Mister X. Tom 2. Kryminały przedwojennej Warszawy - Marek Romański - ebook

Mister X. Tom 2. Kryminały przedwojennej Warszawy ebook

Romański Marek

3,5

Opis

Warszawa, lata 30. XX w. Czy słynny detektyw Aleksander Lesser i komisarz Sowiński znajdą tajemniczego przestępcę? Niezbyt rozgarnięty włamywacz Jan Wielgus wychodzi z więzienia po odsiedzeniu stosunkowo niedługiej kary. Już po opuszczeniu przez niego murów więziennych okazuje się, że Wielgus to nikt inny, jak „Mister X”, słynny włamywacz, którego nikt dotychczas nie złapał. „Mister X” zasłynął wyjątkowo sprytnie poprowadzonymi i śmiałymi akcjami, w których okradł sejf banku w Katowicach, jak także pozbawił drogocennych klejnotów nie jednego arystokratę. Wielgus kupuje bilet na pociąg z Poznania do Warszawy. W przedziale spotyka Juliusza Wermonda, Polaka z Marsylii, który jedzie odebrać gigantyczny spadek. Przypadek sprawia, że „Mister X” staje się Wermondem, a Wielgus umiera. Słynny złodziej tym razem sam stanie się celem osób, które chcą przejąć spadek. Tajemniczy osobnik dąży do usunięcia Wermonda. Kto wygra walkę o spadek i czy „Mister X” zostanie zdemaskowany? Polecamy również "W walce z Arsène Lupin" oraz kolejne tomy w serii Kryminały przedwojennej Warszawy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 310

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (2 oceny)
0
1
1
0
0

Popularność




VII

W owych czasach, gdy „Mister X” pod nazwiskiem zmarłego Juliusza Wermonda zjawił się w Warszawie, by podjąć walkę o testament Franciszka Horwata – spośród kilku prywatnych biur detektywów, koncesjonowanych przez władze, do najbardziej wziętych i popularnych należało biuro detektywa Aleksandra Lessera. Mieściło się ono w jednym z domów przy ulicy Brackiej w niewielkim, surowo i po spartańsku urządzonym lokalu. Przedsiębiorstwa tego rodzaju, bardzo popularne zagranicą i zasypywane licznymi zleceniami dyskretnej natury, w których zwracanie się o pomoc do policji jest z tych czy innych przyczyn krępujące – są jeszcze w Polsce niezbyt chętnie widziane, i nie mogą się poszczycić nadmiernie wielką liczbą klientów. Publiczność odnosi się do nich przeważnie z nieufnością i nie bardzo wie, w jakich wypadkach, i w jakiej mierze korzystać z usług takiej agencji detektywistycznej, a nieufność tę jest ogromnie trudno przełamać. Jeżeli tak wyglądają sprawy, to przyznać trzeba, że biuro detektywów, założone i prowadzone od kilku lat przez pana Aleksandra Lessera, potrafiło przełamać w pewnej mierze rezerwę, z jaką mieszkańcy Warszawy obdarzają przedsiębiorstwa tego typu. Być może przyczyny tego należało doszukiwać się w niejednej sprawie, w której biuro detektywów „Argus”, wypływało na łamy prasy, z powodu pełnego powodzenia współdziałania Lessera z oficjalną policją. Tak na przykład było, jeśli poprzestaniemy tu tylko na przypomnieniu głośnej afery bandy porywaczy dzieci – bandy, której zbrodnicza działalność przez szereg tygodni napełniała mieszkańców Warszawy przerażeniem i grozą. Prywatne biuro detektywów „Argus” podjęło wówczas akcję śledczą na własną rękę i odniosło sukces. Jakkolwiek by się o tym nie mówiło, trudno zaprzeczać, że jedynie dzięki informacjom dostarczonym policji przez to biuro – banda została w całości ujęta i jej członkowie odpowiedzieli surowo przed sądem za uprawianie swojego niecnego procederu. Ów niewątpliwy sukces zawdzięczało młode przedsiębiorstwo nie komu innemu, jak swojemu kierownikowi – Aleksandrowi Lesserowi i być może, powodzenie i klientelę jednała biuru właśnie popularność tego człowieka.

Aleksander Lesser był człowiekiem ze wszech miar zasługującym na sympatię. Liczył on lat trzydzieści siedem, ale wyglądał znacznie młodziej, co podkreślała może szczupłość jego postaci. Już na pierwszy rzut oka detektyw Aleksander Lesser budził niekłamaną sympatię. Był wzrostu więcej niż średniego, lekko pochylony naprzód, zdawał się na swoich młodych barkach dźwigać jakiś niewidzialny ciężar. Twarz miał szczupłą i bladą o delikatnej kobiecej cerze, zawsze gładko i czysto wygoloną. Ciemne włosy zaczesywał do góry, usta jego zdawały się kryć w sobie jakąś dziwną kapryśność, natomiast podbródek kwadratowy i ścięty, zdradzał niewątpliwy upór i silną wolę. Pod szerokimi łukami brwi kryły się oczy, osadzone może zbyt głęboko, oczy duże, zasnute, jak gdyby mgłą, oczy, które zdawały się troskliwie i zazdrośnie ukrywać swój prawdziwy wyraz. Oczy te ożywiały się zwykle szybko i równie szybko gasły. Z całej postaci Aleksandra Lessera biło jakieś szczególne skupienie, promieniowała wielka pewność siebie, nie wiadomo, czy naturalna, czy też stanowiąca maskę, niespadającą nigdy przy ludziach. Jedno było faktem – Aleksander Lesser w niczym nie był podobny do owych typów detektywów i agentów śledczych, jakich począwszy od postaci Sherlocka Holmesa, tworzy literatura kryminalna, niby niezliczone odbitki z jednej kliszy. Aleksander Lesser nie miał długiego, haczykowatego nosa i wąskich zaciśniętych warg, nie podlegał atakom neurastenii, a jeżeli podlegał im nawet, nikt inny o tym nie wiedział. Nie nosił ubrań w szkocką kratę i nie palił fajki. Zwykł był ubierać się skromnie i przeważnie w ciemne garnitury – palił papierosy, a po obiedzie nie gardził dobrym cygarem. Nie miał pojęcia o grze na skrzypcach i zadowalał się trzymaniem w swoim mieszkaniu odbiornika radiowego. O chemii miał takie pojęcie, jak każdy zwykły śmiertelnik – w mieszkaniu jego lub w biurze darmo szukałoby się pokoju, zamienionego we wzorowe laboratorium chemiczne, stanowiący niedostępny rekwizyt czarodzieja z Bakerstreet. Detektyw nasz był zwykłą, ludzką istotą. Co najbardziej w nim ujmowało, to jego sposób bycia zawsze pełen wielkiej rezerwy i jak gdyby pewnej nieśmiałości. Aleksander Lesser robił wrażenie cichego i skromnego człowieka, który najchętniej trzyma się w cieniu, który nie lubi reklamować swoich zdolności, i czyni to nie tylko wówczas, gdy przemawiają za tym szczególnie ważne okoliczności. Lesser nie robił wcale wrażenie detektywa, i to w jego całej fizycznej i duchowej sylwetce, było bodaj najbardziej charakterystyczne. Podobnie, jak patrząc na niego, trudno było odgadnąć, że ten szczupły, czyniący raczej wrażenie chorowitego, mężczyzna – posiada muskuły, jakby ze stali i odznacza się niepospolitą siłą fizyczną. Tak samo trudno było uwierzyć, że ów spokojny człowiek był groźnym przeciwnikiem, że pod maską nieśmiałości czaiła się niepohamowana odwaga, a umysł jego pracował niestrudzenie i doskonale, jak precyzyjna maszyna, przedstawiająca cud techniki.

Dnia tego, około południa, do drzwi biura „Argus” zadzwoniono i pewien młody, elegancki pan o twarzy nacechowanej niepokojem, i o ciemnych plamach pod oczami, znamionujących źle spędzoną noc, zaczął dopytywać o detektywa Lessera. Dyrektora biura nie było jednak jeszcze. Woźny objaśnił rozgorączkowanemu i przygnębionemu zarazem interesantowi, że pan Lesser telefonował właśnie przed chwilą, iż przyjdzie za kwadrans do biura, prosząc, by osoby mające do niego interes, zechciały poczekać jeszcze przez krótki czas.

– Dobrze, zaczekam – zawyrokował młody człowiek po wysłuchaniu słów woźnego i zajął miejsce w małej, skromnie urządzonej poczekalni.

Siedział tak ze wzrokiem wbitym w ziemię, mnąc nerwowo w palcach zdjęte z rąk rękawiczki. Każda chwila oczekiwania na Lessera, wydawała mu się wiecznością. Detektyw, jednakże należał najwidoczniej do ludzi punktualnych, dokładnie bowiem w oznaczonym terminie, dzwonek u drzwi rozległ się znowu i ukazała się w nich charakterystycznie pochylona postać Aleksandra Lessera. Jerzy Gissing – on to był bowiem owym zdenerwowanym interesantem – nie znał i nigdy nie widział na oczy Aleksandra Lessera, domyślił się go jednak po skwapliwości i pośpiechu, z jakim woźny pospieszył ku wchodzącemu, by odebrać kapelusz i laskę.

– Czy jest ktoś do mnie? – rozległ się spokojny, melodyjny głos przybyłego.

– Tak, jest, panie dyrektorze. Właśnie ten pan…

Detektyw krótkim spojrzeniem obrzucił młodego człowieka.

– W tej chwili będę panu służył – powiedział z lekkim skinieniem głowy.

Wszedł do pokoi biurowych, zamienił kilka słów z sekretarką, przebiegł szybko wzrokiem dwa listy, które nadeszły z prowincji, wydał jakieś polecenie dyżurnemu funkcjonariuszowi biura – byłemu wywiadowcy urzędu śledczego, po czym udał się do swojego gabinetu i polecił wezwać oczekującego interesanta. Twarz znakomitego detektywa była, jak zawsze, zastygła w skupieniu, oczy miały normalny, melancholijny wyraz. Przywitał klienta powściągliwym gestem ręki, wskazując na miejsce obok biurka.

– Przepraszam, że kazałem panu na siebie czekać – odezwał się. – Zwykle bywam w biurze znacznie wcześniej, dziś jednak zatrzymały mnie w mieście sprawy zawodowe. Niech pan będzie łaskaw usiąść.

Gissing usłuchał. Lesser przyglądał mu się badawczo, mrużąc nieco powieki, jak gdyby był krótkowidzem.

– Jeżeli się nie mylę, jest pan u mnie po raz pierwszy… Nie przypominam sobie…

– Tak jest, panie dyrektorze, jestem istotnie po raz pierwszy u pana.

– Pana nazwisko?

Młody człowiek zawahał się. Detektyw natychmiast spostrzegł to wahanie.

– Pan mi wybaczy… – rzekł dość stanowczo – Jestem prywatnym agentem, ale nie jasnowidzem. Przychodzi pan do mnie niewątpliwie w jakiejś dyskretnej sprawy, ale przecież tylko w takich sprawach zwracają się do mnie ludzie… Może mi pan śmiało powiedzieć swoje nazwisko.

– Jestem Jerzy Gissing.

– Jak? – zapytał dość gwałtownie Lesser, robiąc minę człowieka, któremu zdaje się, że nie dosłyszał dosyć dobrze.

– Gissing. Jerzy Gissing, proszę pana.

– Ach tak! Czy pan jest sekretarzem zmarłego niedawno Franciszka Horwata?

– Pan zna moje nazwisko?

– Jak pan widzi. Czy doszukuje się w tym pan czegoś dziwnego?

– Nie… Trochę mnie to zaskoczyło…

Lesser uśmiechnął się z pewną wyższością.

– Znam bardzo wielu ludzi, którzy nie mają nawet pojęcia, że wiem o ich istnieniu. Czy pan pracuje jeszcze w przedsiębiorstwach Horwata?

– Tak.

– Jest pan młodym człowiekiem. Jak na swój wiek zajmuje pan bardzo ładne stanowisko. Ale mniejsza z tym. Czego mogę panu służyć i co pana do mnie sprowadza?

Gissing westchnął, jak gdyby wyznanie przychodziło mu niezwykle ciężko.

– Widzę jednak, że jest panu dość trudno zdobyć się na zaufanie do mnie – uśmiechnął się Lesser. – Nie chcę go w panu sztucznie budzić. Jeżeli obawia się pan zwierzyć mi swoją tajemnicę, niech pan lepiej idzie, nie mówiąc więcej ani słowa. Pierwszą rzeczą, jaką wymagam od ludzi, zwracających się do mnie, jest całkowita szczerość.

– Ja właśnie chcę być zupełnie szczery. Nie przychodzi mi to łatwo. Odgadł pan trafnie. Ale nie ze względu na pana. Czy panu, czy komu innemu byłoby mi równie trudno uczynić wyznanie.

– Może pan mówić, nie krępując się zupełnie. Ani jedno słowo z pańskiego wyznania nie wyjdzie poza ściany tego pokoju.

Młody człowiek zachęcony powściągliwym, a zarazem nakłaniającym tonem detektywa, patrzył na niego jeszcze przez chwilę, po czym powiedział.

– Pan wspomniał o Franciszku Horwacie. Właśnie przychodzę tutaj w sprawie jego testamentu.

Lesser, który nie patrzył na interesanta, lecz zajęty był oglądaniem własnych paznokci, podniósł dość gwałtownie głowę i zapytał.

– Co pan powiedział?

Najgorsze jest już poza mną – pomyślał Gissing, zdzwiony nieco nagłą reakcją prywatnego agenta i rzekł głośno:

–Przychodzę w sprawie testamentu Horwata. Testamentu, który zaginął.

Lesser zdołał już opanować swoje zdziwienie.

– Wiem o tym, że zaginął – odezwał się, jak gdyby znudzonym głosem. – Wczoraj wieczorem wpłynęło zameldowanie adwokata Leliwy i dziś już wziął sprawę w swoje ręce urząd śledczy.

Mówiąc te słowa, Lesser oparł się łokciami o biurko i przechylił nieco w stronę młodego człowieka, patrząc na Gissinga spod przymrużonych powiek.

– Niech mi pan wszystko opowie – rzucił krótko i Gissing doznał wrażenia, że ten człowiek wie już wszystko, że wszystkiego już zdołał się domyślić, zanim jeszcze zdołano mu cokolwiek powiedzieć. Po prostu wystarczyło detektywowi zestawienie sobie sprawy zaginięcia testamentu, ze słowami, jakie przed chwilą usłyszał, by wyrobić sobie natychmiast obraz sytuacji.

– Skoro już tu jestem, nie będę przed panem niczego ukrywał.

– Słusznie. Inaczej wizyta pana nie miałaby celu, a czas mój jest drogi.

Gissing zaczerpnął tchu w płuca i jął opowiadać, chwilami przestawała, jak gdyby owo wyznanie, robione obcemu człowiekowi, sprawiało mu trudność. Po twarzy jego przebiegały płomienie, to znowu bladość pokrywała mu policzki. Lesser zdawał się doskonale rozumieć jego zażenowanie. Iluż to ludzi w czasie praktyki detektywa, przewinęło się przez ten gabinet, ludzi różnego stanu, różnej płci i różnego wieku. Przychodzili do niego spłoszeni, nieśmiali, zdecydowani uciec się do jego pomocy, a przecież nieufni tak samo, jak nieufnym był Gissing na początku rozmowy. Detektyw wiedział, że milczenie ośmiela, toteż ani jednym słowem nie przerywał opowiadania młodego człowieka, nie patrzył nawet na niego, od czasu do czasu dawał tylko znak głową, że słucha, i że wszystkie szczegóły notuje sobie w pamięci. Młody człowiek opisał mu pobudki, które skłoniły go do wykradzenia testamentu – z zażenowaniem wspomniał, w jaki sposób to uczynił, a potem ze wstydem i rozpaczą wyznał Lesserowi groteskowy fakt kradzieży w tramwaju – kradzieży, która pozbawiła go z takim trudem zdobytego dokumentu. Gdy skończył, Lesser sięgnął po bloczek, leżący na biurku i zrobił kilka stenograficznych notatek. Zadał kilka pytań, skinął głową i zamilkł, wciśnięty w fotel.

– Głupia sprawa! – powiedział wreszcie. – Mogę pana przynajmniej co do jednego pocieszyć. Jeżeli nawet istniałyby jakieś ślady pańskiej gospodarki w kancelarii adwokata, zostały one całkowicie zniweczone przez włamanie, które wydarzyło się ubiegłej nocy.

– Jakie włamanie?

– Włamanie do kancelarii Leliwy. Przewrócono całą pracownię adwokata, która przedstawiała, o ile wiem, obraz całkowicie rozpaczliwy.

Młody człowiek patrzył na detektywa szeroko otwartymi oczami.

– Pan się dziwi, że wiem o tym? To bardzo proste. Mam stosunki w urzędzie śledczym i mówił mi o tym znajomy komisarz. Być może znajdzie pan o tym wiadomość w popołudniowej prasie.

– Włamano się do kancelarii Leliwy? – powiedział Jerzy Gissing, ciągle nic nie rozumiejąc. – Włamano się? Po co?

Lesser uśmiechnął się leciutko.

– Po to, po co pan się włamywał. Szukano zupełnie tego samego, czego pan szukał. Szukano testamentu Franciszka Horwata. Włamywacze nie wiedzieli o tym, że zostali uprzedzeni.

– Komu mogło na tym zależeć?

– Widocznie komuś na tym zależało – ruszył ramionami detektyw. – Moim zdaniem powiększa to ogromnie pana szanse. Policja będzie całkowicie zdezorientowana.

– Panie dyrektorze, mnie wcale nie chodzi o to, by policja była zdezorientowana – powiedział Gissing. – Rzecz prosta, nie spieszy mi się wcale do odpowiedzialności karnej za wykradzenie testamentu, ale mój cel wizyty u pana jest inny.

– Zdawało mi się, że przyszedł pan do mnie po poradę, w jaki sposób uniknąć odpowiedzialności za to lekkomyślne włamanie.

– Chodzi mi w pierwszym rzędzie o coś innego. Przypuszczam, że pan się domyśla.

– Owszem. Zależy panu na tym, by ów testament odzyskać.

– Tak jest.

– Czy jest to zarazem wola panny Horwat?

– Bardzo stanowcza.

Lesser milczał przez chwilę.

– Niech mi pan szczerze powie – zapytał swojego klienta. – Co pan miał zamiar zrobić z wykradzionym dokumentem?

– Chciałem go oddać pannie Horwat.

– Rozumiem. Wydaję mi się, że w tym wypadku interesy pana, nie zbiegają się z interesami spadkobierczyni. Panna Irena Horwat, jak się domyślam, nie jest szczególnie zachwycona pana postępkiem.

Młody człowiek zaczerwienił się.

– Będę szczery do końca. Dała mi porządną burę. Powiedziała, że sama da sobie radę z Wermondem.

– Niepotrzebnie wdawał się pan w tę całą historię.

– Być może… Tymczasem jednak testament jest w rękach złodzieja i Bóg wie, co może się z nim stać.

– Postaramy się, by był w jego rękach jak najkrócej. Wątpię bardzo, by sprawca kradzieży zdał sobie sprawę, jakiej wagi dokument ma w rękach. Być może poinformują go o tym gazety, i to byłoby dla nas gorsze. Niepokoi mnie również owa fotografia panny Horwat, którą skradziono wraz z portfelem. W każdym razie jeszcze dziś zacznę poszukiwania, i mam nadzieję, że uda mi się osiągnąć konkretne wyniki.

– Będę panu niezmiernie wdzięczny.

Lesser skinął głową.

– O, panie – odezwał się z jakimś niespodziewanym wybuchem złego humoru. – To zbyteczne, przecież pan za to płaci.

Po czym przeskakując nagle na inny temat, zapytał Gissinga.

– Zapamiętał pan sylwetkę tego złodzieja? Niech pan wytęży teraz pamięć i poda mi jego rysopis, możliwie najbardziej dokładny.

Młody człowiek potwierdził, że dobrze zapamiętał sobie owego wyższego od siebie mężczyznę, z którym jechał kiedyś na platformie tramwaju, i podał jego rysopis detektywowi. Lesser zanotował sobie starannie wszystkie dane, po czym wstał z biurka i podszedł do półki. To, co położył przed Gissingiem, było niczym innym, jak albumem, zawierającym fotografie złodziei, albumem takim samym, jakim posługują się władze śledcze. Pod tym względem biuro detektywa Lessera, było doskonale zorganizowane.

– Niech pan przejrzy ten zbiór fotografii – powiedział prywatny agent. – Może znajdzie pan w tym albumie zdjęcie swojego znajomego.

Gissing jął przeglądać kartotekę, a Lesser usiadł z powrotem przy biurku i w milczeniu przypatrywał się jego czynności. Pragnął w duchu, by ten młody człowiek zakończył już swoją wizytę i oddalił się jak najprędzej. Agent chciał pozostać sam, by uporządkować cały nawał myśli, wywołanych wyznaniem Gissinga. Wyznanie to otwierało przed biurem „Argus” nowe możliwości, jakich w tej chwili nie można było jeszcze ocenić. Interesant przejrzał tymczasem album i odsunął go zniechęconym gestem.

– Nie znalazł pan?

– Nie znalazłem.

– Jest pan tego pewny?

– Całkowicie.

Lesser zaciągnął się papierosem.

– Pochlebiam sobie, że ten album jest całkowicie kompletny. Może śmiało rywalizować z kartoteką oficjalnych władz policyjnych. Może się naturalnie zdarzyć, że braknie tu kogoś z ludzi, jacy powinni tu figurować, ale skłonny jestem raczej przypuszczać, że złodziej, którego padł pan ofiarą, jest albo amatorem, albo też gościem z prowincji, który przyjechał do Warszawy szukać powodzenia wśród wielkomiejskiego zgiełku.

– Czy to gorzej? – spojrzał uważnie Gissing.

– Tak. To gorzej. Nie mogę panu w tej chwili nic powiedzieć ani robić żadnej nadziei. Nie jestem cudotwórcą. Zadam panu jeszcze jedno pytanie.

– Słucham.

– Gdybym znalazł tego człowieka i gdyby chodziło o zdobycie testamentu od złodzieja, czy byłby pan gotów ofiarować pewną sumę na zakup dokumentu? Mówię naturalnie o sumie, leżącej w granicach rozsądku.

– Oczywiście, proszę pana. Nie będę widział w tym nic dziwnego. Podkreśliłem przecież kilkakrotnie, że zależy mi bardzo na dyskretnym załatwieniu sprawy.

– Tak też będzie ona załatwiona – powiedział Lesser, dając znak pochyleniem głowy, że uważa rozmowę za skończoną.

Gissing zrozumiał go, wstał i począł się żegnać, przy czym zapytał o kwestie kosztów, i o honorarium.

– Przejdzie pan do tamtego pokoju – wskazał mu Lesser. – I opłaci pan sekretarce wpisowe. To obowiązuje każdego mojego klienta. Złoży pan na koszty sumę, według swojego uznania. Co do honorarium – pomówimy o tym później. Jeżeli nie uda mi się, nie zapłaci pan nic. Tym właśnie różnię się od lekarza, który bierze za operację nawet wtedy, gdy pacjent umiera – uśmiechnął się. – Jeśli testament znajdzie się znowu w naszych rękach, omówimy należność. Proszę być spokojnym. Nie zedrę z pana skóry.

Podał rękę Gissingowi, oprowadził go aż do drzwi i zawołał kilka słów do sekretarki. Następnie wrócił do swojego gabinetu, właśnie w chwili, gdy na biurku zadzwonił telefon.

Lesser podniósł słuchawkę, a gdy dowiedział się, kto mówi, na twarzy jego pojawił się wyraz zdumienia. Zaraz potem jednak detektyw uśmiechnął się, jakby zadowolony, i jął zapewniać telefonującego do niego człowieka, że jest i pozostaje w biurze, i że można do niego zaraz przyjść. Gdy oparł znowu słuchawkę na widełkach, stał przez chwilę, jakby zastanawiając się nad dwoma wydarzeniami, które zbiegły się z sobą tak rychło. Myślał o Jerzym Gissingu, który dopiero co wyszedł, i o owym mężczyźnie, który miał za chwilę zjawić się w jego biurze.

– Wszystko doskonale się składa – powiedział do siebie półgłosem wbrew zwyczajowi. – Jeden odszedł, zjawi się drugi. Wszystkie nici zaczynają się zbiegać w moich rękach.

Zadzwonił na sekretarkę, a gdy ta się zjawiła, wydał jej polecenie, w następstwie którego z kwitariusza zostało usunięte wpisane przed chwilą nazwisko Jerzego Gissinga, i zastąpione innym, fikcyjnym nazwiskiem. Równocześnie cały personel biura otrzymał surowy zakaz mówienia, choćby słowa, o wizycie młodego człowieka. Zakaz ten mógł na pierwszy rzut oka wydać się dość dziwnym, jednakże nikomu nawet przez myśl nie przeszło zastanawiać się nad tym – ponieważ Aleksander Lesser zwyczajny był nie tłumaczyć nigdy ze swojego postępowania, a zarazem umiał nauczyć swoich współpracowników całkowicie ślepego posłuszeństwa.

Po wydaniu owych poleceń, detektyw usiadł w swoim gabinecie i jął zastanawiać się nad sprawą Jerzego Gissinga, i nad wyznaniem, jakie uczynił mu młody człowiek. Lesser nie łudził się ani przez chwilę, że sprawa, jaką mu przed chwilą powierzono, nie należała wcale do najłatwiejszych. Odzyskanie wykradzionego testamentu nie należało wcale do tych zadań, jakie wykonuje się bez trudu. Całe zagadnienie jednak miało swoją dobrą stronę, chociażby dlatego, że wprowadzało detektywa w sam wir walki o testament, że dawało mu w ręce takie atuty, jakich żadną miarą nie mogła mieć policja. Lesser jął się zastanawiać, w jaki sposób rozpocząć swoje poszukiwania. Czy dać ogłoszenia do pism, zredagowane w odpowiednio sprytny sposób, czy wdrożyć subtelny wywiad przez meliniarzy, wśród których znał wielu ze swojej praktyki, czy też zaufać przypadkowi, przychodzącemu mu tak często z pomocą. Bo czyż nie można było tego nazwać przypadkiem i niezwykłym po prostu zbiegiem okoliczności, że zaledwie zamknęły się drzwi za Gissingiem, zatelefonował do Lessera człowiek, którego interesy miały być diametralnie sprzeczne z interesami poprzedniego klienta, czy też był to przypadek, że nie kto inny, jak właśnie Leliwa, zapowiedział swoje zjawienie się w biurze detektywa. Rozpoczęła się wielka gra i Lesser zaczynał zdawać sobie z tego sprawę, że na grze owej może równie dobrze zyskać, jak stracić. Mieć w swoich rękach sprawę testamentu Franciszka Horwata – to znaczyło otrzeć się o miliony – szczególnie w groteskowej sytuacji, gdy pośrednio lub bezpośrednio, zainteresowani zwracali się do biura „Argus” o pomoc. Lesser oparł czoło na swoich wypielęgnowanych dłoniach i trwał w zamyśleniu tak długo, póki nie zbudził go z zadumy dzwonek, jak rozległ się w przedpokoju. Nietrudno mu było domyślić się, że to właśnie dzwonił Leliwa, jakoż nie mylił się, za chwilę bowiem ukazała się w drzwiach szczupła i niska postać adwokata. Od momentu, kiedy obudzono go o siódmej rano i zawiadomiono o włamaniu, jakiego dokonano w nocy do jego kancelarii – spokojny i nikomu niewadzący adwokat, zmienił się w dzikie, rozjuszone zwierzę. Gdy po pospiesznym ubraniu się i przełknięciu szklanki herbaty, przyjechał do swojej kancelarii i zobaczył porozrzucane po gabinecie, podeptane butami i popalone akta, ogarnął go po prostu szał. Szał ten w tak wielkiej mierze był, o ile chodziło o niego – zupełnie usprawiedliwiony. Kancelaria bowiem wyglądała strasznie. Papiery i dokumenty powywlekane z teczek, walały się po podłodze w nieładzie, podarte, pomięte buciskami, poplamione lub zetlone ogniem. Fascykuły i kartoteki – wszystko to było potargane i porzucone w kompletnym nieładzie, i dwaj włamywacze nie mogli zrobić Leliwie większej przykrości, jak niszcząc pedantycznemu mecenasowi idealny porządek, panujący w jego biurze. Leliwa, gdy ujrzał swój gabinet, zsiniał, jak gdyby trafiła go apopleksja i przez długi czas nie mógł zdobyć się ani na jeden wyraz. Następnie udał się do tego samego komisariatu, w którym poprzedniego wieczoru składał zameldowanie o zaginięciu testamentu Horwata, i zrobił tam taką awanturę, że gdyby nie jego znane nazwisko i pozycja społeczna, jaką zajmował, naraziłby się z pewnością na bardzo przykry protokół. Wyzłościwszy się i wysapawszy, mecenas powiedział sobie, że raz na zawsze zrywa z policją, i postanowił zwrócić się o pomoc do prywatnego biura detektywów. Wybór jego padł naturalnie na agencję Aleksandra Lessera, bo też nie mogło być inaczej. Obecnie wchodził właśnie do gabinetu detektywa, trzęsąc głową, osadzoną na chudej, wąskiej szyi.

– Moja wizyta zdziwi zapewne pana – powiedział, wymieniając Lesserowi swoje nazwisko. – Nie myślałem wprawdzie, że przyjdzie mi kiedykolwiek znaleźć się w takich tarapatach. Coś okropnego! Coś zupełnie niezrozumiałego, żeby po moim wczorajszym zameldowaniu, mogło się wydarzyć to włamanie.

– Niech pan siada, mecenasie – uśmiechnął się blado detektyw, jak to było jego zwyczajem. – Niepotrzebnie pan wini policję. Któż mógł się spodziewać?

– Policja jest właśnie od tego, by się spodziewała – stwierdził nieubłagany adwokat, opadając na fotel z miną człowieka, dotkniętego nagłym, a niespodziewanym nieszczęściem. – Czy pan uwierzy, panie detektywie, że wszystkie akta w mojej kancelarii są dosłownie poniszczone i obawiam się, że stracę moją całą praktykę, jeżeli ta nieszczęsna historia rozniesie się. Franciszek Horwat płacił nieźle za oddawane mu usługi, ale powiem szczerze, że wolałbym nie mieć nic wspólnego z postępowaniem spadkowym i z jego testamentem.

– Pali pan, panie mecenasie?

– Tylko cygara. Niech pan sobie wyobrazi, że łobuz lub jeden z tych łobuzów, jacy przetrząsnęli ubiegłej nocy moją kancelarię, zabrali ze sobą pudełko cygar, kupione kilka dni temu.

– Znajdą się u mnie i cygara – powiedział Lesser i sięgnął ręką do szuflady biurka.

– Nie wiem, czy ten gatunek będzie odpowiadał panu mecenasowi – podsunął szkatułkę mecenasowi, którego łysa głowa chwiała się na obie strony, niby łeb jadowitego węża.

Leliwa wziął jedno z cygar, obejrzał papierowy pierścionek, po czym na jego twarzy pojawił się uśmiech znawcy.

– To doskonałe cygaro, panie detektywie – rzekł z zadowoleniem w głosie.

– Staram się zawsze i pod każdym względem dogodzić moim klientom – odparł Lesser, pochylając głowę.

Mecenas poprawił się w fotelu, obciął cygaro i zapalił. Z upodobaniem wpatrywał się w smugę ciężkiego, niebieskiego dymu. To cygaro istotnie pierwszorzędnej sortu! – zdawało się wpływać na polepszenie jego humoru i pomagać mu w odzyskiwaniu równowagi.

– Czekam na wyrażenie pańskich dalszych życzeń – uśmiechnął się Lesser.

– Życzeń? – westchnął adwokat. – Jeżeli pan posiada moc spełniania życzeń, pragnąłbym, by jak najszybciej skończyło się już to wszystko. Ja jestem już stary człowiek i lubię pracować spokojnie – nie pociągają mnie wcale niespodzianki w rodzaju tych, jakie mam od dwóch dni.

– Bardzo wierzę…

– Czy mam opowiedzieć panu cały przebieg sprawy?

Lesser rzucił ukradkowe spojrzenie na pożółkłą twarz mecenasa.

– Sądzę, że to zbyteczne – powiedział. – Jestem już mniej więcej poinformowany o zdarzeniach ubiegłej nocy. Właśnie przez znajomego mi komisarza. Wiem też, że testament został mi wykradziony już przed wczorajszym włamaniem.

Leliwa uśmiechnął się, jak gdyby myśl ta sprawiała mu rzetelną satysfakcję.

– Cała w tym właśnie pociecha – odezwał się swoim skrzypiącym głosem. – sprawcy włamania wzięli z aktów Horwata kopertę, gdzie zamiast testamentu znajdował się czysty arkusz papieru, pozostawiony w niej, co prawda nie przeze mnie. Figiel był dobry… Wyobrażam sobie ich miny…

– Mniejsza o to, jakie mieli miny – przerwał detektyw dziwnie niechętnym tonem. – To nie należy do rzeczy, panie mecenasie. Odgaduję, co chce mi pan powiedzieć. To zresztą nie jest żadną sztuką… Chce pan po prostu powierzyć mi zadanie znalezienia tego testamentu…

Leliwa wyjął z ust cygaro.

– Naturalnie, że tak – skinął głową. – Czy pan może sobie wyobrazić, jaka to straszna przykrość dla mnie, to zaginięcie testamentu? Jakże ja wyglądam, wobec tego Wermonda! Pragnę zresztą, by zechciał pan rozwikłać cały splot wypadków, związany z ostatnią wolą Horwata, bo to, co się dzieje, nie należy z pewnością do codziennych wypadków…

– Jestem gotów zgodzić się całkowicie z pańską tezą, panie mecenasie, że sprawę testamentu otacza jakaś tajemnica, jednakże w tej chwili nie mogę jeszcze powziąć decyzji, czy podejmę się zadania, na którym panu tak zależy – odparł chytrze i wymijająco Aleksander Lesser. – Zależy to od wielu okoliczności…

Głośny adwokat spojrzał zawiedziony na detektywa.

– A więc pan mi odmawia?

– Wcale tego nie powiedziałem. Chcę panu najpierw kilka pytań.

– Proszę bardzo.

– A zatem pierwsze pytanie – panna Horwat jest niechętna testamentowi w tej formie, w jakiej sporządził go jej ojciec?

– Niechętna? To znaczy…

Lesser uczynił szybki ruch ręką.

– Bez dyplomacji, mecenasie! Więc jakże – tak czy nie?

– Raczej tak.

– Czy wie pan, po jakiej linii spróbuje pójść oficjalne śledztwo?

Adwokat zaniepokojony nieco tonem detektywa, spojrzał na niego pytająco.

– Skądże mogę wiedzieć?

– Mówiono mi dziś o tym w urzędzie śledczym. Oni tam sądzą, że to jest zwykła, ordynarna symulacja.

– Nie bardzo rozumiem.

– Są po prostu zdania, że testament nie został wcale wykradziony, lecz zniszczony lub ukryty przez pannę Horwat… przy pana pomocy.

– Jak?! – wrzasnął chuderlawy adwokat, podrywając się z fotela.

Lesser rozłożył ręce.

– Panie mecenasie, nie trzeba się denerwować – powiedział, widząc, że na pergaminowych policzkach adwokata pojawiają się krwiste rumieńce. – Cóż dziwnego, że policja bada wśród innych możliwości, również i tę hipotezę.

– To oszczerstwo! To niesłychana bezczelność! Jak mógł ktoś wpaść na coś podobnego!? Ja miałbym to zrobić? Ja? Leliwa? A po cóż bym to zresztą robił?

Detektyw przymrużył oczy.

– Czy muszę to panu tłumaczyć? Przecież pan jest znakomitym prawnikiem. Pan sam to wie najlepiej. Zaginięcie testamentu pozbawia Wermonda jakichkolwiek praw do spadku – a z drugiej znowu strony panna Horwat jest dość bogata, by uczynić daleko idące obietnice człowiekowi, który dopomógłby jej wydostać się z kłopotu. Szczególnie, skoro ten człowiek był poprzednio długoletnim doradcą prawnym jej ojca…

– Proszę pana, jak pan może…

– Ja tylko logicznie rozumuję, co podobno jest obowiązkiem nas – detektywów… Przyznaję, że założenie jest tu błędne, ale policja ma pewne podstawy, by uczepić się tej tezy.

– Zdarza się, że można być powieszonym niewinnie – mruknął Leliwa. Słowa Lessera musiały go jednak zaniepokoić, bo zapytał zaraz:

– Jakież to są podstawy?

– Brak jakichkolwiek śladów pierwszego włamania, brak jakichkolwiek śladów obcej gospodarki w pana biurze…

– To nie dowodzi niczego. A drugie włamanie?

– O tym jeszcze policja nie ma wyrobionego zdania.

– Całe szczęście – odetchnął z ulgą adwokat. – Ale to całe pomawianie mnie o udział w przestępstwie, dokonanym przez pannę Horwat, nie ma absolutnie sensu. A pan co sądzi o tym wszystkim?

– Jestem przekonany, że domysły policji są całkowicie mylne. Testament wykradziono właśnie kiedyś – jak i kiedy – o tym w tej chwili nie mówię. Włamywacze, którzy ubiegłej nocy splądrowali pańską kancelarię, szukali również testamentu – to jasne.

– Jasne? Wcale niejasne! Nic z tego nie rozumiem – ruszył Leliwa ze złością ramionami.

– Jasne jest to, że dwa czynniki walczą o ten testament – ożywił się Lesser. – Niech, no mi pan powie, panie mecenasie, czy dobrze pan znał Horwata?

– Stykałem się z nim niemal codziennie.

– Znał pan jego prywatne życie?

– Mówienie o prywatnym życiu Horwata jest przesadą. Prywatne życie tego człowieka prawie nie istniało. Każda godzina jego życia była wypełniona myślą o pomnażaniu swojego majątku.

– Acha! O ile się orientuję ze stanu sprawy, po pannie Horwat odziedziczyłby w całości majątek ów Wermond. A kto dziedziczyłby po Wermondzie?

Mówiąc te słowa, Lesser pochylił się ku adwokatowi, a oczy jego wpiły się roziskrzonym nagle spojrzeniem w wątłą sylwetkę mecenasa.

– Kto dziedziczyłby po pannie Horwat i po Wermondzie? Ależ nikt!

– Jak to nikt? Nie ma już nikogo uprawnionego do dziedziczenia?

– To rzadki wypadek, ale tak bywa i tak jest właśnie teraz.

– Jest pan tego pewny?

– Jak najbardziej.

Lesser rozłożył bezradnie ręce. Wzrok jego przygasł znowu i detektyw z wyrazem zniechęcenia na twarzy, oparł się z powrotem o fotel.

– Chciałbym, by się pan mylił – powiedział do Leliwy. – Zdawało mi się, że jestem na tropie. Świtała mi w głowie pewna koncepcja, ale zachwiał pan mnie swoją odpowiedzią.

– Co pan miał na myśli?

– Szukam człowieka, któremu mogłoby zależeć na zaginięciu testamentu. Stara reguła kryminalna powiada, że ten jest winien, kto odnosi korzyść z przestępstwa. Koncepcja moja polegała na tym, że poza Wermondem, i poza panną Horwat, istnieje ktoś, kto rości sobie prawa do majątku zmarłego. Dlatego właśnie starałem się powiedzieć, czy nie wchodzi ktoś w grę w dalszej linii, o ile chodzi o dziedziczenie.

Adwokat wzruszył ramionami.

– Drogi panie, gdyby nawet pańskie rozumowanie było uzasadnione i gdyby ktoś taki istniał, zaginiecie testamentu nie rozstrzygałoby o niczym.

Lesser zrobił zagadkową minę. Zdawało się, że umyślnie powiedział swoje poprzednie słowa, by spowodować pożądaną reakcję ze strony mecenasa.

– A! – rzekł. – Skoro zaginięcie testamentu nie zmieniłoby sytuacji prawnej owej domniemanej osoby, to cóż mogłoby dać jej szansę do otrzymania spadku?

– Tylko jedna rzecz. Śmierć dwóch osób.

– A więc w pierwszym rzędzie panny Ireny Horwat, a potem Wermonda?

– To właśnie chciałem powiedzieć.

– I bardzo się cieszę, panie mecenasie, że stwierdził to pan tak wyraźnie. Potwierdza to tylko podejrzenia, które siłą faktu muszą się nasunąć. Zaginięcie testamentu przynosi korzyść jedynie pannie Horwat, pozbawiając Wermonda wszelkich praw do spadku i niwecząc warunek zawarcia małżeństwa.

Leliwa tym razem nie oburzył się, lecz spojrzał z rozwagą na detektywa.

– Nie mogę odmówić logiki temu rozumowaniu. Istotnie panna Horwat jest jedyną osobą, która odniosłaby korzyść z zaginięcia testamentu. Przypuszczam jednak, że nie sądzi pan, podobnie jak policja, że ja przyłożyłem do tego rękę.

– Powiedziałem już panu, że daleki jestem od tego rodzaju podejrzeń. Powiem więcej – wątpię bardzo, by panna Horwat spowodowała usunięcie ostatniej woli ojca. Wczorajsze włamanie komplikuje niesłychanie całą sytuację i stawia nas wobec dziwacznej zagadki. Nie wiemy wielu rzeczy, a gdybyśmy wiedzieli, nie przychodziłby pan do mnie po pomoc.

Lesser urwał nagle i zrobił znaczącą minę.

– Mówmy szczerze. Pomijam pana zawodowy obowiązek, ale jestem pewny, że jako człowiek, sprzyja pan w głębi duszy bardziej pannie Horwat, niż Wermondowi, którego wczoraj ujrzał pan po raz pierwszy. Czy nie byłoby najlepiej, gdyby ten testament się nie znalazł?

Adwokat długo nie odpowiadał. Zdawało się, że słowa detektywa trafiają do niego. Wreszcie potrząsnął głową i odrzekł:

– Nie. Moje osobiste sympatie są moją prywatną sprawą. Nigdy nie kierowałem się nimi, w czasie mojej wieloletniej praktyki. Należę do ludzi, którzy potrafią być bezstronni. Zależy mi też na tym, by moja opinia jako adwokata, była nieposzlakowana. Pragnę, by ten testament się znalazł, a panna Horwat niech sama sobie szuka wyjścia z sytuacji.

– To właśnie chciałem od pana usłyszeć. Zajmę się tą sprawą, ale z góry pana uprzedzam, że nie ręczę za powodzenie.

– Jak to?

Leliwa był zaskoczony. Detektyw spojrzał na niego pobłażliwie.

– Panie mecenasie, po co się kradnie testament? Jaki cel przyświeca zawsze złodziejowi tego typu?

– Ach! – powiedział Leliwa zmieszany nagle.

– Tak, panie mecenasie, testament się kradnie po to, by go zniszczyć.

– Obawia się pan…

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Kryminały przedwojennej Warszawy:

Ukazały się:

Daniel Bachrach

Król sutenerów Rozenberg działa

(t. 41 serii)

Epidemia samobójstw. Sensacyjne pamiętniki byłego aspiranta Urzędu Śledczego w Warszawie

, tom 1 (t. 48 serii)

Kobieta, wino i hazard. Sensacyjne pamiętniki byłego aspiranta Urzędu Śledczego w Warszawie

, tom 2 (t. 49 serii)

Niebezpieczne poszlaki. Sensacyjne pamiętniki byłego aspiranta Urzędu Śledczego w Warszawie

, tom 3 (t. 54 serii)

Przez namiętność do zbrodni. Sensacyjne pamiętniki byłego aspiranta Urzędu Śledczego w Warszawie

, tom 4 (t. 62 serii)

Strzał w nocy.

Sensacyjne pamiętniki byłego aspiranta Urzędu Śledczego w Warszawie

, tom 5 (t. 68 serii)

Za kulisami kabaretu. Sensacyjne pamiętniki byłego aspiranta Urzędu Śledczego w Warszawie

, tom 6 (t. 78 serii)

W walce ze światem zbrodni, Sensacyjne pamiętniki byłego aspiranta Urzędu Śledczego w Warszawie

, tom 7 (t. 86 serii)

Aleksander Błażejowski

Czerwony Błazen

(t. 1 serii)

Sąd nad Antychrystem

(t. 5 serii)

Korytarz podziemny

B (t. 7 serii)

Ryszard Braun

Manekin nr 6

(t. 11 serii)

Adolf Doliński

Opowiadania kryminalne 1

(t. 20 serii)

Opowiadania kryminalne 2

(t. 21 serii)

ELMAR

Mord przy Chmielnej

(t. 45 serii)

Piotr Godek

Ekspress Warszawa-Paryż

(t. 66 serii)

Tajemnica białej willi

(t. 69 serii)

Pocałunek śmierci

(t. 74 serii)

Tajemniczy wynalazca

(t. 77 serii)

Kartel stalowy

(t. 81 serii)

Przeklęty skarb

(t. 87 serii)

Jan Grom

Bokser i dziewczyna. Hazardzista

(t. 46 serii)

Antoni Hram

Upiór podziemi

(t. 34 serii)

Mieczysław Jarosławski

Policjant nr 03721

(t. 79 serii)

Mistrz Marx

(t. 80 serii)

Ludwik M. Kurnatowski

Tajemnice Belwederu

(t. 9 serii)

Zagadkowi milionerzy

(t. 23 serii)

Samochodowa banda Kłaka

(t. 36 serii)

Szczury hotelowe

(t. 47 serii)

Niebieskie ptaki Warszawy

(t. 60 serii)

Życie i przygody Wiktora Grüna

(t. 63 serii)

Kazimierz Laskowski

Agent policyjny. Z papierów po Hektorze Blau

(t. 82 serii)

Henryk Nagiel

Tajemnice Nalewek

(t. 3 serii)

Sęp

(t. 16 serii)

Adam Nasielski

Alibi

(„Wielkie gry Bernarda Żbika”) (t. 6 serii)

Opera śmierci

(„Wielkie gry Bernarda Żbika”) (t. 8 serii)

Człowiek z Kimberley

(„Wielkie gry Bernarda Żbika”) (t. 14 serii)

Dom Tajemnic

(„Wielkie gry Bernarda Żbika”) (t. 19 serii)

Grobowiec Ozyrysa

(„Wielkie gry Bernarda Żbika”) (t. 22 serii)

Skok w otchłań

(„Wielkie gry Bernarda Żbika”) (t. 25 serii)

Puama E

(„Wielkie gry Bernarda Żbika”) (t. 30 serii)

As Pik

(„Wielkie gry Bernarda Żbika”) (t. 40 serii)

Koralowy sztylet i inne opowiadania

(„Małe gry Bernarda Żbika”) (t. 42 serii)

Pociąg w nieznane

(t. 44 serii)

Mecz o kobietę

(t. 53 serii)

Minus trzy

(t. 59 serii)

Gra ze śmiercią

(t. 76 serii)

Znak kwadratu

(t. 84 serii)

Węgierska awantura. Narzeczona z kontrwywiadu

(t. 89 serii)

Walery Przyborowski

Czerwona skrzynia

(t. 28 serii)

Szkielet na Lesznie

(t. 31 serii)

Widmo na Kanonii

, tomy 1‒2 (t. 38 i 39 serii)

Marek Romański

Żółty szatan

(t. 17 serii)

Ostatnia gra Yoshimury

(t. 18 serii)

Odwet

(t. 24 serii)

Czarny Trójkąt

(t. 26 serii)

Człowiek z Titanica

(t. 27 serii)

Mord na placu Trzech Krzyży

(t. 50 serii)

Pająk

(t. 52 serii)

W walce z Arseniuszem Lupinem

(t. 57 serii)

Znak zapytania

(t. 61 serii)

Złote sidła

(t. 64 serii)

Defraudant

(t. 65 serii)

Prokurator Garda

(t. 75 serii)

Mister X

(t. 90 i 91 serii)

Marek Romański, Mirko Borkowicz

Szajka Biedronki

(t. 32 serii)

Akcje ATN

(t. 33 serii)

Zenon Różański

Ostatnia gra Normana Kinga

(t. 56 serii)

Godzina trwogi

(t. 67 serii)

Pokój nr 23

(t. 70 serii)

Rafał Scherman

Samobójstwo zmarłego

(t. 10 serii)

Tadeusz Starostecki

Krwawy reporter

(t. 37 serii)

Antoni Starzewski

Męty. Opowiadania kryminalne ze znalezionych rękopisów

(t. 35 serii)

Otto Stemin

Musiałem zabić

(t. 43 serii)

Otchłań ciągnie

(t. 55 serii)

Tunel śmierci

(t. 71 serii)

Adam Ty-ski

Mściciel. Opowiadania kryminalne

(t. 58 serii)

Stanisław Antoni Wotowski

Człowiek, który zapomniał swego nazwiska

(t. 2 serii)

Czarny adept

(t. 4 serii)

Sekta Diabła

(t. 13 serii)

Upiorny dom

(t. 15 serii)

Tajemniczy wróg

(t. 29 serii)

Demon wyścigów

(t. 51 serii)

Rycerze mroku

(t. 72 serii)

Kariera Panny Mańki

(t. 73 serii)

Salon baronowej Wiery

(t. 83 serii)

Niebezpieczna kochanka

(t. 85 serii)

Złoto i krew. W szponach czerezwyczajki

(t. 88 serii)

Polecamy także serie:

Stary polski kryminał

Ci sami autorzy, co w „Kryminałach przedwojennej Warszawy”, ten sam layout serii, akcja powieści dzieje się poza Polską:

Adam Nasielski,

Biały jacht

Marek Romański,

Tajemnica kanału La Manche

Marek Romański,

Szpieg z Falklandów

Marek Romański,

Małżeństwo Neili Forster

Marek Romański,

Życie i śmierć Axela Branda

Marek Romański,

Serca szpiegów

Marek Romański,

Salwa o świcie

Marek Romański,

Miss o szkarłatnym spojrzeniu

Antoni Hram,

W szponach szantażu

Klasyka angielskiego kryminału

Przypominamy wybrane najlepsze kryminały angielskie

Edgar Wallace,

Czerwony Krąg

Edgar Wallace,

Numer Szósty

Edgar Wallace,

Bractwo Wielkiej Żaby

Edgar Wallace,

Szajka Zgrozy

Edgar Wallace,

Kwadratowy szmaragd

Edgar Wallace,

Twarz o zmroku

Edgar Wallace,

Pogromca hien ludzkich

Edgar Wallace,

Tajemnica szpilki. Obcy wśród mroków nocy

Edgar Wallace,

Tajemnica samotnego domu

Arthur Conan-Doyle,

Studium w szkarłacie

Arthur Conan-Doyle,

Znak czterech

Arthur Conan-Doyle,

Pies Baskerville’ów

Edgar Wallace,

Spłacony dług

Najlepsze kryminały PRL

Lata 50.

Wydane:

Tadeusz Starostecki,

Plan Wilka

(1956)

Andrzej Piwowarczyk,

Stary zegar

(1956)

Andrzej Piwowarczyk,

Królewna?!

(1956)

Jacek Wołowski,

Walther 45771

(1956)

Jerzy Żukowski,

Martwy punkt

(1957)

Jacek Wołowski,

Kryptonim „Proszek do prania”

(1959)

Andrzej Piwowarczyk,

Maszkary

(1956)

I. Cuculescu,

Trucizna działa

(1957)

Lata 60.

Wydane:

Jacek Wołowski,

Oset pleni się w mroku

(1963)

Andrzej Kobar,

Zielony volkswagen

(1963)

Janusz Faber,

Ślady prowadzą w mrok

(1969)

Kazimierz Kłoś,

Listy przyniosły śmierć

(1961)

Lata 70.

Wydane:

Jacek Roy,

Czarny koń zabija nocą

(1975)

Zuza Śliwa,

Bardzo niecierpliwy morderca

(lata 70.)

Jerzy M. Mech,

Szyfr zbrodni

(1977)

Zuza Śliwa,

Teodozja i cień zabójcy

Anna Kłodzińska

Wydane:

Śledztwo prowadzi porucznik Szczęsny

(1957)

Złota bransoleta

(1958)

Srebrzysta śmierć

(1959)

Dwa włosy blond

(1960)

Malwersanci

(1961)

Przegrana stawka

(1961)

Jaka śmierć jest cicha

(1962)

Zaułki

(1964)

Błękitne okulary

(1965)

Jedwabny krawat

(1966)

Nie bój się nocy. Nienawiść

(1968)

Świetlista igła. Tajemniczy pasażer

(1969)

Potem przychodzi ktoś inny

(1970)

Nocny gość. Skradziona biżuteria

(1973)

Królowa nocy

(1971)

Wrak

(1973)

Czy Pan pamięta, inżynierze

(1975)

Taniec szkieletów

(1977)

Trzeci gang

(1978)

Szukam tego człowieka

(1979)

Dzieci milionerów

(1980)

Złocisty przegrywa

(1980)

Grzęzawisko

(1981)

W pogardzie prawa

(1983)

Malwina przegrała milion

(1984)

Zdrajca

(1984)

Nietoperze

(1985)

Trzy ciosy sztyletem

(1986)

Sygnały śmierci

(1988)

Za progiem mroku

(1988)

Śmierć za karę

(1990)

Zemsta Wilka

(1991)

Wynajęty morderca

(1991)

Kim jesteś Czarny?

(1963)

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Rozdział VII
Rozdział VIII
Rozdział IX
Rozdział X
Rozdział XI

www.lindco.se

e-mail: [email protected]

lindcopl (facebook & instagram)

Tytuł oryginału:

Marek Romański

Mister X. Tom II

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Lind&Co.

Opracowano na podstawie wydania z 1935 r.

Wspołpraca: Wydawnictwo CM, Warszawa

Projekt okładki: Studio Karandasz

Zdjęcia na okładce: Alexandr Vasilyev, Wojciech Wrzesień / Adobe Stock

Copyright © dla tej edycji: Wydawnictwo Lind & Co, Stockholm, 2021

ISBN 978-91-8019-144-9

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek