52,99 zł
ZROBISZ TO DLA MNIE?
Nie łudź się, że masz wybór.
Twoje sumienie też da się zagłuszyć.
Duszna noc przy starej, gdyńskiej torpedowni. Ośmioletnia Lola, ukryta na tylnym siedzeniu samochodu, podgląda brata i jego dziewczynę. Nie spodziewa się, że znikąd pojawi się terenówka, a ciszę nad brzegiem morza za chwilę przetnie rozpaczliwy krzyk...
Dwadzieścia lat później dorosła Lola spogląda na nagranie z monitoringu przy Mewiej Łasze i rozpoznaje wyłowione z wody ciało Emi — dziewczyny swojego brata i jedynej osoby, która oprócz niej przeżyła tamtą noc na plaży.
Szukając odpowiedzi, Lola trafia na ślad przerażającej prawdy. Okazuje się, że obie te śmierci nie były dziełem przypadku, lecz konsekwencją eskalacji makabrycznego eksperymentu psychologicznego przeprowadzonego w gronie przyjaciół jej brata. Eksperymentu, który miał udowodnić, że zło przychodzi z zadziwiającą łatwością, jeśli odpowiedzialność za nie zostanie przeniesiona na kogoś innego.
Aby powstrzymać trwającą od dwóch dekad serię zbrodni i dopaść inicjatorkę tej gry, Lola musi wejść do strefy, w której nie obowiązują żadne zasady. Nie wie jednak, że w pogoni za prawdą, sama staje się wymarzonym obiektem eksperymentu. A najłatwiej złamać kogoś, kto wierzy, że kierują nim czyste intencje...
Mroczny, duszny thriller psychologiczny w klimacie skandynawskiego noir.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 314
Rok wydania: 2026
Copyright © by Ewa Przydryga, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Kuba Magierowski
Elementy okładki powstały z użyciem AI
Redakcja: Anna Milewska
Korekta: DARKHART, Olga Smolec-Kmoch
Skład i łamanie: DARKHART
PR & marketing: Magdalena Drogoś-Kraszewska
ISBN: 978-83-8441-799-7
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Seria: FILIA Mroczna Strona
mrocznastrona.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
– 2005 –
Lola bawiła się w umieranie. Ukryta pod kocem, wciśnięta między fotel kierowcy a tylną kanapę, pilnowała każdego wdechu. Małe serce szybko uderzało o żebra. Słyszała je, kiedy pruli szosą i gdy zawieszenie jęczało na wertepach. W końcu przez szparę w szybie wślizgnął się wilgotny chłód. Dziewczynka wiedziała już, że tam gdzie zaczyna się morze, wszystko inne musi się skończyć.
Ostrożnie zmieniła pozycję. W fałdzie koca uformowała palcami dziurkę. Przyłożyła do niej oko. Para siedząca na przednich siedzeniach wyglądała jak wycięte z papieru strachy. Światło lampki sufitowej wyostrzało im rysy twarzy. Wszystko staje się groźniejsze, kiedy łamie się zasady, a Lola robiła to od zawsze. Minusów za zachowanie na kuchennej tablicy prawie zawsze było przy jej imieniu więcej niż plusów. Lola rozrabiara. Lola wszystko nie tak. Tak powinno brzmieć jej drugie imię. Tym razem, wbrew zakazowi brata, przekradła się do jego wozu. Nasłuchiwała.
– Powiesz mi wreszcie? – zapytała Emilia, siedząca obok kierowcy. W jej słowach była lepka słodycz.
Ręka Aleksa zaczęła badać tylne siedzenie i odnalazła plecak, prawie demaskując kryjówkę Loli. Aleks wydobył z plecaka butelkę. Otworzył ją. Cyk. Uciekający gaz cicho syknął. Od zapachu bąbelków Loli zrobiło się słodko w ustach. Szkło stuknęło o zęby chłopaka, a potem Emilia jęknęła, gdy Aleks musnął jej kolano i zsunął dłoń między uda.
– No zgadnij, po co ta akcja w torpedowni? – spytał, unosząc porozumiewawczo brwi. Zakreślił palcem w powietrzu, tak jakby właśnie kupił cały świat na własność. Celował w gęstniejącą przed nimi ciemność.
Emi usiadła bokiem i próbowała wyczytać coś z jego twarzy. Kiedy w końcu zrozumiała, oczy jej rozbłysły.
– Masz metę?
– Wiktoriańska kamienica przy Kingsland Road. Pasuje?
– Chyba taka, co się sypie. Przecież czynsz na Kingsland to kupa hajsu!
– Na razie ktoś z nami pomieszka. Bezkolizyjnie.
– Ale jak to…? Myślałam…
– Nie myśl o tamtym. – Lola widziała, jak Aleks przesuwa opuszką po konturze warg Emi, a potem wciska palec do środka. – Mam na oku kolejne rozdanie. Teraz po prostu skupmy się na wyjeździe.
Wyrzucił to z siebie z taką energią, że Lola poczuła drżenie tapicerki.
– A mała?
– Ściągnę ją do nas. Potem. – Głos Aleksa zmarkotniał, zupełnie tak jak w dniu, gdy dom wypełnił się ludźmi w czarnych płaszczach na znak, że rodzice już nigdy nie wrócą do domu.
– To ją złamie.
– W końcu zrozumie.
Lola poczuła, jak jej małe serce rozsadza klatkę z żeber. „Ściągnę”. „Potem”. „Wyjazd”. Te słowa nie były obietnicą, były zapowiedzią końca.
Chciała zedrzeć z siebie koc i krzyknąć. Zażądać dla siebie miejsca w tym planie. Gdzie był Aleks, tam była Lola. Zawsze. Ale strach zamroził ją pod kocem.
Samochód znieruchomiał. Usłyszała trzask drzwi, a potem głuchy odgłos kroków na piachu. Gdy w końcu zaryzykowała i wyjrzała przez przednią szybę, Aleks i Emilia byli już tylko cieniami oddalającymi się w stronę brzegu.
Na wodzie, czarnej jak rozlana farba, kołysał się czerwony kajak. Wbite w brzeg wiosła przypominały jej krzyże. Podobne do tych, które widziała na świeżym grobie rodziców.
Wzdrygnęła się.
Hexengrund – Ziemia Czarownic – nocą straszyła bardziej. Torpedownia, w dzień wyglądająca jak statek widmo, w oczach Loli stała się potworem wybudzonym ze złego snu. Czekała trzysta metrów dalej na Aleksa i Emi. Nieruchoma. Żarłoczna. Cierpliwa.
Woda przyjęła ich kajak z mlaszczącym pluskiem.
Zniknęli.
Lola została sama z potworem.
Kiedy wrócą?
Jeszcze mogła się ujawnić. Wyskoczyć z auta, krzyknąć i machać rękami, póki czerwony kajak nie zniknął za linią fal. Woda poniosłaby jej głos. Brat może by pomarudził, ale musiałby zabrać ją ze sobą.
Zamiast tego siedziała nieruchomo w ukryciu. W końcu zdecydowała. Wślizgnęła się na przednie siedzenie i odblokowała zamek.
Wyszła na pusty parking, gdzie uderzył w nią lodowaty podmuch nocy. W krzakach coś skrobało i szeleściło. A drzewa na wietrze tańczyły upiorny taniec. Pobiegła w stronę morza, bo tam, przy wodzie, piasek był jasny i mniej straszny niż groźna ściana lasu.
Tam gdzie beton przechodził w plażę, z wody wystawały resztki starego pomostu. Oślizgłe paliki przypominały jej rzędy połamanych zębów, jakie widziała kiedyś w ustach starszego pana, któremu oddała swoją bułkę.
Aleks mówił, że dawno temu Niemcy badali tu torpedy, ale dla Loli to było tylko cmentarzysko drewna, którego pilnował betonowy potwór.
Torpedownia.
Spóźniła się. Kajaka nie było już na horyzoncie. Zostały po nim tylko głębokie bruzdy w piasku i ślady stóp.
Nagle wszystko ucichło. Nawet morze przestało szumieć.
Wtem ciszę rozerwał ryk silnika i bas z głośników. Ktoś wjechał na parking. Oślepiły ją światła reflektorów. Nie było czasu, by biec do lasu. Zrobiła to, co zawsze podczas zabawy w chowanego. Raz, dwa – i już jej nie było. Wślizgnęła się pod podwozie samochodu brata i przywarła do zimnej ziemi. Pachniało tam starym metalem i czymś gorzkim, co drapało w gardle. Nad głową, spod silnika, buchał gorąc. Małe serce obijało się o żebra tak szybko i głośno, że Lola bała się, że zaraz ją wyda.
Obok zahamowała terenówka. Ziemia pod łokciami dziewczynki zadrżała. Zobaczyła tylko buty. Wielkie, brudne podeszwy i spodnie w plamy, takie jak u żołnierzy. Dwóch mężczyzn ściągnęło z przyczepki ponton. Rzucili go na piasek. Byli szybcy i bardzo głośni.
– Spinaj dupę! – warknął jeden z nich.
– Weź wyłącz wkurw, co? Noc jeszcze młoda. Starczy czasu i na kąpiel, i na browar!
Dziewczynka chciała zobaczyć ich twarze, by wyczytać z nich coś więcej, ale oni nie mieli twarzy. Na głowy naciągnęli czarne czapki z dziurami na oczy. Ruszyli prosto w ciemność, tam gdzie woda zabrała jej brata.
Lola wypełzła spod auta. Cichutko, szorując brzuchem o piach, dotarła na krawędź wydmy. Znalazła w niej nową kryjówkę. Czekała.
Kilka minut później ponton odbił w stronę torpedowni i wyjaśniło się, po co ci dwaj tam przyszli. Ciemność głośno wykrzyczała tę tajemnicę. Miała głos Emi.
– Pomocy!
To nie był zwykły krzyk, tylko mokry skowyt, jakby coś rozerwało się jej w gardle. Niosło go po wodzie. Zniekształcone echo wracało od fal, aż w końcu ucichło. Potem wrócił warkot silnika, a zaraz po nim fale uderzyły o brzeg.
Lola wycofała się w ostatniej chwili. Znów wcisnęła się pod podwozie tak mocno, że szorstki beton zadrapał jej policzek.
Tamci dwaj wyszli na piach. Ich złość urosła w siłę. Oddychali szybko. Szybko wypluwali słowa. Nerwowo ciągnęli za sobą ponton.
– Co ci odwaliło?
– Zapomniałeś już, co zrobił?
– A ty zapomniałeś, jaki był plan?
Stali tak blisko siebie, że ich cienie zlewały się w plamę. Gestykulowali, a ich ramiona poruszały się jak zepsute wahadła. Jeden z nich wbił palce we włosy.
– Jak jesteś taki troskliwy, to może sprawdź, czy jeszcze dycha. – Ponton głośno zaszurał na piasku, jego kadłub upadł przy nogach tego, który złapał się za głowę.
– Dycha? Zajebałeś go!
– A co z nią? – Ten, który szarpał się za włosy, niemal skomlał.
– Martw się lepiej o swoją dupę, co?
Lola usłyszała głuche mlaśnięcie piachu. Ktoś chyba czymś rzucił. Mężczyźni podeszli do samochodu. Ubłocony but zatrzymał się kilka centymetrów od jej twarzy. Z pontonu coś kapnęło na asfalt. Ciemna, gęsta kropla, która nie chciała wsiąknąć.
Dziewczynka pozostała w bezruchu długo po tym, jak trzasnęły drzwi, a silnik terenówki ryknął.
Wciąż jeszcze było ciemno, ale już na tyle widno, by Lola rozpoznała czerwony kolor na asfalcie. Dotknęła plamy palcem. Krew była lepka i gęsta. Próbowała ją zetrzeć, ale tylko rozmazała smugę na dłoni.
Aleks.
Wyszła spod auta. Biegła w stronę morza, tak że paliło ją w płucach. Oczy bolały od łez, które nie chciały się skończyć. Wołała brata, ale odpowiedziała jej tylko pustka morza – tak samo wielka i żarłoczna, jak wcześniej.
Aleks!
Zrobiła krok w wodę. Lodowaty jęzor morza natychmiast oblizał jej kostki, wdzierając się do butów. Podeszwy ślizgały się na kamieniach, obklejonych śliskim aksamitem glonów.
Aleks!
Od ukochanego brata dzieliła ją Ziemia Czarownic, a raczej morze, które musiała pokonać. Trzysta metrów. Zrobiła krok do przodu. Trzysta metrów minus pół.
Materiał sukienki przykleił się do skóry. Rozłożyła ramiona. W końcu dno usunęło jej się spod stóp.
– 2026 –
Dom znów ją do siebie wołał. Nie prośbą, lecz tym starym, suchym kaszlem. Pracował w fundamentach, skrzypiał w więźbie, wyrzucał z siebie echa rozmów, których Lola nie chciała pamiętać. Dziadek Ludwik zawsze mówił o nim jak o człowieku. Słuchała tego z przymrużeniem oka, ale dzisiaj, stojąc w sieni, wierzyła, że mury naprawdę mają pamięć. I że nie jest to pamięć łaskawa.
Weszła do swojego starego pokoju. Skurczył się. Pęknięcie w ścianie, które w dzieciństwie chowało się wstydliwie za plakatem E.T., teraz szczerzyło się do niej dwiema krzywymi liniami, które biegły przez całą ścianę. Wyglądały jak blizna, która po latach przestała się goić. Deski pod stopami jęknęły i zachrobotały.
Dom żył, ale dziadka już w nim nie było.
Lola pchnęła drzwi do jego sypialni. Na poduszce odbity był ślad głowy, a zmięta kołdra leżała porzucona na podłodze. Wyglądało to tak, jakby zaraz miał do niej wrócić, ale Lola wiedziała przecież, że to się nigdy nie stanie, bo dziadek zdążył już zagrzebać się w twardej ziemi. Od siedmiu dni nie potrafiła zmusić rąk, by złożyły tę cholerną pościel w równą kostkę.
Zeszła na dół. W salonie dziadek szczerzył się do niej z telewizora. W jego brodzie migała ikonka pauzy. Lola nacisnęła przycisk play na pilocie. Raźny głos Ludwika wypełnił martwą ciszę. Patrząc jej prosto w oczy, mówił, by nie dała dupy i nie umierała za życia. W zasadzie to swego rodzaju kazanie dziadka było skierowane nie tylko do niej, lecz do wszystkich, którzy oglądali je wczoraj na stypie. Ostatnio dziadek tracił ciało, ale nie trzeźwość umysłu. Język też mu się nie stępił. A Lola dziś oddałaby wszystko, by móc mu zadać jedno pytanie: „Co mam teraz zrobić?”.
Wyłączyła telewizor. Odruchowo wsunęła ręce do kieszeni kardiganu i poczuła pod palcami papier. Złożony na pół, wymięty od dotykania. Znała treść tej karteczki.
Zadzwoń, proszę. Pogadajmy. To ważne.
Szybko wysunęła dłoń z kieszeni.
W kuchni, do której weszła, zastała pobojowisko. Goście zostawili po sobie brudne talerze, a na jej ciele – wspomnienie uścisków i pocałunków. Na szczęście nie było już po nich śladu. Skóra Loli wciąż piekła od gorącej wody, która je właśnie zmyła.
Leżący na blacie telefon zawibrował. Usiadła przy stole i odczytała wiadomości – parę rutynowych Jak się masz?, na które odpowiadała krótko i kurtuazyjnie. Potem weszła na Facebooka i przescrollowała feed. Zalała ją fala postów, tych bzdurnych i tych na serio, w tym kilka z lokalnych portali. Jeden tytuł, opublikowany na grupie Kryminalne Trójmiasto, zatrzymał jej wzrok jak uderzenie w brzuch.
Zwłoki na foczej wyspie. Kim jest ofiara? Śmierć w Mikoszewie. Zabójstwo czy wypadek?
Kliknęła w filmik. Po zniknięciu otwierającej nagranie grafiki, na której pojawiły się słowa Mewia Łacha, ciemny obraz smużył na ekranie, gubiąc ostrość.
To, co początkowo wzięła za brązową plamę na środku morza, szybko okazało się niewielką wysepką. A raczej piaszczystą mielizną w ujściu Wisły, oblepioną wyrzuconymi przez morze gałęziami i glonami. Kamera monitoringu drżała na wietrze.
Na piasku, w ciasnym kłębowisku, leżały foki. Łącznie było ich przynajmniej kilkadziesiąt. Jej uwagę przykuł szczeniak, który odłączył się od stada. Pełzł w stronę ciemnego kształtu na skraju wysepki. Lola początkowo wzięła to za wyrzuconą przez sztorm kłodę, owiniętą w żółty materiał.
Ale kiedy foka trąciła przeszkodę nosem, kłoda przybrała kształt ludzkiego ciała. Leżało nieruchome. Słaba jakość nagrania nie pozwalała przyjrzeć się detalom – poza jednym. Na głowę postaci naciągnięty był żółty kaptur, spod którego wystawały długie, czarne sploty włosów.
Lola poczuła mrowienie w końcówkach palców. Zamknęła aplikację i uruchomiła wyszukiwarkę. Kilka szybkich kliknięć zaprowadziło ją na portal zulawyimierzeja24.pl, gdzie obraz transmitowany był na żywo.
Kamera Mikoszewo – Ujście Wisły – Rezerwat Mewia Łacha. Zobacz, co foki robią na żywo.
Na ekranie wyświetlił się komunikat o usterce technicznej. Powtarzał się mimo kilkukrotnych prób odświeżenia strony.
– Kurwa – syknęła w głąb pustego pokoju.
Telefon zawibrował tak nagle, że niemal wypadł jej z rąk. Przesunęła palcem po ekranie, nie patrząc nawet, kto dzwoni. Ze słuchawki dobiegł niski męski głos. Słyszała go wiele razy, w wielu odsłonach i miejscach – czuły, zabawny, gorzki. W pracy i w łóżku. Prawie wszędzie. Teraz był zdenerwowany i domagał się konkretnych odpowiedzi.
– Gadałaś dzisiaj z moją siostrą?
Serce Loli uderzyło w galop. Przed oczami wciąż miała wklejony obraz z foczej wyspy.
– Z Emi? Nie. A co?
– A wczoraj? Mówiła ci, dokąd jedzie po stypie?
Tym razem wyczuła w głosie Filipa fałszywą nonszalancję.
– Pewnie do domu. Było już późno. Coś się stało?
Położyła dłonie na blacie i się o niego zaparła. W odpływie tkwiły mętne resztki wczorajszych fusów. Układały się w złą wróżbę. Jedną dłoń Lola machinalnie wsunęła do kieszeni, tam gdzie wyczuła kartkę, złożoną na pół, i litery głęboko odciśnięte w papierze. Szybko odkleiła ją od spoconej skóry, ale mrowienie w czubkach palców narastało.
– Nie wróciła na noc – ciągnął Filip. – Właśnie u niej jestem. Bety na łóżku są tak samo rozgrzebane jak wczoraj, kiedy podjechałem po nią przed pogrzebem.
– Dzwoniłeś do niej?
– No jasne. Jej telefon jest w domu, wpięty do gniazdka. I nie, nie wyszła po bułki – dodał, uprzedzając pytanie Loli. – Ma kilka nieodebranych połączeń od wczoraj. Wychodzi na to, że nie miała go w ręku od około dwudziestej.
Linia telefoniczna zamieniła się w głuchą próżnię, wypełnioną tylko ich urywanymi oddechami.
– Jesteś tam? – odezwał się Filip.
– Jesteś w domu?
– Jeśli coś wiesz, to wal od razu.
Lola czuła, jak list w kieszeni parzy ją w udo.
– Emi chciała ze mną porozmawiać na stypie, naciskała, ale wczoraj było gęsto…
– I?!
– I właśnie coś widziałam. Mam złe przeczucia. To jesteś w domu czy nie?
Oględnie powiedziała mu o nagraniu z foczej wyspy i o tym, że nie tylko bliskość miejsca zamieszkania Emi jest niepokojąca. Kiedy się rozłączyli, natychmiast wbiegła na górę. Stanęła przed drzwiami jednego z pokojów i pchnęła je. Uderzył ją stęchły zapach dziadkowych sekretów. I czegoś jeszcze.
Gdy zbiegała na dół, jej intuicja z każdym schodkiem coraz głośniej biła na alarm. Zatrzasnęła drzwi, wsiadła za kółko i ruszyła. Oślepiło ją słońce. Przez sekundę oczami wyobraźni widziała w nim jasną plamę – powidok jakiegoś cholernego, złego wieszcza, tym razem z przyszłości, który kolejny raz mówił jej, że nic już nie da się zrobić. Że tym razem limit szczęścia dziewczyny, która ocalała z ataku w torpedowni, właśnie się wyczerpał.
Przez ostatnie pół godziny Filip obdzwonił wszystkich znajomych siostry, krążąc po domu z telefonem przy uchu. I nic.
W końcu stanął przy kuchennym oknie i zatrzymał wzrok na drodze prowadzącej na szczyt morenowego wzgórza. Dziś, zanurzona we mgle, wyglądała jak szara pępowina. Jego uwagę przykuł rosnący czerwony punkt poruszający się w dolnym odcinku jaru. Samochód mknął jak pocisk, znikając i pojawiając się na kolejnych łukach asfaltowej spirali. W końcu, gdy terenówka wyłoniła się zza ostatniego zakrętu, Filip zbiegł na parter i wyszedł na ganek. Lola zatrzymała się kawałek dalej, pod lasem. Ten dystans go nie zdziwił; w swojej relacji zaliczyli znacznie więcej symbolicznych barier.
Podszedł do niej. Wysiadła z wozu i stanęli naprzeciwko siebie. Zauważył, że oddycha płytko, a jej linia szczęki stężała. Bał się, że ta mina jest zapowiedzią złej wiadomości, która zaraz padnie z jej ust. Ale tylko przywitała się z nim szybkim uściskiem. Sweter zsunął jej się z ramienia, odsłaniając ostrą linię obojczyka. Filip poczuł pod palcami w tym miejscu krótkie, elektryzujące zwarcie. Zmieszany zerknął na piętro domu. Na okno swojej małżeńskiej sypialni. Delikatnie, ale stanowczo odsunął Lolę od siebie.
– I co? – wydyszała, wciąż oparta o maskę terenówki.
– Nie odbiera. Przeglądałem to nagranie z dziesięć razy. Jakość jest do dupy… Trudno powiedzieć, czy to w ogóle jest człowiek.
– To jest człowiek, Filip – ucięła Lola, prostując się gwałtownie. – Widziałam kaptur. I włosy. Ale nie ma co gdybać. Mam coś, co pozwoli nam dowiedzieć się więcej. – Z jej głosu biła surowa energia.
– Co masz?
– Kontakt.
– Do kogo?
Zamiast odpowiedzieć, wbiła wzrok w otwarte drzwi domu.
– Możemy tam? – spytała, wskazując na wąski korytarz. Podłużne linie ledowych lamp rzucały na podłogę zimne, geometryczne światło.
Weszli do środka. Lola od razu zadarła głowę w stronę piętra, skąd dolatywały dźwięki krzątaniny i lekki kwiatowy zapach. Chwilę później na szczycie schodów pojawiła się Daria. Schodząc po nich, stawiała kroki, tak jakby odmierzała je linijką. Nawet teraz, kiedy świat Filipa trząsł się w posadach, jego żona była ucieleśnieniem symetrii – od nienagannego przedziałka blond włosów, sięgających ramion, po precyzyjnie dobrane słowa powitania.
Filip je sobie przedstawił. Wykonał oszczędny ruch podbródkiem w stronę Loli.
– To moja dawna przyjaciółka – skłamał.
Dostrzegł, że w oczach Loli coś zgasło. Daria natomiast, wymieniwszy z nią przelotne spojrzenie i krótki uścisk dłoni, nie poświęciła jej więcej uwagi.
– Jesteś pewny? Mogę to odwołać – zwróciła się do męża. Filip widział, że jest rozdarta między wyjściem a pozostaniem.
– Jedź.
– Będę za dwie godziny. Dzwoń, gdyby cokolwiek…
Wyszła. Filip podał Loli szklankę wody. Zauważył, że kobieta przygląda się rodzinnym fotografiom stojącym na komodzie. Kiedyś też takie mieli, oprawione w identyczne ramki. Te zdjęcia wciąż gdzieś tu były, głęboko ukryte przed wzrokiem Darii, w nieopisanych pudłach na strychu.
– Co to za kontakt? – spytał, by przerwać niezręczną ciszę.
Lola przeniosła na niego wzrok. W jej oczach dostrzegł ból.
– Mój kumpel Michał – odpowiedziała ochrypłym głosem. Przyłożyła szklankę do ust i pociągnęła z niej szybki łyk. – Pracuje w Stacji Morskiej w Helu.
Filip uniósł brwi.
– Nie tylko opiekuje się fokami – wyjaśniła – ale też monitoruje całe ujście Wisły. I Mikoszewo, w tym foczą wyspę. Mają tam swoje kamery o znacznie lepszej rozdzielczości niż ten publiczny szajs, z którego nic nie widać.
Filip czuł, że ten kontakt zadziała w jeden sposób: albo przygasi niepokój, albo wrzuci go w środek koszmaru.
– Zadzwonisz? – poprosił.
Lola wybrała numer i włączyła tryb głośnomówiący. Sygnał połączenia wgryzał się w ciszę salonu. Gdy już stracili nadzieję, w słuchawce zachrobotało.
– Mam młyn. Oddzwonię – rzucił Michał.
– To ważne – ucięła Lola tonem, który podkreślał powagę sytuacji.
– No dobra. Pięć minut. Mam techników na karku – westchnął mężczyzna. W tle usłyszeli trzask przesuwanych mebli.
– Sprawa jest gardłowa, stary. Siostra mojego… – Lola zawahała się, rzucając Filipowi szybkie spojrzenie – mojego przyjaciela nie wróciła na noc. Nie odbiera. Mieszka przy Mewiej Łasze. Widzieliśmy to nagranie z sieci i się martwimy. Mówiłeś, że macie dostęp do kamer w panelu administratora. Nagrań lepszej jakości niż na streamie.
– No tak, obrotówki z zoomem optycznym – potwierdził. – Pytasz, czy je wam udostępnię?
– Wystarczy, żebyś zerknął.
– Zapomnij. Po pierwsze, patrzą mi na ręce. Po drugie, kryminalni przejęli serwerownię. Zabezpieczyli już wszystko: wschodnią kierownicę, wieżę mobilną, dyski. Nawet gdybym chciał, nie mam do czego zajrzeć.
– Ale widziałeś je wcześniej – powiedziała Lola.
Po drugiej stronie zapadła cisza – sygnał, że Michał prawdopodobnie stoi przed ścianą strachu i próbuje odwlec moment przekazania im tego, co widział.
– Niewiele mogę powiedzieć.
– Bo?
– Bo ta kobieta miała na sobie sztormiak. Nic szczególnego. Żółta płachta i tyle...
– Michał, mów, co wiesz, odpuść cenzurę – ponagliła go Lola.
– Tylko zerknąłem… – Michał zniżył głos do szeptu. – Na takie coś nie chce się patrzeć dwa razy.
– A twarz?
– Właśnie o tym mówię. Nie miała jej.
– Co to znaczy?
– Miała miazgę zamiast twarzy.
Filip odebrał Loli telefon. Prawie przycisnął usta bezpośrednio do mikrofonu słuchawki, jakby chciał wywlec stamtąd na odległość wszystko, co pracownik stacji chował w głowie.
– Miała? A jesteś w ogóle pewien, że to była kobieta? – Jego głos był chropowaty.
– Raczej mało który facet nosi damskie buty z czerwonymi sznurowadłami.
– Te obrażenia na twarzy… Czy to mogły być foki? – pytał dalej Filip.
– Wykluczone – stwierdził kategorycznie Michał. – Są płochliwe. Teraz mają okres laktacji, nawet nie ruszają się z łach. Jeśli już atakują, to tylko coś, co uznają za bezpośrednie zagrożenie, a za takie uważają wyłącznie rzeczy wyższe od siebie.
– A jednak na nagraniu widziałam fokę – wtrąciła Lola.
– To szczenię, szczenięta są ciekawskie. Nie skrzywdziłyby nawet muchy.
W tle dało się słyszeć ciężkie szarpnięcie i skrzypienie podnoszonej blachy.
– Serio muszę kończyć. Gliny zaraz będą mnie maglować dalej.
Telefon zamilkł. W spojrzeniu Loli Filip zobaczył, że trop podsunięty przez Michała skierował jej myśli na nowy tor. Jednak nim zdążył ją o to zapytać, ciszę uciął sygnał dzwonka, który rozniósł się chłodnym echem po betonowych ścianach korytarza.
*
Było ich dwóch. Młodszy, Krasucki, mający przerysowany, metroseksualny sznyt, który przełamywała jedynie ciężka odznaka, wylegitymował się pierwszy. Starszy, Miegoń, miał zmęczone spojrzenie i jeszcze bardziej wymęczone ciuchy. Z kieszeni sztruksowej marynarki, przetartej na łokciach, wystawały notatnik i ołówek. Weszli pewnie, wnosząc do domu zapach chłodu i lurowatej kawy. W milczeniu skanowali spojrzeniem najpierw Filipa, a potem jego dom. Kiedy w końcu rzucili pierwsze pytanie, zrozumiał, że jest źle.
– Szukamy pana siostry Emilii. Kiedy widział ją pan po raz ostatni? Gdzie to było? – spytał starszy detektyw zmęczonym tonem, obracając w palcach ołówek. Slalomem, miarowo, irytująco.
– Ta kobieta… Ciało z foczej wyspy… To moja siostra, prawda?
Filip próbował przebić wzrokiem pokerowe maski na ich twarzach, ale szczelnie je nałożyli.
– Znaleźliśmy pewne powiązanie – odezwał się starszy detektyw. Ołówek stuknął w krawędź blatu i znieruchomiał. – W kieszeni sztormiaka denatki zabezpieczyliśmy dokumenty i karty kredytowe wystawione na nazwisko pana siostry. Musi pan pojechać z nami do Gdańska, do Zakładu Medycyny Sądowej. Chcemy mieć absolutną pewność. Stan zwłok i zabezpieczone zdjęcia nie dają stuprocentowej pewności, że to Emilia Wagner.
Słowa policjanta uderzyły go prosto w klatkę piersiową. Cofnął się o krok, pod okno. Był pewien, że jeszcze chwila, a czarne chmury zaczną szurać o beton.
Potem, zanim w ogóle zdążył zebrać myśli, posypały się kolejne pytania. O wczorajszy wieczór, o znaki szczególne. O wrogów jego siostry. Brzmiały jak szum, dopóki detektyw nie wyciągnął z kieszeni brązowej koperty.
– Rozpoznaje pan to?
Położył fotografię na blacie przed Filipem. Przedstawiała zmiętą płachtę bawełny, pociemniałą od mokrej wody. Zaschnięty piach osypywał się na uwieczniony w kadrze stół. Na seledynowym tle wyhaftowane były niezapominajki. Filip wbił wzrok w zdjęcie. Nie znalazł tam żadnych śladów Emi.
– Nie wiem. To jakaś chusta?
Śledczy uniósł brew.
– Nigdy jej pan nie widział?
Filip stanowczo potrząsnął głową. Czuł na karku oddech Loli. Stała tuż za nim, wpatrzona w zdjęcie.
– Nie wiem – rzucił z narastającym niepokojem. – Wygląda zwyczajnie.
– Znaleźliśmy to na ciele. – Śledczy stuknął palcem w zdjęcie. – Była owinięta wokół denatki. Przechodziła przez ramiona, skrzyżowana do przodu – recytował. – Jej końce owinięte zostały wokół talii. Tworzyła rodzaj kieszeni.
– Kieszeni? – Filip zaczął powoli rozumieć i poczuł nagły chłód. – Na co?
– Tak się nosi niemowlęta, prawda?
Myśli Filipa zrobiły szybki zwrot. Cofnęły się o kilka dni. Poczuł w ramionach fantomowy ciężar małej dziewczynki, którą trzymał wtedy na rękach. A kiedy odtworzył w pamięci dzisiejszy obraz z mieszkania siostry, zawisł nad nim jak kolejny zły omen. W pustym salonie Emi stał bujaczek, a na stole znajdowały się opróżniona do połowy butelka niemowlęca i napoczęta paczka pieluszek. Kiedy filtrował w myślach te obrazy, młodszy śledczy skrócił dystans. Zrobił krok do przodu. Osaczał go bez dotykania, odcinając drogę ucieczki przed swoim wzrokiem.
– Gdzie jest to dziecko?
– Co? – wydukał Filip.
– Pańska siostra niedawno urodziła?
– Ma tylko dorosłą córkę, Idę.
– Pytam o niemowlę, panie Filipie. To była chusta do noszenia niemowląt. Pusta.
Ołówek starszego śledczego znów ruszył slalomem między palcami. Mężczyzna skrobał coś w notatniku przez dłuższą chwilę, a w kuchni słychać było tylko natrętne chrobotanie rysika o papier.
Nie pytając o pozwolenie, Filip sięgnął po telefon. Odszedł na bok, by uciec przed wzrokiem policjantów. Jego palce błądziły bezradnie po szkle.
– Co pan robi? – rzucił młodszy śledczy.
– Dzwonię do siostrzenicy – odparł Filip.
Otworzył listę najczęściej wybieranych numerów na WhatsAppie. Kiedy jego palec zawisł nad zieloną słuchawką, kolejna czarna myśl ukłuła go jak odłamek szkła pod skórą – czy Emi nie wspominała czasem, że musi zająć się małą, bo Ida szykuje się do dzisiejszego kolokwium?
Po chwili ekran wypełniła twarz Idy. Na tle sterylnej bieli uniwersyteckiego korytarza wyglądała jak rajski ptak z burzą blond włosów poprzetykanych kolorowymi pasemkami. Na jej obojczyku odcinał się tatuaż z jakimś botanicznym motywem, a tuż pod nim, na rzemyku, kołysała się szklana buteleczka wypełniona suszonymi ziołami. Dziewczyna uśmiechała się, nieświadoma koszmaru, który się właśnie zaczynał.
– Mała jest z tobą? – wyrzucił z siebie Filip.
Uśmiech dziewczyny zgasł. Pochyliła się w stronę telefonu.
– Nie, jest z mamą.
W tle rozległ się harmider. Przez korytarz przetoczył się tłum studentów i ich spanikowane głosy. Za plecami dziewczyny eksplodował chaos – wyłaniały się zza nich kolejne zamglone postacie z plecakami, napojami i teczkami. Ida, wyczuwając, że dzieje się coś złego, uciekła z linii spojrzeń kolegów. Szarpnęła telefonem, przez co obraz smużył, ale w końcu znów zamroził ostrość.
– Kiedy z nią rozmawiałaś?
– Wczoraj wieczorem. Przywiozłam jej małą po dziewiątej, miałam egzamin. To znaczy, mam teraz – tłumaczyła. – Wujku, po co dzwonisz? Co jest grane?
– Szukamy jej.
– Anielki?
– I twojej mamy.
– Kto szuka?
– Policja.
W narożniku wyświetlacza, tuż za plecami Filipa, pojawił się starszy śledczy. Jego twarz przypominała ciężką gradową chmurę.
– Dzień dobry, Robert Miegoń, wydział operacyjny…
Ida przeniosła błagalny wzrok na wuja.
– Gdzie jest mama?
Śledczy wycofał się z kadru, dając Filipowi znak głową.
– Słuchaj, chcę tylko coś wykluczyć i dlatego muszę spytać, okej? – powiedział Filip, walcząc o to, by z jego głosu nie wyciekł ani gram zaraźliwego przerażenia.
Dziewczyna zbliżyła się do ekranu, tracąc w jednej chwili wszystkie kolory. Zacisnęła pobladłe usta w wąską kreskę.
– Nosiłaś kiedyś Anielkę w zielonej chuście? Takiej w drobne kwiaty, niezapominajki?
Ida zasłoniła usta dłonią. Filip zobaczył, jak jej oczy zachodzą mgłą i uciekają pod powieki. Kadr poleciał w dół. Kamera, leżąc na boku, transmitowała obraz z poziomu podłogi, na której Idy nie było. Zamiast niej widział tylko obce buty i rozmazane plecaki. Chwilę później rozległ się łomot upadającego ciała.
Uczelniany zgiełk zastąpiły głosy pełne paniki.
– Zasłabła! – wrzasnął ktoś tuż nad membraną mikrofonu.
– Dajcie wody! Odsuńcie się od okna! – Kolejne głosy zlewały się w szum.
Filip słyszał plaśnięcia otwartej dłoni o skórę. Wbił paznokcie w telefon, uwięziony po drugiej stronie szklanego ekranu, zdany tylko na te odgłosy. Na jego nawoływania, by ktoś podniósł aparat, nikt nie reagował.
– Czekajcie, ocknęła się – usłyszał w końcu.
Oparta o ścianę głowa Idy pojawiła się na ekranie. Dziewczyna przysunęła aparat blisko twarzy. Jej rozbiegany wzrok mówił, że jeszcze nie całkiem wróciła z ciemnego tunelu. Filipowi wydawało się, że jego siostrzenica nie wie nawet, czyjej twarzy szuka na wyświetlaczu. Jej usta układały się w jakieś słowo, które nie wypadało.
– Gdzie one są? – wykrztusiła w końcu.
– Zaraz będę. Jesteś na UG, tak?
Skinęła głową. Nieznajomą dziewczynę, która kucała obok i była widoczna w kadrze, poprosił, by zaczekała z Idą, dopóki on jej nie odbierze. Kiedy się rozłączył, spojrzał na Miegonia i tego drugiego. Policjanci stali pod ścianą, nieruchomi jak posągi.
– Jadę po siostrzenicę – oznajmił twardo. – Rozumiem, że wy albo ktoś inny za to odpowiedzialny od teraz zaczniecie szukać dziecka?
– Grupy poszukiwawcze są już w drodze na Mewią Łachę – powiedział Miegoń urzędowym tonem. – Ale matka musi zgłosić zaginięcie na komisariacie. Bez oficjalnego protokołu nie mamy pełnego obrazu i nie możemy wdrożyć wszystkich środków. Proszę to załatwić jak najszybciej.
– No co wy, przecież to potrwa – syknęła Lola z niedowierzaniem, stając obok Filipa ramię w ramię. – Cholerna papierologia zje cenne minuty.
– Poczekamy.
Filip odepchnął się od blatu, naruszając bezpieczny dystans między sobą a Miegoniem.
– Nie cytujcie mi tych urzędowych bzdur. To nie pieprzony mandat ani inny najniższy priorytet, tylko życie dziecka, małej dziewczynki.
Miegoń uniósł dłonie w uspokajającym geście. Pokręcił głową, a w jego spojrzeniu pojawiło się coś na kształt znużonej litości.
– Jak pan odbierze siostrzenicę, proszę ustalić między sobą, kto przyjdzie na okazanie zwłok. Pan czy ona.
Cisza, która zapadła, była lodowata. Śledczy zaczęli się zbierać, z obojętnością chowając notatki.
– Panią też zapraszamy jutro na komisariat – rzucił młodszy do Loli, nie patrząc jej w oczy. – Złoży pani zeznanie. Oficjalnie.
*
Przez okno w toalecie Filip widział, jak wóz śledczych zniknął za lasem. Kiedy stamtąd wyszedł, w locie włożył buty i chwycił kluczyki od samochodu. Był w takim amoku, skoncentrowany na tym, by dotrzeć do Idy, że zapomniał o obecności Loli, która zastąpiła mu drogę do drzwi. Stanęli naprzeciwko siebie w zimnym świetle ledowych linii. Wąski betonowy korytarz tylko potęgował chłód, który nagle pojawił się między nimi.
– Jadę z tobą – zdecydowała Lola.
– Dzięki, że byłaś, ale lepiej będzie, jak pojadę sam – odparł, szukając wzrokiem klamki.
Zrobił ruch do przodu, chcąc ją minąć w wąskim korytarzu, ale mu na to nie pozwoliła. Jeszcze bardziej przesunęła się w bok, tarasując przejście.
– To też moja krew.
– To nie są rodzinne update’y po latach.
– Wiem i właśnie dlatego powinnam przy niej być.
– Nie komplikuj – westchnął Filip zniecierpliwiony. – Jesteś dla niej obca. Nie było cię latami. – Kolejny raz próbował zepchnąć Lolę do defensywy.
– Nie pozwolono mi być – odgryzła się.
Impas narastał.
– To nie jest czas, żeby jej to tłumaczyć.
– To nie jest czas, żebyś robił mi wykład.
Kolejne sekundy mijały na pojedynku na upór, tym razem w zupełnej ciszy.
– Weźmiesz mnie do swojego wozu czy mam jechać własnym? – Lola odezwała się pierwsza. Jej twardy głos sygnalizował, że nie akceptuje przegranej.
– Teraz cię nie wezmę – oznajmił Filip. – Ale bądź z nią, jak pojedziemy na identyfikację. Kompromis? – spytał, pojednawczo wyciągając do niej dłoń.
– Kompromis – ustąpiła.
Chwilową ciszę w korytarzu wypełniło dudnienie deszczu o parapet i radosny dżingiel dobiegający z piętra. I nagle coś jeszcze. Słaby pisk tuż za progiem, który ledwie przebijał się przez inne dźwięki.
W pierwszej chwili Filip pomyślał, że albo się przesłyszał, albo to kot przybłęda, który dopomina się o napełnienie miski. Kiedy Lola drgnęła i zatrzymała wzrok na drzwiach wyjściowych, nabrał pewności, że też to usłyszała.
Szarpnęła za klamkę. Na środku ganku stała przybrudzona błękitna gondola. Koronka przy budce wisiała w strzępach. W środku coś się poruszało. Wypadli na zewnątrz w tym samym momencie, kiedy z wnętrza wózka, spod kilku warstw podniszczonych kocyków wysunęła się rączka małego dziecka.
Niemowlęcia.
DWA DNI PÓŹNIEJ
Budynek dobrze się kamuflował. Nie wyglądał, jakby śmierć miała tam monopol. A miała. Szkło, beton, zwykła nowoczesna bryła w kolorze przybrudzonej zieleni. I prawdopodobnie jej matka leżąca gdzieś tam pod białą płachtą. Im bliżej niej była Ida, tym bardziej to czuła. Posępność. Zgryzotę. Śmierć. Czasem to wszystko po prostu wypełza zza zamkniętych drzwi i zawisa w powietrzu.
Przez bramę przetoczył się karawan, niemal bezgłośnie. Jakaś para minęła ją ze wzrokiem wbitym w beton. Oni nieśli na sobie czerwcowe słońce i przewiewne ciuchy, ona była więźniem swojego swetra. I zimna, które zamieszkało w niej dwa dni temu i nie chciało się wyprowadzić.
Filip pierwszy przeszedł przez bramę. Stanął przed nią niczym cerber. Wyglądał, jakby pilnował nie tyle zaświatów, ile tego, by jej nie skaziły.
– Jesteś pewna, że tego chcesz?
– Jak cholera.
– Są łatwiejsze metody. Prokurator mówił, że wystarczy zerknąć na fotkę. Mogę się tym zająć.
– Nie chcę łatwiejszych metod. To moja mama.
– Nie wiesz, co będzie potem.
– Na razie jest tylko teraz.
Zatrzymała wzrok na podjeździe, na którym stały karawany. Od znajdujących się za nimi przymkniętych drzwi Zakładu Medycyny Sądowej dzieliło ich nie więcej niż kilkanaście metrów. Ida czuła, że ściany budynku niemal dotykają jej ramion.
– Papier ani obraz nie powie mi nic na pewno – dodała. – Zresztą nie pozwolę, żeby jakiś obcy typ z linijką ją odmierzył i sam zdecydował, czy to ona.
– Nie zobaczysz jej takiej, jaką ją pamiętasz – upierał się Filip.
Wiedziała o tym. Od przedwczoraj zbyt wiele razy skatowana twarz mamy wyświetlała jej się przed snem, który i tak nie przychodził.
Dotknęła stópek niemowlęcia, wystających z nosidełka. Były ciepłe i radośnie wierzgały w kontrze do jej rąk, sztywnych i lodowatych. Serce przytulonej do niej córeczki biło mocno. To wystarczyło, by Ida zebrała się na odwagę.
– Gadałem dzisiaj z prokuratorem – odezwał się Filip, idąc obok niej. – Maglował mnie, a ja przycisnąłem go o monitoring. Mają nagrania od sąsiadów. Prawie godzinę zapisu przed tym, jak mała trafiła na ganek.
Ida jednym uchem wpuszczała te informacje, drugim je wypuszczała. W obliczu tego, co za moment musiała zrobić, nazwiska i fakty odbijały się od niej jak od szyby. Widziała tylko drogowskaz – ostrą strzałkę wytyczającą drogę do pokoju okazań. Świat, jaki znała, skurczył się do tego jednego znaku i za chwilę mógł się skończyć.
Zgodnie ze strzałką odbili w lewo, w stronę niepozornego wejścia od strony zaplecza. Stały tam dwa kolejne wozy należące do zakładów pogrzebowych.
– No i co? – zapytała Ida, całkowicie pochłonięta myślami o tym, co czeka ją za drzwiami.
– O to chodzi, że nic. Nagrania są czyste. Porywacz tamtędy nie przyszedł.
– To niemożliwe. Nie ma innych dróg.
– Jest las – kontynuował Filip. – Tę gondolę wystawili pod wiatą na Witominie na jakiejś lokalnej grupie. Post wisi do teraz. Każdy mógł ją zgarnąć. Gliniarze myślą, że porywacz przeszedł przez las czterysta metrów ścieżką prosto pod nasz dom. Wypiął gondolę, włożył do niej Anielkę i…
– Zabójca.
– Co?
– Powiedziałeś: porywacz. A to skurwiel zabójca. – Głos Idy zamienił się w jadowity szept.
Stanęła przed drzwiami i je pchnęła. Gdy przeszła przez próg, pod zbroją opanowania zagotowała się w niej krew. Woń śmierci, której nie były w stanie stłumić żadne utleniające się chemikalia, natychmiast osiadła jej na języku. W holu, w oparach pozornej normalności, stały pluszowe fotele. Wyglądały na żywcem wyjęte z trącącego myszką domu cioci – tej samej, która w zwykły wieczór mogłaby zaserwować kanapkę z dżemem i kubek gorącego kakao. Płytki uzupełniające ten retro vibe układały się w rozetę – wzór, który zdawał się wciągać Idę pod ziemię i prowadził do przeszklonego pomieszczenia.
Na drzwiach wisiała tabliczka: Pokój okazań.
– Słuchaj, mała…
– Już postanowiłam.
Filip wyciągnął ręce po dziecko. W tej chwili uderzyła ją myśl – równie silna, jak irracjonalna – że jeśli teraz wypuści dziecko z rąk, to je straci, tak samo jak matkę.
– Zostanę z nią. To chciałem powiedzieć.
Senne niemowlę ziewnęło i przetarło piąstką oczy. Ida przyłożyła policzek do jego skóry. Jej delikatny waniliowy zapach był jedyną osłoną przed metalicznym fetorem, który pełzł korytarzem.
Rozległy się szybkie kroki. Stanął przed nimi Tomasz Zamilski, prokurator. Gdy zapytał ją o osobę wspierającą, Ida mocniej zacisnęła dłonie na nosidełku.
– Tylko ona – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy.
Prokurator drgnął i powoli przeniósł zdumiony wzrok na nosidełko.
– Odradzałbym. A co będzie, jak pani zemdleje i ją upuści?
– Czy jest jakiekolwiek ryzyko zakażenia bakteriologicznego? – zapytała, mimowolnie naciągając głębiej kaptur na główkę niemowlęcia.
Prokurator pokręcił głową. Ida wzięła głęboki, powolny wdech.
– To chodźmy – zdecydowała.
Położyła rękę na plecach śpiącej córeczki.
*
Przeszli przez hol i stanęli pod drzwiami pokoju okazań. Oprócz nich były tam jeszcze dwie kobiety. Protokolantka, która już sporządzała notatki, i Anna Zarzeczna, medyk sądowy. Tylko w jej spojrzeniu dziewczyna uchwyciła skrawek oparcia.
Tuż po otwarciu drzwi wzrok Idy odnalazł ciało. Leżało na metalowym wózku, przykryte dwoma fizelinowymi płachtami. Jedna zasłaniała twarz, druga – resztę ciała. Sterylny biały materiał pod jarzeniówkami wydawał się oślepiający. Ida powoli do niego podeszła.
– Tylko bardzo proszę nie dotykać górnej warstwy. Ani jej nie podnosić, dobrze? – łagodnie poinstruowała ją Zarzeczna.
Ida skinęła głową. By uspokoić palce, wsunęła prawą dłoń do kieszeni swetra. Na jej dnie szukała folijki i ukrytej tam pigułki.
Pigułka.
Płaska, okrągła, ze skośnymi krawędziami. Gdyby tam była, Ida umieściłaby ją między dziąsłem a policzkiem, tak jak wiele razy wcześniej – zanim pojawiła się Anielka. Robiła to, a wtedy świat przestawał ją dusić. W końcu, tak jak kiedyś, po fali euforii Ida zaliczyłaby zgon. I obudziłaby się, nie wiedząc, gdzie ani kim jest.
Ale kieszeń była pusta.
Rozczarowana brakiem „pocieszacza”, Ida zaczęła niecierpliwie wydrapywać materiał palcami.
– Czy pani mama miała tatuaż na prawym ramieniu? – Głos Zarzecznej dobiegał jak zza grubego szkła. Wzrok Idy utknął na fizelinie w miejscu, gdzie pod materiałem rysowały się piersi.
– Nie… To znaczy, już nie… Mama usunęła go, zanim się urodziłam.
– Co przedstawiał?
Ida przypomniała sobie swoje małe ręce szukające blizny. Dłonie mamy szybko znajdywały dla nich zupełnie inną drogę. A głos mówił czule, ale stanowczo: „Nie, kochanie!”.
– Nie wiem. Chyba zrobiła go dla kogoś, kim potem gardziła – ucięła Ida.
Zarzeczna powoli odsłoniła dół materiału. Spod fizeliny wyłoniło się nagie ramię, naznaczone nierówną blizną.
Potem rozwinęła się cała mapa ciała, na której Ida centymetr po centymetrze znajdowała swoją mamę. Nad sinobladym pępkiem zobaczyła Półwysep Apeniński – tak kiedyś nazwała bliznę po półpaścu. Kawałek dalej, na udzie, zobaczyła znajome pieprzyki. Układały się w gwiazdozbiór Oriona.
Ta sama mama. Zupełnie inna.
W głowie Idy walczyły ze sobą dwie myśli. Jest. Nie ma.W końcu jedna z nich wygrała.
Zacisnęła dłonie na metalowej poręczy prosektoryjnego wózka.
Przeniosła wzrok na przyglądającą się jej Zarzeczną. Medyk sądowa miała twarz w kolorach ciała matki. Fioletowe plamy opadowe kalką przeniosły się na jej policzki. Trupia bladość wkleiła się woskowym paskiem pod szyję, a zgniłozielony odcień gazów gnilnych spod brzucha matki osiadł na włosach. Kolory śmierci pulsowały. Na przemian blakły i ciemniały. Tak jak twarz medyk sądowej.
– Zakończmy to, proszę – powiedziała cicho Ida. Była jak automat, który obsługuje stały program i nie wie jeszcze, że do zwarcia został tylko moment. – Muszę na chwilę wyjść, dobrze?
– Oczywiście. – Zarzeczna kiwnęła głową.
Idąc do drzwi, dziewczyna patrzyła pod stopy, polegając wyłącznie na liniach łączeń płytek. Kiedy wyszła na hol, wszystko puściło. Pomieszczenie stało się zasysającym ją tunelem bez końca. Wreszcie, podpierając się o ściany, znalazła drogę do wyjścia.
Oślepiło ją światło. Gdy świat trochę zwolnił, Ida zobaczyła, że czekający tam na nią Filip nie jest sam. Obok stała kobieta. Jej ciotka. Znała ją z nielicznych starych zdjęć, które mama upychała głęboko w szufladach.
Na widok Idy Lola ostrożnie ruszyła w jej stronę.
Ida wyrzuciła przed siebie rękę, jakby odpychała niewidzialną ścianę.
– Co ona tu robi?! – wrzasnęła, obrzucając Filipa oskarżycielskim spojrzeniem.
– Chciałam tu dzisiaj z tobą być. Tak bardzo mi przykro, kochanie – odpowiedziała Lola. Jej głos był jak plaster. Taki, który trzeba zedrzeć, najlepiej razem ze skórą.
Idę znów zaatakował obraz matki. Jej ciało miało konkretny kształt, wagę i zapach. Lola była coraz bliżej. Wyciągała ramiona. Była pierwszym, najbliższym celem na drodze Idy. Idealnym obiektem do ataku, bo stała, oddychała i żyła. A mama nie.
– Jesteś ostatnią osobą, jaką mama by tu teraz chciała. Spieprzaj! Słyszysz?! – wykrzyczała Ida prosto w spokojną twarz Loli.
A potem świat stał się plamą i nagle się rozhermetyzował. Ida nie wiedziała, kto do niej podszedł, czyje ręce delikatnie odebrały jej ciężar nosidełka, czyje ramiona zamknęły ją w uścisku i dlaczego ziemia oddawała chłód, skoro wszystko wokół, włącznie z jej rozpaczą, palił czerwcowy skwar.
Dziwka zawsze będzie dziwką.
Słowa, które dzień wcześniej Ida rzuciła jej prosto w twarz, wciąż brzęczały Loli w uszach jak rój wściekłych os. Prawda czy kłamstwo? Czy dziadek Ludwik odważyłby się tak powiedzieć o Emilii? Tak twierdziła Ida.
Bratanica powiedziała jej to, kiedy stały pod murami Zakładu Medycyny Sądowej w Gdańsku. Ida z całych sił próbowała się wyrwać, ale Lola nie chciała jej wypuścić. Im bardziej próbowała ją uspokoić, tym szybciej rósł między nimi mur.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
PROLOG
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Meritum publikacji
