Mój kapitan - Małgorzata Zielińska - ebook

Mój kapitan ebook

Małgorzata Zielińska

0,0

Opis

Los „Stokrotki”, młodej dziewczyny, która z czasem staje się doświadczoną łączniczką AK, splata się z dramatem walczącej Warszawy. Wśród ruin, śmierci i nieustannego strachu rodzi się uczucie – kruche, niepewne, każdego dnia wystawione na próbę.

 

 

Podczas Powstania Warszawskiego oddział kapitana „Stefana” przedziera się kanałami ze Starego Miasta. W mroku, ciasnocie i śmiertelnym zagrożeniu każdy krok może być tym ostatnim. Dowódca wie, że od jego decyzji zależy życie żołnierzy i kobiety, którą kocha. Powstanie to nie tylko walka o miasto, ale też o człowieczeństwo, nadzieję i miłość. Gdy wszystko się rozpada, bohaterowie muszą podejmować decyzje, które zmienią ich na zawsze.

 

 

„Mój kapitan” to poruszająca opowieść o odwadze, stracie, sile przetrwania i o tym, że nawet w najciemniejszych chwilach można odnaleźć sens życia.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 475

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

ISBN: 978-83-68817-82-9

PROLOG

Wdech… Wydech… Wdech… Wydech… Oddychaj… Byle oddychać…

Ściana była śliska. Sunąłem po niej dłonią, jakbym w ciemności badał jakieś niewidoczne dla oka, tajemnicze symbole wyrysowane na ceglanych połaciach. Te miejscami były pokryte obrzydliwą, lepką mazią, która zostawała mi na palcach i wywoływała wstręt.

Wdech… Wydech…

Woda była wszędzie. Kapała z sufitu, wlewała się pod koszulę, do butów, do spodni. Jedyne, co czułem, jedyne, co słyszałem, to woda. Była zimna — tak potwornego chłodu nie doświadczyłem jeszcze nigdy. Strumień raz był powolny, raz wartki. Posuwałem się ostrożnie tuż przy ścianie, starając się utrzymać równowagę.

Wdech… Wydech…

Ciemność… Ciemność rozciągała się przede mną jak płachta. Miejscami nie widziałem, gdzie jestem i co mam przed sobą. Wydawało mi się, że prowadzę tych wszystkich ludzi wprost w bramy piekielne. Bo to było piekło — piekło na ziemi.

Wdech… Wydech…

Światło włazu kanalizacyjnego już dawno zostało gdzieś w tyle. Momentami tylko nad naszymi głowami pojawiały się pojedyncze kratki ściekowe, przez które widać było świat. Te jednak należało omijać szerokim łukiem. Gdyby Niemcy się zorientowali, wrzuciliby do środka granaty. Wypuszczenie zwiadowcy z latarką też było zbyt ryzykowne. Zdecydowałem się iść pierwszy — jak dowódca, jak kapitan.

Wdech… Wydech…

Niemcy z pewnością byli nad nami. Słyszałem ich… Słyszałem ich głosy. Czasami na dół docierały dźwięki kroków, które zmuszały nas do zastygnięcia w zimnej wodzie na parę minut i odczekania, aż właściciel butów ze skórzaną cholewką i podkutym obcasem się oddali. Czasami śmiechy i głośne rozmowy. Byli tam, dobrze się bawili. A my skradaliśmy się kanałami tuż pod ich stopami — jak szczury.

Wdech… Wydech…

Tak, jak szczury. Te, które przez ostatnie pięćdziesiąt lat stanowiły jedynych mieszkańców podziemnych korytarzy. Mimo iż warszawskie kanały istniały już przeszło pół wieku, nigdy jeszcze nie słyszałem, by ktokolwiek korzystał z nich w ten sposób. To my pierwsi naruszyliśmy szczurze królestwo. My, powstańcy, zbyt słabi na otwartą walkę, zbyt słabi, żeby bronić naszego miasta, naszej stolicy.

Wdech… Wydech…

Ciała naszych zmarłych kolegów dryfowały obok nas jak w zaklętym śnie — posiniałe i częściowo nadjedzone przez szczury. Truchła małych zwierząt i wszelkiego rodzaju nieczystości płynęły z nurtem, ocierając się o nasze sylwetki. Gdzieś zza moich pleców dobiegał cichy szloch. To któraś z dziewcząt łkała. Nie miałem jej tego za złe. W takich warunkach niełatwo było trzymać nerwy na wodzy. Ludzie tracili tu rozum, odbierali sobie życie w tych kanałach. Ja sam z początku ledwo powstrzymywałem łzy, widząc pływające zwłoki z biało-czerwonymi opaskami na przedramionach. Ci wszyscy młodzi ludzie, dzieci rzucone na pastwę wojennej zawieruchy, już nigdy nie zaznają spokoju, nigdy nie zostaną pochowani. Matki i ojcowie nigdy nie dotrą na ich groby, by zapłakać nad losem swoich pociech.

Wdech… Wydech… Wdech… Wydech…

Smród od samego początku był nie do opisania. Potworny. Obezwładniający. Wdzierał się przez nozdrza i zatruwał ciało od środka. Starałem się zasłaniać twarz kawałkiem ubrania, lecz przerażający fetor i tak przez cały czas wypełniał mój nos. Mimo to byłem jednym z nielicznych, którzy do tej pory nie zwymiotowali gdzieś po drodze. To nie czas ani miejsce na odrazę. Trzeba iść dalej. Trzeba się trzymać.

Wdech… Wydech…

Na początku nie było jeszcze tak źle, poziom wody sięgał zaledwie kolan. Brodziliśmy w tej mrocznej otchłani, od czasu do czasu czując tylko jakieś dziwne smaganie w okolicach stóp. Dopiero później sytuacja uległa zmianie, kiedy mijaliśmy kolejne identyczne korytarze, a woda stopniowo się podnosiła. W pewnym momencie sięgnęła do ramion.

— Do góry broń… — syknąłem i sam uniosłem mojego Visa ponad głowę. Nie mogłem pozwolić, aby woda zalała mechanizm. Ten pistolet był dla mnie wszystkim. Bez niego nie miałbym czym walczyć, należało go chronić za wszelką cenę. Po szmerze wody za moimi plecami poznałem, że reszta zrobiła to samo.

Wdech… Wydech… Wdech… Wydech… Oddychaj… Musisz oddychać… Inaczej umrzesz… Jeszcze raz… Jeszcze jeden wdech…

Starając się trzymać emocje na uwięzi, sunąłem po ścianie śliskiej jak wąż. Mroczna otchłań tunelu rozciągała się przede mną bez końca — otchłań obłędu. Powietrza było tu jak na lekarstwo. Czułem to po ciężarze w okolicach klatki piersiowej. Modliłem się w duchu, żeby reszta wytrzymała, żeby nie powpadali w panikę. Histeria jednego oznaczałaby śmierć nas wszystkich.

Nagle gdzieś z tyłu usłyszałem gwałtowny plusk, a serce niemalże wyskoczyło mi z piersi. Zastygłem w miejscu, wyczekując na rozwój wydarzeń. Ktoś się potknął, zahaczył o coś nogą. To „Pchełka”, ten dzieciak, który dołączył do nas na Starówce. Był najniższy, miał dopiero dwanaście lat. Pewnie musiał iść na palcach i unosić brodę, żeby woda go nie zalała. Reszta natychmiast się rzuciła, żeby go przytrzymać. Pewnie, gdyby nie ich interwencja, biedak wpadłby do wody po same uszy.

— Wszyscy są? — rzuciłem zapobiegawczo. Odpowiedziały mi ciche szepty. Ale nie ona. Jej głosu nie słyszałem.

Serce momentalnie podeszło mi do gardła. Przecież szła za mną, widziałem jej twarz, kiedy przechodziliśmy pod kratką ściekową. Czy na pewno wciąż tam była? A może odłączyła się gdzieś po drodze?

Targany emocjami, rzuciłem szybkie spojrzenie przez ramię. Zobaczyłem ją niemalże na samym końcu, pomiędzy tą rudą dziewczyną z warkoczami a chłopakiem, któremu odłamek rozerwał ucho. Nie widziałem jej twarzy, jedynie fragment niebieskiej sukienki, którą miała na sobie. Trzymała swoją torbę sanitarną wysoko ponad głową, chroniąc ją przed wodą.

Kamień spadł mi z serca, a oddech zaczął powoli wracać do normalnego rytmu. Teraz znów mogłem się na nim skupić. Znów zacząć oddychać… Prędko odtworzyłem w myślach mapę warszawskich kanałów, którą studiowaliśmy z porucznikiem „Chojnackim” jeszcze przed rozpoczęciem ewakuacji Starówki. O ile mnie pamięć nie myli, za najbliższym zakrętem powinien być już widoczny właz.

Wdech… Wydech… Wdech… Wydech…

Skręciliśmy w kolejny korytarz, kierując się teraz bardziej na zachód. Poziom wody nieco tu zmalał, za to tunel zrobił się o wiele niższy. Przez długi czas musiałem iść zgarbiony, żeby nie uderzyć czołem o sklepienie. Czułem się taki mały, a jednocześnie taki wielki, bo nie mieściłem się w tych ciasnych korytarzach.

Wdech… Wydech… Wdech… Wydech…

Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jakie to potworne uczucie, kiedy człowieka ogarnia coraz większa panika. Strach zalewa go od stóp do głów, wręcz paraliżuje. I ma się ochotę jedynie biec na oślep przed siebie, zaklinać świat, błagać go, żeby pomógł wydostać się z tej śmiertelnej pułapki… A jednak nie wolno okazać choćby cienia niepokoju. To było moje zadanie. Moja rola. Mimo pływających wokół ciał i szczurów przebiegających mi po nogach musiałem zachować spokój. Byłem wzorem dla tych wszystkich ludzi. Prowadziłem ich. Nie mogłem sobie pozwolić na najmniejszy błąd. Moje potknięcie kosztowałoby nas wszystkich życie.

Nagle pod nogami wyczułem stopień i byłbym stracił równowagę, gdyby nie „Julek”, idący za mną.

„Julek”, osiemnastolatek. Kilka dni temu miał urodziny. Nasz najlepszy strzelec — chwalił się, że ma swojego Mausera jeszcze po ojcu — a jednocześnie największy chojrak, jakiego świat widział. Zawsze pierwszy na barykadzie, pierwszy w szeregu i chętny do walki. Gdyby mógł, rzuciłby się na Niemców z gołymi rękami.

— W porządku? — usłyszałem jego głos. Kiwnąłem głową, choć w tunelu było zbyt ciemno, by „Julek” to zobaczył. Przytrzymał mnie w ostatniej chwili. Bez jego szybkiej interwencji wpadłbym do wody.

— Uwaga… — ostrzegłem cicho resztę. Sam starałem się wymacać nogą stopnie. Natrafiłem na jeszcze dwa. Ruszyliśmy gęsiego ciemnym korytarzem, uważając, by stukot naszych butów o posadzkę nie narobił zbyt wiele hałasu.

W tym momencie go dostrzegłem — właz! Bijące od niego nikłe światło było jak znak zesłany z niebios, jak promyk ostatniej nadziei, jak otrzymanie jeszcze jednej szansy na życie. Reszta też go dostrzegła. Za plecami słyszałem ich coraz szybsze i donośniejsze kroki. Każdy przebierał nogami, pragnąc znaleźć się już przy drabince. Celowo zwolniłem, by wyhamować ich entuzjazm. Najpierw należało się upewnić, czy gdzieś po drodze nie pomyliliśmy drogi, czy rzeczywiście dotarliśmy do odpowiedniego włazu.

W końcu spocony, skulony i oblepiony wszelkimi nieczystościami dowlokłem się do drabinki. Ostatnie kroki stawiałem już na palcach. Gdyby się okazało, że nad nami są Niemcy… Nie mogłem pozwolić, aby nas usłyszeli. Właz był otwarty. Oczami wyobraźni widziałem czekających na górze i wiwatujących na naszą cześć mieszkańców Śródmieścia. Najbardziej na świecie pragnąłem być już wśród nich, odpocząć przez chwilę, może nawet znalazłoby się coś do jedzenia. Albo woda… Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz piłem wodę.

Podszedłem do drabinki, lecz niespodziewanie w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka. Coś kazało mi zastygnąć w miejscu, a moja osłabiona chwilowo czujność nagle się wyostrzyła.

Gdzie inni powstańcy, którzy powinni czekać już na nas przy włazie? Dlaczego było tak cicho? Przecież mówili, że w Śródmieściu nie ma jeszcze Niemców, że ludzie żyją tu w miarę normalnie, jakby nie było żadnego powstania. Coś ewidentnie było nie tak.

Co robić… Co robić…

Dałem znak „Julkowi”, a chłopak natychmiast mnie wyminął. Gestem ręki pokazałem pozostałym, żeby się cofnęli. W świetle bijącym z góry widziałem ich pełne napięcia i wyczekiwania spojrzenia. Brudni, zmęczeni, wymizerniali, z twarzami oblepionymi błotem, wyglądali jak nędzarze, którzy przed wojną okupowali warszawskie rynsztoki. Dostrzegłem też ją. Nasze spojrzenia na moment się spotkały. Miałem ochotę dać jej jakiś znak, zapewnić, że wszystko będzie dobrze, lecz chyba sam zbytnio w to nie wierzyłem.

„Julek” bezszelestnie prześlizgnął się do drabinki. Położył stopę na pierwszym szczeblu. Starając się nie wydać żadnego dźwięku, wszedł na górę. Trwało to całą wieczność. Każda sekunda była minutą, każda minuta — godziną.

Wreszcie z góry dobiegł mnie jego młodzieńczy głos.

— Czysto.

Odetchnąłem z ulgą. Ruszyłem do przodu, pragnąc czym prędzej wydostać się z tych przeklętych kanałów.

Wtedy nad moją głową rozległ się krzyk. A potem seria strzałów. Zamarłem, nie byłem w stanie się poruszyć. Nie widziałem nic oprócz ciała „Julka”, które z hukiem przywaliło o posadzkę kanału.

Nagle… pisk! Krzyk! Seria z karabinu! Woda… chlupot wody… Niemcy!

— Wycofać się! — krzyknąłem tak głośno, na ile tylko pozwalały mi płuca. Sam rzuciłem się do ucieczki.

Uciekałem, wszyscy uciekali. Dokądkolwiek. Przed siebie. Kule świstały mi koło uszu, odbijały się od ścian kanału, raniły ludzi wokół mnie.

Potknąłem się. Coś leżało pod nogami. Ciało! Mnóstwo ciał! Seria z karabinu nie ustawała. Chciałem tylko się wydostać. Chciałem…

Granat!

Huk był niewyobrażalny. Miałem wrażenie, że coś w mojej głowie wybuchło i rozerwało ją od środka. Na moment straciłem słuch. Wszędzie wybrzmiewał pisk — przeraźliwy i ostry, który dzwonił mi w uszach. Miotałem się rozpaczliwie od prawej do lewej, obijając się o ściany.

Gdzie ona jest? Gdzie ona… Musiałem ją odnaleźć! To było w tym momencie najważniejsze. Byle tylko się do niej dostać! Tylko ją ocalić! Wyciągnąć stąd! Wyciągnąć…

Pobiegłem. Nie wiedziałem dokąd. Szukałem jej. Szukałem… Nagle wpadłem na kogoś, odbiłem się, upadłem.

Woda zalała mi obraz tak gwałtownie, że do reszty straciłem rozeznanie. W jednej chwili ucichły paniczne krzyki i nawoływania, jakby ktoś jednym kliknięciem wyłączył światło. Jakieś obrazy przewijały mi się przed oczami, lecz nie poznawałem nikogo ani niczego. Popadłem w całkowite odrętwienie. Nie wiedziałem, jak długo to trwało. Może sekundę… A może całą wieczność.

A więc to koniec. Tak właśnie wygląda śmierć. W końcu i do mnie odnalazła drogę. Tyle razy wcześniej miała ku temu okazję, a udało jej się to dopiero tu — w śmierdzących kanałach. Umierałem. A może już umarłem? Dryfowałem, jak te wszystkie ciała, które mijaliśmy po drodze. Byłem jednym z nich. Byłem…

I wszystko… Wszystko…

„Stokrotka”

— „W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny…”

— „W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny…”

— „…Królowej Korony Polskiej…”

— „…Królowej Korony Polskiej…”

— „…kładę swe ręce na ten Święty Krzyż, znak Męki i Zbawienia”.

Otworzyłam usta, lecz nie wydobył się z nich nawet najmniejszy dźwięk. Krew momentalnie napłynęła mi do policzków i rozpaliła je ognistą czerwienią.

Wiedziałam, że tak będzie…

Choć przez ostatnie kilka dni powtarzałam tę formułę chyba z tysiąc razy, gdy przyszło co do czego, i tak załamał mi się głos. Moment składania przysięgi wojskowej był na tyle stresujący, że na samą myśl o nim czułam nieprzyjemny ucisk w okolicach żołądka. Nie pomogło powtarzanie tekstu na głos ani uczenie się go na pamięć. Moje nerwy sięgały zenitu.

Stojący przede mną porucznik „Kruk”, ubrany w wyświechtany płaszcz, tak daleki od pięknych oficerskich mundurów noszonych przed wojną, widząc moje zdenerwowanie, zamilkł i czekał.

Odchrząknęłam i pospiesznie powtórzyłam jego słowa.

— „Przysięgam być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczpospolitej Polskiej…”

— „Przysięgam być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczpospolitej Polskiej…”

— „…stać nieugięcie na straży Jej honoru…”

— „…stać nieugięcie na straży Jej honoru…”

— „…i o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił, aż do ofiary mego życia”.

— „…aż do ofiary mego życia” — powtórzyłam nieco ciszej, starając się pojąć znaczenie tych słów.

Dotarło do mnie, że nie ma już odwrotu. Że cokolwiek od teraz zrobię, zrobię dla Polski. Do tej pory te słowa nie miały aż tak dramatycznego wydźwięku, jednak dopiero gdy wypowiedziałam je na głos, nabrały na tyle realnego znaczenia, że gdzieś w głębi serca poczułam lęk.

— „Prezydentowi Rzeczpospolitej i rozkazom Naczelnego Wodza oraz wyznaczonemu przezeń Dowódcy Armii Krajowej będę bezwzględnie posłuszny, a tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało”.

— „Tak mi dopomóż Bóg…” — dokończyłam, a w kącikach moich oczu zalśniły łzy.

A więc to już — definitywnie i nieodwracalnie jestem żołnierzem Wojska Polskiego.

— „Przyjmuję Cię w szeregi Armii Polskiej, walczącej z wrogiem w konspiracji o wyzwolenie Ojczyzny” — recytował dalej „Kruk”. — „Twoim obowiązkiem będzie walczyć z bronią w ręku. Zwycięstwo będzie twoją nagrodą, zdrada karana jest śmiercią”.

Wpatrywałam się ze skupieniem w porucznika, chłonąc każde wypowiedziane przez niego słowo. Ręce nadal mi drżały, a w gardle czułam ścisk, jakby tkwiła tam wielka gula.

Mężczyzna dokończył formułę przysięgi i po raz pierwszy się uśmiechnął.

— Gratulacje, od dzisiaj jest pani żołnierzem Armii Polskiej walczącej w konspiracji.

Serce zabiło mi szybciej. Byłam z siebie taka dumna. Kątem oka zerknęłam na Basię, która stała za moimi plecami i szczerzyła do mnie zęby.

— Niedługo przejdzie pani szkolenie ogólnowojskowe i sanitarne — kontynuował porucznik. — Z tego, co się dowiadywałem, ma pani zostać łączniczką. Jeszcze nie wiadomo, do kogo panią przydzielą, dlatego bardzo proszę pilnować skrzynek kontaktowych.

Pokiwałam gorliwie głową. Przez cały czas czułam na policzkach ognisty rumieniec.

— Zadania będzie pani otrzymywać przez obecną tu kapral „Baśkę”. — Porucznik wskazał na koleżankę. — I tylko przez nią może się pani kontaktować. Na razie podlega pani rozkazom dowództwa. Jakieś pytania?

Czy miałam jakieś pytania? Ba, całe mnóstwo. Po mojej głowie krążyły tysiące niespokojnych myśli. Skrajne emocje targały mną jak rozpostartym żaglem na wietrze. Od euforii po strach, od zapalczywości po zawahanie. Przede wszystkim miałam ochotę zapytać porucznika, czy dobrze robię. Czy cała ta nasza walka ma sens. Przecież nie chciałam ginąć — chciałam tę wojnę przeżyć, mieć jeszcze szansę czegoś doświadczyć, skończyć studia, założyć rodzinę. Składając przysięgę i wstępując w szeregi Armii Krajowej, wpisywałam się niejako na listę osób pierwszych do odstrzału. Czy ojczyzna naprawdę tego ode mnie wymagała?

— Nie, panie poruczniku. — W moim głosie nie było słychać ani cienia przekonania.

— W takim razie to wszystko. — Mężczyzna szybkim ruchem uścisnął moją dłoń. — W ciągu kilku dni dostanie pani dalsze instrukcje.

„Kruk” odwrócił się. Już chciał opuścić zaplecze mokotowskiego zakładu fotograficznego, który od kilku tygodni służył nam za punkt kontaktowy, gdy zatrzymał się w pół kroku.

— Zapomniałbym. Jaki pseudonim pani wybrała?

— „Stokrotka” — odpowiedziałam, tym razem zdecydowanym głosem.

Na ustach porucznika pojawił się ledwo dostrzegalny uśmiech.

— Dobrze. Proszę zatem czekać na dalsze rozkazy.

„Kruk” zerknął jeszcze na korytarz, aby sprawdzić, czy nie ma tam nikogo niepożądanego. Następnie opuścił pomieszczenie. Przez chwilę się zastanawiałam, jakby to było, gdyby przysięga miała bardziej uroczysty charakter — płaszcz porucznika rzeczywiście był galowym mundurem oficerskim, a Zakład Fotograficzny „Sykulski i Syn” odświętną salą z wywieszoną w naczelnym miejscu polską flagą.

Uroczysty czy nie, jedno było pewne — tego momentu nie zapomnę już do końca życia.

— Gratulacje! — Basia, cała w skowronkach, podbiegła do mnie. — Od teraz jesteś prawdziwym żołnierzem!

Koleżanka objęła mnie i ucałowała w policzek. Po jej minie rozpoznałam, że liczyła na podobny wybuch radości z mojej strony. Ja jednak nadal zachowywałam kamienną twarz.

— Ej, co jest? Nie cieszysz się?

— Pewnie, że się cieszę. I to jeszcze jak, ale…

— Ech, jakie znowu „ale”?

— Myślisz, że ja na pewno się do tego nadaję?

Koleżanka przewróciła oczami.

— No bo, zobacz, ani nie umiem strzelać, ani rzucać granatem, ani…

— Połowa z nas nie umie! — wykrzyknęła Basia, jakby to było coś oczywistego.

— Wojna to nie zabawa — odrzekłam moralizatorsko. — Ja nawet nigdy nie miałam broni w ręku. Nie wydaje ci się, że żołnierzami powinny być tylko te osoby, które faktycznie się do tego nadają? Które wiedzą, jak się zachować w trudnych sytuacjach, potrafią się posługiwać bronią…

— Och, daj już spokój. Przecież przejdziesz szkolenie, wszystkiego cię nauczą. Poza tym słyszałaś, co powiedział „Kruk”. Masz być łączniczką. Do tego nie musisz umieć strzelać.

— Ale dobrze, jakbym jednak umiała.

— Przecież nie wysyłają cię od razu na front. Na początek będziesz dostawać bardzo łatwe zadania. Jakiś meldunek do przekazania, list, dokumenty. Później, jak się sprawdzisz, będziesz przenosić inne rzeczy. Coś cięższego, większego. Broń na przykład. Ale do tego musisz mieć doświadczenie. Musisz być dobra.

— Taa… Poczekaj tylko, aż Niemcy mnie złapią. Pewnie spanikuję i wyśpiewam im wszystko jak z nut. Pseudonimy, hasła…

— Więcej wiary w siebie, dziewczyno. — Basia poprowadziła mnie ku wyjściu. — Jestem pewna, że w momencie największej próby poradzisz sobie znakomicie.

— Mhm, już to widzę. Patrol pyta mnie o dokumenty, a ja od razu pokazuję im wszystkie listy i meldunki, które mam w torbie — krakałam dalej, dając się prowadzić przez główne pomieszczenie zakładu fotograficznego. Siedzący za ladą stary pan Sykulski wyjrzał na nas zza grubych szkieł okularów, po czym niewzruszony wrócił do czyszczenia soczewki aparatu. Basia pomachała mu na pożegnanie i pchnęła mnie ku wyjściu.

Drzwi zabrzęczały sygnałem oznaczającym nadejście klienta, gdy opuszczałyśmy zakład. Zazwyczaj ruchliwa ulica Puławska, którą Niemcy w trzydziestym dziewiątym przemianowali na Feldherrnallee — Aleję Wodzów — teraz znacznie przygasła. Ludzie pozałatwiali już swoje sprawy i pochowali się do domów, sklepy pozamykano, w oddali tylko majaczył niemiecki patrol. Nic dziwnego, dochodziła dwudziesta. Wkrótce godzina policyjna. Słońce już dawno schowało się za horyzontem. My też powinnyśmy się pospieszyć, jeśli nie chcemy skończyć na Pawiaku.

— A wiesz, jak należy się zachować w takiej sytuacji? — mówiła dalej Basia, gdy ruszyłyśmy chodnikiem w stronę przystanku tramwajowego. — Jak zatrzyma cię patrol? Musisz tylko użyć swojego kobiecego wdzięku.

— Ha, niby jak? Mam zatrzepotać rzęsami albo zarzucić włosami?

— Otóż to. Miałam kiedyś taką sytuację, słuchaj no tylko. Zaczepił mnie raz jeden Niemiec w tramwaju. Jechałam wtedy na Żoliborz, miałam dostarczyć peema na ćwiczenia ze strzelania. To była ulica Bonifraterska. A może Mickiewicza? Nie pamiętam. W każdym razie zauważyłam, że ten Niemiec przez cały czas się gapi na moją torbę. Od razu się domyśliłam, o co chodzi, ale przecież nie mogłam dać tego po sobie poznać. W końcu do mnie podszedł. Ze strachu myślałam, że zaraz zemdleję… I wtedy wpadłam na pewien pomysł. Pamiętam, że było bardzo ciepło, wszyscy wokół się wachlowali, to i ja zaczęłam udawać, że zrobiło mi się słabo. Że duszno i takie tam. Niemiec, no nie powiem, zachował się jak prawdziwy dżentelmen. Wysiadł ze mną na najbliższym przystanku i zaoferował, że przyniesie mi wodę. Poszedł do kawiarni obok, a kiedy wrócił… — Basia rozłożyła ręce. — Mnie już nie było.

— To musiał być bardzo, bardzo naiwny Niemiec — powiedziałam, podkreślając słowo „bardzo”.

— Sama zobaczysz, że tacy zdarzają się dość często. Zwłaszcza gdy mają do czynienia z pięknymi Polkami. — Basia zarzuciła kokieteryjnie swoimi złotymi lokami, aż przechodzący z naprzeciwka mężczyzna powiódł za nią wzrokiem. — Poza tym nawet nie wiesz, jaki człowiek potrafi być kreatywny w momencie zagrożenia. Pewnie jeszcze nie raz się o tym przekonasz.

Dotarłyśmy do przystanku i w tym samym momencie nadjechał nasz tramwaj. Warszawska dziewiątka jak zwykle była wypchana po brzegi. Ludzie tłoczyli się jeden przy drugim, wychylali przez okna, stali na stopniach i buforach. Jazda „na winogrono”, jak zwykło się mawiać. Każdy pragnął przed godziną policyjną dotrzeć do własnego domu.

Wgramoliłyśmy się do środka i zajęłyśmy miejsce tuż przy łańcuchu oddzielającym część polską od niemieckiej. Biała tabliczka z napisem „Nur für Deutsche” kołysała się i skrzypiała w rytm poruszania się tramwaju. Takich samych tabliczek w mieście i poza nim było mnóstwo — i wciąż ich przybywało, w miarę jak Niemcy wymyślali dla nas kolejne obostrzenia. W dzieciństwie nigdy się nie uczyłam niemieckiego, lecz w ciągu ostatnich trzech lat musiałam przynajmniej załapać podstawy, podobnie jak tysiące stłamszonych przez okupację Warszawiaków.

Po niemieckiej stronie panowały niesamowity spokój i cisza. Siedziały tam tylko dwie osoby — mężczyzna w brązowym płaszczu, ze skórzaną teczką w dłoni, oraz starsza kobieta w wielkiej, futrzanej czapie na głowie. Z zaciekawieniem obserwowałam, jak odbywają swoją zwykłą, codzienną podróż po mieście, podczas gdy po drugiej stronie łańcucha jazda przypominała walkę o przetrwanie. Pasażerowie, stłoczeni niczym sardynki w puszce, deptali sobie po nogach, popychali i fukali na siebie ze złością. Nie wiem, co było gorsze — to czy spacer ulicami Warszawy i ryzyko, że zgarną cię gdzieś w łapance.

Przejechaliśmy przez Ujazdów, minęliśmy ustawioną przy głównej arterii szubienicę, której pilnował znudzony niemiecki żandarm. Martwe oczy wisielców zdawały się śledzić przechodniów. Każdy wiedział, że umieszczono ich tam specjalnie — jako przestrogę dla tych, którzy sprzeciwią się panującym niemieckim porządkom. Przekroczyliśmy Aleje i w końcu dotarliśmy do Nowego Światu. Tuż przed Krakowskim Przedmieściem tramwaj się zatrzymał. Ludzie gromadą wytoczyli się na zewnątrz niczym wielka fala zalewająca ulicę. Dalej pojazd odjechał praktycznie pusty.

— Uch, ale jazda… — sapnęła Basia, poprawiając loki.

— Przynajmniej bilety nie są drogie.

— Hej, tak mi się teraz przypomniało, ładny ten twój pseudonim. „Stokrotka”, pasuje ci. I „Krukowi” chyba też się podobało.

Przed oczami stanęła mi poważna twarz porucznika, okraszona słabym uśmiechem, kiedy usłyszał, jaki pseudonim sobie wybrałam.

— Może dobrze mu się kojarzył. Z jakąś dawną miłością z czasów szkolnych, której przynosił bukiet stokrotek po lekcjach.

— Zakochany porucznik „Kruk”… — Basia wzdrygnęła się i obie zachichotałyśmy. Po chwili zapytała: — Dlaczego właściwie „Stokrotka”? To twój ulubiony kwiat?

— Hmm, pamiętasz Antka Wojciechowskiego? Opowiadałam ci o nim.

— Tego twojego chłopaka?

Serce mi zadrżało na wspomnienie mojej pierwszej miłości. Antka znałam jeszcze ze szkoły. Kochaliśmy się. Pewnie gdyby nie wojna, teraz bylibyśmy już małżeństwem.

— Antek tak o mnie mówił. Nazywał mnie swoją stokrotką.

— Ładnie — szepnęła Basia, wyczuwając moje przygnębienie.

Antek zginął dokładnie dwudziestego kwietnia 1941 roku. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj.

*

Po długiej zimie — śnieg padał jeszcze na początku kwietnia — kiedy wreszcie nadeszła wiosna, ja i Antek umówiliśmy się na pierwszy w tamtym roku spacer. Mieliśmy się spotkać przy Moście Poniatowskiego, przejść wzdłuż wybrzeża, a na koniec posiedzieć jeszcze trochę nad Wisłą. Dotarłam na miejsce o umówionej porze. Antek już na mnie czekał. Miał na sobie tę swoją brązową kurtkę — moją ulubioną, wieczorami często mi ją pożyczał. Dostrzegł mnie i od razu się uśmiechnął. Pamiętam jego uśmiech. Potrafił rozświetlić mi dzień niczym ciepły, letni poranek.

Nagle ze wszystkich stron nadjechały ciężarówki. Ulica w mgnieniu oka zaroiła się od żołnierzy w szarych mundurach, z karabinami wymierzonymi w niczego nieświadomych przechodniów.

— Niemcy! — krzyknął ktoś z zebranych i wszyscy rozpierzchli się na boki.

Chciałam biec do Antka, lecz przerażony tłum napierał w przeciwną stronę i nie pozwalał mi się do niego przedostać. Jakaś kobieta złapała mnie za ramię. Coś do mnie krzyczała, ale nie słyszałam ani jednego słowa. Mimo protestów wepchnęła mnie do bramy, którą natychmiast zamknięto. Przez małe okienko w drzwiach widziałam jeszcze, jak Antek usiłuje biec w moją stronę, jednak Niemcy byli wszędzie. Otoczyli go wraz z kilkunastoma innymi osobami i zapędzili pod ścianę.

— Hände hoch! — wrzasnął jeden z Niemców i wszyscy bez sprzeciwu unieśli ręce. Torby z zakupami i ich zawartość potoczyły się po chodniku. Dzieci płakały, przerażone matki zasłaniały je własnymi ciałami, niektórzy powtarzali pod nosem ciche modlitwy.

Antek przez cały czas stał spokojnie z rękami uniesionymi wysoko ku górze, patrząc w moją stronę. Nie byłam w stanie powstrzymać łez. Przeczuwałam, co zaraz nastąpi. Ludzie wokół mnie też płakali. Może oni również mieli kogoś po drugiej stronie tych cholernych drzwi, które w tamtej chwili były jedynym, co chroniło nas przed aresztowaniem.

Niemiecki oficer przeszedł wzdłuż ustawionych w szeregu ludzi. Mierzył ich wzrokiem, jakby samym spojrzeniem decydował, kogo zachować przy życiu, a kogo skazać na śmierć. Na jego rozkaz otwarto tylną klapę ciężarówki i lufami karabinów zaczęto wpychać przerażonych ludzi na pakę.

Antek nadal stał niewzruszony na swoim miejscu. W pewnym momencie wykonał nieznaczny ruch ręką, tak jakby chciał posłać mi całusa. Natychmiast zrozumiałam, co to znaczy. Miałam ochotę krzyczeć, powstrzymać go. Wyrywałam się do przodu, a świadomość, że nic nie mogę zrobić, zalewała mnie od stóp do głów niczym zimna fala.

Nagle mój chłopiec pchnął jednego z Niemców, przedarł się przez tłum i puścił się biegiem wzdłuż ulicy. Gdyby tylko zdołał minąć róg budynku, mogłoby mu się udać. Żołnierze straciliby go z oczu, musieliby go gonić, a to dałoby mu szansę na schowanie się w którejś z bram.

Pojedynczy strzał w plecy przekreślił jego misterny plan.

Przez łzy widziałam tylko zarys martwego ciała, przyodzianego w brązową kurtkę, oraz kałużę krwi na ulicy, coraz większą i większą.

Tak właśnie straciłam ostatnią bliską mi osobę.

*

— Dobrze się czujesz? — Niczym z zaświatów dobiegł mnie pełen niepokoju głos Basi. Nie byłam w stanie odpowiedzieć. Żal zbyt mocno ścisnął mi gardło. — Ech, przypomniałaś sobie, co?

Pokiwałam głową, na co koleżanka objęła mnie ramieniem, łącząc się ze mną w bólu.

Dotarłyśmy do miejsca, w którym nasze drogi miały się rozejść. Basia skręcała w prawo, gdzie dosłownie za rogiem mieściła się kamienica, w której mieszkała wraz z matką i narzeczonym. Ja natomiast zmierzałam w przeciwnym kierunku, na kolejny przystanek tramwajowy.

— Jeszcze raz gratuluję, żołnierzu — szepnęła koleżanka i mrugnęła do mnie porozumiewawczo. — I pamiętaj o skrzynkach kontaktowych.

Pomachałyśmy sobie na pożegnanie, po czym każda ruszyła w swoją stronę. Nie miałam daleko, mój przystanek mieścił się na tej samej ulicy. Dotarłam na miejsce niecałą minutę później. Tramwaj, który nadjechał, był niemalże pusty, co stanowiło miłą odmianę po poprzednim przejeździe.

Wsiadłam i zajęłam miejsce przy oknie. Przede mną siedziała dziewczyna, mniej więcej w moim wieku. Na ramieniu miała wielką torbę, którą oparła sobie o kolana. Widać było, że jest ciężka. Nie wiem, co się w niej znajdowało, ale na pewno nie były to żadne babskie fatałaszki. Nie miałam wątpliwości — to była łączniczka. Niemcy zapewne też by ich nie mieli, gdyby akurat postanowili przeprowadzić rewizję. Tyle że ich tu nie było. Dziewczyna wybrała idealny moment na przewóz powierzonych materiałów — tuż przed godziną policyjną, gdy zapadał zmrok, a żandarmom nie chciało się już sprawdzać tramwajów. Przyjrzałam się jej z ukosa. Miała niezwykle skupioną twarz, wręcz kamienną. Nie dostrzegłam na niej żadnych oznak strachu ani zdenerwowania. Zastanawiałam się, czy ja też taka będę. Czy nawet w obliczu zagrożenia zdołam zachować taki sam spokój i opanowanie.

To nie tak, że nie chciałam wstąpić w szeregi Armii Krajowej. Chciałam, i to bardzo, odkąd tylko zaczęłam uczęszczać na tajne komplety, gdzie poznałam Basię. To ona mnie w to wciągnęła. Córka oficera — podpułkownika, poległego podczas wojny polsko-bolszewickiej. W konspirację była zaangażowana od samego początku, miała to we krwi. A ja… cóż. Ja byłam inna.

Zbyt wiele śmierci widziałam w życiu, żeby ją lekkomyślnie traktować. Zresztą nie chciałam wcale umrzeć — kto by chciał? Trzeba być szaleńcem, żeby pragnąć śmierci. Znałam swoje możliwości i wiedziałam, że na pewno nie jestem stworzona do biegania z bronią po mieście i strzelania do Niemców, tak jak Basia. Od dawna uważałam, że dowódcy zbyt łatwo szafują życiem młodych ludzi, tak chętnych do walki i tak zapalczywych w działaniu. Włos się jeżył na głowie od tych wszystkich historii, które czasami opowiadała koleżanka. Jedna z nich szczególnie zapadła mi w pamięć. Jej oddział dostał rozkaz wysadzenia pociągu, którym podróżował jakiś niemiecki generał. Akcja czysto propagandowa, zakończona sukcesem. Ale czy na pewno? Odkrytych na wiadukcie kolejowym żołnierzy Niemcy powystrzelali jak kaczki. Połowa z nich nie wróciła do domu.

Ja chciałam walczyć nieco inaczej. Zamiast ryzykować życie przy każdej możliwej okazji, wolałam wykorzystać wiedzę zdobytą podczas tajnych kompletów i pomagać w szpitalach, zajmować się rannymi, ratować ludzkie życie. Chciałam być częścią czegoś ważnego. Szczerze nienawidziłam Niemców — nienawidziłam tego, że panoszą się po mieście, jakby byli u siebie, ale otwartą walkę wolałam zostawić prawdziwym żołnierzom. Ja zdecydowanie się do tego nie nadawałam. Jeśli już miałam zginąć, chciałam, żeby moja śmierć nie poszła na marne — żeby ktoś inny dzięki mnie przeżył.

Cieszyłam się, że zostanę łączniczką. Że będę przenosić meldunki, od których być może zależeć będzie los wielu ludzi. Już sobie wyobrażałam: zaciemnione pomieszczenie, wszędzie dym papierosowy, atmosfera strachu i wyczekiwania, oficerowie pochyleni nad stołem dyskutują o czymś zawzięcie. I wtedy zjawiam się ja — z torebką na ramieniu, w której pomiędzy małym lusterkiem a czerwoną szminką spoczywa niepozorna koperta. Wreszcie wyraz twarzy majora, który z bijącym sercem odczytuje meldunek, a następnie wzruszonym głosem szepce: „Polska jest uratowana”.

To była utopijna wizja, niemożliwa do zrealizowania, niemniej jednak czułam, jak wielki ciężar odpowiedzialności na mnie spoczywa. Jeszcze raz spojrzałam na siedzącą przede mną dziewczynę, a w moim sercu rósł coraz większy podziw oraz cicha duma, że być może ja też niedługo taka będę.

Tramwaj numer dwadzieścia siedem powoli przekraczał Wisłę. Przez zaparowane okno obserwowałam, jak nurt pcha ją silnie naprzód. Ta sama fala, która jeszcze niedawno była małym strumykiem, za niedługo przepłynie przez całą Polskę i dotrze do samego morza. O tej porze roku i przy takiej pogodzie Wisła wyglądała jak smoła — czarna i groźna. Po lewej stronie rzeki światła dryfujących łodzi rybackich przypominały błędne ogniki, wiodące wędrowców na zatracenie. Z kolei po prawej, przez dzikie zarośla porastające plażę, przedzierała się coraz gęstsza mgła.

Dojechaliśmy do Parku Skaryszewskiego i ostatni pasażerowie wytoczyli się na ulicę. Wśród nich ja oraz domniemana łączniczka. Dopiero teraz zauważyłam, że dziewczyna jest niska, przez co torba, którą podczas jazdy trzymała na kolanach, wydawała się nieproporcjonalnie duża. Gdyby Niemcy tu byli, z pewnością zwróciliby na to uwagę. Dziewczyna zarzuciła ją sobie dziarsko na ramię i pomaszerowała w swoją stronę.

Życząc jej w myślach powodzenia, ruszyłam prędko ulicą Francuską w kierunku domu. Zrobiło się ciemno, jedynie w świetle ulicznych latarni widać było nierówności chodnika, które starałam się omijać. W pewnym momencie zauważyłam idący w moją stronę niemiecki patrol.

— Ausgangssperre1. — Jeden z żandarmów postukał palcem w zegarek na ręku.

— Wiem, wiem. Mieszkam za rogiem — odparłam, nie zastanawiając się nawet, czy Niemiec mnie rozumie. Nie miałam daleko. Minąwszy kilka przecznic, dotarłam do mojego skrzyżowania.

Duży, biały dom przy ulicy Obrońców 32 wybudował w 1929 roku mój dziadek — jeden z najbardziej cenionych warszawskich dentystów okresu przedwojennego. Niestety, nie doczekał ukończenia prac — zmarł, zanim się wprowadziliśmy. Mój tata, który po śmierci ojca przejął jego praktykę, urządził swój gabinet na parterze. Jego pacjenci stanowili prawdziwą śmietankę Warszawy — piękne damy w wielkich kapeluszach, dostojnicy w garniturach. Jako dziecko obserwowałam, jak luksusowymi samochodami i obitymi w skórę dorożkami podjeżdżają pod nasz dom. Pamiętam, jak raz ojciec posadził mnie na fotelu. Kazał mi otworzyć buzię, wziął wielkie szczypce, a sekundę później zobaczyłam w nich własnego zęba. Bolało, ale nie płakałam. Tata pochwalił mnie wtedy i powiedział, że jestem jego najdzielniejszą pacjentką.

Kilka lat później zachorował na zapalenie płuc. Jego stan był beznadziejny, lekarze rozkładali ręce. Zmarł, kiedy miałam trzynaście lat. Zostałyśmy z mamą same.

Nie wiem, która z nas bardziej przeżyła jego śmierć. Dla mnie w jednej chwili zakończyło się moje dzieciństwo. Musiałam dorosnąć, zająć się domem i mamą, która wymagała stałej opieki. Do tej pory ciężar dbania o rodzinę spoczywał na barkach ojca, lecz kiedy go zabrakło, przejęłam wszystkie jego obowiązki.

Jak przez mgłę przewijają mi się w głowie obrazy mamy sprzed lat — bawiącej się ze mną w ogrodzie albo czytającej książkę na dobranoc. Pamiętam jej śmiech… Później w domu zapadła cisza. Jej oczy z biegiem lat stawały się coraz bardziej smutne i nieobecne. Lekarze wielokrotnie ją badali, tata — jeszcze za życia — sprowadzał najlepszych specjalistów z całego kraju. Wtedy jej stan na krótko się poprawiał, lecz niebawem znów popadała w apatię. Mówiono, że to „choroba duszy”. Byłam zbyt mała, żeby to zrozumieć, lecz z czasem pojęłam, że w jej życiu musiało wydarzyć się coś, co zmieniło ją na zawsze. Mama żyła w swoim świecie, do którego nikt oprócz niej nie miał dostępu. Chciałam tylko wierzyć, że chociaż w tym świecie jest szczęśliwa.

Po śmierci ojca dom był zdecydowanie zbyt duży jak na dwie osoby. Pokoje stały puste, a każdy drobny dźwięk usłyszany w nocy wywoływał we mnie drżenie serca. Pieniądze z ubezpieczenia szybko się skończyły, mama nie mogła pracować, a ja przygotowywałam się do matury. Musiałam pomyśleć o wynajmie.

Pierwsi lokatorzy pojawili się jeszcze przed wojną — to byli studenci, wyjątkowo hałaśliwi, ale przynajmniej miałam poczucie, że w domu ktoś jest. Potem przyszli kolejni — rodziny z dziećmi, robotnicy, artyści. Przez krótki czas, już podczas okupacji, mieszkała u nas nawet prostytutka, która mimo swojej profesji okazała się niezwykle odważną kobietą. To właśnie ona pewnej feralnej nocy uratowała sąsiadów, kiedy Niemcy zrobili nalot na ich dom. Tak skutecznie omotała niemieckiego oficera, że ten, zamiast przesłuchiwać przerażonego sąsiada, resztę nocy spędził w pokoju tuż nad moją sypialnią. W czterdziestym pierwszym roku ukrywało się też u nas dwóch polskich skoczków z Anglii, a jeszcze wcześniej — żydowska rodzina. Obecnie lista lokatorów prezentowała się następująco: pani Krystyna Grochowska, energiczna kobieta o wyjątkowym talencie kulinarnym, Halina Paczewska z kilkuletnim synkiem, Kaziem, której mąż, oficer Wojska Polskiego, przebywał w sowieckiej niewoli, oraz folksdojcz, Alfred Muttke. Tego ostatniego zdecydowałam się przyjąć mimo wyraźnego sprzeciwu reszty. Pan Muttke nie był groźny — wręcz przeciwnie, sprawiał wrażenie człowieka wyjątkowo spokojnego i bojaźliwego, który na dźwięk niemieckiej ciężarówki chował się pod łóżko. Liczyłam też na to, że obecność folksdojcza w domu uchroni nas przed ewentualną rewizją.

Przekroczyłam furtkę, spoglądając na wyryte na frontowej ścianie ślady po bombach i odłamkach. Były niczym w porównaniu z tym, co stało się u sąsiadów. Większość domów nie przetrwała nalotów na Saską Kępę. Nasz ostał się jako jeden z nielicznych.

Weszłam po schodach i odnalazłam w torebce klucz. W środku powitały mnie znajoma cisza oraz ciemność jak w grobowcu. Reszta domowników pewnie siedziała w swoich pokojach. Po omacku przeszłam do kuchni, gdzie po chwili udało mi się zapalić lampę karbidową. Dopiero w jej świetle dostrzegłam na stole małe zawiniątko. Pani Grochowska, jak każdego wieczora, zostawiła mi coś na kolację. Tym razem były to dwie kromki czarnego chleba, zwanego popularnie dźwiękowcem, posmarowane marmoladą — a raczej niemiecką pseudomarmoladą o obrzydliwym buraczanym smaku — a do nich… No proszę. Kawałek pieczonego mięsa. Nieoceniona pani Grochowska. Mimo iż czarnorynkowe ceny rosły z dnia na dzień, a słowo „zakupy” przestało funkcjonować już dawno temu, zaradna gospodyni zawsze potrafiła wyczarować coś z niczego. I nawet nie potrzebowała do tego książki Sto potraw z ziemniaków2. Co ja bym bez niej zrobiła…

W domu było zimno. Mały piecyk, zwany potocznie kozą, stał w kuchni. Paliliśmy w nim, czym się tylko dało — drewnem, gazetami, najczęściej „Nowym Kurierem Warszawskim”, przez Warszawiaków nazywanym kurwarem, który czytywał pan Muttke. Pokoje na piętrze pozostawały nieogrzane. W najgorsze dni, kiedy z zimna nie dało się spać, brałam pierzynę, schodziłam na dół i rozkładałam się przy piecu. Na razie mrozów jeszcze nie było, zima miała dopiero nadejść. Zjadłam skromną kolację i opatuliwszy się kocem, ruszyłam na górę.

Słysząc przejmujący płacz dziecka, zastygłam w miejscu. Natychmiast przypomniał mi się krzyk mamy w wielkim, pustym domu. Mama często krzyczała, zwłaszcza po śmierci taty. Wtedy zrywałam się z łóżka i do niej biegłam.

Po jej odejściu dom zamilkł. Długo czekałam, aż mnie zawoła, jednak jej głos nigdy więcej nie rozbrzmiał. Mimo to przez pierwsze miesiące nie byłam w stanie przespać ani jednej nocy w całości.

Mama zginęła jesienią 1940 roku — niedługo miną dwa lata. Była wtedy w szpitalu u św. Jana Bożego. Szłam do niej w odwiedziny, kiedy zatrzymała mnie jakaś kobieta. Powiedziała, że Niemcy wyprowadzają wszystkich pacjentów wraz z personelem na zewnątrz i rozstrzeliwują. Ostrzegała, żebym tam nie szła, lecz i tak zrobiłam swoje. Kiedy dotarłam na miejsce, było już po wszystkim. Niemcy zdążyli odjechać, a mieszkańcy okolicznych domów zbierali się przed wejściem, by pochować ciała. Dalej nie byłam w stanie iść. Zaszyłam się w jakiejś bramie, gdzie siedziałam do późnej nocy, dopóki nie znalazł mnie Antek.

Na wspomnienie tamtego dnia w moich oczach natychmiast stanęły łzy. Zamrugałam szybko, żeby je odpędzić, i weszłam do swojego pokoju.

Odstawiłam lampę i przewróciłam kartkę z kalendarza. Wielka, czerwona liczba informowała mnie, że jutro mamy 22 Oktober 1942. Czwartek. Musiałam iść do pracy.

Pracowałam właściwie od początku okupacji. W zakładzie szewskim, krawieckim, w Radzie Głównej Opiekuńczej, gdzie zbierałam informacje o rodzinach dotkniętych ubóstwem, którym należało pomóc. Zarobki może nie były wysokie, ale za to mogłam liczyć na codzienny, ciepły posiłek. Przez jakiś czas pomagałam też Antkowi, który na początku wojny zapisał się na szkolenie dla szklarzy, a później otworzył własny zakład. Niedawno zatrudniłam się w kawiarni przy ulicy Koziej, w miejscu dawnego lokalu „Pani Brzezińska”. Jej właściciel, pan Alojzy Makarewicz, był gorliwym patriotą. O jego związkach z AK nie mówiło się głośno, lecz każdy z pracowników się domyślał, że nasz szef działa w konspiracji. Odwiedzającym nas Niemcom nie szczędził alkoholu, a gdy ci słaniali się już na nogach, dawał cynk naszym. Zdarzało się, że kilku oficerów po wizycie w naszym lokalu zniknęło bez śladu. Ja sama zresztą miałam za zadanie obserwować Niemców, którzy do nas przychodzili. To było moje pierwsze nieoficjalne zadanie od Basi. Kto się z kim spotkał, na jak długo, co zamówił. Wyłapywałam strzępy rozmów po niemiecku i zapamiętywałam szczegóły.

Lubiłam tę pracę. Choć płacono niewiele, mogłam liczyć na hojne napiwki od niemieckich oficerów gustujących w blondynkach. Wystarczyło tylko trochę się pouśmiechać. Basia miała rację — Niemcy potrafili być bardzo naiwni. A ja potrzebowałam pieniędzy. Kończyłam tajne komplety, musiałam się uczyć.

Zastanawiałam się, jak rodzice zareagowaliby na wieść, że działam w konspiracji. Ojciec na pewno pękałby z dumy. Od dziecka starał się zaszczepić we mnie miłość do ojczyzny — uczył mnie historii Polski, czytał patriotyczne książki. Pamiętam, jak recytowaliśmy razem wierszyk: „Kto ty jesteś? Polak mały”. On pytał, a ja odpowiadałam. Często powtarzał, że nasi przodkowie nie bali się oddać życia za ojczyznę, gdy zachodziła taka potrzeba. Jego ojciec za udział w powstaniu styczniowym został zesłany na Sybir, skąd wrócił po dwudziestu pięciu latach, a dziadek poległ w powstaniu listopadowym. Byłam następna w kolejce. Kiedy ojczyzna wzywa, trzeba iść. To obowiązek przekazywany z pokolenia na pokolenie, nawet jeśli ceną miało być własne życie.

Z drugiej strony wciąż miałam w głowie słowa mamy. Wypowiedziała je pewnego razu po powrocie ze szpitala, kiedy jej stan na krótko się poprawił — na tyle, że była w stanie normalnie ze mną porozmawiać. To był niespokojny czas, coraz częściej mówiło się o nadchodzącej wojnie. Siedziała wtedy przy moim łóżku i czekała, aż zasnę.

— Musisz żyć, córeczko. Tak jak twoja mała siostrzyczka by żyła, gdy Pan Bóg nie zabrał jej do siebie. Pamiętaj, że życie to najpiękniejszy dar, jaki od Niego otrzymaliśmy. Nie zmarnuj go. Ja już nie potrafię, ale ty żyj. Żyj za nas obie.

Płomień karbidówki zamigotał nerwowo. Wstałam i zgasiłam lampę.

*

To wszystko było tak dawno temu. Miałam wrażenie, że minęły całe lata, odkąd złożyłam przysięgę i postawiłam swoje pierwsze kroki na ścieżce konspiracyjnej. Teraz zaś szykowaliśmy się do czegoś znacznie większego — do prawdziwego zrywu narodowego, który raz na zawsze miał nas wyzwolić spod niemieckiego jarzma. Do powstania.

Pierwsze hasło padło już kilka dni temu — mobilizacja! Zgodnie z rozkazem udałam się na Żoliborz, na ulicę Suzina 3. Było to niewielkie mieszkanie jednej z naszych koleżanek, której ojciec pracował w Banku Emisyjnym, działającym dla Niemców, więc lokal wydawał się z założenia najbezpieczniejszy. Na miejscu zastałam taki tłum, że z trudem mogłam przejść. Wszyscy byli tacy szczęśliwi. Przekrzykiwali się wzajemnie, nie kryjąc ekscytacji. Niektórzy nucili pod nosem patriotyczne piosenki.

Znalazłam wolny kąt, położyłam na podłodze moją torbę sanitarną, wypchaną po brzegi różnego rodzaju medykamentami, usiadłam i czekałam.

Kolejna wiadomość przyszła szybciej, niż się spodziewałam. O szesnastej do mieszkania wpadła łączniczka i ogłosiła, że mobilizacja została odwołana. Mamy wrócić do domów i czekać na dalsze rozkazy. Nikt z nas nie krył rozczarowania.

Takich momentów w ciągu ostatniego tygodnia było więcej. Czasem mobilizacja trwała zaledwie kilka godzin, czasem całą noc. Za każdym razem opuszczaliśmy lokal z tymi samymi minami, rozczarowani do granic. Byliśmy zmęczeni długim czekaniem. Powstanie i tak było nieuniknione. Rosjanie zbliżali się do prawego brzegu Wisły, a Niemcy, czując ich oddech na karku, pakowali się w popłochu i uciekali. Lepszego momentu nie mogło być. Niektórzy uważali nawet, że trzeba wziąć sprawy w swoje ręce i zaatakować już teraz, lecz byłaby to niesubordynacja. Czekaliśmy więc — pełni obaw i nadziei — aż do dziś, do pierwszego sierpnia 1944 roku, najważniejszego dnia w historii Warszawy, w którym wszystko miało się odmienić.

Mniej więcej o jedenastej rozległo się gwałtowne pukanie do drzwi. Nauczona przezorności, wytężyłam słuch. Takie pukanie nie zapowiadało wizyty gościa — było zbyt chaotyczne. Przez ułamek sekundy myślałam nawet, że to Niemcy, lecz oni waliliby do drzwi pięściami i już od progu wrzeszczeli: „Aufmachen!”. W tej sytuacji oznaczało tylko jedno — ważną wiadomość.

Zaniepokojona, zbiegłam po schodach i nacisnęłam klamkę. Przed wejściem stał chłopiec, na oko jedenasto-, dwunastoletni, w za dużym kaszkiecie na głowie i spodniach typu pumpy. Oddychał ciężko, minę miał taką, jakby właśnie goniło go gestapo.

— Dzisiaj! O siedemnastej! Godzina W! — wysapał, po czym wypadł przez furtkę i pognał w głąb ulicy.

Przez moment stałam nieruchomo, zastanawiając się nad jego słowami. Godzina W. Co to mogło oznaczać? Wojnę? Wybuch? Walkę? Wyzwolenie? Czy to na pewno dobry sygnał? A może kolejny fałszywy alarm, po którym rozczarowani rozejdziemy się do domów?

Pośpiech chłopaka świadczył jednak o tym, że sprawa jest poważna. Do tej pory o godzinach zbiórek informowano nas za pomocą skrzynek kontaktowych. Czy dowódca wysyłałby dziecko na ulice pełne Niemców, gdyby nie był świadomy powagi sytuacji?

Pogrążona w myślach weszłam powoli do domu i zamknęłam drzwi.

— Kto to był? — Z kuchni wychyliła się rumiana twarz pani Grochowskiej.

Spoglądałam na kobietę w milczeniu, jakbym celowo budowała napięcie.

— To chyba dziś — oznajmiłam, na co pani Grochowska szeroko otworzyła oczy.

— Wzywają panienkę?

Pokiwałam głową. Przez całe moje ciało przebiegł elektryzujący dreszcz, gdy dotarło do mnie, w obliczu jak wielkiej chwili stoję. Pani Grochowska chyba też to czuła, bo przycisnęła ręce do piersi i wyszeptała z przejęciem:

— To musi się panienka iść szykować. Jak najprędzej. Wziąć ciepłe ubranie i…

— Wszystko mam już przygotowane. — Zdałam sobie sprawę, że mój głos drży.

— Słusznie, nie wiadomo, ile to potrwa. Ponoć Niemcy są już słabi, ale te łajdaki na pewno tak łatwo nie odpuszczą i nie oddadzą nam miasta. Mój Boże, będziecie się bić za Warszawę. Za cały nasz kraj będziecie się bić. To nie tak powinno wyglądać, ach, nie tak.

— Lepiej już… — wydukałam, wskazując na schody.

— Tak, tak, idź się szykuj, dziecko, a ja ci przygotuję coś do jedzenia.

Ledwo powstrzymując wzruszenie, pani Grochowska pospieszyła do kuchni. Po chwili dobiegły stamtąd odgłosy otwieranych i zamykanych szafek. Ja tymczasem powlokłam się po schodach na górę, prosto do łazienki.

Długo stałam przed lustrem, wpatrując się w swoje odbicie nieprzytomnym wzrokiem. Godzina W. Czyli o siedemnastej padną pierwsze strzały, zaczną świstać kule, zginą ludzie. Być może będę wśród nich. Być może odbicie, które mam teraz przed sobą, widzę po raz ostatni. Moi koledzy wydawali się tacy szczęśliwi, że będą się bić za Warszawę. Nie mieli w sobie ani grama strachu. Dlaczego ja tak bardzo się bałam?

Odkręciłam kurek, jednak pociekło z niego zaledwie kilka kropli. Ciepłej wody w kranie nie mieliśmy już od dawna, a jak już w ogóle jakaś leciała, była lodowata i miała obrzydliwy, metaliczny posmak. Mimo to udało mi się umyć ręce. Wyobrażałam sobie, że mam na nich krew. Nie wiedziałam, czy należy do mnie, czy do kogoś innego. W końcu opłukałam twarz i poczułam dziwny zastrzyk energii. Jeszcze raz spojrzałam na siebie w lustrze. Stała tam młoda kobieta z wysoko podniesioną głową i twarzą, z której biła pewność siebie. Miała teraz zadanie do wykonania. I zamierzała wywiązać się z niego najlepiej, jak potrafiła.

Pomaszerowałam do pokoju, gdzie pod łóżkiem trzymałam ukryty swój chlebak. Zajrzałam do środka, aby się upewnić, czy wszystko jest. Dwie pary wełnianych skarpet, wiatrówka i stare trzewiki mamy tkwiły niezmiennie na swoim miejscu. Mój powstańczy ubiór — to w nim zamierzałam walczyć przez najbliższe kilka dni. Aż do zwycięstwa. Przejrzałam jeszcze naprędce szafki w poszukiwaniu najpotrzebniejszych rzeczy. I tak latarka ojca oraz szczotka do włosów trafiły na dno chlebaka. W jednej z szuflad natknęłam się też na tomik poezji Bolesława Leśmiana — ulubionego poety ojca, a przy okazji i mojego. Otworzyłam go na zaznaczonym fragmencie, czując pod palcami kruchość starych kartek.

W taki bezświat zarośli, w taki bez brzask głuchy,

W takich szumów ostatnie kędyś zawieruchy,

Że leży oto martwy w stu wiosen bezdeni,

Cienisty, jak bór w borze — topielec zieleni3.

Topielec zieleni… Czytając ten fragment, zawsze miałam gęsią skórkę.

Bez namysłu wrzuciłam tomik do chlebaka.

Wreszcie spojrzałam na swoje ubranie. Zielona sukienka z białym kołnierzykiem nie nadawała się do żadnych aktywności. Była zbyt sztywna i ograniczała ruchy. Potrzebowałam czegoś luźniejszego. Czegoś, w czym będę mogła swobodnie biegać, kucać, a w razie potrzeby także się czołgać. Wybrałam błękitną sukienkę z paskiem wiązanym w talii. Uszyłam ją sobie kilka lat temu. Nawet jeśli się zniszczy, nie będzie mi żal jej wyrzucić. Do tego dobrałam czarne sandałki na obcasie, które później zamierzałam zmienić na trzewiki mamy.

Teraz fryzura. Upięcie na czubku głowy na pewno od razu się rozsypie, gdy będę musiała biec. Rozpuściłam włosy, a następnie związałam je w ciasny warkocz, który oplótł mi szyję niczym szal. Byłam gotowa.

Chwyciłam chlebak i przewiesiłam go sobie przez ramię. Już miałam wyjść, gdy jedna rzecz mnie zatrzymała. Rozejrzałam się po pokoju. Natychmiast zalała mnie fala wątpliwości i strachu, ta sama, która dopadła mnie wcześniej w łazience. Być może widzę to miejsce po raz ostatni. Nie wiadomo, co Niemcy zrobią z mieszkańcami Saskiej Kępy, gdy już rozpocznie się walka.

Rozdygotana, zacisnęłam usta.

— Żegnaj, domku — powiedziałam cicho. Czułam, że jeden z najważniejszych rozdziałów w moim życiu właśnie dobiega końca.

Schodziłam po schodach, wodząc dłonią po poręczy, jakbym próbowała utrwalić w pamięci jej kształt. Z dołu dobiegały odgłosy krzątaniny i krótkie pociąganie nosem. To pani Grochowska, pełna wzruszenia, szykowała dla mnie powstańczy ekwipunek. Dowództwo wydało nam wyraźny rozkaz stawienia się w punktach zbornych z zapasem żywności na mniej więcej trzy dni — tyle, ile według planów miało trwać powstanie. Gospodyni jak zwykle okazała się niezawodna. Przygotowała dla mnie własnoręcznie upieczony bochenek chleba, wędlinę zdobytą na czarnym rynku oraz pomidory z ogródka. Do tego suchary, kilka konserw, a nawet czekoladę, którą od czasu do czasu przynosił nam pan Muttke.

— Ale… to za dużo — zaprotestowałam. — Co wy będziecie jeść? Kazio potrzebuje jedzenia bardziej niż ja.

— My sobie poradzimy. Niech się panienka nie martwi, w piwnicy mamy jeszcze trochę zapasów. A i dla dziecka pożywienia nie zabraknie.

Nie wdając się w dalsze dyskusje, zapakowałam prowiant do plecaka.

— Na pewno dacie sobie radę? Lada dzień wejdą tu Rosjanie. Jak zrobi się gorąco…

— Jeśli uznam, że jest zbyt niebezpiecznie, zabieram Halinę i przenosimy się do mojej siostry, do Konstancina. Proszę się nie martwić ani o nas, ani o dom. Zaopiekuję się wszystkim najlepiej, jak potrafię. Aż do panienki powrotu.

— Powstanie potrwa tylko kilka dni. Niedługo będę z powrotem w domu.

— Na pewno.

Pani Grochowska objęła mnie i przez chwilę trzymała w objęciach niczym matka żegnająca córkę.

— Niech panienka na siebie uważa. I może… trzyma się nieco bardziej z tyłu. Z daleka od tych wszystkich strzałów i wybuchów.

— Obiecuję, że będę ostrożna. — Czując napływającą falę łez, pospiesznie się od niej odkleiłam. — Proszę pożegnać ode mnie Halinę i Kazia. I pana Muttkego też, koniecznie.

— Ooo, ten stary cap pewnie lada dzień spakuje manatki i zwieje do swoich. Ale przekażę, przekażę… No, a teraz niech już panienka lepiej idzie, bo zaraz tam się wszystko zacznie.

Po jej minie wywnioskowałam, że jeśli teraz nie wyjdę, kobieta rozpłacze się na dobre.

Rzuciłam ostatnie spojrzenie na dom. Na białe ściany, niegdyś pełne luster i obrazów, na schody z mahoniową poręczą, na portret ojca stojący niezmiennie na komodzie. Ogarnęło mnie dziwne przeczucie, że widzę to wszystko po raz ostatni. Nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli, lecz gdzieś w głębi serca czułam, że już nigdy więcej nie zobaczę tego miejsca — a już na pewno nie w takim stanie jak teraz.

— Dziękuję pani za wszystko — powiedziałam jeszcze do stojącej w drzwiach pani Grochowskiej i wyszłam z domu.

Najbardziej zadrzewiona ulica w Warszawie — jak zwykło się mówić — powitała mnie delikatnymi promieniami słonecznymi i śpiewem ptaków ukrytych na gałęziach. Zapowiadał się piękny dzień. Drzewa tworzyły nad głowami przechodniów zielony tunel, przez który ciężko było dostrzec niebo. Ciepłe, letnie powietrze nieco mnie uspokoiło. Delikatny powiew wiatru przyniósł orzeźwienie, ale i nadzieję, że nie będzie tak źle.

Dowódcy z pewnością wiedzą, co robią, skoro wzywają całe miasto do walki. Nie ryzykowaliby przecież życia tylu ludzi, gdyby gra nie była warta świeczki.

Podbudowana nieco piękną pogodą, ruszyłam moją stałą trasą w kierunku Mostu Poniatowskiego. Już za zakrętem natknęłam się na grupkę dziewcząt. Każda miała na sobie gruby sweter i dużą torbę na ramieniu. Taki nietypowy ubiór, i to jeszcze w środku lata? Od razu się domyśliłam, że to sanitariuszki. Zwłaszcza że wszystkie zmierzały pod numer dwudziesty piąty, gdzie doktor Turski zorganizował szpital polowy. Sama rok temu przeszłam tam szkolenie sanitarne i wielokrotnie miałam zajęcia w ramach tajnych kompletów.

A więc to prawda — dzisiaj, o siedemnastej, Godzina W!

Powstańczej młodzieży było znacznie więcej. Szli w pośpiechu w różnych kierunkach miasta. Już od kilku tygodni, kiedy przygotowania do powstania stały się jawne, łatwo było rozpoznać, kto należy do Armii Krajowej. Nietypowy ubiór, broń przenoszona pod płaszczami, ciągły ruch i napięcie. Nie uszło to uwadze żandarmów. Wywózki do Rzeszy i łapanki nadal były naszą codziennością, lecz w ostatnim czasie coś się zmieniło. Niemcy zaczęli się bać. Na widok grupy młodych Polaków rozstępowali się na boki, obawiając się starcia. Dobrze wiedzieli, że nie jesteśmy już tacy bezbronni.

Przy Parku Skaryszewskim natrafiłam na pierwszą przeszkodę. Cała Aleja Zieleniecka w kierunku Pragi obstawiona była przez niemieckie czołgi. Czekały na nadejście Sowietów ze wschodu. Gdzieś od strony Radzymina dochodziły już głuche pomruki artylerii. Musiałam prędko przedostać się na drugi brzeg Wisły. Armia Czerwona była tuż, tuż.

Przy Moście Poniatowskiego zauważyłam kolejną grupę powstańców. Byli to chłopcy w butach typu oficerki i w bryczesach. Gdy dostrzegli mój chlebak, jeden z nich zaczął gwizdać: „Hej chłopcy, bagnet na broń”. Uśmiechnęłam się i razem przeszliśmy przez most. Przy wylocie pomachaliśmy sobie na pożegnanie i każdy ruszył w swoją stronę.

Drogę do punktu zbornego znałam na pamięć. Najszybsza prowadziła wzdłuż Wisły, potem przez Powiśle, Stare Miasto, koło Cytadeli, aż na Żoliborz. Dowódcy polecili nam nauczyć się tej trasy na pamięć, a przy okazji znać wszystkie alternatywne przejścia i bezpieczne lokale, w których można się było schować w razie zagrożenia. Dotarcie do celu zajmowało mi około dwóch godzin, jednak tego dnia miasto było wyjątkowo zatłoczone. Ulice zapełniły się ludźmi — każdy gdzieś gnał, dokądś się spieszył. A pośrodku tego wszystkiego Niemcy, którzy tym razem woleli się nie wychylać, tylko z bezpiecznej odległości obserwowali otoczenie. Takiego poruszenia nie widziałam na ulicach od dawna. Zmieniła się też pogoda — z daleka nadciągały ciemne chmury, co odebrałam jako zły znak.

Idąc, myślałam o Basi. Zastanawiałam się, co ona by zrobiła na moim miejscu. Pewnie wiedząc, że powstanie wybuchnie dziś, już od rana siedziałaby na kwaterze z zakasanymi rękawami, gotowa do działania. Żałowałam, że nie ma jej tu ze mną. To od niej wszystko się zaczęło, cała moja droga w konspiracji. Żałowałam, że nie doczekała tego dnia.

Basia zginęła przeszło rok temu, w lutym 1943 roku. Razem z narzeczonym ukrywali żydowską dziewczynkę, którą przerzucono na aryjską stronę. Sąsiad doniósł. W nocy gestapo zrobiło nalot na ich kamienicę. Później się dowiedzieliśmy, że cała trójka została rozstrzelana na Pawiaku. Wszyscy wtedy płakali, cały oddział.

W końcu dotarłam na Krakowskie Przedmieście, gdzie miałam swój pierwszy przystanek, a było nim mieszkanie mojej koleżanki z plutonu, „Irki”. Obie byłyśmy sanitariuszkami, obie przeszłyśmy szkolenie i należałyśmy do tego samego zgrupowania „Żaglowiec”, walczącego na Żoliborzu. „Irka” była mniej więcej w moim wieku, rezolutna i gadatliwa. Przypominała mi Basię, może dlatego tak bardzo się do niej zbliżyłam po śmierci koleżanki.

Wbiegłam na pierwsze piętro i zastukałam do drzwi.

— Jesteś wreszcie! Ile można czekać? — „Irka” otworzyła mi niemal natychmiast. Na jej twarzy malował się gorący rumieniec, włosy były rozwiane, a w oczach widniało zdenerwowanie. — Już myślałam, że nie przyjdziesz.

— W mieście straszny tłok, chodniki zapchane.

— No właśnie, widziałam przez okno. Dlatego powinnyśmy się spieszyć — powiedziała melodyjnym głosem.

Weszłam ostrożnie do mieszkania. W środku panował okropny bałagan. Cała podłoga była zawalona stertami ubrań i butów.

— Widzę, że się szykujesz.

— No właśnie cały czas się zastanawiam, którą spódnicę wziąć. Tę czy tę. — „Irka” zaprezentowała mi dwa niemal identyczne skrawki materiału. — Ta jest cieplejsza, a ta wygodniejsza.

— Weź tę z lewej.

Koleżanka wepchnęła jedną ze spódnic do chlebaka, a drugą odrzuciła za siebie.

— I nie spiesz się, mamy jeszcze sporo czasu, jest dopiero… — Spojrzałam na zegarek i zamarłam. — Po trzynastej?!

Nie spodziewałam się, że jest tak późno. Na miejscu zbiórki powinnyśmy być dużo szybciej, żeby się przygotować.

— A jeszcze trzeba przecież zajść po „Lolę”! Nie zdążymy! Ach, na pewno będziemy ostatnie! — lamentowała „Irka”.

— No to bierz torbę i lecimy!

Koleżanka w pędzie zaczęła upychać ubrania do chlebaka.

— Po co ci to wszystko? Przecież kazali nam wziąć jak najmniej.

— Każda rzecz może się przydać. Zaraz zacznie padać i co wtedy włożysz? Ta twoja sukienka od razu przemoknie.

— Mam wiatrówkę. — Poklepałam dłonią torbę. — Chodź wreszcie, bo rzeczywiście będziemy ostatnie.

Koleżanka zarzuciła sobie chlebak na ramię. Wydawało się, że jest już gotowa, gdy nagle wykrzyknęła na całe gardło:

— Czekaj! Jeszcze najważniejsze! — Pognała gdzieś w głąb mieszkania, skąd wróciła po chwili z małą fotografią w dłoni. — Nie wyjdę bez Kamila.

Ukochany „Irki”, Kamil, walczył w Grupie „Kampinos”. Nigdy go nie spotkałam, chociaż tyle o nim słyszałam, że miałam wrażenie, jakbyśmy się znali od dawna.

Koleżanka z tkliwą miną ucałowała zdjęcie i wsunęła je sobie do kieszeni.

— Już? Możemy iść? — niecierpliwiłam się.

„Irka” pokiwała głową i w pośpiechu zbiegłyśmy na dół.

— Matko, ile ludzi! — zawołała, kiedy znalazłyśmy się na ulicy.

Rzeczywiście, na Krakowskim Przedmieściu panował tłum, jakiego dawno nie widziałam. Do tej pory mieszkańcy wychodzili z domów tylko z konieczności, lecz teraz ich strach gdzieś się ulotnił. Ulotnili się też Niemcy, których nigdzie nie było widać. Ulica wyglądała, jakby wojna już się skończyła, a powstanie odniosło swój skutek, zanim jeszcze zdążyło wybuchnąć.

Jesienne róże, róże smutne herbaciane,

Jesienne róże są jak usta twe kochane,

Drzewa w purpurze ostatni dają nam schron,

A serca biją jak dzwon, na jeden ton4.

Ktoś grał na akordeonie. Tekst nie bardzo pasował mi do pory roku, lecz melodia idealnie wplatała się w uliczny gwar.

Atmosfera zgiełku szybko nam się udzieliła. Pełne euforii, pognałyśmy na ulicę Kilińskiego, gdzie miała czekać na nas „Lola”. Nagle, gdzieś od strony Rynku, dobiegły nas jakieś krzyki.

— Co się stało? Łapanka? — Zaczepiłam kobietę z dzieckiem na ręku.

— Strzelanina! Nasi zaatakowali jakiegoś Niemca! — wykrztusiła i pobiegła dalej.

— Nasi zaatakowali? — zdziwiłam się.

— Pierwsza strzelanina, a nas tam nie ma! — jęknęła „Irka”.

— Zaraz się zacznie. Chodź, musimy zdążyć na Żoliborz, zanim odetną całą dzielnicę.

Szybko dotarłyśmy na Kilińskiego. „Lola” już na nas czekała, ukryta w bramie kamienicy.

— Co tam się stało? — pytała z daleka. — Łapanka?

— Już się zaczęło! — odpowiedziała rozemocjonowana „Irka”.

— Co?! Przecież miało być o siedemnastej!

— Jakaś strzelanina — odparłam i po chwili namysłu dodałam: — Nie wierzę, że to nasi zaczęli. Pewnie Niemcy próbowali ich zatrzymać, a oni musieli się bronić.

„Lola” zmarszczyła swoje gładkie czoło. Następnie jak gdyby nic wyciągnęła z kieszeni paczkę papierosów i zapaliła jednego. Wyglądała z nim jak jakaś przedwojenna aktorka. Loki na głowie miała starannie zakręcone, a podkreślone czerwoną szminką usta idealnie współgrały z sukienką w maki, którą miała na sobie.

— W takim ubraniu Niemcy z daleka cię wypatrzą — stwierdziła „Irka”, która również zwróciła uwagę na niepasujący do sytuacji strój koleżanki.

— A może nie? Może właśnie dzięki niemu mnie oszczędzą. — „Lola” zatrzepotała zalotnie rzęsami. — Poza tym, jeśli już mam zginąć, chcę przynajmniej dobrze wyglądać.

— Ja tam przebiorę się na miejscu w coś wygodniejszego.

— Jeśli zdążysz. — Spojrzałam na zegarek. Dochodziła trzynasta trzydzieści. — Skoro na Starówce już się strzelają, na Żoliborzu może być podobnie.

Punkt naszej koncentracji okazał się miejscem stosunkowo najspokojniejszym. Życie toczyło się tu swoim normalnym rytmem. Mieszkańcy robili zakupy, dzieci grały w piłkę, gdzieniegdzie tylko kręcili się ludzie, których wygląd świadczył o tym, że idą do powstania. Przez Plac Wilsona przejeżdżały tramwaje, wszystko wydawało się w należytym porządku.

Dochodziła druga. Miałyśmy trzy godziny, żeby się rozlokować na kwaterze, poznać przydzielone zadania i przede wszystkim — trochę ochłonąć. Ulica Suzina była tuż za rogiem. Szłyśmy równym krokiem, trzymając się pod rękę, a „Lola” opowiadała o swoim nowym chłopaku.

— Sama nie wiem. Z jednej strony jest miły, ale…

— Ale? — spytała „Irka”.

— Ech, to okropny nudziarz. No bo ile można słuchać: „Leosiu to, Leosiu tamto. Leosiu, czy na pewno ci wygodnie? A może jest ci zimno, Leosiu? Dam ci swoją kurtkę” — przedrzeźniała „Lola”, a my chichotałyśmy pod nosem. — Na każde spotkanie przychodzi wypachniony i pod krawatem. Jak widzę tę jego idealnie wyprasowaną koszulę, to aż mnie wzdryga.

— Może po prostu jest dobrze wychowany? — zasugerowałam.

— Aż za dobrze. Wolałabym kogoś, no wiecie, bardziej spontanicznego. Z potarganymi włosami, w wytartej kurtce.

— Z papierosem w dłoni — dodała „Irka”.

— O, właśnie. Kogoś, kto mnie zabierze na tańce, a nie na kolejny spacer po parku.

— Teraz to nikt cię nie zabierze na żadne tańce. Zapomniałaś, że jest wojna?

— Ty poznałaś swojego Kamila na potańcówce.

— Ale to było jeszcze przed wojną.

„Lola” nachmurzyła się i zamilkła.

Z naprzeciwka zmierzała ku nam grupka chłopaków niosących jakąś wielką skrzynię. Na pierwszy rzut oka widać było, że w środku jest broń. Równie dobrze ładunek mógł być podpisany. Omietli nas wzrokiem, jeden z nich gwizdnął pod nosem, a my zachichotałyśmy. Kątem oka widziałam jeszcze, jak „Lola” obraca się za nimi i zarzuca włosami. Gdzieś w tle rozbrzmiewał warkot nadjeżdżającego samochodu.

Nagle za naszymi plecami rozległy się wrzaski:

— Halt! Halt!

Z samochodu wyskoczyło trzech Niemców, którzy niezdarnymi ruchami szykowali broń do strzału.

Nasi chłopcy nie czekali na zaproszenie. Jeden z nich wydał rozkaz i wszyscy rozbiegli się na boki. Ci ze skrzynią skoczyli do najbliższej bramy, chroniąc ładunek. Pozostali zajęli pozycje za drzewami i oddali pierwsze strzały.

Rozpoczęła się regularna walka. Kule świstały nad naszymi głowami i uderzały w ściany. Pociągnęłam dziewczyny na drugą stronę ulicy i schowałyśmy się w jakiejś bramie. Byłyśmy przerażone, żadna z nas nie spodziewała się takiego zwrotu akcji.

Chłopcy bardzo szybko się przegrupowali. Jeden z nich wyciągnął spod płaszcza erkaem i osłaniany przez resztę spokojnie ustawiał stanowisko. Niemcy byli tuż koło nas, widziałam ich twarze. To byli bardzo młodzi żołnierze, wystraszeni, zupełnie nieprzygotowani na to, co miało zaraz nastąpić. Ukryci za drzewami, wyglądali, jakby zaraz mieli porzucić broń i uciec.

Wówczas nadbiegli kolejni żołnierze, a zaraz później odezwał się erkaem. Seria poniosła się po całej dzielnicy. Ze strachu wcisnęłyśmy się w najdalszy kąt bramy, tuląc się do siebie. Co chwila docierały do nas krótkie jęki i odgłosy rozrywanych ciał. Serce waliło mi w piersiach tak mocno, jakby zaraz miało wyskoczyć.

W pewnym momencie jeden z Niemców wpadł do naszej bramy. Z przerażenia wstrzymałyśmy oddech. Żadna z nas nie miała broni. Gdyby zechciał nam zrobić krzywdę, nie miałybyśmy szans. Niemiec jednak nie zwrócił na nas uwagi. Przylgnął do ściany i co jakiś czas wychylał się zza bramy, żeby oddać strzał. Nie trwało to długo. Już po chwili jego ciało przeszyły kule wystrzelone przez któregoś z naszych. Osunął się na ziemię, a krew rozlała się po bruku, barwiąc go na brunatnoczerwono.

— Hilfe… — usłyszałam cichy charkot wydobywający się z gardła rannego.

Nie wiem, co mi strzeliło do głowy. Nie mam pojęcia, co w tamtej chwili mną kierowało. Gdy usłyszałam wołanie o pomoc człowieka, który leżał przede mną i krztusił się własną krwią, odezwał się we mnie jakiś nieznany dotąd instynkt.

Podbiegłam do niego i próbowałam zatamować krwawienie kawałkiem jego munduru. Niemiec wił się po ziemi i charczał. Patrzył na mnie ogromnymi, niebieskimi oczami, a przerażenie na jego twarzy narastało z każdą sekundą. Kule świstały wokół nas. Dziewczyny coś krzyczały, chyba mnie wołały, lecz żadne dźwięki do mnie nie dochodziły. Widziałam tylko wzrok tego Niemca i krew rozlewającą się pod ciałem.

W pewnym momencie szarpnął się i znieruchomiał. Jego oczy, które jeszcze przed chwilą błagały o ratunek, zastygły, wpatrzone w jakiś odległy punkt. Odetchnął raz jeszcze i wyzionął ducha. Wtedy dotarło do mnie, że wszystkie dźwięki ustały. Zrobiło się cicho, jakby wraz z Niemcem umarła cała ulica.

— Jesteś ranna! Jesteś ranna!

Dziewczyny rzuciły się w moją stronę. Odciągnęły mnie od ciała mężczyzny, lecz ja nadal wpatrywałam się w jego twarz jak zahipnotyzowana.

— Trafili cię! O mój Boże, to krew! Szybko, trzeba ją zatamować!

Dopiero teraz zauważyłam, że skóra na moim prawym przedramieniu przecięta jest przez kulę. Z czerwonej szramy sączyła się krew i spływała mi na łokieć. Dziwne, nawet nie poczułam, kiedy to się stało.

„Rana styczna” — przypomniałam sobie termin, którego uczyliśmy się na szkoleniu.

— Daj mi bandaż! Daj mi bandaż! — darła się „Irka”, podczas gdy „Lola” wpatrywała się w nią bez ruchu, jakby nie rozumiała słów.

— Dajcie spokój, nic mi nie jest. — Wyrwałam się koleżankom.

— Zwariowałaś, dziewczyno?! — Do bramy wpadł jeden z chłopców strzelających na ulicy. — Mogłem cię zabić!

— Prawie zabiłeś! Jest ranna! — zawołała z wyrzutem „Irka”, wymierzając palec w szramę na moim ramieniu.

— I po co to zrobiłaś? Weszłaś mi prosto pod lufę. Cud, że cię nie trafiłem w głowę! — mówił chłopak, cały blady z przerażenia.

— On umierał. — Wskazałam na leżące na ziemi ciało.

— I co z tego?

— Musiałam sprawdzić, czy da się mu jeszcze pomóc.

— Pomóc? Przecież to Niemiec. Ryzykowałaś życie dla jakiegoś cholernego szwaba?

Nie odpowiedziałam. Chłopak zacisnął usta, jakby się obawiał, że zaraz powie o jedno słowo za dużo.

— Muszę zameldować o tym dowódcy. — Westchnął ciężko. — Gdzie jest wasz punkt zborny?

— Tu, na Suzina. — „Lola” wskazała głową.

— Pójdziemy z wami. I lepiej zwijajmy się stąd szybko. Tamci pewnie już zdążyli powiadomić swoich.