77 osób interesuje się tą książką

Opis

FASYCYNUJĄCA,PEŁNA EMOCJI, MIŁOŚCI I DRAMATÓW HISTORIA POLSKIEJ RODZINY

Dla rodziny Trzeciaków nadciągają trudne czasy. Pogłębiający się kryzys sprawia, że Justyna ledwo wiąże koniec z końcem. Gnębiony wyrzutami sumienia Tymoteusz usiłuje ją wspierać, niestety sam doświadcza prawdziwej tragedii. Czy nad Tymoteuszem zawisła klątwa, która zrujnuje mu życie? Wojciech Kost podejmuje decyzję o opuszczeniu żony. Niespodziewanie Helena otrzymuje paczkę oraz list z zagranicy od tajemniczego nadawcy. Jak poradzą sobie Trzeciakowie w okresie stanu wojennego? Czy małżeństwo Kostów przetrwa próbę?

……………………………………………………………………..

Edyta Świętek kontynuuje opowieść o wielopokoleniowej rodzinie, w której bohaterami są nie tylko matki, babki, ojcowie, bracia, siostry, kochankowie… Ważną bohaterką jest Bydgoszcz, a w niej miejsca, na wspomnienie których kręci się łezka w oku i takie, o których istnieniu wygodniej byłoby zapomnieć. Poznając niełatwe losy Trzeciaków, ma się ochotę wyjść na ulice i z książką w ręku na nowo poznawać miejskie zakamarki. To gdzieś tu muszą czaić się zazdrość, rozpacz, radość, miłość, lęk, nadzieja. Między brzegiem jednej rzeki, a nabrzeżem drugiej odbijają się też echa niewierności. Polecam!

Dorota Witt, dziennikarka

Express Bydgoski

Edyta Świętek jest mistrzynią sag rodzinnych osadzonych w realiach PRL-u. Po rewelacyjnym Spacerze Aleją Róż powraca z równie wciągającą serią Grzechy młodości. Obowiązkowa lektura dla miłośników gatunku!

Magdalena Majcher, pisarka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 380

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Książki Edyty Świętek, które ukazały się

w Wydawnictwie Replika

 

Saga SPACER ALEJĄ RÓŻ

Cień burzowych chmur

Łąki kwitnące purpurą

Drzewa szumiące nadzieją

Szarość miejskich mgieł

Powiew ciepłego wiatru

 

NOWE CZASY

Nie pora na łzy

Przeminą smutne dni

 

Tam, gdzie rodzi się miłość

Tam, gdzie rodzi się zazdrość

Cienie przeszłości

Miód na serce

Noc Perseidów

Wszystkie kształty uczuć

Cappuccino z cynamonem

Zanim odszedł

Bańki mydlane

Dom lalek

 

 

 

Copyright © Edyta Świętek

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2020

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Redakcja

Monika Orłowska

 

Korekta

Lucyna Markowska

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Skład i łamanie

Maciej Martin

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

Wydanie elektroniczne 2020

 

eISBN 978-83-66481-25-1

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

W POPRZEDNIEJ CZĘŚCI

 

 

 

W efekcie nieudanej próby samobójczej Elżbieta traci dziecko. Tymek odczuwa z tego powodu niewielkie skrupuły i usiłuje naprawić relacje z żoną. Po kilku tygodniach wraca do starych nawyków i wychodzi z Dereniem na wódkę. Gdy mężczyzna w towarzystwie przyjaciela oraz przygodnie poznanych kobiet opuszcza lokal, zostaje napadnięty przez chuliganów. Dostaje cios w klatkę piersiową i trafia do szpitala. Po powrocie do zdrowia okazuje skruchę i postanawia, że tym razem rzeczywiście zmieni swoje życie. Otacza żonę szacunkiem, zaczyna dyscyplinować niepokorne dzieci, buduje nowy dom.

Maria wkracza w okres nastoletniego buntu. Jest zagubiona zarówno w nowej szkole, jak i w nowym miejscu zamieszkania. Dziewczyna żywi ogromną niechęć do najmłodszej siostry Kingi, która przyszła na świat po tym, jak rodzice osiągnęli porozumienie po latach niesnasek.

Wiesław zdaje maturę i wkracza w dorosłość. Po przeprowadzce rodziny do nowego domu zostaje sam w dotychczasowym mieszkaniu. Ojciec załatwia mu pracę w Zachemie. Chłopak podejmuje studia zaoczne. W pracy dopuszcza się malwersacji, a zdobyte w ten sposób pieniądze trwoni na imprezy oraz kobiety.

Agata ponownie nawiązuje romans z Dereniem, lecz ostatecznie postanawia zakończyć znajomość. Roman nie potrafi tego zaakceptować.

Eugeniusz traci pracę w Kobrze. Narzeczeni zamieszkują u ciotki Heleny. Młodzi biorą ślub i wkrótce ich rodzina powiększa się o dwójkę dzieci: Michała oraz Jolę. Jest im bardzo ciężko, gdyż mężczyzna nie może zagrzać miejsca w żadnej pracy. Helena nie ustaje w poszukiwaniu swoich synów. Natrafia na ślad Teofila. Gienek zostaje aresztowany za działalność wywrotową. Wbrew zakazom męża Cecylia Gaweł spotyka się z Justyną.

Rodzina próbuje pomóc Eugeniuszowi, lecz dla więźniów politycznych nastają niełatwe czasy. Mężczyzna z trudem znosi ciężkie warunki panujące w areszcie. Gdy wybucha bunt, wykorzystuje sytuację i ucieka. Na wolności zwraca się o pomoc do Tymoteusza.

Dereń ostrzega Trzeciaków oraz Agatę, by nie pomagali zbiegowi. Podczas spotkania z Kostową mężczyzna przestaje panować nad emocjami i całuje ukochaną kobietę. Świadkiem tego zajścia jest Wojciech Kost.

Tymoteusz i Eugeniusz spotykają się nad rzeką, gdzie dochodzi do kłótni. Tymek wpycha brata do Brdy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

 

 

Nie ma końca tej podróży,

Głos ze snu słyszałem wszędzie;

Nie ma końca tej podróży,

Wiesz, że nigdy go nie będzie...[1]

 

 

 

 

[1] Fragment tekstu piosenki Nie ma końca tej podróży z  repertuaru grupy Budka Suflera. Słowa: Andrzej Mogielnicki, muzyka: Jan Borysewicz.

 

 

 

 

 

 

Pociąg w ciemności

 

 

Jesienny las był piękny wyłącznie w ciągu dnia. Nocą wzbudzał grozę.

Dookoła panowały ciemności. Mężczyzna niewiele widział, dostrzegał jedynie zarysy drzew i krzewów. Gdy zadarł głowę, z trudem zauważył niewyraźny plasterek księżyca.

Od jakiegoś czasu strudzony wędrowiec szedł chwiejnym krokiem. Bolało go całe ciało i odnosił wrażenie, jakby zaraz miała mu eksplodować czaszka. Nie pamiętał, jak trafił w to miejsce. Brnął przez dzicz niemalże po omacku. Co chwilę utykał na nierównościach terenu bądź korzeniach. Wyciągał dłonie dla asekuracji przed upadkiem. Jedna z nich pulsowała. Gdy odruchowo dotknął newralgicznego miejsca, odkrył, że brakuje mu kciuka, a z otwartej rany płynie krew.

– Co się stało? – jęczał przerażony.

Obawiał się, że zaraz skręci nogę albo wpadnie do jakiejś dziury, w której zostanie już na wieki. Umrze tam z głodu, wyczerpania lub na skutek skręcenia karku, a jego ciało zostanie rozszarpane przez dzikie zwierzęta i ptactwo. Reszty dokonają robaki, które obiorą kości do czysta.

Powietrze przesycone było zapachem stęchlizny i grzybów. Pod stopami mężczyzny zalegały opadłe z drzew liście. To na nich przeważnie się ślizgał. Były mokre, lepkie i nieprzyjemne. Kiedy upadł, przylgnęły do jego dłoni razem z błotem, pajęczynami i gnijącym poszyciem. Zawył, gdyż uraził okaleczoną dłoń. Przez moment nieporadnie się gramolił. W końcu z wysiłkiem powstał i ruszył dalej. Instynkt samozachowawczy nie pozwalał mu pozostać w dziczy.

Nagle w ciemnościach zamajaczyła otwarta przestrzeń. Mężczyzna znowu potknął się o jakąś przeszkodę. Z trudem utrzymał równowagę. Wymachiwał przez chwilę rękami, lecz nie znalazł żadnego punktu podparcia. Ostatecznie zdołał ustać na chwiejnych nogach. Mimo świadomości, że wyszedł z ciemnej czeluści lasu, nie miał pojęcia, ani gdzie się znajduje, ani jak trafił w tę okolicę. Ból przeszywający na wskroś każdy centymetr ciała przytępił odbiór innych bodźców.

A może wcale nie było ciemno? Może to on niewiele widział, gdyż został oślepiony?! Tylko jak i przez kogo? I skąd do cholery ten szum w jego uszach, przywodzący na myśl przepływający rwący górski strumień?

– Niedobrze – westchnął. – Przecież w Bydgoszczy nie ma potoków! No chyba że to śluza na Kanale Bydgoskim – stwierdził z ogromnym powątpiewaniem.

To była najbardziej świadoma myśl, jaka pojawiła się w głowie mężczyzny w ciągu ostatniego kwadransa. Pociągnęła za sobą powolny powrót pamięci. Na razie jeszcze nader wybiórczy, pozwalający jednakże na stwierdzenie, że nie chodzi o śluzę, gdyż ta zlokalizowana była przy Wyspie Młyńskiej niedaleko Starego Rynku, a on jakimś zadziwiającym przypadkiem trafił w leśne ostępy.

Co teraz?

Nie wiedział, dokąd pójść. Nie miał pojęcia, dokąd dotarł, ani nawet gdzie jest. Wciąż w Bydgoszczy? Gdzieś daleko poza miastem?

Kurwa! Skąd ja się tutaj wziąłem?

Niedowidzące oczy wyłowiły z mroku rozbłyski światła. Intuicja podpowiedziała mężczyźnie, że należy podążać w tamtym kierunku. Może tam zaczynał się dzień, podczas gdy on dreptał na krawędzi nocy? Jasność mogła być wybawieniem od koszmarnej tułaczki w mroku. Kusiła poczuciem bezpieczeństwa i obecnością ludzi, którzy przyszliby mu z pomocą. Może ktoś wyjaśniłby w końcu, co zaszło: dlaczego jest taki obolały i czemu stracił kciuk.

Szum narastał i przechodził w nieprzyjemny gwizd nadjeżdżającego elektrowozu, lecz mężczyzna konsekwentnie szedł dalej na oślep. Zdawał się nie widzieć reflektorów. Pozostawał głuchy na turkot pociągu, sygnały ostrzegawcze oraz przeraźliwy pisk hamulców.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

 

 

I tak wszystko to, czego się tknę

W proch i pył obraca się

Nie wiem sam, gdzie miejsce dla mnie jest[2]

 

 

 

 

[2] Fragment tekstu piosenki Wyspa, drzewo, zamek z repertuaru grupy Perfect. Słowa: Bogdan Olewicz, muzyka: Zbigniew Hołdys.

 

 

 

 

 

 

Samotne serca

 

 

Rok 1981

 

Od śmierci Maurycego Benedykta nie mogła sobie znaleźć miejsca, choć minęło już pół roku. Mieszkanie – do tej pory przytulne – zaczęło nagle sprawiać przygnębiające wrażenie. Ilekroć wzrok kobiety spoczął na pustym fotelu, w którym wcześniej zwykł zasiadać mąż, tylekroć czuła nieprzyjemny ucisk w okolicy żołądka.

– To przez tego starego rupiecia – oznajmiła pewnego dnia Elżuni, gdy ta wpadła z wizytą, przywożąc ze sobą trójkę młodszych pociech.

– Dlaczego nie wyrzucisz go na śmietnik, skoro tak drażni cię jego widok? – zapytała córka.

– Do tej pory było mi go szkoda, gdyż należy do kompletu. To antyk pamiętający jeszcze czasy sprzed pierwszej wojny. Ale może faktycznie powinnam tak zrobić? Jest już stary, wysiedziany. – Spojrzała krytycznie na mebel, którego bliźniaczy brat stał obok. Po przeciwnej stronie stołu umieszczona była elegancka zabytkowa kanapa dla trzech osób. – Ma mocno wytarte obicie, wyślizgane podłokietniki i chyba zapadnięte sprężyny. Mogłabym go wprawdzie oddać do renowacji, ale musiałabym wówczas odświeżyć również całą resztę, która jest świetnie zachowana. Tapicer na pewno nie dobrałby takiej samej tkaniny. Zresztą gdzie dzisiejszym materiałom do przedwojennej jakości? Teraz wszystko zrobione jest, aby zbyć. Tak, jakby robotnicy pracowali nogami, lewymi na dodatek.

– Masz rację, mamo. Dzisiaj faktycznie mamy straszne brakoróbstwo – przyznała skwapliwie córka, choć miała na ten temat odmienną opinię. Wszak u niej w domu były same nowoczesne sprzęty, które po części zaprojektował Tymek, a po części projektanci z Bydgoskich Fabryk Mebli. Wykonano je z najlepszych gatunkowo materiałów, które zwykle przeznaczane były na eksport, ponoć aż do Szwecji, gdzie trafiały do jakiejś dużej sieci sklepów.

Zapadła więc decyzja, że fotel zniknie, a salon zostanie odrobinę przemeblowany, by brak nie raził w oczy.

– Szkoda, że Maria nie przyjechała. Ona ma takie wyczucie stylu i przestrzeni, że na pewno wpadłaby na to, jak powinnam rozmieścić meble – westchnęła Wilimowska.

– Ach… Maria… To już dorosła pannica, nie chce z nami nigdzie jeździć. Żyje swoimi sprawami – odparła Elżbieta, zarumieniona po czubki uszu ze wstydu. Nie potrafiłaby za nic w świecie przyznać przed matką, że kompletnie nie daje sobie rady z wiecznie niezadowoloną latoroślą. I prawdopodobnie zapadłaby się pod ziemię, gdyby przy Benedykcie córka zaczęła z niej pokpiwać i mówić „pani matko”. Ach! Jak ona nie znosiła tego określenia! Nie potrafiła go wyplenić ze słownika Maryśki, a kiedy wspominała o tym mężowi, ten brał stronę ulubienicy i twierdził, że to dość dowcipny zwrot i wymaga szczypty polotu. Też coś! Ona w tym nie widziała ani nic zabawnego, ani świadczącego o wyrafinowaniu.

– Maryśka nie lubi spędzać czasu z nami – wypaliła bez namysłu Hanka, wywołując u matki jeszcze większe zażenowanie.

– Głupstwa opowiadasz, dziecko! – skarciła ją Elżunia.

– A czemu to, moja panno? – Benedykta postanowiła drążyć śliski temat.

– Bo ma wredną naturę – dorzucił Janek.

– Nie chce się z nami bawić. – Kinga także wtrąciła swoje trzy grosze.

– Moi drodzy! Nie możecie oczekiwać od dorosłej panienki, że będą ją wprawiały w zachwyt wasze harce. – Wilimowska uznała za słuszne wzięcie w obronę ulubienicy.

Maria nadal pozostawała jej najukochańszą wnuczką. Czasami babcia wręcz dochodziła do wniosku, że właściwie nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby była jedyną. Od biedy niechby sobie jeszcze Elżunia miała Wiesława. Janek na upartego też by uszedł. Ale te dwie najmłodsze dziewczyny to było zdecydowanie zbyt dużo. Kto widział, by pod koniec dwudziestego wieku kobieta rozmnażała się jak jakaś królica? I po co? Czyż nie lepiej skupić się na solidnym wychowaniu dwóch, góra trzech, latorośli? Przecież piątce nie sposób poświęcić dość uwagi!

– Tak, ona rzeczywiście żyje już własnym życiem – dodała szybko Trzeciakowa. – Ale maluchy nie zawsze potrafią to zrozumieć.

– Nie ma tu nic do rozumienia – fuknęła Benedykta, wodząc surowym spojrzeniem po wnukach. – Dzieci powinny znać swoje miejsce i nie wtykać nosa w sprawy dorosłych. A Maria wszak jest pełnoletnia! Mam nadzieję, że przyjedzie do mnie niebawem. Ostatnio trochę mnie zaniedbuje – oznajmiła Elżuni.

– Oczywiście, mamo. Powiem jej, żeby cię odwiedziła. W minionych dniach była pochłonięta przygotowaniami do rozpoczęcia roku szkolnego. A później doszły nowe zajęcia, obowiązki i w ogóle… Przecież to już klasa maturalna! – usprawiedliwiła gładko Marię.

– Dobrze, dobrze. Trochę brakowało mi jej towarzystwa – odparła Wilimowska.

W głębi duszy wyczuwała, że wnuczka znacznie się od niej oddaliła. Nie zaglądała na Aleje 1 Maja tak często jak niegdyś. A gdy już przychodziła, miewała znudzoną minę i zerkała wciąż na zegarek. Przykra była Benedykcie świadomość, że dla nastolatki przestała stanowić pożądane towarzystwo. Tęskniła za Marią i czuła coraz większe osamotnienie. To uczucie było nowe – nadeszło wraz ze śmiercią męża.

Nic dziwnego. Jest młoda, ciekawa świata. Potrzebuje różnych atrakcji. Powinna korzystać z uroków życia, póki ma możliwość. Starość przychodzi zdecydowanie zbyt szybko – westchnęła nieznacznie. Ach! Gdybym znowu mogła wrócić do wspaniałych czasów sprzed wojny! Gdy człowiek był zdrów, pełen wigoru, gdy nie doskwierały żadne bolączki, a policzki i dekolt miały jędrną świeżość. Kiedy byłam w wieku Marii, też nie pociągało mnie przesiadywanie w gronie statecznych matron.

Wilimowska pomyślała na ostatek, że póki żył Maurycy, było jej znacznie przyjemniej. Mimo że mężczyzna był milczkiem i niewiele wnosił do rozmowy, to jednak dobrze spędzało się wspólnie czas. Mąż przynajmniej słuchał tego, co chciała mu przekazać. Czasami przytaknął, niekiedy rzucił jakieś słowo. Teraz w mieszkaniu panowała cisza, jeśli nie liczyć włączanej chwilami muzyki. Najgorsze było właśnie to, że Benedykta nie miała do kogo otworzyć ust.

Przecież nie będę mówiła sama do siebie. Jeszcze nie zwariowałam.

 

– Wojtek, nie rób mi tego! – prosiła zdruzgotana połowica, podczas gdy on pakował swoje rzeczy do torby podróżnej. Działał bez większego przemyślenia, trochę na łapu-capu. Po prostu wrzucał do środka to, co mu w ręce wpadło.

Od powrotu do domu nie powiedział ani jednego słowa. Skierował swoje kroki do zajmowanego przez nich pokoju. Poprosił Franciszkę, by zostawiła ich samych. Kiedy kobieta poszła do siebie, wyjął z szafy torbę i zaczął ją napełniać ubraniami. To Agata, która dogoniła go jeszcze na zewnątrz, wciąż coś mówiła i próbowała wytłumaczyć, że Roman ją zaskoczył i nie ma z nim romansu. W mieszkaniu zamknęła starannie drzwi od pokoju i mówiła mocno stłumionym półgłosem, niemalże na granicy szeptu. Widać nie chciała mieszać w to swoich rodziców.

Wojciech nie wierzył jej zapewnieniom. A ponieważ nie chciał, by w sukurs niewiernej żonie przyszli teściowie, przezornie zachował milczenie.

Na własne oczy widział, jak Dereń obściskiwał Agatę. To nie tamtemu ślubowała miłość, wierność i uczciwość małżeńską! To nie jemu urodziła dzieci! To nie z nim przeżyła piętnaście lat.

A może?

Usiłował poukładać to sobie jakoś w myślach, lecz dopadało go coraz więcej wątpliwości.

Zapełnił torbę odzieżą. Zamek nie chciał się zasunąć. Wojciech bez efektu kilkakrotnie nim szarpnął.

– Wojtek, błagam! Porozmawiajmy! Nie możesz odejść bez słowa! Ja ci to wszystko wytłumaczę!

Nie wytrzymał. Ciekawość wzięła górę.

– Jak długo to trwa?

– Nie mam z nim absolutnie nic wspólnego. To było z zaskoczenia! Wojtek, uwierz mi!

– Nie wierzę. Widziałem zdecydowanie za dużo. Najpierw dotknął twojego policzka, odgarnął z niego włosy, a potem cię pocałował. To były zbyt poufałe gesty jak na kolegę. A ty nie wyglądałaś na zaskoczoną. Nie próbowałaś go odpychać. Podobało ci się? Od jak dawna przyprawiacie mi rogi?

– Nie przyprawiam ci rogów! I nie, nie podobał mi się jego pocałunek! To było z zaskoczenia – powtórzyła z naciskiem.

– Przestań się pogrążać – rzucił, spoglądając na nią z odrazą. – Zejdź mi z drogi. Nie ubliżam ci tylko dlatego, że jesteś matką moich dzieci – oświadczył dobitnie. Po chwili zawahania dodał: – A może nie?

– To są twoje dzieci!

– Skąd mam wiedzieć? Może puszczałaś się z tym esbekiem już dawno temu!

– Nie! Nie możesz tak mówić! Nie możesz wypierać się Piotrka i Beatki!

– Dasz sobie uciąć głowę?

Agata przełknęła nerwowo ślinę, potem przytaknęła.

– Proszę cię, nie odchodź. Nie przekreślaj wszystkiego pomiędzy nami tylko dlatego, że Dereń próbował mnie napastować!

Wojciech parsknął nieprzyjemnym śmiechem.

– O jakim napastowaniu mówisz? Nie rób ze mnie idioty. Byłem nim wystarczająco długo! Kiedy to się zaczęło? Podczas któregoś dansingu? Aż tak dobrze wam się tańczyło, że postanowiliście przenieść pląsy do łóżka? A może już wcześniej rozkładałaś dla niego nogi?

– Między nami do niczego nie doszło!

– Jesteś pewna? Możesz to przysiąc na Boga? Pewnie możesz, bo skoro nie zawahałaś się złamać przysięgi małżeńskiej, to i kłamstwa bez wysiłku przejdą ci przez gardło – stwierdził z goryczą.

Ujął torbę, przerzucił jej pasek przez ramię i ruszył w stronę drzwi. Zdesperowana kobieta zagrodziła mu drogę.

– Błagam, nie podejmuj pochopnej decyzji. Masz dzieci! One cię potrzebują! Jak im wytłumaczysz odejście? Powiesz im, że je porzucasz, bo podejrzewasz mnie o jakieś urojone czyny?

– Odsuń się! Nie zmuszaj mnie, abym powiedział to dobitnie! – krzyknął.

Już od dłuższego czasu mówili coraz głośniej. Nic więc dziwnego, że w tej samej chwili ktoś zastukał w drzwi ich pokoju.

– Co wy tam wyprawiacie? – usłyszeli Trzeciaka, który był wyraźnie poirytowany tym, że wytrącili go z poobiedniej drzemki.

Wojtek odepchnął żonę i nacisnął klamkę.

– Nic nie wyprawiamy – odparł.

– A co ty, Wojtuś, wyjeżdżasz? – wyraziła zdziwienie Franciszka, która wraz z mężem stała w przedpokoju.

– Odchodzę – wyjaśnił.

– Jak to odchodzisz? – wykrzyknęła zaskoczona teściowa.

– Co ty opowiadasz?! – oburzył się Leon.

– Zapytajcie córkę – odparł Kost ze stoickim spokojem.

– Dokąd idziesz? – dociekała zrozpaczona Agata.

– Tam, gdzie ciebie nie ma! Pozwólcie mi przejść – zwrócił się do Trzeciaków.

Moment później zamknął za sobą drzwi, zostawiając w mieszkaniu niedowierzającą żonę oraz zdumionych teściów.

Na krótko w mieszkaniu zapanowała zatrważająca cisza, lecz w końcu przerwał ją Leon.

– O co w tym wszystkim chodzi? Co ten Wojtek wymyślił? Ma inną kobietę?

– Nie. Coś mu się uroiło. Oskarżył mnie o zdradę. Nawet nie dał sobie przetłumaczyć, że popełnia błąd!

– Ale jakże to? Zdradziłaś męża?! – wykrzyknęła zbulwersowana matka.

– Nie – odparła Kostowa.

Niełatwo było brnąć w kłamstwo, lecz postanowiła iść w zaparte. Przecież nie mogła powiedzieć prawdy! Nie chciała wtajemniczać rodziców. Choć Dereń od lat nie bywał w ich mieszkaniu, to przecież go znali. Był przyjacielem Kazika i Tymoteusza. Czuła wdzięczność do Wojtka, który nawet w tak okropnej chwili nie stracił opanowania. Nie ujawnił teściom swoich podejrzeń. Nie krzyczał, nie podniósł na nią ręki. Nie nazwał jej dziwką. Po prostu odszedł w ciszy.

– Odbiło mu? – zapytał zdenerwowany ojciec.

– Chyba.

– Dałaś mu jakieś powody?

– Nie – jęknęła córka. Nie miała sił na tłumaczenie sytuacji rodzicom. Marzyła o odrobinie samotności. – Błagam… Zostawcie mnie samą. Muszę to przetrawić – powiedziała słabym głosem, a potem weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi.

Usiadła na wersalce wśród rzeczy, które Wojtek wyjął z segmentu, lecz ostatecznie zostawił z uwagi na brak miejsca w torbie. Ukryła twarz w dłoniach. Jej ramionami wstrząsnął gwałtowny szloch.

Jeszcze nie wiedziała, co będzie dalej. Jak stawi czoła dzieciom, rodzicom, krewnym. Wszystkim osobom, które zaczną dociekać, dlaczego małżeństwo idealne runęło niczym zamek z piasku.

To niemożliwe! Muszę odzyskać Wojtka.

 

Zafrasowani Trzeciakowie wciąż stali w przedpokoju. Spoglądali po sobie niepewnie.

– Trzeba ją wziąć na spytki! – stwierdził mężczyzna, kładąc dłoń na klamce od pokoju córki.

– Nie – zaprotestowała Franciszka. – To na nic. Dajmy jej ochłonąć. Sama powie, co zaszło. Będzie musiała przecież wyjaśnić wszystko dzieciom.

– No nie wiem. Moim zdaniem nie powinniśmy tak tego zostawiać. Jeśli Wojtek skrzywdził naszą córkę, to powinien dostać po łbie! – krzyknął zirytowany.

– Od kogo? Pewnie ty mu przyłożysz? – zakpiła żona. – Zostaw ich w spokoju. Może to tylko sprzeczka.

– Dobre sobie! Przecież nigdy wcześniej nie było takich sytuacji.

– Otóż to.

W jej odczuciu Wojtek zawsze był nad wyraz spokojny i cichy. Trochę pantoflarz. Gdyby mógł, nosiłby Agatę na rękach. Między młodymi nigdy nie dochodziło do awantur.

– Pierwsze koty za płoty – burknął ślubny. – Tylko czy naprawdę musiał od razu zbierać bety i odchodzić? Na moje oko sprawa wygląda poważnie.

– Zostaw to, stary. Niech młodzi wyjaśniają własne problemy między sobą. Nawet nie mrugniesz powieką, a Wojtuś wróci. To dobry chłopak. Taki, że do rany przyłóż. Zięć idealny – roztkliwiła się Franka.

Nie dane im było dłuższe roztrząsanie problemu, gdyż nagle ktoś załomotał w drzwi.

– No widzisz! Już wrócił! – Kobieta odetchnęła z ulgą. – Pewnie zostawił z tego wszystkiego klucze.

Odryglowała zatrzask, lecz zamiast zięcia zobaczyła Kazimierza. Ponieważ w pokoju dziennym zamknęła się córka, Trzeciakowie usiedli z nim w kuchni. Nowiny, które przyniósł, wprawiły ich w potężną konsternację, choć słyszeli o buncie aresztantów i martwili się o syna.

– Jesteś pewien, że Gienek uciekł? – dopytywał Leon.

– Całkowicie. Byłem już u Justyny w tej sprawie. Całą poprzednią noc spędziłem w radiowozie przed jej kamienicą.

– Nie wpuściła cię do środka? – szukała wytłumaczenia matka.

– Wpuściła. Ale jak ją pouczyłem, że nie powinna kryć Eugeniusza, wyrzuciła mnie za drzwi. Dla mnie to jest trudny temat, ale muszę was nakłaniać do tego, byście mu nie pomagali. Napytacie sobie tylko biedy – powiedział ostrożnie.

– Czyś ty rozum postradał? Miałabym odmówić własnemu dziecku pomocy? – zaperzyła się Trzeciakowa.

– Mamo, błagam cię, zrozum, że pomaganie uciekinierowi jest karalne. To niemal współudział w przestępstwie. Dla Gienka najlepiej byłoby, gdyby jak najszybciej wrócił za kraty. Jeśli to zrobi, spróbuję tak załatwić sprawę, by nie poniósł żadnych konsekwencji. Ukrywanie się przed wymiarem sprawiedliwości pogarsza sytuację chłopaka.

– Kazimierzu, czy ty słyszysz samego siebie? Żądasz, byśmy wydali rodzonego syna?! – wykrzyknął oburzony Leon.

– Tato, naprawdę nie mamy wyboru. Jego proces już trwa. Jeśli młody nie wróci, będzie problem. Uwierzcie mi, że dla mnie to jest twardy orzech do zgryzienia. Mam ogromny dylemat moralny, bo chodzi o mojego brata. Ale z drugiej strony pracuję w milicji. Muszę rzetelnie pełnić swoje obowiązki. Gdy było to możliwe, ratowałem chłopaka z opresji. Prosiłem Romka, by się za nim wstawił. Mamo… Tato… – Spojrzał na rodziców. – Nie możecie mnie potępiać. Chcę dobrze.

– Dobrze? Dla kogo?! – krzyknęła Franciszka. – Chyba dla siebie. Trzęsiesz portkami o swoją posadę? A na cóż ci praca, w której masz obowiązek występować przeciwko własnej rodzinie!

– Nie występuję przeciwko rodzinie! Na Boga! To, co robię, wynika z chęci niesienia Gienkowi pomocy! – zdenerwował się. – Czy on jest tutaj? – zapytał, zezując na zamknięte drzwi pokoju dziennego.

– Nie! – odparli zgodnym chórem Leon i Frania.

– Serio? Mam wrażenie, że jednak coś przede mną ukrywacie! On tam jest, prawda?

– To pokój Agaty. Nie ma tam Gienka. Jak nie wierzysz, możesz sprawdzić – odparła zrezygnowana Franciszka. A potem dodała z goryczą: – Zawsze darłeś koty z Eugeniuszem. Żarliście się jak psy. Nawet teraz zachowujesz się tak, jakby nie chodziło o twojego brata, lecz o obcego człowieka. Nie ufasz własnym rodzicom! Oto, do czego doprowadziła cię praca w milicji!

– Jakoś nigdy wcześniej nie miałaś z tym problemu – burknął zmieszany Kazik.

– Póki zajmowali cię mordercy i złodzieje, nie miałam powodu do wstydu. Ale z chwilą, gdy stawiasz nas między młotem a kowadłem, trudno mi się opanować!

 

Zniechęcony Kazimierz wrócił do domu. Wciąż ciskał w duchu gromy pod adresem młodszego brata. Jego niefrasobliwość mogła ściągnąć na rodzinę poważne kłopoty. Milicjant bez większego efektu próbował uświadomić to rodzicom. Spędził u nich sporo czasu, wykładając swoje racje. Uzyskał tyle, że wyrazili zrozumienie dla jego punktu widzenia i przestali obwiniać go o złą wolę w stosunku do młodego. Wyjaśnili również tajemnicę zamkniętych drzwi, tłumacząc, że siostra posprzeczała się z mężem i potrzebuje odrobiny spokoju.

On także pragnął chwili wytchnienia. Po każdym z dwóch całonocnych dyżurów spał zaledwie kilka godzin. Walcząc ze zmęczeniem, pojechał do bliskich. Nazajutrz miał służbę od rana. Zakładał, że znowu spędzi ją na ściganiu zbiegów. I że tym razem raczej trafi na patrol po mieście, a sprawę Gienka przejmie inny funkcjonariusz. Ledwo wybłagał wczoraj zwierzchnika, by pozwolił mu na próbę dyplomatycznego załatwienia sprawy z rodziną. Poniewczasie zrozumiał, że popełnił poważny błąd, siedząc w radiowozie na ulicy Cieszkowskiego. Może gdyby się nie ujawnił, to prędzej zdybałby brata? Liczył jednak na to, że znużony aresztant na jego widok po prostu odpuści sobie dalszą ucieczkę. Ochłonie, przemyśli temat i sam oceni, że lepiej poprosić o wsparcie.

Późną nocą, gdy już leżał w łóżku, ciszę zakłócił dzwonek telefonu.

– Kazik? To ja, Tymek. Potrzebuję twojej pomocy! Natychmiast! – Głos najstarszego brata drżał ze zdenerwowania.

– Gdzie jesteś? Dasz radę do mnie przyjechać?

– Dzwonię z tej budki, niedaleko twojego bloku – odparł Tymoteusz.

– Skoro jesteś tak blisko, to przyjdź tutaj – zachęcił go Kazimierz.

Tymek odmówił wejścia na piętro. Poprosił, by Kazik wyszedł do niego przed budynek. Miał czekać na pobliskiej ławce. Zaniepokojony mężczyzna błyskawicznie włożył ubranie i wybiegł na podwórze. Brat faktycznie siedział we wskazanym miejscu. Ponieważ ławka stała przy dobrze oświetlonym skwerze, widać go było jak na dłoni. Opierał łokcie o uda, a palce zanurzył w starannie obciętych włosach. Szarpał je w taki sam sposób, w jaki robił to zwykle Eugeniusz. Z jego postaci biła zatrważająca rezygnacja. Kazimierza od razu ogarnęło złe przeczucie.

– Co jest? – zapytał.

Tymoteusz wyprostował plecy. Nawet w świetle latarni widać było, że jest upiornie blady i roztrzęsiony. Na widok brata wstał. Wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy – w złachanych, brudnych spodniach, ubłoconych butach, z koszulą wystającą niechlujnie zza paska, rozchełstaną na piersi, z oberwanymi guzikami. Jego oczy pałały czy to w rozgorączkowaniu, czy to w szale. Przygarbiony, ze zwieszonymi barkami – sprawiał wrażenie człowieka dźwigającego jakieś monstrualnie ciężkie brzemię.

Kazimierz złapał go za ramiona.

– Wszystko w porządku? Tymek, na litość boską! Powiedz coś, chłopie! Gdzie się tak ubrudziłeś? Miałeś wypadek? Napadł cię ktoś? – usiłował odgadnąć przyczynę tego dziwacznego stanu. Kiedy jednak uważnie spojrzał na brata, nie dostrzegł na jego twarzy śladów pobicia. Chyba że potencjalny agresor nie prał go po pysku, ale w inne miejsca.

– Zabiłem go – powiedział ledwo słyszalnie.

– Co ty mówisz? – Kazimierz zmarszczył brwi, gdyż po prostu uznał, że coś źle usłyszał.

– Zabiłem brata – oznajmił nieco głośniej Tymek.

– Człowieku, mów po ludzku. Nie chcesz chyba powiedzieć…

– Tak. Chcę właśnie to powiedzieć. Zabiłem Eugeniusza.

– Rany boskie! – jęknął milicjant, który z Bogiem i Kościołem niewiele miewał wspólnego. Z wrażenia padł na ławkę. Zasłonił usta dłonią i z przerażeniem spoglądał na stojącego obok mężczyznę, którego masywna zwykle postać nagle wydała mu się jakaś taka… skurczona. – Nie. Nie wierzę. Nie wierzę. Nie wierzę. To nie może być prawda – powtarzał w szoku. – Jak to możliwe? Przecież on siedział za kratami. No… Uciekł, ale na pewno jest gdzieś dobrze ukryty!

– Zadzwonił do mnie. A jeszcze wcześniej wpadł do Zachemu Roman. Powiedział mi o ucieczce małego. Mówił straszne rzeczy. O tym, że przez Gienka wszyscy możemy ucierpieć. Że stracimy pracę, a za udzielanie mu pomocy pójdziemy do ciupy.

– No bo niestety tak mogłoby być – westchnął Kazik.

– Młody do mnie zadzwonił. Prosił, żebym przyszedł pod most kolejowy przy działkach. Miałem być sam. Bez latarki, bez milicji, bez świadków. Domagał się, bym nic nikomu nie mówił, zwłaszcza tobie… – urwał, jakby dla zaczerpnięcia oddechu, gdyż opowiadał pośpiesznie i z przejęciem. – Myślałem… Myślałem, że go przekonam, by dobrowolnie poszedł na posterunek. Zamierzałem mu zaoszczędzić wstydu z aresztowaniem. I nie chciałem wyjść na kapusia, który nasyła gliniarzy na najbliższych. No… Przepraszam cię – zreflektował się Tymek, wszak rozmawiał z przedstawicielem organów ścigania.

– No i co dalej? – Młodszy brat zignorował przytyki o glinie. Dobrze wiedział, jak obywatele określają jego i jemu podobnych. Ważniejsze było wyciągnięcie z Tymoteusza meritum. Jakoś nie mógł uwierzyć w bratobójstwo. Gdy opadły emocje, uznał, że pewnie zaszła jakaś absurdalna pomyłka.

– Pojechałem tam. Gienka nie było. A gdy przyszedł, cuchnął i wyglądał jak ostatni luj. Zacząłem mu tłumaczyć, że sam powinien oddać się w ręce milicjantów, ale on mnie nie słuchał. Nie słuchał mnie, wiesz? Mówiłem, prosiłem, groziłem, ale nic nie docierało do zakutego łba. Żałowałem, że nie dałem ci znać od razu. Popełniłem błąd. On mnie nie słuchał, wiesz? – głos Tymka drżał tłumionym na siłę szlochem.

– Wiem. Mówiłeś to już kilka razy.

– No i złapałem go za bety. Chciałem zawlec smarkacza na posterunek, ale doszło między nami do szarpaniny. Pobiliśmy się nad Brdą.

– Znaczy ty spuściłeś mu wpierdol – sprostował Kazimierz, gdyż dla niego było aż nazbyt oczywiste, że Eugeniusz nie dałby rady takiemu bykowi jak Tymek.

– No dobra, przyznaję, że trochę obiłem mu gębę. Chciałem tego uniknąć i przekonać go, by poszedł ze mną po dobroci. A potem… potem on chlupnął do rzeki.

– Wskoczył?

– Nie. Wpadł.

– Wepchnąłeś go?

– Wpadł – powtórzył. – Dostał po ryju, stracił równowagę i wpadł. Zamurowało mnie. Przypomniałem sobie, ile mieliśmy z nim kłopotów. O tym, ile krwi nam napsuł. I ile jeszcze możemy przez niego stracić… Nie próbowałem go wyciągnąć. Zniknął mi z oczu, a ja nic nie zrobiłem! Ale to i tak zbrodnia, prawda? To tak, jakbym go zabił… – jęczał przerażony. – Ja nie chciałem. To był jakiś straszny amok! Kazik… Wierzysz mi? Przecież nie zamordowałbym go z premedytacją.

Zapadła cisza, która zadzwoniła nieprzyjemnie w uszach milicjanta. Mężczyzna zerwał się z ławki. Złapał się za głowę. Przeszedł parę kroków. Zawrócił. Spojrzał na Tymoteusza. Znowu się oddalił.

– Ja nie chciałem go zabić – wyszeptał Tymek.

Ja pierdolę, no! – rozmyślał w tym czasie Kazimierz. Przecież nie mogę go wsadzić do kicia. Jeden nie żyje, a drugi miałby dostać dożywotnią odsiadkę? Przecież rodzice by tego nie znieśli! Mało im jeszcze trosk?

Miał tylko chwilę na podjęcie decyzji: stracić czy uratować kolejnego brata.

– Jesteś pewny, że utonął?

– Tak. Chyba. Po prostu zniknął.

– Pod mostem kolejowym na Brdzie?

– Tak.

– Komuś coś wspominałeś przed wyjściem z domu? Elżuni? Wieśkowi? Rodzicom?

– Nie puściłem pary z gęby. Elżbiecie powiedziałem, że to ty po mnie zadzwoniłeś.

– W porządku. Nie odkryła, że zmyślasz?

– Nie sądzę.

– Dasz sobie za to, co zaszło, głowę uciąć?

– A co to: przesłuchanie? – zirytował się Tymek. – Tak, jestem tego wszystkiego całkowicie pewien.

– Dobra, to słuchaj: wracasz do domu jak gdyby nigdy nic. Ani słowa nikomu! Ciebie nigdy nie było pod tym mostem, rozumiesz? Nie zabiłeś młodego. Sam wpadł do Brdy podczas próby ucieczki. Zapominasz o całej sprawie i żyjesz jak do tej pory. Nawet jeśli młody wypłynie, milczysz jak grób. Zwykle topielcy są trudni do zidentyfikowania. Wiesz: szczupaki i te sprawy. Czym dłużej taki nasiąka wodą, tym mniej z niego zostaje. Jeżeli nie wypłynie w ciągu dwóch, trzech dni, to znaczy, że poniosło go w siną dal. Albo jakimś cudem przeżył i nawiał.

– Niemożliwe – jęczał Tymoteusz.

– No dobra. Załóżmy, że faktycznie się utopił. Choćby i pokazał się po upływie dłuższego czasu, to nikt cię z nim nie powiąże. Będę trzymał rękę na pulsie. Jak usłyszę coś o topielcu, to sam go sobie obejrzę.

– Ale co ty… Kazimierz… Kryjesz mi dupę?

– Czyż nie po to tutaj przyjechałeś?

– No… W sumie nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić.

– Nie zabiłeś młodego. To był wypadek. On się pośliznął i sam wpadł do rzeki. Nigdy nie bierz na siebie niepopełnionej winy – powiedział głosem przepełnionym determinacją. Podszedł do Tymoteusza. Byli równego wzrostu. Złapał go za kark. Przystawił czoło do jego czoła i z tej odległości spojrzał mu w oczy. – Nie zabiłeś młodego – powtórzył. – Wracaj do domu, zanim twoja ślubna wpadnie we wściekłość. Powiedz jej, że pojechałeś ze mną do Prądocina, bo oglądałem działkę na daczę. I zeszło nam trochę dłużej. Tam uszargałeś spodnie, bo zapomnieliśmy zabrać latarki. To sensowna wymówka. Ewa na pewno potwierdzi moją wersję.

 

Po wyjściu z mieszkania Wojtek ruszył w stronę przystanku. Nie odczuwał ciężaru torby, mimo że pasek pił go w ramię. Znacznie gorszy był ból, który ogarnął jego duszę i umysł. Całe jego życie runęło jak domek z kart. Do tej pory ulegał iluzji, że jest szczęśliwym człowiekiem. Miał piękną żonę i wspaniałe dzieciaki. Nie mógł narzekać na teściów, którzy zapewnili mu dach nad głową. Wszystko układało się jak w bajce. Wierzył, że doczeka starości z Agatą u boku. Że odchowają Beatę i Piotrka, a potem doczekają się wnuków.

Nie miał najmniejszych wątpliwości co do jej winy. Wszak już wcześniej wysyłała mu nader czytelne sygnały. Wciąż dokądś wychodziła – wystrojona, uczesana, elegancka. Niekiedy zauważał u niej nowe drobiazgi: torebkę, apaszkę, jakiś wisiorek. Twierdziła, że sama sobie te rzeczy kupuje, ale czy rzeczywiście tak było? Czy nie były to przypadkiem prezenty od kochanka?

Od lat tego samego.

Pamiętał, że w czasach, gdy mieszkał z nimi Eugeniusz, pomiędzy rodzeństwem panował stan napięcia. Padały jakieś słówka, aluzje, Wojciech nieraz dostrzegał dziwne błyski w ich oczach. Czy młodziak wiedział o romansie siostry?

Zapytałbym go, gdybym mógł. Może powinienem załatwić sobie widzenie? Dobrze byłoby odbyć męską rozmowę ze szwagrem. Gienek to swój chłop, na pewno by nie łgał – rozmyślał, zupełnie nie pamiętając o tym, że w areszcie doszło do buntu, więc podobna wizyta może być znacznie utrudniona.

Tylko do czego mu ta wiedza była potrzebna? Do rozdrapywania ran? Do rozwodu? Do utraty reszty złudzeń?

Jeszcze nie wiedział, co ze sobą począć. Jak przeżyć kolejne dni? Na razie zmierzał na Szwederowo, do matki. A co będzie później?

Jak ona mogła mi to zrobić? Tak bardzo ją kochałem. Wierzyłem we wszystkie jej słowa!

Choć to nieprzyjemne zamieszanie trwało zaledwie chwilę – przynajmniej w jego odczuciu – już tęsknił za dzieciakami.

A co, jeśli ten romans ciągnął się znacznie dłużej? Jeśli w żyłach Piotra i Beaty płynie krew tego skurwysyna?

Gdyby tylko mógł cofnąć czas! Nie poszedłby za Agatą. O niczym by nie wiedział. Nie cierpiałby teraz tych okropnych katuszy. Nie dręczyłyby go roje natrętnych myśli. Nie wątpiłby w swoje ojcostwo.

Chyba lepiej być nieświadomym durniem!

Potrzebował wódki.

 

Noc była wyjątkowo ciężka. Agata miała za sobą paskudny wieczór, podczas którego musiała odpowiadać na dziesiątki pytań ze strony dzieci o to, gdzie zniknął ich tato. Na razie nie zamierzała ich wtajemniczać w sprawy dorosłych, więc do znudzenia powtarzała, że musiał na jakiś czas wyjechać. Nie wierzyli, gdyż nigdy wcześniej nie dochodziło do podobnych sytuacji. Gdy w końcu zdołała wygnać oporną młodzież do łóżek, była niebywale znużona. Za całe pocieszenie miała to, że rodzice stanęli po jej stronie i nie zdradzili, iż Wojciech ją zostawił.

Może wróci? – rozmyślała, leżąc samotnie w pościeli.

Przez okno napływał wieczorny chłód, muskając jej rozpalone ciało. Odczuwała nieprzyjemną duszność, to znowu przenikliwe zimno, więc raz po raz naciągała na siebie kołdrę tylko po to, by zaraz ją skopać. Wierciła się, zamykała oczy, a po kilku minutach spoglądała na ciemne niebo i połówkę srebrnej tarczy księżyca.

Wspomnienia minionego popołudnia wracały nieprzyjaznymi falami.

Gdyby tylko mogła cofnąć czas do momentu, kiedy Dereń poprosił, by z nim poszła na przechadzkę! Albo chociaż do chwili, gdy ją pocałował. Trzasnęłaby go wtedy w twarz ze wszystkich sił. Wojciech podbiegłby i dołożył Romkowi od siebie. Ona wyszłaby na ofiarę napastowania. Wróciłaby z mężem do domu, lamentując nad niegodziwością, jaka ją dotknęła. Po kilku dniach obydwoje zapomnieliby o całej sprawie. Co najwyżej mąż przestałby w ogóle utrzymywać stosunki koleżeńskie z tamtym człowiekiem. A ponieważ już wcześniej unikali jego towarzystwa, nie odczuliby w żaden sposób całkowitego ucięcia znajomości.

Ale się porobiło! Łkała w poduszkę. Jak mam go przekonać, że jestem niewinna? Przecież od dawna nie mam nic wspólnego z Dereniem! Musi mi uwierzyć. Musi! Może wróci, jak ochłonie?

Nie zmrużyła oczu nawet na minutę. Rano wstała sponiewierana bezsennością. W kuchni spotkała matkę. Ta wcisnęła w jej dłoń kubek z prawdziwą kawą, choć zwykle o tej porze w ich mieszkaniu gotowano zbożową.

– Wypij, dobrze ci zrobi. Wiem, że nie spałaś w nocy, bo i ja nie mogłam usnąć. Słyszałam kilka razy, jak wstajesz i chodzisz po pokoju – oznajmiła Franciszka.

– Dziękuję, mamusiu. Jesteś kochana.

Trzeciakowa poklepała ją po ramieniu.

– Będzie dobrze, córeczko. Nie wy pierwsi i nie wy ostatni. Każde małżeństwo prędzej czy później przeżywa jakieś trudne chwile – wyszeptała z obawy, by dzieciaki, które już powstawały z łóżek, nie usłyszały czegoś, co nie jest przeznaczone dla ich uszu.

Agata zwiesiła głowę. Tak bardzo chciała, by ziściły się słowa rodzicielki, choć po gruntownym przemyśleniu sprawy nabrała wątpliwości.

Wypiła kawę tak szybko, że niemal poparzyła sobie usta. Napar był mocny, matka nie pożałowała na niego cennych ziaren. Z myślą o zrobieniu dolewki odłożyła biały kubek z sinym napisem „Społem” na kuchenny stół. Zamierzała ją wypić po wykonaniu porannej toalety. Zanim jednak, jak co rano, zaczęła popędzać Beatę, by ta opuściła łazienkę, wróciła do pokoju na papierosa.

Przez chwilę stała w oknie, wciągając dym głęboko w płuca. Nie potrafiła zapanować nad drżeniem dłoni.

– Co za idiota wymyślił powiedzenie, że dzień mądrzejszy od nocy? Jestem równie głupia teraz, jak kilka godzin temu – burknęła sama do siebie. Stłumiła szloch, który narastał w jej gardle. Pora na łzy minęła. Czekało ją wyjście do pracy i zachowanie stoickiego spokoju podczas zajęć lekcyjnych.

 

Do szkoły weszła tuż przed pierwszym dzwonkiem. Celowo się nie spieszyła, nie chciała obnosić ponurej miny i zmęczonej twarzy w pokoju nauczycielskim.

Pierwsza godzina wypadła z piątą b. Polonistka zdążyła zapomnieć o zaplanowanym temacie lekcji. Otwarła podręcznik, przez chwilę spoglądała na niego z bezsilnością. Miała mętlik w głowie i pragnęła znajdować się w jakimkolwiek innym miejscu.

– Wyciągamy kartki – powiedziała w końcu. – Zrobimy sobie mały sprawdzian z tego, co było w czwartej klasie.

W odpowiedzi usłyszała zbiorowy jęk.

– Ależ psze pani! Rok szkolny trwa dopiero od tygodnia. Prosimy o litość! – krzyknął jakiś odważniejszy uczeń.

– Bez dyskusji! – ucięła błagania, a potem podyktowała kilka pytań.

Pierwsza przerwa była krótka, trwała zaledwie pięć minut. Czasu wystarczyło jedynie na wymianę dziennika.

Agata czuła nieprzyjemne ćmienie w skroniach i gorycz na języku. Od rana była tylko o kawie i paru papierosach. Zdążyła przed chwilą wypalić klubowego, jeszcze miała w ustach nieprzyjemny posmak nikotyny.

Znowu powtórzyła się historia z poprzedniej lekcji. Kobieta zerknęła w notatki, a potem poleciła uczniom schować zeszyty oraz książki do teczek, a na ławkach pozostawić wyłącznie długopis i arkusz papieru.

Podczas trzeciej godziny przypadały zajęcia z czwartoklasistami. Dla niej byli to nowi uczniowie, jeszcze ich nie znała, miała z nimi styczność zaledwie od tygodnia. Tym zafundowała długie dyktando, które odczytała monotonnym głosem ze swojej broszury dydaktycznej.

Gdy uczniowie opuszczali klasę, usłyszała kilka cichych komentarzy:

– Ale kosa! Będzie ciężko.

– No, strasznie ciśnie od samego początku.

– Oj, nie będziemy mieli życia.

Wzruszyła ramionami. Od roku, może od dwóch lat, odczuwała obojętność. Kiedyś zależało jej, by mimo stawianych przez nią surowych wymagań dotyczących poziomu wiedzy podopiecznych, zaliczano ją do grona lubianych belfrów. Teraz to już nie miało znaczenia. Uczniowie przychodzili do szkoły na jakiś czas, potem odchodzili, a w ich miejsce pojawiały się nowe twarze. Oni wciąż młodzi, ona coraz starsza. Oni hałaśliwi i rozleniwieni, z głowami pełnymi pomysłów na różne psikusy, ona zmęczona. Coraz łatwiej wpadała w irytację, zaczynało jej brakować cierpliwości do różnego rodzaju wymówek, które miały tuszować lenistwo, zapominalstwo czy bezmyślność.

Nim dotarła do pokoju nauczycielskiego, skorzystała z toalety. Myjąc dłonie, zerknęła w lustro. Rano odpuściła sobie zrobienie makijażu i układanie włosów, więc tafla demaskowała wszystkie mankamenty jej urody. Odbijała smutną, poszarzałą twarz trzydziestosześciolatki z podkrążonymi oczami. Rzeczywiście Kostowa wyglądała źle, a jasne kosmyki gładko uczesanych zazwyczaj włosów postrzępione były na końcach i chaotycznie sterczały.

Co takiego ten idiota we mnie widzi, że od lat nie daje mi spokoju? Naprawdę musiał rozwalić moje małżeństwo?

– Cześć, Agato! – przywitała ją Kornelia Stolarska. – Nie widziałam cię wcześniej. Dopiero teraz przyszłaś?

 

– Nie. Mam zajęcia od ósmej.

– No to gdzie przepadłaś na niemalże cały dzień? – Obrzuciła Kostową uważnym spojrzeniem. – Szewski poniedziałek był wczoraj – skomentowała skwaszoną minę polonistki.

– Ja mam szewski wtorek – stwierdziła.

– Słyszałam coś na ten temat – zachichotała Wanda Michalak, fizyczka. – Miałam teraz godzinę wychowawczą. Podobno dałaś w kość mojej klasie, fundując im solidny sprawdzian.

– Wakacje dobiegły końca. Czasami trzeba ściągnąć młodzież z obłoków na ziemię. Może nikt nie potłucze sobie przy tym tyłka.

Wystarczy, że ja jestem poturbowana – dokończyła w duchu.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej