Spacer Aleją Róż. Drzewa szumiące nadzieją - Edyta Świętek - ebook
Opis

Edyta Świętek z właściwą sobie lekkością nakreśliła przejmujący obraz nowohuckiej społeczności żyjącej w trudnych czasach ważnych przemian dziejowych. Czytelnik nie znajdzie tu lukrowanych opisów, lecz twardą, często okrutną rzeczywistość. A jednak z tej niepięknej, brudnej szarości co jakiś czas wyłania się jasne światło, dające nadzieję na lepsze jutro. Serdecznie polecam!

Hanna Greń, pisarka

Autorka poczytnych powieści w brawurowy sposób serwuje osadzoną w realiach wczesnego PRL-u historię rodzinną ze zbrodnią i zemstą w tle.

Drzewa szumiące nadzieją to trzeci już tom nowohuckiej sagi Spacer Aleją Róż. Tym razem autorka zabiera nas do najmłodszej dzielnicy Krakowa u schyłku lat 50., kiedy to doprowadzeni do ostateczności antykościelnymi działaniami władzy robotnicy podejmują desperacką walkę w obronie krzyża będącego symbolem nie tylko wiary, ale także wolności. Coraz częściej buntują się przeciw ograniczeniom narzucanym przez władzę ludową. Wychowani w chrześcijańskich tradycjach, podejmują bezpardonową walkę o zgodę na budowę kościoła. W mieście dochodzi do krwawych starć z jednostkami Milicji Obywatelskiej wspieranymi przez oddziały ZOMO. Na tle historycznych wydarzeń rodzina Szymczaków powiększa się, przeżywa wzloty i upadki, a za zryw w obronie wiary i samostanowienia będzie musiała zapłacić wysoką cenę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 507

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


W poprzedniej części

W tajemniczych okolicznościach znika przewodniczący spółdzielni rolniczej w Pawlicach. Edward podejrzewa, że szwagierka brała w tym udział. W miejsce Bartka zostaje zatrudniony Ksawery Olszański.

Julka wyprowadza się od Bronka i znajduje zatrudnienie w biurze, niestety nie może dojść do porozumienia z przełożonym. Janek pomaga jej w zagospodarowaniu nowego mieszkania.

Na zaproszenie brata Andrzej przyjeżdża do Nowej Huty.Podejmuje pracę w cegielni. Zaczyna trenować piłkę nożną.

Nowy zarządca kołchozu proponuje Dorocie etat bibliotekarki. Krystyna nie może sobie poradzić ze stratą Bartka. Szuka zapomnienia w alkoholu oraz w ramionach innych mężczyzn.

Małżeństwo Haliny i Bronka przechodzi poważny kryzys. Szymczak spotyka Bogusię. Zaprasza ją do restauracji. Rozmawiają o przeszłości. Mężczyzna wyznaje ukochanej miłość. Trudno im się ze sobą rozstać.

Andrzej ulega wypadkowi. Niefortunne zdarzenie kładzie kres marzeniom o karierze piłkarskiej. Chłopak już do końca życia będzie kulał.

Podczas sprzątania Halina znajduje paragon z namalowanym na odwrocie sercem. Między małżonkami dochodzi do karczemnej awantury, padają słowa o rozstaniu. Pod naciskiem męża kobieta zmienia pracę, co powoduje znaczne ocieplenie ich relacji. Jednak kolejna kłótnia kończy się zniknięciem Haliny. Bronek zamierza wnieść pozew o rozwód – czeka z tym na powrót żony. Po kilku dniach milicjanci informują go o znalezieniu jej ciała.

Andrzej podejmuje naukę w technikum. Zatrudnia się w kinie jako bileter.

Bogumiła rozpoczyna pracę w Szpitalu Specjalistycznym im. Żeromskiego.

Milicja Obywatelska podejrzewa Szymczaka o zamordowanie żony. Po pogrzebie bratowej Krysia sprowadza się do Nowej Huty, gdzie poznaje Nikosa Stefanidesa – greckiego robotnika. Spotykają się przez kilka miesięcy. Dziewczyna marzy o ślubie.

Leszek porzuca służbę w wojsku i przyjeżdża do miasta. Podejmuje pracę w kombinacie.

Podczas przechadzki Krysia spotyka Greka z inną dziewczyną. Mężczyzna przyznaje, że zamierza żenić się ze swoją rodaczką. Kulka pociesza załamaną kobietę, ich spotkanie znajduje finał w pościeli. Później Janek odczuwa wyrzuty sumienia, że wykorzystał siostrę przyjaciela. Prosi ją o rękę, chociaż wciąż myśli o Julii. Młodzi odnajdują szczęście w małżeństwie. Brakuje im tylko dziecka.

Andrzej poznaje aktorkę Sabinę. Między młodymi rodzi się uczucie.

Leszek zaskakuje rodzinę informacją o tym, że został ojcem bliźniąt. Matką dzieci jest Kazimiera, którą poznał po przeprowadzce do miasta.

Olszański zarządza wyburzenie oficyny. Podczas prac robotnicy natrafiają na szkielet. Dorota wysyła list do najstarszego brata, informując go o znalezisku.

Bronek ponownie spotyka Bogusię. Udają się do kawiarni. Mimo że kobieta jest zaręczona, postanawiajądać sobie szansę. Tymczasem w Pawlicach toczy się śledztwo. Szymczak zostaje aresztowany w dniu, gdy był umówiony z Bogusią. Milicjanci stawiają mu zarzut morderstwa na Marczyku. Edward w brutalny sposób usiłuje zmusić go, by przyznał się do winy. Cała wieś daje alibi oskarżonemu, milicjanci są bezsilni. Dotkliwie poturbowany mężczyzna opuszcza areszt.

Bogusia ma wątpliwości, czy chce wiązać się z człowiekiem, którego dwukrotnie podejrzewano o morderstwo. Zrywa kontakt z ukochanym.

Tajemniczy mężczyzna wciąż obserwuje Julię.

Krystyna i Janek bezskutecznie starają się o potomstwo.

Podczas pracy na budowie Bronek spada z rusztowania i trafia do szpitala, gdzie dochodzi do siebie pod troskliwą opieką Bogumiły. Gdy na oddział przybywa z wizytą jego rodzina, przedstawia im ukochaną.

Julia zostaje napadnięta. Traci torebkę, a wraz z nią fałszywe dokumenty. Z pomocą przychodzi mężczyzna, który obserwował ją od jakiegoś czasu. Człowiek ten przedstawia się Julii jako Wawrzyniec Pawłowski.

Rok 1960

Prolog

Agresywne stukanie do drzwi zakłóciło ciszę nocną.

Dobry Boże, spraw, aby to był Andrzej – jęknęła w duchu przerażona Sabina.

Mijał trzeci dzień od wybuchu zamieszek w Nowej Hucie. I chociaż starcia robotników z oddziałami ZOMO ucichły jakiś czas temu, do tej pory nieznany był los wielu osób. Przepadli także bracia Szymczakowie oraz Janek. W mieszkaniach zostały przerażone kobiety z dziećmi. Szepcząc pacierze, wyczekiwały wieści o najbliższych.

Energicznie opuściła łóżko. Przed momentem ułożyła się na spoczynek. Jej organizm, wymęczony opieką nad noworodkiem oraz stresem związanym z zaginięciem męża, domagał się choćby chwili wytchnienia. O śnie i tak nie było mowy przy tylu niespokojnych myślach krążących w głowie.

Sięgnęła po szlafrok i narzuciła go na koszulę nocną. Rozsądek podpowiadał, że za łomot do drzwi, który wciąż nie ustawał, odpowiada ktoś obcy. Wszak Andrzej nie tłukłby się bez opamiętania, wiedząc, że w domu śpią dzieci.

Jakby w odpowiedzi na tę myśl usłyszała kwilenie niemowlęcia.

– Cii… Śpij, kruszynko, śpij – szepnęła. – Zaraz do ciebie przyjdę.

Wiedziała, że nie może zostać z dzieckiem, bo inaczej człowiek stojący za drzwiami nie przestanie w nie walić. A to może tylko pogorszyć sytuację. Jeszcze tylko tego brakowało, aby do kompletu obudził się synek i też zaczął marudzić.

– Kto tam? – zapytała w przedpokoju.

Niemowlę zaczęło głośno płakać. Skonsternowana matka wahała się, czy wrócić do dziecka, czy raczej otworzyć dobijającej się osobie, aby zapobiec dalszemu hałasowi. W końcu zdecydowała się na to drugie. Odryglowała zamek i uchyliła drzwi na szerokość łańcucha uniemożliwiającego otwarcie ich szerzej. Zobaczyła dwóch mundurowych i człowieka w cywilnym ubraniu. Ledwo zdążyła odskoczyć, gdy stojący na zewnątrz milicjanci naparli z całych sił. Niezbyt mocno zamontowane zabezpieczenie puściło. Paździerzowe płyty z hukiem uderzyły o ścianę. Kobieta pisnęła przestraszona.

– Matko Boska! Co się dzieje? – wykrzyknęła.

Jeden z mężczyzn – czerwony na twarzy blondyn o nieprzyjemnym wyglądzie – złapał ją za rękę i bez słowa wyjaśnienia pociągnął do pokoju. Drugi zatrzasnął drzwi, nie przejmując się hałasem. Trzeci podszedł do łóżeczka i wyjął płaczące maleństwo.

– Co pan robi?! Niech pan zostawi moje dziecko! – zaprotestowała, lecz on miał to za nic. Chciała zabrać mu córkę, aby ją utulić, lecz powstrzymał ją silny uścisk dłoni zaciśniętej na jej przedramieniu.

– Obywatelka Szymczak Sabina?

– Tak. Kim jesteście?

– Służba Bezpieczeństwa – oznajmił człowiek w prochowcu. – A teraz zamknij się, głupia babo, i posłuchaj, co mamy ci do powiedzenia.

Zaczęła się szamotać. Przepełniała ją obawa o córkę. Mężczyzna, który ją trzymał, zatkał jej usta dłonią.

Tymczasem milicjant, który wziął dziewczynkę na ręce, podszedł do okna. Jedną ręką trzymał maleństwo, drugą próbował otworzyć kwaterę. Ponieważ nie mógł sobie poradzić, przyszedł mu z pomocą kolega.

Sabina z przerażeniem spoglądała na milczących funkcjonariuszy. Chciała zawołać na pomoc kogośz sąsiadów, lecz jej głos skutecznie dławiła dłoń w skórzanej rękawiczce. Czuła w ustach nieprzyjemny posmak. Szamotała się jak oszalała, próbując drapać, kopać albo chociaż gryźć, lecz jej wysiłki spełzały na niczym.

– Przestań się miotać – powiedział milicjant, który otwierał kwaterę. Podszedł i boleśnie uszczypnął ją w pierś.

Ten, który trzymał na rękach dziecko, wyjrzał przez okno. Wychylił się nawet, prawdopodobnie aby ocenić wysokość. Nic sobie nie robił z tego, że noworodek może mu wypaść.

– Mamy, obywatelko, sprawę do omówienia. Jeśli nie chcecie, aby małego zasrańca spotkało coś złego, radzę wysłuchać, a potem zastosować się do rozkazów. Czy to jasne?

Rok 1956

Rozdział 1

Zamieszanie

Ustawione w kółeczko dzieciaki grzecznie czekały na swoją kolej. Parę minut wcześniej skończyły śpiewać piosenkę dla Karolka. Teraz chłopiec szedł pomiędzy nimi, rozdając cukierki.

– Weź se dwa. Weź se dwa – powtarzał za każdym razem, pęczniejąc przy tym z dumy.

Rzadko się zdarzało, aby koledzy lub koleżanki równie hojnie rozdzielali łakocie. On mógł sobie pozwolić na taki gest, ponieważ dzień wcześniej, wieczorem, przyszedł do ich mieszkania wujek.

– Masz, smoku! To dla ciebie – oznajmił, wręczając mu pękatą torbę słodyczy.

– Ależ Janku! – Julia załamała ręce na ten widok. – Nie masz na co wydawać pieniędzy?

– A komu kupię, jak nie Lolkowi? – zapytał ze smutkiem. – Swoich dziecisków nie mam. Leszkowe jeszcze za małe na cukiery. A że trafiła się kiedyś okazja, to żem wziął, ile mogłem. Pewnie przydadzą się na jutro do przedszkola.

Rzeczywiście, bardzo się przydały! Wprawdzie mama kupiła trochę landrynek, ale skoro dostał jeszcze te, to pozwoliła mu zabrać więcej. Dzięki wujkowi został bohaterem dnia. Pewnie i tak by nim był, ale zawsze przyjemniej, gdy można zaimponować chłopakom oraz tym głupim dziewczynom. Głupim, bo potrafiły się tylko mazać, kłócić o lalki albo obgadywać stroje koleżanek. I na niczym się nie znały: ani na samochodach, ani na pistoletach. Mamusia też niewiele wiedziała na te tematy, ale ona była w porządku, robiła pyszny kogel-mogel, ładnie pachniała i można było z nią pogadać prawie tak samo jak z kolegami. Albo wujkami. Znała się na wielu ważnych sprawach. Na przykład na roślinach. Pomogła mu zrobić zielnik do przedszkola, za który dostał ładny dyplom z misiem. Znała się też na leczeniu bolącego brzuszka, potrafiła naprawić urwane koło w ciężarówce i opowiadała najlepsze bajki na świecie. Nawet ciekawsze niż te, które można było przeczytać w książeczkach.

Tak sobie kiedyś wymyślił, że skoro mężczyźni muszą mieć żony – mama i bunia Władzia wciąż powtarzały to wujkowi Bronkowi, a wcześniej również Jędrusiowi – to on się ożeni właśnie z mamą. Bo ona i tak nie miała męża i chyba było jej trochę smutno z tego powodu. Czasami, gdy myślała, że on tego nie widzi i nie słyszy, wzdychała i ocierała ukradkiem oczy. Nigdynie widział, aby płakała naprawdę, ale zawsze po wyjściu wujka Janka i cioci Krystyny wpadała w zadumę.

A po południu pójdą razem do kina! To dopiero frajda!

Chłodne powietrze uszczypnęło Julię w policzki. To musiała być halucynacja – przemknęło jej przez myśl. Podniosła powieki i zobaczyła pochylonego nad sobą mężczyznę.

– Wszystko w porządku? – dobiegł ją jego głos.

– Aa! – krzyknęła, wystraszona.

A więc ten człowiek nie był żadnym przywidzeniem.

– Zdaje się, że mamy ze sobą do pogadania, madamePawłowska.

– Kim pan jest, do diabła? – zapytała.

– Diabłem wcielonym? – odparł pytaniem i uniósł brew. A potem dodał szybko: – Moja propozycja jest taka: pójdzie pani na posterunek złożyć wyjaśnienia w sprawie kradzieży dokumentów. Oczywiście wejdziemy razem jako małżeństwo pogodzone po karczemnej awanturze. Zapewne milicjanci wydadzą zaświadczenie o kradzieży, na podstawie którego można będzie wyrobić nowe dokumenty. A później złoży pani wyjaśnienia przede mną – zakończył ze srogą miną.

– Kim pan jest? – ponowiła pytanie. Bała się wypowiedzieć na głos słowa, które kołatały w jej umyśle. – Urząd Bezpieczeństwa? – zdobyła się na odwagę.

Zmarszczył brwi i spojrzał na nią jakoś dziwnie.

– Później – powiedział wymijająco. – Najpierw zakończmy sprawę kradzieży. Szkoda czasu na głupstwa. Wszak czeka panią jeszcze wymiana zamków w mieszkaniu. I chyba musimy odebrać z przedszkola naszego… hm… syna.

Twarz kobiety uległa nagłej metamorfozie. Zniknęła anielska łagodność, pojawił się ogień.

– Łapy precz od mojego dziecka!

– Tę kwestię także omówimy później. A teraz idziemy tam. – Kiwnął głową w stronę pobliskiego komisariatu.

Próbował ująć ją pod rękę, lecz wyrwała mu się jak oparzona.

– Nie dotykaj mnie!

Jej serce łomotało tak, jakby za moment miało wyskoczyć z piersi. A jednak nie pomyliła się w ocenie tego człowieka – musiał być cholernym ubekiem. Łaził za nią już od dłuższego czasu. Tylko po co, skoro zamierzał jej pomóc?

A może to nie miała być pomoc, lecz misternie zastawiona pułapka? Może jej torebkę ukradł jego wspólnik, a teraz chcą ją podstępem zwabić na posterunek?

– Nie panikuj, Julio. Lepiej zrób, co ci radzę. Wtedy nic złego się nie stanie.

– Od kiedy jesteśmy na ty? – warknęła niechętnie.

– Hm… Sama zaczęłaś. Chodź, później porozmawiamy.

– Nie! Muszę wiedzieć, kim jesteś i dlaczego podajesz się za mojego zmarłego męża.

Spojrzał na nią z ukosa.

– To ja chciałbym wiedzieć, czemu ty podajesz się za wdowę po mnie – odparł.

– Naprawdę nazywasz się Wawrzyniec Pawłowski? – Patrzyła nań z niedowierzaniem. Uliczne latarnie skutecznie rozświetlały popołudniowe ciemności. Zresztą nie musiała mu się zbyt wnikliwie przyglądać. Już wcześniej w rysach jego twarzy dostrzegała coś znajomego. Czy to możliwe, aby stał przed nią potomek dziedzica z Piotrowic? Nie pamiętała dobrze Pawłowskich. Minęło kilkanaście lat od dnia, gdy opuścili dwór. Zresztą przed wojną nieczęsto miała z nimi do czynienia. Czasami widywała ich w kościele. Pamiętała, że Mariusz krzywo patrzył na jej rodzinę. Byli mu solą w oku. Jeśli to jego syn, możliwe, że przejął po ojcu niechęć do Szymczaków. Pozostawało pytanie o to, co robił w Nowej Hucie. Jakoś musiał przetrwać wojnę i odnaleźć się w nowych realiach – wyjątkowo nieżyczliwych dla takich jak on. Czy zostałby funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa, aby zapewnić sobie wygodne życie?

A jeśli to tylko zbieżność nazwisk? Albo pułapka? Bez względu na to, kim był, wszystko świadczyło przeciw niemu.

– Wydawało mi się, że tę kwestię mamy wyjaśnioną. Ostatni raz odwołuję się do twojego zdrowego rozsądku: wejdziemy tam jako zgodne małżeństwo. Załatwimy co trzeba, a potem spokojnie porozmawiamy. Bo mamy o czym, żoneczko. Nie rób scen! – dodał grobowym głosem, wzbudzając jeszcze większy strach kobiety. Wziął ją pod rękę i dość delikatnie, lecz stanowczo zarazem pchnął ku drzwiom do budynku.

Spojrzała na niego z niechęcią.

Pomyślała, że na własne nieszczęście podała w przedszkolu adres Bronka – tak na wszelki wypadek, gdyby kiedyś przydarzyło jej się coś złego. Tym razem brat nie mógł zaopiekować się Karolkiem.

Czy ja także powinnam obciąć warkocz? – zastanawiała się Dorota, szczotkując długie aż do pośladków włosy. Julka i Krysia już dawno to zrobiły, obydwie jako panny. Może byłoby mi wygodniej z krótszą fryzurą?

Wprawnie zawinęła ciasny kok. Przejrzała się w lustrze toaletki, aby sprawdzić, czy jest uczesana wystarczająco porządnie. Kiedyś spoglądanie na własne odbicie sprawiało jej ogromną przykrość. Unikała zwierciadeł. Z czasem nauczyła się patrzeć na nie tak, aby nie widzieć swojej twarzy i szpecących ją blizn, a jedynie ubranie i włosy. Po latach przestała wzdrygać się na widok okaleczeń. Zaakceptowała swój wygląd. Przestała nosić bure i bezkształtne spódnice sięgające kostek. Już nie chowała twarzy przed ludźmi. W zmianie wizerunku bardzo pomogła Julia, która przyjechała pewnego dnia do Pawlic z kilkoma swoimi sukienkami, zbyt ciasnymi – jak twierdziła – na nią. Dorota wątpiła w jej prawdomówność, gdyż nawet po urodzeniu Karola siostra wciąż była szczupła, choć nieznacznie przybrała w biodrach i biuście. Nie na tyle jednak, aby nie zmieścić się w te rzeczy.

– Nie może być, aby bibliotekarka nosiła wór pokutny – powiedziała Julka dobitnie, gdy Dorota zaczęła wzbraniać się przed przyjęciem podarunku. – Pracujesz na etacie, spotykasz się z ludźmi, wyglądaj więc jak człowiek.

– Ależ Julciu! Ja nie powinnam… – protestowała, lecz Pawłowska zaraz ją zmitygowała:

– Musisz. Tu w Pawlicach wszyscy wiedzą, co cię spotkało. Nie zawiniłaś wtedy niczemu! I nie jest to też powód do tego, abyś wiecznie chodziła ze spuszczoną głową! Nie cofniesz czasu. Jesteś Szymczakówną. W twoich żyłach płynie również krew Pawłowskich. Pokaż więc innym, że stoisz ponad wyrządzoną ci krzywdę. Powinnaś nosić się godnie, jak przystało na kogoś z twoim urodzeniem i klasą!

Byłyby się wtedy pokłóciły, bo jedna i druga ostro broniły swoich racji. W końcu Julka wyciągnęła wyjątkowo bolesny argument:

– Mnie też wyrządzono krzywdę! I co? Czy włożyłam przez to włosiennicę? Nie! Nie dałam temu ancykrysowi satysfakcji, choć przyznaję, że każdego dnia płakałam nad moją niedolą. Ładna sukienka nie sprowokuje przyzwoitego mężczyzny do niecnych czynów. Podobnie jak waciak i zgrzebny przyodziewek nie uchronią przed złym człowiekiem. Mnie tamten drań posiadł w chlewie wśród cuchnących macior!

Dorota ustąpiła i od tej pory zaczęła nosić ładne rzeczy. Ludzie życzliwie przyjęli zmianę jej wizerunku. Usłyszała nawet na ten temat kilka miłych słów. Oczywiście nadal nosiła się skromnie, lecz jej odzież nie była już tak bezkształtna.

Julia miała rację, mówiąc, że taki strój nikogo nie sprowokuje. Chłopcy nadal schodzili bibliotekarce z drogi i nikomu nawet przez myśl nie przeszło, aby robić jakieś dwuznaczne propozycje. A ona dzięki tej zmianie poczuła się jakoś swobodniej.

Przychodziły chwile, gdy myślała, że swoim okaleczeniom zawdzięcza święty spokój. Nie interesował się nią żaden mężczyzna, nie była narażona na zaczepki. Po tym, co zrobiła jej ta ruska swołocz, nie wyobrażała sobie, aby ktoś kiedykolwiek dotknął jej ciała.

Czasami jednak odzywały się w niej tęsknoty – ostatnio nawet coraz częściej. Nie chodziło bynajmniej o romantyczną miłość, w tę bowiem nie wierzyła. Marzyła o czymś, czego los nigdy jej nie da – o dziecku. Własnej małej istotce do kochania. O kimś, kto umiliłby jesień życia, która nieuchronnie nadejdzie.

Póki miała matulę, nie było źle – samotność nie doskwierała tak bardzo. Dorota z przygnębieniem myślała o własnej, samotnej starości. Cóż ją czekało w życiu? Pewnego dnia Władzia odejdzie na spotkanie ze Stwórcą. A wtedy nie będzie do kogo ust otworzyć. Przecież nie pojedzie do miasta na poniewierkę. Tam każdygapiłby się na jej oszpeconą twarz.

Z tego powodu długie zimowe wieczory były wyjątkowo przygnębiające!

Praca w bibliotece nadała nowy sens jej życiu. Przywróciła utraconą na skutek gwałtu godność. Zmuszała do przełamywania barier, pokonywania lęków i onieśmielenia. Nauczyła ją na nowo rozmawiać z ludźmi. Przekonała, że aniołem może okazać się człowiek, który także doznał w życiu ogromnej niesprawiedliwości, a mimo to potrafi wyciągnąć pomocną dłoń.

Bała się myśleć o tym, co by było, gdyby przewodniczącym spółdzielni nadal pozostawał Marczyk. Dwie samotne kobiety z trudem wiązałyby koniec z końcem. Zapewne Dorota i tak musiałaby szukać zajęcia w kołchozie, ale z całą pewnością nie otrzymałaby tak przyjemnego. Tamten potwór, jeśli przydzieliłby jej jakąś robotę, zadbałby o to, aby została dotkliwie upokorzona.

Z tą myślą poszła do pracy.

Zakładała, że dzień będzie spokojny, gdyż od kilku dni sypał śnieg i cała okolica sprawiała wrażenie uśpionej. Kto nie musiał wychodzić, siedział przy piecu. Dorota zaplanowała porządki na półkach. Już od dawna miała ochotę na dokonanie paru zmian. Zamierzała poprzekładać woluminy tak, aby korzystanie z księgozbioru było wygodniejsze.

Po przyjściu do biblioteki zdjęła kożuch, a ciepłe buty z cholewami zmieniła na wygodne pepegi. Może nie najlepiej wyglądały w zestawieniu ze spódnicą, lecz do skakania po drabinie będą jak znalazł.

W pomieszczeniu panował chłód, więc bez chwili zwłoki zapaliła w kaflowym piecu. Na szczęście Ksawery zadbał o to, aby każdego dnia któryś z parobków przynosił węgle oraz porąbane szczapy. To wszystko czekało w sieni, wystarczyło tylko wygarnąć popiół z poprzedniego dnia i przygotować palenisko. Jakiś czas później przestronna sala zaczęła się wypełniać przyjemnym ciepłem.

Nucąc pod nosem, Dorota rozstawiła drabinkę i przystąpiła do zdejmowania tomów z górnych półek.Energicznie wchodziła i schodziła po drewnianych szczeblach, uważnie stawiając stopy. Tak ją to zajęcie utrudziło, że szybko poczuła gorąco. Zdjęła więc przez głowę sweter i odłożyła na krzesło. Niechcący zahaczyła przy tym o spinki podtrzymujące kok. Kilka z nich wypadło, parę się poluzowało. Poprawiła włosy, choć czuła, że kok jest mocno rozluźniony.

– Pal licho! Pewnie nikt tu dzisiaj nie przyjdzie. – Machnęła ręką. A ponieważ ciepło buchające z pieca zrobiło swoje, rozpięła jeszcze górne guziki bluzki, co w ogóle było do niej niepodobne.

Uwijała się, nucąc ulubione piosenki. Nawet nie zauważyła i nie usłyszała, jak ktoś uchylił drzwi biblioteki.

Ksawery stał w milczeniu i obserwował pracującą kobietę. Była odwrócona tyłem, co jakiś czas migał mu jej profil. Nie zwracała na niego uwagi. Poruszała się zwinnie i z gracją. Miała na sobie koszulę i układaną w zaczynające się poniżej bioder plisy spódnicę z samodziału. Od jakiegoś czasu nie nosiła bezkształtnych burych szmat. W takim wydaniu wyglądała bardzo powabnie. Mężczyzna z zachwytem spoglądał na wiotką figurę z delikatnie zaokrąglonymi biodrami. Kiedy nie widział naznaczonej cierpieniem twarzy, odnosił wrażenie, że ma przed sobą uroczą i energiczną dziewczynę. Jej włosy, zwykle gładko przyczesane, zwichrzyły się i wymknęły spod wsuwek. Niby drobiazg, lecz on, przyzwyczajony do surowego i na swój sposób nieskazitelnego wizerunku bibliotekarki, poczuł coś, czego zdecydowanie czuć nie powinien.

Ach! Jak te niesforne pasma podziałały na jego wyobraźnię!

Jakże one musiałyby pięknie wyglądać uwolnione od tych wszystkich spinek i rozrzucone na białej pościeli!

Dobry Boże! Co za myśli! – przeraził się Olszański.

Nagle z koka wysunęła się jakaś strategiczna szpilka, która do tej pory podtrzymywała prowizoryczną fryzurę. Ciężkie, ciemne pasma niczym jedwabny płaszcz opadły na plecy Doroty.

Ksawery zamarł. Oto miał przed sobą boginię.

Dorota poczuła, jak rozluźnia się jej kok, a następnie włosy opadają bezładnie na plecy.

– A niech to! – westchnęła i zwinnie zeszła z drabinki. Odłożyła na bok książki, które zdjęła z góry.

Nagle usłyszała ciche chrząknięcie. Odwróciła się gwałtownie i zobaczyła Ksawerego. Zaskoczona znieruchomiała, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

– Dzień dobry, panno Doroto – przywitał się jak gdyby nigdy nic, choć jego głos zabrzmiał inaczej niż zazwyczaj.

– Dzień dobry. Porządkuję księgozbiór – odparła i zaczęła szybko zapinać guziki rozchełstanej bluzki.

– Zauważyłem – powiedział, zbliżając się. – Pięknie pani wygląda. Nie wiedziałem, że ma pani takie śliczne włosy – dodał z zachwytem. – Wpadłem tylko, aby zostawić prasę. Muszę już iść – powiedział zduszonym głosem i szybko opuścił pomieszczenie.

Bibliotekarka spoglądała w osłupieniu, jak przewodniczący podchodzi do drzwi, naciska klamkę i wychodzi na korytarz. Jej serce zabiło zadziwiająco niespokojnie.

Ksawery oparł się plecami o ścianę w przedsionku. Zamknął powieki, lecz to tylko pogorszyło sytuację. Miał bowiem przed oczami rozpuszczone włosy i ciemne, brązowe tęczówki Szymczakówny. Jej drżące palce, gdy zapinała guziki. Niepokój w źrenicach, może nawet zażenowanie.

Oddychał ciężko, jakby własnoręcznie zaorał kilka zagonów.

To nie mogło być prawdą!

Nie mógł czuć tego łomotu w piersi, tego pulsowania w skroniach, tego nieznośnego ucisku w…

– Boże, bądź litościw! – jęknął.

Serce – niepokorny mięsień szybszy od zdrowego rozsądku!

Za oknami panowały ciemności. Rodzice pozabierali już dzieci. Woźna uprzątnęła część bawialni. Przedszkole zamierało. Pozostał jeszcze tylko jeden chłopiec z najstarszej grupy oraz opiekunka, która z coraz większą niecierpliwością spoglądała na zegar.

– Gdzie jest moja mamusia? – zapytał po raz kolejny Karol drżącym głosem.

Widać było, że siłą powstrzymuje płacz. W nosie mu bulgotało, a wielkie czekoladowe oczy wypełniały łzy.

Kasia pochyliła się nad malcem i, choć sama była zdenerwowana, gdyż spieszyła się do własnych dzieci w domu, przytuliła chudziutką kupkę nieszczęścia, aby choć trochę ukoić ten smutek. To podziałało jak katalizator – przestraszony chłopczyk rozpłakał się na dobre.

– Gdzie jest moja mamusia? Ja chcę do mamy!

– Nie płaczże, smyku. Mamusia na pewno zaraz przyjdzie. Pewnie coś ją zatrzymało w biurze.

Wygrzebała z kieszeni jego fartuszka chustkę zaczepioną na tasiemce. Pomogła mu wysiąkać nos.

Ponownie zerknęła na zegar. Dochodziła siedemnasta.

Coś musiało się stać – westchnęła. Dzisiaj są urodziny małego. Przecież matka nie sprawiłaby mu zawodu w tak ważnej chwili.

Pawłowska nigdy się nie spóźniała, a jeżeli wiedziała, że może nie zdążyć do przedszkola, jej synka odbierał któryś z wujków. W kartotekach dzieci były zanotowane adresy nie tylko rodziców, ale również innych dorosłych osób na wypadek jakiejś nieprzewidzianej sytuacji. Wychowawczyni odszukała potrzebne dane. Napisała kilka słów na karteczce, którą w razie czego zamierzała przykleić do drzwi wejściowych.

– Chodź, Karolku, włóż kurtkę. Najpierw sprawdzimy, czy twoja mama jest w domu. A jeśli jej nie zastaniemy, to odprowadzę cię do wujka Bronka i tam na nią poczekasz – powiedziała do chłopca, siląc się na jak najspokojniejszy ton.

Błagała w duchu, aby nie okazało się, że Pawłowską zatrzymało coś znacznie poważniejszego. W tych czasach łatwo było się narazić. A ponieważ ojciec chłopca nie żył, sytuacja wyglądała nieciekawie.

A jeśli kobietę zaatakował jakiś seryjny morderca? Naśladowca tego draba Mazurkiewicza, o którym w ostatnich czasach było dość głośno?

Co jeszcze mogło się wydarzyć?

Wypadek?

Dobry Boże! Oby nie. Nie pozwól, aby to biedne dziecko zostało sierotką – rozczuliła się Katarzyna, pomagając Karolowi w zakładaniu bucików.

– Pani Alu – zwróciła się do woźnej, gdy już byli gotowi, aby wyjść na zewnątrz. – Odprowadzę Karola do domu. Jeśli nie będzie tam matki, podjedziemy na osiedle Wandy, do jego wuja. A jeśli go nie zastaniemy, wezmę chłopca do siebie. Napisałam to na kartce, którą przykleję do drzwi, ale na wypadek, gdyby pojawiła się tutaj pani Pawłowska, proszę jej to wszystko powtórzyć, dobrze?

– Oczywiście, pani Kasiu.

W mieszkaniu na osiedlu Centrum B nie zastali nikogo. Podobnie było na Wandy. Zdeterminowana przedszkolanka zapukała do sąsiednich, dość odrapanych drzwi opatrzonych odręcznie zrobioną wizytówką z nazwiskiem „Mirgowie”. Po chwili otwarła jej czarnowłosa kobieta o smagłej karnacji.

Przedszkolanka się wzdrygnęła, gdy stanęła twarzą w twarz z Cyganką.

– Dobry wieczór. Przepraszam, że przeszkadzam, ale nie wie pani przypadkiem, gdzie mogę znaleźć mieszkającego tam mężczyznę? – Kasia wskazała lokal Bronka.

– Śimciaka? A! Wujka tego czaworo? – Kiwnęła głową w stronę chłopca. – Ni ma go! W śpitalu legnął. Spadł z ruśtowania na budowie.

– Ojej! – zmartwiła się przedszkolanka, lecz zaraz znalazła wytłumaczenie, dlaczego Pawłowska nie odebrała dziecka. – A kiedy to się stało? Dzisiaj?

– Iii… Nie. Będzie z tydzień, może dwa. Ja nie wiem. Nie godom z gadzio. Mój mursz zabronił.

– Dobrze. Dziękuję i przepraszam – odparła opiekunka.

Spojrzała ze strapieniem na chłopca. Po jego czerwonej od chłodu buzi toczyły się powoli wielkie łzy.

– Pojedziemy do mnie – oznajmiła.

Nie próbowała pocieszać dziecka. Nie chciała także zostawiać go u sąsiadów wujka, choć przez moment brała to pod uwagę. Postanowiła trzymać się planu i wziąć malucha do siebie, a rano skonsultować problem z dyrekcją przedszkola. Na pewno istniały jakieś procedury na taką okoliczność. Być może trzeba będzie zgłosić sprawę na posterunku milicji.

Ciąg dalszy w wersji pełnej