Wydawca: Novae Res Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2014

Moja korona ziemi. Dzienniki z wypraw ebook

Roman Dzida  

2.66666666666667 (3)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 231 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moja korona ziemi. Dzienniki z wypraw - Roman Dzida

Dziewięć wypraw po dziewięć szczytów Korony Ziemi, a każdy z nich był dla mnie bezcennym darem. Bezcenne było również to, że góry pozwoliły mi za każdym razem szczęśliwie wrócić do domu, bym mógł o nich napisać…

Każdą wyprawę opisuję dzień po dniu, godzina po godzinie. To rodzaj dziennika pisanego „na gorąco”, na kolanie, na strzępach notatników, kawałkach papieru. Począwszy od pierwszej wyprawy na Aconcaguę w Ameryce Południowej, poprzez kolejne Mount Blanc i Elbrus w Europie, Kilimandżaro w Afryce, McKinley w Ameryce Północnej, Mount Everest w Azji, Górę Kościuszki i Piramidę Karstens w Australii i Oceanii, Mount Vinson na Antarktydzie.

Zapiski zawsze zaczynam na progu własnego domu, następnie przemierzam miasta, wioski, drogi i bezdroża. Opisuję panujące na wspinaczkowych ekspedycjach zwyczaje oraz oczywiście samą wspinaczkę na szczyt – każdy krok i każdy oddech sprawiający ogromną trudność, bazy, w których trwam i nabieram sił, skalne półki i śnieżne zamiecie, przemarzanie członków i niespotykanie gorące słońce palące skórę i oślepiające oczy…

Autor

Opinie o ebooku Moja korona ziemi. Dzienniki z wypraw - Roman Dzida

Fragment ebooka Moja korona ziemi. Dzienniki z wypraw - Roman Dzida

 

 

 

 

 

 

W górach jest wszystko co kocham

I wszystkie wiersze są w bukach

Zawsze kiedy tam wracam

Biorą klony mnie za wnuka.

 

Jerzy Harasymowicz

Spis wypraw

Wstęp

Aconcagua, 6960 m n.p.m. – najwyższy szczyt Ameryki Południowej (6 lutego – 2 marca 2003 r.)

Mont Blanc, 4810 m n.p.m. – najwyższy szczyt Europy (18 – 24 lipca 2003 r.)

Kilimanjaro, 5895 m n.p.m. – najwyższy szczyt Afryki (8 – 20 stycznia 2004 r.)

McKinley, 6195 m n.p.m. – najwyższy szczyt Ameryki Północnej (3 – 24 czerwca 2004 r.)

Mount Everest, 8848 m n.p.m. – najwyższy szczyt Azji, najwyższe miejsce ziemi (2 kwietnia – 26 maja 2007 r.)

Góra Kościuszki, 2228 m n.p.m. – najwyższy szczyt Australii (29 listopada – 10 grudnia 2007 r.)

Elbrus, 5642 m n.p.m. najwyższy (według niektórych danych) szczyt Europy (17 – 26 sierpnia 2009 r.)

Mount Vinson, 4892 m n.p.m. – najwyższy szczyt Antarktydy (25 grudnia 2010 – 15 stycznia 2011 r.)

Piramida Carstensz, 4884 m n.p.m. – najwyższy szczyt Australii i Oceanii (27 listopada – 17 grudnia 2011 r.)

Wstęp

 

 

Korona Ziemi (Seven Summits), to najwyższe szczyty siedmiu kontynentów.

Ideę zdobywania ich rozpropagował jej pierwszy zdobywca – amerykański biznesmen i miłośnik gór Richard Bass.

W jego Koronie Ziemi, którą ostatecznie zdobył w 1985 r., znalazły się następujące szczyty:

Góra Kościuszki w Australii, Mont Blanc w Europie, Mount Vinson na Antarktydzie, Kilimanjaro w Afryce, McKinley w Ameryce Północnej, Aconcagua w Ameryce Południowej i Mount Everest w Azji.

W rok po zakończeniu przez niego przedsięwzięcia Seven Summits włoski guru alpinizmu i himalaizmu Reinhold Messner zakwestionował dwa spośród wymienionych przez Bassa szczytów, tj. Mont Blanc w Europie oraz Górę Kościuszki w Australii, jako najwyższe szczyty na swych kontynentach. Zaproponował, by zamienić je odpowiednio na Elbrus w Europie i Piramidę Carstensz w Australii i Oceanii, co nie jest jednak zgodne z wytycznymi podawanymi przez Międzynarodową Unię Geograficzną. Mimo tych sprzeczności autorytet Messnera w środowisku górskim jest na tyle duży, że każdy ze zdobywców Korony Ziemi chce wspiąć się na wszystkie dziewięć szczytów i zdobyć je.

Ja zdobyłem moją Koronę Ziemi jako dwunasty Polak i w dziennikach z podróży chciałem podzielić się z Wami niemal każdą chwilą i każdym krokiem na te dziewięć szczytów.

Zapraszam również na moją stronę: www.romandzida.pl, na której zamieściłem liczne zdjęcia ze wszystkich moich wypraw.

Aconcagua, 6960 m n.p.m. – najwyższy szczyt Ameryki Południowej (6 lutego – 2 marca 2003 r.)

 

 

DZIEŃ 1: CZWARTEK, 6.02.2003

Spotkaliśmy się na lotnisku w Warszawie o godz. 11.30.

Rozpoczęliśmy pomyślnie – 15 osób, w tym cztery dziewczyny, z czego dwie to Dunki. Wydaje się, że towarzystwo bardzo fajne, inteligentne (!!!), a przede wszystkim mające dosyć duże doświadczenie w chodzeniu po górach, i to po górach wysokich.

Lot z Warszawy do Rzymu trwał 2,5 godziny. Co będzie dalej – zobaczymy.

Po 4 godzinach oczekiwania w Rzymie wylatujemy do Buenos Aires.

Powoli schodzimy do lądowania. Minęło 13,5 godziny lotu, przebyliśmy 11 180 km.

 

DZIEŃ 2: PIĄTEK, 7.02.2003

O 14.00 lądujemy w boskim Buenos Aires (co oznacza: Dobre Powietrze), które wita nas deszczem i temperaturą ok. 20°C. Dojazd z lotniska do centrum do dworca autobusowego zabiera nam ok. 40 minut.

Nasz planowany wyjazd do Mendozy (za kwotę 65 peso) mamy za 3 godziny.

Czas ten wykorzystujemy na obfity posiłek, składający się z tak słynnych, zasłużenie zresztą, argentyńskich steków suto zakrapianych winem. W świetnej atmosferze, pełni dobrego humoru, wyjeżdżamy o 17.45.

Jedziemy autokarem z klimatyzacją, ciepłym posiłkiem, zimnymi napojami, WC i wideo. Dwóm osobom film urwał się dosyć szybko, reszta w świetnych humorach zasnęła nieco później.

 

DZIEŃ 3: SOBOTA, 8.02.2003

Po 14 godzinach jazdy całkowitą równiną nagle o wschodzie słońca wyłaniają się przed nami ośnieżone szczyty Andów. Wkrótce dojeżdżamy też do Mendozy.

Koniec naszej tułaczki. Po 53 godzinach podróży zatrzymujemy się w hotelu Indepedencja – bardzo turystycznym: ośmioosobowe pokoje, wspólna kuchnia, wspólne toalety. Och! Jak wspaniały jest prysznic. O 10.00 spotykamy się na samodzielnie przyrządzanym, bardzo obfitym śniadaniu.

 

Mendoza

 

Po jego skonsumowaniu wychodzimy na spacer po mieście.

Mendoza – piękne zielone miasto. Niska willowa zabudowa, spokój, bogactwo. To perełka pośród miast Ameryki Południowej. Bardzo przyjazny klimat – po prostu super.

Tutaj, w parku miejskim, załatwiamy niezbędne formalności związane z pozwoleniem na wejście na szczyt. Cena takiego permintu to jedyne 120 USD.

 

DZIEŃ 4: NIEDZIELA, 9.02.2003

Wspólne śniadanie (pogoda piękna, ok. 30°C) i o 12.00 wyruszamy do Penitentas – osady z licznymi wyciągami narciarskimi, czynnymi jedynie zimą, położonej w rozległej dolinie pomiędzy dość wysokimi szczytami. Tutaj jemy obiad – tradycyjny kotlet wołowy z frytkami – ustalamy z miejscowymi przewodnikami szczegóły wyprawy i o 18.00 ćwiczymy, przy dość silnym wietrze, rozbijanie namiotów. Poszło nam ono niezbyt sprawnie, część ekipy w ogóle nie była zainteresowana tą czynnością, po czym napoczęliśmy tradycyjnie: wino, piwo itd. Około 22.00 rozdzielamy bagaże na te, które zostają, na te, które zabieramy ze sobą jako bagaż podręczny, oraz na te, które pojadą na mułach. Jutro zobaczymy, jak uda się to wszystko ułożyć.

 

DZIEŃ 5: PONIEDZIAŁEK, 10.02.2003

Bagaże przygotowujemy i odprawiamy samochodami do firmy mularskiej (jesteśmy ciekawi, czy wszystkie dotrą na miejsce). O 12.00 wyjeżdżamy busem do Puente del Inca (Most Inków). Jest to ostatnia osada ludzka na naszej drodze na szczyt, ze wspaniałym naturalnym mostem z osadów mineralnych, które, spływając z gór, utworzyły ten cud natury nad rzeką Mendoza. Ostatnie zakupy i po śniadaniu dowożą nas do granic Parku Aconcagua. O 14.00 wkładamy plecaki na plecy (mój miał ok. 19 kg) i piękną doliną Horcones spacerujemy do naszego celu. Jest tu bardzo pięknie i czysto. Każdy otrzymuje worek na śmieci, który należy zdać przy powrocie. Jego zgubienie kosztuje jedyne 100 USD. Widoki piękne, trasa bardzo łatwa i po 3 godzinach dochodzimy do naszego biwaku – Confluencii, znajdującej się na 3400 m n.p.m. Mały postój, rozbicie namiotów, krótki posiłek i dla lepszej aklimatyzacji idziemy ok. godziny pod górę, po czym szybko schodzimy, bo zaczyna się robić ciemno i zimno.

Ciemno robi się o ok. 21.30.

 

Puenta del Incas

 

Dolina Horcones

 

DZIEŃ 6: WTOREK, 11.02.2003

Noc, mimo lekkiego przymrozku nad ranem, w naszych puchowych śpiworach za ciepła. Ja wysuwam się ze śpiwora i tylko się nim nakrywam. Rano w namiocie jest bardzo wilgotno. W Confluencii jest ubikacja typu „namiot z dziurą w ziemi” – podobno strasznie śmierdzi. Woda doprowadzana jest ze źródła wężykiem (jedynie Amerykanie ją filtrują i gotują), a rzeka ma kolor jak kakao.

Wstajemy o 7.30, jemy kaszkę mleczną i o 9.00 wychodzimy do naszej bazy Plaza de Mulas, położonej 4300 m n.p.m. Trochę niepokoją latające helikoptery – mamy nadzieję, że to nie na żadną akcję ratowniczą. Idziemy ok. 40 minut ścieżką pod górę, po czym wchodzimy w potężną kilkunastokilometrową dolinę o szerokości ok. 3 km, nad którą królują piękne, bardzo kolorowe szczyty gór. Ogromna przejrzystość powietrza tworzy iluzję, że do przejścia jest tak niewiele, a idąc godzinami, krajobraz w ogóle się nie zmienia. Dolina jest niemal pozioma, o podłożu kamienisto-piaskowym, tak że idzie się bez przerwy w pyle i palącym słońcu. Po drodze napotykamy liczne strumyki. Sposób przeprawy przez nie jest zależny od inwencji własnej. Można zdecydować się na: przeskakiwanie, przeskakiwanie z dwoma kijami, budowę małej tamy czy zdejmowanie butów i przechodzenie w bród.

 

W drodze do Plaza de Mulas

 

No i doszedłem. Ale żyć się nie chce. Wysokość (4300 m n.p.m.), plecak (23 kg, ponieważ dodali mi namiot) i 8,5 godziny szybkiego marszu zrobiły swoje. Byłem drugi! Patrzyłem, jak później wychodzą inni i każdy miał dosyć. Prawdopodobnie 5 osób dzisiaj nie dojdzie do głównej bazy i będą musiały nocować gdzieś na szlaku.

W bazie są Polacy, którzy już weszli na szczyt, m.in. tatrzański przewodnik Maciej Berbeka. Ich opowieści budzą ogromny respekt do tej góry. Mówiąc szczerze, teraz, gdy ją widzę i o niej słyszę, tracę swój optymizm.

Jest 18.30 i mamy problem z organizacją i z żywnością, która dotarła tu na mułach, ponieważ grupa nam się rozbiła i nie mamy przewodnika.

 

DZIEŃ 7: ŚRODA, 12.02.2003

Rano nastroje są podłe. Każdego coś boli (większość osób głowa) i mamy chyba dwóch chorych.

Ok. 11.00 docierają do nas dwie dziewczyny, które wczoraj nie dokończyły etapu. Czekamy jeszcze na chłopaka i dziewczynę. Niektórzy chcą już wracać.

Ok. 12.00 nastroje są już nieco lepsze. Dziś cały dzień leniuchujemy, a ja się nudzę, więc teraz idę na mały spacer. Wracam po 2 godzinach, no i już wiem, że nie jest lekko. Każda, nawet mała górka to spory wysiłek, bo to w zasadzie mój pierwszy pobyt na takiej wysokości, gdzie niskie ciśnienie atmosferyczne i mała zawartość tlenu w powietrzu dają się już mocno we znaki.

O 17.00 mieliśmy badania lekarskie. Lekarz sprawdzał nam tętno i nasycenie tlenu we krwi. Nakładał nam w tym celu taki sprytny przyrząd na palec. Moje notowania – 74 / 100 – mieszczą się w dolnej strefie stanów średnich. Ogólnie grupa wypadła nie najlepiej i mamy zakaz wychodzenia następnego dnia w góry wysokie.

Wieczorem samopoczucie wszystkich wraca do normy, humory są coraz lepsze. Jest 21.00 – jeszcze widno, a ja podziwiam te niesamowite góry.

 

DZIEŃ 8: CZWARTEK, 13.02.2003

Noc minęła niespokojnie:

Było mi ciepło.

Odrywały się części lodowca i z ogromnym hukiem spadały w przepaść

Nie chciało mi się spać.

Rankiem nastroje takie sobie. Jedna dziewczyna chce wracać, reszta wychodzi w góry dla lepszej aklimatyzacji. Właśnie wróciłem z takiego aklimatyzacyjnego spacerku. Jestem, jak zwykle, wykończony, ale samotnie zdobyłem szczyt Cerro Bonette, położony 5100 m n.p.m. Zajęło mi to 5,5 godziny. Wychodząc w górę, przechodziłem po śnieżnym moście nad rzeką, a gdy wracałem, to już go nie było, bo zabrała go woda i musiałem iść spory kawał, szukając brodu.

Ta aklimatyzacja jest bez sensu. Codziennie góra – dół – góra – nocleg – dół itd.

A na tych wysokościach odczuwa się każdy krok. Wieczorem nastroje coraz lepsze. Zobaczymy, co będzie jutro.

Jest 21.00 i zza gór wyłania się księżyc. Za 3 dni chyba będzie pełnia.

 

DZIEŃ 9: PIĄTEK, 14.02.2003

Jedna z dziewczyn – na imię jej Bożenka – decyduje się jednak schodzić w dół. Bardzo boli ją głowa. Z kolei ja i Sławek idziemy z namiotami na dwa dni w górę, po czym mamy schodzić z powrotem do bazy. Pogoda nadal piękna.

Weszliśmy do bazy Canada, położonej na 4900 m n.p.m. Oczywiście było ciężko. Chyba mam pierwszy kryzys. Boli mnie trochę głowa i czuję się podle. Zobaczymy, co będzie dalej.

Och, jak się nadal źle czuję! Mam nadzieję, że jest to związane z wysokością, a nie z wirusem grypy, który ma nasz kolega z namiotu. Już od trzech dni bierze on antybiotyk.

 

DZIEŃ 10: SOBOTA, 15.02.2003

Noc minęła fatalnie. Brakowało mi tlenu i ciągle musiałem robić głębokie, szybkie oddechy. Każda drzemka powodowała, że zaczynałem się dusić. Dodatkową atrakcją był „vento bianco” („biały wiatr”), który się rozbudził i strasznie szalał. Huk wiatru i łopot namiotów robił swoje. Ok. 5.00 wreszcie zasnąłem i spałem do 8.00.

Pogoda zmieniła się znacznie. Wieje bardzo silny i bardzo mroźny wiatr, chyba z Antarktydy. Jeszcze dwa dni temu można było chodzić w krótkich koszulkach, a teraz zakładam wszystko, co mam, a i tak strasznie marznę. Mimo to wchodzimy do następnej bazy w Nido de Condores (Gniazdo Kondorów) na 5300 m n.p.m.

Jest dopiero 16.00. Siedzimy we dwóch w namiociku, a wiatr straszliwie nim tarmosi. Samopoczucie średnie. Mam ogólną apatię i nic mi się nie chce. Okazuje się, że jesteśmy jedynymi na tej wysokości, gdyż uczestnicy zarówno naszej, jak i innych wypraw zeszli do bazy.

Wiatr się wzmaga, jest bardzo zimno, ale pogodnie.

W bazie ratowników spotkaliśmy Polaka, ledwo żywego, z odmrożonym nosem i odmrożonymi palcami u nóg i rąk. Miał ok. 25 lat. Był całkowicie rozbity. Ledwie mógł mówić. Prawdopodobnie zgubił drogę powrotną i całą noc błądził. Ratownicy sprowadzali go na dół. Teraz, dla poprawy nastroju, czytam o innych tragicznych wypadkach na tej górze.

 

DZIEŃ 11: NIEDZIELA, 16.02.2003

Rano czuję się dobrze. Zabieramy tylko niezbędne rzeczy i schodzimy do bazy Plaza de Mulas. To już, mam nadzieję, ostatni etap aklimatyzacji. Od jutra już tylko w górę. Gdyby nie ta p*******na aklimatyzacja, to ze szwagrem byśmy tę górkę zrobili w 4 dni.

Jest niedzielny wieczór – chociaż tutaj chyba nikt nie wie, że jest niedziela, bo nasze „kalendarze” zostawiliśmy gdzieś daleko za sobą – i dla odmiany teraz tylko my jesteśmy na dole, w bazie, a cała reszta gdzieś w górze, więc trochę mi się nudzi.

 

DZIEŃ 12: PONIEDZIAŁEK, 17.02.2003

Co to znaczy noc na dole! (W sensie na 4300 m n.p.m.). Bezwietrznie, cichutko, ciepło, nic nie dokucza. Rano, pełni dobrego humoru, jemy potrawkę chińską liofilizowaną. Powstaje ona tak, że gotowy produkt zostaje zamrożony, całkowicie pozbawiony wody oraz próżniowo zapakowany. Po rozpakowaniu i dodaniu ciepłej wody jest gotowy do spożycia. Po posiłku wyruszamy do Nido de Condoras.

 

Widok na Aconcaguę z Plaza de Mulas

 

Idzie się świetnie i po 4,5 godziny jesteśmy na miejscu. Tutaj jest trochę gorzej. Bardzo silny wiatr, dużo zimniej, więc i samopoczucie też trochę inne. Jest to wszak 1000 m wyżej.

 

DZIEŃ 13: WTOREK, 18.02.2003

Noc fatalna. Wiatr strasznie szarpie namiotami, wydychana para wodna zamarza wewnątrz namiotu, a porywy wiatru strącają kryształki lodu z powrotem na nas. Jesteśmy cali biali.

Rano samopoczucie dosyć dobre, choć lekko boli głowa. Innych boli nawet bardzo. Dziś wchodzimy do następnej bazy, o nazwie Berlin, położonej na 5900 m n.p.m.

 

Schron w bazie Berlin

 

Nie wiem, co się stało. Po wczorajszym świetnym dniu dziś umieram na całej – na szczęście krótkiej, 2,5-godzinnej – trasie. Nie mogłem oddychać, ruszać nogami i rękami. Po wejściu padłem jak kawka.

W Berlinie mieszkamy, dla odmiany, w małym drewnianym schronie. Przynajmniej wiatr nie będzie nam tak bardzo przeszkadzał.

Po południu samopoczucie już znacznie lepsze. Jutro ok. 6.00 pierwsza próba zdobywania szczytu. Pogoda nie najlepsza. Wieje bardzo silny wiatr, a na szczycie podobno –25°C. Próbujemy w 8 osób. Trasa w górę to 8 – 12 godzin, w dół: 3 – 4 godziny. Zobaczymy jutro.

 

DZIEŃ 14: ŚRODA, 19.02.2003

Wstajemy o 4.00 i zaczynamy topić śnieg na herbatę. Trwa to bardzo długo. Wychodzimy o 6.00, termometr wskazuje –22°C, a pogoda stopniowo zaczyna się psuć. I wykrakałem sobie. Tak chciałem zobaczyć ten słynny „biały wiatr” w akcji. Po 4 godzinach wiał już tak silnie, że przy temperaturze –30°C niestety musieliśmy zawrócić.

Obecne załamanie pogody wskazuje, że zdobycie tego szczytu może się okazać niemożliwe. Teraz leżymy sobie w schronie i każdy jest strasznie wkurzony. Weszliśmy na wysokość ok. 6500 m n.p.m. i zabrakło nam mniej więcej 4 godzin dobrej pogody.

 

DZIEŃ 15: CZWARTEK, 20.02.2003

Wstajemy i nadal niestety utrzymuje się temperatura –25°C. Wiatr trochę zelżał, ale za to sypie śnieg. Nikt nie wie, co robić. Nie mamy pojęcia, przez ile dni będzie taka pogoda, a przebywanie na 5900 m n.p.m. wcale nie jest przyjemne.

W końcu nasza grupa, podobnie jak inne, zaczyna schodzić na dół do bazy. Jedynie ja z kolegą schodzimy tylko do Nido de Condoras i pozostajemy w maleńkim „szturmowym” namiociku. Nie wiem, czy jest to dobry pomysł, bo pogoda coraz bardziej się psuje i teraz to już nawet ratownicy schodzą w dół. Nie wiem, co robić – jest dopiero 18.00, do zmroku jeszcze 3 godziny, a później ta niekończąca się noc…

Jest bardzo zimno.

 

DZIEŃ 16: PIĄTEK, 21.02.2003

Nie jest tak źle. Pogoda nie taka najgorsza, wiatr średni, tak że za chwilę z powrotem wychodzimy do Berlina. Mogliśmy tam zostać i dzisiaj atakować szczyt. Ale kto to mógł przewidzieć? Z tą pogodą to nigdy nic nie wiadomo.

I znów jesteśmy w Berlinie. Jak ja nie lubię tego podejścia. Po prostu każdy krok to męczarnia. Ale za to czas podejścia bardzo dobry: tylko 2 godz.

Właściwie, tak na gorąco, to nikogo nie zachęcam do takiego spędzania czasu. Korzystając z wolnej chwili, może napiszę coś o higienie podczas takich wypraw?

Już od 11 dni nie mamy bieżącej wody. Początkowo był przynajmniej lodowaty strumyk, ale i tak zdecydowana większość z nas z niego nie korzystała. Menażki najpierw były dzielone na te używane do wody, herbaty i na te przeznaczone na kaszki mleczne, rosołki itp. Po pewnym czasie nikt już na takie drobiazgi nie zwracał uwagi, tym bardziej, że gdy brało się śnieg na wodę, nigdy nie miało się pewności, czy dzień wcześniej ktoś nie robił w tym miejscu siku.

Można sobie wyobrazić nasz zapach, wygląd i porządek w naszych namiotach. Nigdy nie myślałem, że można tak zobojętnieć na te rzeczy.

A może ktoś chce sobie wyobrazić, jak wygląda załatwianie potrzeb fizjologicznych na zewnątrz przy 25-stopniowym mrozie i bardzo silnym wietrze? No, powiem wam, że nie jest to ani łatwe, ani przyjemne.

 

DZIEŃ 17: SOBOTA, 22.02.2003

Budzi się bardzo ładny dzień, więc choć zaspaliśmy, próbujemy razem z 3 osobami, które do nas dołączyły, atakować szczyt. Wychodzimy dopiero o 9.00. Droga jest bardzo ciężka.

Po 2 godzinach bardzo strome, ale na szczęście niezbyt długie podejście żlebem Indepedencja. Pokonujemy go sprawnie i od tego momentu zaczyna się dosyć kopny śnieg, który nieco utrudnia chodzenie. Atak na szczyt – mój drugi – jest morderczy. Zaczyna się długim niekończącym się piargiem Canalettą, który wiedzie niemal na sam szczyt. W tym miejscu to już nie idzie się pod górę, lecz jedynie przesuwa się nogę o długość buta, po czym robi się kilka oddechów odpoczynku. Niestety, w połowie tego piargu, przy naszym dużym już zmęczeniu i późnej popołudniowej godzinie – nagle zaczyna psuć się pogoda. Mimo wszystko 2 osoby nadal próbują zdobywać szczyt, a 3, m.in. cieniarz ja, postanawiają zawrócić. Zabrakło nam ok. 200 m w pionie.

Jeden z tych, którzy ze mną zawrócili, był tak wyczerpany, że w drodze powrotnej z osłabienia przewracał się i miał duże trudności z dojściem do bazy, a po dojściu tam wymiotował i zaraz położył się spać.

Późnym wieczorem dotarła pozostała dwójka, której udało się wejść na szczyt.

Mieli wiele szczęścia, ponieważ pogoda się ustabilizowała. Mimo wszystko jeden z nich nie mógł o własnych siłach zejść na dół i gdyby nie drugi, bardzo mocny chłopak, nie wiadomo, jak by się to skończyło.

 

DZIEŃ 18: NIEDZIELA, 23.02.2003

Dziś 4 osoby – w tym i ja – próbują powtórnie atakować szczyt.

Grupa jest w zupełnej rozsypce. Nasz faworyt, wf-men-aerobik-callanetics, musiał na mule zjeżdżać na dół, ponieważ miał bardzo wysokie ciśnienie. Lekarz podejrzewał nawet u niego początki obrzęku mózgu. Inne osoby też schodzą i będą próbowały jeszcze innych atrakcji, do których należą np. wodospady Iquazzu.

Pisząc te słowa, jestem już bardzo blisko szczytu, dokładnie w tym miejscu, z którego wczoraj zawróciłem. Ależ ten żleb Canaletta jest zabójczy. Niemal pionowy. Trzy maleńkie kroczki, przerwa itd. I tak bez końca.

Panie i panowie, jestem na szczycie! Wspaniałe uczucie! Widoki piękne, a wszystko wokół nieco niżej. Teraz marzę tylko o powrocie do domu, do znajomych, do cywilizacji. Ale do tego niestety jeszcze tydzień.

 

Na szczycie

 

Z całej naszej 15-osobowej grupy szczyt zdobyło tylko 5 osób.

 

DZIEŃ 19: PONIEDZIAŁEK, 24.02.2003

Po udanym powrocie ze szczytu i noclegu w Berlinie schodzimy na dół do bazy. Zejście jest bardzo nużące i trudne, ponieważ musimy zabrać ze sobą cały sprzęt: namioty, gaz, żywność, śmieci – jest tego sporo, dlatego idzie się ciężko i jest niewygodnie.

Po dojściu na dół obowiązkowa ablucja w lodowym strumyku, w którego nurt dostaję się po rozbiciu lodu za pomocą czekana. Nigdy nie myślałem, że zwykłe mydło tak ładnie pachnie.

Wieczorem przygotowujemy zbędny bagaż na drogę powrotną na mułach i jutro rano wyruszamy w 10-godzinną wędrówkę do ludzi i cywilizacji. Hurrrraaaaaa!

Tutaj w bazie widać zbliżający się już koniec sezonu. Firmy mularskie zamykają swoje namioty bazowe, wszyscy pakują sprzęt, namiotów turystów jest zaledwie kilka i wydaje mi się, że panuje tutaj przygnębiający nastrój. A jeszcze kilkanaście dni temu to miejsce tętniło życiem.

 

DZIEŃ 20: WTOREK, 25.02.2003

Po takiej aklimatyzacji jakże cudownie się śpi. Prawie 11 godzin (przez całą noc byłem nowojorskim policjantem i po przebudzeniu nie bardzo umiałem się odnaleźć w tych wysokich górach). Ok. 10.00 pakujemy rzeczy na muły i o 11.00, z bardzo lekkimi plecakami, schodzimy na dół – do cywilizacji. Trasa, którą na początku szliśmy dwa dni, teraz zajmuje nam 6,5 godziny bardzo szybkiego marszu, ale po dojściu do granic parku jesteśmy padnięci. Zejście bardzo łatwe, ale cały czas w kurzu i pełnym słońcu.

Z granic parku busiki zabierają nas do Puenta del Inca i teraz czekają nas już tylko same przyjemności. Przede wszystkim: PIWO. Za 1 l płacimy 3 peso, czyli ok. 3,60 zł, tak że na nim nie oszczędzamy i leje się ono niemal strumieniami. Następnie idziemy się kąpać do gorących źródeł. W naturalnych skalnych pieczarach – pod wpływem ciepłej wody, minerałów i naturalnego jacuzzi – brud odpada nam płatami.

 

Aconcagua

 

O 21.00 wyjeżdżamy z naszymi bagażami do Mendozy.

Mendoza – piękne, wspaniałe, cudowne miasto. Po zameldowaniu się w hoteliku ok. 1.00 wyruszamy na miasto coś zjeść. Sklepy i małe restauracje nadal otwarte, na ulicach spory ruch, a przecież to środek tygodnia i nie jest to nadmorski kurort. Temperatura wynosi ok. 30°C, więc bardzo „chce się jeść”. O 4.00 kelnerka nieśmiało podaje nam rachunek (śmiesznie niski) z pytaniem, czy może już kończyć.

Po powrocie do hoteliku zasypiamy snem sprawiedliwego.

 

DZIEŃ 21: ŚRODA, 26.02.2003

Jesteśmy cały dzień na mieście. Robimy różne zakupy, odwiedzamy małe knajpy. Wieczorem wielkie żarcie. Idziemy do dużej restauracji, gdzie za 11 peso (13,20 zł) można jeść bez ograniczeń. A jest co. Mają ogromny grill z serwowanymi z niego pieczeniami, kurczakami, kiełbaskami, kaszanką itd.

Zestawy kuchni włoskiej: spaghetti, lazagne, sałatki, oliwki, owoce morza, mnóstwo pysznych ryb, ziemniaczki podsmażane w plasterkach, frytki – po prostu wszystko. No i na koniec desery. Ciasta, bita śmietana, lody i wiele, wiele owoców. Po wyjściu niektórym było niedobrze – tak się najedli.

 

DZIEŃ 22: CZWARTEK, 27.02.2003

Rano pakujemy bagaże i pozostawiamy je w hoteliku do 17.00, a sami udajemy się na małe piwko.

Małe piwko zakończyło się dużym piciem, jedzeniem i znów piciem. O 19.30 odjeżdżamy z Mendozy. Aby wytrzymać w dobrej kondycji 14-godzinną jazdę autokarem, raczymy się miejscową whisky iiii… nagle budzimy się w Buenos Aires.

 

DZIEŃ 23: PIĄTEK, 28.02.2003

O 9.30 jesteśmy w Buenos i udajemy się do hoteliku młodzieżowego – dość obskurnego, ale o miłej atmosferze.

O 15.00 jedziemy na wycieczkę autokarową po Buenos. Nic ciekawego.

Za to później raczymy się w miłej własnej atmosferze tutejszą specjalnością, czyli beefami (stekami wołowymi) i dużą ilością innych napojów.

Na kolację – niespodzianka. Właściciele hoteliku zapraszają nas na nocne grillowanie na… dachu hotelu. Jest super. Międzynarodowe towarzystwo, dużo pysznego mięsiwa, sałatki, odrobina wina i piwa i ta niezapomniana atmosfera, gdy z góry oglądamy nocne życie Buenos.

 

Buenos Aires

 

Po kolacji oczywiście idziemy do baru.

 

DZIEŃ 24: SOBOTA, 1.03.2003

Noc minęła bardzo szybko. O 11.00 pakujemy się i taksówkami, których tutaj jest chyba najwięcej na świecie, jedziemy na lotnisko. O 14.30 odlot do Mediolanu.

 

DZIEŃ 25: NIEDZIELA, 2.03.2003

W Mediolanie jesteśmy o 10.30. Tutaj czekamy 4 godziny na samolot do Warszawy. O 14.20 odlot z Mediolanu, przylot do Warszawy o 16.10.

Teraz tylko 3,5-godzinna jazda pociągiem InterCity i nareszcie jestem w domu.

 

CIEKAWOSTKI:

Lot z Warszawy do Buenos Aires: ok. 15 godzin, cena – ~1000 USD

Autokar z Buenos do Mendozy: ok. 14 godzin, cena – 65 peso (~ 80 zł)

Wynajęcie mułów: pierwszy 90 USD, drugi 50 USD, trzeci 50 USD, czwarty 90 USD itd.

Koszt permintów (pozwoleń na wejście na szczyt): 120 USD

Dobry, bardzo obfity obiad z 1 l piwa: 8 peso (~ 10 zł).

Nocleg w hotelu klasy turystycznej: 12 peso (~ 15 zł).

 

Wiatr wiejący z południa jest lodowato zimny, ponieważ wieje z Antarktydy, a wiejący z północy – upalny (równikowy).

Mont Blanc, 4810 m n.p.m. – najwyższy szczyt Europy (18 – 24 lipca 2003 r.)

 

 

DZIEŃ 1: PIĄTEK, 18.07.2003

Po wielu dniach poświęconych na przygotowania i zakup sprzętu – ja i moi synowie jesteśmy prawie gotowi do drogi.

O godz. 17.30 niespodziewany telefon od Ewy (żony): „Kuba (syn – 16 lat) mocno rozciął palec na nożu od kosiarki”. No to pięknie! Kuba jedzie ze mną na pogotowie do Bielska-Białej, a w domu pozostaje trochę chory Łukasz (drugi syn – 17 lat).

Na pogotowiu zakładają Kubie dwa szwy i radzą nie jechać na żadną wyprawę, tym bardziej wyprawę w góry wysokie, ale zobaczymy.

Wieczorem w domu głosowanie. Ewa jest przeciw naszemu wyjazdowi, ja jestem za, dzieci głosu nie mają – więc jedziemy.

 

DZIEŃ 2: SOBOTA, 19.07.2003

Pobudka o 6.00 i szybkie śniadanie. Pakowanie do samochodu przebiega dość sprawnie i o 7.00, mimo przeciwności, wyjeżdżamy do Chamonix. Droga bardzo długa – ponad 1500 km. Zaraz za czesko-austriacką granicą niemiła niespodzianka. Austriacy łapią nas na radar. Po wielu kłótniach, jako że nie mieli żadnego nagrania na wideo ani aktualnej (do wglądu) mojej prędkości, z 60 euro wykłóciłem się na 21 euro. Tyle to im już daruję – jechałem 69 km / h, a można było 50.

Chłopcy to śpiochy. Znaczną część drogi przesypiają.

Przejeżdżamy przez 6 krajów: Czechy, Austrię, Niemcy, Lichtenstein, Szwajcarię, Francję i o 23.00 jesteśmy na miejscu. Jaka ulga.

 

DZIEŃ 3: NIEDZIELA, 20.07.2003

Budzimy się o 8.30 i od razu kolejna niemiła niespodzianka. Pozostawione pod tropikiem namiotu smakołyki, przygotowane przez naszą mamusię, znikają. Pozbywamy się pysznych kabanosików, suszonej kiełbasy i reszty kanapek. To chyba Yogi i Bubu ukradli nam nasz koszyk z jedzeniem. Po chwili znajdujemy, 10 m od namiotu, rozdartą reklamówkę i ponadgryzane pomidory. Po kiełbasie ani śladu.

Na 9.30 idziemy do kościoła. W kościele tylko starsi i starzy ludzie. Żadnego ministranta, żadnych dzieci – wrażenie dosyć przygnębiające.

Nocowaliśmy w miejscowości Les Houches, ok. 7 km od Chamonix. Stąd wyjeżdża pierwszy etap kolejki linowej. Jest piękny, upalny letni dzień.

Ok. 12.00 jedziemy do Chamonix i zwiedzamy to piękne alpejskie miasteczko z niesamowitymi widokami na okoliczne szczyty i lodowce. Tutaj kolejna niemiła niespodzianka: nasz „naprawiony” aparat fotograficzny dalej nie działa, a całkiem nowy aparat cyfrowy nie ładuje baterii. Chodzimy pół dnia po sklepach fotograficznych, ale nikt nie umie doładować nam baterii do naszej cyfrówki. W końcu kupuję aparat jednorazowy za 10 euro – może chociaż on będzie działał.

Jak wspominałem, chłopcy to śpiochy. Zasypiają nawet na ławce podczas krótkiego odpoczynku.

W drodze powrotnej, która trwa ok. 10 minut, również mocno śpią. Budzą się po pół godzinie na miejscu. Sorry, Łukasz się obudził i znowu poszedł spać. Kuba krzyczy: „Kiedy będzie obiad?!”. Chyba będzie fajnie.

Po bardzo upalnym dniu ok. 18.00 nadciągają chmury i dość szczelnie pokrywają niebo. Kolejny niemiły akcent. A przecież jutro rano, o 7.30 (plecaki już spakowane), mamy wychodzić w góry.

 

DZIEŃ 4: PONIEDZIAŁEK, 21.07.2003

Budzik dzwoni o 6.00 i dokładnie o tej godzinie zaczyna się burza. Jednak mamy pecha. Śpimy dalej do 8.30. Nagle się przejaśnia i jest nadzieja na ładną pogodę. Szybkie śniadanko i wyjeżdżamy kolejką linową o 10.30. Pięć minut jazdy i już jesteśmy na 1801 m n.p.m. Przesiadamy się na kolej zębatą (taką jak na Gubałówkę), którą jedziemy 20 minut i jesteśmy na Orlim Gnieździe (Nid d’Aigle) na 2372 m n.p.m. Zaraz wychodzimy w góry.

 

Gotowi do drogi

 

Po 10 minutach łatwego podejścia – gwałtowny deszcz. Kryjemy się pod tropikiem namiotu i czekamy ok. 10 minut. Przeszedł. Idziemy dalej dosyć łatwą turystyczną trasą, ale teraz z małymi przerwami ciągle siąpi.

Im wyżej, tym gorzej. Leje lodowaty deszcz i wieje bardzo silny wiatr. Niekiedy ledwo trzymamy się na nogach. Ok. 15.00 przemoczeni, przemarznięci ledwo dochodzimy do schroniska Tete Rousse położonego 3167 m n.p.m. Pogoda okropna, ale tutaj, w schronisku, jest sucho i w miarę ciepło. Mamy przemoczone buty, spodnie, nawet trochę śpiwory!!! (Ja mam przemoczone wszystko – majtki też). Suszymy się i czekamy na lepszą pogodę. Ciekawe, jak długo będzie trzeba czekać. W schronisku tłok. Możemy spać na podłodze, lecz nagle Łukasz załatwia nam „okazyjny nocleg” na materacach za jedyne 52 euro.

 

DZIEŃ 5: WTOREK, 22.07.2003

Budzimy się rano o 8.00, a razem z nami piękny słoneczny dzień. Robimy śniadanie, trochę suszymy na słońcu mokre rzeczy i o 11.00 wychodzimy.

 

Wspinaczka do Aiguuille de Gouter

 

Szczęśliwie mijamy Grand Couloir (Wielki Kuluar – bardzo niebezpieczne miejsce, gdzie częste małe kamienne lawiny pochłaniają najwięcej ofiar) i dalej grzędami i rynnami skalnymi – częściowo zabezpieczonymi stalowymi linami do asekuracji – o 14.00 dochodzimy do schroniska Aiguille du Gouter na 3617 m n.p.m. Chłopcy mówią, że było ciężko i niebezpiecznie.