Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
106 osób interesuje się tą książką
Wiele lat temu ona skrzywdziła ich, teraz los daje im szansę na zemstę.
Peter i Thomas to weterani wojenni. Po powrocie do Ameryki ze służby na Bliskim Wschodzie ciężko im się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Cierpią na zespół stresu pourazowego, a państwo zostawiło ich samym sobie. Nie mają rodzin, które przyjęłyby ich z otwartymi ramionami i pomogły zwalczyć traumy, brakuje im także wyzwań i adrenaliny – będących przez lata ich codziennością. Pojawienie się Iana, ich przyjaciela i dowódcy, przerywa marazm, w jakim utknęli. Ian proponuje im wspólną pracę w charakterze ochroniarzy pewnego byłego senatora, któremu marzy się prezydentura. Szybko okazuje się, że prócz polityka mają również chronić jego młodą i niezwykle ponętną małżonkę, która na każdym z nich wywiera piorunujące wrażenie. Ich jest trzech, ona tylko jedna. Czy będą w stanie się nią podzielić, czy też wieloletnia przyjaźń zostanie zniszczona przez kobietę, z którą w dodatku łączy ich mroczna przeszłość?
Dopełniali się idealnie. Tom – wielki niedźwiedź i zwierzęca siła, Ian – mózg każdej operacji, prawdziwy przywódca, a także Peter – geniusz i haker. To byli moi mężczyźni. Moi mroczni żołnierze. Moja miłość i zrealizowane marzenie.
Opowiadanie spodoba się fankom motywu reverse harem i dark romance.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 103
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ciągnąłem wyrywającego się chłopaka za kaptur, nie zwracając uwagi na jego protesty i wyzwiska kierowane pod adresem moim, menedżera oraz dziewczyny, którą napastował w damskiej toalecie. Gdy znaleźliśmy się na podwórku za klubem, cisnąłem nim niczym śmieciem w stronę pobliskich kubłów.
– Tam twoje miejsce – warknąłem, otrzepując dłonie, jakbym właśnie pozbywał się z nich brudu.
I po kłopocie. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła trzecia. Jeszcze dwie godziny i The Muse zostanie zamknięty, a ja wrócę do domu. Westchnąłem ciężko. Moja praca była beznadziejna, ale gdy kończyłem zmianę, docierało do mnie, że aktualnie jest jedynym, co mam w życiu. Mój obecny dom stanowił jeden pokój w rozpadającej się ruderze, którego główne wyposażenie stanowiły materac udający łóżko i ławeczka do ćwiczeń ze sztangą. Marnie upadłem…
Już miałem otworzyć drzwi i wrócić do klubu, gdy za moimi plecami rozległ się tak dobrze mi znany męski głos, który sprawił, że zastygłem w bezruchu:
– Widzę, że masz co robić, Tom. Mimo to liczę, że znajdziesz moment na zamienienie kilku słów ze starym druhem…
To niemożliwe… To moja wyobraźnia. Ale przecież odkąd brałem leki i uczestniczyłem w terapiach mających zmniejszyć stres pourazowy, przywidzenia były rzadkością!
Puściłem klamkę, na której trzymałem już dłoń, i powoli odwróciłem się w stronę źródła dźwięku, mając pewność, że nikogo nie zobaczę. Ku mojemu zdumieniu na środku podwórka oświetlonego lampą umieszczoną nad wejściem na zaplecze klubu stał doskonale mi znany ciemnowłosy mężczyzna z blizną przecinającą mu twarz. Jego sylwetka była równie imponująca jak moja, choć był ode mnie o głowę niższy. Widać, że dbanie o formę nie jest mu obce i sporo czasu zajęło mu wypracowanie takich mięśni. Różnił nas tylko wzrost, ale mało kto mógł się pochwalić tak olbrzymimi wymiarami jak ja.
– Nie przywitasz się, Tom? – zapytał, uśmiechając się szeroko.
Te słowa spowodowały, że ocknąłem się z letargu, w jaki popadłem.
– Kapitanie! – Stanąłem na baczność i zasalutowałem mojemu przełożonemu.
– Daj spokój, stary – stwierdził z uśmiechem na ustach Ian. – Nie jesteśmy już w wojsku.
– Nad czym ubolewam – mruknąłem, wyrażając na głos swoje myśli, po czym ruszyłem w stronę bruneta, aby się z nim przywitać, jak z kumplem przystało. Poklepaliśmy się po ramionach i uścisnęliśmy prawice. Był materialny. Nie był marą. Jednak nie miałem zwidów.
– Co tu robisz? – spytałem zaciekawiony. – Myślałem, że nadal pływasz po oceanie.
– Kontrakt się skończył, więc wróciłem na ląd – odparł.
– O? To pewnie szukasz roboty? Jeśli chcesz, zapytam menedżera. Może znajdzie jakąś fuchę i dla ciebie. Klub potrzebuje ochrony, bo codziennie przyłażą tu patałachy. Jak ten tam chociażby. – Wskazałem na gramolącego się ze śmieci chłopaka.
Ian się zaśmiał i powiedział:
– Daj spokój, Thomas. Obaj doskonale wiemy, że to nie jest praca dla żadnego z nas.
– Fakt – mruknąłem. – Ale po powrocie z frontu ciężko się zaaklimatyzować i znaleźć cokolwiek. Prawda jest taka, że na weteranów nikt nie czeka. Państwo, któremu służyliśmy, ryzykując życiem i zdrowiem, wypięło się na nas. Zostaliśmy sami, bez perspektyw, za to z demonami przeszłości, z którymi codziennie musimy się mierzyć.
Mój kapitan spoważniał.
– Niestety masz rację – stwierdził. – Dlatego musimy trzymać się razem i sobie pomagać. I po to tu jestem. Dostałem cynk od zaprzyjaźnionego majora. Pewien były senator, wielka szycha, sprowadził się po latach przerwy do Waszyngtonu, bo planuje powrót na arenę polityczną. Szuka ochrony. Oczywiście najlepszej z możliwych. Oferuje sporo kasy, a także lokum i wyżywienie na jego koszt.
Popatrzyłem na niego zaskoczony i spytałem:
– Proponujesz mi pracę?
– Rozmowę o pracę – poprawił mnie. – Podobno ma być nabór.
– Mam robotę… – stwierdziłem, drapiąc się w potylicę w zamyśleniu. Nie byłem pewny, czy chce mi się szukać czegoś nowego, zwłaszcza, jeśli wiązało się to z jakimś castingiem.
– Właśnie widzę – odparł Ian z sarkazmem w głosie. – Zostałeś śmieciarzem. – Tym razem to on popatrzył znacząco w stronę wyrzuconego przeze mnie z klubu kolesia, który wygrażając coś bełkotliwie w pijackim amoku, ruszył w stronę pobliskiej ulicy. – Tak jak już powiedziałem: to nie jest robota dla byłego oficera amerykańskiej armii. Marnujesz się tu. Chcę ci pomóc.
Miał rację. To, czym obecnie się zajmowałem, było żałosne. Odkąd rozwiązano nasz oddział i zmuszono do zakończenia służby, wegetowałem. Brakowało mi adrenaliny, możliwości wyładowania frustracji i rozsadzającej mnie energii, a także wyzwań. No i kolegów. Tak, to żałosne, ale tęskniłem za nimi i przyjaźnią, która łączyła nas od lat. Teraz nadarzała się okazja, aby z jednym z nich znów współpracować. To nie brzmiało głupio. Może praca ochroniarza jakiegoś polityka nie była zbyta ambitna, ale na pewno ambitniejsza niż stanie na bramce w dyskotece. Czy powinienem się wahać?
– Dobra. Jestem gotowy w to wejść – odpowiedziałem zdecydowanym tonem. – Pytanie, co z Peterem? Zawsze byliśmy nierozłączni. Może znajdzie się miejsce i dla niego? Muszkieterów było trzech. Nie zapominaj o tym.
Ian rozpogodził twarz.
– Nigdy nie zapomniałem – odparł, podciągając mankiet skórzanej kurtki i odsłaniając przede mną tatuaż przedstawiający trzy skrzyżowane ze sobą szpady przeszywające różę, przez które przepleciono nasze inicjały – I, P, T.
Ja również wyciągnąłem ku niemu rękę, zawijając rękaw koszuli aż do łokcia. Miałem identyczny tatuaż. Był symbolem i najwyższą wartością. Oznaczał braterstwo. Nie mieliśmy wspólnej matki, a jednak byliśmy braćmi – Ian, Peter i ja. Nie zmieniło się to nawet wtedy, gdy Ian otrzymał awans na kapitana. Wręcz przeciwnie – to jedynie wzmocniło łączącą nas więź. On zawsze miał zadatki na przywódcę. Był mózgiem każdej naszej operacji, a w dzieciństwie wymyślał wszystkie zabawy, podczas gdy ja z Peterem posłusznie wykonywaliśmy jego polecenia, wiedząc, że doświadczymy wielu wspaniałych i podnoszących adrenalinę wrażeń, które tak bardzo lubiliśmy.
– Trzej muszkieterowie – powiedziałem, starając się ukryć wzruszenie. Byłem pakerem, mięśniakiem. Tacy jak ja – urodzeni wojownicy – nie ulegali sentymentom.
– Trzej muszkieterowie – powtórzył za mną Ian, po czym oznajmił: – Nie byłem jeszcze u Petera, żeby go zwerbować. Jestem na lądzie raptem kilka dni. Wiesz, gdzie go znajdę?
Uśmiechnąłem się szeroko.
– Pewnie, że wiem. Utrzymujemy kontakt. Zabiorę cię do niego – stwierdziłem ochoczo.
– Świetnie – ucieszył się. – To wpadnę do ciebie, jak odeśpisz zmianę i…
– Miałbym kazać czekać mojemu kapitanowi? – przerwałem mu. – Nie ma opcji. Idziemy teraz. Znając Petera i tak nie śpi o tej porze, tylko siedzi w tych swoich komputerach.
– A twoja praca? – zdumiał się.
Odwróciłem na chwilę głowę w stronę odrapanych drzwi wiodących do klubu, potem wróciłem spojrzeniem do niego.
– Właśnie złożyłem wypowiedzenie – oznajmiłem rozbawiony, bo dotarło do mnie, że to był moment przełomu, na który czekałem. Teraz wszystko się ułoży, a ja odzyskam sens życia.
Ian odpowiedział mi szerokim uśmiechem, zaraz jednak spoważniał.
– Jesteś pewien? – zapytał. – Nie obiecuję, że rekrutacja się uda. Jeśli teraz odejdziesz, możesz nie mieć, gdzie wracać.
Skinąłem zdecydowanie głową.
– Jestem pewien, bo wiem, że z wami mam tę nową fuchę w garści – stwierdziłem, a on poklepał mnie po plecach i rzucił:
– Prowadź.
Bez wahania podążyłem w stronę ulicy, zostawiając za sobą bez cienia żalu klub The Muse i nie odwracając się już w jego stronę.
Typ widoczny na jednym z otaczających mnie monitorów hojnie użył lubrykantu i wyszczerzył zęby w wyrazie samozadowolenia. Jedną dłoń wsunął pod biurko w wiadomym celu, drugą klikał myszką, przeszukując nielegalne forum pod kątem treści zawierających pornografię dziecięcą. Wpisałem na klawiaturze odpowiednie kody i podsunąłem mu kilka „obiecujących” propozycji, które sztucznie spreparowałem specjalnie na tę chwilę. Dobrze wyczułem jego preferencje po kilku tygodniach obserwacji, bo skurwysyn oblizał się lubieżnie, po czym kliknął w jedną z nich. Na to czekałem. Wypuściłem wirusa, który sprawił, że po kilku sekundach filmiku, ten się zawiesił, a na ekranie zboczeńca pojawił się komunikat, że jeśli chce zobaczyć cały materiał, musi zapłacić.
– Kurwa! – ryknął facet, przerywając masturbację. – Znowu jakieś udziwnienia! Zwariuję z tą technologią!
Uśmiechnąłem się szeroko na te słowa, podczas gdy widoczny na ekranie zbok nerwowo podpinał swoją Visę do konta, które kazałem mu stworzyć. Co za debil. Teraz miałem wszystkie jego dane jak na talerzu. Musiał być bardzo zdesperowany i myśleć wyłącznie fiutem, skoro nie przyszło mu do łba, że właśnie ujawnia swoją tożsamość. Nacisnąłem Enter i w chwili przelewu wyczyściłem mu całe konto. Dwadzieścia tysięcy. Za wiele nie miał. Potem wystosowałem komunikat, który wyświetlił mu się na ekranie:
Właśnie przelałeś całą zawartość swojego konta na rzecz fundacji walczącej z pedofilią w sieci.
– Że co?! – wrzasnął obleśny chujek, podrywając się z miejsca i odsłaniając przede mną swój obmierzły, tłusty brzuch i zwiotczałe już prącie. Nie chciałem tego widzieć…
Postanowiłem go dobić. Do mojego poprzedniego komunikatu dołączyłem więc kolejny:
Jednocześnie informujemy, że twój wizerunek oraz dane osobowe zostały w tym momencie przekazane organom ścigania oraz udostępnione w internecie.
– O, cholera! Cholera! Cholera! Ale mnie udupili! – zboczeniec darł się jak wariat, w popłochu biegając w tę i z powrotem przed komputerem. Wstrętny, godny pogardy typ!
Choć ta akcja kosztowała mnie wiele nerwów, miałem poczucie dobrze spełnionego obowiązku, że wreszcie przyskrzyniłem tę szuję i choć o jednego pedofila na wolności będzie mniej. W tym momencie za moimi plecami rozległy się brawa. Zaskoczony błyskawicznie sięgnąłem po pistolet skryty pod blatem mojego wypełnionego elektroniką biurka, po czym odwróciłem się gwałtownie i wymierzyłem w mężczyzn stojących na progu piwnicy, którą zajmowałem.
– Tak witasz starych druhów? – zapytał brunet, któremu towarzyszył potężny niczym niedźwiedź Thomas.
– Kapitanie! – Zareagowałem instynktownie, podrywając się z miejsca i stając na baczność.
– Spocznij – zaśmiał się Ian. – Widzę, że nie próżnujesz.
Spojrzałem za siebie na ekrany, na których wciąż był widoczny zboczeniec.
– Nie mogę siedzieć bezczynnie, gdy takie gnidy są obok – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
– Szlachetny jak zawsze – skomentował.
Zadowolony skinąłem głową, traktując tę pochwałę jako nadzwyczajne wyróżnienie, bo Ian zwykle skąpił ciepłych słów. Zaraz jednak dodał coś, co ostudziło mój samozachwyt:
– I jak zwykle wychodzisz na tym beznadziejnie.
– Jak to…? – wydukałem.
– Z takimi umiejętnościami hakerskimi powinieneś być miliarderem, a nie mieszkać w tej norze – odparł.
Rozejrzałem się wokół. Piwniczne pomieszczenie wypełniały sprzęty komputerowe, radia i miliony kabli. Nie było tu okna. Pasowało mi to.
– Nie widzę w tym miejscu nic złego – bąknąłem. – Na pustyni spaliśmy często w gorszych warunkach. Tu przynajmniej mam dach nad głową i swoje komputery.
– Daj spokój, Peter – odezwał się milczący do tej pory Thomas. – Wiemy, że nudzisz się jak mops, tak samo jak my, i brakuje ci bodźców. Dlatego śledzisz tych zwyroli, choć nic z tego nie masz.
– Mam. Satysfakcję – obruszyłem się, unosząc się dumą.
– Satysfakcją się nie wyżywisz. Kiedy ostatnio jadłeś? – zapytał kapitan.
Powiodłem wzrokiem za jego spojrzeniem, które skierował pod moje biurko. Leżały tam puste pudełka po chińskim żarciu. Dość stare…
– W sumie to… Chyba wczoraj rano – odpowiedziałem, bo nie wypadało nie udzielić odpowiedzi przełożonemu.
– No właśnie – skomentował. W jego głosie pobrzmiewała nagana. – O tym mówię. Schudłeś, zaniedbałeś się i źle wyglądasz. To miejsce ci nie służy i nie jest dla ciebie dobre. Nie jesteś szczurem, żeby gnić w jakiejś zatęchłej dziurze, ale odznaczonym za zasługi na polu walki porucznikiem armii amerykańskiej.
Nie chciałem tego słyszeć z jego ust, bo zawsze ceniłem jego zdanie. Poczułem się wywołany do odpowiedzi:
– To przez to, że po powrocie straciłem sens życia, który towarzyszył mi przez ostatnie lata.
Tak. To może było uwłaczające, ale powiedziałem na głos to, co od tylu miesięcy chodziło mi po głowie. Ponieważ jednak moi towarzysze milczeli, szybko zrobiło mi się głupio. Nie powinienem się żalić. Armia nie lubiła słabeuszy i umartwiania się nad sobą.
– Przepraszam, kapitanie – poprawiłem się, znów stając na baczność. – To była zbędna chwila słabości. Moje zachowanie jest niemęskie i niegodne.
Na ustach Iana pojawił się lekki uśmiech.
– Nie przeprasza się za prawdę, poruczniku – stwierdził.
Zdumiony uniosłem brwi.
– Myślałem, że popełniłem błąd. Nie powinienem się skarżyć – skomentowałem.
– W tym wypadku masz na to przyzwolenie, bo obaj z Thomasem myślimy tak samo jak ty – przyznał, wprowadzając mnie w jeszcze głębszą konsternację.
– Naprawdę?! – Wytrzeszczyłem na nich oczy. Może jednak mi się przywidzieli? Siedziałem w tej ciemnicy tyle godzin, w dodatku o głodzie. Nie byłem więc w stanie wykluczyć halucynacji.
– Serio, stary – stwierdził Thomas z rozbawieniem. – I nie patrz tak na nas tym swoim spojrzeniem zbitego psa, bo teraz faktycznie wyglądasz niemęsko.
Już chciałem mu się odgryźć, bo nawet jeśli był to tylko głupi żart, to strasznie irytujący, kiedy w słowo wszedł mi przełożony:
– Armia była naszym domem przez kilkanaście lat. Wraz z powrotem do kraju straciliśmy ten dom, bo Ameryka nas nie chce. Jesteśmy wyrzutkami. Chwytamy się zajęć niegodnych oficerów armii, bo nasz kraj nie ma nam nic do zaoferowania. W dodatku przez traumy i fobie ciężko nam zbudować stałe związki. Chyba nie istnieją kobiety, które by z nami wytrzymały i dały to, czego oczekujemy.
Przytaknąłem mu, bo myślałem dokładnie tak jak on.
