Mój mroczny spowiednik - Monika Magoska-Suchar - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Mój mroczny spowiednik ebook i audiobook

Magoska-Suchar Monika

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

54 osoby interesują się tą książką

Opis

Wydawałoby się, że życie w Warren to dla Grace zamknięty rozdział. Kobieta opuściła rodzinne miasteczko dziesięć lat temu, zostawiając za sobą mroczną przeszłość dziecka alkoholika oraz młodzieńczą historię miłosną, która złamała jej serce. Teraz jest bogatą bizneswoman, ma własną firmę w Nowym Jorku i wiele związków na koncie. Śmierć znienawidzonego ojca zmusza ją jednak do powrotu do przeklętego Warren oraz zmierzenia się po raz ostatni z demonami przeszłości.

Brad przed laty także został zmuszony do wyjazdu z Warren i rezygnacji z miłości życia. Gdy próbował ją odzyskać, ta zraniła go do tego stopnia, że ukojenia zaczął szukać w używkach i złym towarzystwie. Z otchłani pomogła mu się wydostać wiara. Został księdzem i wrócił w rodzinne strony, gdzie teraz pełni rolę duszpasterza. Podczas pewnej wieczornej ulewy ratuje z opresji piękną nieznajomą, z którą zmuszony jest spędzić noc w maleńkiej chatce w lesie. Przypadkowe spotkanie staje się punktem zwrotnym dla obojga i rozpala namiętność, której oboje doświadczyli tylko raz, jako nastolatkowie.

 

– Nie przepadam za Warren. Wolę Nowy Jork – wyznała.

– Ja zamieniłem jego zgiełk na spokój Pensylwanii – odpowiedziałem. – W górach zostawiłem serce. Szukam go więc, wierząc, że kiedyś je odnajdę…

 

Opowiadanie spodoba się fankom motywów drugiej szansy, zakazanej relacji oraz motywu małego miasteczka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 114

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 44 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Milena Staszuk

Oceny
4,3 (9 ocen)
5
2
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MmWw1

Nie oderwiesz się od lektury

swietne opowiadanie
20
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Mroczny spowiednik,który rozbudza zmysły 📿😈Czytajcie/słuchajcie📱🎧
20
M_DAVE

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna
00
Alexx95116

Dobrze spędzony czas

Fajna, szkoda ze taka krotka
00



Idąc ulicą, miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie. Otoczenie wciąż wyglądało tak samo jak wtedy, gdy tu dorastałam. I bynajmniej nie był to miły widok.

Warren witało mnie jesienną aurą, zupełnie jak przed dekadą, kiedy je opuszczałam. Drzewa porastające okoliczne wzgórza w większości były już pozbawione liści, a przez gęste, kłębiaste chmury, zwiastujące nadejście kolejnej ulewy, nie przedzierał się nawet najmniejszy promień słońca. Przenikliwy wiatr szarpał moim kaszmirowym płaszczem, a szpilki grzęzły w błotnistym podłożu. Że też nawet po takim czasie nie naprawiono chodników, a wielu drogom wciąż brakowało poboczy, zauważyłam zniesmaczona. Nadal za mało było lamp ulicznych, a te, które stały gdzieniegdzie, w większości były porozbijane. Przez to, choć nie zapadł jeszcze wieczorny zmierzch, wszystko wokół zasnuwała nieprzyjemna szarość.

Odzwyczaiłam się.

Tak. Nie ulegało wątpliwości, że lata spędzone w Nowym Jorku sprawiły, że kompletnie nie myślałam o tym zapomnianym przez świat i Boga miejscu. Wyparłam je z pamięci i serca, i wcale nie miałam z tego powodu wyrzutów sumienia. Niestety przewrotny los zmusił mnie do powrotu do Warren. Na szczęście tylko na chwilę, pocieszałam się, brnąc dalej przez błoto. W tydzień, maksymalnie półtora, załatwię konieczne formalności i wrócę do domu.

Do domu. Dobre sobie.

Przecież to tu, w Warren, przyszłam na świat, wychowałam się, chodziłam do szkoły, kończyłam liceum. Powinnam więc z chęcią wracać do tego miejsca i wspominać je z sentymentem, tymczasem nie mogłam się już doczekać, kiedy wreszcie będę mogła je opuścić. To trauma związana z wydarzeniami z przeszłości zabiła moją miłość do rodzinnych stron. W sumie zabiła też moją miłość do czegokolwiek i kogokolwiek. Moje serce skamieniało w Warren i przez Warren, ale teraz nie mogłam się na tym skupiać, żeby się niepotrzebnie nie nakręcać. Dlatego złe wspomnienia zastąpiłam o wiele lepszymi, które wiązały się z moim życiem w wielkim mieście. Nie chciałam już wracać do czasów, gdy byłam dziewczyną z małego miasteczka. Tamta zalękniona brzydula Grace umarła z chwilą, gdy opuściła Warren. Teraz byłam „miastowa”. Byłam kimś całkiem innym, nowym. I tak właśnie zamierzałam zaprezentować się otoczeniu.

Z tym postanowieniem przekroczyłam próg jedynego lokalu w Warren, który nie był pubem pełnym podpitych i napalonych facetów, z których większość pracowała w tutejszych kopalniach. Gorący imbryczek, mieszczący się przy drodze wyjazdowej z miasteczka, powitał mnie tak dobrze znanym aromatem herbaty. Tu także nic się nie zmieniło. Kawiarnia, należąca do starej Jill, wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętałam. Ściany pokrywały zetlałe tapety i odrapana boazeria, na blatach miniaturowych stoliczków leżały szydełkowe obrusy wydziergane przez wiekową właścicielkę, a podłoga była wyściełana archaicznymi, przetartymi dywanikami, które miały zabezpieczać drewniane deski, jakby nie były one już wystarczająco zniszczone przez korniki i nieubłagany czas.

Na dźwięk dzwoneczka umieszczonego nad drzwiami wejściowymi siwowłosa kobieta, krzątająca się za kontuarem barowym rodem z westernów, odwróciła się gwałtownie, rzucając nieuprzejmym tonem:

– A kogo tu znowu licho przyniosło?

Też cię lubię, Jill, pomyślałam z przekąsem, na głos mówiąc jednak:

– Zmarzniętą klientkę, która z chęcią napije się dobrej, rozgrzewającej herbaty podczas spotkania ze znajomymi.

Kobieta zlustrowała mnie wzrokiem. Odpowiedziałam jej tym samym, jednocześnie dostrzegając, że Jill kompletnie się nie zmieniła. Była odwieczna jak to miejsce. Zawsze pulchna, stara i z kokiem na czubku głowy, który za każdym razem kojarzył mi się z niechlujnym gniazdem.

– Nietutejsza? W Warren? – skomentowała po chwili właścicielka Gorącego imbryczka, nie kryjąc zdumienia.

Nie poznała mnie! A to dobre.

W normalnych okolicznościach byłoby mi to nawet na rękę, bo wcale nie chciałam rozgłaszać swojego powrotu do miasteczka, ale znałam lokalną społeczność na tyle dobrze, aby wiedzieć, że prędzej czy później zostanę rozpoznana, a plotka o moim przyjeździe lotem ptaka rozniesie się po okolicy, o ile już się nie rozniosła, dlatego byłam zmuszona się przedstawić.

– Nie taka znów nietutejsza – odpowiedziałam, siląc się na uśmiech i przyjazny ton. – Jestem Grace Brown, córka burmistrza.

Stara Jill zmarszczyła i tak już pomarszczoną jak wysuszona śliwka twarz, obrzucając mnie krytycznym spojrzeniem, po czym zaprzeczyła stanowczym ruchem głowy, stwierdzając:

– Niemożliwe.

– Dlaczego? – parsknęłam.

– Znałam Grace Brown od urodzenia – odpowiedziała. – Nigdy nie grzeszyła urodą, w przeciwieństwie do ciebie, dziecko.

Zagryzłam wargi. Powinnam się tego spodziewać. Dziewczyna, którą byłam w Warren, nie uchodziła za piękność. Miasto i pieniądze, które w nim zarabiałam, zdecydowanie na korzyść odmieniły moją powierzchowność. W pamięci mieszkańców pozostałam jednak brzydulą, której nikt nie chciał.

Nikt…

Poza jednym wyjątkiem…

Nie, Grace! Nie myśl o NIM! Nie wspominaj! Masz zakaz, upomniałam się, bo w tym momencie poczułam podejrzaną wilgoć pod powiekami.

Nie, nie mogłam dać się złamać przez głupie sentymenty. Przyjechałam tu nie bez powodu. Musiałam wypełnić swoją misję, po czym jak najszybciej wrócić do Nowego Jorku i już nigdy więcej nie pojawić się w Warren, zamykając w ten sposób przeszłość, która wiązała się z tym parszywym miejscem. Aby więc uciszyć gorączkowe i niepożądane myśli, oznajmiłam:

– Mój wygląd może się i zmienił, ale personalia pozostały te same. Byłam i jestem Grace Brown. Tego się nie wyprę. Mogę pani pokazać prawo jazdy, jeśli mi pani nie dowierza – zaproponowałam ironicznie.

Jill patrzyła na mnie z krytycznym wyrazem twarzy, najwyraźniej wciąż nieprzekonana. Dlatego, nie chcąc przedłużać tej niezbyt dla mnie komfortowej rozmowy, przeprosiłam ją i ruszyłam do jednego ze stojących na uboczu stolików. Celowo wybrałam taki, który znajdował się jak najdalej od mało uprzejmej staruszki i zapewniał choć względną intymność. Jill natomiast udała się w stronę kontuaru, kręcąc głową i mrucząc pod nosem:

– Z brzydkiego kaczątka taka łabędzica. Kto by pomyślał! No, kto by pomyślał.

Przejrzałam się w szybie sąsiadującej z moim stolikiem witrynki wypełnionej słoikami z herbatą.

Łabędzica…

Ja.

No faktycznie, kto by pomyślał!

Uśmiechnęłam się na myśl o tych słowach właścicielki kawiarni. Kiedyś byłam pryszczatą dziewczynką z krzywym zgryzem. Dziś zastąpiła ją szczupła, elegancka blondynka w markowych ciuchach. Wyprzedziłam Warren. I oby tak już zostało. W tym miejscu nie było nic, do czego warto by było wracać.

Spoważniałam. Niedobrze. Szybko się poprawiłam, przywołując na usta uśmiech, który znikał z mojej twarzy za każdym razem, gdy zapuszczałam się w mroczne rejony moich wspomnień. Nie mogłam teraz okazywać słabości, zwłaszcza że w tym momencie dzwoneczek nad drzwiami oznajmił nadejście kolejnych klientów Gorącego imbryczka, a raczej klientek, na które, chcąc nie chcąc, czekałam.

– Grace! Skarbie! Chyba się nie spóźniłyśmy? Ale ta pogoda jest fatalna, a moje auto utknęło w błocie, przez co musiałyśmy iść tu pieszo – już od progu zawołała jedna z nich, Max, z której posesją sąsiadował dom mojego ojca. Wciąż była rudowłosa i seksownie zaokrąglona we wszystkich strategicznych miejscach, czego jej skrycie zazdrościłam w liceum.

– Ależ skąd – odparłam, wstając. – Jesteście na czas. To ja przyszłam za wcześnie.

W duchu cieszyłam się, że nie wpadłam na genialny pomysł jazdy autem do kawiarni, bo zamiast spotkania z koleżankami ze szkoły mogłoby mnie czekać spotkanie z pomocą drogową.

– Uf, to dobrze – skomentowała towarzysząca jej Ava, która wciąż mogła poszczycić się burzą kasztanowych loków. – Nie chciałyśmy zrobić na tobie złego wrażenia, Grace. W końcu to nasze spotkanie po latach. – Po tych słowach podeszła do mnie i jako pierwsza z nowo przybyłych złożyła pocałunek na moim policzku, czy raczej w powietrzu obok niego, aby nie zniszczyć swojego mocnego, jak zawsze lubiła, makijażu.

– Nie do wiary, że wreszcie się widzimy. I że ty, to ty – stwierdziła, nie kryjąc zaskoczenia Christina, która powitała mnie jako następna, również muskając wargami powietrze przy moim uchu. Nadal miała idealną twarz, a czas zdawał się być dla jej urody łaskawy. Swobodnie mogłaby być modelką, co moim zdaniem stanowiło jej kolejny, godny pozazdroszczenia atut. Dyskwalifikował ją jedynie niski wzrost.

– Dlaczego? – udałam niewiedzę, choć było dla mnie jasne, co ma na myśli.

– Po pierwsze nie byłaś w Warren od końca liceum – odpowiedziała. – A po drugie wyglądasz tak… – zawiesiła głos, szukając właściwego słowa.

– Tak? Czyli jak? – ponagliłam ją ciekawa, co mi powie.

– Tak inaczej – dokończyła kurtuazyjnie, zajmując miejsce przy stoliku. Reszta dziewczyn podążyła jej śladem.

Ha. Przez gardło jej nie przeszło to, co sama dobrze wiedziałam. Te kobiety z mojej przeszłości były piękne na swój sposób, co kiedyś przyprawiało mnie o kompleksy. Ale dziś to ja wyglądałam najlepiej z nich i doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Moje dawne koleżanki również to zauważyły, jednak ciężko im było przyznać, że nie jestem już nijakim tłem, na którym mogłyby błyszczeć.

– Inaczej? Mam nadzieję, że nie gorzej – prowokowałam, z trudem wstrzymując śmiech, bo ich konsternacja mnie bawiła.

– No… – zawahała się Ava. – Raczej nie poznałabym cię na ulicy.

– Ja też nie – zawtórowała jej Christina.

Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, podczas gdy Max dodała:

– Mówiłam wam. To nie ta sama Grace, którą znałyśmy.

Na szczęście, dodałam w myśli. Tamta Grace umarła. Z obecną było mi dużo lepiej.

– Cóż, czas płynie… – bąknęłam cokolwiek, aby jakoś skomentować ich słowa. Przecież nie zwierzę im się z całego procesu mojej przemiany, na który wydałam fortunę. To był okres wielkiego bólu i wielkich wydatków. Nie ufałam jednak swoim dawnym koleżankom na tyle, aby się z nimi tym dzielić, jeszcze rozniosłyby to po miasteczku. Niedoczekanie. Liczył się efekt końcowy, a także fakt, że w końcu byłam szczęśliwa i zadowolona ze swojego wyglądu.

– Czas płynie, to prawda, ale dla ciebie niewątpliwie na plus – zawyrokowała Max. Przynajmniej ona była w stanie mnie skomplementować, podczas gdy pozostałe kobiety gapiły się na mnie ze skwaszonymi minami.

Patrzcie i płaczcie, dogryzałam im w duchu. Przecież doskonale wiedziałam, dlaczego utrzymywały ze mną poprawne stosunki w szkole. Mój ojciec był burmistrzem, rządził Warren. To mnie chroniło. Gdyby nie pochodzenie, byłabym odwiecznym obiektem kpin i prześladowań. Jednak im byłam starsza, tym bardziej i dosadniej docierało do mnie, że wszystkie te znajomości były fałszywe.

Wszystkie. Z wyjątkiem jednej. Na myśl o niej miałam ochotę krzyczeć z żalu i bólu, który nie minął, a jedynie został nieco wyciszony siłą mojej woli, a także dzięki pracy z terapeutami.

– Pobladłaś. Powiedziałam coś nie tak? – spytała Max, przyglądając mi się uważnie.

Cholera! Prawie mnie nakryła. Nie mogłam okazywać uczuć. Nie tutaj, nie przy nich!

– Nie. Wszystko w porządku – stwierdziłam, starając się nadać głosowi pewności siebie, aby moje towarzyszki nie zorientowały się, że coś mnie gryzie. – Po prostu… Po prostu cieszę się, że was widzę – skłamałam. – Wyglądacie tak, jak was zapamiętałam. Nic się nie zmieniłyście.

I dobrze, dodałam znów w myślach z nieskrywaną satysfakcją. Bo teraz to wy jesteście tłem dla mnie, nie ja dla was.

– Dzięki – odpowiedziała za wszystkie trzy Ava. – U ciebie natomiast zmiana jest diametralna. Jak to zrobiłaś?

Wścibska kobieta oczekiwała, że zdradzę jej sekret swojego piękna. Musiałabym upaść na głowę.

– Och, to nic takiego – odpowiedziałam, siląc się na beztroskę. – Po prostu życie w mieście mi służy.

O tak. To było najlepsze, co mogłam zrobić w moim ówczesnym położeniu przed dziesięcioma laty. Opuściłam tę dziurę i przeniosłam się do Nowego Jorku, chłonąc go i szybko się w nim asymilując, bo wiedziałam, że nie ma dla mnie powrotu, a Warren już nigdy nie będzie moim domem. Stałam się mieszkanką wielkiego miasta z krwi i kości. Nowobogacką dziewczyną, która wszystko, co ma, zawdzięcza samej sobie i jest z tego dumna. Korekta wyglądu była oczywistą konsekwencją zmiany miejsca zamieszkania i sposobu egzystencji. W Nowym Jorku brzydule nie miały łatwo, ale i tak nijak się to miało do tego, jak traktowano takie kobiety w Warren, dlatego szybko zaczęłam proces przemiany, który doprowadził mnie do dzisiejszego stanu. Teraz łączyłam w sobie wszystkie cechy, których wcześniej zazdrościłam lokalnym pięknościom – krągłe kształty, anielskie oblicze i gęste, długie, wypielęgnowane włosy. Do tego, dzięki ciężkiej pracy na rynku nieruchomości, stać mnie było na markowe ciuchy z wyższej półki. Ubierałam się więc w drogich butikach, a żeby umiejętnie dobierać odpowiednie stroje do mojej sylwetki, nim zaczęłam robić to sama, korzystałam z usług prywatnej stylistki. Byłam zadbana, elegancka i luksusowa. I tak jak kiedyś, nie z tej bajki. Nie pasowałam do Warren ani w dzieciństwie, ani obecnie. I cieszyło mnie to, bo w tym braku dopasowania wreszcie byłam w pełni szczęśliwa.

– No tak, teraz jesteś wielką panią z Nowego Jorku – westchnęła Christina, nie kryjąc zazdrości.

– Co cię zatem sprowadza do Warren, Grace? – zagadnęła Max. – Nie byłaś tu od… – zawiesiła głos, wpatrując się we mnie pytająco.

– Od ponad dziesięciu lat – odpowiedziałam.

Chciałabym dodać, że tęskniłam, ale to byłaby nieprawda. Moja tęsknota nie wiązała się z tym miejscem, ale z osobą, która tutaj mieszkała i której już nie zobaczę, z czym zresztą nigdy się nie pogodzę.

Zagryzłam wargi, aby nie powiedzieć czegoś, czego nie chciałam.

– No tak. Nie było cię na pogrzebie ojca – skomentowała Ava.

To był drażliwy temat, ale musiałam go podjąć, aby raz na zawsze z nim skończyć. Po to w sumie spotkałam się z tymi kobietami. Niech to, co im przekażę, pójdzie w świat. Może przestanę być postrzegana przez mieszkańców Warren wyłącznie przez pryzmat niewdzięcznej córki ich ulubionego burmistrza.

– Gdy ojciec umarł, byłam poza granicami Stanów – odpowiedziałam stanowczo. – Ale nawet gdybym wtedy była w Nowym Jorku, nie przyjechałabym do Warren. – Po tych słowach zwróciłam spojrzenie na Max, mówiąc: – Byłaś naszą sąsiadką od zawsze. Wiesz, do czego był zdolny mój ojciec po alkoholu, a nadużywał go codziennie, co także z pewnością było wiadome zarówno tobie, jak i twoim bliskim. Bycie jego córką to trauma, którą noszę w sobie nawet dziś. Jako ofiara przemocy domowej raczej nie miałam ochoty żegnać się ze swoim krzywdzicielem. Dziś jedyne, czego pragnę, to uporządkować dom i go sprzedać. Może ten, kto go kupi, będzie tu szczęśliwy. Ja nie byłam. Warren to dla mnie rozdział, który właśnie ostatecznie zamykam.

Po tym wyznaniu w małej salce kawiarni zapanowała cisza. Moje towarzyszki pospuszczały głowy. W Warren wszyscy wiedzieli, że burmistrz nie wylewał za kołnierz, nikt jednak tego nie potępiał, bo w małych miasteczkach, jak nasze, prawie każdy mężczyzna zaglądał do kieliszka i nikt się temu nie dziwił. Obowiązywała także niepisana zasada, że to, co działo się pod twoim dachem, tam zostawało, a sąsiedzi, nawet jeśli wiedzieli o czymś niepokojącym, nie interweniowali, bo wówczas czekałby ich ostracyzm ze strony lokalnej społeczności. Mnie to już na szczęście nie dotyczyło. Nie mieszkałam w Warren, nie byłam zniewolona przez jego prawa, a mój ojciec potwór nie żył. W przeciwieństwie do tych kobiet nie musiałam więc przejmować się ani tym, co i o kim mówię, ani wynikającymi z tego konsekwencjami. Natomiast one wciąż były ograniczone tutejszymi konwenansami i nie mogły na głos wyrażać swoich prawdziwych myśli. Możliwe też, że na tyle przesiąkły klimatem Warren, że nie tylko nie chciały tego robić, ale nawet nie widziały nic złego w tym, co mnie tutaj kiedyś spotkało. Max i jej bliscy na pewno wiedzieli, do czego dochodziło w naszym domu, jednak żadne z nich przez lata nie kiwnęło nawet palcem, aby ratować mnie, a wcześniej też moją mamę, którą ojciec wykończył swoim nałogiem i brutalnością. W Warren obowiązywała zmowa milczenia, ale ja nie zamierzałam milczeć, bo nie należałam już do tego świata. Liczyłam jednak, że teraz wyraziłam się na tyle dosadnie, aby ten temat nie wracał już w mojej obecności podczas mojego pobytu w tym miejscu.

– Co podać? – niezręczne milczenie, jakie zapanowało między nami, przerwała nieoczekiwanie stara Jill, która podeszła do nas z notesikiem w ręku. I choć nie zdążyłyśmy jeszcze zapoznać się z menu, było to zbędne, bo staruszka nie zmieniała go od lat. Kobiety wyraźnie odetchnęły, a pojawienie się właścicielki kawiarni rozluźniło duszną atmosferę, która zapanowała między nami.