Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 258 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moralność pani Piontek - Magdalena Witkiewicz

Przezabawna, słodko gorzka historia lekarza ginekologa, Augustyna Poniatowskiego, jego upiornej mamuśki, pani Piontek oraz kilku innych kobiet jego życia.
Gertruda Poniatowska, de domo Piontek, to ekscentryczna kobieta, harpia i pirania, od której chcą trzymać się z daleka ci, których chciałaby mieć blisko. Bardzo blisko.
Pani Poniatowska pija kawę tylko z porcelanowych filiżanek, uwielbia drogie buty na obcasie. Szpilki od Louboutin planuje założyć do trumny. Wszystko w jej życiu przebiega zgodnie z planem.
Augustyn Poniatowski to 35 letni ukochany synek pani Gertrudy. Pani Poniatowska za nic nie pozwoli na to, aby usidliła go jakaś „lafirynda”. O, nie! Zbyt dużo w niego zainwestowała.
Innego zdania jest ojciec Augustyna, pan Romuald. Ale jego zdanie się nie liczy.
Pewnego dnia Augustyn podejmuje desperacką decyzję - wyprowadza się od mamy! I to natychmiast. Wynajmuje mieszkanie od uroczej pani Halinki. Bardzo uroczej. I bardzo zapobiegliwej. Starsza pani owo lokum wynajmuje także niejakiej Anuli, studentce, świeżo po zawodzie miłosnym, nagle pozbawionej pokoju w akademiku. W małym mieszkanku przetną się drogi młodej dziewczyny, ambitnego Augustyna i jego sympatycznego przyjaciela podrywacza, Cyryla. Romantyczna komedia pomyłek w najlepszym stylu Magdaleny Witkiewicz, specjalistki od szczęśliwych zakończeń.

Opinie o ebooku Moralność pani Piontek - Magdalena Witkiewicz

Fragment ebooka Moralność pani Piontek - Magdalena Witkiewicz

Magdalenie Fryt i Icie Radziałowskiej,

Cudownym czytelniczkom, które o „Augustyna” mnie wręcz nękały!

Bez Was pewnie by go nie było. A na pewno nie już teraz!

WSTĘP

Gertruda Poniatowska, de domo Piontek, przeżywała kryzys. Nie był to kryzys wieku średniego, bo ten przeżywała już kilka albo kilkanaście lat temu. Obecnie cierpiała na choroby poważniejsze. W pewnym wieku, jak twierdziła, przytrafiają się tylko choroby na „d” i „do d”.

Była pewna, że cierpi na depresję, demencję i jeszcze kilka innych chorób na „d”, których z racji tejże demencji nie mogła sobie przypomnieć. Życie wydawało jej się być do dupy (też na „d”).

– Wyleciało mi. – Usłyszała głos męża, spokojnego, raczej małomównego Romualda, który podniósł mętny wzrok znad krzyżówki.

– Co ci znowuż wyleciało? – zapytała nerwowo. Zresztą, co ją obchodziło wylatywanie? Przecież to jej problemy były najbardziej istotne.

– No, to… „Zabieg sanitarny polegający na tępieniu szczurów i innych szkodliwych gryzoni”.

– Deratyzacja.

– O, właśnie.

O, właśnie. Deratyzacja. Dobrze, że na to nie cierpi. Ale już „destrukcja” – tak. I demotywacja do działania. Gertruda westchnęła głośno. Oczywiście jej mąż, Romuald, nie zareagował. Wzniosła oczy ku niebu, nabrała powietrza w płuca i westchnęła jeszcze głośniej.

Znowu bez echa.

– Ja bym mogła umrzeć, a i tak nikt by nie zareagował – stwierdziła nadąsana.

– Masz rację, kochanie. – Mąż uśmiechnął się do niej serdecznie, wiedząc, że lepiej zgadzać się z żoną we wszystkim.

Akurat teraz było odwrotnie. Niestety, Romualda już to wcale nie obchodziło, bo zastanawiał się, jak naprawdę nazywała się księżna Sissi. Nie zapytał jednak o to Gertrudy, bo jakiś czas temu wybiegła z pokoju, śmiertelnie na niego obrażona. A z pewnością znałaby odpowiedź. Odkąd wyszła za człowieka z TAKIM nazwiskiem, poczuwała się do tego, by na temat arystokracji wiedzieć wszystko. A jeżeli nie wszystko, to jak najwięcej.

ROZDZIAŁ 1

O AUGUSTYNIEPONIATOWSKIM, CZYLI SYNU, KTÓREGO WYCHOWA NA LUDZI

To, że będzie miała syna, którego wychowa na ludzi, Gertruda Piontek wiedziała niemalże już od momentu urodzenia. Swojego urodzenia, dodajmy.

O tym, że Augustyn będzie Augustynem, dowiedziała się nieco później. Wcześniej zaś, w dziekanacie Akademii Medycznej w Gdańsku, przez przypadek otrzymała indeks należący do kogoś zupełnie innego. Z indeksu spoglądał na nią mężczyzna i lekko, przyjaźnie się uśmiechał. Po chwili przeczytała, że lekko uśmiechnięty mężczyzna nosił piękne nazwisko „Poniatowski” i był studentem tego samego roku co Gertruda.

Panna Piontek, przyszła pani doktor, niemal natychmiast postanowiła, że tenże Poniatowski będzie jej mężem. Doszła do wniosku, że musi Poniatowskiego zdobyć jak najszybciej. Nie zważając na żadne okoliczności. Nie zależało jej wprawdzie na nim samym, ale na jego nazwisku.

Gertruda Poniatowska.

Pięknie.

Tak, niezależnie od wyglądu i charakteru tegoż Poniatowskiego, musiała go mieć. Uśmiechnęła się, zagryzając usta.

Już wtedy Gertruda Piontek postanowiła być jego żoną oraz matką jego dzieci, a przynajmniej syna. Tego, którego wychowa na ludzi.

Jeszcze przed urodzeniem syna, a nawet przed poznaniem jego ojca, Gertruda zaplanowała swemu pierworodnemu całe życie, skupiając się przede wszystkim na karierze zawodowej. Życie rodzinne nigdy nie było dla niej zbyt ważne.

Gertruda od zawsze wiedziała, że jej syn będzie lekarzem, i to laryngologiem, jakim ona również (te czterdzieści lat temu) zamierzała zostać, spędzając długie noce na wkuwaniu łacińskich nazw wszelakiego ustrojstwa, z jakiego składa się homo sapiens.

Młoda panna Piontek, używając wdzięku i podstępu (w większej połowie tego drugiego – bo tego, że nie ma „większej połowy”, Gertruda nie przyjmowała do wiadomości), uwiodła nic nie przeczuwającego, Bogu ducha winnego Romualda Poniatowskiego, który to okazał się na tyle poczciwy, że z Gertrudą wziął ślub, czego gorzko żałował przez wszystkie lata swojego późniejszego życia.

Chwila, w której syn zaczął żałować, że jego matką jest Gertruda, nastąpiła bardzo wcześnie, bo już w momencie, gdy pani Poniatowska pognała swojego męża, by zarejestrował syna w Urzędzie jako Augustyna Zygmunta. Pośród Kubusiów, Tomków i Krzysiów, imię Augustyn brzmiało nader dziwacznie, czego chłopak doświadczał przez całe swoje dzieciństwo. Według Gertrudy do TAKIEGO nazwiska pasowało jedynie coś w tym stylu.

Augustyn Poniatowski.

Niemalże król.

A co najmniej szlachcic.

Pięknie.

O edukację Augustyna matka dbała już od najmłodszych lat. Trzy lata swojej kariery zawodowej poświęciła na jego bardzo intensywne wychowanie, po czym Augustyn poszedł do elitarnego przedszkola, załatwionego w zamian za prawie natychmiastową operację przegrody nosowej głośno chrapiącego męża dyrektorki.

Dla lepszego wykształcenia swego syna i zwiększenia jego możliwości w życiu, pewnego pięknego dnia Gertruda stała się posiadaczką małej czerwonej książeczki, świadczącej o przynależności do pewnej organizacji, dzięki której w „tamtym świecie” wiele drzwi stawało otworem.

Czerwona książeczka wywołała wielki niesmak na twarzy Romualda Poniatowskiego. Przez kilka lat życia z Gertrudą zdążył się już przyzwyczaić do tego niesmaku, ale to przelało czarę goryczy. Jeszcze żaden z Poniatowskich nie był w partii. Oczyma duszy Romuald widział swoją żonę zawierającą pakt z czerwonym diabłem, na dodatek podpisującą cyrograf własną krwią.

Przeokropny był to widok.

Nawet dla Romualda, który wiele potrafił znieść. Nawet życie z Gertrudą.

***

Gertruda Piontek (właściwie Poniatowska, ale duchem zdecydowanie Piontek) konsekwentnie wmawiała synowi, że będzie lekarzem.

Podczas gdy inni chłopcy z obdartymi kolanami i zasmarkanymi nosami oświadczali światu z dumą, że będą strażakami, policjantami i żołnierzami, Augustyn, zwany przez kolegów Gutkiem, a przez mamę Gusiem (czego szczerze nienawidził), z nosem na kwintę szeptał cicho, że będzie lekarzem. Mama Gusia spoglądała wtedy z wyższością na matki przyszłych strażaków. Na ojców przyszłych policjantów również.

Gdy przyszedł czas buntu (nie mówimy tu o buncie dwulatka, który jakimś cudem ominął Augustyna, a raczej jego rodziców), Gutek ósmoklasista stwierdził, że na pewno lekarzem nie będzie, i ku wielkiej rozpaczy mamy wybrał klasę matematyczno-fizyczną w jednym z trójmiejskich liceów z tradycją.

Ta tradycja trochę jego mamusię uspokoiła, jednakże Gertruda długo próbowała nakłonić panią dyrektor tegoż liceum do przymusowego przeniesienia Augustyna do klasy o profilu biol-chem.

Sama nazwa „biol-chem” wydawała się Gutkowi odrażająca, jednak po pierwszej lekcji fizyki z jedyną nauczycielką z tytułem doktora w całej szkole zwątpił w słuszność swojego wyboru. Była to urocza, aczkolwiek konsekwentna kobieta, u której na lekcjach podniesienie z podłogi czegokolwiek groziło śmiercią lub kalectwem. Tak przynajmniej wydawało się przerażonym pierwszoklasistom. Niemniej jednak, Gutek postanowił na przekór matce zostać inżynierem i – by skutecznie dążyć do swojego celu – usiadł w pierwszej ławce, zaraz naprzeciw srogiej nauczycielki. Do końca szkoły był najlepszy z fizyki, bo też ta pani była chyba najlepszą nauczycielką, jaką miał kiedykolwiek.

Chwile zwątpienia przeżywał również na biologii, gdzie eteryczna blondynka słodkim głosem mówiła o „chryzolaminarynie”. Długi czas śniło mu się, że trzyma ją w objęciach, szepcząc do niej czule. Chryzolaminaryna Poniatowska. Tak się nazywała. W snach.

Jednakże chęć zrobienia na złość upiornej mamuśce była silniejsza niż platoniczna miłość do Chryzolaminaryny. Augustyn dalej pilnie uczył się matematyki i fizyki, by zostać inżynierem, ku chwale ojczyzny.

Jego silne postanowienie zmieniło się za sprawą pewnej Ewy, a raczej jej zranionej nogi. Na obozie żeglarskim był zmuszony bawić się w doktora (nie żeby mu to specjalnie przeszkadzało), opatrując najdłuższą chyba na świecie nogę, należącą do Ewy, koleżanki z klasy.

Bez pamięci zakochał się zarówno w tej nodze (nie mówiąc już o jej właścicielce), jak i w czynnościach, które wykonywał przy ranie.

– Idę na medycynę – oświadczył któregoś dnia w domu.

– Alleluja! – krzyknęła matka i spojrzała na ojca z wyższością.

– Ekhm – odparł ojciec znad gazety.

Dla Gertrudy Piontek oczywistą oczywistością było to, iż jej syn pójdzie w ślady jej oraz swego ojca i będzie laryngologiem.

Kiedy Augustyn, będąc na drugim roku medycyny, zaglądał nieudolnie do nosa swojej matki, nieporadnie trzymając narzędzia niekoniecznie służące do oglądania tego organu, matka stwierdziła z przekąsem:

– Od dupy strony się do tego zabierasz, syneczku.

W tym momencie Augustyna olśniło. Już wiedział, jak być lekarzem, robiąc na złość matce. Proktologiem nie będzie, o nie. Ale od dupy strony była też ginekologia. I w ten oto sposób zostały określone przyszłe losy Gusia.

Augustyn Poniatowski wybrał specjalizację.

ROZDZIAŁ 2

O GERTRUDZIEPONIATOWSKIEJ, DE DOMOPIONTEK, SŁÓW KILKA

Gertruda Piontek urodziła się pod znakiem Skorpiona, w pewien zimny, październikowy poranek. Pięć minut po Gertrudzie na świat przyszła jej siostra Krystyna.

Jako że Gertruda na świat przyszła wcześniej – niedużo, ale zawsze – w życiu też we wszystkim musiała grać pierwsze skrzypce. Do pewnego momentu udawało jej się to, jednakże siostra dzielnie deptała jej po piętach. No i – jak się miało okazać – w niektórych, tych najbardziej istotnych kwestiach w końcu ją przegoniła.

Mimo wszechogarniającej rywalizacji siostry kochały się niezmiernie i były gotowe oddać za siebie życie.

Wychowywały się na wsi, pośród krów, kur, gęsi oraz prosiaków, i obie nie były pewne, czego bardziej nienawidzą. Od momentu, kiedy ojciec zabrał je do miasta w odwiedziny do ciotki Julki, wiedziały, że na wsi nie pozostaną. Za żadne pieniądze… Problemem było tylko to, że tych pieniędzy nikt im nie proponował…

Gdy kończyły szkołę średnią, ciotka Julka zmarła, zostawiając im mieszkanie w Gdańsku. Nie wahały się ani chwili. Porzuciły rodziców wraz z całą trzodą chlewną oraz bydłem rogatym i pojechały do Gdańska.

Jednym z najszczęśliwszych dni w życiu Gertrudy Piontek był dzień, kiedy to „Piontkiem” być przestała. Zgodnie ze ślubną modą lat siedemdziesiątych ubrana w długą, bardzo romantyczną białą suknię, dumnie kroczyła do ołtarza w Katedrze Oliwskiej, wsparta na ramieniu swojego męża, Romualda Poniatowskiego. Uśmiechy rozdawała na prawo i lewo, bacznie obserwując rodzinę męża, której nie zdążyła poznać z racji przyspieszonego ślubu.

Rodziny Gertrudy na ślubie nie było prawie wcale. Pani Poniatowska miała ze swojej strony jedynie siostrę, która – prezentując ekstremalny brzuch z potomkiem w środku – wręczyła jej olbrzymi bukiet płomiennych róż.

– Szczęścia, kochanie – wyszeptała. – Oby wszystko było po naszej myśli – dodała cicho. – Spełnienia TWOICH marzeń, pani Poniatowska! – Mrugnęła porozumiewawczo.

Za siostrą stał jej mąż, który nie mógł się dopchać do młodej pary.

– Mareczku, kochanie, nie pchaj się! – rozkazała siostra panny młodej. – Znaj, kotku, swoje miejsce… – Zmroziła męża wzrokiem.

Mareczek usunął się posłusznie. Swoje miejsce zdążył już poznać. Bardzo dokładnie.

Siostry Piontek od najmłodszych lat lubiły pokazywać wszystkim, gdzie jest ich miejsce. Gertruda była starsza, więc przodowała niemalże we wszystkim. Niemalże. Niestety, później wyszła za mąż, po czym zaszła w ciążę – ale nazwisko miała zdecydowanie lepsze, co też trochę ją uspokoiło i upewniło, że na niektóre rzeczy warto czekać.

Gertruda i Krystyna urodziły synów i zarówno jedna, jak i druga posłały ich na medycynę. Z tym, że Gusio został ginekologiem, a Mariusz, cioteczny brat Gusia – dentystą.

– No popatrz, kochana Trudko – powiedziała kiedyś Krystyna. – Mariuszek będzie zaglądał przez górną dziurę, a twój Gusio przez dolną, hihihi! – Wybuchła perlistym śmiechem.

– Hihihi – odparła sarkastycznie Gertruda, krzywiąc się paskudnie.

– Trudko, kochanie, nie jesteś zadowolona? – zapytała mama Mariuszka. – Przecież to taki dobry fach w ręku…

– Dobry, dobry, „mąszeri” – odparła Gertruda. Odkąd naczytała się literatury o francuskich arystokratach, zwracała się „mąszeri” do kogo tylko mogła. Nazwisko w końcu zobowiązuje. – Jestem zachwycona. „Mąszeri”.

W rzeczywistości Gertruda Poniatowska nie była wcale zachwycona. Zadowolona również nie.

To, że syn został ginekologiem, traktowała jako osobistą porażkę. Synem ginekologiem nawet nie można się pochwalić.

– Romualdzie, „mąszeri”, moje koleżanki w życiu do niego nie pójdą! – mówiła zmartwiona. – Dentysta, laryngolog, co innego, ale przecież żadna nie będzie się obnażać przed chłopcem, który na czworakach biegał w ich towarzystwie. – Wzdychała. – „Mąszeri”, jestem zdruzgotana. Mówiłam, przekonywałam… Toć, w razie czego, on nawet matce nie pomoże!

Romuald spojrzał znad książki.

– W razie czego – pomoże.

– Nie pomoże, nie, nie… Ech, los nas pokarał, Romualdzie, takim nieposłusznym synem!

– Gertrudo, on tylko realizuje swoje marzenia!

– Ech, „mąszeri”. Jak ja bym chciała, by ktoś moje marzenia zrealizował. Na przykład, chciałabym napić się teraz kawy – stwierdziła głośno. Nie widząc reakcji ze strony męża, dodała: – Kawy z mlekiem.

Romuald Poniatowski tylko schował się głębiej za okładkę, odczekał trzy minuty i poszedł do swojego pokoju, by w spokoju spocząć w objęciach Morfeusza.

Gertruda ostentacyjnie westchnęła, mając nadzieję, że małżonek to usłyszał, i poszła sobie zrobić kawę w porcelanowej filiżance.

Odkąd Gertruda stała się posiadaczką tak wspaniałego nazwiska, pijała kawę tylko w porcelanowej filiżance z Ćmielowa, pochodzącej z serwisu zakupionego zaraz po ślubie w Desie. No, czasem jeszcze zaplątał się jakiś Rosenthal.

– To rodowa porcelana Romualda, „mąszeri”. Od wieków w NASZEJ rodzinie – informowała przyjaciółki.

Odkąd odkryła aukcje internetowe, do rodowej porcelany dołączyły srebra i ręcznie haftowane obrusy po babci…

– Romualdzie? Twoja babcia miała na imię Józia? – krzyknęła, gdy tylko rozpakowała paczkę z płótnem pięknie zdobionym bladoróżowymi kwiatami, przyniesioną przez listonosza.

– Ehe – mruknął Romuald, jak zwykle znad gazety czy książki.

Gertruda się uśmiechnęła. Haftowane obrusy babci Józefiny.

„Żosefin”.

Znacznie lepiej brzmi. Uśmiechnęła się, spoglądając na nowy nabytek.

„Grą mer Żosefin” – pięknie!

„Mąszeri”.

ROZDZIAŁ 3

O WIELKIEJ UCIECZCE AUGUSTYNA OD HARPII I PIRANII

W dniu swoich trzydziestych piątych urodzin Augustyn Poniatowski oświadczył swojej rodzicielce, że się wyprowadza. Nie miał wprawdzie pojęcia, gdzie się wyniesie i za co utrzyma, ale był pewien jednego: od upiornej mamuśki trzeba zwiać jak najdalej. I jak najszybciej. Najlepiej jeszcze dziś. Bał się nieco, że jeżeli nie nastąpi to ekspresowo, mamuśka zrobi wszystko, by przekonać go do pozostania. Kochał ją wprawdzie, ale całym sobą czuł, że relacje między nimi będą układały się znacznie lepiej, gdy dzielić ich będzie kilka kilometrów. Najlepiej tyle, by nie można było tam dojść na piechotę. A tym bardziej wyskoczyć w kapciach.

Wyprowadzi się na jakiś czas, na początek coś wynajmie, potem rozejrzy się za kredytem, kupi coś swojego… Byle osobno… Więcej niż trzydzieści lat z własną matką, TAKĄ matką, mogłoby spowodować, że zacznie szukać pocieszenia w ramionach co ładniejszych absolwentek medycyny, interesujących się zagadnieniami psychiatrii. A pocieszenia wolał szukać u kobiet, które zachwycały go intelektem i ciałem (niekoniecznie w tej kolejności), a nie wybraną specjalizacją. Zwłaszcza gdyby była to psychiatria.

Augustyn Poniatowski zrobił specjalizację. W szpitalu na oddziale położniczym zbierał coraz więcej plusów. Nie było z tego zbyt wiele kasy, ale na pewno mu wystarczy… Da radę. Powoli, ale da radę. Może kiedyś założy własny gabinet?

– Mamo, wyprowadzam się – oznajmił, jedząc jajecznicę.

– „Mąszeri”, nie mów z pełną buzią, kochanie – zwróciła mu uwagę Gertruda ze stoickim spokojem. – Romualdzie, podaj mi proszę masło.

Romuald, podając masło, uśmiechnął się do syna i mrugnął okiem.

– Mamo, słyszałaś?

– Oj, Gusiu, gdzie ty chcesz się wyprowadzić? Źle ci z nami?

Owszem. Gusiowi było źle. A nawet bardzo źle. Przed oczyma przesuwały mu się niczym film fabularny różnorakie wspomnienia. Bardzo często niezbyt miłe. Bo czyż miło wspominać dni, kiedy matka, niczym Kargul z Pawlakiem, wparowywała do pokoju Gusia, gdy namiętnie obściskiwał się ze swoją sympatią?

Czyż miłym było przeglądanie jego osobistych rzeczy, papierów, zdjęć? Miłym było bezustanne udawanie palpitacji serca, zawałów i innych śmiertelnych chorób, gdy Gusio udawał się na noc do koleżanki, tudzież na imprezę, nie mówiąc o wyjazdach na dłużej niż trzy dni?

Nie. Gusio, czyli Augustyn Poniatowski, dalej tego nie zniesie.

– Gusiu, „mąszeri”, nie rób tego matce! Matka ma takie słabe serce! – Wzdychając, Gertruda złapała się za pierś.

– Mamo, o ile mi wiadomo, serce jest po środku. No, w zasadzie mogłabyś się łapać też po lewej stronie – stanowczo oświadczył Gutek, wstał od stołu i poszedł przygotować się do pracy.

– „Mąszeri”, no powiedz coś! – Gertruda szturchnęła męża. – Nie siedź tak obojętnie, „mąszeri”! Świat nam się wali!

– Świat by się Gutkowi zawalił, gdyby jeszcze choć chwilę z tobą pomieszkał – oświadczył ostro Romuald i zostawiając niedojedzoną kanapkę, udał się do swojego pokoju.

Gertruda była zdruzgotana. Jej jedyny, wychuchany syneczek opuszcza gniazdo rodzinne i ona, matka opiekuńcza, nie będzie miała nad nim kontroli. A co gorsza nie będzie miała kontroli nad lafiryndami, które będą do niego przychodzić, czyhając na jego nazwisko i pochodzenie! Ona już wie, do czego zdolne są kobiety, by zdobyć mężczyznę! Zołzy jedne…

Zapomniała jedynie, że wie to z autopsji…

***

O północy doktor Poniatowski był u kresu wytrzymałości. Odebrał cztery porody naturalne i trzy cesarki. Do izby przyjęć napływały coraz to nowe pacjentki, nawet nie miał jak w spokoju poczytać gazety z ogłoszeniami. I znowu telefon. Dokładnie wtedy, gdy wyciągnął się na tapczanie i chciał zmrużyć oczy. Nie ma to jak baby boom. Westchnął i poszedł do izby przyjęć.

– Panie doktorze – przywitała go rozhisteryzowana dziewczyna, ubrana w bluzeczkę odsłaniającą pępek, w którym błyszczał kolczyk. – Jestem w ciąży!

– Gratuluję – stwierdził Gutek, głośno ziewając. – A co się dzieje?

– Panie doktorze, bo ja myłam naczynia!

– Mi też się to czasem zdarza… – odparł ze stoickim spokojem. – To się chwali. I?

– Panie doktorze, czy Ludwik szkodzi? – Zrozpaczona dziewczyna złapała go za poły fartucha.

– Ludwik to pani mąż? Jak mąż, to powinien pomagać… No, ale z tym różnie bywa…

– Jaki mąż? – zapytała zdezorientowana. – Męża nie mam, to płyn do zmywania naczyń!

Doktor Poniatowski wiele już dziwnych rzeczy słyszał, jednak z takim czymś jeszcze się nie spotkał. Spojrzał na zaryczaną dziewczynę jak na zjawisko z innej planety i stwierdził:

– Ludwik bardzo szkodzi… – Dziewczyna spojrzała na niego przerażona. – Pod warunkiem, że się go wypije – dodał. – W dużych ilościach – szepnął za zamykającymi się drzwiami.

Dziewczyna już tego nie słyszała, bo wykrzykiwała coś przez telefon.

Augustyn zdążył jednak usłyszeć jeszcze jej głos dobiegający zza drzwi: „Misiu, nie szkodzi, wszystko w porządku!”. Mężczyzna po raz kolejny tego dnia westchnął. Urodziny jak cholera. No nic, na urodziny sprawi sobie prezent w postaci przeprowadzki. Sięgnął po „Anonse” – wolał wersję tradycyjną niż online, rozsiadł się w fotelu, nogi położył na biurku i zaczął przeglądać oferty, co ciekawsze zaznaczając markerem.

Była to bardzo nudna lektura. Po chwili zasnął. Był już wyćwiczony w krótkotrwałych drzemkach. Na szczęście jego dyżur dobiegał już końca. Poszedłby do domu, gdyby jakiś miał. Jednak, jak wiemy, chwilowo był człowiekiem bezdomnym i jedynym miejscem, gdzie w cieple i względnym spokoju mógł pomyśleć, był fotel w dyżurce lekarzy. Drzemka w fotelu po dyżurze była zatem jedynym możliwym sposobem na szybką regenerację.

Gdy się obudził, cały połamany, zadzwonił pod numer widniejący w pierwszym ogłoszeniu zaznaczonym różowym markerem.

„Mieszkanie: 2 pokoje, kuchnia, łazienka, wysoki standard, w starym Wrzeszczu odnajmę. Halinka”.

Uśmiechnął się i zadzwonił do pani Halinki.

Po chwili wiedział już wszystko. Cudne, dwupokojowe mieszkanie, z tym że do wynajęcia jest jeden pokój. Drugi pozostanie niezamieszkały i czy to szanownemu panu doktorowi nie przeszkadza?

Szanowny pan doktor był urzeczony panią Halinką. Czuł, że to miejsce czeka na niego. Nie musiał go nawet oglądać.

***

Zanim jednak Augustyn wynajął mieszkanie, postanowił przedyskutować sprawę z Cyrylem. W zasadzie podjął już decyzję, jednak przyzwyczajenie do omawiania z przyjacielem ważnych wyborów życiowych zostało mu do dziś.

Cyryl był przyjacielem Augustyna niemalże z czasów przedszkolnych. Chociaż wtedy nie można było tego nazwać przyjaźnią. Zdecydowanie nie.

W drugim tygodniu pobytu w przedszkolu (jak ustaliliśmy wcześniej – ekskluzywnym) Cyryl ugryzł małego Augustyna w rękę na tyle mocno, że chirurg, przy akompaniamencie łez i wyzwisk Gertrudy skierowanych ku temu „małoletniemu przestępcy”, założył dzielnemu bohaterowi trzy szwy. Gertruda nie pozostawiła zdarzenia bez echa. Najpierw stanowczo doradziła mamie Cyryla, by zaszczepiła dziecko przeciw wściekliźnie oraz kupiła mu kaganiec, a następnie prawie pół roku bezskutecznie walczyła o wydalenie przestępcy z placówki – bądź co bądź – publicznej. Jednak pani dyrektor w życiu by tego chłopca nie wyrzuciła z przedszkola. Prędzej pożegnałaby się z Augustynem.

Matka Cyryla była bardzo wpływową personą w okolicy. Nie można było się jej narazić. W żadnym wypadku.

Była kierowniczką sklepu mięsnego.

Kierownik sklepu mięsnego w tamtych czasach, kiedy w sklepach był sam ocet, zdecydowanie był KIMŚ.

A nie jakiś tam laryngolog.

Phi.

Bo ileż to razy korzysta się z pomocy laryngologa, a jak często kupuje mięso?

Nie, na wydalenie z placówki Cyryla Kowalskiego pani dyrektor nie mogła sobie pozwolić.

Gertruda Poniatowska musiała poprzestać na przeniesieniu Augustyna do wyższej grupy, a że był inteligentnym dzieckiem, to nieźle sobie poradził. Na jej nieszczęście, Cyryl również rozwijał się ponadprzeciętnie, w związku z czym także poszedł rok wcześniej do szkoły i wylądował w jednej ławce razem z Augustynem.

Chłopcy od razu przypadli sobie do gustu, puszczając w niepamięć zdarzenie z lat przedszkolnych, w przeciwieństwie do ich mam, które nadal czuły do siebie zdecydowaną niechęć. Jednak w tym wieku zakazany owoc smakuje jeszcze lepiej, więc przyjaźń nieustająco rozkwitała. Działo się tak tym bardziej, że każdy z chłopców uznał – ku swojej radości – że imię kolegi jest jeszcze głupsze od jego własnego. Przyznali się jednak sobie do tego dopiero po pijaku, oblewając dwudzieste pierwsze urodziny Cyryla prawie dwudziestoletnim domowym winem, które pili prosto z gwinta, siedząc w piwnicy.

***

Prosto ze szpitala Augustyn Poniatowski udał się więc do Cyryla, gdzie po czwartej puszce piwa ustalili wspólnie, że mieszkanie w starym Wrzeszczu zdecydowanie powinien wynająć, bo czymże jest pozostawienie jednego pokoju pani Halince do nieuciążliwego użytkowania „naprawdę bardzo rzadko” w porównaniu do powrotu do tej harpii i piranii, upiornej mamuśki Gertrudy Poniatowskiej.

Nie bacząc na stan upojenia alkoholowego, Augustyn zadzwonił ponownie do pani Halinki i powiedział jej, że mieszkanie ma dobrą energię, pozytywne feng shui i rewelacyjne wibracje, i on je chce mieć od zaraz. Halinka bardzo się uradowała i powiedziała, że klucze zostawi u sąsiadki, gdyż wyjeżdża na jakiś czas, a skoro pan doktor taki niecierpliwy, to niech się wprowadza choćby zaraz.

– Ty, a co ci z tymi wibracjami? – zapytał Cyryl, wyjmując ogórka kiszonego ze słoika z naklejką „Cyrylowi – Magda 2013”. – Agnieszka robiła lepsze. Nie były takie miękkie.

– Co miękkie?

– Ogórki miękkie.

– No tak. Miękkie – niedobre.

– To co z tymi wibracjami?

– A, coś w telewizji ostatnio oglądałem. Kobiety lubią takie rzeczy.

ROZDZIAŁ 4

O KROWIE NA TORACH, POKOJU CHIŃCZYKÓW I NOWYM DOMU

Anna Błaszkowska z uśmiechem przekroczyła próg akademika na gdańskim Przymorzu.

– Dzień dobry, pani Steniu! – przywitała portierkę serdecznie.

Pani Stenia, siwowłosa kobieta po sześćdziesiątce, podniosła oczy znad gazety, na okładce której Doda wytykała język Joli Rutowicz, a ta się jej odwzajemniała. Musiał to być jakiś bardzo stary numer. Na obu językach lśniły ponoć brylantowe kolczyki. Ania nie mogła się powstrzymać przed wysunięciem języka w stronę panny Rutowicz. Niestety, na jej języku brylant nie zabłysnął.

– Anula! – zawołała wyraźnie ucieszona portierka. – Co ty, mi język wytykasz?

– No co pani! Joli wytykam! – Wytknęła jeszcze raz. – Doda może, a ja nie? – Roześmiała się głośno.

– Miło cię widzieć, Anula. – Pani Stenia odłożyła gazetę. – Co cię do nas sprowadza?

– Jak to co? – Ania zmarszczyła brwi, powątpiewając w stan zdrowotny pani Steni. – Studia pani Steniu, piąty rok! Przecież ja tu mieszkam!

Pani Stenia badawczo spojrzała na Anię.

– Anula, ale ja nie mam ciebie na liście… – Zaczęła przeszukiwać jakieś papiery. – Sama byłam zdziwiona, że nie dostałam twojego zgłoszenia… Myślałam, że za mąż wyszłaś, albo co…

– Ja, za mąż? – Ania zrzuciła plecak na podłogę. – Jak to nie ma mnie na liście? Dorota mi mówiła, że wszystko OK! – Była wyraźnie zdenerwowana. – Pani pokaże te listy! – Wydarła papiery z rąk portierki.

– Banaszak… Bęckiewicz… Ciastowska… – mruczała, czytając nazwiska. – To musi być pomyłka! – Spojrzała z wyrzutem na panią Stenię. Ta wzruszyła tylko ramionami.

– To nie jest pomyłka, Anula. Też byłam zdziwiona…

– A Dorota? Pani zobaczy Dorotę. Jest?

– Dorota jest. W dwunastce.

– Pani Steniu, idę do niej.

– Leć, dziecko, leć, zostaw tu te klamoty… – Zatroskana portierka wyciągnęła rękę po ciężki plecak.

***

Kilka godzin później Anna Błaszkowska zalewała się łzami, siedząc po turecku przed portiernią. Dochodziła dwudziesta druga, a ona nie miała gdzie się podziać. Chlipała głośno, a pani Stenia co chwilę podsuwała jej pod nos chusteczki higieniczne. Zołza Dorota, jak nazywała swoją – zdecydowanie już byłą – przyjaciółkę, nie dostarczyła papierów Ani na czas, o czym przed chwilą beztrosko ją poinformowała. Zołza Dorota papiery te zgubiła i zapomniała powiedzieć o tym drobnym fakcie… Sama siedziała zadowolona w przytulnym, dwuosobowym pokoiku, wraz z koleżanką ze swojego roku.

– Pani Steniu, zołza jedna!

– Ano zołza, Aniu. Do Marcina nie możesz iść?

– Nie ma go jeszcze… Zresztą on u ciotki mieszka i nie bardzo…

– Hmm… Nie przejmuj się zatem, coś wymyślimy. Na razie mam jeden pokój wolny przez ten tydzień, bo jakieś Chińczyki mają przyjechać, ale to dopiero za kilka dni.

Zmartwiona Ania udała się do pokoju Chińczyków, gdzie pół nocy ubolewała nad swoim losem, a drugie pół zastanawiała się nad wybrnięciem z sytuacji. Podczas pierwszej połowy nocy, oprócz obmyślania coraz to bardziej wyrafinowanej zemsty na zołzie Dorocie, oczyma duszy widziała siebie wśród bezdomnych, wyciągającą trzęsącą się z zimna dłoń i błagającą na ulicy o kawałek chleba. Efekt porannych przemyśleń był bardziej optymistyczny. Anna Błaszkowska wstała skoro świt, narzuciła na piżamę jeansowy płaszczyk i pobiegła do kiosku po gazetę z ogłoszeniami.

***

Trzy godziny później Ania oglądała mieszkanie należące do pani Halinki. Na całe mieszkanie nie bardzo było ją stać, zatem wynajęła jeden, mniejszy pokój z używalnością kuchni i łazienki, drugi pozostawiając niezamieszkały.

– Pani Halinko, to ja dziś wieczorem przyjadę – oświadczyła.

– Dobrze dziecko. Ten większy pokój zostaje pusty, na wypadek gdyby mój syn z Niemiec przyjechał. Więc będziesz sama panią na włościach.