie jeszcze silniejsze, zatem zagłuszyło je skutecznie. Niemniej jednak Romuald postanowił skończyć z Agathą Christie. W ogóle skończył z kryminałami. Z horrorami również. Rzadko kiedy zabójca jest pozytywnym bohaterem. A przecież Romuald Poniatowski był bohaterem zdecydowanie pozytywnym. Robił wyjątek dla serialu Dexter, gdyż jego zdaniem tytułowy Dexter, mimo iż był seryjnym zabójcą, był też bardzo dobrym człowiekiem.

Romuald Poniatowski był dumny z syna, bo ten, po trzydziestu pięciu latach niewoli, wreszcie się wyprowadził. To, że syn będzie lekarzem, i to dobrym, będzie mądry, inteligentny i ceniony w środowisku, było pewne. Ale w to, że wreszcie uda mu się uciec od Gertrudki – nie wierzył.

– Hehehehe – zaśmiał się wesoło. – Moja krew – powtórzył.

– Jasne, że twoja krew – usłyszał z kuchni. – Jasne. Poszedł i trzasnął drzwiami. Gdyby mógł, nawet „do widzenia” by nie powiedział. Ale to ja, JA wychowałam go na ludzi. I Gusio wie, jak się zachować w towarzystwie. – Rzuciła okiem na potargane włosy męża. – W przeciwieństwie do niektórych. Uczesz się, zanim wyjdziesz.

– Ale ja nigdzie nie idę! – obruszył się Romuald.

– Ależ owszem, Aldeczku, wręcz przeciwnie – oświadczyła Gertruda. – Idziesz. Idziesz po naszego Gusia, a ja, niczym ten ojciec, przyjmę syna marnotrawnego na swoje łono. – Złapała się za brzuch. – Comprendo? – Wstała i otworzyła szafę. Wyjęła koszulę. – Ubierzesz się, Alduś, ładnie i pójdziesz ratować naszego syna ze szponów tego Cyryla Przebrzydłego. To na pewno jego wina.

Winą Cyryla Przebrzydłego (Gertruda traktowała ten epitet niemalże jak imię oraz nazwisko) było całe zło tego świata. Dlatego nie dziwnym było to, że i tym razem ten do cna zepsuty młody człowiek był przyczyną tragedii życiowej, jaka ją spotkała, czyli odejścia jedynego syna w wielki świat.

Świat pełen złych ludzi. Na przykład takich Cyrylów Przebrzydłych. No, ale czego można się spodziewać po chłopaku, którego matka na co dzień obcowała z tasakiem.

Fuj.

***

Cyryl Przebrzydły świecił właśnie gołą klatą w pokoju Ani. W zasadzie w dwudziestym pierwszym wieku młody mężczyzna z gołą klatą w pokoju pięknej dziewczyny nie jest niczym dziwnym. Nie jest też niczym wyjątkowym, że dziewczyna ta paraduje w samej bieliźnie. Zdarza się w najlepszych rodzinach, nieprawdaż? Niezbyt popularnym jest jednak to, że młody mężczyzna ma na swojej owłosionej klatce piersiowej przyklejone dwa plastry z woskiem, zdecydowanie przeznaczone do depilacji. I to niekoniecznie męskiej klaty. Nawet tej najbardziej owłosionej.

Bo, jak już zauważyliśmy wcześniej, Anna Błaszkowska miała lekkie skłonności masochistyczne i zamiast normalnie ogolić nogi maszynką w różowym kolorze, ona wyrywała włosy za pomocą plastrów. Wydzierała je z cebulkami, śpiewając razem z Red Hotami. Właśnie krzyczała (wydawało jej się, że śpiewa): Take it on the other side! Take it on! Take it on!, gdy ujrzała na wpół nagiego Cyryla, więc – jak to zaradna kobieta – rzuciła się na niego z tym, co miała pod ręką. A że była uzbrojona jedynie w zielone plastry, posmarowane z jednej strony klejącym woskiem, nie zastanawiając się przykleiła je na owłosionej klatce piersiowej mężczyzny, krzycząc głośno.

Głośny krzyk wywołał Gusia z łazienki.

Nie muszę dodawać, że ów był PRAWIE nagi. Spowodowane to było stosownym wychowaniem pani Poniatowskiej. Prawie, jak wiemy, robi wielką różnicę.

Augustyn Poniatowski okrył się ręcznikiem i ruszył na pomoc krzyczącej kobiecie.

– Co ty jej robisz? – krzyknął.

– Raczej: co ona mi robi! – Zdenerwowany Cyryl wskazał na dwa zielone plastry, przyklejone w najbardziej owłosionych miejscach na jego piersi. – Co ja mam z tym zrobić? Ta wariatka mi coś przykleiła.

Augustyn wpatrywał się intensywnie w klatkę piersiową – nie tyle Cyryla, ile Anuli.

Dziewczyna zmroziła go wzrokiem.

– Dobra. Trochę niefortunnie… Augustyn jestem. – Gusio wyciągnął rękę.

– A ja Cyryl. – Cyryl powtórzył jeszcze raz. Z niechęcią oderwał ręce od swoich piersi.

– Przecież wiem. Co za imiona – mruknęła Ania. – Jedno gorsze od drugiego.

– Jego gorsze – wykrzyknęli oboje.

Dziewczyna się skrzywiła.

– A co panowie tu robią? – zapytała. – Pani Halinka wprawdzie mówiła, że czasem ktoś tam może mieszkać, ale CZASEM. A nie od razu. Panowie są tymi kuzynami, co tam mają CZASEM mieszkać?

– Czasem? – zdziwił się Augustyn. – Jak to CZASEM? To pani jest tą kuzynką, czy siostrzenicą? – kontynuował. – Pani Halinka wspominała. – Pokiwał wyrozumiale głową i się uśmiechnął. – Ale nie mówiła, że już pani będzie.

– Jaką siostrzenicą? – wysyczała zdenerwowana Ania. – Ja tu mieszkam. Od wczoraj tu mieszkam! Widzi pan? Tu są moje rzeczy. O! Moje książki, mój szlafrok. – Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. – O cholera! – Założyła na siebie szlafrok.

– No właśnie – przerwał Cyryl. – Może byśmy się nieco ubrali. – Spojrzał wymownie na przyjaciela. – A potem na spokojnie pogadamy. OK?

– Nie będę rozmawiać na spokojnie. Ja w ogóle nie zamierzam rozmawiać! Z nikim! – denerwowała się Ania. – W spokoju poczekam, aż sobie pójdziecie.

– I tu jest problem… – zaczął Augustyn. – My sobie nie idziemy nigdzie…

– No, ja idę – powiedział Cyryl, próbując zerwać sobie bezboleśnie plaster z piersi, co, jak wiemy, nie mogło mu się udać. – Cholera! – syknął.

– No, ty idziesz. Oczywiście. – Augustyn zwrócił się do Cyryla. – Ale, jakby to powiedzieć… – zająknął się. – Ja tu mieszkam. – Spojrzał na Anulę z zakłopotaniem. – Ja tu mieszkam, a pani jest kuzynką, czy siostrzenicą, która przyjechała na chwilę, weekend czy wakacje.

– Jakie wakacje? O czym pan mówi? – Anula była zdecydowanie wyprowadzona z równowagi. – Ja tu mieszkam! Od wczoraj!

– Jednak powinniście pogadać – zadecydował Cyryl. – Gutek, ubieraj się, a pani mi powie, jak usunąć to zielone coś, skoro już mi to pani nakleiła.

W oczach Anuli zamigotały złośliwe iskierki.

– Zerwać. – Uśmiechnęła się. – Tak rach-ciach.

– Zerwać? Rach-ciach? – zatrwożył się Cyryl, który mimo ponad stu dziewięćdziesięciu centymetrów wzrostu zaczął wyglądać całkiem niepozornie. – Ale to boli!

– Boli – odpowiedziała Anula. – Boli jak cholera! – Uśmiechnęła się i zniknęła za drzwiami do swojego pokoju, zostawiając za nimi przerażonego mężczyznę.

***

– Pani miała się ubrać! – stwierdził Cyryl po chwili, mierząc wzrokiem Anię w spodenkach, które niezupełnie przykrywały pupę, i w koszulce na zsuwających się co chwilę ramiączkach.

– A pan miał zerwać z siebie plaster – stwierdziła Ania wyciągając rękę w kierunku mężczyzny. – Może pomogę?

– W życiu! – ryknął Cyryl. – Sam sobie poradzę.

– Jak pan woli – odparła Ania, siadając w fotelu w drugim pokoju. Nie przyjmowała do wiadomości, że to pokój Augustyna. Założyła nogę na nogę, po czym zaczęła kołysać stopą z krwistoczerwonymi paznokciami.

– Już w szlafroku byłaś bardziej ubrana. – Cyryl zmarszczył nos i zupełnie zapomniał, że przed chwilą nie byli jeszcze „na ty”.

– Lato jest. A przynajmniej jest tak gorąco jak latem. Efekt cieplarniany i te sprawy. – Wzruszyła ramionami. – Ty zresztą też masz tylko spodnie.

– Bo nie mogę tego odkleić.

– Daj – powiedziała Ania, po czym podeszła do chłopaka i jednym szybkim ruchem zerwała mu plaster, na którym pozostały tysiące włosów.

– AAAAAAj! – Rozległ się ryk mężczyzny. – Co ty mi zrobiłaś? To boli!

– Jasne, że boli. Mówiłam ci. Z cebulkami wyrywa. – Spojrzała z zadowoleniem na nieowłosiony pasek na piersi Cyryla.

– One nie odrosną? – zmartwił się Cyryl, wciąż masując obolałe miejsce. – Będę wyglądał jak idiota.

– Niestety, odrastają. Reklama kłamie. Jak zawsze. Po trzech tygodniach powinny odrosnąć.

– Po trzech tygodniach? Ajj – jęknął. Trzy tygodnie bez pokazywania klaty. Wprawdzie była jesień, ale mimo jesieni Cyryl uważał, że klatę ma na tyle atrakcyjną, że warto ją wszędzie pokazywać. Na saunie, na siłowni. No i w łóżku z kobietą.

– Co wy znowu robicie? – Przyszedł Gutek, tym razem ubrany. – Miałaś się ubrać. – Spojrzał na Anię.

– Toć się ubrałam! O co wam chodzi? Mówiłam, lato jest.

– Jesień.

– O jeny, ciepło jak latem.

– No właśnie. To może porozmawiamy – zaczął Augustyn. – Jest ciepły wrzesień, koniec wakacji… Skąd jesteś? Przyjechałaś tu nad morze? – zapytał, łudząc się.

– Nie! – krzyknęła Anula. – Ile razy mam ci mówić! Ja tu mieszkam! Mie-szkam! I się stąd nie ruszam. Przyjechałam tu na studia, wynajęłam pokój i się nie ruszam!

– Spokojnie, kochana. – Augustyn próbował zrozumieć sytuację, która zaczynała go już lekko niepokoić. – To ja tu mieszkam. Ten pokój jest mój. Wynająłem go na rok od pani Halinki. – Gestem uciszył próbującą odezwać się Anulę. – Powiedziała mi, że wprawdzie są dwa pokoje, ale w tym drugim będzie czasem mieszkać NIEUCIĄŻLIWA – zaakcentował – siostrzenica czy kuzynka. CZASEM będzie mieszkać. Nieuciążliwa – powtórzył. – Mówiła coś o weekendzie majowym i wakacjach.

– Boże! – Westchnęła Ania i złapała się za głowę. – Na weekend majowy i wakacje to ja mam zamiar pojechać do domu. A nie siedzieć tutaj. Kąpać się w jeziorze albo leżeć na trawie. Robić cokolwiek, ale na Kaszubach. – Wstała szybko z fotela. – Dzwonię do pani Halinki!

Gusio podał jej swój telefon.

– Dzwoń.

Anula przyłożyła telefon do ucha.

– Nie odbiera. – Oddała telefon. – Może mój odbierze? – Wyjęła komórkę z kieszeni. – To samo – stwierdziła po chwili oczekiwania. – No nic. Może potem?

Siedzieli w milczeniu przez kilka minut, popijając wodę.

– A ty nadal sobie tego drugiego nie zerwałeś? – Ania podeszła do Cyryla, który cały czas próbował sobie odkleić drugi plaster. Myślał, że jeśli będzie robił to powoli, będzie mniej bolało. Niestety. – Nie ma to jak prawdziwy mężczyzna – parsknęła Anula i po raz kolejny gwałtownym ruchem zerwała plaster, wyrywając mu kolejne włosy.

Oczywiście Cyryl wrzasnął.

– Toś się urządził! – zaśmiał się Gutek.

– Śmiej się, śmiej. To ona mnie tak urządziła. „Siostrzenica” – stwierdził drwiąco.

– Halo, ja tu jestem – powiedziała Ania.

– No, niestety. Wiemy o tym – skwitował Cyryl. – Zauważyliśmy. – Nadal pocierał dłonią obdarte z włosów miejsca.

– Spróbuję jeszcze raz. – Gucio wyciągnął telefon. – Nic z tego – stwierdził po chwili.

– A może sąsiadka coś wie? – myślała na głos Ania. – Wiecie, ta co „czyta-Rękę-Mistrza-Kinga” – powiedziała na bezdechu. – A, wy i tak nic nie rozumiecie. – Wstała i wyszła na klatkę schodową. Po chwili uchyliła drzwi. – Mam nadzieję, że wpuścicie mnie z powrotem.

Gucio westchnął.

– Moja matka by powiedziała: „A nie mówiłam? Gusiu, »mąszeri«, wracaj na łono rodziny” – powiedział, parodiując panią Poniatowską.

– „Mąszeri”! – powtórzył Cyryl. – Gusiu, „mąszeri”, masz jeszcze coś do picia?

– Wodę, bracie, wodę. – Pokazał na butelkę. – W sytuacji kryzysowej, a nawet powiem: wojny domowej, w dosłownym tego słowa znaczeniu, nie pijemy nic innego, jak tylko trunki pozbawione wszelakiego alkoholu. Wojna domowa, bracie, pamiętaj.

– Halinka wyjechała na wakacje – oznajmiła Anula, ledwo co zamykając za sobą drzwi wejściowe. – Wraca za pół roku. Pojechała do SIOSTRZENICY – podniosła głos – do Australii. A ta od Ręki Mistrza mówiła mi, że doskonale wie, że u pani Halinki ma mieszkać urocza studentka wraz z przystojnym, młodym lekarzem. Pff.

Anula nie dodała już, że kobieta powiedziała z przekąsem, że nie będzie zbytnio stać na straży moralności swoich sąsiadów zza ściany, bo ma własne życie i życie bohaterów swoich książek. Rzekła to oczywiście, kończąc tę Rękę Mistrza, którą zaczynała, gdy Anula wprowadzała się pod trzynastkę.

– No i Gusio. – Anula usiadła na dywanie, opierając głowę na kolanach.

– Wypraszam sobie – oburzył się Gusio.

– Ech… To co robimy? – zapytała Anula. – Kiedy się wyprowadzasz?

– Ja? – zdziwił się Augustyn. – Ja się nie wyprowadzam.

– Przecież „młody lekarz” nie będzie mieszkał ze współlokatorką!

– A właściwie, dlaczego nie? – Do rozmowy włączył się Cyryl. – Co wam szkodzi?

Augustyn spojrzał na Anulę. Olśniło go.

– No właśnie, dlaczego nie? – zapytał. – Przeszkadza ci to?

– Boże. Całe życie z wariatami! – mruknęła Ania. – Oliwką to posmaruj. – Wskazała na poturbowane piersi Cyryla. – Zejdzie resztka wosku. W szafce jest, w łazience. – Wskazała na korytarz. – Górna szafka jest moja, jakbyś pytał. A w lodówce dolna. I pierzemy osobno. Ja z twoimi skarpetami nie będę prała. I w czasie sesji nie robisz imprez. Mojej sesji. I jak będziesz jakieś panienki sprowadzał, to mnie uprzedź, to sobie gdzieś wyjadę. – Pokiwała głową. – A miało być tak pięknie. Miałam być sama, chodzić goła po całym domu i na cały regulator słuchać Red Hotów.

– Red Hotów lubię – cicho i nieśmiało szepnął Gusio.

– To drugie też mu nie przeszkadza – krzyknął Cyryl za zamykającą już drzwi do swojego pokoju Anią…

***

Aldeczek, pieszczotliwie zwany tak przez żonę jedynie w momentach, w których żądała od niego heroicznych wyczynów, stał właśnie przy drzwiach pod numerem trzynastym i słuchał wrzasków dobiegających wprost stamtąd. Z synem miał dobry kontakt, więc uzyskanie informacji na temat jego nowego adresu zamieszkania nie było niczym trudnym. Jednakże kolejny wyczyn, jakiego miał dokonać, czyli wejście w sam środek tych wrzasków, z pewnością było czynem bohaterskim. Nie dość tego: oprócz głosu syna zza drzwi dobiegał głos Cyryla, którego Aldeczek bardzo lubił – chyba nieco na przekór małżonce – oraz donośny wrzask jakiejś niewiasty. To właśnie ona krzyczała najgłośniej.

Zaniepokojony Aldeczek na wszelki wypadek postanowił nie wchodzić. Usiadł na schodach i słuchał. Po kolejnej głośnej wymianie zdań uchyliły się sąsiednie drzwi, zza których usłyszał:

– Miasteczko-Salem-teraz-lecę-wszystkie-Kinga. – Wysunęła się drobna postać w okularach z grubą książką w rękach. – Oni tak cały dzień dzisiaj. Wrzeszczą, kłócą się… Nie to, żeby mi to przeszkadzało. – Wzruszyła ramionami. – Młodość rządzi się swoimi prawami. Halinka nawaliła, bo kasy na Australię nie miała. I wynajęła i lekarzowi, i tej studentce. Teraz jeszcze jakiś trzeci jest, ale on chyba przejściowo – ściszyła głos do szeptu. – Ten to nawet się darł!

Romuald Poniatowski nic nie rozumiał.

– Jak to się darł? – zapytał. – Powinniśmy interweniować!

– Nieeee. – Kobieta machnęła ręką. – Ja wszystko kontroluję. Mam podzielną uwagę. – Wskazała na książkę. – I czytam, i słucham. I wszystko wiem. Wejdzie pan na kawę, poczeka pan, aż się uspokoją? Czy wchodzi pan tam w sam środek zadymy?

Oj, Romuald Poniatowski całe życie unikał zadym. Tym bardziej samego ich środka. I tym razem zdecydowanie wolał pójść sobie gdziekolwiek, byle nie do mieszkania pod numerem trzynastym. Ale co z Gertrudą? Jak wróci, będzie gadała i gadała. Jej gadania też nie znosił. Z dwojga złego wolał chyba zadymę.

– To co? Wchodzi pan na tę kawę? – usłyszał ponownie pytanie. – Co pan będzie tak sam siedział tu na schodach. Jak trochę się uspokoją, odwiedzi ich pan. Po krzyku.

Romuald wstał ze schodów, otrzepał spodnie i wszedł do mieszkania zaczytanej kobiety.

– Poniatowski jestem. – Wyciągnął rękę. – Romuald.

– A ja Janina. Kowalska. – Potrząsnęła jego dłonią. – W porównaniu do pańskiego nazwiska, nic bardziej trywialnego nie można było wymyślić. Ale nie szata zdobi człowieka, tak jak i nie nazwisko, prawda?

Romuald pokiwał głową, rozglądając się wokoło. Mieszkanko było małe, dość ciemne. Jeden pokoik, w którym właśnie siedział na miękkim tapczanie, mały stoliczek, na którym stały dwa kubki po kawie i stosy książek. Wszędzie książki. Oprócz tego, że książki były na półkach, stały też ułożone jedna na drugiej na parapecie i na podłodze przy ścianie.

Chwycił pierwszą z brzegu.

Zaczął czytać.

Nie zauważył nawet, kiedy pani Janina postawiła obok niego kawę w wielkim, pomarańczowym kubku w motyle.

Ocknął się dopiero po kilkunastu stronach. Spojrzał na Janinę, również zaczytaną.

– Coma. Robin Cook – stwierdził. – Czytałem to sto lat temu. Film też widziałem. – Machnął ręką. – Ale co książka to książka, prawda?

– Prawda – powiedziała pani Janina. – Proszę kawę wypić. Zimna będzie. Taki pan był zaczytany, że nie chciałam przeszkadzać. Zrobiłam w kubku, żeby było więcej. Mam jakąś porcelanę dla gości, ale pan mi wyglądał na takiego, co lubi kubki – mówiła, patrząc znad okularów. – Filiżanki lubię, ale w nich jest za mało do normalnego picia. No i w zmywarce nie można myć. A ja wygodna jestem.

Romuald tylko przytakiwał, popijając co chwilę kawę.

– Słodzik dałam – kontynuowała pani Janina. – W naszym wieku to trzeba uważać. Lekarze tak mówią. Panu też to mówią? – zapytała.

– Ja… Ja jestem lekarzem – powiedział cicho.

– No, widzi pan? To pan wie, że cukru nie wolno. A jakim?

– Laryngologiem – odparł.

– Ach. Uszy mam zdrowe, na szczęście. Gardło i nos też. To mi się pan nie przyda.

– A szkoda – wyrwało się doktorowi Poniatowskiemu. – Znaczy się, w sensie… W sensie, że szkoda, że… – gubił się. – W sensie takim, że książkę bym wtedy pożyczył.

– Może pan pożyczyć. – Pokiwała głową. – Przyjdzie pan następnym razem do syna, to pan odda. Bo to syn pana, ten lekarz tam, tak?

– Tak. – Romuald skinął głową.

– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – powiedziała pani Janina. – Ale miałam panu opowiedzieć, o co chodzi. Proszę jeszcze chwilę usiąść. – Powstrzymała go gestem, gdy próbował wstać. – Bo, jak już mówiłam, Halinka nie miała pieniędzy na podróż do Australii. A tam jest jej siostrzenica. I wie pan, jakby jednej osobie wynajęła to mieszkanie, to by jej zabrakło. Więc wpadła na szatański pomysł, od początku go nie popierałam, by wynająć mieszkanie podwójnie. No, a mnie zostawiła z kłopotem. Ale ja nie z takich opresji wychodziłam. Nie jest to miłe, ale cóż. Nie zawsze w życiu musi być miło.

– No, ale oni się teraz wyprowadzą stamtąd! Oboje!

– Pan żartuje. Ja już wszystko wiem. No co? Słyszałam przez ścianę! – Obruszyła się, widząc wzrok mężczyzny. – Mówiłam już, mam podzielną uwagę. Młody lekarz za żadne skarby nie chce wracać do matki, pana żony, jak mniemam?

Romuald smutno pokiwał głową.

– A dziewczyna – kontynuowała pani Janina – nie ma się gdzie podziać. I tyle – powiedziała, wydawałoby się, że na koniec, ale po chwili dodała: – A może i dzieci z tego jakie będą?

– Dzieci? Jak to? – zatrwożył się Romuald.

– No jak, jak to? No, lekarzowi to ja już chyba nie muszę tłumaczyć, skąd się dzieci biorą, prawda? Idzie pan, pogada z synem. Ja wracam do wampirów z Salem. Pożyczę potem panu, bardzo dobra książka. Czytam chyba po raz trzeci. Śpię potem przy zapalonym świetle.

– Dziękuję, pani Janino – szepnął Romuald, ściskając książkę. – Oddam jak najszybciej. Przeczytam.

– Do widzenia. Napiszę panu mój telefon, jak pan się będzie niepokoił o syna, choć to stary chłop, zadzwoni pan do mnie. Bo, wie pan… Mogą mieć nawet sześćdziesiąt lat, ale zawsze będą naszymi dziećmi, prawda?

Romuald pokiwał głową, wziął karteczkę z numerem telefonu i cicho wyszedł.

ROZDZIAŁ 7

O TYM, JAK OAZA DOBROCI I SPOKOJU – ALDECZEK – NIECNIE PLANOWAŁ POZBYĆ SIĘ ŻONY

– Kawki nie, przed chwilą piłem. – Romuald rozglądał się po pokoju syna. – No nie powiem, żeby tu było przytulnie. Pusto jakoś.

– Piwa chcesz? – zapytał Augustyn.

Ojciec łypnął okiem.

– Jasne, że chce – wtrącił się Cyryl. – Prawda, panie Romualdzie?

Oj, doktor Poniatowski zawsze wiedział, że na Cyryla można liczyć. I to w każdej sytuacji. Na piwko miał olbrzymią ochotę, w domu nie pił, bo przecież piwo jest nieeleganckie. Pił tylko wino, i to wytrawne. Wolał zwykłą, najtańszą Kadarkę, którą żona zwalczała, mówiąc, że to sikacz. A tam, zaraz sikacz. Lubił półsłodkie i już!

– Nie wlewaj do szklanki, z butelki się napiję.

Augustyn podniósł brwi ze zdziwienia.

– No, co tak patrzysz. Nie mogę piwa z butelki wypić? – Ojciec wzruszył ramionami. – No, w sumie nie mogę… Masz rację…

– Ja nawet nie wiedziałem, że ty pijasz piwo!

– Nie pijam. Nie pijam piwa, nie piję wina półsłodkiego, „bo to, »mąszeri«, mało francuskie”. Co ona z tym francuskim? – zapytał, gdy Augustyn wyszedł do kuchni po kolejne piwo.

– Ja to się dziwię, że pan z nią wytrzymuje – stwierdził Cyryl.

– I właśnie o to chodzi, Cyrylu – huknął Romuald, ale zaraz spojrzał w stronę kuchni, w której był jego syn, i ściszył głos. – O to chodzi, bracie. – Klepnął go po plecach. – Ja z nią nie wytrzymuję. Ja z nią doprawdy nie wytrzymuję, Cyrylu! – Spojrzał na chłopaka z nagłym olśnieniem. – Ja muszę coś z tym zrobić! I ty mi powiesz, co!

Cyryl szukał ratunku u przyjaciela, ale Augustyn wciąż siedział w kuchni.

– Ale jak ja mogę cokolwiek radzić? Może się pan po prostu wyprowadzi?

– Nie, nie… Nie mogę zrobić tego Trudzi. – Wypił ostatni łyk piwa. – Ech, Cyrylu… – Romuald otworzył kolejne piwo. – Bo wiesz, mój drogi, Trudzia w gruncie rzeczy jest wrażliwa. Nie chcę, by płakała, że mąż ją opuścił. Bo wiesz, to dla kobiety rzecz straszna. Takie kobiety jak Trudzia nie są porzucane. Nigdy. – Westchnął. – Niestety.

Siedzieli w milczeniu zamyśleni. Cyryl pił piwo.

W tym momencie zadzwonił telefon.

– Trudzia! – jęknął doktor Poniatowski z przerażeniem. – Co ja mam robić?

– Nie odbierać. – Cyryl leniwie wyciągnął się na tapczanie. – Po prostu.

– Nie da się. Tak, Gertudo? – zapytał poważnie.

– „Mąszeri”, czekam i czekam na informacje, obiecałeś mi je dostarczyć czym prędzej, a ty czas sprzeniewierzasz, „mąszeri”. A ja tutaj cierpię z niewiedzy. Jak tak możesz?

– Gertrudo…

– Gertrudo, Gertrudo. Powiedz mi lepiej, kiedy Augustyn wraca do domu. I zastanów się, jak go ukarzemy. Taki los nas spotkał, syn nam z domu uciekł. Romualdzie, czym my sobie na to zasłużyliśmy? Czyż żyliśmy w jakiś niegodziwy sposób?

– Ale…

– Żadne ale, Romualdzie. Żadne ale. Po prostu sprowadź Augustyna do domu!

– Trzasnęła słuchawką, Cyrylu… – Spojrzał na telefon jakby widział go po raz pierwszy w życiu. – Co ja mam jej powiedzieć?

– Prawdę – odparł Cyryl. – Gutek, czy ty to piwo produkujesz w tej kuchni? – zawołał.

– Idę! – usłyszeli odpowiedź. – Anuli słoik odkręcałem. – Wszedł do pokoju.

– Zaczyna się od odkręcania słoików, a potem kończy na pieluchach. Tak to w życiu bywa.

– Na pieluchach? – Zainteresował się pan Poniatowski. – To ty z tą dziewczyną, co wrzeszczała…

– Skąd wiesz, że wrzeszczała? Ona niestety tu mieszka – powiedział Gutek. – Ale skąd wiesz, że wrzeszczała? Cyryl też wrzeszczał.