Miód na serce - Edyta Świętek - ebook
Opis

Kiedy zdesperowana singielka postanawia zmienić swój stan cywilny, znajdujący się w zasięgu jej wzroku samotny mężczyzna ma nikłe szanse na pozostanie kawalerem. Nie inaczej jest w przypadku Ciaputka, na którego zarzuca sieci Agnieszka. Kobieta skutecznie realizuje zamierzenia, doprowadzając swego wybranka przed stopnie ołtarza. Na skutek niefortunnego splotu zdarzeń fajtłapowaty mężczyzna zostaje sam z półroczną córką Iwonką. Nadchodzi czas na to, aby w końcu dorosnąć i zatroszczyć się o maleństwo.

Sześć lat później Ciaputek nadal jest samotnym ojcem, ale z pomocą: mamusi, niani i wujaszka Google świetnie sobie radzi z opieką nad dziewczynką. Sęk w tym, że obydwoje odczuwają samotność i brakuje im w domu kobiety: matki dla dziecka, żony dla mężczyzny. Rezolutna Iwonka postanawia ożenić swojego „tatutka-ciaputka”. Ma już nawet upatrzoną kandydatkę na „panią Ciaputkową”.

Miód na serce” to niezwykle ciepła i zabawna opowieść o tym co w życiu najważniejsze.

Miód na serce Edyty Świętek, podobnie jak jego pszczeli odpowiednik, ma szereg cudownych właściwości. Leczy smutki, daje nadzieję i przede wszystkim smakuje. Uśmiech, ale też parę łez wzruszenia – jak najbardziej gwarantowane.

Joanna Sykat, autorka m.in. Czwarech stronn miłości i Jutro zaświeci słońce

----------------------

Tytuł nie kłamie. Ta książka to rzeczywiście Miód na serce. Również i moje. Bawiłam się doskonale. Edyta Świętek tak zgrabnie pakuje Ciaputka w coraz to nową kabałę, że nie można się oderwać. W czasie lektury lepiej nic nie gotować, by tak jak ja, nie spalić sobie garnków. Polecam. Polecam. Polecam!

 Izabella Frączyk, autorka m.in.  Końca świata

-------------------

Miłość − w powieści Edyty Świętek − mocno wyposażona życiowo: baby bluesem, staropanieństwem, małomiasteczkowością, syndromem wiecznego chłopca. W zderzeniu z naturalną potrzebą kochania i poczuciem humoru tworzy romans realny, jaki się trafia nam i znajomym dookoła. Zgrabnie nakreślona narracja powoduje, że oddychamy synchronicznie z emocjami bohaterów, stajemy się nimi, nie mogąc oderwać się od ich życia... aż do ostatniej kartki.

Iza Kowalewska, piosenkarka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 311

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

Książki Edyty Świętek,

które ukazały się w Wydawnictwie Replika:

 

Cienie przeszłości

 

Zanim odszedł

 

Tam, gdzie rodzi się miłość

 

Tam, gdzie rodzi się zazdrość

 

Cappuccino z cynamonem

 

Wszystkie kształty uczuć

 

Noc Perseidów

 

 

 

Copyright © Edyta Świętek

 

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2016

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Redakcja

Joanna Pawłowska

 

Projekt okładki

Iza Szewczyk

 

Zdjęcia na okładce

Copyright © depositphotos.com/ Warwara

Copyright © depositphotos.com/ viktoriya89

Copyright © depositphotos.com/ Perfect Lazybones

Copyright © depositphotos.com/ Madlen

Copyright © depositphotos.com/ tomert

Copyright © depositphotos.com/ alenalihacheva

 

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2016

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

ISBN 978-83-7674-388-2

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 61 868 25 37

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czasami uśmiech jest maską. Pod radością kryją się mroczne lub bolesne tajemnice z przeszłości. Sekrety, które nie znikną pod wpływem salw śmiechu. Schowane na dnie serca, tkwią w nim niczym drzazga, wywołując ból przy nieostrożnym ruchu.

Jakże łatwo jest oceniać po pozorach…

 

Za górami, za lasami, w niewielkiej mieścinie na obrzeżach prastarej Puszczy Niepołomickiej żyła sobie niewysoka, chuda i nieco piegowata sierotka. Dziewczynka dorastała pod troskliwym okiem ukochanej babuni, aż wyrosła na miłą i bardzo mądrą kobietę. Jej największym marzeniem było to, aby pewnego dnia odnaleźć prawdziwe szczęście. Wiedziała jednak, że tym szczęściem nie będą ani rycerz na białym koniu, ani niezliczone skarby, ani nawet dżin, który spełniałby wszystkie jej pragnienia.

 

 

 

 

 

 

 

 

Prolog

 

 

Gdyby ktoś wpadł na pomysł zorganizowania konkursu na najlepszą przyjaciółkę świata, to Elwira Marecka z całą pewnością zdobyłaby w nim czołowe miejsce. Podobnie byłoby, gdyby wzięła udział w plebiscycie na najbardziej nietrafione lokowanie uczuć.

– Taa… Lokować to można produkt – burknęła pod nosem na wspomnienie swojego permanentnie złamanego serca. – Że też zawsze muszę durzyć się w niewłaściwych facetach – westchnęła.

Co prawda to prawda. Ostatni obiekt jej uczuć, Klaudiusz Drawicz, był żonaty dokładnie od ośmiu godzin. Elwira natomiast, ubrana w sukienkę pierwszej druhny, ściskała w dłoni ślubny bukiet, który wprost w jej ręce wrzuciła najlepsza przyjaciółka, Patrycja Janas. Uściślając: od ośmiu godzin Patrycja Drawicz.

To, że Patrycja i Klaudiusz zmienili kilka godzin wcześniej stan cywilny, w dużej mierze stanowiło zasługę Elwiry. Taka już z niej była masochistka, że najpierw zadurzyła się w sympatycznym stomatologu, a gdy usłyszała, że ten jest zakochany bez pamięci w Pati, nie tylko ich ze sobą wyswatała, ale jeszcze uratowała związek przed niechybną katastrofą. Jakby tego było mało, kilkanaście lat wcześniej zapałała równie niefortunnym uczuciem do… pierwszego męża Patrycji. Cóż, widać, taka już jej dola, że musiała zakochiwać się nie dość że głupio, to jeszcze w cudzych mężczyznach.

Z wiązanką ślubną było tak, że Pati, przewidując manewr druhny (która zamierzała zrobić unik), cisnęła nim ze wszystkich sił w Elwirę. Dosłownie! Wykonała zamach, jakby miała rzucać, nie przymierzając, co najmniej oszczepem. No i trafiła, ku zgrozie nie-do-końca-szczęśliwej nowej posiadaczki bukietu. Zamążpójście było bowiem ostatnią rzeczą, o której w chwili obecnej marzyła.

 

 

 

 

 

 

 

 

Ciaputek

 

 

Naturalną konsekwencją życia w niewielkiej miejscowości jest to, że mieszkający tam od pokoleń ludzie odarci są z jakiejkolwiek intymności. Jeżeli do kogoś w młodym wieku przylgnie jakaś etykietka, to jest rzeczą pewną, że pozostanie ona na zawsze i wyprze z pamięci zbiorowej imię lub nazwisko delikwenta. Tak jak to się stało w przypadku Ciaputka. Bo skoro rodzona matka tak go nazywała, to Ciaputkiem musiał być – koniec i kropka.

Jako nastolatek Ciaputek niczym szczególnym się nie wyróżniał. Czasami bywał ciamajdą i zdarzało mu się coś wylać, stłuc albo upuścić, lecz nie przydarzało mu się to częściej niż przeciętnemu chłopakowi w jego wieku. Nie był najprzystojniejszy w całej wsi, nie był też brzydki. Uczył się przeciętnie, na tyle dobrze jednak, by później skończyć nie najgorsze studia, które zapewniły mu całkiem przyzwoity etat. Miał grupkę przyjaciół i zawsze mógł na nich liczyć, a oni niezmiennie pamiętali o tym, aby nie nazywać go inaczej niż Ciaputek. On nigdy się o to nie gniewał, bo i tak nie było o co.

Ciaputek nie planował zakładania rodziny. Nie czuł się powołany do tego w żaden sposób. Małe dzieci wzbudzały w nim grozę. Kobiety bywały miłym dodatkiem wyłącznie do tych nielicznych wieczorów, gdy miał odrobinę wolnego czasu oraz chęci, aby się zabawić. Instytucja teściowej była dla niego wystarczająco przerażająca, aby powstrzymać go przed próbą zawarcia małżeństwa. Zresztą co innego impreza w miłym towarzystwie, a co innego prawdziwe, obarczone konsekwencjami życie.

Zdecydowanie przyjemniejsza była rola niebieskiego ptaka, chociaż Ciaputek aż tak bardzo niebieski nie był – miał głęboko zakorzenione poczucie obowiązku i kroczył przez życie, twardo stąpając po ziemi. Poważnie podszedł do ukończenia studiów oraz samodzielności. Szybko zamieszkał sam i świetnie sobie radził z prowadzeniem domu. Spełniał się w pracy zawodowej. Unikał sytuacji, które mogłyby zwiększyć w jego mikrokosmosie zakres spraw ważnych. Asekurował się przed wszelkimi czynnikami mogącymi naruszyć jego bezpieczny świat oraz suwerenność.

Cóż jednak, nawet największa przezorność nie pomoże, gdy zdesperowana singielka zechce usidlić dobrze ustawionego dżentelmena z godziwym etatem. Jedna z pań należących do grona umilającego mu czas wolny postawiła sobie za punkt honoru, że zaobrączkuje Ciaputka – czy mu się to podoba, czy nie. Ponieważ mężczyzna pozostawał wyjątkowo nieodporny na kobiece wdzięki (i sztuczki), Agnieszka bez trudu zaprosiła go w miękką otchłań pościeli, gdzie raz, drugi i trzeci oddali się czynom nierządnym. Jakiś czas później młoda kobieta zaczepiła go na mieście i oświadczyła dobitnie:

– Ciaputku, kochanie ty moje najpiękniejsze, jesteśmy w ciąży.

– My? – wyraził zdumienie, bowiem jak świat światem, jeszcze żaden mężczyzna w ciążę nie zaszedł.

– No tak: my – odparła Agnieszka, pomna tego, co jej przyjaciółki mawiały na temat stanu błogosławionego i zaangażowania sprawcy zajścia w wychowanie potomstwa, począwszy od życia prenatalnego, aż po chwilę, gdy dziecina rozłoży skrzydła i odfrunie z rodzinnego gniazdka. Liczba mnoga miała na celu dobitne podkreślenie, że ciąża nie jest li tylko i wyłącznie jej sprawą. – Będziesz ojcem, mój skarbusiu najsłodszy.

Hm… Swoją drogą ciekawe, skąd jej przyszło do głowy, że mężczyźni lubią takie słodkie, wręcz ulepkowate spieszczenia?

Oczywiście Ciaputek dobrze wiedział, czym może implikować zażyła relacja z kobietą w wieku rozrodczym. W bociany i kapustę przestał wierzyć dawno temu. Nie próbował robić uników, że to nie on jest sprawcą tego zajścia. Zresztą, co tu dużo mówić, pochlebiało mu uwielbienie ze strony Agnieszki, bowiem jak każdy człowiek czuł potrzebę dowartościowania się choćby czyjąś miłością. Istotę, która miała zostać matką jego dziecka, wręcz przepełniały uczucia i niestrudzenie dawała temu wyraz. W jej oczach Ciaputek był niemalże półbogiem, co podkreślała na każdym kroku.

Po gruntownym omówieniu tematu i przemyśleniu sprawy mężczyzna uznał, że trzeba ulec przed siłą wyższą (czyli zdeterminowaną kobietą). Nawet się nie obejrzał, gdy stał przed ołtarzem i ślubował Agnieszce oraz jej pęczniejącemu brzuchowi (który ponoć w równym stopniu należał do niego), że bierze odpowiedzialność za przyszłość zakładanej właśnie rodziny.

Mijały tygodnie.

Uwielbienie Agnieszki nie malało. Ciaputek wracał z pracy do domu w błogim przeświadczeniu, że jarzmo małżeńskie i związana z nim odpowiedzialność wcale nie są takie straszne. Na razie, wbrew usilnym zachodom żony, postrzegał ją jako jeden nierozerwalny organizm. Myśl o dziecku błąkała się w jego głowie mimochodem, głównie wtedy, gdy przywoływała ją Agnieszka. Póki co wizja powiększenia rodziny wciąż wydawała się czymś abstrakcyjnym.

Na przekór wszystkiemu brzuch Agnieszki zaczynał pęcznieć w oczach skonsternowanego mężczyzny. W jego wnętrzu wzrastało posiane przez Ciaputka ziarno, dając się we znaki: kobiecie – niestrudzonym kopaniem, mdłościami czy puchnięciem nóg, a mężczyźnie nieposkromionymi zachciankami (głównie spożywczymi) połowicy, które należało jak najszybciej zaspokoić, w przeciwnym razie nie dane było zaznać nawet chwili spokoju.

Zdawać się mogło, że nabrzmiała część ciała żony nie może już bardziej urosnąć, gdy Agnieszka wydała z siebie głośne stęknięcie i oznajmiła:

– Ciaputku, będziemy rodzić.

Oczywiście rzecz miała miejsce w późnych godzinach nocnych, czyli w porze, kiedy normalni ludzie śpią przed czekającym ich dniem ciężkiej pracy. Nic więc dziwnego, że słowa Agnieszki nie dotarły do jego zmęczonej jaźni; mężczyzna odwrócił się na drugi bok i zachrapał. Natarczywe trącanie przywróciło mu minimalną cząstkę świadomości.

– Ciaputku, obudź się, kochanie moje najpiękniejsze. Będziemy rodzić! Ro-dzić!

Przyszły ojciec już miał na końcu języka stwierdzenie, że on nie zamierza wydawać na świat żadnego potomka, gdy dotarło do niego, że użyta przez żonę liczba mnoga nie dotyczy go w sposób bezpośredni. Oprzytomniał w końcu na tyle, aby pojąć znaczenie słów Agnieszki.

– Omójbożetojuż? – wykrzyczał jednym tchem, nie zadając sobie trudu, aby porozdzielać poszczególne wyrazy.

Zerwał się z łóżka i jak szaleniec zaczął gonić po domu, usiłując przygotować się na wyjazd do szpitala. Podziwiał przy tym stoicki spokój żony, która poza stwierdzeniem, że odeszły jej wody i ma skurcze, niewiele miała do powiedzenia.

Dwie godziny później znaleźli się na oddziale położniczym w jednym z krakowskich szpitali. Wokół nich krążył personel medyczny, wymieniając pomiędzy sobą stosowne do okoliczności uwagi. Kandydat na tatusia wciąż nie mógł wyrwać się ze stanu oszołomienia. Oto w jego życiu zachodziły właśnie prawdziwie radykalne zmiany. Stoicki spokój żony prysł jak bańka mydlana. Agnieszka krzyczała, gdyż skurcze bardzo szybko zaczęły się nasilać. Rozpaczliwe jęki rodzącej kobiety przywróciły funkcjonowanie mózgowi mężczyzny. Bodajże po raz pierwszy w życiu Ciaputek wskoczył w rolę, którą do tej pory odgrywała jego połowica.

– Agusia, Agnieszka, kochanie ty moje najcudowniejsze – powtarzał żarliwie, ściskając mocno jej dłoń. – Dasz radę. Wytrzymasz. Jesteś bardzo dzielna!

– Boooli! – łkała przeciągle, wbijając mu paznokcie w skórę.

Ciaputek mężnie przecierpiał ten dyskomfort, bowiem dobrze wiedział, że ból znoszony przez żonę jest nieporównywalnie większy niż ten, którego przysparzało mu parę półokrągłych ranek. Mężnie trwał na posterunku, aż do momentu, gdy z ust położnej padło hasło:

– Pełne rozwarcie. Rodzimy! Pani Agnieszko, teraz proszę przeć!

Na porodówce zapanowało zamieszanie. Ciaputek z podziwem spoglądał na wycieńczoną żonę, która mobilizowała ostatnie zasoby sił, aby wydać na świat owoc ich cielesnej miłości.

– To już finisz, kochanie. Jesteś bardzo dzielna! – zapewnił.

Nagle w panującym wokół zgiełku dało się słyszeć jeszcze jeden cichutki głosik.

– Dziewczynka! – oznajmiła położna. – Poprosimy tatusia o przecięcie pępowiny.

Podekscytowany świeżo upieczony rodzic złapał za nożyczki i… Następna rzecz, którą zapamiętał, to sinoniebieski kolor posadzki.

 

Zanim urodziła się Iwonka, Agnieszka stroiła sobie żarty, że najukochańszy i najpiękniejszy w świecie mężuś jest w rzeczywistości jej dzieckiem – należało mu poświęcać sporo uwagi – tak bardzo pochłaniała go praca. Gdyby nie żona, biedaczek na pewno by nie dojadał, nie byłby w stanie skompletować rano garderoby, nie wspominając już o takich detalach jak znalezienie kluczyków do samochodu oraz portfela.

– Moje kochanie najprzystojniejsze – mawiała, trzepocąc zabawnie powiekami. – Jaki ty jesteś zakręcony!

Trzepotanie powiekami skończyło się, gdy w domu zamieszkała Iwonka.

Od samego początku Ciaputek nie uczestniczył zbyt aktywnie w opiece nad córką. Oczywiście żona próbowała go wrabiać – a to w zmienianie pieluch, a to w nocne wstawanie, lecz jemu te sprawy przychodziły z wielkim wysiłkiem. Na wszelkie możliwe sposoby robił uniki, tłumacząc się tym, że przecież on musi rano jechać do pracy, podczas gdy żona może do woli odsypiać zarwane nocne godziny. Z czasem osiągnął upragniony cel i w domu utrwalił się tradycyjny podział ról: mąż pracował i utrzymywał rodzinę, żona opiekowała się dzieckiem i poniekąd również mężem, choć to ostatnie zajęcie budziło w niej coraz większą irytację.

Cóż, zapomniała biedaczka, że sama rozpuściła Ciaputka w niewiarygodnie krótkim czasie, gdyż odkąd powiedziała mu o ciąży i przeprowadziła się do jego domu, nieustannie go rozpieszczała. Kiedy mężczyzna wracał z pracy, mieszkanie lśniło czystością, w szafie wisiały świeżutkie, uprasowane koszule, a na stole czekał smaczny obiadek i gazeta. Małżonek nie musiał robić absolutnie nic, a w niedzielne poranki dostawał śniadanie do łóżka. Poza zaspokajaniem jej ciążowych kaprysów nie miał w domu żadnych obowiązków.

W rzeczy samej Agnieszka wolałaby, aby ślubny brał czynniejszy udział w życiu rodzinnym, a także wykazywał większą samodzielność. Opieka nad Iwonką była wystarczająco absorbująca. Niańczenie niepozbieranego małżonka uważała za przesadę. Męczyło ją nocne wstawanie do dziecka, płacze, pieluchy i nawały mleczne.

Rozpaczliwie tęskniła do czasów, gdy była panią samej siebie i mogła wychodzić wieczorami na imprezy, martwiąc się jedynie tym, czy kac pozwoli jej na jakie takie funkcjonowanie nazajutrz.

Ach! Co to był za raj na ziemi! Jaka sielanka!

Sobotnie balowanie. Leniwe niedziele, gdy poranek oznaczał godzinę trzynastą. Głośne słuchanie muzyki (po ślubie musiała tego poniechać, przynajmniej wtedy, gdy szanowny małżonek przebywał w domu, gdyż hałas przeszkadzał mu w zebraniu myśli). Seksowne minispódniczki i niebotyczne szpilki!

Ach, za tymi ostatnimi tęskniła najbardziej! Przez całą ciążę z nostalgią spoglądała na swoje ulubione czółenka, w których z gracją tańczyła na dyskotekach. Puchnące nogi nie pozwalały jej na włożenie takich butów. Zresztą dokąd miałaby w nich kuśtykać? Do ginekologa? O kusych ciuszkach także mogła póki co zapomnieć. W trakcie ciąży jej gabaryty powiększały się zatrważająco szybko, pozostawiając po sobie efekt uboczny w postaci blisko trzydziestokilogramowej nadwagi.

– Buu! – łkała, zerkając na wskaźnik wagi. – I po co mi to było? Zajdź w ciążę, będzie fajnie, zobaczysz – przedrzeźniała koleżanki, które przed rokiem sugerowały jej taką opcję.

Zresztą w tamtych czasach nie tylko one troszczyły się o szczęście Agnieszki.

– Powinnaś wyjść za mąż – mawiała coraz częściej matka, zmartwiona tym, że córka zaczyna osiągać fazę zgnuśniałego staropanieństwa.

Zgnuśniałego, bowiem w wieku dwudziestu ośmiu lat wciąż korzystała z garnuszka mamusi. No dobra, nie korzystała. Ona żerowała na matce. Dosłownie. Paszczowo. Mizerne zarobki, które dostawała za pracę w niepołomickiej kawiarni Alter Ego, trwoniła na ciuszki, kosmetyki i balowanie z coraz mniej licznym gronem koleżanek-singielek. Właściwie to już nie singielek, lecz po prostu sfrustrowanych starych panien, które desperacko marzyły o tym, aby wydać się dobrze za mąż. Pragnęły tego, ponieważ pozostając w stanie bezżennym, miały poczucie, że są kimś gorszym, wybrakowanym.

Szczęśliwe mężatki obnosiły się z ciążami i bobasami, miały wspaniałych facetów i piękne domy. Goniły na wywiadówki, przewracając oczami i jęcząc, jak to żyją w ciągłym „niedoczasie”, a jednocześnie mogły sobie pozwolić na kupno własnego domu czy mieszkania, bo, jak wiadomo, we dwoje łatwiej. Z dumą rozprawiały o swoich pociechach i ich szkolnych sukcesach. Terroryzowały otoczenie milionami zdjęć bądź filmikami z występów w przedszkolu nagrywanymi komórką. Dumne matki-kwoki. Elitarny klub, od którego singielkomwara!

Nic więc dziwnego, że wśród koleżanek Agnieszki wybuchła niemalże panika, gdy usłyszały wieść o rychłym zamążpójściu zezowatej Ewki, chyba najmniej atrakcyjnej z singielek zamieszkujących okolicę. Dziewczyny ogłosiły powszechną mobilizację, wzajemnie motywując się do działania. A ponieważ desperacja osiągnęła apogeum, zaczęło się działanie w myśl zasady „wszystkie chwyty dozwolone”. I dzięki takim oto zabiegom Ciaputek wpadł w małżeńskie sidła w najbardziej banalny z możliwych sposobów.

 

– Jak one to robią? – zachodziła w głowę Agnieszka, obserwując inne młode matki.

Odkąd urodziła się Iwonka, kobieta była permanentnie niewyspana i zmęczona. I co z tego, że nie musiała wstawać rano do pracy? Była wszak zatrudniona na kilka etatów jednocześnie: jako niania, gosposia, sprzątaczka, praczka, kucharka… Na dodatek do niańczenia miała nie tylko córkę, ale również męża. Nie ogarniała tego. Dom coraz częściej straszył bałaganem, w kuchni piętrzyły się stosy nieumytych naczyń (włożenie ich do zmywarki także wymagało czasu!), kosz na brudy kipiał, a w salonie zalegała sterta niewyprasowanych rzeczy. W sypialni, znękana nieustannym marudzeniem niemowlęcia, dogorywała rozczochrana i zaniedbana kobieta. Ilekroć Agnieszka spoglądała w lustro, wzdrygała się na swój widok. Tak, małżeństwo i macierzyństwo zdecydowanie jej nie służyły.

Jakim cudem inne młode mamy potrafiły wyglądać tak kwitnąco? Skąd brały czas na to, aby (wystrojone w ciuchy z najnowszych kolekcji, starannie uczesane i umalowane) spacerować po parku, popychając przed sobą wózek z radośnie uśmiechniętym potomkiem? Dlaczego inne kobiety wyglądały jak kwintesencja macierzyństwa rodem z telewizyjnych reklam? Posiadły jakiś magiczny sekret? Mogły liczyć na pomoc potwornych teściowych? Zatrudniały nianie? Gosposie? Dobre wróżki?

Agnieszka nie znała ich czarodziejskich sztuczek, więc z każdym dniem popadała w coraz większe zwątpienie. Gdyby chociaż mogła liczyć na pomoc męża! Ale nie, nic z tych rzeczy! Ten drań znikał na całe dnie, twierdząc, że ciężko pracuje na to, aby utrzymać rodzinę oraz spłacać kredyt na dom i samochód. Wracał zmęczony i głodny. Oczekiwał posiłku, chwili wytchnienia oraz odrobiny przyjemności.

Cholerny, roszczeniowy samiec! – urągała mu w duchu.

Seks był ostatnią sprawą na liście jej priorytetów. Bardzo chętnie wykreśliłaby ten punkt raz na zawsze. No bo jak tu oddawać się cielesnym uciechom, skoro później owocują one bólem, łzami i krwią, a w efekcie nieprzespanymi nocami i wrzeszczącym niemowlęciem? Jak przekonać oporne ciało do kolejnej aktywności, skoro szczytem marzeń jest święty spokój i sen? No i jak wysilić się na cokolwiek, gdy ślubny znika na całe dnie, a później bez żadnych wstępów i romantycznych podchodów wpycha rękę między jej mocno zaciśnięte uda?

Z uniesień pozostało mi uniesienie brwi, ze wzruszeń – wzruszenie ramion[1] – łkała w poduszkę słowami jedynego poety, którego od czasu do czasu czytywała (oczywiście w zamierzchłej przeszłości, nieobciążonej brzemieniem męża i dziecka).

Lista ciężkich przewinień Ciaputka wydłużała się coraz bardziej. Agnieszkę irytował brak choćby szczypty romantyzmu w małżeństwie. W krótkotrwałym czasie narzeczeństwa (pobrali się, gdy była w szóstym miesiącu ciąży, więc tempo było naprawdę ekspresowe) Ciaputek wyczerpał chyba cały przydział, jakim dysponował. Zabrakło więc czułości, spoglądania w oczy i komplementów. O kwiatach czy czekoladkach można było zapomnieć. W sferze zainteresowań erotycznych męża znajdował się kotlet schabowy, a później pościel. Bez urokliwych chwil przy świecach, bez fajerwerków, nawet bez odrobiny finezji.

Co gorsza, Ciaputek nigdy nie nosił obrączki, chociaż wciąż mu o tym przypominała! Drażniło ją, że struga w ten sposób kawalera, bo przecież złote kółeczko na palcu było czytelnym sygnałem dla wszystkich zdesperowanych singielek: ręce precz od tego faceta – on jest zajęty. Oczywiście Agnieszka nie podejrzewała go o to, aby ją zdradzał – jej zdaniem był na to zbyt fajtłapowaty. Czasami wręcz nazywała go pieszczotliwie swoim fajtłapulkiem najukochańszym (oczywiście w czasach, gdy jeszcze obowiązywało pieszczotliwe nazewnictwo, czyli przez krótki okres narzeczeństwa oraz oczekiwania na dziecko). Zapewne gdyby nie jej przedsiębiorczość, mężczyzna nadal pozostawałby w stanie bezżennym. Ale że strzeżonego Pan Bóg strzeże, profilaktycznie kontrolowała jednak swoje ślubne (nie)szczęście tyle, na ile było to możliwe. Obwąchiwała koszule, aby sprawdzić, czy nie przesiąkły zapachem damskich perfum, szukała śladów szminki na kołnierzyku, malinek na torsie i podejrzanych paragonów w kieszeniach bądź budzących wątpliwości kwot na wyciągach bankowych. Nie znajdowała absolutnie nic, co mogłoby wzbudzać podejrzenia, ale jak wiadomo – przezorny zawsze ubezpieczony.

Największą zbrodnią męża był totalny brak empatii i zaangażowania w opiekę nad dzieckiem. Ciaputek nigdy nie chciał pomóc podczas kąpieli. Ojejej! Mógłbym ją niechcąco podtopić. Zmiana pieluchy? Ojej! Przecież kupa śmierdzi! Karmienie? Yyy… Eee… Ty to zrobisz lepiej. Ba! On nawet nie kwapił się, aby wziąć swoją córeczkę na ręce. Kurczę! Jest taka maleńka, że boję się, czy jej nie uszkodzę! Obiecuję ci większe zaangażowanie, jak już Iwonka podrośnie.

A przecież odkąd tylko poinformowała go o ciąży, przygotowywała Ciaputka do roli ojca! Czyż nie po to używała liczby mnogiej, opisując swój stan?

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

[1] Fragment wiersza Szczecin. Skarga (10.05.1988 r.): Jacek Podsiadło, Wiersze zebrane, wyd. Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2003.

 

Polecamy:

 

Edyta Świętek

 

Cappuccino z cynamonem

Czy w „zatrważającym” wieku 36 lat można szczerze się zakochać i ułożyć życie na nowo? – te i inne pytania będą dręczyć Patrycję po rozwodzie. Wsparcia w trudnych chwilach udziela jej najlepsza przyjaciółka Elwira, która wraz z koleżankami knuje małą intrygę.

 

 

 

 

 

 

 

Wszystkie kształty uczuć

Niekochane dzieci mają trudniej, a bolesne doświadczenia mogą wpłynąć na całe ich późniejsze życie. Tak właśnie było w przypadku Klaudii – młodej nauczycielki, która pod przyjaznym uśmiechem skrywa ból i strach, towarzyszące jej od wczesnego dzieciństwa.

 

 

 

 

 

 

 

Noc Perseidów

Czy istnieje miłość aż do końca świata? Tak miało być w przypadku Emilii i Tomka, którzy tworzyli parę od „zawsze”. Jednak los bywa przewrotny i wtedy, gdy wszystko wydaje się już ustalone, zmierzając do szczęśliwego zakończenia, historia nagle zaczyna zmieniać swój bieg...