Wilki z lasu wieczności - Karl Ove Knausgård - ebook

Wilki z lasu wieczności ebook

Karl Ove Knausgård

4,4
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Kolejne dzieło autora bestsellerowej serii Moja walka!

Po wielkim sukcesie Gwiazdy porannej Karl Ove Knausgård powraca z zupełnie nową historią, choć na niebie ponownie rozbłyska tajemnicza gwiazda…

Rok 1986, Norwegia. Syvert Løyning, powraca do rodzinnego miasta po służbie w wojsku. Dziewiętnastolatek próbuje odnaleźć się w zastanych okolicznościach i odpowiedzieć sobie na pytanie: kim jestem? W trakcie codziennych porządków natrafia na pamiątki po zmarłym ojcu i odkrywa tajemnicę, która nigdy nie powinna wyjść na jaw. Rozbudzona ciekawość zostaje stłumiona przez wybuch w Czarnobylu oraz chorobę matki – chłopak musi stawić czoła wielkiemu wyzwaniu.

Współczesność, Rosja. Alevtyna Kotov jest biolożką pracującą na Uniwersytecie Moskiewskim. Jako studentka była ambitna oraz ciekawa świata, jednak z biegiem czasu utraciła swój zapał i zaczęła kwestionować sens istnienia. Fakt, że nigdy nie było jej dane poznać swojego biologicznego ojca popycha ją do odkrycia własnych korzeni – nie wie jednak, że prawda wywróci jej życie do góry nogami.

Po wielu latach losy Syverta i Alevtyny splatają się w sercu Rosji, a na niebie pojawia się wielka gwiazda…

Co ich łączy?

Czy odnajdą odpowiedzi na dręczące ich pytania?

Co się stanie, gdy prawda w końcu wyjdzie na jaw?

Napisana z rozmachem, poruszająca powieść o relacjach międzyludzkich, z naturą oraz światem zmarłych. O tym, jakie tajemnice skrywa każdy z nas, ale boi się do tego przyznać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 1147

Oceny
4,4 (24 oceny)
14
6
3
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Kasandra28

Nie oderwiesz się od lektury

świetnia
00
Cyborg9

Z braku laku…

Strasznie przegadana.
00
Malgosia_1

Dobrze spędzony czas

Syvert Løyning i Alevtyna Kotov to główni bohaterowie dwóch części książki. Pierwsza wypełniona detalicznymi opisami codzienności, druga bardzo filozoficzna. Obie części rozdzielone w czasie i przestrzeni. Nie jest to ani kontynuacja ani wstęp do historii opowiedzianej w "gwieździe porannej" co mnie trochę rozczarowało i nie pozwoliło skupić się na obu opisanych tutaj historiach. Kto lubi Knausgårda ten się nie zawiedzie.
00
MJakubik

Nie oderwiesz się od lektury

Ok
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: Ulvene fra evi­ghe­tens skog
Opieka re­dak­cyjna: EWA SMOL, SE­BA­STIAN BREJ­NAK
Re­dak­cja: ANNA MI­LEW­SKA
Ko­rekta: MA­RIA ROLA, KRY­STYNA ZA­LE­SKA, KA­MIL BO­GU­SIE­WICZ
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych: KRZYSZ­TOF IWAŃ­SKI
Re­dak­tor tech­niczny: RO­BERT GĘ­BUŚ
Co­py­ri­ght © 2021, Karl Ove Knaus­gård First pu­bli­shed by For­la­get Okto­ber AS, Oslo All ri­ghts re­se­rved Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Iwona Zim­nicka, 2024 Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, 2024
Wy­da­nie pierw­sze
This trans­la­tion has been pu­bli­shed with the fi­nan­cial sup­port of NORLA Tłu­ma­cze­nie do­fi­nan­so­wane w ra­mach pro­gramu do­to­wa­nia tłu­ma­czeń li­te­ra­tury nor­we­skiej NORLA (Nor­we­gian Li­te­ra­ture Abroad)
ISBN 978-83-08-07944-7
Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kra­ków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bez­płatna li­nia te­le­fo­niczna: 800 42 10 40 e-mail: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl Księ­gar­nia in­ter­ne­towa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Dla Mi­chal

I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już nie bę­dzie. Ani ża­łoby, ni krzyku, ni trudu już nie bę­dzie, bo pierw­sze rze­czy prze­mi­nęły.

Apo­ka­lipsa Świę­tego Jana 21,4

HELGE

.

Wła­śnie wy­słu­cha­łem płyty Roc­kin’ All Over the World grupy Sta­tus Quo. Cią­gle je­stem roz­trzę­siony. Kiedy al­bum się uka­zał, pusz­cza­łem go non stop. Był rok 1977, mia­łem je­de­na­ście lat. Od tam­tej pory nie sły­sza­łem tych pio­se­nek. Do­piero te­raz, kiedy sie­dzia­łem w biu­rze i z nu­dów co­fa­łem się w prze­szłość za po­śred­nic­twem ko­lej­nych utwo­rów, na­gle na ekra­nie przede mną znów po­ja­wiła się ta płyta. Już na wi­dok okładki ciarki prze­szły mi po ple­cach. Ob­raz kuli ziem­skiej ja­śnie­ją­cej w czar­nym ko­smo­sie z na­zwą grupy za­pi­saną czymś w ro­dzaju wy­krop­ko­wa­nych li­ter, a pod spodem ty­tuł płyty jakby z dru­karki igło­wej – wow! Ale do­piero gdy ją pu­ści­łem, przy­tło­czyło mnie na po­waż­nie. Pa­mię­ta­łem wszyst­kie pio­senki, jakby me­lo­die i riffy wy­ła­niały się ze swo­jej kry­jówki w pod­świa­do­mo­ści, ażeby po­wi­tać i ob­jąć to, z czego kie­dyś zo­stały stwo­rzone. Te­raz wresz­cie mo­gły się spo­tkać ze swoim po­cząt­kiem, ze swo­imi ro­dzi­cami, z tymi sta­rymi pio­sen­kami Sta­tus Quo. Ale na tym nie ko­niec. Wraz z mu­zyką na­pły­nęła ła­wica wspo­mnień, całe mnó­stwo sma­ków, za­pa­chów, wi­do­ków, zda­rzeń, na­stro­jów – you name it. Nie zdo­ła­łem po­ra­dzić so­bie emo­cjo­nal­nie z tak dużą ilo­ścią in­for­ma­cji, wszystko we mnie drgało i dy­go­tało przez te trzy kwa­dranse, które za­jęło mi wy­słu­cha­nie al­bumu.

Mia­łem ten long­play na ka­se­cie – gra­mo­fonu nie miał nikt z mo­ich zna­jo­mych oprócz mo­jej sio­stry, która i tak słu­chała tylko mu­zyki kla­sycz­nej i jazzu – i pusz­cza­łem ją cią­gle na czar­nym ma­gne­to­fo­nie, który do­sta­łem na gwiazdkę rok wcze­śniej. Ma­gne­to­fon dzia­łał na ba­te­rie i za­bie­ra­łem go ze sobą pra­wie wszę­dzie. Stale też śpie­wa­łem do wtóru:

Ju do­nou mi don heng eraund

Ju do­nou mi no­umor

Jak fan­ta­stycz­nie znów to usły­szeć!

I jesz­cze to:

Tu­tu­tu­tejk as eloun men e ment tu tejn gou­ing ju łer

De du du de du du!

Sta­tus Quo, Slade, Mud, Gary Glit­ter – tego słu­cha­li­śmy; ci nieco starsi uzu­peł­niali li­stę o Rory’ego Gal­la­ghera, Thin Lizzy, Qu­een i Ra­in­bow. A po­tem wszystko się od­mie­niło, przy­naj­mniej je­śli cho­dzi o mnie, bo na­gle go­tów by­łem dać każde pie­nią­dze za Sham 69, The Clash, The Po­lice, The Spe­cials. Wszyst­kich tych ze­spo­łów wciąż od czasu do czasu słu­cha­łem. Ale ze Sta­tus Quo było ina­czej. Dla­tego mia­łem wra­że­nie, jakby do­szło we mnie do eks­plo­zji. Dla­tego po­pła­ka­łem się, gdy usły­sza­łem ten frag­ment:

En aj lajk it, aj lajk it, aj lajk it, aj lajk it,

aj la la lajk it,

la la lajk it

hir łi gou

ro­kin ol ouwer de łeld

Chyba nie cho­dziło o to, że tam­tego roku Pań­skiego 1977 tyle do­brego się wy­da­rzyło, w każ­dym ra­zie nie mnie, ale że w  o g ó l e  coś się wy­da­rzyło, a przede wszyst­kim – że coś  b y ł o.

Że ja by­łem. I że by­łem  t a m.

Na przy­kład w swoim po­koju.

Mmm, za­pach elek­trycz­nego grzej­nika.

Mu­zyka z ma­gne­to­fonu.

Nie za gło­śna, bo tata był w domu, ale do­sta­tecz­nie gło­śna, żeby na­strój mógł mnie prze­nik­nąć.

Śnieg na dwo­rze. Jego za­pach, kiedy był mo­kry, kiedy było w nim pra­wie tyle samo desz­czu, co śniegu.

En aj lajk it, aj lajk it, aj lajk it, aj lajk it, aj la la lajk it, la la lajk it.

Hilde otwo­rzyła drzwi.

– Koło domu kręci się ja­kaś dziew­czyna. Znasz ją?

Sta­ną­łem przy oknie w sa­lo­nie. Rze­czy­wi­ście, ja­kaś dziew­czyna szła wzdłuż ogro­dze­nia. Za­trzy­mała się po dru­giej stro­nie drogi i spoj­rzała na nasz dom. Nie mo­gła mnie wi­dzieć, ale stała i się pa­trzyła. A po­tem za­wró­ciła mię­dzy krza­kami i znów prze­szła wzdłuż ogro­dze­nia.

– Znasz ją? – spy­tała Hilde.

– Tak – od­par­łem. – To Trude. Cho­dzi do rów­no­le­głej klasy.

– Co tu robi?

Wzru­szy­łem ra­mio­nami.

– Wy­gląda na to, że mnie szuka.

– Ha! – po­wie­działa Hilde. – Prze­cież ty masz do­piero dwa­na­ście lat.

– Ale mia­łem już dużo dziew­czyn – od­pa­ro­wa­łem.

– Które parę razy cmok­ną­łeś w po­li­czek.

– Wła­śnie że się z nimi ca­ło­wa­łem.

– No to wyjdź do niej.

Po­krę­ci­łem głową.

– Dla­czego? Cho­dzisz z kimś in­nym?

– Jest tro­chę... dziwna.

– Przy­głu­pia?

– Nie, nie, po pro­stu inna.

– Mnie się to po­doba.

– Dla­tego że sama je­steś dziwna – po­wie­dzia­łem, a kiedy się uśmiech­nęła, do­koń­czy­łem: – Czyli przy­głu­pia.

Roz­legł się dzwo­nek do drzwi.

– To Trude – stwier­dziła Hilde. – Nie otwo­rzysz?

– Mo­gła­byś po­wie­dzieć, że mnie nie ma?

– A co za to do­stanę?

– Coś.

– Po­łowę two­ich so­bot­nich sło­dy­czy.

– Okej.

Sta­łem na scho­dach i słu­cha­łem, jak Hilde mówi, że nie ma mnie w domu i że nie wie, gdzie je­stem. A po­tem pa­trzy­łem, jak Trude od­cho­dzi i znika w śnie­życy.

Czy do­kład­nie tak się to od­było, nie mam po­ję­cia. Pa­mię­tam, że ją wi­dzia­łem i że od­da­łem Hilde mnó­stwo sło­dy­czy za to kłam­stwo. Ale naj­le­piej pa­mię­tam śnieg, wra­że­nie, ja­kie wy­wo­łał, na­strój. Była też mgła. Biały, miękki śnieg, szara mgła. I do tego Roc­kin’ All Over the World.

Czy ist­nieje ja­kieś wspo­mnie­nie, które  n i e  p o t w i e r d z a  cze­goś, co się wy­da­rzyło?

Oczy­wi­ście, że nie, bo ten, kto wspo­mina, jest cały zbu­do­wany ze wspo­mnień, które po­twier­dzają, to one two­rzą jego albo ją.

Ale jedno moje wspo­mnie­nie stoi jakby zu­peł­nie osobno. Nie jest po­wią­zane z ni­czym in­nym. Zo­ba­czy­łem coś. To było wła­śnie tam­tej zimy, kilka ty­go­dni przed świę­tami Bo­żego Na­ro­dze­nia w 1977 roku. I pa­mię­tam to bez wspar­cia mu­zyki. Wspo­mnie­nie za­cho­wało się we mnie i ja­śnieje w nie­po­jęty spo­sób.

Nasz dom stał przy szo­sie. Po jed­nej stro­nie za­le­sione zbo­cze opa­dało ku brze­gowi wą­skiej za­toki, po dru­giej znaj­do­wało się osie­dle. Gdy się do­szło drogą do skrzy­żo­wa­nia i skrę­ciło w prawo, do­cie­rało się do ni­skiego mo­stu nad za­toką; za nim znaj­do­wało się kilka pły­wa­ją­cych po­mo­stów, a jesz­cze da­lej cie­śnina.

Któ­re­goś wie­czoru po­sze­dłem tą drogą sam. Było ciemno, mgli­ście, śnieg na dro­dze czę­ściowo stop­niał w ciągu dnia, as­falt po­kry­wało po­śnie­gowe błoto. Nie wiem, do­kąd sze­dłem ani gdzie by­łem, ule­ciało mi to z pa­mięci. Może wy­bie­ra­łem się na pły­wa­jące po­mo­sty, spraw­dzić, czy ni­kogo tam nie ma? Czę­sto włó­czy­li­śmy się w tej oko­licy. Tak czy owak: ciemno, mgła, as­falt po­kryty bło­tem. Pu­chówka lśniąca w bla­sku la­tarni. Przez most. Woda czarna i zimna.

Ale co to ta­kiego?

W dole coś świe­ciło.

Coś świe­ciło głę­boko w czar­nej wo­dzie.

Mi­nęło kilka se­kund, za­nim zro­zu­mia­łem, co to jest.

To był sa­mo­chód.

Do­piero gdy to po­ją­łem, zo­ba­czy­łem, że w kra­węż­niku jest wy­rwa, a ślady sa­mo­chodu pro­wa­dzą poza brzeg mo­stu.

To się mu­siało wy­da­rzyć przed chwilą, skoro re­flek­tory cią­gle świe­ciły.

Za­wró­ci­łem i pu­ści­łem się bie­giem. Chcia­łem zna­leźć gdzieś te­le­fon i za­dzwo­nić po ka­retkę. Ale kiedy za­czą­łem zbli­żać się do do­mów, nie mia­łem już ta­kiej pew­no­ści. To wcale nie mu­siał być sa­mo­chód. To mo­gło być coś in­nego. A gdyby się oka­zało, że uru­cho­mi­łem całą ogromną ma­chinę bez żad­nego po­wodu? Co by wtedy po­wie­dział tata?

Do­tar­łem do domu, wsze­dłem, zdją­łem kurtkę. Usły­szaw­szy mnie, tata wyj­rzał ze swo­jego ga­bi­netu.

– Gdzie by­łeś?

– Przy tym no­wym skle­pie – od­par­łem.

– Ko­la­cja na stole – oznaj­mił. – A po­tem pro­sto do łóżka.

– Okej – po­wie­dzia­łem.

Zro­bi­łem, jak mi ka­zał. Zja­dłem przy­go­to­wane przez niego ka­napki i po­sze­dłem się po­ło­żyć. Długo le­ża­łem w ciem­no­ści, roz­my­śla­jąc o świe­tle w wo­dzie, o sa­mo­cho­dzie, który tkwił w niej za­nu­rzony z za­pa­lo­nymi re­flek­to­rami, pod­czas gdy ja le­ża­łem tu­taj.

Na­stęp­nego dnia w tam­tym miej­scu po­ja­wiły się ka­retka, ra­dio­wóz i dźwig. Jesz­cze dzień póź­niej wy­pa­dek opi­sano w ga­ze­cie na pierw­szej stro­nie. Wszy­scy o tym mó­wili. Tylko ja nie. Dzi­siaj, trzy­dzie­ści pięć lat póź­niej, wciąż ni­komu nie po­wie­dzia­łem, co wi­dzia­łem tam­tego wie­czoru ani co zro­bi­łem. Bo wiem, że mo­głem ura­to­wać tego czło­wieka, gdy­bym po­stą­pił wła­ści­wie. Ale nie po­stą­pi­łem wła­ści­wie i on umarł. Nikt nie musi się o tym do­wie­dzieć. To wspo­mnie­nie jest moje i tylko moje. I je­śli nie wy­da­rzy się nic nie­prze­wi­dzia­nego, za­biorę je ze sobą do grobu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki