Wydawca: Wydawnictwo Literackie Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 959 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moja walka. Księga 5 - Karl Ove Knausgård

Walka o marzenia

Dziewiętnastoletni Karl Ove Knausgård przeprowadza się do Bergen, by całkowicie poświęcić się pisaniu. Jednak – jak to często w życiu bywa – efekty pracy nie spełniają oczekiwań, a wzmożone wysiłki kończą się pisarską blokadą. Na domiar złego rówieśnicy aspirującego pisarza, jeden po drugim, publikują własne debiuty, podczas gdy Karl Ove zaczyna wątpić w to, czy kiedykolwiek uda mu się spełnić swoje marzenie i zostać pisarzem. Jak już wiedzą miliony czytelników na całym świecie, Norweg jednak dopnie swego!

To, że życie napisało już zakończenie tej historii, nie ujmuje powieści czytelniczych emocji. Prawdziwe przyjaźnie, burzliwe romanse i literatura. Powracająca niczym echo śmierć ojca oraz, wkrótce po niej, ukończenie literackiego debiutu.

Moja walka. Powieść 5 to przedostatnia część monumentalnego cyklu autobiograficznego, współczesnego fenomenu wydawniczego, porównywanego do W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta. Podobnie jak w przypadku wcześniejszych tomów wiwisekcja i literacki talent Knausgårda pozwalają nam odnaleźć w jego historii nas samych. Czy w tym właśnie tkwi klucz do międzynarodowego sukcesu tej prozy? Kolejna część powieści to dobry pretekst, by po raz kolejny spróbować znaleźć odpowiedź na to pytanie.

„Piąty tom zdaje się bardziej introwertyczny, ale właśnie w takiej formie Knausgård zawsze był najlepszy. Życie wewnętrzne jest dla niego inspiracją. To ono nadaje impetu jego zdaniom”. The Washington Post

Opinie o ebooku Moja walka. Księga 5 - Karl Ove Knausgård

Fragment ebooka Moja walka. Księga 5 - Karl Ove Knausgård

Tytuł oryginału: MIN KAMP. FEMTE BOK. ROMAN
Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK
Redakcja i adiustacja: HENRYKA SALAWA, ANNA MILEWSKA
Korekta: JACEK BŁACH, EWELINA KOROSTYŃSKA, Pracownia 12A
Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI
Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA”
This translation has been published with the financial support of NORLA. Tłumaczenie dofinansowane w ramach programu dotowania tłumaczeń literatury norweskiej NORLA (Norwegian Literature Abroad).
Copyright © Forlaget Oktober AS, Oslo, 2010 All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2016
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-05916-6
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Część 6

.

Tamtych czternaście lat, które przemieszkałem w Bergen od roku 1988 do 2002, już dawno minęło, nie pozostał po nich żaden ślad, z wyjątkiem epizodów zapamiętanych być może przez różnych ludzi, jakiś przebłysk w jednej głowie tu, przebłysk w drugiej głowie tam, no i oczywiście wszystko to, co z owego czasu zachowało się w mojej pamięci. Jest tego jednak zaskakująco mało. Z tysięcy dni, które spędziłem w tym niewielkim mieście na zachodzie Norwegii, wśród jego wąskich uliczek, lśniących od deszczu, pozostało jedynie kilka zdarzeń, za to mnóstwo nastrojów. Pisałem dziennik, ale go spaliłem. Robiłem jakieś zdjęcia, z których zachowało się tylko dwanaście, leżą w niewielkim stosiku na podłodze przy biurku, razem ze wszystkimi listami z tamtego czasu. Przejrzałem je, poczytałem trochę tu, trochę tam, jak zawsze mnie przygnębiły, to był taki straszny czas. Mało wiedziałem, bardzo dużo chciałem i nic mi z tego nie wychodziło. Ale w jakim nastroju jechałem do Bergen! Tamtego lata wybrałem się wraz z Larsem autostopem do Florencji, spędziliśmy tam kilka dni, potem dotarliśmy koleją do Brindisi; było tak gorąco, że kiedy człowiek wystawiał głowę przez otwarte okno pociągu, miał wrażenie, że gdzieś się pali. Noc w Brindisi, ciemne niebo, białe domy, upał niemal jak ze snu, tłumy w parkach, wszędzie młodzież na skuterach, krzyki i hałas. Wraz z mnóstwem innych, niemal bez wyjątku młodych ludzi, z plecakami, tak jak my, ustawiliśmy się w kolejce do trapu prowadzącego na wielki prom, który płynął do Pireusu. Czterdzieści dziewięć stopni na Rodos. Dzień w Atenach, najbardziej chaotycznym miejscu, w jakim w życiu byłem, obłędny skwar, potem prom na Paros i Antiparos, gdzie każdego dnia leżeliśmy na plaży i każdego wieczoru upijaliśmy się mocnym alkoholem. Pewnej nocy spotkaliśmy tam jakieś dziewczyny z Norwegii, a kiedy poszedłem do toalety, Lars powiedział im, że jest pisarzem i jesienią zaczyna naukę w Akademii Sztuki Pisania. Gdy wróciłem, toczyła się na ten temat ożywiona rozmowa. Lars tylko spojrzał na mnie z uśmiechem. Co on wyprawiał? Wiedziałem o tym, że kłamie w sprawach bez znaczenia, ale żeby tak na moich oczach? Przemilczałem to, postanowiłem jednak, że w przyszłości będę trzymał się od niego z daleka. Razem pojechaliśmy do Aten, kończyły mi się już pieniądze, Larsowi zostało jeszcze mnóstwo, ale zdecydował, że następnego dnia wraca do domu samolotem. Siedzieliśmy w ulicznej restauracji, on jadł kurczaka, broda świeciła mu się od tłuszczu, ja piłem wodę. Poproszenie go o wsparcie było ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę, przyjąłbym od niego pieniądze jedynie wtedy, gdyby mnie spytał, czy chciałbym trochę pożyczyć. Usiłowałem go do tego sprowokować, ale nie spytał, więc poszedłem spać głodny. Nazajutrz pojechał na lotnisko, a ja opuściłem miasto autobusem, wysiadłem w pobliżu autostrady i zacząłem łapać stopa. Już po kilku minutach pojawił się radiowóz, policjanci nie znali ani słowa po angielsku, ale zrozumiałem, że autostop jest tutaj zabroniony, więc wróciłem autobusem do centrum i za ostatnie pieniądze kupiłem bilet na pociąg do Wiednia, bułkę paryską, dużą colę i karton papierosów.

Wydawało mi się, że podróż potrwa kilka godzin, dlatego przeżyłem szok, kiedy zrozumiałem, że w grę wchodzą raczej dwie doby. W przedziale siedział chłopak w moim wieku, Szwed, były też dwie Angielki, parę lat starsze, jak się okazało. Dotarliśmy już w głąb Jugosławii, kiedy wreszcie uświadomili sobie, że nie mam ani pieniędzy, ani jedzenia, więc zaproponowali, że się ze mną podzielą. Krajobraz za oknem był piękny aż do bólu. Doliny i rzeki, pojedyncze gospodarstwa i wioski, ludzie ubrani w stylu kojarzącym mi się z dziewiętnastym wiekiem i najwyraźniej obrabiający ziemię tak samo, jak w tamtych czasach, używali koni i wozów na siano, kos i pługów. Część składu pociągu była radziecka, wieczorem przeszedłem się po tych wagonach, oczarowany obcymi literami, obcymi zapachami, obcym wnętrzem, obcymi twarzami. Po dotarciu do Wiednia jedna z dziewczyn, Maria, chciała, żebyśmy wymienili się adresami, była atrakcyjna i w normalnej sytuacji pomyślałbym, że może kiedyś odwiedzę ją w Norfolk, może się z nią zwiążę i tam zamieszkam, ale tamtego dnia, kiedy wędrowałem ulicami na obrzeżach Wiednia, nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia, wciąż przepełniały mnie myśli o Ingvild, którą spotkałem tylko raz, w Wielkanoc tamtej wiosny, lecz później z nią korespondowałem. W porównaniu z nią wszystko inne blakło. Udało mi się złapać stopa, sztywna trzydziestoletnia blondynka podrzuciła mnie do stacji benzynowej przy autostradzie, tam spytałem kierowców ciężarówek, czy u któregoś nie znalazłoby się dla mnie miejsce. Jeden kiwnął głową, chciał tylko najpierw coś zjeść. Mógł dobiegać pięćdziesiątki, był ciemnowłosy, smagły i chudy, miał błyszczące, wręcz gorejące oczy.

Stałem w ciepłym zmierzchu, paląc papierosa, wpatrzony w światła przy drodze, coraz wyraźniejsze, w miarę jak zapadał wieczór, i otoczony szumem samochodów, który od czasu do czasu przerywały krótkie, ale ostre trzaśnięcia drzwiczek czy rozlegające się nagle głosy ludzi idących przez parking w kierunku wielkiej stacji benzynowej lub stamtąd wracających. Wewnątrz ludzie siedzieli na ogół pojedynczo i jedli w milczeniu, widać było jedynie kilka rodzin z dziećmi, tłoczących się przy stolikach. Wypełniła mnie cicha radość, właśnie to kochałem najbardziej ze wszystkiego, to, co zwyczajne i dobrze znajome, autostradę, stację benzynową, kafeterię – ta jednak wcale nie była aż tak znajoma, bo w wielu szczegółach różniła się od tej, do której przywykłem. Kierowca wyszedł, skinął na mnie głową, więc ruszyłem za nim, wdrapałem się do ogromnego pojazdu, rzuciłem plecak na tył i rozsiadłem się wygodnie. Szofer zapuścił silnik, wszystko zawarczało i się zatrzęsło, zapaliły się światła i zaczęliśmy się toczyć, najpierw powoli, potem coraz szybciej, ale cały czas ciężko, dopóki nie znaleźliśmy się bezpiecznie na prawym pasie autostrady, dopiero wtedy pierwszy raz na mnie spojrzał. Sweden? – spytał. Norwegen, odpowiedziałem. Aha, Norwegen!

Jechałem z nim całą noc i jeszcze trochę. Przerzuciliśmy się kilkoma nazwiskami piłkarzy – w ożywienie wprawił go zwłaszcza Rune Bratseth – lecz ponieważ nie znał ani słowa po angielsku, na tym się skończyło.

Dotarłem do Niemiec okropnie głodny, ale bez grosza przy duszy, pozostawało mi jedynie palić i licząc na łut szczęścia, iść na autostop. Zatrzymał się młody facet w czerwonym volkswagenie golfie, miał na imię Björn i jechał daleko, łatwo się z nim rozmawiało, a wieczorem, kiedy dotarliśmy do celu, zaprosił mnie do siebie do domu i poczęstował płatkami z mlekiem, zjadłem trzy porcje, pokazał mi kilka zdjęć z wakacji w Norwegii i w Szwecji, które w dzieciństwie spędził tam z bratem; powiedział, że jego ojciec ma bzika na punkcie Skandynawii, stąd to imię, Björn. Kręcąc głową, dodał, że bratu na imię Tor. Odwiózł mnie na autostradę, podarowałem mu swoją potrójną kasetę Clashów, uścisnął mi rękę, życzyliśmy sobie nawzajem powodzenia i znów ustawiłem się przy jednym z wjazdów. Po trzech godzinach zatrzymał się zarośnięty brodacz w okularach w czerwonym 2CV, jechał do Danii i mogłem się z nim zabrać aż tam. Zajął się mną, zainteresował się, kiedy powiedziałem, że piszę, więc pomyślałem sobie, że może to jakiś profesor, w kafeterii zafundował mi jedzenie, przespałem się kilka godzin, znów mi kupił jedzenie, a kiedy się z nim rozstałem, byłem w środku Danii, w odległości zaledwie kilku godzin jazdy od Hirtshals, a więc prawie w domu. Ostatni odcinek poszedł jednak gorzej, udawało mi się przejechać nie więcej niż kilkadziesiąt kilometrów na raz, o jedenastej wieczorem dotarłem zaledwie do Løkken i postanowiłem przenocować na plaży. Ruszyłem wąską drogą przez niski las, tu i ówdzie asfalt był przysypany piaskiem; wkrótce przed moimi oczami wyrosły wydmy, wspiąłem się na nie i w świetle skandynawskiej letniej nocy zobaczyłem przed sobą szare, gładkie morze. Z położonego kilkaset metrów dalej kempingu, czy też kolonii domków kempingowych, dobiegały głosy i warkot silników samochodowych.

Dobrze być nad morzem. Czuć słaby zapach soli i tę ostrość w powietrzu. To było moje morze, dotarłem prawie do domu.

Znalazłem zagłębienie w ziemi, rozwinąłem śpiwór, wpełzłem do niego, zaciągnąłem suwak i zamknąłem oczy. Czułem się nieprzyjemnie, w każdej chwili ktoś mógł mnie tu nakryć, ale byłem tak zmęczony po tych ostatnich dniach, że zgasłem jak zdmuchnięta świeczka.

Zbudził mnie deszcz. Przemarznięty i zesztywniały, wylazłem ze śpiwora, wciągnąłem spodnie i ruszyłem w głąb lądu. Dochodziła szósta. Niebo szare, mżawka padała bezszelestnie, ledwie wyczuwalna, było mi zimno, więc usiłowałem się rozgrzać szybkim marszem. Nie dawał mi spokoju nastrój snu, który mi się przyśnił. Pojawił się w nim brat taty, Gunnar, a raczej jego gniew, chodziło o to, że tyle piłem i tak źle się zachowywałem, zrozumiałem to dopiero teraz, kiedy szybkim krokiem szedłem przez ten sam lasek co poprzedniego wieczoru. Drzewa stały nieruchomo, szarawe pod gęstą pokrywą chmur, bliższe śmierci niż życia. Między nimi nawiało piasku, ułożył się w swoje zmienne i nieprzewidywalne, a jednak zawsze takie same wzory, w niektórych miejscach delikatne ziarenka utworzyły na szorstkim asfalcie jakby zarys rzeki.

Wyszedłem na większą drogę, pokonałem nią kilka kilometrów, na jakimś skrzyżowaniu zdjąłem plecak, postawiłem go na ziemi i zacząłem machać na samochody. Do Hirtshals było już niedaleko. Nie wiedziałem jednak, co się wydarzy, nie miałem przecież w ogóle pieniędzy, więc dostanie się na prom do Kristiansand mogło się okazać trudne. A może wzięliby mnie, a potem mi przysłali rachunek za podróż? Gdybym tylko natknął się na jakąś dobrą duszę, która by się nade mną zlitowała!

O, nie. Deszcz padał coraz większymi kroplami.

Na szczęście przynajmniej nie było zimno.

Zapaliłem papierosa, przegarnąłem dłonią włosy. Na deszczu wtarty w nie żel zaczął się lepić. Wytarłem dłoń o nogawkę spodni, nachyliłem się i wyjąłem z plecaka walkmana. Przejrzałem kilka kaset, które miałem ze sobą, wybrałem Skylarking XTC i włożyłem do odtwarzacza.

W tym śnie była też chyba amputowana noga? Tak. Upiłowana tuż pod kolanem.

Uśmiechnąłem się, a kiedy ze słuchawek popłynęła muzyka, wrócił do mnie nastrój z czasów wydania tej płyty. To musiała być druga klasa liceum. Ale moją głowę wypełnił przede wszystkim dom w Tveit, to, jak siedziałem w wiklinowym fotelu, piłem herbatę, paliłem i słuchałem Skylarking, zakochany w Hanne. Yngve, który był tam z Kristin. Wszystkie rozmowy z mamą.

Szosą nadjechał samochód.

When Miss Moon lays downAnd Sir Sun stands upMe I’m found floating round and roundLike a bug in brandyIn this big bronze cup

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki